Droga

Droga

Autorzy: Ula Machnacz

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 22.75 zł

Trójka młodych studentów: Pola, Karlito i Alan jak co roku postanawia wybrać się w podróż za granicę, by znaleźć wakacyjną pracę, a przy okazji poznać trochę świata. Tym razem jednak mają pecha: nikt nie chce ich zatrudnić, a im bardziej są zdeterminowani do kontynuowania swojej wyprawy, tym mniej pieniędzy zostaje w ich portfelach... Ale co z tego, skoro Europa stoi przed nimi otworem, czeka na nich mnóstwo przygód, a każdy kolejny kraj kusi obietnicą nowych, fantastycznych doznań?

Ta szalona autostopowa wyprawa wydarzyła się naprawdę, a szkoła życia, jaką przeszli jej uczestnicy, stała się okazją do zweryfikowania sposobu, w jaki postrzegali do tej pory siebie i swoją przyjaźń. Dokąd poprowadziła ich droga? Jak zakończyła się ta niesamowita podróż?

 

Gdy się obudzili, było późne popołudnie. Na plaży mniej ludzi, ale wciąż tętniła ona życiem. Było cudownie. Pola nieco zmarzła, więc sięgnęła do swego plecaka, by nałożyć cieplejszy sweter. Miała na sobie tylko delikatną kolorową bluzeczkę w kwiatki na ramiączkach, cienką białą koszulę w czerwoną kratkę, fioletowe, lekkie spodnie dresowe i japonki na stopach. Wsadziła rękę do środka i poczuła pustkę. Brak czegokolwiek. W plecaku nie została ani jedna rzecz. Przerażona i roztrzęsiona Pola, pokazując pusty plecak, krzyczała, nie zważając na to, co pomyślą ludzie dookoła:

– Karlito! Okradli nas! Zabrali wszystko, nawet brudne gacie!

Pospiesznie chwycił swój plecak i zajrzał do środka. W nim również nic nie zostało.

 

Ula Machnacz

 

Ukończyła kulturoznawstwo międzynarodowe na Uniwersytecie Jagiellońskim. Barmanka, kelnerka, właścicielka klubu, sprzedawca kart kredytowych, asystentka prezesa, redaktorka gazet, dogoterapeutka, graficzka, fotograf, MAMA… Pisarka…

Bo była moją ostoją, równowagą

i do końca pomimo wszystko

wspierała mnie i motywowała.

Dla mojej Córci

Kamali Tomczak

Tej wyjątkowej…

SPIS TREŚCI

I. Weekendowy

II. Eindhoven

III. Zandvoort

IV. Kierunek: południe

V. „Romantyczna” Francja

VI. Na stopa po Francji

VII. Już nie razem

VIII. Prawie jak z pocztówki…

IX. Wymarzony kraj

X. I tu wszystko się zmienia

XI. Moc marzeń

XII. Ich wybawca

XIII. Z innej bajki

XIV. I co dalej?

XV. Przegrana Karlita

XVI. Pogoda zmienną jest

XVII. Skarb

XVIII. Żegnaj, Hiszpanio!

XIX. „Ulubiony” kraj

XX. Idzie się załamać

XXI. Niebezpieczny typ

XXII. Pracować czy nie?

XXIII. Podróżnych w dom przyjąć…

XXIV. Zostawił…

XXV. To nie jest bezpieczna podróż

XXVI. Ważne i ważniejsze

XXVII. Ostatnia prosta

XXVIII. Jak razem, to razem

XXIX. The end

Podziękowania

I

WEEKENDOWY

– Kurwa! Zapomniałam oddać mamie kartę Visa!

– No i?

– I będzie się wściekać!

– Dobra, skup się teraz na podróży. Czekamy na Alana.

To miała być zwykła wyprawa w poszukiwaniu pracy za granicą. Jak wiele wcześniejszych. Pola i Karlito w tym celu co roku jeździli do Niemiec. Mniej więcej w okolice Detmoldu, księstwa Lippe. Nie bali się ciężkiej pracy. W ten sposób zarabiali na studia, ale zdobywali też wiedzę i doświadczenie, tak cenne dla młodych ludzi. W czasie semestru, w długie mroźne wieczory, przy kuflu piwa, ochoczo opowiadali o swoich podbojach znajomym. Szczerze mówiąc, mocno je zawsze koloryzowali. Z łatwością przekonywali innych, w jaki to prosty i przyjemny sposób można zarobić pieniądze i spędzić wakacje za granicą. Ściemniali totalnie, że łatwo połączyć przyjemne z pożytecznym, w gruncie rzeczy jednak wiedzieli, że nie jest to łatwy kawałek chleba.

Sprawa zaciekawiła Alana, ich wspólnego kumpla ze studiów. Postanowił, że tego lata pojedzie z nimi. Sprawdzi te ich opowieści o cudownych wyprawach i dobrych zarobkach. W końcu nie pierwszy raz słyszał te historie, ale też wiedział, że z każdej wyprawy wracali z gotówką i nowym bagażem ciekawych doświadczeń.

Umówili się na dworcu w Zgorzelcu. Niestety, jak na ostatni przystanek przy granicy państwa bądź pierwszy po wjeździe do Polski, nie prezentował się on najlepiej. Powybijane szyby, odrapane ściany i ten specyficzny, wszędobylski smród, który przyprawiał każdego o mdłości. Perony zaniedbane i brudne. Nic dziwnego, że ciągnęło ich do lepszego kraju. Rzeczywistość, która ich żegnała, nie oferowała im niczego przyciągającego.

Cel wyprawy – księstwo Lippe; praca w polu. Wcześniej Pola i Karlito pracowali głównie w barach, jednak Alan nie bardzo znał język i szczerze mówiąc, nie zamierzał pogłębiać tej wiedzy, dlatego zdecydowali, że pojadą pracować fizycznie. W końcu tam potrzebują siły i mięśni, a nie głowy i języka. Znali uprawę, na którą jechali. Podczas wcześniejszych pobytów na tym terenie poznali wielu Polaków pracujących w różnych branżach, między innymi na farmie, do której zmierzali.

Rzeczywiście – jak planowali – spotkali się na dworcu w Zgorzelcu. Alan był chłopakiem chudym, wysokim, z ogoloną głową, o niebieskich oczach. Raczej o specyficznym, luźnym sposobie bycia – zabawnym i śmiesznym zarazem. Uważał, że nie ma na świecie trudnych spraw, a życie trzeba przejść na luzie. Nawet w codziennych, zwykłych sytuacjach wydawało się, jakby jego ciało nienaturalnie się wyginało, jakby nigdy nie było spięte, a mięśnie nie potrafiły się naprężyć. Oczywiście jako facet potrafił je naprężyć celowo – zawsze w tym celu, żeby poderwać kolejne laski, które uwielbiał. Wszystkie.

Drugi chłopak. Mówili na niego Karlito, bynajmniej nie dlatego, że był mały wzrostem. Chociaż w rzeczywistości był. Chodziło jednak raczej o nawiązanie do Ala Pacino z „Życia Carlita”. Tak, definitywnie o to. Karlito nosił się najczęściej w skórze i w kowbojkach. Przystojny, ciemnowłosy, o szarych oczach, z lekkim zarostem na brodzie. Z urody nieco przypominał Greka… albo może Włocha? Jak kto woli… Zawsze pewny siebie, z silną osobowością, prawie jak przywódca stada. Tak z pozoru można by było o nim powiedzieć, ale w rzeczywistości był hedonistą, który najczęściej myślał jednak wyłącznie o własnym szczęściu. Jeszcze niepewny tego, co chce robić w życiu, ale stanowczo pewny siebie i tego, kim jest.

I Pola. Szczupła, brązowooka blondynka. Raczej nijaka. Bez osobowości, po prostu jest, wesoła i raczej nie zawadza nikomu. To dziewczyna Karlita. Są razem już kilka lat. I pomimo lepszych i gorszych chwil wciąż są nierozłączni. W ten sposób przedstawiona zdaje się zupełnie nie pasować do Karlita. I rzeczywiście to przedstawienie jest dość powierzchowne, bo w rzeczywistości to cicha woda. Zazwyczaj potulna, łagodna, ale kiedy trzeba, wybucha jak wulkan. Zwykle cicha, lecz gdy już coś powie – zabija…

Plan był prosty. Zabrać małą ilość gotówki, dotrzeć na miejsce i zarobić więcej. Nic łatwiejszego. Z doświadczenia wiedzieli, że po Niemczech należy podróżować w weekendy. Można wówczas kupić tańszy bilet do wykorzystania dla maksymalnie pięciu osób i przez sobotę oraz niedzielę podróżować po całym kraju. Plan był dobry. Przedostaną się polskimi kolejami ze Zgorzelca do Görlitz, a tam, żeby jeszcze zaoszczędzić, odkupią na dworcu używany bilet od kogoś, komu już nie będzie potrzebny, i w ciągu dwóch dni dotrą na miejsce.

– Naprawdę sądzicie, że ktoś sprzeda wam używany bilet, do tego jeszcze taki, który nie stracił na ważności – w piątek? – ironicznie zapytał Alan. – Z całym szacunkiem, ale to trochę absurdalne. – Czemu nie? Warto spróbować. Kiedyś nam się udało.

Alan był pod wrażeniem kreatywności i pomysłowości pozostałej dwójki. Coraz bardziej wierzył, że ich opowieści o przetrwaniu i zarobku za granicą mogą być realne. W końcu wszystkie ich rozwiązania, jak do tej pory, sprawdzały się. Pokładał szczerą nadzieję w ich doświadczeniu. Ufał im i nie śmiał podważać ich planów, nawet gdy sam miał wątpliwości.

Bez trudu dotarli do najbliższego dworca po stronie niemieckiej. Na wszelki wypadek Karlito, który doskonale mówił w ojczystym języku tego kraju, upewnił się w informacji, czy od roku nic się nie zmieniło, jeśli chodzi o przejazdy na terenie tego kraju. Pani w kasie była pod tak wielkim wrażeniem kultury młodego człowieka, że uwierzyła w jego niemiecki akcent i chciała sprzedać mu bilet ze zniżką dla studentów niemieckich. Karlito już był gotów kupić taki bilet, pomyślał jednak, że Alana może zdradzić nieznajomość języka, co wprawiłoby ich już na początku wyprawy w niemałe tarapaty.

Hm? Chyba jestem zajebisty, skoro nawet baba w kasie bierze mnie za Niemca – świtała mu w głowie myśl.

Alan był w całkowitym szoku, kiedy udało im się odkupić od kogoś tańszy, używany bilet weekendowy. Wyruszyli w podróż. Problem pojawił się jednak już pierwszego wieczoru, ponieważ jego towarzysze nie powiedzieli mu, że bilet rzeczywiście tak działa, tyle że w nocy pociągi na terenie Niemiec nie kursują, a dworce są zamykane. Pola i Karlito byli przygotowani na to, że w ciągu jednego dnia nie uda im się dotrzeć do celu. Przerabiali to już wcześniej. Tylko „zapomnieli” dodać tego do swoich opowieści o cudownych wyprawach, kiedy „smęcili” znajomym przy piwie. Wcześniej Alan nie zastanawiał się nad tym. A może raczej wypierał możliwość zaistnienia takiej sytuacji. W najgorszych wyobrażeniach sądził, że ewentualnie noc spędzi w pociągach, dość często się przesiadając. Co w jego przypadku i tak byłoby niezwykle męczące, ponieważ lubił się wyspać. Teraz został postawiony przed faktem dokonanym, a jego spokój „osiągnął punkt kulminacyjny”. Łapiąc się za głowę, wykrzyknął:

– Jak to, kurwa, nie pojedziemy dalej?! I co mamy teraz zrobić?!

Jak zawsze w takich sytuacjach opanowany Karlito, z lekkim uśmiechem na twarzy i dość cwanym spojrzeniem, powiedział:

– Wyluzuj, przetrzymamy noc, a rano pojedziemy dalej.

– Jak, kurwa, przetrzymamy?!?

– Spoko, posiedzimy gdzieś na ławce w parku i pogadamy. Będziemy drzemać na zmianę.

– Karlito, ja się stąd nie ruszam. Chcę zostać na dworcu. Nawet mi się tu podoba. Jest czysto, kolorowo i nie śmierdzi jak na naszych. Położymy się na ławeczkach.

– Alan, dworca pilnuje ochrona i policja. Właśnie po to, żeby nikt się tu nie kręcił i nie spał. Na Zachodzie, jak człowiekowi zdarzy się taka sytuacja – wynajmuje pokój w motelu. Tylko że nas nie stać! Więc nie marudź i chodź do parku. Nawet Pola nie marudzi. Bądź facet!

Pierwsza noc pod gołym niebem okazała się nie taka straszna, a wręcz nawet całkiem przyjemna. Na przejrzystym niebie rozbłyskiwały tysiące gwiazd. A oni, szczęśliwi, siedzieli na ławce w romantycznej scenerii, w zadbanym parku, przy świetle księżyca. Jak jakiś żart. Szkoda, że jeszcze nie trzymali się za ręce, siedząc na kocyku na trawce z piknikowym koszykiem i podziwiając gwiazdy na niebie. Przecież mieli być poważni. Szukać pracy i zarabiać pieniądze! Ale kiedy zostajesz postawiony w takiej sytuacji i nie masz wyjścia, jedynym, co ci pozostaje, jest dobry humor. Nie ma jak złe doświadczenie przeobrazić w zabawne. Nawet Alan wyluzował się nieco i poddał czarowi chwili.

Nigdy nie należał do osób zbyt poważnych i poukładanych. Studiowanie było dla niego jedynie pretekstem do opuszczenia rodzinnego domu, czasem dobrych zabaw i miłosnych podbojów. Pomimo swobodnego trybu życia w jego słowniku nie mieściło się jednak zdanie: spędzam noc na ławce w parku, bo nie mam dokąd pójść. Ale to nic. Szybko zrozumiał sytuację, zaaprobował ją i pomyślał, że to jedynie wypadek przy pracy.

Przecież jutro będziemy na farmie zarabiać pieniądze. Tak powiedział Karlito, a jemu można zaufać. Nigdy nie ściemnia, nigdy mnie nie zawiódł. Może miewał surrealistyczne pomysły, ale w konsekwencji okazywały się być genialne – myślał.

Śmiali się pół nocy. Alan wciąż nie mógł uwierzyć, że dał się tak łatwo podejść Karlito co do długości przejazdu – że też nie pomyślał o tym, ile kilometrów mają do przejechania i w jakim czasie. Z drugiej strony nawet gdyby to wiedział, to by na to nie wpadł – nigdy nie dbał o szczegóły, zawsze liczył się tylko cel. W Polsce pociągi kursują całą noc, a policja – otwartych dworców – pilnuje tylko w dużych miastach i to często z mizernym skutkiem. Dlatego – nie wiedzieć czemu – sądził, że tak jest w całej Europie. W końcu zasnęli na ławce wtuleni w siebie, ponieważ sierpniowe noce nie należą już do najcieplejszych.

Żadne z nich nie należało do rannych ptaszków. Parze zakochanych zdarzało się nawet wstawać o… szesnastej. Tylko dlatego, że chyba wypadałoby trochę pożyć. Uwielbiali spać, co w tym momencie nie było dla nich wskazane. Wstali więc z samego rana i wyruszyli pierwszym pociągiem.

Założyli sobie, że koło południa dotrą na farmę i tak rzeczywiście było. Była to mała wioska, niezwykle zadbana. Każdy dom pięknie udekorowany, ogródek idealnie przycięty, wszędzie pełno kolorowych kwiatów i krasnali ogrodowych. Pachniało latem, maciejką i różami. Pomimo rolniczego charakteru tej miejscowości nie widać było całego zaplecza maszyn, jak to jest na polskiej wsi. Tu nie było ujadających psów na łańcuchach, brodzących gdzie popadnie kur, nie czuć było nawet brzydkiego zapachu obornika czy innych woni związanych z wsią. Tu wszystko miało swoje miejsce, nic nie było przypadkowe. Jeśli kury grzebały w piasku, to tylko w wyznaczonej zagrodzie, jeśli sprzęt rolniczy był zbyt duży, by zmieścić się do garażu, stał równiutko ustawiony w przygotowanym do tego wcześniej miejscu. Mnogość kolorów, drzew i krzewów przywodziła na myśl obraz idylliczny, malowniczy, wręcz perfekcyjny, niczym z hollywoodzkiego filmu. Aż się rzygać chciało od tego uporządkowania. Nie było to miejsce pasujące do tej trójki lubiącej egzystować w życiowym chaosie.

Karlito, jako że najlepiej mówił po niemiecku, poszedł do właściciela zapytać o pracę. Alan i Pola czekali w miasteczku, przy pewnej studni, z nadzieją, że zaraz będą mogli zadomowić się w jakiejś przyczepie czy pokoju dla pracowników, jak to wcześniej bywało, i odpocząć po jednak wyczerpującej podróży. Alan, rzucając pozbieranymi wcześniej kamykami w przydrożny płot, z zaciekawieniem w głosie rzucił nagle do Poli:

– Myślisz, że dostaniemy tu pracę?

– No jasne. Nawet jeśli nikogo nie potrzebują, Karlito na pewno ich przekona. Każdemu wkręca tę swoją gadkę, a później wszyscy się na to łapią. Przecież sam tego wczoraj doświadczyłeś.

– No fakt! – Omal nie parsknął śmiechem.

Po chwili wrócił Karlito i z miną raczej jakby oczekiwał na wyrok, powiedział:

– Nie ma pracy.

– Nie wierzę!!! – wykrzyknął Alan, jednocześnie kopiąc nogą w studnię. – Że też dałem ci się znowu nabrać! Jak ty to robisz?! Mogłem się spodziewać, przecież ty masz zawsze jakieś poronione pomysły! – Odwrócił się od nich, złapał rękoma za głowę i pomyślał: Kurwa, a jeszcze przed chwilą rozmawiałem o tym z Polą. Każdy nabiera się na jego gadki. Muszę być bardziej ostrożny i stanowczy. No czub po prostu!

Tym razem cierpliwość Karlita się skończyła, a dalsza rozmowa przerodziła się w głośną kłótnię.

– Nie ma pracy, bo jest słaby sezon i nie potrzebują więcej pracowników!

– To co robimy? – wtrąciła załamana Pola.

– Jedźmy tam, gdzie pracowaliście rok temu!

– Pragnę zauważyć, że nie znasz języka, Alan! A my pracowaliśmy w knajpach!

Ich koncepcja na dobry zarobek nie sprawdziła się. Alan zrozumiał, że plany wakacyjne wzięły w łeb, ale skoro dojechali tak daleko, szkoda było wracać do domu z niczym. Sobie tylko znanym sposobem szybko przeszedł od wściekłości do luzu.

Zapadła niezręczna cisza. Słysząc głośne, niecodzienne w tej okolicy krzyki, jacyś Niemcy powychodzili z domów, jakby chcieli samą swoją obecnością uciszyć niesforne towarzystwo. Nagle ta piękna okolica jak z bajki wydała się czymś beznadziejnym. Swym perfekcyjnym wyglądem aż teraz raziła. Wszystko tu jest idealnie poukładane, nie da się nawet negocjować. Panują tu sztywne reguły, których należy się trzymać, przestrzegając ich.

Kiedy emocje nieco opadły, dowództwo znów przejął Karlito, pewnym głosem oznajmiając:

– Jedźmy do Holandii!

Pomysł Karlita zabrzmiał nie tylko niepoważnie, ale zdawał się wręcz śmieszny. Alan i Pola zaczęli śmiać się z kumpla. Stali gdzieś w Niemczech, w małej wiosce na brukowej drodze, nie za bardzo mówiąc po niemiecku, i mieli zamiar wyruszyć do kraju, w którym żadne z nich nigdy nie było, którego języka nie znali i o którym wiedzieli tylko tyle, że są tam uprawy tulipanów i coffee shopy z legalną marihuaną. Ale Karlito się nie śmiał. Stał i czekał z pełną zadumy miną, aż dotrze do nich, że mówi poważnie.

Z czego oni się, kurwa, śmieją? – myślał. – Przecież to najbardziej logiczny pomysł. Chcieli pracować? Chcieli zwiedzać? Jestem genialny. Ja im to umożliwiam… A może robię to dla siebie, bo tak mi się podoba? Nieważne. Ja chcę jechać! I zaraz ich do tego namówię.

Karlito wciąż stał, przyglądając im się uważnie. Czekał raczej, aż ich głupie śmiechy ustaną i będzie mógł wprowadzić w życie swój zdradziecki plan.

Nagle pomysł zaczął stawać się coraz bardziej realistyczny, ponieważ skoro byli już tak blisko granicy z Holandią, a letnia praca tutaj nie doszła do skutku, to może chociaż skorzystać z wakacji, zwiedzić nowy kraj i poznać te słynne coffee shopy. Od chwili śmiechów do momentu podjęcia decyzji nie minęła dłuższa chwila. Przestali się chichrać, teraz wlepiali w Karlita swoje pytające oczy, które wręcz wołały: „Jak?!!!”. Problem stanowiły transport i nocleg. Przy czym z tym drugim kłopot był mniejszy, ponieważ mieli trochę pieniędzy zabranych jeszcze z Polski i stwierdzili, że noc prześpią w schronisku. Ale pierwszy punkt rzeczywiście stanowił nie lada wyzwanie. Nie mieli pomysłu, jak tanio dotrzeć do Holandii, wyruszając z niemieckiej wioski. Jedyne realne rozwiązanie stanowił autostop.

Pola nie była przekonana co do tej formy przemieszczania się. Wprawdzie podróżowała już w ten sposób z Karlito, ale rok wcześniej zdarzył im się dość niemiły incydent, który zraził ją do jeżdżenia na stopa. Podczas minionych wakacji, gdy zmierzali z miasta do miasta w trzydrzwiowym aucie z szyberdachem, pewien nieznośny Niemiec, chcąc ich nastraszyć, gdy poprosili go, by się zatrzymał, odpowiedział im, że tego nie zrobi, nawet przyśpieszył jazdę, by jednak po paru minutach zatrzymać się i z szyderczym uśmiechem rzucić:

– Co, baliście się?

Od tamtej pory Pola starała się unikać jazdy autostopem, co już od roku jej się udawało.

Tym razem musiała zmierzyć się ze swoimi lękami. No ale cóż, nie miała innego wyjścia, skoro zdecydowała się brnąć w to dalej. Uwielbiała podróżować, poznawać nowe miejsca, ludzi, ich kulturę. Ciekawość i głód wiedzy, nie tej podręcznikowej, tylko empirycznej, doświadczalnej, namacalnej, dodawały jej odwagi.

Teraz najważniejsze było określić położenie i cel. Holandia – ale gdzie? Pech chciał, że geografia Holandii nie była ich mocną stroną. Żadne z nich nie potrafiło nawet wymienić nazwy żadnego miasta w tym kraju z wyjątkiem Amsterdamu. W całej tej podróży nie to jednak było istotne. Większym problemem okazało się: jak złapać stopa, wyjeżdżając do Holandii z niemieckiej wsi? Swoją drogą trójka wariatów z niedorzecznymi pomysłami – to nie mogło być zbyt normalne i bezpieczne. Kto wpada na takie pomysły? Tylko szaleniec!

To czasy, gdy w komórkach nie było GPS-ów, roaming kosztował fortunę, a w plecakach tkwiły tylko mapa Polski i Niemiec. Nie chcieli wydawać pieniędzy, których i tak mieli mało, na kolejną mapę. Trzeba było opracować plan strategiczny. Dobrze, że w ogólniaku geografii uczyła ich ostra nauczycielka, bo za jej sprawą Europę znali dość dokładnie. Karlito kojarzył tereny północnych Niemiec najlepiej. W końcu już czwarty rok z rzędu spędzał tu wakacje, zdążył poznać najbliższą okolicę. Wiedział, że muszą znaleźć się na autostradzie w kierunku południowo-zachodnim. Orientował się w położeniu większych miast, wiedział, gdzie są i że najbliższa większa miejscowość to Paderborn, potem mniej więcej kierunek Dortmund, Essen i Holandia. Chociaż na tyle zdały się te jego wcześniejsze eskapady.

Spoko. Wiem, gdzie jestem. Poprowadzę ich – myślał.

O dziwo bardzo szybko udało im się złapać stopa. Najpierw przemieszczali się po kilka, kilkanaście kilometrów, dość często zmieniając auta, aż w końcu dotarli do trasy prowadzącej w kierunku Holandii. Jeszcze tego samego dnia wieczorem znaleźli się w Eindhoven. Jednym z większych holenderskich miast na południu kraju.

II

EINDHOVEN

Przyjazny kierowca wysadził ich późnym popołudniem na obrzeżach miasta. Szli powoli, poznając nowe, zadziwiające otoczenie. Niby wszystko takie samo, ale jednak inne. Polę od razu zaciekawił fakt, że wszystkie mijane domy miały wielkie okna, w których nie było firanek, zasłon ani niczego, co odgradzało domowników od świata zewnętrznego. Zupełnie odwrotnie niż w rzeczywistości, którą znali z Polski. Trawniki nie miały ogrodzeń, okna zasłon, nikt nie izolował się od drugiego człowieka. Dziewczynie bardzo się to podobało.

Swoją drogą kto zwraca uwagę na takie szczegóły? Poznając nowy kraj, ludzie zazwyczaj zwiedzają zabytki, kobiety biegną do najlepszych sklepów, obserwują modę i urodę innych kobiet, faceci interesują się autami, barami, ale na pewno nikt nie zawraca sobie głowy firankami w oknach. Sam fakt zawracania sobie tym głowy staje się koniec końców irytujący.

Chłopaki nie od razu to zauważyli. Dla nich ważne było co innego. Karlito zadowolony, że wprowadził w życie swój niecny plan, kroczył dumnie, rozkoszując się okolicą. Nigdy wcześniej nie był w Holandii, chociaż wiele podróżował zarówno po Europie Zachodniej, jak i Wschodniej. Był to dla niego kolejny punkt na mapie do zaliczenia.

– Chłopaki, nie wydaje wam się, że dziwnie wyglądają okna bez firanek? Mnie się to podoba, ale wam chyba wydaje się to dziwne, co?

– Już też zwróciłem na to uwagę, ale ja raczej wolałbym podejrzeć, co jest w środku, niż zastanawiać się nad tym – powiedział z uśmiechem na twarzy, wręcz figlarnie, Alan, wykonując jednocześnie gest, jakby chciał zajrzeć do środka i podglądnąć jakąś ładną Holenderkę.

Ten niepozorny fakt braku zasłon będzie miał w konsekwencji wielki wpływ na dalszy ciąg ich wyprawy i postrzegania nowego otoczenia, które z czasem wyda się stopniowo coraz bardziej zaskakujące, aż wreszcie nasi bohaterowie nauczą się w nim normalnie funkcjonować i je akceptować, jak każdą inną znaną już sobie przestrzeń. Zrozumieją, że ludzie są tu bardziej otwarci na otaczającą ich rzeczywistość. Nie tworzą sztucznych barier, nie mają nic do ukrycia. Z drugiej strony polski stereotyp sąsiada siedzącego całymi godzinami w oknie i obserwującego pobliskie otoczenie i innych sąsiadów chyba nie ma tutaj zastosowania. Wcześniejszy ustrój Polski w naturalny sposób zrobił z nas ciekawskich podglądaczy. Nasze naleciałości, jeszcze z lat siedemdziesiątych, w Holandii wydawały się czymś wręcz wstydliwym i tak bardzo nienaturalnym, że aż trudno było sobie wyobrazić, że takie zjawisko mogłoby mieć tu w ogóle miejsce.

Początkowo jednak zwykłe przedmieścia brązowych domków ze spadzistymi dachami i wielkimi oknami wywołały w trójce podróżujących oszołomienie i zdziwienie. Mały ogródek przed domem, wszystko uporządkowane, czyste, takie proste, a jednocześnie niesamowite. Przed domami nie było tak wielu kwiatów, krzewów i ogrodowych krasnali jak w Niemczech. Wszystko uporządkowane, ale nie tak jak w sąsiednim kraju, z którego przed chwilą przybyli stopem. Nie było w tym nic rażącego i nachalnego. Tu rzeczy były wyważone, wręcz minimalistyczne. Pełna równowaga, nie za dużo, nie za mało. Wszystko miało swoje miejsce, nic nie było przypadkowe. Chłopcy i Pola czuli się więc, jakby znaleźli się w innej rzeczywistości. A Karlito i jego dziewczyna zrozumieli, że wyprawy do Niemiec były ciekawe, ale holenderska przestrzeń to coś zupełnie nowego. Te realia w niczym nie przypominały ich kraju. Pragnęli zatopić się w nowych odczuciach. Poznać dogłębnie to, co nowe. Niejako przebudzili się z rutyny i wtargnęli z mocą do nowego świata. Jeszcze nie wiedzieli, czy jest on lepszy, czy gorszy. Był inny. I tego chcieli doświadczyć. Zobaczyć, jak można żyć inaczej. Zbliżyć się do ludzi, poznać ich zwyczaje, zachowania, rytm dnia i rutyny. Skoro dziwił ich brak zasłon w oknach, to czego mogli się spodziewać, penetrując przenikliwie tę kulturę?

– Hello! – długo przeciągając to słowo, z nutką sarkazmu, Pola pozwoliła sobie jednak na razie sprowadzić towarzyszy na ziemię. – Po dotarciu tu obiecaliście mi, że znajdziemy nocleg w jakimś hostelu.

– Dajże spokój, Pola! Znajdziemy później. Mamy czas.

No tak, wyluzowany jak zawsze Alan potrafił szybko zmieniać czyjeś plany.

– Sama powiedziałaś, że dziwisz się, że nie ma zasłon w oknach…

– Firanek!

– Jak zwał, tak zwał. Nie chciałabyś zobaczyć, co jeszcze jest tu innego? No dawaj! Poobserwujesz sobie, tak jak lubisz! – Mówiąc to z lekką drwiną w głosie, ale raczej przyjacielskim tonem, Alan objął ją ramieniem i lekko pchnął do przodu.

Wzrok Poli, w którym można było dostrzec poirytowanie, zatrzymał się na błagalnych oczach Alana. W głębi ducha i ona cieszyła się tą perspektywą. Ciekawość nowego świata nie dawała jej spokoju, bo ona również pragnęła zapomnieć się na chwilę.

Dotarli do centrum miasta. Usiedli na jakimś placu przy dziwnej budowli i po prostu patrzyli. W ciszy, obserwując wszystko dookoła, spędzili około godziny. Puste okna były jak uderzenie obuchem w głowę, jak zimny prysznic, więc teraz nic już ich nie dziwiło. Byli tylko żądni wiedzy i poznania. Szczególnie zainteresowały ich wszędobylskie rowery, które były jak rekwizyty wpisane w architekturę miasta. I ci ludzie na nich. Uśmiechnięci, szczęśliwi, kolorowi. Zupełnie inaczej niż to, co znali. Teraz trójce młodych ludzi do szczęścia nic innego nie było już potrzebne. Zapomnieli, że nie mają noclegu, że nic dotąd sobie nie zorganizowali. Upajali się nową kulturą, a czas stanął w miejscu.

– Kurde, jednak Karlito miał rację, że nas tu zaciągnął. To niesamowity kraj, a ja zawsze chciałam zwiedzać. – Pola zamyśliła się.

– No fajnie, fajnie, kochani. Ludzie wyluzowani, uśmiechnięci, już mi się podoba, ale może by tak odnaleźć te słynne coffee shopy? – mówił Alan, chcąc pobudzić do działania głównie samego siebie.

Chcieli się poczuć jak Holendrzy. Posmakować ich życia, na chwilę zapomnieć, jak to jest być Polakiem z kulturowym bagażem wspomnień i naleciałości. Pragnęli być jak pusta kartka, tabula rasa czekająca na zapisanie. Wszystko od nowa. Nauczmy się nowych kultur, poznajmy smak innego życia. Otwarci na nowe doznania, chcieli chłonąć otaczającą rzeczywistość, upajać się nią, wciąż żądać więcej i więcej. Chociaż przez chwilę zrozumieć, czym tak bardzo od ich świata różnią się ludzie i kraj, który zastali.

Oczywiście najlepszą tego próbą, choć nie najmądrzejszą, zważywszy na to, że nie mieli zaplanowanego noclegu, było pójście do coffee shopu. W wyimaginowanym wyobrażeniu o Holandii myśleli, że miejsca takich uciech są na każdym rogu ulicy. To nieprawda. Wbrew pozorom wcale nie ma ich tak dużo. Nie stłamsiło to jednak ich chęci zapalenia marihuany. Jak na nich przystało, jeśli czegoś naprawdę bardzo pragnęli, potrafili zorganizować to w mgnieniu oka, więc dość szybko znaleźli bar.

– O co chodzi? To miał być bar z marihuaną, a nie cukiernia na rogu ulicy.

– Ech, Pola, kochanie, to jest właśnie to, czego szukamy. Marihuana to nie tylko skręty. – Karlito tłumaczył jej to, opierając się ramieniem o jej ramię, troskliwym głosem, takim, jakim mówi się do dziecka, jednocześnie głaszcząc ją po głowie.

Różnorodność produktów, jakie im oferowano, zdziwiłaby nawet najbardziej wymagającego konsumenta. Od lizaków przez ciasta, ciasteczka, aż do zwykłych skrętów. Ten ogrom nieco ich przeraził, więc postanowili pozostać przy klasycznym paleniu. Przy czym niedoświadczona w tej kwestii Pola wybór jakości i ilości postanowiła pozostawić chłopakom.

– Ty, który bierzemy?

– Nie mam pojęcia. Wprawdzie paliłem, ale nie znam się na rodzajach i gatunkach. Może zapytajmy barmana.

Jego odpowiedź była tak szeroka i zachęcająca, że jeszcze bardziej zamąciła im w głowach. Teraz chcieli spróbować każdego rodzaju.

– Kurde, już sam nie wiem, wszystko wygląda tak zachęcająco. Może po polsku: na razie najtańszy i najmniejszy!

Coffee shop wyglądał bardzo przyjaźnie. Nieco ciemne wnętrze rozświetlały małe lampki nocne i zwisające z sufitu żyrandole z przytłumionym światłem. Kolorowe ściany zdobiły wielkie, barwne wzory. Wnętrze nie było duże. Mieściło się w nim zaledwie kilka stolików, wygodnych puf i sof. Punktem centralnym był wielki bar, na którym prezentowały się zadziwiające produkty. Za plecami barmana – jakby zakazana, a jednak tu naturalna – prezentowała się wielka tablica z kolorowym menu. W tle pobrzmiewała spokojna, chilloutowa muzyka. Dookoła rozluźnione i uśmiechnięte twarze gości.

Rozsiedli się wygodnie na kanapach. Wciąż nie mogąc uwierzyć, że to legalne, zapalili marychę jak fajkę pokoju, przekazując ją sobie nawzajem. Po drugiej kolejce stwierdzili, że już starczy. Zgasili i w milczeniu wsłuchiwali się w kojącą muzykę, coraz bardziej zapadając w błogi stan, obserwując przy tym i słuchając rozmów ludzi, którzy siedzieli obok.

– Zobacz, Karlito, gdybyś mógł tak po pracy przyjść i na spokojnie zapalić jointa, czyż nie byłoby to piękne?

– Powiem ci lepiej: mógłbym przyjść, zapalić jointa, wyluzować się, a przy tym moja żona byłaby szczęśliwa.

W tej sekundzie spojrzał zachęcająco na Polę i puścił do niej oczko. Wpadła w osłupienie, ponieważ Karlito nigdy nie przejawiał takich skłonności. Małżeństwo stanowiło dla niego koniec wolności, więc daleki był zawsze od przedstawiania takich pomysłów. Uznała to więc teraz raczej za efekt działania marihuany niż za poważne deklaracje. Przenikliwym wzrokiem spojrzała na niego, przekręcając głowę nieco w bok, uśmiechnęła się i powróciła do wsłuchiwania się w rozmowy innych.

Czuli się cudownie. Wyluzowani, a zarazem bardzo pewni siebie.

– Kochani moi, masakra, że dałem wam się nabrać na te wasze opowieści o kupie forsy za granicą, ale trzeba przyznać, że muszę podziękować, bo jest zajebiście. Nie mogę się doczekać, jak znajdę tu pracę, a wieczorem będę wpadał do baru na jointa.

Unosząc ręce w górę na znak samouwielbienia, jak to miał w swojej naturze, Karlito z szerokim uśmiechem na twarzy odparł:

– Cała przyjemność po naszej stronie!

Dla przeciętnego klienta coffee shopu skręt, który kupili, był niczym jedno piwo w knajpie. Stali bywalcy, przyzwyczajeni do takiej zabawy, w ciągu wieczora potrafili spalić nawet kilka skrętów albo zjeść co nieco magicznych ciasteczek. Dla naszej trójki ten najmniejszy i najtańszy był aż za duży i zbyt szalony. Upalili się nim niemiłosiernie, pozwoliło im to jednak nabrać nowych sił i chęci na dalszą podróż. Zapragnęli więcej i więcej – wciąż poznawać. Byli szczęśliwi. Nie dzięki marihuanie, ale dzięki doświadczeniu. Cieszyli się, że mogą tu być. Chcieli tu przebywać i chcieli tu pracować. Obserwowali ludzi w barze. Kulturalnych, wesołych, spokojnych. To nie pijane mordy, narąbane po ciężkim dniu w pracy. Nikt nie był tu beznadziejnie pijany. Jakby każdy znał umiar. Jakby ktoś powiedział: wszystko jest dla ludzi, chcesz – pal, nikt ci tego nie zabierze, nie musisz upalić się na zapas. Będziesz chciał, przyjdziesz tu jutro, tylko bądź odpowiedzialny. To twój wybór i twoje życie.

Nie zdawali sobie sprawy, ile czasu tak przesiedzieli, obserwując innych. Czas zatrzymał się w miejscu.

– Chłopaki, zajebiście się tak siedzi, ale jest już około jedenastej, a wy obiecaliście mi, że dziś będziemy spać w hostelu.

– No tak, jak zawsze, Pola, marudzisz – zarzucił Poli przeciągającym się głosem wyrwany ze świata swoich przemyśleń Alan.

– Nie marudzę, ale obiecaliście! Jeszcze mi za to podziękujecie. Sami pewnie chcielibyście się wykąpać i położyć w miękkim łóżeczku.

– Karlito! Jak ty ją sobie wychowałeś?! A jeszcze niedawno mówiłeś, że jakbyś tu przyszedł po pracy na jointa, to twoja „żona” byłaby z tego zadowolona. Chyba raczej zadowolona, że może cię stąd wyciągnąć!!! – To ostatnie zdanie Alan wręcz wykrzyczał, po czym skoczył na równe nogi i już był przy wyjściu.

No cóż, obietnic trzeba dotrzymywać, więc postanowili poszukać noclegu. W końcu w Polsce w hostelach i innych miejscach noclegowych ktoś czuwa przez całą noc. Zawsze są otwarte. Jak dworce PKP. Nie wiedzieli, że w Holandii jest jednak inaczej. Noc jest po to, żeby spać i nie zakłócać porządku. I może i hotele czy droższe hostele są otwarte całą noc – co do tego nie mogli mieć pewności – ale jednak te najtańsze od godziny były już zamknięte.

Pola, wściekła, poirytowana, prawie ze łzami w oczach zaczęła krzyczeć:

– Kurwa! Z wami tak zawsze! Co z was za faceci! Obiecaliście mi!

Karlito złapał ją mocno za ramiona:

– Przestań już! Nic ci to nie da! Sorry! Skąd mieliśmy wiedzieć, że tak jest? Lepiej zastanówmy się, co dalej!

Zrezygnowani usiedli na jakiejś ławce, zupełnie nie wiedząc, co robić. Na ulicach nie było nikogo. Wszędzie cisza i spokój. Miasto spało. Chcieli zapytać kogoś o pomoc, może był jakiś wyjątkowy hostel, który by ich przyjął, ale dookoła nie było żywej duszy. Nie było nawet bezpańskich zwierząt. Nikt się nie szlajał, w oknach głucho i ciemno, bo komu chciałoby się wychodzić z domu o tej porze w środku tygodnia. I nagle usłyszeli ciche kroki dobiegające gdzieś z oddali. Ten dźwięk nie zbliżał się w ich kierunku, ale wiedzieli, że muszą dogonić tę osobę i zapytać o pomoc. Ulicami miasta szybkim tempem szedł czarnoskóry chłopak. Jedyna ich nadzieja na ciepły nocleg w wygodnym łóżku. Zapytali o otwarty o tej porze hostel.

Chłopak parsknął głośnym śmiechem.

– Nigdzie nie znajdziecie już nic otwartego. W parku też nie możecie spać, to zabronione. Ja na waszym miejscu poszedłbym na policję, przenocują was. Jest tam. – Po czym wskazał palcem pobliski budynek.

Teraz to cała trójka głośno się roześmiała. Uprzejmie się pożegnali i wrócili na swoją ławkę.

– No tak, jak to czarny: zobaczył trójkę głupich białych i chciał się z nich ponabijać. „Idźcie na policję”. A może od razu najarani pójdziemy tam i powiemy, żeby nas zamknęli za włóczęgostwo – irytował się Alan.

I zapadła ta niezręczna cisza, w czasie której każdy wizualizował sobie to zdarzenie w głowie, ale nikt nie był na tyle pewny i odważny, by o tym porozmawiać. Siedzieli tak jednak na tyle długo, że ich pewność stopniała, a coś, co przed chwilą wydawało im się największą głupotą, nabrało teraz sensu.

Karlito z nutką zachęty rzucił:

– A może spróbujemy?

Patrzyli teraz po sobie jedno na drugie, czy jest to całkowicie głupie, czy może są tak zdesperowani brakiem noclegu, że lepiej spróbować. W końcu stwierdzili, że może nie jest to wygodny hostel, ale na pewno bezpieczne miejsce i nikt nie zamknie ich za włóczenie się i spanie w parku, więc po prostu ruszyli w stronę posterunku, który znajdował się nieopodal.

Przed schodami do budynku na chwilę przystanęli. Pola miała pewne obawy. Zakorzeniona kultura, tradycja i zachowania, do których przyzwyczajenie potęgował nietrzeźwy jeszcze mózg, nie pozwalały jej na dopuszczenie do świadomości myśli, że po zapaleniu jointa mogłaby pójść na policję i poprosić tam o nocleg. Pokonanie tych kilku schodków i strach, jaki temu towarzyszył, były jak przejście na inny poziom myślenia. Bariera w ich umysłach miała zostać przełamana dla dobra dalszej wyprawy. Nie mogli od tej pory myśleć według znanych im reguł i kanonów zachowań. Musieli pozostawić wszystkie znane sobie struktury reagowania i zacząć myśleć w nowych kategoriach.

Weszli do środka. Tuż przed wejściem Pola powiedziała chłopakom, że jest tak wystraszona, że nie jest w stanie rozmawiać w obcym języku. Otworzyli szklane drzwi i ujrzeli coś na kształt hotelowej recepcji. Już sam ten widok, ciepłe kolory ścian, kwiaty, fotele i sofa nieco ich rozluźniły i dodały im pewności.

– Witamy! Właśnie przyjechaliśmy do Holandii i nie możemy znaleźć żadnego otwartego hostelu, co mamy zrobić?

Policjant w „recepcji” niezwykle przyjaznym i spokojnym głosem powiedział:

– Bardzo mi przykro, wszystko jest już zamknięte. Jedyne, co mogę wam zaproponować, to nasza sofa i kanapa w holu, a do tego ciepła herbata i ciastka.

Brzmiało to z jednej strony jak prośba o przebaczenie, że ten cudowny kraj nie przyjmuje gości po dwudziestej trzeciej, a z drugiej strony jak zupełnie naturalna propozycja, coś, o co wystarczyło tylko zapytać. Byli tak skonsternowani reakcją mężczyzny, że kolejne zdanie wypowiedziane przez policjanta musieli sobie przypominać i raz jeszcze tłumaczyć po chwili, pomimo że już przyjęli propozycję. Posterunkowy uprzedził ich, że muszą opuścić komisariat tuż przed szóstą rano, ponieważ wtedy zmienia się obsada i zaczyna nowy dzień pracy. Byli niewyobrażalnie szczęśliwi i zaskoczeni, Pola dostała nawet koc. Gdy tylko skończyli herbatę, przyłożyli głowy do poduszek i odpłynęli do krainy snów.

Skoro świt obudziło ich lekkie szturchanie i ten sam miły głos, który teraz pytał, czy mogliby już łaskawie wstać, ponieważ zaraz przyjdzie nowa zmiana, a wówczas mają wiele pracy i nie chcieliby im przeszkadzać. Szybko wstali, złożyli koc, kubki po herbacie i jakby w przepraszającym geście dziękowali, udając się do drzwi. Holenderski policjant raz jeszcze zapewnił ich, że to żaden problem i poleca się na przyszłość. To już przeszło ich najśmielsze oczekiwania i można by powiedzieć, iż właśnie doznali szoku.

Wrócili na ławkę, na której siedzieli w nocy. Znów widok tak wielu ludzi jeżdżących rowerami do pracy, po zakupy, do szkoły, wszędzie – wprawił ich w osłupienie. Już przecież nie powinno ich to zdumiewać. Już to widzieli, już o tym dyskutowali, a jednak… A jednak siedzieli z szeroko otwartymi gębami.

– Musimy coś wymyślić – nalegała Pola. Jej poukładana natura nie przyjmowała jeszcze do wiadomości, że przez najbliższy czas nic nie było i nie będzie normalne. Normalne dla niej, dla zwykłych ludzi. Że nie będzie to ich uporządkowany świat, gdzie wszystko ma swoje miejsce i odpowiedni rytm; a jeśli coś odbiega od owej normy, jest po prostu wypaczeniem, błędem, pomyłką, złem wcielonym.

Karlito nie miał takich zmartwień, on już wiedział, co przyniesie najbliższy czas. Już wszedł w tę podróż całym sobą. To miała być wielka przygoda. Poszukiwanie pracy stawało się tylko zasłoną dymną dla wyższych celów, dla zorganizowanej Poli, żeby pozwoliła im jechać dalej. Żeby nie narzekała i nie chciała wracać do domu. Przecież nie mógł jej puścić samej, musiałby ją odwieźć na Mazury, skąd pochodzili. Teraz byli już jakieś tysiąc trzysta kilometrów od domu. Dla niego przygoda dopiero się zaczynała, a Pola była jedyną przeszkodą, która mogłaby wszystko zepsuć. Musiał karmić ją złudzeniem, które pozwalało jej wierzyć, że istnieje sens tej wyprawy, że tak naprawdę szukają pracy i zaraz będą mieli ciepłą posadkę i nocleg. Karlito mógłby tak siedzieć na ławce i przyglądać się nowemu światu. Wiedział jednak, że musi coś wymyślić, żeby Pola nie zaczęła marudzić o powrocie do domu. Z drugiej strony kochał Polę, byli ze sobą już kilka lat, więc chciał przeżyć tę przygodę wspólnie z nią. Chciał, żeby i ona poznała to, co go zachwyca, co go podnieca, co jest dla niego ważne. Żeby w ten sposób bardziej zrozumiała jego pokręconą naturę, a on mógł stwierdzić, na ile jest ona wytrzymała i na ile potrafi poświęcić swoje wartości i dotychczasowe, głęboko zakorzenione wzorce i przyzwyczajenia.

– Karlito, dawno się nie myliśmy, a mi zaczął się okres.

I to był plan! Rozwiązanie samo spadło mu z nieba. Wiedział, że musi zapewnić jej prysznic i dach nad głową, ale w taki sposób, żeby myślała, że to ona opóźnia poszukiwania pracy, że specjalnie dla niej muszą wydać pieniądze na nocleg. Wiedział, że da mu to dodatkowy wolny czas, by dalej zagłębiać się w holenderską rzeczywistość.

– Okay. Więc musimy poszukać kempingu. Nie możesz się nie myć, kiedy masz miesiączkę. Trudno, poświęcimy trochę pieniędzy.

Alan jakby przewidział chytry plan Karlita, który zresztą bardzo mu w tej chwili odpowiadał, więc szybko podłapał dalszą kwestię:

– No oczywiście, Pola. Teraz twoja higiena jest najważniejsza, nie możesz tak szukać pracy. Trudno. Poświęcimy się.

Szybko okazało się, że na obrzeżach miasta jest takie miejsce. Było wcześnie, więc nie spieszyli się. Pogoda była piękna, tylko nieco gorąco, dlatego leniwie wlekli się noga za nogą, choć do przejścia mieli dość spory odcinek. Idąc, nie mogli uwierzyć, że ścieżki rowerowe mogą być w każdym miejscu i ciągnąć się za miasto. W Polsce w tym czasie były one rzadkością i można je było zobaczyć jedynie w dużych miastach, a za miasto jeździło się po prostu po szosie. Wszystko ich tu zachwycało. Uporządkowane miasto, inna architektura, język…

Zachwyty Poli sięgnęły jednak zenitu, gdy przechodzili obok jakiejś willi, tym razem ogrodzonej, a za jej płotem przed domem rozciągał się dość duży trawnik. Chłopaki prawie by go nie zauważyli, przeszli obok, gdy ich zawróciła.

– Zobaczcie, jaki piękny trawnik!

Obaj wrócili, stanęli przed płotem i… I nic. Alan, wzruszając ramionami, parsknął i powiedział:

– Okay, ładny i tyle. Chodźmy dalej, chcę już być na miejscu, jestem zmęczony.

Trawnik może nie zachwycił płci męskiej, ale to pewnie dlatego, że kobiety i mężczyźni mają w życiu różne priorytety i poczucie piękna, Pola bowiem stała jak wryta. Nie mogła uwierzyć, że trawnik może być tak idealnie zielony i przystrzyżony i znajdować się przed willą w mieście. Każde źdźbło było misternie, wręcz po mistrzowsku ułożone i przycięte. Była oszołomiona.

Po kilku kilometrach dotarli na miejsce. Spodziewali się znaleźć kawałek pola z dostępem do łazienek i wspólnej kuchni. I tu znowu spotkała ich niespodzianka. Kempingi w Holandii to całe kompleksy z doskonałym zapleczem. Ten konkretny wyglądał jak najwyższej klasy ośrodek. Oddzielna recepcja, piękne nowe łazienki, bary, sklepy, basen, korty i wiele innych atrakcji. A wszystko za jedyne kilka euro. Było tam wszystko, czego można zapragnąć na wymarzonym rodzinnym urlopie. No, może jeszcze przydałoby się zoo dla dzieci.

Ha! Zaskoczę was – drodzy Czytelnicy – zoo też tam było!

Po rozbiciu namiotu we wskazanym przez administratora miejscu poczuli, że w końcu mogą odpocząć. Że zasługują na to po tak wyczerpujących dniach i dzisiejszej wędrówce. Karlito i Alan rozłożyli się na śpiworach przed namiotem i delektowali chwilą w tak cudownym miejscu. Poli jednak zależało przede wszystkim na kąpieli. Od razu czmychnęła do łazienki. Ta kąpiel była jak zbawienie, jak wyjątkowy prezent, tak bardzo dla niej cenny. Kąpała się długo, kilka razy dokładnie myjąc całe ciało. Chciała niezwykle starannie zetrzeć z siebie wstrętny odór.

Po długich wędrówkach w słońcu jej ciało nie pachniało zbyt przyjemnie. Tymczasem zapach w życiu Poli był czymś niezmiernie ważnym. Wąchała wszystko – książki, zwierzęta, jedzenie przed spróbowaniem. Wszystko na świecie ma swój zapach, który nadaje sens rzeczom i ludziom. To jak druga nazwa, określająca, jakie coś jest. A już najbardziej nie znosiła fetoru ciała. Teraz sama cuchnęła, więc jak najszybciej chciała to zmienić. Przyodziać nową skórę i znów poczuć się czystą.

Myła się chyba przez godzinę, z dwanaście razy szorując dokładnie całe ciało od góry do dołu. To była jakaś masakra. Kiedy wreszcie udało jej się zaspokoić swoje zbyt wrażliwe powonienie i zakończyć te boskie czynności, które de facto wykonywała zwykłym toaletowym mydłem, udała się pospiesznie w stronę namiotu, przed którym nadal wylegiwali się jej towarzysze. Teraz jeszcze bardziej przeszkadzał jej ich zapach – śmierdzący, mdły – który unosił się w powietrzu. Był jak niepasujący element w tym doskonałym otoczeniu. Nie wypadało jej zwrócić uwagi Alanowi, lekko tylko coś napomknęła pod nosem, ale Karlito był przecież jej wymarzonym facetem – który teraz miał skazę. Ponaglała go więc do kąpieli, ale dla niego ważniejszy w tej chwili był odpoczynek.

On na wszystko zawsze miał czas. Miał trudny charakter. Im bardziej ktoś go prosił lub mu zakazywał, nalegał, a nie było to po jego myśli, tym bardziej on się buntował i działał odwrotnie. Wszelkie prośby i starania w takich momentach odnosiły skutek raczej odwrotny do zamierzonego. Tym razem było tak samo. W końcu podniesionym głosem warknął:

– Pola! Skończ już! Nie będziesz mi mówiła, co mam robić! Alan, chodź zwiedzić kemping.

Podnieśli się w końcu ze śpiworów i odeszli w stronę basenu. Pola, po wielu latach związku, nauczona tego typu zachowania, odpuściła sobie. Była teraz wściekła na siebie, że znowu zareagowała jak względem przeciętnego człowieka, że znowu niepotrzebnie czegoś od niego chciała, a wiedziała przecież, że to nie najlepsza metoda, ponieważ w stosunku do Karlita trzeba działać niestandardowo. Już taki jest, takiego go pokochała.

Złożyła pozostawione przed namiotem rozwalone śpiwory i weszła do środka. Nie potrafiąc wymyślić, co powinna teraz robić, postanowiła uciąć sobie popołudniową drzemkę. Nie mogła jednak zasnąć. Nie wiedziała, czy była zbyt zmęczona, czy może złość na Karlita nie pozwalała jej się wyciszyć. Leżała z otwartymi oczami, z dłońmi splecionymi pod głową, wgapiona w sufit namiotu.

Czy on się kiedykolwiek zmieni? – rozmyślała. – Czy potrafi nie robić na złość i nie ranić przy tym najbliższych? A może to ja źle działam, bo ograniczam jego przestrzeń życiową?

Zmęczona kolejnymi dylematami, powoli oddawała się w objęcia Morfeusza. Już prawie zasypiała, gdy do namiotu wszedł Alan. Wziął ręcznik i luzackim tonem oznajmił, że idzie wziąć prysznic. Chwilę potem wszedł Karlito, który bez słowa położył się obok, zawinął w swój śpiwór i po krótkiej chwili zasnął. To rozwścieczyło ją jeszcze bardziej. Leżał teraz brudny, śmierdzący obok niej.

Kurwa! Jak on tak może? – W jej głowie kłębiły się myśli. – W ogóle nie liczy się z innymi, a już tym bardziej ze mną! Boże, jak on śmierdzi!!!

Miał szczególny dar do spania. Długimi godzinami mógł spać wszędzie i w każdej pozycji. Dla niego dzień bez kilkugodzinnej drzemki był dniem straconym. Aż dziwne, że przez ostatnie dni poradził sobie bez tego. Chyba emocje podróży wyzwalały w nim ukryte gdzieś głęboko dodatkowe pokłady adrenaliny, która pozwalała mu funkcjonować normalnie. Teraz przed snem zdążył jeszcze tylko pomyśleć:

Ona jest chyba nienormalna, jeżeli myśli, że teraz pójdę się wykąpać. Na pewno wścieka się w swojej głowie. I dobrze. Niech się w końcu nauczy. Miała swoje pięć minut, gdy wyciągała nas z coffee shopu. Starczy! Na pewno jej nie ulegnę. Swoją drogą trochę śmierdzę, ale chuj tam.

Teraz totalnie rozbudzona Pola, czerwona ze złości, znaczącym gestem z furią odsunęła śpiwór i niby przypadkowo zaczepiając nogą o śpiącego Karlita, wyszła z namiotu. Ten przebudził się na chwilę, ale oczywiście udał, że wcale tego nie poczuł. Zachrapał tylko złośliwie na pożegnanie.

Usiadła na trawie. Widok bawiących się dzieci i roześmianych twarzy Holendrów nieco ją uspokoił.

Po chwili wrócił Alan. Uśmiechnięty, zadowolony, wesoło pogwizdywał. Miał niski głos i genialnie manipulował intonacją. Chciał kiedyś w przyszłości podkładać głosy w bajkach. Idealnie by się do tego nadawał.

– Pola, jeszcze się na niego wkurzasz?

Nie podnosząc na niego oczu, odpowiedziała cichym, pełnym rezygnacji głosem:

– Wiesz, jaki on jest…

– Dobra, dość tych żali, trzeba coś zjeść.

Dopiero teraz dotarło do niej, że dziś jeszcze nic nie jadła i nagle poczuła skręcający ból brzucha, który jak na komendę przypomniał o swoim istnieniu. Alan wyciągnął z plecaka dla każdego konserwę turystyczną. Smakowała bosko. Gdzieś w połowie puszki zagadnął swobodnie:

– To gdzie się udamy? Możemy pojechać dokądkolwiek chcemy.

– Nie mam pojęcia. Nie znam Holandii. Najlepiej byłoby się udać na plantację tulipanów, ale nie mam pojęcia, gdzie się znajdują.

– Jest sierpień, nie wiem, czy to sezon, a nawet jeśli, to pewnie mają już pełne składy ekip.

– Wiesz, rok temu pracowałam w Niemczech w greckiej knajpie. Nie znam greckiego, a to była firma rodzinna. Oprócz ojca nikt nie mówił po niemiecku. Nie mogłam pracować za barem, ponieważ nie dogadałabym się z nikim z obsługi, ale zatrudnili mnie w kuchni jako pomoc, głównie na zmywaku. Może to jest rozwiązanie dla ciebie. Moglibyśmy pracować razem, ty na zmywaku, a my za barem. Jest to jakaś koncepcja. Poszukajmy pracy w knajpach, zawsze można pracować na zapleczu.

– To niegłupie. A dokąd pojedziemy?

– Zobaczymy, co nam się trafi. Pojedziemy w kierunku, który wyznaczy nam pierwsze auto zatrzymane na stopa.

– Okay. Mamy to!

Przez sekundę ich spojrzenia spotkały się w nieznany im dotąd sposób. W milczeniu dokończyli resztki swych konserw, delektując się blaskiem słońca i roześmianymi twarzami bawiących się dzieci.

Z nastaniem wieczoru wstał głodny Karlito. Pola z niechęcią podała mu puszkę konserwy. Usiadł obok nich i zaczął jeść. Alan, jak zawsze zadowolony, szczególnie że cała podróż zaczynała mu się coraz bardziej podobać, a pracę można znaleźć za chwilę, zagadnął:

– Mamy plan. Poszukamy pracy w barach.

Z zaangażowaniem opowiedział Karlitowi o wspólnych zamiarach. Widocznie i jemu musiały się one spodobać, ponieważ w końcu zdecydował się na kąpiel, rzucając mimochodem ironicznie:

– No to idę się umyć, w końcu nie wsiądę do czyjegoś samochodu śmierdzący.

– Nareszcie! – z totalną ironią w głosie skwitowała Pola.

Karlito nie pozostał dłużny, ponieważ to do niego zawsze należało ostatnie słowo. I dla dobra wszystkich nie powinno się tego zmieniać, na pewno bowiem wymiana zdań przerodziłaby się wtedy w istną awanturę.

– Nie musiałaś komentować. I wcale nie dla ciebie idę się myć. Po prostu to lubię!!!

Posiedzieli jeszcze chwilę przed namiotem, debatując nad tym, jak się wydawało, doskonałym planem. Byli podekscytowani i szczęśliwi. Pola nieco się uspokoiła, ponieważ w Niemczech zawsze szybko udawało jej się zdobyć pracę za barem. Wierzyła, że tu pójdzie jej równie łatwo.

Droga

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-081-0

© Ula Machnacz i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Paweł Pomianek

KOREKTA: Kinga Dolczewska

OKŁADKA: Izabela Surdykowska-Jurek

ILUSTRACJE: Krzysztof Kowalski

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: Inkpad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Droga 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Chłopiec z Burzy Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never