Nic, co ludzkie

Nic, co ludzkie

Autorzy: Piotr Głuchowski

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Obyczajowe Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 672

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 23.60 zł

„Wydawało się chłopcu, już dużemu, już mężczyźnie, że poradził sobie z przeszłością. Tak było do tego tygodnia, kiedy potwór znów się obudził”

W seminarium duchownym wybucha pożar. Kleryk Leszek Lisowski ratuje z płomieni dwóch przyjaciół: Andrzeja Kukułę i Tadeusza Trybusa. Po święceniach spotykają się w każdą rocznicę ocalenia. Tym razem spotkanie kończy się tragicznie. Wiara i powołanie trzech księży zostaną wystawione na straszną próbę.

Piotr Głuchowski nie tylko rozwija filmowe wątki i ujawnia życiorysy bohaterów, ale czerpiąc z prawdziwych historii, tworzy nową, wstrząsającą opowieść o grzechach Kościoła. Te odkrywa dziennikarka Ludmiła Zakrzewska, główna bohaterka powieści. Ona także - prowadząc śledztwo w sprawie kościelnej pedofilii - musi dokonać fundamentalnego wyboru: miłość, czy godność?

Bez pracy moich kolegów-reporterów ta książka by nie powstała. Postać Ludmiły Zakrzewskiej, głównej bohaterki "Nic co ludzkie" jest wzorowana na nich. Na Bożenie Aksamit z Trójmiasta, Małgorzacie Bujarze z Rzeszowa, Marcinie Kąckim z Poznania, Marcinie Kowalskim z Kruszwicy i Marcinie Wójciku z Warszawy.

Redakcja: Roman Honet

Korekta: Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Andrzej Pągowski

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

Konsultacja germanistyczna: Robert Schlaffke

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA, 2018

© copyright by Piotr Głuchowski

© copyright by Wiesława Mróz & Jan Jończy

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2751-8 (epub), 978-83-268-2752-5 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

ROK 1999, PÓŹNY MAJOWY WIECZÓR

DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ, poniedziałek

CZĘŚĆ I. MANE

1.

2.

3.

4.

5.

WTOREK

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

22.

23.

24.

25.

26.

27.

28.

29.

30.

31.

32.

33.

34.

35.

36.

37.

38.

39.

40.

41.

42.

43.

44.

45.

46.

ŚRODA

47.

48.

49.

50.

51.

52.

53.

54.

55.

56.

57.

58.

59.

60.

61.

62.

63.

64.

65.

66.

67.

68.

69.

70.

71.

72.

CZWARTEK

73.

74.

75.

76.

77.

78.

79.

80.

81.

82.

83.

84.

85.

86.

87.

88.

89.

90.

91.

CZĘŚĆ II. TEKEL

92.

93.

94.

95.

96.

97.

98.

99.

100.

101.

102.

103.

104.

PIĄTEK

105.

106.

107.

108.

109.

110.

111.

112.

113.

114.

115.

116.

117.

118.

119.

120.

121.

122.

123.

124.

125.

126.

127.

128.

129.

130.

131.

132.

133.

134.

135.

136.

137.

SOBOTA

138.

139.

140.

141.

142.

143.

144.

145.

146.

147.

148.

149.

150.

151.

152.

153.

154.

155.

156.

157.

158.

159.

160.

161.

162.

CZĘŚĆ III. FARES

NIEDZIELA

163.

164.

165.

166.

167.

168.

169.

170.

171.

172.

173.

174.

175.

176.

177.

178.

179.

180.

181.

182.

183.

184.

185.

186.

187.

188.

189.

190.

191.

PONIEDZIAŁEK

192.

193.

194.

195.

196.

197.

198.

199.

200.

201.

202.

203.

204.

205.

206.

207.

208.

209.

210.

211.

212.

213.

214.

215.

216.

217.

218.

219.

220.

221.

222.

223.

224.

225.

226.

BIBLIOGRAFIA

Dziękuję przyjaciołom, koleżankom i kolegom, obecnym i byłym reporterom „Gazety Wyborczej”, którzy od lat tropią i opisują przypadki pedofilii wśród polskich duchownych oraz losy ich ofiar. Bez pracy, którą wykonali, ta książka by nie powstała. Postać Ludmiły Zakrzewskiej, głównej bohaterki „Nic, co ludzkie”, jest wzorowana na tych osobach. Na Bożenie Aksamit z Gdańska, Małgorzacie Bujarze z Rzeszowa, Marcinie Kąckim z Poznania, Marcinie Kowalskim z Kruszwicy i Marcinie Wójciku z Warszawy.

Renacie Radłowskiej z Krakowa dziękuję specjalnie za konsultacje co do topografii miasta.

ROK 1999, PÓŹNY MAJOWY WIECZÓR

– Paaaaliiii się!!!

Gorąca chmura dymu najpierw oblizała czarnym jęzorem ściany, potem wypełniła większą część kaplicy seminarium. Gdy przestała się mieścić pod sklepieniem, wpełzła do korytarza i w przestrzeń nad schodami. Dzwonki świeżo założonej instalacji alarmowej zaterkotały. Klerycy wybiegli z dormitoriów na pierwszym piętrze, księża z sypialni na drugim. Teraz ktoś włącza światła, ktoś wrzeszczy. Nerwowy Bogdan Wiroń, ten, co niedawno wrócił z wariatkowa, chce zbiec do kaplicy z gaśnicą. Nie daje rady, bo klatka schodowa parteru jest już niedostępna. Czapa smogu wypełnia ją całkowicie.

– Wszyscy do mnie! – Starszy diakon staje na środku korytarza i macha rękami. Wspomagający go prefekt odciąga Bogdana od czarnej, kosmatej ściany dymu. Wiroń ma oczy zagubionego w lesie głodomora. Krzyczy coś całkiem bez sensu. Brzmi jak syrena okrętu na redzie: ou...uuuu!

Kleryk Leszek Lisowski, bardziej przytomny od innych, dzwoni po straż pożarną. Zero-jeden-dwa...

– Kogo brakuje?! – Ojciec duchowny pierwszoroczniaków przybiegł z drugiego piętra w samych gaciach, boso. Zwały tłuszczu kołyszą się niby zbiorniki z olejem. Ryczy z całych sił, przekrzykuje Wironia i trzask sypiących się w dolnym korytarzu szyb.

– Pożar w seminarium! Pożar mamy! – Lisowski woła do słuchawki głośniej, niż musi. Powtarza zdanie, choć po drugiej stronie zapadła już cisza. Zgasło światło i w przejściach, i w sypialniach. Urwało się brzęczenie alarmowych dzwonków. W nagłej ciemności ktoś klnie, ktoś inny krzyczy: „Trybusa nie ma!”.

– Do lewych schodów!

– Do bramy!

W mrocznych korytarzach alumni wpadają na siebie, tłusty ojciec duchowny próbuje zapanować nad ewakuacją, chociaż nic nie widzi.

– Prefekci! Kogo brakuje?!

– Koce weź!

– Nie ma Kukuły i Trybusa nie ma!

– Ou...uuuu!!

– Wiroń, ty uspokój się wreszcie!

– Latarkę!

Rektor seminarium od trzech dni przebywa w Krakowie. Lisowski – słuchacz drugiego roku, niewysoki szatyn z krótkim, prostym nosem – wpada do jego sekretariatu, uderza kolanem w kant biurka. Maca wnętrza szuflad, wyjmuje to, czego szukał. Półkilogramowy telefon komórkowy Centertel. Wybiera zero-zero-dziewięć-dziewięć-osiem.

– Straż pożarna, słucham...

Pierwsi klerycy już wybiegli na kamienne podwórze. Nocne powietrze jest zimne, niebo bez gwiazd. Prefekt rozdaje koce, których ma za mało, diakon próbuje policzyć zebranych.

– Irka nie ma... Irka! – Patykowaty pierwszoroczniak krzyczy tak żałośnie, jakby zgubił mamę.

– Irka i Kukuły! I jeszcze Trybusa!

– Oni są w kaplicy!

– Boże przenajświętszy!

– Brama się nie otwiera!

– Nie ma Trybusa, Kukuły, Irka Kłója nie ma. Trybusa, Kukuły...

– Wszyscy bramę pchają!!!

– Jezuuuusie!!!

– Proszę ojca, trzech nie ma!

– Ja sprawdzę pokoje!!! – Wiroń rwie się do akcji.

– Nigdzie mi nie pójdziesz! Bramę! Bramę pchamy!!!

Klerycy napierają na stalowe blachy, ciężki dym wypełnia podwórzec niczym woda basen. Swąd wchodzi do oczu i zatyka krtanie.

– Pchamy! Raaa-az! Dwaaa-a!

– Lisek! Daj do bramy!

Lisowski nie zwraca uwagi na krzyki. Gdy reszta pcha lite wrota, on zasuwa boso pod wykusz kaplicy. Mija rząd rozbitych żarem okien, brodzi w spływających kaskadami smolistych tumanach. Staje pod okopconymi witrażami, zza których błyskają języki pożaru.

Sygnał strażackiej syreny pojawia się nagle i od razu słychać go bardzo wyraźnie, gdy Leszek Lisowski – w podkoszulku i spodniach od dresu – dźwiga pięciometrową drabinę, przydatną raz na rok do strzyżenia akacji. Z trudem ją podnosi, opiera o witraż, przesuwa szarpnięciem. Szybko wchodzi po szczeblach, sięga gzymsu, wybija łokciem kilka czarnych szyb, niszczy bezcenny wizerunek Trzech Króli i staje na gzymsie. Gorąca woń spalenizny uderza w twarz, w brązowych oczach krążą odbite iskry. Nabiera powietrza i skacze z czterech metrów, bez butów, w tłusty czarny dym.

DWADZIEŚCIA LAT PÓŹNIEJ, PONIEDZIAŁEK

Głupia pizdo, za to, co zrobiłaś, więcej ręki ci nie podam. To, co robisz, w świecie, w którym żyjesz, pewnie wielu się podoba...

Charkoczący wokalista Kultu, dźwięki przestrojonych gitar i łomot oszalałej perkusji wypełniają wyłożoną boazerią jadalnię. Szyby drżą. Na zewnątrz jest ciemno, stojący w kącie zegar z wahadłem wybija dziesiątą, ale żaden z trzech rozbawionych mężczyzn nie słyszy gongu, bo muzyka ze stojącego na dębowej komodzie odtwarzacza zagłusza nawet ich własne wrzaski.

Andrzej Kukuła, niski, pękaty i łysiejący od czoła, trzyma przy ustach butelkę po finlandii, wymachuje pięścią i drze się równo z Kazikiem do wyimaginowanego mikrofonu:

Nie kochaj rzeczy, które z tego świata są! Nie patrzaj w blask, który świeci, bo świeci odbiciem tylko!

Tadeusz Trybus, wyższy, cięższy i bardziej pijany, od późnego obiadu zrobił już sam przeszło litr. Teraz wali widelcami w talerze z resztkami szynki, chrzanu i skór po węgorzu. Śpiewa, co sił w przeżartych tytoniem płucach, i podle fałszuje:

On jest chory, on jest zarażony, on jest zakażony tobą... Twoja dusza, two-oje całe ciało – tak, na zatracenie wioooodą!

W rozwibrowanym powietrzu twarze przyjaciół pokrywa pot. Leszek Lisowski brawurowo szarpie nieistniejące struny przy podłogowej lampie na kablu, która wciąż świeci i tego wieczoru ma pełnić funkcję gitary. Blask żarówki dobywa z półmroku tapicerowane meble, marszczone kotary łaskawie przysłaniające widok od ulicy, przepełnioną popielnicę i tackę z racuchami.

Stare czasy, stare dobre czasy, one nigdy już nie wrócą!

Lisowski podrzuca raz jedną nogę, raz drugą, wreszcie wywraca się, uderza lampą w krzesło, żarówka pęka, trzask krótkiego spięcia kończy muzykę. Zapada ciemność.

– Oż kurwa!

– Spokojnie... Namacaj ty-tylko kabel i wyciągnij... eps! Ja włączę.

Andrzej Kukuła idzie do przedpokoju z rozpostartymi rękami. Automatyczne bezpieczniki wiszą pod sufitem.

– Zro-obione.

Gdy błyska górne światło, pobojowisko w jadalni aż bije w oczy. Kilka potrzaskanych, rozdeptanych jabłek, którymi rzucali w siebie pół godziny temu, stłuczona szyba w regale, rozwleczone ości, podarty karton po soku i okruchy szkła wymieszane z niedopałkami. Rozbryzgana kawa.

– Jak wywaliło korki w samarze, kiedyście ogień rozniecili... – Leszek Lisowski ścisza muzykę, bierze jeszcze zimną butelkę belvedere, którą przywiózł, napełnia kieliszki.

– To kto nas wtedy uratował? – Tadeusz Trybus wyciąga przedostatniego marlboro z miękkiej paczki, bije widelcem w talerz. Obaj z Andrzejem Kukułą skandują pełnymi gardłami:

– Li-sek, Li-sek, Li-sek!

– Bóg was uratował moimi rękoma, abyście uczynili kiedyś rzeczy wielkie. – Lisowski jest skromny. Takiego udaje.

Kukuła, gospodarz, podnosi kieliszek.

– Za... eps! Ocalenie! Nie byłoby pożaru i całej grandy, gdyby Tadek flachy p-przez mur nie przemycił.

– Chciałem, byśmy rozpili w kotłowni, i tylko...

– Tylko klucz ci zginął.

– Została kaplica lub ogród. – Trybus już to tłumaczył sto dwadzieścia razy.

– Żeś zasnął... z kiepem w zębach. – Kukuła nabiera powietrza, ściska nos palcami.

– Kto pożar rozniecił, tego nikt już nie wie. – Lisowski, erudyta, macha kiszonym ogórkiem przed twarzą Kukuły. – Pożar serc jest Duchem Świętym w obecności żywej, działającej w nas od dnia chrztu świętego, obecności, która oczyszcza, uświęca i usprawiedliwia...

– Przyczyną pożaru była instalacja... – Trybus strąca popiół na talerz z resztkami.

– Irka Kłója żal. – Gospodarz głośno wypuszcza powietrze, opiera brodę na pięści. – Przez cholerny niedopałek stracił życie dobry chłopak, co zaszedł, by sprawdzić...

Trybus nieruchomieje z papierosem w pół drogi do ust. Oczy mu grzęzną w twarzy.

– Weź ty Tadzika nie dołuj! – Lisowski gryzie zakąskę, trąca Kukułę w bark. – Przepraszamy, Tadek... Już o tym nigdy więcej. No... Morda! Trzeba z żywymi naprzód iść! Ja na przykład za tydzień góra będę w Watykanie.

– Za wyjazd! – Andrzej Kukuła unosi butelkę.

Trybus flaczeje. Wrzuca resztkę papierosa do szklanki po soku, patrzy na przyjaciół, jakby wrócił z czyśćca.

Polewają, piją. Tadeusz poprawia poza kolejnością bez skrzywienia ust.

– Tadek, zagryź czymś, bo się znów uwalisz. Zdrowie szanuj. Masz grzybka, gruszkę w occie, ry-rybę masz... eps! – Gospodarza nie puszcza czkawka. – Coś waa-am pokażę.

Kukuła otwiera szufladę komody, wyjmuje teczkę, przerzuca fotografie. Znajduje właściwą. Czka cztery razy z rzędu. Kładzie na stole zdjęcie. Tadeusz ogląda je pierwszy. On, Andrzej i Leszek objęci ramionami szesnaście lat temu. W tle białe kolumny i rzucone na ścianę cienie całej trójki. Kontur Lisowskiego dziwnie poruszony, chociaż przecież Leszek stoi nieruchomo. Cień Trybusa za mały, za krótki – jakby oświetlało Tadka jakieś inne słońce. A obrys Kukuły – to już najdziwniejsze – wypuszcza promienie. Emituje własne, płynne, rześkie światło.

– Zawsze byłeś najprzystojniejszy. – Trybus przekazuje fotkę Lisowskiemu, wkłada do ust ostatniego szluga, zgniata pustą paczkę. – Chyba ktoś tu stuka.

– Nikt o tej porze nie przyjdzie. Czekaj no, weź nie pal, bo i tak się duszę. Zrobimy sobie zdjęcie w takim samym... Wiesz w czym. Tak staniemy znowu. Kto ma najlepszy telefon?

– I dlaczego Lisek?

– Wyciągaj iPhone’a! Nie wstydź się ubóstwa!

– A czy ja się wstydzę? – Wsparty o stół Leszek sięga marynarkę i wyjmuje telefon.

– Dobra... Stańcie tutaj. Tadek, nic nie widzę... czekaj w miejscu... Dobrze!

– Proszę księdza, ja przepraszam, ale było otwarte.

CZĘŚĆ I

MANE

1.

– Stukałem, nikt nie otworzył, więc sam wszedłem. – Stojący w przedpokoju trzynastoletni Rysio Malinowski grube okulary ma sklejone plastrem, na dużym czole starą pionową bliznę i świeże, wściekle czerwone pryszcze. Ksiądz Andrzej Kukuła, proboszcz i katecheta, wie, że ojciec chłystka, fatalnie wspominany w Miasteczku oszust Marcin Malinowski, nie żyje, a matka chleje z konkubentem Mroczkiem w betonowym, wielorodzinnym baraku zwanym tu czworakiem. Wie również, że Rysiek jest piekielnie uzdolniony z matematyki i błyskawicznie zapamiętuje teksty. Gdyby tylko miał szczęście dorastać w innej rodzinie...

– Kazali do księdza szybko, bo Nowakowa już teraz...

– Taaa... teee-raz... – Pleban przedrzeźnia Rysia, wpychając w spodnie poły rozchełstanej koszuli. Podchodzi do stołu, bierze talerz z racuchami, podaje chłopcu. – Zobaczysz, że znowu na pustaka pojadę.

– Mówili, że już dzisiaj na pewno wywali... że umrze. – Rysio sięga od razu po trzy placki i zjada je szybko.

– Słuchaj, młody. – Ksiądz doktor Lisowski podchodzi do chłopca. – Ta pani, która umiera...

– Nowakowa?

– Nowakowa. Czy ona wygląda jak zając?

Rysiek kręci przecząco rozczochraną głową. Usta ma pełne słodkiego ciasta.

– No to nie ucieknie nigdzie. Wiesz, co to jest?

– iPhone siódemka, trzydzieści dwa giga. – Ryś już przełknął. – Wodoodporny?

– Wodoodporny. Zrobisz nam tym telefonem zdjęcie. Umiesz?

– Pewnie!

– To rób.

Trzej przyjaciele ponownie się obejmują, chłopiec sprawnie robi cztery fotki z rzędu: dwa piony i dwa poziomy.

– Jeszcze mi pomożesz rozesłać do tu obecnych wielebnych. – Ksiądz Leszek schyla się nad małym Malinowskim, nie musi mu pokazywać, w co kliknąć. Rysiek błyskawicznie przechodzi do galerii, do menu udostępnień, odnajduje listę numerów.

– Wyślij na „Tadek” i „Andrzej”.

– Wysłane.

– Obsługiwałeś już taki telefon?

– Nie. Ale to proste.

– Chcesz sobie w nim pogrzebać? Gry tam są...

– A mogę?

– Pewnie. Tutaj, zobacz. – Lisowski prezentuje zaaferowanemu dziecku uroki App Store. Jednocześnie wyjmuje z najmniejszej kieszeni spodni zmiętą dilerówkę.

Kukuła z pomocą księdza Trybusa szuka koloratki, potem wkłada sutannę, co nie idzie łatwo. Jeszcze trudniej odnaleźć mu kufer z wiatykiem. W tym tygodniu jeździł do Nowakowej dwa razy i odłożył kasetę gdzieś na podorędziu. Ale gdzie?

Trybus w gimnastiorce i gospodarz w rewerendzie dłuższą chwilę krążą bezradnie po izbach. Wreszcie: jest! Skrzynka ze srebrnym okuciem leży na bojlerze w przejściu do garażu. Cyborium także jest, kropidło również, podobnie jak stuła; nie ma tylko oleju świętego w naczyniu.

– Nabierzemy z kuchni, poświęcisz. – Tadeusz puszcza do Andrzeja oko. Gdy Lisowski prezentuje Ryśkowi playlistę w smartfonie, proboszczowie przelewają do pucharu olej rzepakowy.

– Oż kurwa!

Trybus spuszcza śliską flaszkę na kafle podłogi. Choć szkło wytrzymuje, tłusty, żółty rozbryzg sięga od ściany do ściany.

– Zostaw... Natalia rano posprząta. Masz ręcznik. Wytrzyj łapy. Kluczyki i biret musimy odnaleźć.

Czapka z czarnym pomponem wisi w przedpokoju. Kluczyki od samochodu są na parapecie. Kiedy Rysio odpala w iPhonie grę Plants versus Zombies, a Leszek Lisowski wciąga kokainę, Kukuła z Trybusem wychodzą przez ganek. Ksiądz Andrzej na powietrzu znowu łapie czkawkę. Miał słabą głowę w seminarium i taką ma do dzisiaj.

Dwunastoletnie audi stoi pod murowanym garażem, między porysowanym i powgniatanym z dwóch stron oplem Trybusa, rzuconym obok podniszczonym rowerem Malinowskiego i nowiutkim szarym mercedesem S 350 księdza Lisowskiego.

– Eeeps!

Proboszcz Andrzej z trudem otwiera drzwi wozu, gramoli się za kierownicę, uruchamia silnik, który zaskakuje dopiero za drugim podejściem. Opuszcza szyby. Przyjaciel otwiera mu bramę.

– Tylko uważaj, tak? – Blokuje wrota kamieniem, podchodzi do audi. – Pasy zapnij, bo brzęczy.

Kukuła nie odpowiada, nie zapina pasów, odjeżdża, wstrzymując oddech, by wreszcie pokonać czkawkę. Trybus wraca do wnętrza. W pokoju z zegarem nie widzi ani Lisowskiego, ani Rysia, więc nalewa sobie kieliszek wódki i pije. Szuka papierosów. Pamięta, że wziął drugą paczkę. Wnosił tu pięć godzin temu reklamówkę z czyściochą, fajami i kiełbasą od swojej parafianki – Jedlickiej. To pamięta.

Idzie do kuchni, stara się nie wdepnąć w olej. Fajek nie ma. Łazienka. Schował szlugi w spodniach i tutaj wypadły, kiedy się odlewał?

Nie ma.

Kancelaria Kukuły.

Też nic.

Siada na krześle za biurkiem kolegi proboszcza. Musisz, człowieku, poszukać mózgiem, nie oczami. Gdzie żeś łaził? No gdzie? Gdzie...

Głowa opada na piersi. Ksiądz Tadeusz Trybus zasypia. Z pijackiej drzemki – krótkiej, lecz głębokiej niby szyb kopalni – wyrywa go hałas... chyba z poddasza.

Papierosy. Na górze!

Poszli tam z Andrzejem po płyty Kazika.

2.

– On jest chory, on jest zarażony, on jest zakażony tobą... bu-bu-bu-bummm! Twoja dusza, twoje całe ciało... tak, na zatracenie wiodą! – ksiądz Andrzej Kukuła podśpiewuje, jadąc z otwartymi oknami. Jest wokalem i perkusją naraz. – Stare czasy, stare dobre czasy, one nigdy już nie wrócą... bu-bu-bum-bum! Rzeczy, które, które mi zrobiłaś – z moim światem tak się kłócą... Bu-bum!

Może wrzeszczeć, ile chce. Ulice są kompletnie puste. W Miasteczku praktycznie nie ma dwudziesto- i trzydziestolatków. Wyjechali do Anglii, Holandii, Norwegii. Czyszczą ryby, segregują odpady, sprzątają w szklarniach. Zostali ludzie powyżej czterdziestki, ich bardzo starzy rodzice i nastoletnie dzieci, które też pewnie wyjadą. Życie tutaj zamiera po osiemnastej, równo z zamknięciem czterech sklepów. A co dopiero o tej porze... Do niedawna w centrum działał nocą punkt z kebabem, lecz właściciel wyniósł się, gdy mu narysowali świnię na drzwiach. Naród chce znów być przedmurzem. Ale nie ma co lamentować. Mimo zgrzebnej prowincjonalności parafia Andrzeja Kukuły jest całkiem niebiedna. Mógł trafić gorzej. I trafiłby gorzej, gdyby Leszek Lisowski nie szepnął słówka arcybiskupowi Mordowiczowi.

Mija skwer z nigdy nieużywaną siłownią, skrzyżowanie z drogą na cmentarz, zjazd nad staw zwany Glinką... Sunie wzdłuż niskich bloków i bezstylowych trzyizbowych domów, które mogłyby równie dobrze stać wśród równin Mazowsza.

Od frontu – miasto: fryzjer zwany Brudasem, kredyty, punkt apteczny, Centrum Chwilówek zwane „Żydem”, szewc, pośrednik finansowy, nieczynny jeszcze o tej porze roku skup jagód.

Od zaplecza – wieś: kurniki, gołębniki, chlewy, klatki dla królików, drewniane wychodki. Wie to, bo prawie wszędzie tu chodzi z kolędą. Choć im dalej od centrum, tym więcej mieszkań, w których nie przyjmują. Czworak jest najgorszy. Parterowy prostopadłościan z szarego betonu. Małe, wilgotne mieszkania w rzędzie, wejścia do kuchni prosto od ulicy, nad drzwiami gołe żarówki, świeci co trzecia. Proboszcz już widzi w półmroku zielsko za plastikową siatką i oponami. W przejściach ku drzwiom błoto trzyma się od ostatnich deszczów – a właśnie zaczyna znów siąpić. Na ławce skleconej z dwóch kołków i deski śpi brudny mężczyzna. Smuga na czole jak maźnięcie smołą. Podarty sweter, ciemna plama wilgoci w kroku – nie od deszczu – tatuaże na szyi i nadgarstkach. Nie trzeba go wąchać, by wiedzieć, że spity. Duchowny poznaje typa w świetle reflektorów. Ojczym Rysia Waldemar Mroczek. Karany. Od kiedy wprowadził się do Malinowskiej, drugie drzwi w rzędzie, ze śladami po siekierze, kobieta już całkiem przestała chodzić do kościoła.

Nowakowie – drzwi czwarte. K+M+B. Ksiądz Andrzej Kukuła parkuje tak, by nie wejść w najgorszy muł, robi kilka głębokich oddechów, czkawka ostatecznie mu przeszła, bierze kufer, pochylony stuka i wchodzi, nie czekając na zaproszenie. Gotowy na ciężki zapach strawionego alkoholu, maści leczniczych i odgrzewanych potraw, zawczasu oddycha przez usta.

– Pokój temu domowi.

– Na wieki wieków, amen. – Dorosły syn Nowakowej zaprasza w głąb pokoju oddzielonego od przechodniej kuchni sztywną zasłoną z koca. Umierająca leży na łóżku, tak jak dwa dni temu. Wargi ma fioletowoszare, twarz i dłonie w kolorze kości na zdjęciu rentgenowskim. Wygląda na już nieżywą. Przy wezgłowiu z wymiętych poduszek stoi jej synowa: klapki, spodnie od dresu, męska koszula, spojrzenie opóźnionej w rozwoju. Na rękach śpiące niemowlę. Jeszcze nieochrzczone. Za synową sąsiadki: stara Kolebiakowa, matka tutejszego gamonia, która czasem pomaga księżej gospodyni w sprzątaniu kościoła, i przedwcześnie zniszczona Jadźka Malinowska. Mama Rysia, pijaczka. Trzydzieści dwa lata. Rysy twarzy już jej się rozjechały – prawa strona nie pasuje do lewej, oczy różnej wielkości i nos poza osią. Jakby ją narysował ktoś, kto nie potrafi.

– Pokój Pański niech będzie z wami. – Kapłan nie zamierza robić żadnych wstępów. Otwiera skrzynkę z wiatykiem i nakłada stułę. Jadąc samochodem, trochę się przewietrzył, ale teraz w zaduchu czuje, że gorzała go znowu rozbiera. Miał i nadal ma słabą kondycję, wie, że nie powinien pić tyle, co dzisiaj. Ale weź tu nie pij z Tadzikiem Trybusem.

– Módlmy się do Pana za naszą siostrę Stanisławę i wspólnie błagajmy...

– Wysłuchaj nas, Panie.

– Prosimy Cię, Panie, abyś naszą chorą siostrę nawiedził i umocnił świętym namaszczeniem.

– Wysłuchaj nas, Panie.

– Prosimy Cię, abyś ją wyzwolił od zła wszelkiego.

– Wysłuchaj nas, Panie.

– Prosimy Cię, abyś... – Westchnienie. – Abyś wspomagał wszystkich, którzy leczą i pomaga... pielęgnują chorą.

Ksiądz Andrzej już wie, że litania go dzisiaj pokona. Daruje ją sobie. Namaści czoło i starczy. Gdy sięga po naczynie z oliwą, świat zaczyna wirować. Szklanki z fusami po kawie, fiolki z lekarstwami, garnki z zupą i bigosem, dziecięce śpioszki na sznurze, czarne esy-floresy na dywanie, twarze domowników. Wszystko się troi, zamienia miejscami, oddala, ale jednocześnie rośnie. Proboszcz niepewnie odkręca wieczko naczynia z olejem, Kolebiakowa przezornie go podtrzymuje, on celuje opuszkiem w czoło konającej, jej woskowa twarz się kołysze, zamiast czoła ksiądz dotyka ucha, szyi, cholerne oblicze ciągle mu ucieka, tłuszcz kapie na prześcieradło. Proboszcz omal się nie przewraca. Pada Malinowska. Osuwa się po ścianie. I tak długo stała jak na kogoś, kto wypił od rana dwa plastiki wiśniówki.

– Ojcze miłosierny, Ty znasz dobro, które jest w człowieku. Ty nie od... ty zawsze odpuszczasz grzechy i nie odmawiasz przebaczenia. Zmiłuj się nad swoim sługą... eee... służebnicą, która toczy ostatnią walkę. Przez Twojego Syna, Jezusa Chrystusa. Wszystkich niech błogosławi Bóg wszechmogący, Ojciec i Syn... – proboszcz ostatkiem sił podaje Kolebiakowej pucharek z olejem, a potem kreśli nad łóżkiem koślawy znak krzyża – i Duch Święty. Amen.

3.

– Słuchacie Radia Wawel, z tej strony Emanuel... nocnej audycji jest moja koleżanka po fachu, gwiazda mediów... Ludmiła Zakrzewska z „Tygodnika Popularnego”. Dobry wieczór.

– Witam.

– Mieliśmy rozmawiać o budowie olbrzymiej świątyni na krakowskich Błoniach, której fundamenty od niedawna widać... sobie wyobrazić skalę przedsięwzięcia...

– Wystarczy popatrzeć na billboard z wizualizacją... i grube miliony.

Głos chwilami ginie pod skrzypieniem wycieraczek, których gumy ksiądz Andrzej Kukuła już dawno powinien wymienić. Po przekręceniu kluczyka w stacyjce ruszyła elektryka – oprócz radia odezwał się na krótko rozrusznik i błysnęły światła – tylko silnik, cholera, nie ruszył.

– A teraz się przyznam... pewnego podstępu. Otóż zaprosiłem cię tutaj w sprawie tej świątyni, a zapytać chciałem... Po Krakówku krążą plotki... w światku dziennikarskim... dosłownie na dniach „Tygodnik” ujawni olbrzymią aferę w diecezji krakowskiej.

Proboszcz głośno beka, stopuje wycieraczki, ohydna kawa, którą poczęstowała go przed wyjściem młoda Nowakowa, podchodzi do gardła jak piekąca fala. Trzeba będzie spłukać wódką, bo woda tego nie weźmie. Chwilę patrzy w spływające po szybie strumyki. Deszcz przegonił z ławki spitego Waldemara Mroczka.

– Podobno trafiłaś na trop pedofilów, nawet całej siatki, masz nazwiska księży, którzy się wymieniali usługami dzieci...

– Tego nie potwierdzam.

– A co możesz zdradzić?

Jeszcze jedna próba ożywienia silnika. Znowu nic. Drogą idzie Rysiek. Prowadzi swój rower jakoś bardziej niezdarnie niż zwykle. Księdzu Andrzejowi robi się nagle wstyd. Zapomniał o dzieciaku. Mógł go podwieźć do domu, wziąć bicykl do kufra.

– I tyle mogę potwierdzić, że będą nazwiska. Podam pełne dane pięciu księży, z których czterej nadal pełnią posługę w diecezji. Jeden jest karany za czyny lubieżne...

Syn Malinowskiej staje kilka metrów przed maską auta, patrzy w stronę Kukuły, mimo marnej widoczności księdzu zdaje się, że widzi na buzi dzieciaka strach. Cała jego sylwetka jest jakaś... zmieniona. Jakby przełknęło go wcześniej i przed chwilą wypluło gigantyczne zwierzę. Proboszcz spuszcza szybę i wystawia głowę.

– Stało ci się coś?!

Ryszard nie odpowiada. Okulary ma zalane wodą, usta i nogi mu drżą. Może z zimna? Opiera rower o ławkę, na której trzy kwadranse temu leżał zaszczany gach matki. Wchodzi do czworaka. Jest w tym jego wejściu coś ostatecznego.

Pleban po raz enty uruchamia starter. Silnik zaskakuje.

– Nie obawiasz się, że po tej publikacji wasz „Tygodnik”, pismo bądź co bądź posiadające niegdyś imprimatur kurii, będzie postrzegany jako wredna...

– Tuba antykościelnej i antypolskiej propagandy? To chciałeś powiedzieć?

– Mniej więcej.

– Przerabiałam to już przy okazji ujawnienia przestępstw ojca Kani, tego od hospicjum.

– Wszyscy pamiętamy tekst o Żołądkowie.

– Problemy Kościoła są stale obecne w naszym „Tygodniku”, a to, co napiszę, to jest wielki problem. Być może największy. I nierozwiązany od dziesięcioleci.

Droga na plebanię zajmuje pięć minut. Kukuła ma ochotę walnąć strzemiennego i położyć się w ciuchach. A Leszek z Tadeuszem niech robią, co zechcą. Wracają do siebie albo śpią w gościnnym. Jego gospodyni Natalia Chrząstkowa przyszykowała dwa posłania więcej.

– Kiedy się mamy spodziewać twojej publikacji?

– Raczej w tym tygodniu.

– Kilka osób w Polsce już się denerwuje. Na pewno powinny. Moim gościem była Ludmiła Zakrzewska, reporterka „Tygodnika Popularnego”. Dziękuję, Ludmiło. Witamy reklamy.

Wreszcie brama plebanii... Co jest, do cholery?!

Ksiądz Andrzej wyłącza motor, wraz z nim gaśnie radio. Otwiera jednocześnie drzwi auta i usta.

Lisowski z Trybusem, przyjaciele od dwudziestu przeszło lat, biją się na deszczu. Widok jest tak absurdalny, że komiczny, choć to przecież tragedia. Kapłan katolicki podnoszący pięść na drugiego kapłana. Boże wszechmogący! Wyglądają jak Wołodyjowski i Kmicic w Lubiczu, przy czym wyższy o głowę i cięższy Tadeusz gra tu rolę Kmicica przed końcem potyczki. W mokrym na wskroś podkoszulku, ze sklejonymi włosami, macha na oślep obiema rękoma, chwieje się, z ust płynie mu strużka krwi. Lisowski – niższy, pozornie spokojniejszy – jedynie unika bezsensownych ciosów. Zanim gospodarz zdąży wyskoczyć z wozu, by na nich nawrzeszczeć, rozwścieczony Trybus, chcąc sięgnąć kolegi, wali prawym prostym. Włożył w niego całą furię, jaka mu została. Ciało zdąża za pięścią, Leszek się uchyla, knykcie Tadeusza rozbijają boczną szybę opla. Szkło trzaska, kapłan agresor pada na kolana.

– Tyyyy... ty skurwysss-ynu! – chrypi w stronę Liska. Potem kilka razy cicho otwiera i zamyka usta. Konający karp.

Leszek sili się na spokój. Tylko lewa dłoń mu chodzi. Chowa ją za plecami, odwraca twarz w stronę Kukuły. Przekrwione oczy, wyszczerzone zęby, ma w sobie coś pierwotnego, starszego niż mowa. Wilgoć po nim płynie, ale go nie moczy, jakby był z teflonu.

– Nie wiem... co Tadkowi... odbiło. Mówiłem, by... nie wlewał tyle w siebie. To niestety nie wszystko, Andrzej.

Lisek patrzy w drzwi plebanii, potem w drugą stronę. Między czymś wybiera.

– Rzucił we mnie butelką. – Wskazuje mur oddzielający podwórze Kukuły od posesji gołębiarza o nazwisku Falski. – Przeleciała i coś tam rozbiła po drugiej stronie, bo twój sąsiad wrzeszczał, że dzwoni po gliny. Chyba cię niedostatecznie poważa jako swego duszpasterza. – Lisowski usiłuje zakończyć żałosne tłumaczenia żartem, ale proboszcz Kukuła pozostaje poważny. Falski – kiepsko praktykujący podstarzały mięśniak, który nie daje na tacę – to najmniejszy kłopot. Z policją też się załatwi. Problemem jest raczej upadek, do jakiego doprowadził się wódką nieszczęsny Tadeusz.

– On jest po prostu chory. – Lisowski wypowiada to, co Kukuła myśli. – Ni z tego, ni z owego zaczął mnie obrzucać wyzwiskami, coś mu się w delirium przywidziało, bredził o jakimś dzieciaku.

– Ty przekurwo, szmato... – Trybus usiłuje podnieść się na nogach.

– Sam słyszysz.

– Uspokój się, Tadzik, do cholery ciężkiej! – Gdy gospodarz krzyczy, od okien plebanii odbija się blask. Policjanci jadą z migałką, dobrze, że bez syreny. I tak będzie sensacja.

4.

– Dobry wieczór, sierżant Mieczysław Śniadecki z komendy gminnej. Co tutaj zaszło? – Żwawy czterdziestolatek wysiada ze srebrnej octavii i wygłasza formułkę w nieokreślonym kierunku: do wszystkich i do nikogo. Nakłada czapkę. Jego twarz jest twarzą człowieka z Miasteczka. Reprezentanta specyficznego gatunku. Mundur ma zapięty pod szyję, dłonie oparte o pas z kajdankami, które czasem zakłada żonie. Niebieska szklanka na dachu zwilżonego przez deszcz radiowozu wciąż miga.

Ksiądz Andrzej Kukuła, który zdążył wyciągnąć telefon i wybrać numer komendanta policji, rzuca do aparatu dwa zdania. Bez zbędnych słów podaje nadchodzącemu komórkę.

– Podkomisarz Bury chce z panem rozmawiać.

Lisowski dopina koszulę i spodnie. Dwa guziki pękły w czasie szarpaniny.

Trybus jeszcze wspiera się o bok opla, głowa wisi mu nisko, z czubka nosa kapie deszczówka, z przegryzionej wargi i pokaleczonej ręki – krew. W błękitnym świetle błyszczy fioletowo – jak jego zbyt duży nos.

Sierżant Śniadecki przykłada telefon do ucha. Komendant po drugiej stronie komórki wrzeszczy. Kukuła może bez trudu rozróżnić poszczególne słowa. Najczęściej pada wyraz „kurwa”. Drugim w kolejności jest „chuj”.

Obojętna mina Śniadeckiego się zmienia. Już nie jest znużony, jest stropiony, znękany. Jest człowiekiem, którego od dawna nie spotkało nic przyjemnego.

– Rozumiem! Oddaję. – Wypowiada jedynie te słowa i zwraca plebanowi komórkę. Poprawia czapkę. – Zrobimy ustne pouczenie w sprawie ciszy nocnej.

– Oczywiście. Zapraszam do środka, zanim się wszyscy zaziębimy na deszczu. – Ksiądz Andrzej Kukuła chowa telefon do kieszeni sutanny, drugą ręką lekko popycha sierżanta ku wejściu. Śniadecki gasi pilotem migałkę, od razu się robi spokojniej. I tylko Lisowskiemu nadal lata ręka.

– Tadka na odwyk powinniśmy zawieźć.

– Dajże teraz spokój – mówi głośno proboszcz. – A pan sierżant się skusi na węgorza, kieliszek... I wybaczy bałagan.

Śniadecki bąka, że bynajmniej nie szkodzi, nie szkodzi... Ściąga mokrą czapkę, siada przy zapapranym stole, przeciera wierzchem dłoni swój wilgotny nos. Patrzy na wódkę w butelce.

Lisowski cicho zamyka drzwi.

Tadeusz Trybus został sam na podwórzu. Wygrzebuje z kieszeni zachlapanych krwią spodni kluczyki od opla i znalezione na poddaszu marlboro. Siada za kierownicą. W aucie trociny, szmaty, skotłowane reklamówki, zgniecione puszki po piwie, zardzewiały lewarek, który się dawno zaciął i miał go naprawić, pusta butelka po wódce leży pod nogami. W niedomykającym się schowku pod deską: złamany śrubokręt, pokruszony tytoń, urwane ucho od torby, podarta gazetka z Biedronki, zakrętki, spinacze, coś pleśniejącego. I pęk papierowych ręczników ze stacji. Niezdarnie owija dłoń, rozpakowuje papierosy. Przez mokre palce zapalniczka nie daje iskry. Klnie, przekręca kluczyk, przesuwa butelkę stopą, kilka chwil trwa nieruchomo, myśląc o Lisowskim. Nawet nie potrafił dobrze dać mu w mordę.

Wyjeżdża z Miasteczka. Wódka jeszcze kołysze obrazem przed maską, ale chłód i krople wpadające przez rozbitą szybę z każdą minutą czynią go trzeźwiejszym.

Pierdolony Lisek.

Papier omotany wokół dłoni jest już przesiąknięty. Krew cieknie po nadgarstku jak wtedy, kiedy piętnastoletni Tadek zasłonił się przed uzbrojoną w nóż prawicą ojca. Matka stała w kuchni – całe życie stała albo tam, albo w kościele. A stary – który nie przepracował uczciwie jednego dnia – pił po góralsku. Co najmniej tydzień. Chlali jego bracia, a Tadka stryjowie, bimbrownicy jak ojciec, chlali dwaj sąsiedzi, rzekomi rolnicy, faktycznie: jeden kłusownik, a drugi – przemytnik.

Tadeusz był wątły, dosyć późno dorósł. Rówieśnicy z wioski lubili piwo w puszkach, a on lubił wodę z sokiem malinowym. Oni szukali przygód w dyskotekach, on trzepał kapucyna pod kołdrą. Ministrant, przyboczny wikarego, każdą wolną chwilę spędzał na plebanii. Na to ojciec się godził – i na nic innego. Tylko wyjazdowe rekolekcje z zakonnikami, grupy formacyjne, Oazy Dzieci Bożych. Kiedy miał już szesnaście lat i wreszcie urósł, gdy zaczął dojeżdżać pekaesem do średniej szkoły i rodzinna wioska przestała być centrum świata, gdy po raz pierwszy ogolił zarost... wówczas parę rzeczy się zmieniło, a parę – nie.

Nie zmieniły się: cicha miłość matki do niego i wiara. Kumple z technikum drzewnego jechali na Woodstock, on – na dni skupienia. Oni nad jezioro – a on do diakonii. Między pierwszą a drugą klasą zauważył go ojciec Medard, krakowski duszpasterz powołań. Pisał listy, zapewniał Tadeusza, że jest wyjątkowy, że Pan Bóg go wybrał. Wsiowego chudzielca, co nie ma dziewczyny.

Nad asfaltem krople deszczu tworzą mgłę gęstą jak kasza manna. Jest rozjazd i ledwo widoczny kierunkowskaz: Bajdy. Do Małej Wsi piętnaście kilometrów.

W kolejne wakacje były dwa miesiące stażu w seminarium. Po powrocie ojciec pierwszy raz opuścił podniesioną rękę. Opuścił ją sam. Z nagłego szacunku dla syna. Wioska już wiedziała: Tadzik będzie księdzem.

Za zakrętem przyspiesza. Zawieszenie steranego opla stukoce na nierównościach szosy bez pobocza. Dociska jeszcze pedał, chce wreszcie być w domu. Chce być na plebanii. Czyli w sumie w domu. Bo innego nie ma. Jebany Lisowski.

Schyla się po zapalniczkę, może już zadziała. Najpierw słyszy łomot. Jak gdyby ktoś potężnym uderzeniem zmiażdżył wielki karton. Po huku – szarpnięcie. Krótkie, nagłe, mocne.

Hamowanie.

Jeeeezuuuu... Samochód ślizga się na mokrej nawierzchni. Lewe koło buksuje w przydrożnym błocie. Wreszcie opel staje z chrupnięciem. Trybus widzi gęste krzaki tuż przed samą maską: liście drżą, gdy się pozbywają ściekających kropli. Jest zupełnie cicho. Otwiera skrzypiące drzwi, obchodzi samochód. Opony całe, ale przód wgnieciony, lewy reflektor zbity i czymś umazany. Sprawdza zdrową ręką: czarne, lepkie. Bardzo tego dużo. Nie czarne. Czerwone.

Kolejne przekleństwo grzęźnie księdzu w ustach. Ma dziwne wrażenie, że nie jest w ciemnościach sam. Staje na środku asfaltu. Czuje poruszenie tkwiącego w bebechach kamienia. Jest pijany. Od wczoraj? Dłużej. Od piątku? Już tydzień?

Coś ty, człowieku, narobił?!

Nadchodzi panika – stara, zła znajoma, z którą związał się po śmierci pierwszorocznego kleryka, dobrego chłopaka. Czarna wariatka nadciąga silniejsza niż wczoraj, przedwczoraj. W sobotę. Ksiądz przykłada nadgarstek do mokrego czoła. Jeżeli można się gwałtownie spocić na deszczu i w chłodzie – jemu się udało.

Szosa w stronę Małej Wsi wciąż pusta, w kierunku Miasteczka tak samo. Sprawdzić, w co uderzył? Przejść pięćdziesiąt metrów? Może nawet więcej, jechał przecież szybko...

Nogi strasznie ciężkie. Ktoś patrzy, coś patrzy, przemieszcza się w mroku.

Wraca do auta, zapala marlboro. Nie wolno mu tutaj rzucić niedopałka. Spokojnie. Jeszcze nic się nie stało. Po prawej las, po lewej krzaki aż do niewidocznego jeziora. Żadnych domów, gospodarstw, niczego. Kto by się tu szwendał w środku nocy, w deszcz. To musiała być sarna. Raniona uciekła. Pewnie biedna zdechnie.

Uruchamia silnik. Jedzie teraz wolno, żeby naruszone części nie poodpadały. Spalonego po sam ustnik peta wyrzuca, gdy widzi przez mgielne tumany pierwszą z trzech latarni przysiółka.

Mała Wieś, ostatni, najniższy szczebel księżowskiej kariery. Ultima Thule. Sam sobie zapracował na tę lokalizację. Trudno dziś określić moment, kiedy w grzecznym Tadeuszku odezwała się zła krew rodu Trybusów. Pokoleń bimbrowników, gwałtowników, pijaków z gór. Może już na pierwszym roku seminarium, gdy przywoził z domu śliwowicę dla nowych kolegów: Leszka i Andrzeja?

Lisowski, ten przystojniak, był drobny, lecz piękny. Łatwo wchłaniał włoski, niemiecki, łacinę, zdawał się obyty ze światem, lekki. Typ zwycięzcy.

Kukuła był rzutki, mocny, energiczny. Przyciągał uwagę. Grywał na gitarze, a do tego – jak się Tadkowi wydawało – łyknął wszystkie książki świata. Na katechetyce, homiletyce czy na egzegezie Nowego Testamentu odpowiadał na każde pytanie, inicjował ciekawe dyskusje. O herezjach, o aniołach, o misterium nieprawości. Katolicką naukę społeczną miał w małym palcu.

On – Tadeusz Maria Trybus – miał tylko mocną wiarę w Boga i mocną głowę do wódki. Zawiodła go, gdy zasnął z papierosem na zgubę Irka Kłója.

Sprawa została umorzona. Faktycznie dzięki koneksjom rektora, a oficjalnie z powodu braku pewności co do przyczyn pożaru. I to był problem, choć diakon Tadeusz jeszcze nie zdawał sobie z niego sprawy. Rachunek za Ireneusza nie został spłacony. Zabrakło wyrównania. Choć modlił się często i szczerze za duszę zmarłego, zły duch już otworzył gębę w jego ciele.

Hamuje przy trzeciej, ostatniej latarni. Po prawej kryta blachą murowanka niejakiego Szklany, a właściwie jego sparaliżowanej matki. Po lewej rozwalona w połowie brama – wjazd na podwórze plebanii. Przejeżdża ostrożnie, by nie zawadzić o sterczące resztki popękanej siatki. Wysiada. Robi kilka kroków między kałużami i na chwilę staje. Jest zupełnie cicho. Mżawka chłodzi czoło. Czy możliwe, że dwie godziny temu pobił się z Lisowskim? Czy możliwe, że kogoś stuknął na drodze? Pierwszy wypadek komunikacyjny zaliczył półtora roku po święceniach. Uderzył w śmietnik samochodem swojego proboszcza. Wydmuchał dwa promile. Prawo jazdy zabrali, nie miał jeszcze znajomości. Gdy się ich dorobił, słyszał od mundurowych już tylko: „Niech ksiądz uważa”.

Picie bez hamulców przyszło wraz z własnym probostwem. W Walicach zaliczał wesela, chrzciny, pił na kolędach. Gdy nie było okazji, chodził po wsi i patrzył, gdzie jasno. Zaglądał niby przypadkiem, z wizytą duszpasterską, a ludzie sami proponowali wódkę na rozgrzewkę, piwo dla ochłody – zależy, czy było lato, czy zima. Kilkanaście takich pór roku przeleciało w serii ciągów przeplatanych tygodniowymi kacami. Głowa zawodziła coraz częściej. Budził się w polu albo w czyimś domu.

Ksiądz dziekan wiedział, że chleje, lecz przymykał oko, dopóki Trybus nie upadł z monstrancją podczas procesji. Najświętszy Sakrament został zbezczeszczony. Wieść się rozeszła. Biskup Henryk Mordowicz wezwał go do siebie i kazał podpisać – w obecności notariusza kurii – oświadczenie, że do końca życia nie wypije ani kropli.

Żałosne przedstawienie w Krakowie nie pomogło, podobnie jak nie pomogła pielgrzymka na Jasną Górę i wpisanie się w Księdze Trzeźwości. Wytrzymał pół roku. Zapił na kolędzie.

Z Walic przenieśli go do gorszej parafii, potem wylądował w tej dziurze. Wrzód na mapie. Mała Wieś. Smutna jak pusta flaszka. Nie do wytrzymania na trzeźwo. Jeszcze rok temu wierzył, że siłę do wytrzeźwienia da mu Hanka. Na razie nie dała. Wchodzi na ciemną plebanię najciszej, jak tylko umie. Zabłocone trzewiki zostawia na ganku.

Nagle włączone światło!

– Gdzie masz koszulę, koloratkę?! Coś w rękę zrobił?!

O Boże... Hanna wygląda, jakby wcale nie położyła się spać. Ma buty na obcasie i pomiętą spódnicę.

– Nie teraz, Haniu – prosi cicho i wchodzi do kuchni. Ona idzie za nim.

– Gdzie marynarka? Co za strup na ustach? Pokaż... Ty się z kimś biłeś?!

On otwiera starą i ciężką lodówkę, szarpie drzwiami mocniej, niż to konieczne, wyjmuje piwo, a ona wyrywa mu butelkę szybkim, zręcznym ruchem.

– Zostaw mi natychmiast!

Już to ćwiczyli. Mierzą się spojrzeniami. W chabrowych oczach Hanny jest wyrzut i coś jeszcze.

– Ostatnia moczymorda!

– Nie krzycz! – Kapłan obraca się wokół własnej osi. Żeby coś zrobić z rękami, włącza radio na półce. Grają rzewnego bluesa.

– Obiecałeeeeś! – Twarz słowiańskiej madonny przez chwilę szpeci prymitywny grymas. Wyłazi spod niej pysk fauna. A może to tylko jego urojenie.

– Obiecałem, ale... skrzyżowałem palce za plecami. – Próbuje się uśmiechnąć, udać podpitego wesołka. Koniecznie musi jeszcze coś golnąć, by zasnąć. Czy to jest takie trudne do zrozumienia? Złowróżbny klekot w głowie już rośnie.

– Dobrze, dobrze, w porządku, masz rację. – Myśl o piersiówce ukrytej za łóżkiem pozwala przejąć kontrolę. Muska jej ciepłe czoło zimnym nosem, idzie w skarpetach i złachanym podkoszulku do sypialni. – A ściągnij mi na południe Zajdla, bo auto trzeba wyreperować, tak?

Trzaska drzwiami. Ten sygnał jest jasny. Nie musi się zamykać na klucz. Nie włącza światła, w ciemności maca podłogę pod tapczanem. Szerokie łóżko po poprzednim proboszczu, przedwojenne, a może i starsze, ma solidne drewniane wezgłowie, sześć toczonych nóg. Między nimi farfocle kurzu, piach, lepiące się plamy po czymś i... tak jest! Foremny, obły kształt. Czterysta gramów żołądkowej gorzkiej. Zawsze to odroczenie bólu.

WTOREK

5.

– I nikt tego wcześniej nie sprawdził?

– Romański. Tylko nie odbiera ode mnie telefonów.

– Sam zadzwonię. Ściągnę go choćby za jaja. – Ksiądz doktor Leszek Lisowski, znak zodiaku Bliźnięta, jednym ruchem palca na kierownicy przerywa połączenie z kierownikiem robót. W drodze na plac budowy bazyliki Matki Bożej Trzeciego Tysiąclecia ssie cukierka, popijając energetykiem na zmianę z gorzką kawą w papierowym kubku z łyżeczką ksylitolu.

– Romański. – Poprzez wypowiedzenie nazwiska uruchamiają się telefon i głośnik. Kilka długich sygnałów na tle bluesowej melodii, potem znany kapłanowi baryton:

– Iwo Romański, geotechnika, badania gruntu, opinie technologiczne. Nagraj wiadomość.

– Lisowski z tej strony. Mamy problem. Duży. Jadę na miejsce. Czekam tam na pana. Pilnie!

Ruch palca i kokpit mercedesa wypełniają gęste brzmienia Haydnowskiego Stworzenia świata. Po nocnym deszczu i zimnym poranku przedpołudnie w Krakowie jest jasne, słoneczne. Temperatura na zewnątrz wynosi siedemnaście stopni, w klimatyzowanej i ozonowanej kabinie – dwadzieścia. Ksiądz Leszek spał trzy godziny na otomanie u Kukuły, a potem niespełna dwie w swoim mieszkaniu. Spałby dalej, gdyby nie awaria. Półprzytomny i skacowany musiał się błyskawicznie odświeżyć, wbić w świeże ubranie i nowe, jeszcze fabrycznie wypolerowane buty marki Borelli. Przed wyjściem z pokoju wciągnął kreskę – zadziałała jak zastrzyk z nitrogliceryny. Serce zaczęło bić równo i mocno. Kolory nabrały znaczenia, usłyszał szum wody w rurach, szelest liści za oknem, odczuł krzepkość mięśni, potencjalną siłę. Znalazł się – jak zwykle po koce – w samym środku życia. Poczuł podbiciami stóp, w którą stronę obraca się ziemia.

Po wyjściu zdążył jeszcze kupić napoje i miętowe cukierki. Mimo robót na Piłsudskiego dotarł na Błonia w jedenaście minut. Teraz wjeżdża od Piastowskiej na plac budowy świątyni i stara się wyminąć największe bajora. Parkuje pod szeroką na osiemnaście metrów podświetlaną tablicą z wizją sanktuarium. Dwustronny billboard stoi na czterech słupach, wykonanie kosztowało czternaście tysięcy, atestowany stelaż – siedem.

Plansza jest równie imponująca jak plany diecezji.

Zaprojektowana przez polonijnego architekta bazylika Matki Bożej Trzeciego Tysiąclecia oraz Centrum Myśli mają za trzy lata zmieścić pięć tysięcy wiernych. Gmach będzie gigantem. Częściowo ażurowy, w połowie złocony, w połowie licowany marmurem. Nad głównym wejściem stanie odlany z mosiądzu baldachim, kopia watykańskiego dzieła Berniniego. Piętnaście ton na spiralnych kolumnach. Do tego dwanaście witraży, jak apostołowie, cztery owalne wieże – ewangeliści. Na szczycie wszystkiego złoty krzyż w koronie. Będzie widoczny nawet z obwodnicy miasta.

Ksiądz Leszek Lisowski, miłośnik Palladia, Brunelleschiego, Lescota, ma pełną świadomość, że ten moloch będzie gigantycznym kiczem. Skrzyżowaniem czterech skoczni narciarskich z meczetem i karuzelą. Knotem Tysiąclecia. Godnym następcą koszmarów z Lichenia i Torunia. Ale co z tego, kiedy architektoniczny gust jego ekscelencji arcybiskupa metropolity Henryka Mordowicza pokrywa się idealnie z gustem jego trzody. Szmira w umysłach, szmira w przestrzeni. Trzeba pokoleń, żeby coś zmienić, a on ma tylko jedno życie. Dlatego jego miejsce jest gdzie indziej.

Wysiada i od razu grzęźnie w czymś, co jeszcze dwa dni temu było trawnikiem. Przywiezione z Rzymu półbuty toną w mokrej ziemi po ranty. Nie zwraca na nie uwagi. Widzi już, że jest gorzej, niż to wynikało ze słów szefa budowy, gorzej, niż sobie wyobrażał.

Środkowa część wylanej na ogromnym fundamencie szlichty – zarwana. Rozpadlina ma rozmiar boiska do siatkówki. Robotnicy, którzy mieli zdejmować szalunki, stoją na krawędzi dziury, paląc papierosy. Z nieruchomej betoniary, która zaparkowała obok, wolno kapie zaprawa.

Kierownik inżynier Arkadiusz Naciąg, przedzawałowo czerwony mężczyzna o szeroko rozstawionych oczach i spłaszczonym nosie, już biegnie do księdza. Brodaty brygadzista, trochę wyższy od karła, podskakuje za nim. Obaj mają fosforyzujące kamizele. Większy trzyma papiery, niższy przytrzymuje na głowie za duży hełm. Gadają jeden przez drugiego.

– I się, za przeproszeniem księdza, spierdoliło. Albo tam była kurzawka jakaś...

– Mówiłem, że jest za dużo szutru w chudziaku.

– Ale kurzawkę Romański powinien wykryć...

– Jeszcze ten deszcz.

– Tak czy srak, Romański jest winien. Kto chudziak zatwierdził?

– To trzeba rozkuć. Jeszcze raz grunt radarami sprawdzić.

– Dosyć no!

Ksiądz Leszek przesuwa prawą dłonią po spodzie lewej jak krupier obwieszczający koniec zakładów. Nie będzie żadnych nowych badań. Nie ma czasu.

– Czy ja mam panu powtarzać, panie Naciąg? – Unosi pięść, a potem prostuje palec po palcu przed twarzą prosiaka. – Na otwarciu prezydent, premier, jego ekscelencja ksiądz arcybiskup, Sejm, Senat, władze miasta, telewizje... Było ustalone pół roku temu!

– O... jedzie! Jedzie! – Brygadzista wyciąga rękę, krótką i grubą jak bawarski serdel. – Szybko przyjechał. Wie, że spierdolił.

Terenowy nissan pathfinder geologa hamuje, rwąc trawy na grząskim klepisku. Iwo Romański, wysoki sześćdziesięciolatek w dżinsach i rozpiętej sportowej kurtce Benettona, wysiada z komórką w ręku i słuchawką w uchu. On również gada z daleka:

– Badałem w marcu, jak było sucho! Napisałem wyraźnie: grunt nie może zostać zamoczony przed związaniem szlichty! Wykonawca nie zabezpieczył gruntu. Wasza wina. – Geolog wyciąga słuchawkę, wskazując budowlańców.

– Nasza, kurwa? Za przeproszeniem księdza... – Naciąg rozkłada w powietrzu swoje papiery. – Toć ja mam tu kopię. Pisze: „nadmiernie zamoczony przed związaniem”. Nie było nadmiernie. Chudziak jest wylany zgodnie...

– A izolacja?!

– W specyfikacji... – Kierownik na wszystko ma kwit. – Brak izolacji poziomej aż do warstwy zero.

– A zagęszczenie gruntu? – Geolog jeszcze próbuje, lecz już przegrał starcie.

– Było zagęszczone. – Brygadzista spluwa pod nogi.

Ksiądz Leszek Lisowski z trudem zbiera myśli.

– Dobra... panowie. Nie mówimy o tym, co zaszło, tylko o tym, co będzie. Jakieś propozycje?

– Może wpierw obejrzymy. – Romański pierwszy wdrapuje się na pokryty płytkimi kałużami fundament. Ksiądz idzie za nim. Obaj zostawiają na chudym betonie brunatne placki błota. Budowlańcy idą z tyłu.

Nieregularne zapadlisko wygląda fatalnie. W dole, wśród gruzów, stoi brudna woda. Robotnicy, którzy czekają na polecenia wokół krawędzi niecki, wyglądają jak wycieczka na koronie wygasłego wulkanu. W najgłębszym miejscu dziura ma dwa metry.

– Trzeba wybrać, co się da, wypompować błoto...

– A to pokruszyć w pizdu. Za przeproszeniem księdza. I dać suchy żwir, od nowa zagęścić, dalej gruz i zalewać chudziak od nowa.

– Ile? – Ksiądz spogląda na kierownika, lecz odzywa się geolog.

– Pięćset metrów sześciennych tak lekko.

Lisowski syczy.

– Ile będzie kosztować, pytam.

– Zależy na kiedy. – Naciąg trze płaski nos.

– Na wczoraj.

– Toć będzie przeszło pięćdziesiąt gruch. Nikt tyle nie ma na stanie... komponentu nawet.

– Aha. Zobaczymy, czy nie mają. – Kapłan odchodzi na bok. Dzwoniąc do cementowni, ogląda swoje buty za czterysta euro. Do wyrzucenia.

6.

– Rozpoznaliśmy, jak pani wie, rozwój guza Wilmsa, ale teraz widać, że przypadek Mateusza jest atypowy, skrajnie atypowy. – Wywołany z oddziału pediatra opiera się o awaryjny generator w pustym korytarzu. Trzydziesta godzina dyżuru. – Wyniki histopatologiczne i scyntygraficzne są różne. Właściwie przeciwne.

Ludmiła Zakrzewska, znak zodiaku Rak, czuje, że grzęźnie w podłodze. Ona także nie spała. Najpierw Radio Wawel, męcząca audycja, do udziału w której dała się namówić – względy promocyjne – potem czuwanie przy łóżku syna, ranna toaleta w szpitalnej łazience, godzina czekania, aż pediatra wyjdzie, by z nią porozmawiać. Z trudem zmusza gardło, by zadać pytanie:

– Co znaczy atypowy? Guz jest czy już zniknął?

Lekarz nie odpowiada. W kącikach oczu ma ropę.

– Jest guz i rośnie?

– Drugi tomograf nie wskazuje hiperplazji, lecz nie o to chodzi.

– A o co?

– Powinna pani pójść do doktora Rahindżaba. Będzie przyjmował dziś o jedenastej. Na dole, w przychodni.

– Dobrze. Ale niech pan odpowie. Proszę.

Medyk na przemian chowa dłonie w kieszeniach fartucha i składa je na przeponie. Jakby się spodziewał ciosu w brzuch.

– Proszę pana o to.

– Nerczak metachroniczny. Rozwija się w obu nerkach jednocześnie. Ale na razie oba guzy małe...

Zakrzewska przestaje słyszeć. Głos niby nadal rozchodzi się w korytarzu, słychać sylaby, lecz poszczególne słowa jej umykają. Jedne głoski są lżejsze, inne cięższe, nie chcą się kleić w ciągi. Spadają na posadzkę jak rozsypany bilon. Chce jej się jednocześnie napić wina, zwymiotować, zapłakać i spać.

– Umówić przez izbę przyjęć... Uprzedzałem Rahindżaba, że rano będzie pani chciała... się widzieć. Proszę nie tracić nadziei. – Pediatra próbuje ułożyć usta w uśmiechu. Słabo mu wychodzi. – Przepraszam, muszę wracać do chorych.

Ludmiła zostaje sama w długim, pustym przejściu. Idzie. Skręca. Czekając na windę, która zabierze ją na oddział onkologii dziecięcej, przypatruje się wychudzonej kobiecie na wózku. Chora ma twarz o barwie mielonego pieprzu, jest zmumifikowaną wersją matki Ludmiły, z którą ona nie rozmawia i która jeszcze nie widziała wnuka.

Matka, ojciec i ona. Trójkąt Bermudzki. Chociaż oczywiście każdą sytuację można opisać równie prawdziwie w kategorii sukcesu i klęski. Kwestia doboru faktów, przykładów. Użytych przymiotników. Luda od piętnastu lat żyje z opisywania – więc wie. Wsiada do windy.

Kategorie sukcesu: jest dziewczyną z inteligenckiej, krakowskiej rodziny z opozycyjnymi tradycjami, absolwentką prestiżowego wydziału najstarszej polskiej uczelni, dziennikarką krakowskiego tygodnika opinii o ogólnopolskim zasięgu. Kilka razy proponowano jej przeprowadzkę do Warszawy, ale tak ceni sobie krakowski spleen, że odrzuciła o pięćdziesiąt procent wyższe zarobki u Niemca w Mordorze, wybrała wierność „Tygodnikowi Popularnemu”. Kupiła na kredyt mieszkanie blisko centrum, fajnie je urządziła. Mężczyzn dobierała wyłącznie ciekawych i zmieniała... no może nie jak rękawiczki... ale z mniej więcej taką częstotliwością jak samochody. Aktualnie ma toyotę yaris i jednego redakcyjnego kolegę, z którym może nie tylko pogadać. Jest wysoka, jest zgrabna, a do tego jest laureatką najważniejszego polskiego konkursu dla mediów. Reporterka Roku 2017 uhonorowana za materiał o oszukańczych testamentach w zakonnym hospicjum w Żołądkowie, województwo kujawsko-pomorskie. W najbliższy poniedziałek opublikuje swój materiał życia. Uczyni świat lepszym.

Wysiada z windy.

Kategorie klęski: zajęta robotą zlekceważyła liczne narzekania swojego jedynaka, że go w brzuchu boli. Doprowadziła do sytuacji, w której jest, w której są oboje. Tutaj, w tym szpitalu. „Rozwija się w obu nerkach jednocześnie”. Głupia, głupia, głupia! Ma trzydzieści pięć lat, jeszcze dziesięć – i menopauza. Pracuje w zwijającej się branży mediów papierowych, gdzie może być tylko gorzej. Nigdy nie miała wielu przyjaciół, nie miała nawet niewielu. Jest samotna. Poza kumplem z redakcji, który ma swoje życie i swoje problemy, brak kogokolwiek, komu mogłaby wyznać, że podejrzenie nerczaka zarodkowego zmieniło się w pewność raka obu nerek jej dziecka. Jest neurotyczną jedynaczką, dyskretną konsumentką leków psychotropowych, a może także cichą alkoholiczką. Jest dorosłym dzieckiem bez kontaktu z rodzicami, którzy na stare lata zaczęli popadać w dewocję.

Że ojcu coś się popieprzyło w głowie, zrozumiała, kiedy zaczął wtrącać: „jak Bozia pozwoli”. Bozia... kurwa jego mać. Stary bigot nie zaakceptował jej ciąży. Dowiedziała się z drugiej ręki, bo wtedy już nie gadali, że miał czelność użyć słowa „pozamałżeńska”.

Jakby to było coś gorszego niż „pozamaciczna”.

Zaszła z Nowozelandczykiem bawiącym na półrocznym kontrakcie IT. Gdy przechodziła z pierwszego trymestru w drugi, on wrócił do Wellington. Ona donosiła dziecko świadomie. Miała już dwadzieścia dziewięć lat i to był ostatni dzwonek. Mati urodził się z mutacjami dwóch genów.

Teraz leży w szpitalnym łóżku, ściskając w dłoni Kokoloko – pluszowego kurczaka, którego dostał na pierwsze urodziny i który jest jego drugim przyjacielem po kocie. Niedawno otworzył oczy – ma jeszcze na buzi ślad nieobecności. Jeszcze się uśmiecha.

– Cześć, mamuś.

– Cześć, słonko.

Ludmiła poprawia wykrochmaloną kołdrę, choć wcale nie wymaga poprawiania. Całując syna w czoło, stara się nie trącić piętami innej matki, która nadal drzemie na macie przy łóżku chłopca starszego od Mateusza o jakieś dwa lata.

– Zaraz muszę, słonko, jechać do redakcji. Boli cię coś dzisiaj?

– Na razie nie boli.

– Przyjadę przed jedenastą, pójdziemy do przychodni.

– Gdzieś tutaj, w szpitalu?

– Tak, tu, piętro niżej.

– Chciałbym już do domu. Chciałbym już do Pączka.

– W przychodni powiedzą, co robimy dalej.

7.

– I przez niego żem w końcu usunęła ciążę.

Proboszcza Andrzeja Kukułę, którego kłopoty zaczną się za czternaście godzin, budzi nie sam koniec zdania, ale cisza po nim. Zorientowanie się, gdzie jest i co robi, zajmuje mu kilka sekund. Siedzi w konfesjonale, broda na piersiach, zimno. Ma sutannę – dobrze – ale pod nią nic. Tylko krzywo wsuniętą koloratkę. Jedna stopa w bucie, druga bosa i mokra. Gdzie żeś zgubił trzewik? Oby nie na środku kościoła. Za kratą konfesjonału penitentka. Kto to jest?

Pociąga nosem i przełyka glut, by zwilżyć piekące gardło. Chrząka.

– Ciążę?

– No... tak. Tego... Moje nienarodzone dziecko.

Sąsiadka Bożena Falska. Jej falset trudno pomylić z jakimś innym głosem. Ma troje dzieci, w tym bliźniaków, jego ministrantów. Utrzymuje męża, bezrobotnego, złośliwego mruka, hodowcę gołębi. Zdaje się, że to on wczoraj zadzwonił po gliny.

Pleban chrząka raz jeszcze. Gardziel nadal parzy.

– Jak miało na imię?

– Kto?

– Dziecko.

– No co ksiądz!? – szept Falskiej brzmi jak syk otwieranej puszki piwa.

Dzwonek alarmowy. Kapłan przytomnieje.

– Dobrze... dobrze już... córko. Jako pokutę odmówisz dziesięć razy Ojcze nasz i dziesięć razy Zdrowaś, Maryjo.

Ksiądz Andrzej unosi zdrętwiałą dłoń, by zastukać w deskę, i widzi przez kratę, że parafianka szeroko otworzyła usta.

Potraktował ją nazbyt łagodnie.

– I jeszcze cztery razy Koronkę do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Nie... dziesięć razy Koronkę. Idź z Bogiem.

Puk-puk-puk!

Bożena szybko odchodzi. Jest bardzo szczupła, ma nierówno ułożone ramiona. W połowie drogi do głównego wyjścia obraca głowę, jakby chciała się upewnić, że ksiądz nie pędzi za nią z potępieniem wiecznym.

Gdzie cholerny drugi but? Która godzina? Czym się skończyła wczoraj-dzisiaj wizyta sierżanta? Co się stało z Trybusem? Opel stoi na plebanii czy pojechał do siebie pijany w sztok? Co z Liskiem?

Butelka rzucona w gołębnik Falskiego. Rozbita szyba samochodu. Bijatyka Tadeusza z Leszkiem. Boże wszechmogący...

Dopiero teraz przypomina mu się, że udzielił na urwanym filmie ostatniego namaszczenia. Kaseta z Najświętszym Sakramentem. Czy jest w samochodzie? Chyba nie zostawił hostii w czworaku?

Stęka i wychyla się zza zasłony konfesjonału. Dzienne światło zmusza do zmrużenia oczu. Kościół jest jasny, wysoki, trzy nawy w pastelach i złocie. Rzędy gipsowych akantów. Rok rozpoczęcia budowy tysiąc dziewięćset czterdziesty piąty. Przed wojną w Miasteczku żyli głównie Żydzi. Większość galicyjskich i trochę litwaków. Stała kamienna synagoga, widział jej rysunek w książce autorstwa tutejszego regionalisty. Polacy z folwarku i górale z wiosek modlili się w drewnianym kościele, którego już nie ma. Wystawili nowy, z wieżą i dzwonnicą, bo zaraz po wojnie mieli pieniądze i mieli za co prosić Boga o wybaczenie.

Upewniwszy się, że jest sam, odrywa się od siedziska, wolno idzie w stronę zakrystii, stara się trzymać pion. Buta nie widzi. Przy drzwiach ostrożnie robi w tył zwrot i wsparty o framugę przyklęka na jedno kolano. Przeprasza Pana Zastępów za sponiewieranie ciała.

Wraca na plebanię mokrą alejką przez ogród. But leży na podwórzu, tuż za boczną furtką. Mercedesa Liska już nie ma, auta Tadeusza – też nie. Zostało po nim trochę rozsypanego szkła.

Rozmowa telefoniczna z komendantem Burym przypomina się księdzu Andrzejowi w jednym krótkim mgnieniu. Ma teraz u gliny dług. Cholera. Wchodzi do jadalni, gdzie Natalia Chrząstka od godziny sprząta. Ma osiemdziesiąt dwa lata, w pracy jest dokładna, w kuchni pomysłowa, mogłaby tylko mniej mówić.

– Jak w takim stanie pójdzie proboszcz do szkoły?

– Nic mi nie jest. Ksiądz Jan może dzwonił?!

– Dzwonił przed chwilą. Mówi, że z matką już lepiej. Wraca pojutrze.

– To dobrze.

– A pewnie, że dobrze. Bo ludzie zaś gadają, że babę jakąś ma i dlatego tyle wyjeżdża. Powinien mu proboszcz...

– Ludzie gadają różne głupoty! Niech tylko Natalia w tym gadaniu nie uczestniczy.

– Kawa czeka. Śniadanie podam zaraz. Pastę jajeczną zrobiłam. Z tych jaj, co je Marcelego bratowa przyniosła.

Pleban unosi kubek z czarną kawą, próbując nie rozlać. Trzeba zadzwonić do Tadka. Jak on mógł jechać nachlany w trupa ze zranioną ręką i rozbitą szybą?

– Telefonu mojego Natalia nie widziała?

– Nie widziałam.

Znalezienie smartfona – obtłuczonego ze wszystkich czterech stron egzemplarza Sony – zajmuje plebanowi pięć minut. Wsadził go do szuflady razem z fotografią z prymicji. Jest jedna wiadomość MMS. Zrobione wczoraj zdjęcie. Kto je zrobił? Chyba nie sierżant?

Zrobił Rysio Malinowski. Cholera.

Rysiek.

Proboszcz Kukuła trze kilka razy podbródek, a potem dzwoni do Tadka Trybusa. Tamten nie odbiera.

8.

– Został mi ostatni po nasiadówce z promocją. – Redaktor naczelny „Tygodnika Popularnego” Adam Olszowy, sześćdziesięciolatek z nosem jak nieświeży owoc morza, wyciąga w stronę reporterki lepki od lukru kwadratowy talerz, na którym leży tylko jeden donut.

– Dzięki, nie mam apetytu... – Ludmiła Zakrzewska odwraca wzrok od pokrytej plamami łapy swojego szefa i siada z grubą teczką na skraju kanapy. Układa nogi pod stolikiem zawalonym projektami outdoorowej autoreklamy, która powinna dźwignąć zdychającą sprzedaż.

Prawnik – Olszowy dzwonił po niego dwa razy – wchodzi bez „dzień dobry”. Dziś wczesnym rankiem po otwarciu poczty osobiście nadał odpowiedzi na sześć sprostowań dotyczących tekstu drugiego – obok Zakrzewskiej – gwiazdora redakcji, Roberta Pruskiego.

– Co mamy? – W odróżnieniu od ubranego w stare dżinsy szefa Piotr Chwaściak ma garnitur slim fit. Jego buty sprawiają wrażenie zabranych z kręgielni.

– Pedofilia w diecezji i jej systemowe ukrywanie. – Olszowy siada za biurkiem.

– W naszej diecezji?

Zakrzewska kiwa głową. Poprawia okulary, wyjmuje zawartość teczki. Dyktafon, posegregowane fotografie, kserokopie w foliowych koszulkach i dwie broszury – coś jak foldery świadków Jehowy.

Olszowy patrzy na jej szczupłe dłonie i mówi:

– Chodziliśmy za tym od trzech miesięcy.

Ludmiła chodziła sama, ale niech mu będzie.

– Pierwszy przypadek, parafia Dyrawa, zaraz za Niepołomicami. Czterystu mieszkańców, kościół Wniebowzięcia, od trzydziestu pięciu lat ten sam proboszcz. – Przesuwa w stronę mecenasa kopię fotografii wysokiego i pleczystego kapłana, który święci auta. – Ksiądz Michał Zub, w młodości w Czerwonych Beretach. Trenował zapasy. Podobno niechcący złamał komuś kark i to go popchnęło na ścieżkę Jezusa. W tej chwili ma sześćdziesiąt osiem lat, jak widzicie, trzyma się świetnie. Może seks z dziećmi mu służy. Absolwent filozofii i teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W zgodnej opinii wioski oddany Bogu i ubogim. Kawaler Orderu Odrodzenia Polski. Ewa Szulc, molestowana. Rocznik siedemdziesiąty ósmy. Panna z dzieckiem. Aktualnie mieszka w Krakowie. Znerwicowana, wybuchowa, na lekach. Potrafi być niemiła.

– Rozmawiałaś osobiście? – Mecenas bierze od Zakrzewskiej zdjęcie oznaczone dwójką. Drobna brunetka w niemodnej bluzce, wytrzeszcz oczu zagonionego w pułapkę zwierzęcia.

– Rozmawiałam pięć razy. Była u mnie w domu.

– Błąd.

– Jakoś wypadło. Nagrałam ją, zrobiłam stenogram, wzięłam oświadczenie i kopię zawiadomienia do prokuratury. – Dziennikarka podaje Chwaściakowi koszulkę wypchaną kartami A4. Ten przeciera dłoń chustką z kieszeni, potem waży papiery na dłoni, nie czyta.

Ludmiła mówi dalej:

– Mała Ewa była... tak w największym skrócie, odrzucona przez rodziców i nielubiana przez rówieśników. Niepopularna. Ksiądz Zub wytłumaczył, że będzie dla niej jak ojciec. Zaczął ją molestować, gdy miała dziesięć lat.

– Molestować... jak? – pyta cicho prawnik. Ledwo słyszalny ton głosu to jego sposób na dyscyplinowanie rozmówców.

– Wkładał w usta język, a później kutasa. Ewa oddawała mu się latami. W dwa tysiące trzynastym, kiedy proboszcz zaczął się dobierać do jej córki Mariolki, poszła na posterunek. Miejscowe gliny nie przyjęły zawiadomienia. Pogonili ją. Pojechała do prokuratury w rejonie, to jest właśnie jej doniesienie. Śledztwo wszczęli ponad trzy lata temu, w końcu je przekazali do Szczecina, chyba tylko po to, żeby Ewa musiała dojeżdżać daleko. A tam umorzyli. W tym czasie ludzie z Dyrawy wybijali Szulcowej szyby w oknach, córka była sekowana w szkole. Musiały się wyprowadzić.

– Jak ją znalazłaś?

– Sama do mnie napisała, gdy dostałam Pressa za hospicjum. Przysłała mi zażalenie na umorzenie w Szczecinie. Pytała, czy może cokolwiek jeszcze zrobić.

– Księdza odpytałaś?

– Pogonił mnie. Ale nagrałam, jak każe mi spieprzać. Mogę wam odtworzyć.

– Na razie nie trzeba. Sentencję umorzenia w Szczecinie masz?

– Nie stwierdzono popełnienia czynów zabronionych. Ostatnie karty... o, tutaj.

Radca czyta. Olszowy kołysze się w fotelu na tle statuetek przyznanych dziennikarzom, grafikom i menedżerom „Popularnego” przez sześćdziesiąt lat. Najstarsze z tych nagród przyznali biskupi, gdy „Tygodnik” był jeszcze pismem katolickim. Gdy miał księży w kolegium i dawnego wydawcę.

– Co dalej? – Piotr Chwaściak oddaje Zakrzewskiej papiery.

– Ewa mieszka z Mariolką w Krakowie. Sprząta na uczelni, a mała się uczy. Biedują. Teraz drugi przypadek. Katarzyna, sporo młodsza od Ewy, rocznik dziewięćdziesiąty drugi...

– Czekaj... – Prawnik pochyla głowę w stronę Olszowego. – Podejdę po Kubę. Nie gniewaj się, Adam, ale chyba Jakub musi ten tekst puścić.

9.

– Ksiądz się robi gruby. – Hanna lekko kołysze biodrami.

– Bo dobrze gotujesz. Coś jeszcze źle robię?

– Za dużo ksiądz pije.

– Samotność, okrutna siostra śmierci.

– Ma ksiądz krzywe zęby.

– No tutaj już przesadziłaś.

Ona podnosi z półmiska kawałek topionego sera z Lidla, podsuwa Trybusowi, który gryzie głęboko, usta dotykają jej palców. Ślad po zębach – nierówny.

Tak było. Ksiądz Tadeusz widzi to wszystko w jednym ciągu scen. Za oknem już jasno, on się budzi, zasypia, znowu budzi. Letarg, lewitacja, bolesna inercja. Pęcherz pełny, w ustach piach i popiół. Zasnąć, jeszcze zasnąć... W kuchni nadal gra radio, jego dźwięki dochodzą do łóżka tuż nad progiem ciszy, ale słowa wkręcają się w głowę. Gadają o Kościele. Ciągle o Kościele. Chociaż nic nie wiedzą.

Wypowiedzenie konkordatu oznaczałoby dla Polski wielkie oszczędności... samo utrzymanie katechetów w szkołach... ponad miliard rocznie...

Trybus słucha, chrapie, rozmyśla i śni. Różne części mózgu działają osobno. Znowu widzi Hannę w pół śnie, pół wspomnieniu. Jest nieziemsko piękna: lekko senne oczy, równe kreski brwi, krótki nos, rzeźbione usta greckiej bogini, mały podbródek i okrągłe piersi. Jasne włosy przeczesane ręką. Wszystko realne aż nadto. Tak było: połknęła resztę sera topionego, oblizała opuszki, głośno się zaśmiała. On patrzył zauroczony i teraz znów spogląda spod zamkniętych powiek. Ale film się skończył. Teraz leci inny. Seks mężczyzny z dzieckiem. Mężczyzną jest kapłan, o tym śniący wie. Dziecko nie ma płci, jest jedynie definicją, bytem samym w sobie, przykładem. Kopulujący duchowny – przeciwnie – aż nadto realny. Trybus widzi krople potu na przygiętych plecach, wypukłe kości kręgosłupa, owłosione pośladki, napięte mięśnie ud. Obraz się przybliża. Już słychać stękanie, tłuste plaśnięcia, czuć zapach czegoś kwaśnego. To przemoc tak cuchnie.

Budzi się spocony.

Dotacje dla kościelnych uczelni wyższych, wydziałów teologicznych, szkół, przedszkoli, ochronek...

Gadka o Kościele. Ciągle o kościele.

A Caritas? Kościół niechętnie o tym mówi, lecz ta działalność w przeważającej części finansowana jest z publicznych pieniędzy...

Bezsensowna gadka. Pod czaszką dudnienie.

Obowiązek utrzymywania kapelanów w szpitalach oraz w wojsku i innych służbach mundurowych. Budżet wydał na ich pensje w zeszłym roku...

Przełyk wypalony. Ręka w zaschłej krwi.

Kościół dostaje swobodę w prowadzeniu zbiórek...

Kwaśny osad grozy na spierzchniętych wargach. Wczoraj stało się coś nieodwracalnego.

10.

– To, o czym ci wspominałem, już mamy. – Naczelny wstaje z fotela, by podać rękę wydawcy i właścicielowi w jednej osobie, ale ten się najpierw wita z Ludmiłą Zakrzewską.

Niski, szeroki w barkach Jakub Szwagier ma nieproporcjonalnie długie ramiona, mocny uścisk dłoni i dojrzałą opaleniznę globtrotera. Pachnie pieniędzmi i możliwościami. „Tygodnik” to jego ukochany, lecz nie główny interes. Nawet nie trzeci z kolei. A już na pewno nie najbardziej zyskowny. Kuba większość kasy wyciąga z kamienic. Rozwija biznesy szybko, szybko podejmuje decyzje i szybko się rusza. Jak na przedsiębiorcę tej skali jest młody: czterdzieści trzy lata. Chociaż Olszowy chce mu oddać własny fotel, on wybiera krzesło. Od razu bierze do ręki fotografię z trójką.

Ksiądz Michał Zub w sutannie na tle niskiego, idealnie przystrzyżonego żywopłotu wskazuje fotografującą go osobę innemu, równie postawnemu facetowi o twarzy trędowatego ogra.

– Proboszcz komandos filozof i jego kostropaty kościelny. Chwilę przed tym, zanim mnie pogonili z Dyrawy.

– Co znaczy „pogonili”? – Szwagier patrzy Zakrzewskiej w oczy. Lubi taki kontakt.

– Najpierw ten Frankenstein oklepał mi pięścią samochód, a potem przyjechały miejscowe gliny, przetrzepały moje dokumenty, bagażnik, apteczkę, nie miałam kamizelki odblaskowej i homologacji haka... Wlepili mi dwie stówy, cztery punkty i pojechali za mną aż do Niepołomic, żebym przypadkiem nie zawróciła.

Ludmiła łączy kolana w pozie grzecznej dziewczynki. Od decyzji Jakuba zależy teraz, czy nie pójdzie na marne robota z trzech miesięcy, gdy winna zajmować się raczej coraz mocniej chorym synem niż śledztwem. Ale nie potrafiła odpuścić. Zresztą jeżdżąc od parafii do parafii i od domu do domu, nie myślała tak wiele o tym, na co i tak nie ma wpływu. O nefroblastomatozie.

– Zaczynać od początku? – Olszowy zaparzył coś w swoim imbryku, teraz napełnia wszystkim filiżanki.

– Domyślę się pierwszego rozdziału. – Szwagier podnosi z pulpitu zdjęcie numer siedem.

– To Katarzyna, dziewczyna z Krakowa, rocznik dziewięćdziesiąty drugi. – Luda bierze do rąk filiżankę i patrzy w twarz szefa wszystkich szefów, z którym po raz pierwszy ma zaszczyt wypić herbatę. – Początek jej historii jest podobny do przypadku Ewy z Dyrawy, który omówiłam. A właściwie gorszy. Kasię oboje rodzice porzucili jako dziecko. Nieuleczalnie chora. Zwyrodnienie kręgosłupa, poporodowe uszkodzenie mózgu. Doszły zaburzenia osobowości. Wymioty, omdlenia, padaczka. Dwanaście lat i już jeździła na wózku, kiedy była słaba. Z domu dziecka zabrała ją jako oseska, chciałam powiedzieć, że adoptowała, katechetka z Bronowic, stara panna mieszkająca z siostrą, również panną. Szukały szansy na cudowne uzdrowienie dziecka...

Szwagier uważnie patrzy na zdjęcie niepełnosprawnej dziewczynki, jakby rozpoznał w niej zaginioną córkę. Ze skreślonego ręką Zakrzewskiej podpisu wynika, że Katarzyna ma tu dwadzieścia pięć lat. Jest w jej twarzy coś tragicznego i coś zwierzęcego.

– Setki mszy, dziesiątki nocnych czuwań, każdy piątek obie opiekunki spędzały o suchym chlebie i wodzie. Żadnej poprawy. Osiemnaście lat temu ktoś podpowiedział katechetce, że warto się spotkać z ojcem Kazimierzem Morusiem, przewodnikiem Ruchu Odnowy, tak to się nazywa: Odnowa w Duchu Świętym. Tak zwani charyzmatycy nakładają ręce, mówią językami... Czysta szarlataneria. Ślepi widzą, głusi słyszą, impotenci ejakulują, ale nie ma żadnych nazwisk. – Ludmiła otwiera jedną z kolorowych broszur na jedenastej stronie. Pokazuje zdjęcie ojca Kazimierza Morusia. Szczupły pięćdziesięciolatek w typie południowca, krótka broda, małe wąsy w szpic. Spojrzenie nawet jeśli nie hipnotyczne, to intrygujące. Ma w sobie coś z amanta filmu niemego.

– Katechetka pojechała do niego z Kasią w lipcu dwa tysiące piątego. Najpierw była wspólna modlitwa w takim jakby... pokoju przyjęć, potem ojciec Kazimierz zabrał dziecko do własnej sypialni. Opiekunce kazał się modlić i czekać. Dziewczynkę rzucił na łóżko...

– Ile ona miała wtedy lat? – Mecenas wstał z krzesła.

– Trzynaście.

Wydawca przerywa picie naparu, naczelny już raz to od Ludy słyszał.

– Od tego dnia stan Kasi jeszcze się pogorszył. – Zakrzewska bierze do ręki jedną z kserokopii.

– Skąd masz szczegóły? Że strzyknął... – To pytanie musiało paść.

– Mam pismo katechetki, adopcyjnej matki, do kurii arcybiskupiej z datą dwa tysiące dwanaście. Kasia po wizycie u cudotwórcy zaczęła regularnie wymiotować, moczyć się w nocy, ciągle płakała. Opiekunki coś przeczuwały, pytały i pytały, ale dopiero po latach, kiedy była już dorosłą kobietą, wyciągnęły z niej, co się przydarzyło w dwa tysiące piątym. Katechetka to opisała na podstawie relacji dziewczyny. W kurii nie chcieli przyjąć listu, lecz ojciec Kazimierz dostał przeniesienie z Krakowa na plebanię w Bochni. Byłam tam. Ustaliłam, że sprawował tak zwaną pomoc duszpasterską. Ani proboszcz, ani wikariusz. Oczko wyżej od kościelnego. Jak na przewodnika Odnowy w Duchu Świętym – duża degradacja. W Bochni wykorzystał czternastolatkę. Użył silikonowego penisa.

– Daruj, Luda.

– I znów go przenieśli.

– Otóż to! Pokażemy, że był system krycia, proceder. – Olszowy zna Jakuba Szwagra na tyle, że już wie, jaka będzie za chwilę decyzja.

– To jest proceder, a nie był. – Zakrzewska unosi zdjęcie ostrzyżonego na jeża czarnookiego chłopaka. Dzieciak wygląda jak pomniejszony dorosły mężczyzna. – Tu macie Kewina Rolniczaka, lat niecałe czternaście. Jego sprawa została zamieciona pod dywan raptem miesiąc temu.

– Chyba mi już wystarczy. – Szwagier odstawia pustą filiżankę. – Powiedz mi tylko, Ludmiło, czy arcybiskup Mordowicz kryje to sam? W sensie: osobiście?

– Na niego dowodu nie mam. Ale najgorszego przypadku wam jeszcze nie opowiedziałam.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nic, co ludzkie Pole śmierci Zatoka świń Karbala Tabloid Trzeci zamach 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie