Wędrówka Anamaru i inne opowiadania

Wędrówka Anamaru i inne opowiadania

Autorzy: Tomasz Mroczkowski

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.00 zł

Londyńczyk, który nie może znaleźć szczęścia w życiu osobistym, wplątany w polityczne rozgrywki absolwent historii, młody Egipcjanin wyruszający w podróż, która ma odmienić jego życie, opętany żądzą zemsty mieszkaniec miasta przyszłości i mała dziewczynka, która staje się ofiarą swojej matki... Pięcioro różnych bohaterów, pięć różnych czasów historycznych, pięć różnych miejsc. I jedno pytanie: czy świat, w którym żyjemy, naprawdę jest najlepszym z możliwych?

„Wędrówka Anamaru i inne opowiadania” to utkana z burzliwych ludzkich losów narracja o problemach od lat dręczących ludzkość. Złudzenie wolności, brutalna walka o przetrwanie, niebezpieczeństwa technologicznego postępu, samotność w postmodernistycznym świecie... W tych pełnych głębokiej refleksji nad naturą dobra i zła przypowieściach można dostrzec wszystkie bolączki naszej cywilizacji.

 

Julia przebudziła się gwałtownie. Ciało drgnęło jakby poparzone prądem i w jednej chwili serce podskoczyło jej do gardła, bezsprzecznie wykonując polecenie z głębi mózgu. Tak daleko wracać nie można. Wspomnienia też potrafią ranić, a ich moc czasami jest silniejsza od najefektywniejszej trucizny, co gorsza, dusza ulega powolnej, bolesnej korozji, zatapiając się w morzu apatii i samotności.

SPIS TREŚCI

Niespełniony sen

Wędrówka Anamaru

Falsyfikacja

Ostatnie crescendo

Egrantan

NIESPEŁNIONY SEN

Las spoglądał na nich, kołysząc się w takt tańca nadającego rytm wiatrowi, dmuchającemu wściekle w królestwo świerków i masywnych dębów, wyrastających tuż przy piaszczystej, krętej drodze. Drzewa uginały się, gałęzie, łomocząc, przywoływały stare legendy, ożywione w szeptach i wirujących cieniach, przedzierających się poprzez stukoty i łomoty towarzyszące gwałtownej wichurze. W przeszłości milczący obserwatorzy, niestrudzenie nasłuchujący ludzkich płaczów i radości, niewzruszenie stawiały czoła niepohamowanej mocy, pchającej ujadające powietrze od północnej strony. Ich majestatyczne korony trzepotały nieznacznie, opierając się napychającej sile, a bukiety liści, rozkołysane flotylle na morzu żywiołów, odczytywały w trwodze poematy napisane w języku szelestu i ryku, tak złowrogo brzmiącym dla ludzkich uszu. Wysokie świerki uginały się jak łuki gotowe do wystrzału, z jednej strony na drugą falowały niczym niespokojna woda podczas nieokiełznanego sztormu. Las otaczał polną drogę, dusił ją i przygniatał, po czym odstępował, aby ta złapała oddech, zatapiając swe zmysły w panującym wokół zapachu żywicy. Paprotny dywan przyjmował deszcz łamiących się gałęzi, które po upadku znikały w zielonym gąszczu i niewidoczne dla oczu, za magicznym dotykiem czasu, pokrywały się mchem i w cierpliwości oczekiwały niszczycielskiego dotyku czasu. Las spoglądał na nich i szeptał swoje wersety bez słów – jak mgliste wspomnienie przeszłości, czasami ciche i łagodne, nagle krzykliwe i straszne. Głos rozchodził się, pulsował pośród kołyszących się konarów, po czym obniżał się, aby opowiedzieć swoją historię tam na dole: pośród falujących, zielonych mórz paproci i wysepek trawy, z ostrymi jak brzytwa, długimi gobelinami listowia, kołyszącymi się w odwiecznym tańcu natury – nieposkromionej i nieprzewidywalnej.

Nad drzewami wciąż wisiały ciężkie, szare chmury. W oddali skośne promienie słońca przebijały się przez zasłonę, zostawiając swoje glify na grubych, porośniętych mchem pniach, wyrastających jak średniowieczne warownie pośród borów i wzgórz. Wiatr wył niepohamowanie i wciąż się wzmagał, lecz deszczowy bóg nie zapłakał jeszcze i nie przeklął tej ziemi, splamionej krwią przelewaną przez stulecia, żłobiącą czerwone rzeki, widziane tylko przez spacerujące nocą zjawy. Te wysokie, smukłe sosny i szlachetne dęby, od wieków zakorzenione na tych wzgórzach, widziały ludzką krew, czuły jej smak i zapach nagromadzone przez wieki historii.

„Nigdy nie słuchaj, o czym śpiewa las”. – Tak powiedział małej Julii dziadek, siedząc pewnego dnia na werandzie z pomarszczoną, zasmuconą twarzą. Obserwował obsiadające słupy jaskółki, które wiosną w gęstych, czarnych stadach panowały w powietrzu, wypełniając niebo niezliczonymi finezyjnymi akrobacjami. Julia pamięta dziadka dobrze. Nawet ten dmuchający z zawziętością po czubkach drzew wicher nie jest w stanie wymazać z jej pamięci człowieka zastępującego jej ojca. Kochała go, tak jej się przynajmniej wydawało, całym swoim serduszkiem dziecka, bezgranicznie i absolutnie. Stawiając mozolnie kroki leśną ścieżką, odgarniając przesiewane wiatrem włosy, z każdym ciężkim ruchem jej zapadających się w piasku, szczupłych nóżek wspominała wszystkie razem spędzone chwile. Były to momenty radości, smutku i niepokoju, a także zwykłego dziecinnego szaleństwa, dziadek był wszakże człowiekiem twardym – w prymitywnej skorupie męskiej twardości znajdowały się jednak lśniące, drogocenne perły jego charakteru. Kochał ją, tak myślała, mocniej niż cokolwiek innego na tym świecie i gorzko opłakiwała jego śmierć, gdy pewnego letniego popołudnia życie dziadka niespodziewanie zgasło, opuszczając puste, blade ciało, trzymające w rękach drewniany krzyżyk, ściśnięty mocno zniszczonymi od pracy dłońmi. W jej niebieskich oczach odbijały się powykręcane, szare kształty młodych dębów rosnących wzdłuż drogi, strzegących jej przed całym tym zepsutym światem istniejącym poza lasem, gdzie ostatni bohater leży pochowany na małym przykościelnym cmentarzyku, pod wielką, starą lipą, co jesień wita płaczącą żółcią swoich obumierających kwiatów, linum sacrum.

Pamięta, jak spędzał z nią długie, letnie wieczory nad małym jeziorkiem, gdzie uczestniczył w zabawach w chowanego lub swoimi niezgrabnymi, starczymi ruchami wyginał się z piłką podczas wodnych igraszek. I jak rzuciwszy się na płytkiej wodzie, umazany w szarawym piachu, wylegiwał się potem na brzegu, łapiąc ostatnie promienie ciepłego, letniego słońca. Czytając do snu bajki, swoim zmęczonym, a jednocześnie pełnym serdeczności głosem, nadawał melancholijny ton nawet wesołym historiom, które zabarwione doświadczeniem człowieka przesiąkniętego wojną nigdy już nie zabrzmiały tak samo. Nawet kiedy nie czytał, rzadko się odzywał. Wszakże w odmętach codzienności jego stalowe milczenie skrywało wiele tajemnic. Zabarykadowana bólem dusza nigdy się nie ugięła, nie pękła i nie skapitulowała, aby wylać z siebie potok słów smutku i goryczy, ukrytych gdzieś głęboko na dnie. Zapomniana, stara, skryta w kokonie własnych doświadczeń oczekiwała ostateczności.

Jego medale walały się wszędzie po zakurzonych meblach, błyszcząc jak grudki złota w porannym blasku słońca wkradającym się przez drewniane okna ich domu, przy których wyrastał rozłożysty krzak bzu, eksplodujący na wiosnę słodkim zapachem rozkwitających kwiatów. Na lodówce, pod brązową donicą z pelargoniami, tam wysoko na niedostępnym szczycie starego zakurzonego regału, pod czerwonym, zabrudzonym wylewaną przez wieki kawą dywanem, rozciągającym się w centrum pokoju jak dryfujący kontynent otoczony oceanem drewnianej klepkowanej podłogi, spoczywały srebrzyste medale. Pośród nich był także Virtuti Militari. Wydawało się, że nie dbał o nie, oddając okrągłe lub krzyżowe metale w ręce zapomnienia, które powoli zabierało całą materię domu, naznaczając swoją obecność poprzez rosnące warstwy szarego kurzu, oblepiającego wszystkie przedmioty i meble. To była jego przeszłość, o której starał się nie wspominać nawet słowem. Czasami budził się wyrwany z niespokojnego, nocnego snu, aby potem znów oddalić się na własne bitewne pola i w partyzanckie kryjówki. Zaciskał przez chwilę pięści, po czym zawsze przytulał się do ściany, oddalając się w chłodny, ciemniejszy kąt. Zasypiał.

Drzewa uginały się, falowały pod wpływem żywiołu dmuchającego od południa, niosącego ze sobą ciepły zapach lata. Wiatr wydawał się słabnąć, ale był na tyle silny, że jego szumiący dźwięk dalej rozpowiadał historie przemykające pomiędzy drzewami, skradające się przez dębowe dziuple, przeskakujące w gęstwinie zielonawych szczytów sosen, kłębiących się w arkadach wyniosłych dębów i buków. Julia przemierzała drogę z uporem, nie poddając się sile wiatru niosącego ze sobą rozproszone fale liści i burzącego przestrzeń tornadami połamanych gałązek. Przed jej oczyma przemknął brodaty starzec trzymający ciężki, znoszony płaszcz i zniknął z następnym podmuchem. Szła, przysłaniając twarz, i zdawała sobie sprawę, że nie może przystanąć. Musi iść do przodu, a każdy stawiany z wysiłkiem krok zbliżał ją do domu. Domu, który po śmierci dziadka przeistoczył się w bezludne miejsce, w którym odczuwała pustkę, głęboką pustkę. Prawdziwą, czyli taką, którą czuje człowiek po stracie ukochanej osoby, bezdenną, rozdzierającą duszę. Wszystko obumarło, tracąc swój naturalny kolor, jakby esencja wypaliła się i ulatując przez stary zakurzony komin, zabrała ze sobą wszystkie te kolorowe znaczenia i uczucia. Kiedyś, gdy była młodsza, wszystko wydawało się tak kolorowe, kształtne i żywe. Puste, aluminiowe naczynia stojące na kuchence rozmawiały z nią swoją srebrzystością, a gdy zbliżyła się, dla figlu pokazywały jej śmieszną, zniekształconą buzię, rozciągniętą na ich powierzchni niczym na wzburzonej tafli wody. Kiedy jadła kolację, te stojące wysoko na półkach księgi spoglądały magicznie jak mistyczne, kamienne konstrukcje, postawione przed wiekami przez przodków spoglądających na nią z otwartej, historycznej książki. Obserwowały, kiedy jadła płatki kukurydziane, napominały, kiedy siorbała, a gdy odrabiała lekcje przy mglistym, żółtawym świetle lampy, szeptały coś pomiędzy sobą.

Lodówka też była inna. Śnieżna, biała, chłodna jaskinia, do której dostęp miał tylko dziadek. Gdy otwierała się, buchało z niej to zimowe, mroźne powietrze, które latem przyjemnie opadało na gorące ciało, wywołując niesamowite uczucie odrodzenia. Tam mieszkała zima – sroga, skromna, powleczona zimowym płaszczem pani, chowająca na śnieżnych półkach różnorakie przysmaki, ukrywająca swoją komnatę głęboko w krainie śniegu. Tam, w jaskini obleczonej bielą przylegającą do ścian mieszkał także jej mąż, który stroniąc od gości, zawsze dmuchał w nieproszonych intruzów mocnym i zimnym, odpychającym zefirem.

Kiedyś wszystko było inne, napełnione tą esencją, którą tylko dzieci mogą wyczuwać i podziwiać. Człowiek, starzejąc się, zatraca cudowny dziecięcy dar spoglądania na świat tymi niewinnymi oczyma, obserwującymi tak głęboko, tak inaczej niż dorośli. Kolor zobaczyć można nie tylko wzrokiem, ukryty jest w kształcie tak jak kształt jest schowany w kolorze i otoczeniu. Bo przecudownie jest widzieć za pomocą wyobraźni, która bezgraniczna i nieznana, nadaje realnemu światu zupełnie inny, bogaty obraz, dopasowując rzeczywistość do naszej świadomości. Wspomnienia dzieciństwa wracały z każdym krokiem przemierzającym leśną ścieżkę zaplątaną pośród świata gęstwiny, rozciągającej się niedaleko miasta – kolebki tej zatraconej cywilizacji.

Kłęby drzew stawały się coraz rzadsze, melodie opowiadane przez szeleszczące drzewa cichsze, a piaszczysta droga wychodząca teraz na łąkę, skręcała w kierunku wsi, tam, gdzie wieża kościelna unosiła się ponad horyzont domów, dumnie znosząc zawistne krzyki Austera. Julia opuściła las, zostawiając tam paletę dziecięcych wspomnień.

2.

Znalazła się znów w domu, odmienionym domu, który znienawidziła tak mocno po śmierci dziadka. Przekraczając próg starych, drewnianych drzwi, pomalowanych czerwoną farbą, z której zostały tylko sterczące gdzieniegdzie płaty, wstąpiła do miejsca wywołującego u niej teraz niepohamowane obrzydzenie i niepewność. W brudnym korytarzu zdjęła kurtkę, ściągnęła buty i jak najszybciej, na palcach starała się czmychnąć do swojego pokoju. Chciała być niewidzialna, takie dziecięce marzenie, choć jak mówi matka, ona nie jest już dzieckiem, tylko kobietą, dorodną kobietą. Denerwowała się, nie rozumiejąc, co to znaczy. Dorodna kobieta? Jak dorodna krowa? Albo jeszcze coś gorszego – świnia. Niewidzialność zmieniłaby wszystko. Ojczym nie stanowiłby już zagrożenia i zamknięty w swojej pieczarze, wychylałby czasami swój wściekły łeb Minotaura, nadaremnie poszukując ofiary. Ten pysk i te ogromne rogi przerażały ją bardziej niż matkę. Współczuła jej, ponieważ widziała, jak heroicznie musiała znosić wzrok tej wygłodniałej bestii, te przekrwione, głęboko osadzone oczy żądne pospolitego eliksiru, bezbarwnego, piekącego, popularnej trucizny dla ludu, której spróbowała tylko raz. Monstrum pozbawione eliksiru rozsiewało swoją agresję jak zarazę, a kiedy wszyscy domownicy zostali zainfekowani, wybuchała wojna, w której zawsze zwyciężał Minotaur, używając przy tym najbardziej brutalnych strategii. Meble potrafiły latać w powietrzu, krzesła odbijały się od ścian w rytm bojowych, dzikich, barbarzyńskich pieśni pełnych nieokiełznanej furii. Matka i Julia jednoczyły siły i barykadowały się w pokoju, dopóki bitwa bestii z drewnianą materią i opisujące ją dzikie, nieludzkie wrzaski, nie zakończyły się. Potwór po skosztowaniu eliksiru zazwyczaj usypiał, zrzucając sierść i rogi, ukazywał przez chwilę prawdziwe, humanoidalne oblicze: nieogolona, gruba morda, przypominała w pewnym stopniu mężczyznę po pięćdziesiątce. Gdyby dziadek to widział…

W końcu, delikatnie i z gracją jak młoda baletnica, przedostała się pod drzwi swojego pokoju, płynnie rozkładając kroki. Chwyciła za mosiężna klamkę i powoli, lecz jednym długim ruchem, starała się otworzyć drzwi. Niepostrzeżenie jednak czujne oko matki, wyćwiczone w żmudnej pracy czuwania nad drzemiącą w pokoju obok bestią, wychwyciło krótki ruch w powietrzu, zawirowanie kurzu, prawie niesłyszalny dźwięk uginającej się drewnianej podłogi albo skrzypnięcie drzwi. „Julia, przestań się skradać” – powiedziała pewnym siebie tonem kobiety, która w życiu poznała szorstkość, twardość codziennego dnia. Julia skamieniała. Dalej przestraszona, lecz jednocześnie zadowolona, że słyszy znajomy głos, wślizgnęła się do swojego małego pokoiku. Na zmarszczonej twarzy matki pojawił się zniekształcony, lecz szczery uśmiech, bardzo subtelnie wyginający usta i uwidaczniający kurze łapki w kącikach brązowych oczu. W jej matczynej głowie snuł się plan dotyczący przyszłości córki, którego celem było zapewnienie stabilności finansowej na następny rok. Przynajmniej na rok. Julia tymczasem, przeokropnie zmęczona, położyła się na łóżku, rozpychając dawno już niemodną, białą, wzorzystą pościel. Wpatrywała się w sufit. Jego szarość, – będąca następstwem bieli, koloru, który panował w domu za życia dziadka, wydawała się ożywiać, reanimując zdeformowane, abstrakcyjne stwory, poruszające się wraz z cieniem migającej lampy. Leżała zmęczona. Wyciągnięte szczupłe nogi straciły swoją uciążliwą wagę i ich lekkość ukoiła teraz zmysły, coraz bardziej pogrążające się we wspomnieniach z przeszłości. Zamknęła wolno oczy. Do odpoczywającego umysłu, coraz bardziej oddalonego od domowego otoczenia, dochodziły echa przeszłości. Najpierw jako ślamazarne, zamazane strzępy obrazów przetaczające się gdzieś w głowie, potem jako sformowane dłuższe sceny, by w ostatecznej fazie przeobrazić się w pełne wspomnienie, wygenerowane dokładnie przez młodzieńczy umysł. Usłyszała w telewizorze szumiący głos papieża wygłaszającego Urbi et Orbi z balkonu rzymskiej bazyliki. Dziadek siedział na starym, wygodnym fotelu, wpatrzony w śnieżący monotonnie czarno-biały ekran. Wydawał się niesamowicie skupiony i odizolowany od całego świata, jakby oczekiwał nadchodzącej wieczności. Skamieniały jak posąg, nie zwrócił nawet uwagi na promienie słońca, które przedostawszy się znienacka przez gąszcz firanek, rozświetliły na jego łysej głowie lśniącą aureolę. Tak został dla niej świętym. Tego ważnego dnia, kiedy trzymając w ręce jedną z wybranych przez niego książek, wróciła z podwórka i stanęła w dużym pokoju, zobaczyła przykutego do fotela starca przyozdobionego świetlistą koroną. Wtedy też po raz pierwszy, niepewnie, z niewinną ciekawością zapytała: „Dziadku, a kim jest Jezus?”. Wpatrując się w żywy pomnik przed sobą, pobłogosławiony ręką słońca, odwiecznie czuwającego nad ludzkością, z niecierpliwością wyczekiwała odpowiedzi. Znała Jezusa z książek podarowanych jej przez dziadka. Jego magiczne zdolności i niesamowita cudowność niewiarygodnych zdarzeń fascynowały ją. Kolorowe obrazki przedstawiające ciepłe, oliwne gaje rozciągające się na wzgórzach – miejsca tak zupełnie nieprzypominające ich szarego miasteczka, – podsycały jej wyobraźnię, projektując w głowie nowy, zagubiony świat, do którego tak chętnie wracała wraz z otwarciem książki. Usiąść w cieniu palmy – pragnęła tego, jak niczego innego na świecie, aby w gorący dzień schować się pod palmą, daleko od mokrego, ciemnego lasu i szczypiącej w policzki zimy, która co roku odcinała od świata wszystkich mieszkańców.

Po chwili pomyślała, że dziadek nie usłyszał pytania. Jego usta nie drgnęły nic a nic, głowa natomiast wpatrzona w telewizor zaczęła wolno obracać się w jej kierunku swoim dziwnym, mechanicznym ruchem przypominającym jej skomplikowane stalowe maszyny, które widziała w telewizji. Jego oczy w końcu napotkały jej wzrok i zanim usłyszała pierwsze słowo, zajrzała głęboko do wnętrza tej świętej maszyny w poszukiwaniu jakichś oznak ciepłego, organicznego życia. Jego oczy rozżarzyły się niczym węgle, słoneczne światło zniknęło i cała energia uciekła nagle do dwóch rozpromienionych diamentów zajmujących oczodoły. Usłyszała miły, męski głos. Dziadek znów się pojawił w jej świecie, wydostał się z bliźniaczego posągu i poczuła, że był tuż przy niej taki, jakiego znała i kochała.

– Jezus to jest Syn Boży. – Jego usta rozwarły się, by wydeklamować powoli, majestatycznie każde słowo.

– Nie wiedziałam, że Bóg ma syna… – rzekła speszona, winiąc siebie za wstydliwy brak wiedzy.

– Tak, Jezus jest Synem Bożym, który urodził się i umarł za nasze grzechy.

– A gdzie jest jego mamusia, dziadku? – zapytała z ciekawością i fascynacją, kładąc rękę na jego ramieniu.

– Jego mamusia, Maria, jest już w niebie razem z Panem Jezusem i patrzą na nas każdego dnia i każdej naszej godziny, obserwując, czy jesteś grzeczna, czy nie. – Położył swoją zmarszczoną, zimną i przeczuwającą śmierć dłoń na jej ciepłej filigranowej rączce i powiedział: – Pamiętaj, by codziennie mocno modlić się z całego serca do Pana Jezusa – tak jak cię niedługo nauczę.

– Tak, dziadku, będę się modlić każdego dnia – odpowiedziała dumnie.

– Każdego dnia… – powtórzył dziadek, odwrócił głowę i zasnął.

Przykryła go czerwonym kocem, godnym królów – jej ulubionym, ciepłym, grubym kocem. Dla dziadka wszystko to, co najlepsze.

Od tego dnia modlitwa stała się jej codziennym obowiązkiem wykonywanym sumiennie o ustalonych porach. Siódma piętnaście – modlitwa poranna przed szkołą, składająca się z Aniele Boży i Ojcze nasz, i dziewiętnasta trzydzieści – modlitwa wieczorna: kilka zdrowasiek wypowiedzianych przed dotknięciem poduszki po całym trudnym dniu, często niemalże deklamowanych ze zmrużonymi ze zmęczenia oczami, lecz szczerych. Przez te wszystkie dni aż do śmierci dziadka nie opuściła żadnej modlitwy. Śmierć przyszła nieoczekiwanie, jak złodziej, włamała się do domu, otwierając świątynię fizycznego ciała, i ukradła duszę, pozostawiwszy po sobie wybielone zwłoki.

Julia przebudziła się gwałtownie. Ciało drgnęło jakby poparzone prądem i w jednej chwili serce podskoczyło jej do gardła, bezsprzecznie wykonując polecenie z głębi mózgu. Tak daleko wracać nie można. Wspomnienia też potrafią ranić, a ich moc czasami jest silniejsza od najefektywniejszej trucizny, co gorsza, dusza ulega powolnej, bolesnej korozji, zatapiając się w morzu apatii i samotności. Klamka w drzwiach powoli opadła, cienisty zwierzyniec rozpłynął się, i zanim odwróciła głowę, poprawiwszy złote włosy, wyczuła zbliżającą się matkę. Drzwi otworzyły się i naprzeciw stanęła wysoka kobieta o smukłej, delikatnie pomarszczonej twarzy, na której odcisnęły się smutki, żłobiąc delikatne rowki wzdłuż czoła i pod oczami. Postać spojrzała na nią z jakąś niewytłumaczalną wrogością.

– Przeszłabyś się do sklepu, a nie tak leżała bezczynnie. – Chłodny, zgryźliwy głos powędrował bezpośrednio do jej serca, omijając dziewczęcy umysł, ciągle jeszcze powracający z magicznego świata przeszłości. Przez chwilę zapanowało milczenie. Świat rozpryśnięty w spirali czasu opadał powoli i znów układając puzzle rzeczywistości, czekał na brzmienie ludzkiego głosu sygnalizujące stałą wartość rzeczywistości. Matka z córką przypatrywały się sobie jeszcze przez chwilę.

– Ojciec chce dwa piwa i paczkę popularnych. – Julia dalej spoglądała na matkę, próbując zmierzyć się z nią w swojej grze i wygrać, po czym triumfalnie przejść ścieżką po ogrodzie i oznajmić całemu światu swoje heroiczne zwycięstwo. Tak się jednak nie stało. Silne pociągnięcie za ramię zrzuciło ją z łóżka. Lądując na podłodze, której twardość poczuły jej żebra, ugięła się w bólu pod ciężarem upadającego ciała. W pierwszej chwili, kiedy leżała, poczuła na sobie ciężki wzrok matki przygniatający ją jak skała i wprowadzający ciało w stan bezwładności i paraliżu. Zignorowała ból. Jezus cierpiał jeszcze więcej za nią i dziadka. Za matkę z pewnością nie. Ona nie byłą istotą godną jakiegokolwiek poświęcenia. Ona była oblubienicą Minotaura, tego potwora zamkniętego w pokoju obok, w swojej grocie, jednokomorowym labiryncie. On też nie zasługiwał na Jezusa, którego krew podczas koronowania popłynęła, aby zmazać grzechy ludzkości. Ciernie cięły jego głowę, zagłębiały się, rozcinając ciało, i brunatna ciecz, która spłynęła wąskimi strugami po głowie, rozbiła się na miliardy maleńkich kropelek. Każda z nich symbolizowała jednego człowieka, którego zbawca oczyścił z grzechu. Nie było tam kropelek Minotaura i matki. Potępieńcy. Nigdy nie zaznają miłości.

Zebrała w sobie siły i wstała, podpierając się rękoma. Matka stałą nad nią z zaciśniętymi pięściami. Spięta, czekała na niewłaściwą odpowiedź, która uruchomi brutalny mechanizm.

– Idę – odpowiedziała cicho, łapiąc oddech, i ominęła matkę płynnym, szybkim krokiem. Otworzyła drzwi, w pośpiechu chwyciła ze stołu pozostawione dla niej pięć złotych i z siłą huraganu wymiotło ją na zewnątrz. Małymi, szybkimi kroczkami, dotarła do furtki i znalazła się na ulicy. Poprawiła włosy, zaczesując palcami kosmyki i przełożyła powiewające na wietrze za uszy. Znów znalazła się poza domem i własnym ogródkiem. Każda jej wizyta w tym obcym, zewnętrznym świecie wydawała się jej teraz oczyszczająca, choć wychodziła już setki razy. Podziurawiona, żwirowa ulica ciągnęła się prosto, wzdłuż całej mieściny, po czym skręcała za kościołem i biegła dalej w rzepakowe pola. Przecinało ją kilka przecznic, których nigdy nie zbadała. Nie był to brak ciekawości, lecz niechęć. Po obu stronach wszystkich ulic, niemalże identyczne, w większości nieotynkowane domy, sterczały, zasłaniając schowane za nimi rozpadające się budynki gospodarcze i stodoły. Gdy szła ulicą, ludzie dziwnie przyglądali się dziewczynie, a nawet czasami wydawało się jej, że wołali wespół domowników, aby ci, opierając swoje ręce na zardzewiałych, niepomalowanych płotach, mogli przyglądać się jej, rzucając jakieś niezrozumiałe docinki. Po wyjściu z domu droga do sklepu wiodła na lewo, natomiast na prawo kierowała się do lasu, królestwa dębów i sosen, śpiewającego, niebezpiecznego tajemniczego lasu. Próbowała skierować swoje myśli gdzieś daleko od tych miejsc, lecz nie mogła się skoncentrować i z obrzydzeniem przyjmowała atak szarzyzny. Nie mogła oderwać oczu od rozpadających się dachów, sypiących tynków, pijaków na przystanku autobusowym, błotnistego, grząskiego pobocza wciągającego jej buty i tych ludzi z pozbawionymi uśmiechu twarzami sterczących przed szarością domów. Czasami zastanawiała się nad ich losem, ale nie mogła wydedukować, czego może im brakować, że są tak nieszczęśliwi. Czy każdy w domu ma jakiegoś Minotaura czy innego potwora, czy czują się opuszczeni przez Jezusa?

*

Sklep znajdował się za zakrętem, około dziesięciu minut drogi od kościoła, którego widok wywołał na jej twarzy szczery uśmiech. Strzelista, biała wieża kontrastowała z całą wioską, a jej kolor napawał dziwnego rodzaju optymizmem. Julia zatrzymała się na chwilę i prawą ręką wykonała znak krzyża. Za kościołem, w oddali widać było pola. Zielonawo-złota siatka rombów rozciągała się niczym dywan upiększający swoją barwą świat, zastygły w niemrawych promieniach słońca przedzierających się przez postrzępione chmurami niebo. Przed tą białą katedrą wiatr rozwiał długie blond włosy dziewczyny marzącej teraz o swoim własnym lśniącym bielą zamku. Co ona by dała, żeby mieszkać w zamku! Ruszyła dalej, zostawiając za sobą kłębki marzeń, które w drodze powrotnej będzie próbowała zebrać na nowo i rozplątać.

Niemal przy samym sklepie zaczęła przypominać sobie, jak niemiłe było to miejsce. Za starą ladą siedziała pani Anna w brudnym granatowym fartuchu, wytartym na krawędziach i poplamionym na środku. Była niemiła i natarczywa, ciągle napominała ją, by związywała włosy, że nie wypada tak chodzić jak dzikus. Często też pytała o matkę, wspominając swoją starą, szkolną przyjaźń. Odwracała wtedy od niej wzrok i wpatrywała się głębokim, zamglonym wzrokiem w wypłowiały kalendarz z roku 1981. Po co ktoś wiesza na ścianie takie stare kalendarze? – pomyślała.

Weszła do sklepu. Za ladą znajdowało się mnóstwo różnego rodzaju towarów, poukładanych niezdarnie i niedbale, w sposób wręcz zniechęcający klienta do zakupu. Górne, drewniane półki uginały się pod napojami. Wysoko Julia dostrzegła ustawione w niezmiennym porządku: denaturat, obok colę i wodę mineralną. Pani Anna przywitała ją burkliwym: „Czego, mała”. Już jej się nie podobało. W sklepie było brudno, skrzynki z butelkami po prawej stronie były ewidentnie nieodkurzane, a z zaplecza dochodził niezidentyfikowany fetor, który unosił się w powietrzu jak gęsta mgła.

– Kupujesz czy będziesz tak stać i oglądać? – zapytała grubiańsko ekspedientka, spoglądając na nią z nienawiścią.

Julia wyjęła pięć złotych i poprosiła o dwa piwa i papierosy Popularne.

– A jakie piwa? – zapytała gruba kobieta, kładąc obie ręce na startym blacie.

– Odrzańskie – powiedziała Julia.

– Nie ma. Skończyło się. Twój ojczym wychlał już cały zapas – mruknęła ze wstrętem i pożałowaniem ekspedientka.

W tym momencie sytuacja Julii drastycznie się zmieniła. Odrzańskie było zawsze, odkąd pamięta. Istniało jak las, jak te zrujnowane domy, jak biały kościół, było niezmiennym elementem egzystencji tego miasteczka. Zatopiła się sama w sobie, poszukując jakiegoś błyskawicznego, genialnego rozwiązania.

– Głucha jesteś! Skończyło się, mówię! – krzyknęła sprzedawczyni, zirytowana biernością dziewczyny.

W umyśle Julii natomiast powstawał genialny plan likwidacji Minotaura. Jego źródłem był strach, a celem wyzwolenie się spod jego jarzma. Piwo, eliksir, magiczny wywar, który może działać cuda… Lecz ona potrzebowała tylko jednej cechy napoju – możliwości usypiania. Usypiania na wieki, na wieki pod kołdrą tkaną czasem. Gdzieś na świecie w zwykłym domu, gdzie ludzkie bestie żerują i starszą niewinnych ludzi, można by zapoczątkować nową rewolucję, która zmieni świat, odnowi go tak, jak chciałby Jezus. Potwory trzeba uśpić, jakie to genialnie proste – dać im piwa zmieszanego z sekretnym składnikiem i pozwolić im się zanurzyć w twardym śnie, by w końcu po latach odrodzili się z nich ludzie. Ludzie, za których Jezus przelał krew.

Stała nieruchomo, a z jej oczu sypały się iskry, gotowała się i bulgotała tam lawa, czerwone, gorące rzeki wyznaczały jej źrenice, które po zmniejszeniu emanowały rubinowym blaskiem. Pani Anna, wpatrzona w nią, stała zmieszana z uczuciem przerażenia i irytacji. W końcu przestraszyła się jej i szybko podała zza lady dwa odrzańskie, spakowała do torby wraz z papierosami i wręczyła ją dziewczynie. Julia bez słowa opuściła sklep i zadowolona jak nigdy, zmierzała do domu, ignorując wszystkie napotkane żywe istoty.

Wracając, wyobrażała sobie, jak w magiczny sposób unosi się nad miasteczkiem. Niczym czarownica śmignęła nad dachami, przestraszyła wylegującego się na ganku kota sąsiadów i wylądowała w ogrodzie, pozostawiając za sobą połamane czubki drzew. Podeszła do złamanej jabłoni i zerwała ostatnie, kiwające się na gałęzi jabłko. Świadomość Julii zakosztowała cząstki zbawienia, które spełni się w przyszłości – wtedy, gdy ciepły, błogi sen ukoi cały świat. Otworzyła furtkę, wbiegła do domu, położyła na kuchennym stole torbę z zakupami i niewinnym uśmiechem odpowiedziała na bazyliszkowy wzrok matki. W swoim pokoju przylgnęła do okna, położyła ręce na parapecie i wpatrzona w zachodzące nad lasem słońce, powiedziała spokojnym, dorosłym głosem:

– Dziadku, muszę ci jeszcze coś powiedzieć…

*

Pozwoliła Julii zasnąć, sama zaś rozłożyła się na dwóch starych krzesłach, które przesunęła w kuchenny róg. Zmęczone nogi odpoczywały teraz jednak mniej niż głowa, przygnieciona szarą rzeczywistością bezrobotnej kobiety. Ręce, pomarszczone i żylaste, bladego koloru, przeszukiwały teraz kieszeń nylonowego, staromodnego fartucha w poszukiwaniu paczki papierosów schowanej gdzieś głęboko na dnie. Z papierosami trzeba uważać – pomyślała. Schować je głęboko, aby nałóg nie dopominał się o swoje. Zapomnieć. Tak, trzeba zapomnieć. Każda paczka kosztuje trzy złote, a już wstyd brać wszystko na zeszyt w sklepie. Chleb, mleko można, ale nie papierosy. Odpaliła szluga i zrobiła głęboki wdech, chcąc jakby delektować się w nieskończoność każdą cząsteczką substancji smolistych, od której uzależnione było jej zwiotczałe ciało. Wypuściła powietrze i toksyczny dym rozszedł się po kuchni, z wolna opadając jak poranna mgła przynosząca porankiem niewypowiedziane sekrety. Niestety dym nie mógł przykryć brudu i nieporządku panującego dookoła. Zawieszając się nisko, uwypuklił tylko beznadziejny krajobraz zaniedbanego mieszkania. W jej przesłoniętych dymem oczach skrywały się szczątki wspomnień, zatopione w głębinach, osadzone na grząskim, mulistym dnie, nieopodal wyspy zwanej pracą. Pociągnęła mocno, jej płuca rozszerzyły się. Przymknąwszy na chwilę oczy, udała się w melancholijną podróż do czasów, kiedy w miasteczku było mnóstwo pracy. Za komuny wszyscy mieli pracę – pomyślała. Tamte czasy odeszły tak szybko i niespodziewanie, zostawiając za sobą smutny obraz destrukcji.

W miasteczku znajdowały się kiedyś szwalnia, państwowe gospodarstwo rolne z ubojnią, a nawet mała szkoła imienia Bolesława Bieruta. Wszystko to zniknęło w przeciągu niecałych trzech lat, przemieniając Zbąrzdanki w miejsce samotnych, nieszczęśliwych ludzi egzystujących w przygnębiających połaciach głębokich, dziewiczych lasów. Budynek zakładu krawieckiego, niegdyś pracowało w nim ponad dwadzieścia osób, znajdował się tuż przy końcu ulicy Dzierżyńskiego, schowany za szeregiem wysokich klonów, strzegących wejścia na posesję otoczoną przerdzewiałą siatką, gdzieniegdzie pozrywaną i oblepioną wspinającym się bluszczem. Obecnie bezokienny, odrażający, z sypiącymi się ścianami, na wpół zrujnowany budynek otoczony był nieprzebytym morzem wysokich, kąśliwych pokrzyw zatrzymujących wszelkiej maści intruzów: w szczególności dzieci lubiące ganiać się niestrudzenie po ruinach. Pracowała tam ponad trzy lata i zawsze przechodząc obok, nie miała odwagi spojrzeć na sypiący się budynek. Coś kłuło ją w serce, kiedy z zaplecza sklepu widziała w oddali tylną elewację schowaną częściowo gdzieś w zielonym buszu, pnącym się w górę i sięgającym niemal do przerdzewiałych kawałków wolno wiszących rynien. Odwracała głowę z zażenowaniem i spuszczała oczy w dół, zmieniając temat. W miasteczku wszyscy się znali i wszyscy kiedyś pracowali razem, czy to w PGR-ze, czy w szwalni, czy też w szkole. Teraz po upadku komunizmu mieszkańców Zbąrzdanek łączyła wspólna nienawiść do tych rozsypanych monumentów, zgryzota drążyła ich serca, zostawiając szerokie, nieuleczalne blizny, opatrywane nieustannie okładami melancholii.

PGR i szkoła zostały rozebrane, rozkradzione niemal ze wszelakich użytecznych materiałów. Maszyny, rury, elementy armatury, kable miedziane, a nawet cegły znikały w ciągu arytmetycznym, obracając kiedyś czerwono kwitnące zakłady i instytucje w relikty minionej epoki. Szerzące się ubóstwo, które rozprzestrzeniło się jak zaraza, powoli zmieniło rzeczywistość tysięcy ludzi, pozbawiając ich nadziei, spychając na margines życia i ciągnąc za sobą widmo beznadziejności. Już nie mogła sięgnąć myślami tak głęboko. Wspomnienia zostały przetrawione przez codzienne troski, a echa dawnych lat – stłamszone jak niesłyszalny szelest – zniknęły bez śladu. Odłożyła papierosa i leniwie wstała, rozciągając zdrętwiałe ramiona. Nie dać się zwariować, tak… Wytrzymać jeszcze. Zrobiła kilka kanapek z pasztetem, mrucząc pod nosem jakąś głupią piosenkę, która wpadła jej w ucho wczoraj w sklepie.

Teraz już ma plan. Trzeba jakoś żyć, a ona już dłużej tak nie da rady. Słyszała w sklepie, że w szkole śmieją się z Julii, że nosi ciuchy z lumpeksu, że nie ma śniadania. Córka Żurawskiej jest w tej samej klasie, bystra dziewczyna wszytko mówi matce, a nie jak ta, zamyślona w chmurach. Poza tym czemu ona nic nie ma od życia. Tylko ten pijak. Chociaż można z niego trochę pieniążków wydoić. Taki z niego pożytek. W tych czasach trzeba sobie radzić samemu, nikt nie pomoże, nawet samemu diabłu trzeba podać rękę, jak mówi kulawy Majstrzak. On już podał – ten cwaniaczek jeden. Synkowi załatwił pracę w mleczarni, niespełna kilka miesięcy temu, a on już kierownikiem został.

Ciśnienie jej podskoczyło, więc usiadła na chwilę na krześle, próbując uspokoić kołaczące serce. Po kilku minutach wstała i ruszyła do pokoju, starając się po cichutku przemknąć pomiędzy rogiem tapczanu, ustawionym tuż za drzwiami, a ławą z telewizorem. Minotaur już spał zalany, a jego odrażający alkoholowy oddech ostro przecinał powietrze, rozsiewając woń taniej wódki i piwa. Delikatnie, jak rasowy kieszonkowiec, wsadziła swoje długie palce do jego kieszeni z zamiarem wyszukania jakiegoś banknotu. Mąż nie używał bowiem portfela, nosząc wszystkie swoje niepoliczalne bogactwa rozproszone po kieszeniach spodni i zielonej, flanelowej koszuli, noszonej niemalże cały tydzień. Jej palce szybko natrafiły na uwielbianą materię, źrenice rozszerzyły się, a dłoń swobodnym, niemal nieludzkim ruchem wsunęła się kilka centymetrów głębiej, by wydobyć skarb. W żółtawym, mętnym świetle żarówki i kineskopu rozpoznała banknot pięćdziesięciozłotowy. Przesunęła mężczyznę do ściany, przykryła kocem i sama ułożyła się obok na małym skrawku tak, że jej ręce częściowo wystawały poza obszar wersalki. Jurto będzie jej dzień. Najpierw wizyta w sklepie, a potem spotkanie z tym człowiekiem – znajomym Artura od Krowiaków. Zadowolona, ściskając w palcach banknot, powoli zapadała w sen. Wspominała czasy liceum, pierwszej miłości do rudego Jarka, tej prawdziwej, nieskażonej, dziewiczej, a nie takiej jak ten ostatni pijak i nierób, który uciekł, zostawiwszy ją z Julią. Była już zbyt zmęczona, by zadręczać się znowu zarysowanym w głowie obrazem byłego męża, i poddając się nadchodzącej senności, wyobraziła sobie nowe życie, pełne pieniędzy, gdzieś na słonecznej hiszpańskiej wyspie, daleko od tych potwornych ludzi, lasów i Julii.

Rano zdarzyło się coś niewytłumaczalnego i niesamowitego zarazem. Jej mężczyzna, ten pijak, wywlókł się niepostrzeżenie i cichutko jak myszka, nie zalewając jej idyllicznej wyspy falą swojego głosu, opuścił dom. Spała aż do dziewiątej i dopiero kuchenna krzątanina Julii sprowadziła ją z powrotem na ziemię. Wstała, ubrała się i zupełnie ignorując córkę, udała się do sklepu. Niech sama zrobi sobie śniadanie. Jest już na tyle dorosła, żeby zadbać o siebie. Tylko niech się nie waży rozglądać za miejscowymi chłopakami! Podenerwowana, zamknęła drzwi na specjalny klucz, by córka czasem nie wyrwała się z domu, gubiąc gdzieś swoje dziewictwo. Tak, ono jest najcenniejsze. Tylko dziewictwo liczy się w tych czasach… Nie to, co w tamtych. Jej dziewictwo zgasło wieki temu. Nieświadomie pozostawiło w pamięci jedynie gęstą mgłę przykrywającą wydarzenia, które każdy człowiek chce zatrzymać tylko dla siebie, gdzieś głęboko ukryte, nienaruszalne, drzemiące, zasypane doświadczeniami późniejszych lat. Trzasnęła furtką, zostawiając za sobą cennego więźnia zamkniętego w na wpół zrujnowanym zakładzie karnym. W oknach nie ma krat – pomyślała i spoglądając podejrzliwie za oddalający się budynek, powoli kierowała się w stronę kościoła. Wszystkim mówiła „dzień dobry”, uśmiechając się i wystawiając szereg żółtych zębów. Ludzie odpowiadali „dzień dobry”, ale były to słowa pozbawione prawdziwej szczerości, wokalizowane pod wpływem zwykłego obyczaju. Po każdym „dzień dobry” ciągnęły się za nią te autentyczne, niewypowiedziane, wylatujące z ich zgryźliwych serc zdania. „To ta pijaczka. Gdzie ona się szwenda z rana. Pewnie całą noc piła z tym zakapiorem, ale on przynajmniej pracuje, a nie jak ta lafirynda. Biedna Julia, to prawie kobieta niedługo będzie, a z takimi ludźmi przyszło niewinnemu dziecku żyć. Jak jeszcze stary żył, to trzymał ten dom jakoś i gospodarstwo… Nienawidziła tych głosów i tych ludzi. Nienawidziła tego miejsca i tego kraju. Całego swojego życia.

Upokorzona i znieważona, pełna nienawiści, założyła jednak wcześniej trwałą maskę obojętności i z pogodną twarzą, starając się uśmiechać jak najuprzejmiej, dotarła w końcu do sklepu, gdzie właśnie odbywała się poniedziałkowa dostawa towaru. Zaparkowany przed budynkiem wiekowy volkswagen passat oblegany był przez kilku chłopców, sklepową i dobrze zbudowanego dorosłego mężczyznę we flanelowej, bordowej kurtce, zajmującego się rozładunkiem. Na jej widok Anna, pracująca w sklepie tylko od niedzieli do środy, machnęła ręką w jej kierunku, a na jej twarzy pojawił się kwaśny grymas zapowiadający nie najlepsze wieści.

– Dzień dobry. Trochę się pani spóźniła, on musiał jechać… – powiedziała obojętnym tonem, jednym okiem kontrolując chłopców, by nie zwinęli czasem jakiegoś pasztetu albo soku w kartoniku.

– Dzień dobry, ale może można go jeszcze jakoś znaleźć… – Czuła się niepewnie i wyciągnęła z kieszeni pięćdziesiąt złotych.

– Pani, nie tutaj… – wzburzyła się sklepowa, ale opanowała ton swojego głosu. Sprawnym ruchem ręki, nie spuszczając z oczu chłopców wpatrzonych w bagażnik pełen kolorowych skarbów, chwyciła banknot i schowała do centralnej kieszeni fartucha. Rozejrzała się dookoła i w dziwaczny sposób wypięła pośladki. Zawsze uważała się za ładną kobietę i wielu mężczyzn tak też jej mówiło. Potem zazwyczaj znikali – barbarzyńcy.

Mężczyzna w bordowej flaneli wyszedł ze sklepu z fakturą w ręku.

– Sławek, nie podwieziesz Kaśki do Jarka Tarczyńskiego? – zapytała kobieta, kierując się na zaplecze.

– No, podwiozę. – Ledwo wypluł z siebie prawie niesłyszalne głoski.

Jego grubiański głos symbolizował w umyśle Kaśki prawdziwego mężczyznę. Uśmiechnęła się skromnie i skierowała swoje brązowe oczy na Annę.

– Pięć minut. – Bełkot przebił powietrze.

– Chodź ze mną na chwilę. – Sklepowa, oparta o zespawaną z okrągłych drutów bramę, zawołała Kaśkę, wskazując na zaplecze. Kiedy kobiety spotkały się w półciemnym, brudnym pomieszczeniu, pełnym starych kartonów i skrzynek, Anna rzuciła się na Kaśkę, przytrzymując ją rękoma przy ścianie.

– Pięćdziesiąt złotych… Jak to zrobiłam z moimi, to musiałam płacić dziesięć procent od stawki. Rozumiesz! Dziesięć procent! – Ścisnęła ją tak mocno, że przez chwilę nie mogła oddychać.

– Rozumiem! Dziesięć procent. A teraz już mnie zostaw – odburknęła i silnym ruchem wyzwoliła się z uścisku jej rąk.

Na zewnątrz klakson samochodu rozdarł powietrze swoim donośnym, krótkim brzmieniem. Wybiegła i kiedy usiadła zwinnie na fotelu, przejrzała się w lusterku, przerzucając kosmyki włosów na tę bardziej rozrzedzoną stronę. Sławek zaśmiał się, pokazując mnóstwo ubytków, wrzucił bieg i ruszyli z piskiem opon i dymną smugą. Usłyszeli za sobą radosne okrzyki trzech chłopców skaczących na betonowych schodkach i wymachujących dziwacznie rękoma.

Auto pędziło, a kierowca, świadomie lub nie, ignorował większość przepisów drogowych. Szosa, bardzo wąska i ciągnąca się serpentyną pomiędzy rozległymi polami rzepaku, ograniczona była rzędami wierzb rosnących równomiernie wzdłuż drogi. Po wjeździe do pełnego zielonawych świerków zagajniku, kierowca nagle skręcił i samochód potoczył się polną drogą, wzbijając w powietrze pylaste obłoki, które wolno opadając, rozpylały szarawy piach po gęstwinie. Kiedy skończyli, znów wrócili na trasę. Sławek czuł się jak mężczyzna, bohater seriali – Romeo, macho. Rozgadał się niesamowicie, rozpamiętując swoje życie. Jego głos był jednak prawie niezrozumiały i Kaśka potakiwała tylko głową, przyglądając się swoim paznokciom, z których schodził różowy lakier. Ona milczała. Pustka drążąca jej wnętrze pochłaniała wstydliwą przeszłość.

W końcu dojechali do willi Jarka Tarczyńskiego, zakopanej wewnątrz lasu, ogromnej, wytwornej, z usytuowanymi tuż przy wejściu kolumnami w stylu greckim, zdobionymi meandrycznymi motywami. Zadzwoniła dzwonkiem. Speszona przepychem, czuła się zagubiona w tym zupełnie innym świecie. Otworzył mężczyzna w średnim wieku, dobrze zbudowany, ubrany w czerwony dres z wielkim logo Adidasa na klatce piersiowej.

– A… od Anki ze spożywczego… Wejdź. – Nieco zaskoczony, próbował na siłę sprostać sytuacji, robiąc jakąś dziwnie posępną minę, którą prawdopodobnie identyfikował z powagą lub majestatem.

Znalazła się wewnątrz, pośród helleńskich rzeźb, migoczących kryształów i tych wszystkich rzeczy bogatych ludzi, które widziała tylko w telewizji. Kazał jej usiąść na wygodnym, miękkim, skórzanym fotelu i spiralnymi schodami udał się na piętro, zwinnie przebierając nogami. Szklana ściana zrobiła na niej największe wrażenie, ponieważ jej przeźroczystość uwalniała przepiękny widok falującej w basenie, otoczonym palmami, turkusowej egejskiej wody. Zastygła, poczuła, że nie należy do tego świata. Chciałaby się ubrać w coś nowego, modnego, a może strój kąpielowy, bikini, tak jak w Hiszpanii na plaży. Zobaczyć morze… a potem siorbać drinki z kawałkami ananasa. Tylko kilka razy skosztowała w swoim ubogim życiu ananasa, łapczywie wbijając swoje zęby w jego gęstą, fascynującą słodkość, przenoszącą na język smak i zapach ciepłego południa.

Drewniane stopnie schodów uginały się pod ciężarem niskiego, nieogolonego mężczyzny w okolicach trzydziestki, w czarnym, dobrze dopasowanym garniturze. Kiedy zbliżył się do niej, zauważyła, że jego jasnoniebieskie oczy dziwacznie kontrastują z krótkimi włosami koloru brąz, nadając całej okrągłej twarzy jakiś szaleńczy wygląd.

– Dzień dobry. Jestem Artur. – Zabrzmiało to jak głos przystojnego sprzedawcy w ekskluzywnym sklepie.

Nie dał jej szansy otworzyć ust i natychmiast zaczął swój monolog.

– Kaśka zapewne. Wiem, nic nie mów. Sprawdziłem cię i wiem, że biznes z tobą będzie obopólną korzyścią, a nawet przyjemnością. Jako biznesmen uważam przede wszystkim, że człowiek interesu, przedsiębiorca taki jak ja wręcz zobowiązany jest do czerpania przyjemności ze swojej pracy dla dobra własnego i jakże oczywiste, dla dobra swoich klientów, których satysfakcja jest dla mnie często bardziej znacząca niż korzyści materialne, bo przecież pieniądze to nie wszystko w życiu. – Usiadł naprzeciw niej i wyjął papierosa ze srebrnej, ornamentowanej papierośnicy, wyciągając dzieło sztuki z wiekowego dębowego pudełka, samotnie wtopionego w fioletowe szkło jednonożnej ławy. Poczęstował ją – nie odmówiła i znów, gdy wciągnęła powietrze, by wydobyć z siebie pierwsze głoski, prześcignął ją i kontynuował:

– W biznesie najważniejsze są etyka i ambicja. Pozwolę sobie wytłumaczyć na moim własnym przykładzie. Otóż mój ojciec był dyrektorem PKP. Nie była to jakaś nadzwyczajna praca, jeżeli można w ogóle nazwać to było jakąkolwiek pracą – zaśmiał się szeroko. – Ale korzyści materialne przeogromne. Nigdy nie pytałem, w jak sposób dostał się na szczyt, gdzie życiodajne strumienie pieniędzy wlewają się do kieszeni wszystkich wytrwałych, lecz w tamtych czasach posiadanie dyplomu absolwenta technikum i legitymacji partyjnej otwierało wiele wrót do podziemnych rzek mamony. Jako jego jedyny syn, po osiągnięciu przyzwoitego wieku 21 lat, dostałem stanowisko w radzie nadzorczej jednej ze spółek córek. Była to praca mało ambitna i niewymagająca żadnych zdolności intelektualnych, a dodatkowo jeszcze niekorzystnie wpływająca na stan wątroby. Zajmowaliśmy się wtedy głównie sprzedażą majątku, kontraktami z podwykonawcami, innowacyjnością i tak dalej. Stare dworce, nieruchomości, grunty, to były nasze specjalności. Sprzedawaliśmy wszystko klientom, zaniżając cenę wejściową, po czym cała rada w duchu solidarności uczciwie dzieliła się smakowitymi kąskami. Dodatkowo rozdawaliśmy sobie wszystkie możliwe premie, nawet inteligentnie kreowaliśmy nowe rodzaje benefitów, więc nie można było w ogóle narzekać. Pociągi jeździły, kolejarze od czasu do czasu strajkowali, infrastruktura i tabor się sypały, a prezesi i dyrektorzy, pośród których muszę to powiedzieć ze wzruszeniem, znajdowałem się osobiście przez lat siedem, wiedli wspaniałe życie stanowiąc nienaruszalny, główny element całej konstrukcji. Nigdy nie miałem żadnych moralnych skrupułów ani jakkolwiek określonych zasad etycznych, ale gdy człowiek znajduje się przy strumieniu pieniędzy, napycha swe usta, łapczywie dalej siorbiąc nawet, gdy jest już pełny. Dom wybudowałem sobie, a nawet trzy, jeden w Kołobrzegu jeszcze, a drugi w Warszawie, zakupiłem kilka luksusowych aut i nawet żonę miałem, która co prawda odeszła, ale jej absencja nie wywarła na mnie żadnego negatywnego wpływu. Stałem się wszakże coraz to częściej widywanym klientem agencji towarzyskich, ponieważ pożądliwość młodych kobiecych ciał zawsze była dla mnie silniejsza niż jakieś tradycyjne więzy. Po latach jednak stwierdziłem, że praca moja jest całkowicie pozbawiona ambicji i codzienna nuda zaczęła doskwierać mi tak mocno, że decyzja o zmianie czegoś w życiu stała się nieunikniona. Przyciągnął mnie handel tym najbardziej nieprzewidywalnym, lecz jednocześnie szalenie dostępnym towarem na naszej planecie – istotami humanoidalnymi, w szczególności jednym gatunkiem zwanym homo sapiens. Znałem szefów kilku grup zajmujących się tym procederem, którzy operowali przede wszystkim pomiędzy kilkoma państwami, lecz ja szukałem czegoś lokalnego. Wiesz, nie lubię podróżować – kocham Polskę. Dużo czytałem, jak byłem młody, więc biblioteczna wiedza wystarczyła mi w zupełności, doskonale gasząc we mnie pragnienie zostania globtroterem. Jakimś trafem wyczułem interes tutaj, na Zachodzie. Tak poznaje się prawdziwego biznesmena, jego nos zawsze potrafi wyczuć okazję nawet, gdy powietrze wiruje milionami mylących tropów zatykających nozdrza, duszących ten jedyny zapach prowadzący do źródła. Nie zajmuję się sprzedażą niewolników, jak starożytni handlarze na Bliskim Wschodzie, jak wszyscy sprytni sprowadzający ich napchanych w galeonach zatopionych pośród gniewnych fal oceanów, jak ci pozbawieni sumienia przedsiębiorcy handlujący dziećmi. Nie. Celem mojej działalności jest przede wszystkim satysfakcja klienta z dokonanego aktu ich własnej woli. Stawiam przed nimi korzyść materialną, prostą sumę pieniędzy, która to, co jest niezmiernie smutne dla mnie personalnie, stanowi dla większości z nich ich ostateczny cel ślepej egzystencji. Oni dokonują wyboru – moje opinie mogą tylko w pewnym stopniu ukształtować ich własne decyzje, ale ich własna wola się spełni, przyjmie postać ciągu zdarzeń rzeczywistych, afektujących podmiot całej transakcji. Tutaj dochodzimy do meritum tego specyficznego biznesu, który nawiasem mówiąc, ma głębokie podłoże historyczne. Jak na pewno słyszałaś, choć domyślam się, że są to półprawdy lub niepełne pogłoski, zajmuję się sprzedażą dziewictwa. Główną grupę sprzedających stanowią biedne matki, bardzo rzadko ojcowie. Często osoby te, tak jak ty zapewne, pochodzą z tak niewłaściwie określonych przez naszą opiekę społeczną – patologicznych rodzin, często synonimicznie połączonych z biedą, choć to zupełna nieprawda.

Powoli wstał, zgasił papierosa, wykonał okrągłe ruchy ramionami i ze wzrokiem wlepionym w wiszącą na ścianie reprodukcję obrazu Jeana Leona Gerome’a Market niewolników dodał:

– Czemu dziewictwo? Czy naprawdę zapłacą dużo za dziewicę? Owszem, ponieważ ludzie w tym nowoczesnym, zindustrializowanym, brudnym, stęchłym świecie, posiadają obsesję na punkcie wszelakiej nowości. Nowy samochód – marzenie niejednego, nowy telewizor, nowe mieszkanie, nowa lodówka, spodnie, nowy kochanek, dziewczyna… Dziewica jest nowa, a także czysta, nienaruszona, i to może jest jeszcze bardziej fascynujące. Czyste diamenty, złoto, krystalicznie czysta woda, wszystko mieszczące się w definicji czystości posiada znacznie większą wartość niż zwykła, zabrudzona życiem, czy też używaniem, materia. Tak, wspomniałem o nienaruszalności. To też jest fascynujące, nieprawdaż? Klienci są podekscytowani myślą o posiadaniu wyimaginowanego klucza do nowej, nieotwieranej bramy, broniącej wstępu do tego tajemniczego, dziewiczego, nieznanego świata. Co tam zastaną – ekstazę, strach, a może nicość lub przepaść, która ich wciągnie – zabrudzoną grzechem duszę.

Podszedł do niej i podał jej rękę. Kiedy wstała, spojrzał jej prosto w oczy jakimś oddalonym od świata wzrokiem, zagubionym w luminescencji stworzonej przez blask odbitego od wody światła, i zapytał:

– Ile lat ma twoja córka?

*

Świat tego poranka budził się nadzwyczaj wolno. Z okna małego pokoiku można było dostrzec powolutku rosnącą łunę światła, która wyrastając na horyzoncie, rozpalała iskierki życia we wszystkich stworzeniach uśpionych pod skrzydłami nocy. Wcześnie rano, kiedy promienie zaplątane w ziemskich urwiskach błąkały się jeszcze niewidoczne, las przeistoczył się w wielką, czarną skałę, rozciągającą się wzdłuż całego widnokręgu. Ten ciemny kontynent unosił się teraz na tle ledwo bladego nieba, gaszącego jeszcze płonące ślepia gwiezdnych aniołów stopniowo odchodzących w pustkę wszechświata. Wraz z nadejściem słońca mitologiczne kontury drzew stawały się coraz bardziej widoczne. Wizerunek ciemnej wyspy rozpływał się pod odnawiającą siłą porannej jasności, nadając znów kształty majestatycznym koronom dębów, rozciągniętych ramionami wiatrów. Spiczaste strzały wierzchołków sosen wyrastały błyskawicznie, jak magiczne wiosenne turkusy, i górowały w wąskich grupach, trzymając się razem w obawie przed nieznaną siłą niesłyszalnie zwiastującą epokę letniego dnia. Las zrzucał kokon nocy, dostojnie wzrastał podekscytowany błogą, melodyjną muzyką czyżyków, kosów i skowronków, składających hołd nowemu władcy boru, nadciągającemu z Hadesu nocy na swoim złotym, oślepiającym rydwanie. Pokryta rosą, topniejąca łąka pożegnała się i gdy magiczne łzy popłynęły łodygami traw, nasycając usta ziemi, nocni łowcy rozpoczęli ucieczkę przed słońcem w labirynty swoich nor.

Leśne królestwo rozchyliło swe wrota, wpuszczając rydwan światła w kręte aleje przyozdobione dywanami mchów. Świat odżył, wyspał się i pochłaniając życiodajną energię z chlorofilowych pucharów, pierwszy głęboki, hermetyczny oddech rozpoczął wraz dotykiem ciepłych dłoni słońca.

Kiedy ciepło pochodzące z gwiazdy sławionej przez Egipcjan rozlało się po bladej dziewczęcej twarzy, Julia zaczęła powolutku powracać z krainy snów. Najpierw przewróciła się na drugi bok, aby po chwili rozciągać się jak zwinna kotka, prostując nogi i wyginając kręgosłup jak giętki łuk. Świadomość powróciła dopiero po kilku minutach i gdy z dziecięcą brawurą otworzyła oczy, wprost na światło wpadające do pokoju, niebiańska jasność poraziła jej wzrok. W jej oczach wybuchły miliardy gwiazd, oślepienie wywołało łzy, ale nie mrugnęła nawet na chwilę i podpierając się lekko łokciami, wstała, wyprostowała się, dając się pochłonąć świetlistej materii wrzucającej do pokoju roje gwiezdnych oszczepów. Tak wyobrażała sobie śmierć – świetlny, oślepiający blask, brama utkana ze słonecznych marmurów będąca początkiem nowego życia. Nie czuła strachu ani zwątpienia, lecz bijące wewnątrz niej ciepło Jezusowej miłości. Dorośli boją się śmierci – zamykają ją w odosobnieniu zapajęczonych szuflad, omijają, wolą zapomnieć. Julia natomiast zamieniła swój strach przed śmiercią na uczucie czegoś nieuniknionego, niegroźnego i słodkiego zarazem – ostateczną podróż do krainy szczęśliwości. Stało się to, jak wszystko w jej dotychczasowym krótkim życiu, pod wpływem dziadka, który napatrzył się na śmierć zbyt wielu ludzi. Widział swoich przyjaciół rozszarpywanych przez zagubione pociski, żołnierzy ze swojej brygady tonących w pyłach artylerii i dziesiątki nieznanych mu ludzi, po których pozostawały tylko białe, brzozowe krzyże. Po latach krzyże spróchniały, rozpadły się i nakarmiły ziemię, namaszczoną krwią minionych pokoleń.

Odmówiła poranną modlitwę w swojej małej Notre Dame, której słoneczna rozeta szybko schowała się za niespodziewanie nadciągającą grupą pierzastych, szaro-białych chmur. Ubrała się w pośpiechu, wzięła pod rękę książkę i poszła do kuchni. Miała dziś w planie udać się nad rzekę i poczytać trochę, tak jak przykazywał dziadek. „Codziennie musisz czytać” – tak mówił, powtarzając jej w kółko o wartości książek i jak ważne jest dla człowieka czytanie. Pamiętała, jak sam rozczytywał się długimi wieczorami przy mętnym świetle żarówki i kończył zazwyczaj późno w nocy. Matka narzekała rano, że nie mogła zasnąć, ponieważ światło przebijało się przez wszystkie szpary, zadręczając i irytując ją niemiłosiernie. W kuchni otworzyła drewniany pojemnik w poszukiwaniu kromek chleba, po czym zwinnie przeszukała go swoimi delikatnymi dłońmi z mocno wyżłobionymi liniami życia, które po chwili wycofały się puste. Nic. Nie będzie kanapek. Drzwi uchyliły się, cofnęła się. Pierwsza pojawiła się zaspana twarz matki. Podkrążone oczy, ciężko zarysowane policzki i rozczochrane włosy. Wyglądała jak strach na wróble, taki, jakie rysowali na plastyce w tamtym roku. Ludzki strach na wróble jeszcze bardziej odstraszający wrony niż słomiany. Wyobraziła sobie szybko, jak idzie z matką przez pole i do lotu wzbijają się stada czarnych wron, są ich setki, nie – tysiące. Kraczą: kra, kra, kra. Wzbijają się w powietrze, łopocząc ciężko skrzydłami, i nie czekając, ulatują na południe. Niebo zarojone od ptactwa drży od tych grobowych melodii. „Moja matka odstraszyła wrony” – krzyczy, wyplątuje swoją rękę z jej objęcia i biegnie prosto przed siebie, gdzie rozpościera się żółtawy odcień rzepaku, co chwilę zasłaniany przez startujące do lotu czarne stworzenia.

– Nie ma nic do jedzenia, idź najpierw do sklepu. – Mocny, rozkazujący głos uwolnił ją od ptasiego świata.

Matka popatrzyła na nią jakimś nieznanym, złowrogim wzrokiem, który na chwilę sparaliżował Julię, na której ramieniu siedział masywny kruk, przyglądający się swoimi ślepiami szpetnej głowie wynurzonej z półciemnej jaskini. Kiedy mięśnie porzuciły stan zastygłości, podeszła do stołu i przerzuciła jakieś papierzyska walające się na blacie. Zajrzała pod na wpół pusty słoik z ogórkami.

– Gdzie są pieniądze mamo? – zapytała cienkim, ale energicznym głosem.

– Zawsze tylko: gdzie są pieniądze! Tylko o to się martwisz. Może byś sama coś zarobiła, już duża jesteś. Gdzie są pieniądze!

Na twarzy matki zarysowały się pulsujące żyły, słomiana głowa, będąca wcześniej postrachem kruków, zamieniła się w przerażającą, desperacką mordę zagubionej w swoim życiu kobiety. Julia nie spodziewała się takiej odpowiedzi, chwyciła ręką krzesło i ścisnęła mocno, oczekując kolejnych wydarzeń. Drewniany uścisk dodał jej otuchy, lekko wyczuwalna szorstkość przypominała rękę, która prowadziła ją przez pierwsze lata jej życia. W tej samej chwili upiorna zjawa zniknęła za drzwiami, zamykając je z hukiem. Dziesięciozłotowy banknot pojawił się, prześlizgując się przez niewielką szparę. Błyskawicznie znalazł się w palcach Julii i powiewał teraz na ulicy, smagany delikatnym porannym wiatrem – wizerunek Mieszka Pierwszego, pierwszego władcy Polski. Ostatnim natomiast był, jak dobrze pamiętała, Zygmunt August – ostatni z Jagiellonów. Dziadek mniej więcej raz w tygodniu wpadał w furię, oglądając programy historyczne, i wykrzykiwał, że Polska umarła wraz z ostatnim z Jagiellonów, a teraz to tylko targowica, sprzedawczyki i komuchy.

Poszła do sklepu i szybko zrobiła zakupy. Bułki, pasztet, masło – wszystko, co potrzebne, żeby zrobić dobre śniadanie. Gdy wróciła, matka już ochłonęła. Wyglądała teraz bardziej po ludzku, lecz wciąż na jej twarzy odbijały się jakieś tajemnice wczorajszej nocy. Zjadły razem przy stole. Wrogość poddała się głodowi, więc w pełnej symbiozie zanurzały swoje usta w chrupiących, jeszcze ciepłych bułkach. Minotaur zniknął i w zachowaniu matki wyczuć można było jakieś rozluźnienie. Po śniadaniu, zgodnie z planem, Julia udała się nad rzekę. Było to niecałe trzy kilometry, idąc wzdłuż szosy na północ pomiędzy polami. Droga ta była prawie nieuczęszczana i stanowiła tor wyścigowy nielicznych traktorzystów, którzy lubowali się w osiąganiu maksymalnych prędkości na tej długiej, lecz wąskiej, zasłoniętej szeregami topól trasie. Czasami w rowach leżeli miejscowi pijaczkowie, zamroczeni i pozbawieni sił, przesypiający tam do zachodu słońca, aby w nocy szczęśliwie natknąć się na przyjacielską zjawę wracającą do Zbąrzdanek. Od szosy skręciła w lewo i jej oczom ukazała się piaszczysta, polna droga. Wąska, z rozrzuconymi gdzieniegdzie na poboczach ciężkimi kamieniami, wyrastającymi jak szare, magiczne grzyby, znaczącymi szlak wiodący wprost do rzeki. Kiedy znalazła się nad brzegiem, wodnisty zapach nowego świata powitał jej nozdrza, przypominając o istnieniu tego zapomnianego królestwa tataraku, pałek i szemrzącej, cicho płynącej wody. Schowała się w cieniu dębu, którego rozłożyste konary tworzyły nieprzepuszczający promieni słonecznych baldachim, pod którym ciepłe powietrze wydawało się dramatycznie ochładzać i z przyjemnością masowało przemęczone upałem ciało. Dąb nazywał się Tadeusz. Nie wiedziała czemu, ale dziadek tak na niego wołał. „Idziemy do Tadeusza” znaczyło zawsze: idziemy nad rzekę, do tego drzewa. Imię to stało się synonimem ciekawej przygody i niezastąpionego niczym cienia. Zamykając ich w swoich konarach, dąb odstraszał piekące słońce i był miłym, przytulnym domem, w którego dziupli chłodził się jabłkowy sok i dojrzewały zerwane wcześniej w ogrodzie gruszki: żółtawe, przepysznie nasycone słodkością lata, schowane przed szybującymi niezauważalnie chciwymi osami. Drzewo było niemalże perfekcyjne. Jego prastara korona przyobleczona grubą, wyżłobioną korą osadzona była na masywnym pniu, rozszerzającym się u podstawy. Sprawiało to wrażenie, że tam pod ziemią kryją się mocne, silne korzenie, jak pajęczyna wdzierające się w glebę i trzymające tego olbrzyma w pionie, tak by oznajmiał całej okolicy nieugiętą, wieczną siłę stojącą nad brzegiem rzeki niczym samotny wiking wypatrujący za oddalającym się statkiem swoich braci. Jednak arcymistrzowski kształt wyrzeźbionego przez naturę odwiecznego drzewa-wojownika spaczony był przez odciętą z jego północnej strony gałąź, po której pozostał wystający na niecałe pół metra kikut. Nie był to wielki uszczerbek, lecz ten obraz destrukcyjnego działania ludzkiej ręki nie umknął przed dziecięcym, przenikliwym wzrokiem Julii. Poza tym tajemnica ta rozwikłała się pewnego wieczoru, kiedy to dziadek będący w dziwnym, melancholijnym nastroju, przecierając swoje oczy, oznajmił, że idzie zobaczyć się z Tadeuszem. Kiedy wyszedł, Julia, pędząc jak gazela, podbiegła do okna i trzymając lornetkę powiększyła zamglony obraz namalowany pastelowymi promieniami uciekającego słońca. Zobaczyła klęczącego nieopodal lasu mężczyznę. Cień drewnianego krzyża opadał wprost na niego, rzucając swój grobowy blask na samotnego pielgrzyma. Znalazła Tadeusza, tego prawdziwego i człowieczego, pochowanego w płaskim grobie tuż przy rozłożystym buku.

Teraz odpoczywała schowana w dębowym cieniu. Szmer płynącej wody usypiał swoim natężeniem harcującą przyrodę, wibrował, powodując taniec trzcinowych zarośli wolno kiwających się na boki i odsłaniających blask tafli odbijającej mocne, gorące promienie. Przeglądała ze skupieniem stronę za stroną, z ciekawością wpatrując się w czarno-białe ryciny. Nie wszystko było dla niej zrozumiałe, ale była to jedna z tych książek, które nieprzeczytane, chowały się gdzieś na najwyższej półce w domu i gdy zapragnęła dostać się do jakiegoś nieznanego świata, wybrała właśnie tę. Może tylko przez tę czerwoną okładkę, wyróżniającą się tak mocno pośród czarnych woluminów zalegających na tej ostatniej, trudno dostępnej półce. W każdym razie lektura pochłonęła Julię, która udała się teraz do nowo odkrytego ekonomicznego świata. Czytała uważnie o genezie pieniądza, początkach kapitalizmu, wolnym handlu, dochodzie narodowym, inflacji i deflacji – choć terminologia początkowo brzmiała jak nieznany język, z biegiem czasu przyswoiła się, nadzwyczaj szybko nabierając także znaczenia. Dwa tygodnie później na lekcji historii cała klasa wraz z nauczycielką ze zdumieniem przekraczającym ich największe oczekiwania wysłuchiwała jej komentarzy do sytuacji ekonomicznej w Europie przed drugą wojna światową. Nauczycielka była pod tak wielkim wrażeniem młodej, utalentowanej uczennicy, że planowała napisać list do rodziców i zaprosić ich do szkoły. Gremium nauczycielskie jednak szybko przedstawiło jej skomplikowaną, jak to nazwali, sytuację rodzinną dziewczyny i skończyło się na tym, że pani Helena bardzo subtelnie pochwaliła ją i zaproponowała pączka na długiej przerwie.

Następna wizyta nad rzeką wypadła w sobotę. Wcześniej było troszkę deszczowo, ale po południu, gdy ciężkie, wilgotne powietrze schowało się za lasem, słońce zaświeciło delikatnie, dając sygnał do wymarszu. Wtedy po raz pierwszy w życiu poczuła, że czegoś jej brak. Trzymając swoje nowe kompendium wiedzy na kolanach, spojrzała na siebie oczyma innej osoby. Wytarte dżinsy, zawsze dwie kanapki z pasztetem. Inne uczennice zawsze się z niej nabijały: „Ale masz wytarte spodnie, kto się teraz tak ubiera, co to, żebraczką jesteś? Żebraczka, żebraczka!” – krzyczały, krążąc wokół niej. Z nikim się nie kolegowała i nigdy nie miała pieniędzy na pączki, tak jak inni. Oni jedli po trzy, nawet cztery na długiej przerwie, a niektórzy rodzice przyjeżdżali po nich takimi dużymi, czarnymi samochodami. „Mój tata ma audi!”, „Mój passata!” – wymądrzali się i gdy samochody pojawiały się na dziedzińcu szkoły, powoli i dumnie z podniesionymi głowami szli na spotkanie z rodzicami. Ona zawsze na piechotę, choć nigdy nie wydawało jej się, że ma daleko do szkoły, to maszerowała ponad trzydzieści pięć minut. Było jednak kilku takich jak ona, ale siadywali zawsze w ostatnich ławkach i milczeli, choć na ich twarzach wypisany był krzyk o dodatkowe kalorie.

Teraz w falującym cieniu Tadeusza, nad brzegiem kołyszącej się, dotkniętej porannym deszczem wody zamyśliła się nad swoim ubóstwem. W książce zawarte są takie straszne zdjęcia i dlatego już nigdy jej nie otworzy. Ludzie w postrzępionych ubraniach, chudzi, wygłodniali, w zniszczonych domach, kolejkach po pracę, z plakatami na demonstracjach. Biedacy tacy jak ona. Przesiąknięci niedolą wypisaną na twarzach, ograbieni przez bogatych, zmuszeni do kilkunastogodzinnej pracy w brudnych fabrykach, jak robactwo upodleni, nienawidzący samych siebie, wegetujący i oderwani od egzystencji. Praca i sen. Praca i sen. Cykl, który ciągnie się w nieskończoność. Egzystencja poniżej godności człowieka. W książce było to wszystko, co spowodowało u niej poczucie alienacji i wstydu. Cisnęła ją mocno w samo centrum rzecznego prądu i czerwone, obrzydliwe i boleśnie prawdziwe dzieło pochłonięte zostało przez połyskującą wodę. Epitafium tego wydarzenia stanowił wielki plusk, który poprzedził rozchodzące się okrągłe fale, powoli uderzające w brzeg, ślimaczo wygasające wraz z cierpiącą na brzegu istotą. Kiedy wróciła do domu, zastała stary niewzruszony porządek świata: pijany Minotaur wlókł się wzdłuż kuchni, potykając się o kolejne krzesła, a matka, niczym niewzruszona, siedziała, czytając gazetę. Kiedy schował się już za drzwiami, jak zwykle poczęstowała ją złowrogim grymasem, ale zanim z jej ust wydobyły się szkaradne słowa, Julia pędem skoczyła do drzwi swojego pokoju i zamknęła się w jego czterech ścianach. Usiadła na łóżku, a następnie założyła zmęczone wędrówką nogi. To nieznane uczucie, które zatruło jej umysł, uciekło gdzieś daleko, zostawiając miejsce na miłe wspomnienia sprzed lat. Gdyby dziadek żył… – pomyślała. Wiedziała jednak, że to życzenie nie może się spełnić i ze skwaszoną, zakłopotaną miną wymarzyła sobie cztery pączki na długiej przerwie, choć raz.

Wędrówka Anamaru i inne opowiadania

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-062-9

© Tomasz Mroczkowski i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Agata Sawicka-Korgol

KOREKTA: Elżbieta Zasempa

OKŁADKA: Anna Gręda

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: Inkpad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wędrówka Anamaru i inne opowiadania 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie