Panny i wdowy. Tom 2

Panny i wdowy. Tom 2

Autorzy: Maria Nurowska

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 19.90 zł

Kolejne pokolenia kobiet z Lechic za bezkompromisowość i wierność uczuciu płacą samotnością. Od powstania styczniowego aż do upadku komunizmu w Polsce Lechice będą świadkiem oddania i zdrady, w fascynującym splocie połączą się ze sobą wielkie namiętności i wielka historia.

W II tomie: początek XX wieku, niespełniona w miłości Suzanne staje się strażniczką rodzinnego dworu. Jej siostra Karolina odkrywa uroki Paryża. W jej życiu pojawiają się mężczyźni, jednak nie rezygnuje z własnych ambicji, chce zdawać na prawo. Niestety, pojawiają się uczuciowe komplikacje, spotyka miłość swojego życia i będzie musiała wybierać pomiędzy zawodową karierą a wielkim uczuciem.

Maria Nurowska jest jedną z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich pisarek. Wydała ponad trzydzieści książek, m.in. "Hiszpańskie oczy", "Listy miłości", "Miłośnicę" – fabularyzowaną biografię Krystyny Skarbek, opowieść o Ryszardzie Kuklińskim – "Mój przyjaciel zdrajca", "Księżyc nad Zakopanem", a w ostatnich latach "Drzwi do piekła", "Dom na krawędzi", "Wariatkę z Komańczy", "Bohaterowie są zmęczeni", "Dziesięć godzin" i "Pamiętnik znaleziony w Katyniu". Jej książki zostały wydane w 23 krajach; w Niemczech, we Francji i w Chinach były bestsellerami.

jest jedną z najwybitniejszych i najpopularniejszych polskich pisarek. Wydała ponad trzydzieści książek, m.in.Hiszpańskie oczy, Listy miłości, Miłośnicę, fabularyzowaną biografię Krystyny Skarbek, opowieść o Ryszardzie Kuklińskim – Mój przyjaciel zdrajca, Księżyc nad Zakopanem, a w ostatnich latach Drzwi do piekła, Dom na krawędzi, Wariatkę z Komańczy, Bohaterowie są zmęczeni i Dziesięć godzin. Jej książki zostały wydane w 23 krajach, w Niemczech, we Francji i w Chinach były bestsellerami.

Copyright © Maria Nurowska, 2007, 2018

Projekt okładki

Julia Lew

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Marianna Chałupczak

ISBN 978-83-8123-997-4

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

1

W sierpniu wybuchła wojna, świat rozlatywał się na kawałki, jakby rozerwany szrapnelem, ale Karolina tak była zniechęcona, że nie robiło to na niej wrażenia. Wszystko jedno, co się wydarzy – myślała – ja już i tak nie żyję...

A jednak żyła nadal, spotykała się znowu z panią Misią, która dzieliła teraz mieszkanie z tą Chanel, prawie się nie rozstawały. Kiedy były razem, stanowiły jakby całość tak do siebie nieprzystawalną, że wydawało się to wręcz kuriozalne.

– Obydwie gardzą ludźmi, dla których obraz jest tylko obrazem – skomentował tę przyjaźń wuj. – Jeśli czują tak obydwie, to dowód, że się nie mylą.

Pani Misia zachowywała się zupełnie inaczej, gdy była z Karoliną sama. Któregoś dnia wybrały się na spacer, bo pani Misia stwierdziła, że Karolina blado wygląda.

– No cóż, trwa wojna, ale kobiety nie mogą przestać być kobietami – powiedziała. – Należy dbać o cerę...

Kiedy spacerowały w Ogrodzie Luksemburskim, minął je dość anemicznie wyglądający mężczyzna.

– Popatrz na niego – powiedziała pani Misia – jest ciężko chory. Ukończy swoje dzieło i umrze. Dopiero wtedy wszyscy zrozumieją, że to największy pisarz, jakiego wydała Francja...

– Kto to taki? – zainteresowała się Karolina.

– Marcel Proust.

Potem siedziały na ławce pod rozłożystym drzewem o tak gładkich, poskręcanych gałęziach, że wyglądały jak wijące się węże.

– Nie wiem, jak mam dalej żyć – powiedziała cicho Karolina, to było jej pierwsze tak osobiste zwierzenie i nagle się zawstydziła.

– Nikt tego nie wie, dziecko – odrzekła kobieta z takim smutkiem, że Karolina pomyślała, iż tak naprawdę jej nie zna. – Każdy błądzi, każdy...

Więc po co to wszystko – pomyślała z przygnębieniem. Tamta jakby odczytała jej myśl, bo uśmiechnęła się smutno:

– Jednak życie ma w sobie coś fascynującego.

2

Paul Dębicki szedł na front i chcąc nie chcąc, Karolina musiała wysłuchać jego prośby, musiała się z nim spotkać. Skoro wydarzyło się to, co się wydarzyło, była mu coś winna.

– Będziesz na mnie czekała? – spytał.

– Nie.

– Jak to? – Twarz mu pobladła. – Nie chcesz, żebym do ciebie wrócił?

– Chcę, żebyś wrócił, ale nie do mnie. Ja... muszę być wolna. Żadnych więzów. Żadnych obietnic. Jak wrócisz, a ja tu jeszcze będę, ucieszę się. Nawet bardzo...

– Pięknie wyprawiasz mnie na wojnę – rzekł z goryczą.

– To nie moja wojna! – wykrzyknęła ze złością. – Co mnie ona obchodzi!

On odwrócił się do niej plecami, jakoś tak się zgarbił. Zrobiło jej się go żal, przytuliła się więc do tych pleców.

– Kocham cię, Karolino – usłyszała.

– To nie ma sensu, Paul.

– Więc według ciebie to, że dwoje ludzi się kocha, nie ma sensu?

– Ja... ciebie nie kocham, nigdy ci tego nie mówiłam.

– Więc dlaczego byłaś ze mną?

Patrzył na nią oczami skrzywdzonego dziecka, zaczynało ją to wyprowadzać z równowagi.

– Bo... zostałam odtrącona przez innego mężczyznę. I czułam się strasznie... i potrzebowałam kogoś...

– Kto by cię pocieszył.

– Możliwe.

Paul wybiegł z pokoju hotelowego, zapomniał czapki, więc wrócił po nią. Wydał się Karolinie żałosny. To nie była jej wina, że życie obeszło się z nim tak okrutnie. Nikogo nie można zmusić do miłości. Przekonała się o tym na własnej skórze.

3

A więc przyjeżdża – pomyślała – niedługo ją zobaczę... Tyle się tymczasem wydarzyło, wybuchła wojna. Jakie to szczęście, że obie żyjemy. Co prawda nikt jeszcze nie mówił o zakończeniu wojny, ale czuło się to już w powietrzu. Niepokoiła się wiadomością, że Karolina wraca teraz, kiedy jeszcze trwały walki. Ten jej pomysł, żeby przez Szwajcarię dostać się do Wiednia, przerażał ją. Ale przecież na Karolinę nie było sposobu. Rozsądniej byłoby zaczekać na kapitulację Niemiec. Chwała Bogu, siostrzenica szczęśliwie dotarła do Warszawy...

Poszła do swojego pokoju i bezwiednie usiadła przy toaletce. W lustrze zobaczyła swoją twarz. Dotąd nigdy się sobie specjalnie nie przyglądała, ot, czesała włosy, upinała je. A teraz napotkała swój wzrok. O Boże, jestem stara – przemknęło jej przez myśl na widok siwych pasm na skroniach i silnie zaznaczonych worków pod oczami. Karolina też to zobaczy... Dotknęła policzków, straciły już dawną elastyczność, pokryły się drobniutkimi zmarszczkami. Jak to życie przemija – rozmawiała ze swoim odbiciem w lustrze, które tak było obojętne na to, co się w niej działo. A potem stała w oknie, odprowadzając wzrokiem konie wyjeżdżające po Karolinę na stację. Na koźle siedział nowy stangret, Franciszek już dawno pożegnał się z tym światem. Bardzo zresztą chorował, głuchy już zupełnie i ociemniały. Trzeba było wynająć kogoś specjalnie do opieki nad nim. Ten nowy nie potrafił pojąć najprostszych rzeczy, tego na przykład, żeby konie nie od razu zajeżdżały pod ganek, ale stawały z boku. Dopiero po otwarciu głównych drzwi powinny z wolna ruszyć i stanąć na wprost schodów. Ale dla tego gamonia było to nie do opanowania, zawsze podjeżdżał pod schody, bez względu na to, ile czasu pozostawało do wyjazdu. Mniej więcej po godzinie zobaczyła z powrotem konie u wylotu alei i zbiegła na dół. Stała na ganku z bijącym sercem. Z bryczki wysiadła młoda kobieta o jasnych włosach wysoko upiętych i niezwykle pięknej twarzy; ta uroda aż biła w oczy. Onieśmielała. Susanne nie mogła rozpoznać w niej Karoliny, ale to ona rozpoznała Susanne, rzucając się jej na szyję.

– O Boże, ciociu, znowu jesteśmy razem! – zawołała ze łzami w głosie.

– Jaką miałaś podróż?

– Z Wiednia jechałam pociągiem jak królowa, sama w przedziale...

To był ten sam głos, który pamiętała. Trwały tak, objęte, nie mogąc się od siebie oderwać, nie mogąc się sobą nacieszyć.

– O Boże, jak ja się za tobą stęskniłam – wołała Karolina. – Dopiero teraz to czuję...

Chodziła po pałacu, zaglądając we wszystkie kąty.

– Wróciłam do domu, jakie to wspaniałe uczucie!

Susanne zupełnie nie mogła dopasować tego nowego wcielenia Karoliny do tamtego, które zapamiętała. Miała teraz przed sobą zupełnie dorosłą kobietę, która promieniowała urodą jak silnym światłem. Nie można było patrzeć, nie mrużąc oczu. I znowu w jej sercu pojawił się lęk, że to nie może się dobrze skończyć. Ludzie, którzy się wyróżniali, musieli płacić odpowiednią za to cenę. Jaka miała być cena Karoliny... Potem przestała tak myśleć, obecność siostrzenicy wywróciła wszystko do góry nogami. O innych porach się jadało, o innych chodziło spać. Potrafiły przegadać pół nocy, tyle że Karolina odsypiała to do południa, a Susanne zrywała się, jak zwykle, wczesnym rankiem. Ale czuła się tak szczęśliwa. Karolina powróciła zupełnie odmieniona, zniknęła jej dawna skrytość i jakby nieufność. Teraz siostrzenica rozmawiała z nią o wszystkim. Opowiedziała jej o pierwszej nieszczęśliwej miłości, nie wyjawiając tylko, kim był ten człowiek. Ale Susanne i tak go przecież nie znała.

– Mężczyźni zupełnie nie są mi potrzebni, mam swoje plany – powiedziała Karolina.

– To co masz teraz zamiar robić? Wiesz, że czeka na ciebie mieszkanie w Warszawie?

– To jeszcze trochę poczeka, chcę wstąpić na Uniwersytet Jagielloński już w październiku, dlatego teraz przyjechałam.

– A na jaki wydział?

– Oczywiście na prawo – odpowiedziała zdziwiona. – Tym razem muszą mnie przyjąć, nie chcę być znowu wolną słuchaczką, czyli piątym kołem u wozu. Absolutnie się do tego nie nadaję.

– Ale czy cię przyjmą? – powątpiewała Susanne.

– A czy mają inne wyjście? – roześmiała się Karolina.

– No tak, Karolinko, ale wcale jeszcze nie jest spokojnie, to jak ty wyjedziesz do tego Krakowa?

– Przez płot już skakać nie będę – odrzekła. – Dostanę się tam pociągiem.

I Karolina postanowiła spędzić w miarę beztrosko wakacje. Jeździła konno. Susanne zauważyła przypadkiem, że towarzyszy jej nowy właściciel sąsiedniego majątku. Z jego ojcem Susanne utrzymywała dobre stosunki, potem była na pogrzebie. Poznała wtedy żonę młodego dziedzica, przystojną kobietę o ujmującym sposobie bycia. Nie bywali u siebie, ale była to dosyć bliska znajomość. Nie chciała, żeby miało się to teraz popsuć. Nic nie mówiła, ale ilekroć widziała Karolinę w stroju do konnej jazdy, odczuwała lekki niepokój. Któregoś dnia przy śniadaniu Karolina powiedziała:

– Chyba wezmę udział w zawodach.

– W jakich, na miłość boską?

– W konnych, ciociu – odrzekła Karolina.

– Czy ty przypadkiem siebie nie przeceniasz, dopiero niedawno odkryłaś konia.

– Ja potrafię wszystko – roześmiała się siostrzenica.

I znikała z domu na całe przedpołudnia, podobno jeździła do pobliskiej stadniny przygotowywać się do konkursu. Na targu we Wrzosowie Susanne spotkała żonę właściciela sąsiedniego majątku i dowiedziała się, że jej mąż też będzie brał udział w zawodach i w związku z tym prawie go nie widuje.

– Takie tam zawody – stwierdziła z uśmiechem młoda kobieta. – W skali lokalnej, powiedziałabym...

Ale Susanne wcale nie było do śmiechu, postanowiła porozmawiać z Karoliną, nie wiedziała jednak, jak zacząć. Robiła jakieś miny, chrząkała, ale Karolina nie dała się sprowokować i ani razu nie spytała, o co jej chodzi. Bo gdyby spytała, już by Susanne wiedziała, co odpowiedzieć. W końcu nadszedł ten dzień, Susanne usiadła na trybunie, prosząc Boga tylko o to, żeby Karolina nie złamała karku, może zająć nawet ostatnie miejsce. Karolina brała udział w konkursie jako jedyna amazonka, reszta zawodników to byli przeważnie właściciele okolicznych majątków oraz oficerowie z pobliskiego pułku. Susanne oglądała przeszkody, te wszystkie murki, płotki i rowy z wodą i była coraz bardziej zdenerwowana, a kiedy zapowiedziano Karolinę, serce skoczyło jej do gardła. Pojawiła się na pięknej karej klaczy, na której prezentowała się malowniczo, ale tutaj przecież liczyło się co innego. Zaczął się konkurs. Karolina bezbłędnie poprowadziła konia na dwie przeszkody, ale przy trzeciej chyba za szybko go ściągnęła, bo wpadł przednimi nogami w murek. Wybiło ją z siodła, zgubiła strzemiona i już nie była w stanie nad niczym zapanować. Klacz poniosła, pędziła prosto na betonową ścianę oddzielającą parcours od reszty stadniny. Ludzie wstawali z miejsc, a Susanne poczuła, jak na czoło występuje jej zimny pot. Roztrzaska się – pomyślała, ale nagle wszystko się odmieniło. Koń został zatrzymany przez kogoś w ostatniej chwili, jak spod ziemi pojawił się mężczyzna i osadził klacz. Karolina nie mogła jednak iść, Susanne z daleka widziała, że utyka. Niestety rozpoznała też mężczyznę. Następnego dnia zjawił się w Lechicach z najbardziej okazałym bukietem róż, jaki Susanne kiedykolwiek widziała. Nie było niemal go widać zza tej góry ciemnoczerwonych pąków. Przysiadł obok wspartej na poduszkach Karoliny i Susanne czuła, że oboje czekają, kiedy sobie pójdzie. Zawahała się, ale jednak opuściła pokój. Gość siedział, jej zdaniem, nieprzyzwoicie długo, posłała więc kamerdynera z pytaniem, czy Karolina będzie jadła obiad. Wreszcie się wyniósł. Kiedy weszła do pokoju siostrzenicy, zauważyła, że ta ma rumieńce i lekko potargane włosy.

– Podobno mężczyźni zupełnie nie są ci potrzebni – stwierdziła z przekąsem.

– Mężczyźni nie są mi potrzebni generalnie – odrzek­ła z uśmieszkiem Karolina. – Przyznasz, że nasz sąsiad jest bardzo przystojny.

– A jaką ma przystojną żonę.

Karolina roześmiała się głośno.

Przez kilka dni siedziała w domu, a potem znowu się wymykała; Susanne słyszała tylko stukot kopyt, kiedy Karolina okrążała konno gazon. Nie miały właściwie czasu poważnie porozmawiać. Co z tym wyjazdem, co należało przygotować, no i w ogóle o przyszłości.

– Chciałam ci powiedzieć – rzekła któregoś dnia – że odziedziczyłaś także Drukczyn.

– A nie zapominasz o sobie? – wtrąciła Karolina dość obojętnie.

– Mnie się nic nie należy z tamtego majątku, bo... nie spełniłam warunku ciotki Edy.

– A czego od ciebie chciała ta złośliwa staruszka, jeśli to nie tajemnica?

– Ach, nieważne – odpowiedziała Susanne. – Teraz Drukczyn jest twój, po matce.

– Niczego od niej nie chcę – rzekła porywczo Karolina i zaraz się roześmiała, chcąc pokryć zmieszanie.

Ale dla Susanne to był cios. Ta wrogość w głosie Karoliny. Dlaczego, na miłość boską, przecież nawet nie znała matki. Podświadomie czuła, że nie wolno jej tego dochodzić. Może Karolina powie jej kiedyś sama.

A potem trzeba było się żegnać. Susanne odwiozła Karolinę na stację, rezygnując z towarzystwa stangreta, który ją zbyt irytował. Stały już na peronie, kiedy przed dworzec zajechał ktoś konno; koń był zgoniony, na szyi rozlały mu się ciemne łaty potu. Mężczyzna zeskoczył z siodła i przez tory ruszył w ich stronę. Chyba nawet nie zauważył Susanne, wpatrzony w Karolinę. Jacy oboje są piękni – pomyślała. – Jaśni... Włosy spadały mu na czoło, odgarniał je ręką. Smukły, o rasowej twarzy, w której wyróżniały się bardzo niebieskie oczy. A Karolina... rozmawiała z nim dość obojętnie, jego rozpacz nie robiła na niej najmniejszego wrażenia. Coś mu tłumaczyła, a potem wyrwała rękę, którą chciał przytrzymać. Jak to dobrze, że mam to już wszystko za sobą – pomyślała Susanne.

4

Patrzyła przez okno pociągu na przesuwające się równiny z niejakim zdziwieniem i poczuciem pewnej obcości. Odzwyczaiła się już od podobnych widoków. Francja tak inaczej wyglądała z okien wagonu; do Prowansji Karolina jechała już zelektryfikowaną linią. Tutaj jakby się cofnęła do początków cywilizacji.

Pożegnanie z Paryżem wypadło w deszczu, dosłownie w strugach deszczu jechała na dworzec. Odwoził ją kamerdyner Dębickich, bo Henryk nie czuł się najlepiej; Paul zaginął gdzieś na tej bezsensownej wojnie i nie wpływało to dobrze na jego ojca. Jej przyjaciółka Misia z Godebskich przebywała w tym czasie na kuracji poza Paryżem. Karolina wiele jej zawdzięczała, to między innymi, że odnalazła dla siebie jakieś miejsce. W czasie działań wojennych pracowała w szpitalu jako sanitariuszka. Widok tych wszystkich nieszczęść jakoś przytłumiał jej własne, w końcu ona miała tylko złamane serce. Od tamtej sceny nie widziała się z Piotrem. W dniu jej urodzin przysłał kwiaty i bilet: „Dużo pomyślności od tego, który powitał cię jako pierwszy na tym świecie”. W taki oto sposób starał się wytłumaczyć, kim naprawdę dla niego była. Ale jeżeli traktował ją jak córkę, była dla niego jej córką. Osaczyli ją oboje, nie miała się gdzie ukryć. Właściwie okaleczyli Karolinę na całe życie, bo przecież nigdy już nikogo nie pokocha. Była tego pewna. Jeżeli żywiła jeszcze jakieś uczucia, to tylko w stosunku do Susanne. I też nie należało mówić o miłości, raczej o przywiązaniu. Pewną przyjemność sprawiało jej natomiast zawracanie mężczyznom w głowach. Zadawała sobie niemało trudu, żeby móc wreszcie oglądać efekt końcowy, to znaczy stan bezgranicznej rozpaczy, w jakiej kiedyś sama się znajdowała. Czuła, że okrutnie się bawi, że kiedyś to się może źle skończyć, lecz wciągało ją to jak hazard. I było o tyle łatwe, że właściwie żaden mężczyzna nie przeszedł obok niej obojętnie. Karolina kolekcjonowała spojrzenia, wyrazy adoracji, a potem miłości. Ostatnio tak właśnie było z właścicielem majątku sąsiadującego z Lechicami. Początkowo i dla niego był to tylko flirt, taka wakacyjna historia, ale Karolina dokładnie znała jej zakończenie. Potem było jej go nawet żal, tak bardzo cierpiał, klękał przed nią, zaklinał się, że się rozwiedzie. A ona kręciła głową.

– Nie jest mi potrzebny twój rozwód.

– Przysięgam, ona się dla mnie nie liczy... Nigdy jej nie kochałem...

– To już wasza sprawa, twoja i jej.

Odpowiadała zimno, ale gdzieś w głębi czuła, że to już ostatnia taka historia. Nie będzie dalej grała. Karolina miała tylko jednego kochanka, który był tak samo niedoświadczony jak ona, i prawdę powiedziawszy, obrzydził jej fizyczne zbliżenia. Później pozwalała się całować, ale to było wszystko. W jakimś momencie odsuwała niecierpliwe ręce, wymykała się z objęć. Przez pewien czas zastanawiała się nawet, czy nie ulec młodemu lekarzowi ze szpitala, w którym pracowała. Podobał jej się, miał coś ciepłego w oczach, lubiła jego pocałunki.

– Nauczę cię miłości – szeptał jej do ucha. – Masz takie zachwycające ciało...

Karolina była już bliska kapitulacji, kiedy uświadomiła sobie, że to nie on tak na nią działa, ale zapach szpitala, który kojarzył jej się z Piotrem...

Na kilka dni przed wyjazdem zadzwoniła do niego z budki – w domu wuja telefon stał w hallu i bez przerwy kręcili się tam ludzie. Długo nie mogła się zdecydować, krążyła ulicami, wreszcie ujęła słuchawkę.

– Halo – usłyszała jego głos, a więc był tam gdzie zawsze, nic mu się nie stało.

Nie zginął na wojnie, nie umarł.

– Mówi Karolina...

Cisza.

– Taak – po chwili jego głęboki, ciepły głos, głos miłości, której nie mogła przyjąć, bo to nie była ta miłość, o jaką jej chodziło, bo ta jego miłość ją upokarzała, doprowadzała do rozpaczy.

– Wyjeżdżam do Polski.

– Spotkajmy się.

– Nie.

– Błagam o to.

– Nie, Piotrze.

– Odprowadzę cię na dworzec.

– Nie chcę tego, chcę ci tylko powiedzieć do widzenia.

Cisza.

– Bądź zdrowa...

Odłożyła słuchawkę i wybuchnęła płaczem.

5

Dzień był słoneczny, szła w stronę uniwersytetu, zachwycona kolorytem starych murów, jesiennych liści mieniących się w słońcu; o ile Kraków był piękniejszy od Warszawy. Cieszyła się, że tak dobrze się czuje w mieście swojego ojca. Wynajęła wygodne mieszkanko niedaleko Rynku; kiedy wyglądała przez okno, widziała Sukiennice, spacerujących ludzi. Atmosfera tego miasta była zupełnie inna niż na przykład Paryża, tam życie płynęło gdzieś tuż pod skórą, tutaj głęboko ukrytymi arteriami, tylko wtajemniczeni mogli wyczuć jego puls. Karolina była święcie przekonana, że go czuje.

Weszła w bramę uniwersytetu i skierowała się prosto do Collegium Novum. Nie wiedziała, gdzie się mieści Wydział Prawa, spytała więc schodzącego po schodach starszego pana o dość dziwacznej fizjonomii. Miał tak potężny brzuch, że nie dopinał się na nim tabaczkowy surdut, co przy niepokaźnej postaci sprawiało wrażenie, że biedak za chwilę uleci w powietrze.

– Pani chce się zapisać na prawo? – wykrzyknął. – Droga pani, kobiet na prawo się nie przyjmuje!

Ruszył w swoją ryzykowną podróż schodami w dół, a Karolina zastanawiała się, co dalej. Udała się do dziekana, którym był profesor Estreicher, człowiek, jak mówiono, wielkiej dobroci.

Kiedy już przed nim stanęła, nagle język odmówił jej posłuszeństwa, nie mogła wydusić z siebie słowa, a przecież miała w zanadrzu całą przemowę. Bała się jego odmownej odpowiedzi, bo oznaczało to rujnację jej dalszych planów, a ona już raz przeżyła katastrofę, nie chciałaby tego powtarzać.

– Ja... zawsze chciałam studiować prawo – wykrztusiła wreszcie.

Patrzył na nią z uśmiechem, więc nabrała śmiałości.

– Mnie nie interesuje inny wydział, proszę mi tego nie doradzać.

– Cóż – powiedział wolno – uniwersytety małopolskie nie przyjmują kobiet na prawo, ale od tego jesteśmy prawnikami, żeby coś wymyślić...

– Wszędzie na świecie przyjmuje się kobiety jako słuchaczki zwyczajne – rzekła z żalem.

– I u nas do tego dojdzie, zapewniam panią. I jestem po jej stronie... Wie pani co, zapisze się pani na Wydział Filozoficzny, a do indeksu wpiszemy wszystkie przedmioty obowiązujące na pierwszym roku prawa. W ten sposób nic pani nie straci...

– Myśli pan profesor, że się uda?

– Właśnie tak myślę.

Karolina zapisała się na Wydział Filozoficzny i wróciła do dziekanatu prawa. Profesor powitał ją jak starą znajomą.

– Najgorsze za nami – ale są inne niebezpieczeństwa. Pani przyszli koledzy wrócili dopiero co z frontu, a pani, co tu dużo mówić, jest bardzo piękną kobietą. I będzie pani sama pomiędzy tą zgrają... To świetni chłopcy, ale musi pani bardzo z nimi uważać.

– W czasie wojny byłam sanitariuszką, poradziłam sobie z rannymi, tym bardziej z nimi dam sobie radę.

– A w jakim szpitalu? – zainteresował się.

– W Paryżu. Byłam tam przez całą wojnę. Przyjechałam studiować na Sorbonie i wojna mnie zaskoczyła...

– A co pani chciała studiować, chyba nie prawo?

– Prawo – roześmiała się Karolina – ale, jak pan profesor widzi, jestem tutaj.

– Cieszę się, że pani tu jest – powiedział ciepło. – Jeszcze jedno mi chodzi po głowie. Mamy takiego konserwatywnego kolegę, wykłada prawo kościelne. Nie uznaje kobiet na uniwersytecie. Radziłbym pani jakoś go do siebie przekonać wcześniej, przed wykładem, bo może się zdarzyć, że, hm... wyprosi panią za drzwi...

Karolina obmyślała różne sposoby, jakimi mogłaby zjednać profesora. Przede wszystkim postanowiła mu się przyjrzeć. Nie nastroiło jej to optymistycznie. Profesor wyglądał jak nastroszony węgorz. Wspierał się na kuli, z drugiej strony mając za oparcie własnego lokaja. Mówiono, że profesor miał drewnianą nogę.

Wykład z prawa kościelnego niebezpiecznie się przybliżał, a ona nie miała żadnego pomysłu. W dodatku koledzy jej tego nie ułatwiali.

Kiedy po raz pierwszy weszła na salę, zapadła cisza. Patrzyli na nią, jakby była zjawą, a z pewnością kimś mało realnym. Podeszła do ławki, zanim jednak zajęła miejsce, głośno powiedziała:

– Mam zamiar studiować prawo, czy to się komuś podoba, czy nie.

Reakcja była natychmiastowa, posypały się brawa. Karolina wygrała swoją pierwszą bitwę. Teraz czekała ją nieporównanie trudniejsza. Podobno profesor do tego stopnia nienawidził kobiet, że potrafił rzucać w nie kulą, którą jego lokaj ze śmiertelnie poważną miną odnosił mu z powrotem. We mnie nie rzuci – myślała. – Niech tylko spróbuje... Nadszedł w końcu ten dzień, a ona nie odważyła się zaczepić na korytarzu profesora. Zajęła swoje zwykłe miejsce w ławie, dookoła słyszała szepty, urywany śmiech; sala przygotowywała się na niezłe przedstawienie, i to niestety, jej kosztem.

Profesor wszedł, wspierając się na służącym. Zasiadł na katedrze i powiódł wzrokiem po sali. Wyglądało na to, że jej nie zauważył, albo tylko tak udawał.

– Jestem profesor Ulanowski – powiedział. – Będę uczył panów prawa kościelnego, które... – tu nagle zamilkł, wlepiając oczy w Karolinę. – A to co takiego? – spytał.

Karolina wolno uniosła się z ławki.

– Jestem Karolina Lechicka, zapisałam się na Wydział Filozoficzny, ale pan dziekan pozwolił mi uczęszczać na wykłady prawnicze. Dopóki sprawa przyjmowania kobiet na prawo nie będzie załatwiona – zakończyła.

Profesor wpatrywał się w nią swoimi rybimi oczami, a potem wycelował palec w drzwi:

– Mnie nie trzeba, tam Kutrzeba, jemu trzeba!

Chodziło o profesora, który miał wykład w sąsiedniej sali i łagodnie traktował kobiety. Karolina stała w miejscu.

– Precz! – prawie zawył profesor.

Wtedy ruszyła w stronę katedry, on, widząc, co się święci, starał się podnieść z krzesła, lokaj podsunął mu kulę.

Zatrzymała się tuż przed nim i patrząc mu prosto w oczy, powiedziała:

– Nadstawiam drugi policzek, proszę, niech pan profesor uderzy!

Cofnął się, zachwiał, potem opadł na krzesło.

– Niech pani siada – rzekł, omijając ją wzrokiem.

Na sali rozległ się szmer podziwu. W ten sposób Karolina za jednym zamachem zdobyła serca wszystkich, studentów i profesora. Długo jej tego nie okazywał. Prowadząc wykład, starał się omijać wzrokiem miejsce, w którym zwykle siedziała. Ale kiedy wpadał w swój oratorski zapał, unoszący go jakby ponad głowami słuchaczy, i wołał: – Tak jest, moi panowie... – milkł nagle i poprawiał się kwaśno: – moi państwo.

A więc pamiętał o jej istnieniu. Któregoś dnia, kiedy mijając go w korytarzu, dygnęła, zatrzymał się. Karolina też przystanęła, chociaż nie bardzo miała na to ochotę.

– Dlaczego to pani tak koniecznie chce studiować prawo? – zapytał.

– Czuję takie powołanie.

Zirytowała go ta odpowiedź, zamrugał szybko oczami.

– A może to te dryblasy w ławkach są pani powołaniem. Chce pani złapać męża – wypalił.

– Jak miałam dziewięć lat, przeczytałam Kodeks Napoleona i dowiedziałam się, że to mężczyźni łapią kobiety w niewolę – odparła. – Nie chcę być niczyją niewolnicą, dlatego w ogóle nie wyjdę za mąż!

Nie czekając na to, co jej odpowie, ruszyła korytarzem. Na następnym wykładzie profesor już nie wystawiał w jej stronę pleców, chociaż nie zaszczycił jej ani jednym spojrzeniem. Kiedy jednak poniosła go krasomówcza fala – trzeba przyznać, że mówcą był znakomitym, jego wykłady skrzyły się polotem, wiedzą i dowcipem – wykrzyknął:

– Panie! Panowie! Taka oto jest prawda!

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

Spis treści

1

2

3

4

5

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Panny i wdowy. Tom 3 Panny i wdowy. Tom 2 Pamiętnik znaleziony w Katyniu Panny i wdowy. Tom 1 Miłośnica Misjonarka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie