Cukiernia Pod Amorem. Zajezierscy

Cukiernia Pod Amorem. Zajezierscy

Autorzy: Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 24.56 zł

Zajezierscy to pierwsza część sagi o Gutowie.

Losy kilku pokoleń kobiet w malowniczej scenerii dziewiętnastowiecznych dworków oraz współczesnej prowincji. Wiernie oddany koloryt epoki, realia życia codziennego, przełomowe wydarzenia historyczne, przeszłość przeplatająca się z teraźniejszością tworzą niepowtarzalną opowieść o silnych kobietach, ich marzeniach i namiętnościach.

Podczas wykopalisk na rynku w Gutowie archeolodzy dokonują niezwykłego odkrycia. Wzbudza ono zainteresowanie córki właściciela cukierni Pod Amorem. Czy Iga rozwikła dawną rodzinną tajemnicę? Czy przepowiednia sprzed wieków naprawdę się spełniła?

W poszukiwaniu odpowiedzi prześledzimy fascynującą historię rozkwitu i upadku jednego z najświetniejszych mazowieckich rodów.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk

– jedna z najbardziej rozpoznawanych polskich autorek, z wykształcenia historyk teatru, scenarzystka kultowego serialu Tata, a Marcin powiedział…, autorka kilkunastu poczytnych powieści dla dorosłych i kilku dla młodzieży. Cukiernią Pod Amorem, przedstawiającą losy Polski i Polaków na przestrzeni ponad stu lat, podbiła serca czytelników i rankingi sprzedaży.

Copyright © Małgorzata Gutowska-Adamczyk, 2010, 2018

Projekt okładki

Prószyński Media

Zdjęcie na okładce

© Getty Images; Andreas Gradin/Shutterstock.com;

ChameleonsEye/Shutterstock.com

Korekta

Zofia Firek

ISBN 978-83-8169-516-9

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Pamięci mojej ciotki, Haliny

z Gutowskich Kolasińskiej

2009

Letnie spacery z rodzicami za rękę słoneczną stroną ulicy Płockiej, prosto do cukierni Pod Amorem! Stoliki kawiarni Ustronie pod kolorowymi parasolami! I tu, i tam jedyny poważny problem: jaki smak lodów dziś wybrać?

Zapach nabrzmiałych latem jabłek i gruszek.

Końskie kupy na targu.

Pranie gotujące się w kotle razem ze startym szarym mydłem.

Opary benzyny nad wlewem paliwa naszej syreny 103.

Gwiazdki pierwszego śniegu łapane na język.

Ciepło kołdry rozgrzanej na piecu kaflowym.

Portrety przywódców narodu nad szkolną tablicą pokrytą czarnym linoleum.

Pierwszomajowy pochód.

Zamglony wzrok zarżniętej świni.

Pasterka w dusznej od świec farze.

Pierwsze randki i wagary w chaszczach nad jeziorem Nyć.

Papierosy, wino, seks. Radość i grzech.

„Pomożecie?”.

„Solidarność żyje!”.

Smak miasta, które było całym światem.

Moje miasto rodzinne. Tak małe, że zmieściłoby się na dłoni.

Miasto, z którego dusznej atmosfery uciekłam, wydawało się – na zawsze.

Lecz drugi brzeg oceanu nie był aż tak wspaniały, jak początkowo sądziłam. Wróciłam, choć nie tam, skąd wyjechałam.

Mieszkam w dużym, zbyt dużym mieście.

I wciąż odkładam powrót.

Bywa, że z tęsknoty za latami niewinności rzucam wszystko, siadam za kierownicą i wymykam się na kilka dni do Gutowa. Zawsze, choć to nie po drodze, jadę najpierw do Zajezierzyc. Staję przed kaplicą, gdzie obok nagrobków Konstantego i Jadwigi, Henryka i Barbary oraz Frani znajdują się też te, pod którymi spoczywają Ada i Tomasz.

Ławki w kościele, już bez mosiężnych tabliczek z nazwiskami, są wciąż te same. Patrzę na miejsca, gdzie siadywali. Chciałabym ich zobaczyć, jak pod rękę wchodzą do świątyni: ona składa w drzwiach parasolkę, zdejmuje rękawiczki, on z galanterią podaje jej na palcach wodę święconą. Tyle razy wyobrażałam sobie tę scenę!

Potem jadę na cmentarz w Gutowie. Zapalam znicz na skromnym grobie przykrytym czarną płytą, w którym leży Celina Hryć ze swoimi rodzicami: Pawłem i Zytą. W końcu parkuję na rynku i dziwię się, że za ladą cukierni Pod Amorem nie stoi ta znana mi z dzieciństwa postawna pani, której zdjęcie wisi obok kasy. W zależności od pory roku kupuję jagodziankę, pączka lub rożek francuski i już w progu z niecierpliwością zatapiam zęby w ciastku mającym siłę przywoływania wspomnień.

Przyglądam się przechodniom i odnajdując zapomniany smak przeszłości, myślę, że warto by tę historię kiedyś spisać.

1995

Wśród skłębionych czarnych chmur, oświetlając uśpione miasto zimnym, srebrzystym fleszem, przemknęła niecierpliwa błyskawica pierwszej letniej burzy. Gdy znów zapadła ciemność, rozległ się trzask, jakby ktoś rozdzierał drewnianą szczapę, a potem głuche dudnienie gdzieś wysoko i daleko. Wreszcie, z cichym mlaskaniem, po dachach zaczął spływać deszcz. Dochodziła piąta rano.

Celina Hryć, jak zwykle o tej porze, otworzyła oczy i spojrzała na zegar, aby przekonać się, że znów jest szybsza od budzika. Bawiła się w to bez mała od trzydziestu lat. Usłyszawszy kolejny grzmot, skrzywiła się nieznacznie.

„Niedobrze! – przemknęło jej przez myśl. – Nie będzie ruchu w cukierni”.

Zamierzała zaraz wstać. Robiła w myślach plany na czekający ją dzień, upychając w ciasnych ramach kilkunastu godzin więcej czynności, niżby się tam udało zmieścić komukolwiek innemu. Kiedy zabrzmiał dzwonek alarmu, chciała wyciągnąć rękę, ale nie zdołała jej unieść ani o milimetr.

„Ratunku!” – próbowała zawołać.

Z jej ust nie wydobył się jednak żaden dźwięk.

Niespełna godzinę później kilku pracowników Zakładu Cukierniczego Celina Hryć i Syn stanęło przed zamkniętą bramą firmy. Kiedy kilkakrotne dzwonki pozostały bez odzewu, było jasne, że wydarzyło się coś nagłego. Na szczęście syn szefowej, Waldemar, zamieszkały w budynku sąsiadującym z jej domem, kuląc się pod strugami ulewnego deszczu, biegł już, aby zdjąć kłódkę z bramy. Trzymając nad głową parasol, ubrany jedynie w nieprzemakalną kurtkę, narzuconą na pasiastą piżamę, chwilę później otwierał zakład. Następnie zaczął pukać do mieszkania matki, jednak odpowiedziała mu tylko głucha cisza.

Wrócił do zakładu, wydał pośpieszne polecenia dotyczące produkcji i wściekły na chlupocącą mu w butach wodę, popędził sprawdzić, co się stało. Tym razem też nie zdołał dostać się do środka. Pobiegł więc na strych łączący obie kamienice i cicho, mając nadzieję, że matka tylko zaspała, zszedł do niej.

– Mamo?! – zawołał.

W mieszkaniu panował jak zwykle idealny porządek. Nigdzie nie paliło się światło, nie było też słychać odgłosów porannej toalety.

– Mamo?! – powiedział raz jeszcze, wchodząc do sypialni.

Leżała spokojnie, jakby się dopiero teraz obudziła i szeroko otwartymi oczami patrzyła na sufit. Już miał zażartować, że chyba po raz pierwszy nie wstała punktualnie, kiedy usłyszał potworny dźwięk wydobywający się z jej gardła: ni to charkot, ni rzężenie, a w oczach zobaczył strach zwierzęcia złapanego w pułapkę.

Sygnał karetki pogotowia parę minut po szóstej zmącił ciszę budzącego się powoli miasta. Zaspany lekarz w pomiętym kitlu i brudnych butach wszedł na idealnie czysty puchaty futrzak.

– Jak się pani nazywa?

Pomimo widocznych wysiłków nie potrafiła zdobyć się na nic poza niewyraźnym bełkotem.

– Celina Hryć – odpowiedział zdenerwowany syn.

– Pana nie pytam! – lekarz rzucił zimno i ujął dłoń chorej, badając tętno. Próbował jeszcze poruszać jej rękami i nogami, za pomocą stetoskopu osłuchał serce, wreszcie zawyrokował:

– Ciężki przypadek udaru. Zabieramy panią do szpitala.

Waldemar Hryć spojrzał na matkę. Jej oczy mówiły, że rozumie, co się dzieje.

– Pojedziesz teraz karetką, ja się tam zaraz zjawię. O nic się nie martw, wszystko będzie dobrze – dodał uspokajająco.

Bardzo chciał w to wierzyć, coś mu jednak mówiło, że to tylko pobożne życzenia.

Trzy tygodnie później starsza pani wciąż jeszcze leżała na oddziale wewnętrznym. Nie zanotowano radykalnej poprawy, ale jej stan się też nie pogorszył. Lekarze rozważali, czy nie wypisać jej do domu i o tym właśnie lekarz prowadzący miał dziś porozmawiać z którymś z dzieci. Czekał na Waldemara, bo pojawiał się codziennie choć na chwilę i sprawiał wrażenie człowieka świadomego.

Dochodziła dziesiąta, był słoneczny lipcowy poranek. Waldemar Hryć wszedł do cukierni od zaplecza i zlustrował przeszklone lodówki, wszystko było w porządku: ciasta i ciastka kusiły wzrok, pyszny zapach unosił się daleko poza rynek, gdzieś aż na nadnyciańskie bulwary. Czyściutko ubrane ekspedientki przecierały lśniące lady. Kasjerka liczyła pozostawione wczoraj drobne. Za chwilę otworzą drzwi wejściowe i rozpoczną sprzedaż.

„Kolejny dzień marnego handlu!” – pomyślał Hryć, patrząc ze złością na wyrwane z chodnika przed sklepem betonowe płyty, ułożone w równy stosik tuż przy granicy budynku. Potem jego wzrok powędrował ku głębokim wykopom rozpoczynającym się kilka metrów od fasady cukierni i ciągnącym w głąb rynku aż do fontanny, później zaś na grupkę archeologów rozpoczynających właśnie następny tydzień rujnowania jego interesu.

Wiedział, co prawda, że zasilą kasę, bo co i rusz ktoś przybiegnie po lody, espresso lub ciastka, jednak inni klienci nie będą aż tak skorzy, by grzęznąć po kostki w żółtym piasku i z trudem łapać równowagę na ułożonych byle jak chwiejnych deskach.

Wykopaliska trwały już od dwóch tygodni i nie wiadomo, jak długo się jeszcze przeciągną. Hryć poprosił ekspedientkę o potrójne espresso, by wspomóc organizm po trzygodzinnym zaledwie śnie i zachęcająco usiadł na tarasie przed cukiernią. Miał nadzieję, że archeolodzy pójdą jego śladem, co też się wkrótce stało.

W tym samym czasie przyniesiono kilkanaście sztuk miejscowej bezpłatnej gazety „Obserwator Gutowski”. Hryć zauważył, że archeolodzy brali pismo i coś sobie pokazywali, z satysfakcją kiwając głowami. Wstał i z szerokiego parapetu okna wystawowego wziął jeden egzemplarz dla siebie. Założywszy okulary, spojrzał na stronę tytułową, która wielkimi czerwonymi literami krzyczała:

MUMIA W GUTOWIE!

Pierwsza z fotografii przedstawiała oparte o ścianę, zmumifikowane ciało kobiety, druga zaś była zbliżeniem na bardzo stary, złoty zapewne pierścień z wygrawerowanymi trzema gwiazdami. Zdumiony mężczyzna omal nie krzyknął. Z trudem opanowując drżenie rąk, otworzył gazetę na artykule dotyczącym odkrycia:

W dniu wczorajszym grupa archeologów z Muzeum Regionalnego w Płocku, poszukująca śladów kultury sznurowej sprzed 20 000 lat, odnalazła na rynku w Gutowie fragment podziemnego korytarza, łączącego prawdopodobnie dawny zamek z farą, zbudowanego, jak się ocenia, w XV lub XVI wieku. W odkrytym korytarzu natrafiono na szczątki kobiety, zmarłej prawdopodobnie przed około pięćdziesięciu laty. Miała ona na palcu bardzo stary pierścień, którego wiek archeologowie z grupy poszukiwawczej szacują na kilkaset lat. Czy poznamy tajemnicę kobiety i pierścienia? W tym celu do naszego miasta ma wkrótce przyjechać najlepszy znawca kultury materialnej Mazowsza w wiekach średnich, profesor Dobrzyński z Uniwersytetu Warszawskiego.

Nie dopiwszy kawy, Waldemar Hryć wbiegł na górę, do mieszkania matki. Przejęty, nie zdjął butów, tylko pognał do szafki z albumami. Wertując jeden po drugim, przerzucał kartki, dopóki nie znalazł zdjęcia, na którym jego dziadek, Paweł Cieślak, trzyma w dłoni taki sam pierścień. Fotografia z gazety, przedstawiająca zbliżenie pierścienia, nie pozostawiała żadnych wątpliwości: oba pierścienie były identyczne. Miały te same rysy i jednakowe charakterystyczne wygięcia.

Mężczyzna oddychał ciężko, w zdenerwowaniu zagryzając wargi. Wreszcie wyszeptał z rozpaczą:

– Wszystko przepadło!

1895

Prawie równo sto lat wcześniej, w ponurą Wigilię Narodzenia Pańskiego 1895, w odległych o kilka tysięcy mil zakątkach świata, dwie kobiety obdarzyły Tomasza Zajezierskiego potomkami płci męskiej. Nie było w tym nic szczególnie dziwnego: hrabia, pan na Zajezierzycach, Jeziorce, Sianowie, Lubomirach, Wólce Sianowskiej, Woli Małej i Wielkiej, Ruszczynie, Celinowie, Zadolu i Pleci, był mężczyzną tak atrakcyjnym, jak jurnym i rozsiewał swe geny szczodrze, pozostawiając zhańbionym matkom troskę o los pańskiej progenitury1.

Często kończyło się to przypadkowym odnalezieniem noworodka utopionego niczym ślepy kociak w pobliskiej Rudawce, zaplątanego w przybrzeżne szuwary. Czasem panna ratowała się pomocą usłużnej babki, usuwając poczęte w niej życie, pamiątkę przypadkowego spotkania na polu, w lesie czy sadzie. Bywało też, że zaopatrzona na drogę, szukała szczęścia w Gutowie, Płocku albo Warszawie, gdzie nikt jej nie znał i wstyd zhańbienia był mniejszy.

W tym konkretnym przypadku jednak hrabia zainteresował się przelotnie porodem, jako że jedną z położnic, tą, o której wiedział, była jego ślubna małżonka, a urodzone przez nią dziecię miało zostać pierwszym dziedzicem i prawowitym spadkobiercą klucza zajezierskiego, piątym hrabią tego nazwiska.

Przyszły ojciec, postawny brunet z gęstymi, falującymi włosami, o orlim nosie, ciemnych brwiach i cienkim, starannie przystrzyżonym wąsie nad pięknie wykrojonymi wargami, ubrany w turecki szlafrok i fez z chwastem2, przechadzał się nerwowo wzdłuż palarni. Płacz noworodka rozległ się w chwili, kiedy zdusił wreszcie w popielniczce końcówkę cygara, ucinając tym samym niewczesne spekulacje dotyczące przychodzącego właśnie na świat swego pierwszego dziecka.

Już miał sięgnąć ręką po najodpowiedniejszą lekturę w tak podniosłej chwili: Dzieje Tacyta, gdy z buduaru małżonki znów dobiegł dźwięk, który mógł być zarówno miauczeniem kota, jak i kwileniem niemowlęcia.

Hrabia uznał go za znak i w rzeczy samej był to zły omen. Potem, patrząc na swego pierworodnego, Pawła, długo pamiętał mu tę cichą skargę. Wcześniej miał niejasne pojęcie, jak będzie wyglądało jego ojcostwo, ale początek tego długo wyczekiwanego nowego doświadczenia powinien być doniosły. Od syna (nie daj Boże, by urodziła się dziewczynka!) oczekiwał wołania zdobywcy, okrzyku wojennego, trąb i fanfar. Tymczasem dziecię wyraźnie skarżyło się na trudy drogi na świat i oczekiwało współczucia, ciepła oraz miłości. Tych uczuć hrabia u mężczyzny nie uznawał i nie zamierzał nigdy tolerować.

Tak już miało pozostać na zawsze: Paweł nie spełniał oczekiwań ojca. Był chłopcem wątłym, cichym, spokojnym, nieco zagubionym, najchętniej przebywał z matką, która jako jedyna go rozumiała, pozwalając, aby całe dnie bawił się obok niej, w późniejszych zaś latach czytał książki. Stoczyła z mężem wielką batalię w obronie syna, kiedy dwukrotnie spadłszy z kucyka w wieku lat czterech, nabrał takiego lęku przed końmi, że nawet przez jakiś czas się jąkał.

Rozczarowanie własnym dziedzicem, w którym nie widział materiału na rasowego mężczyznę, burzyło Zajezierskiemu seniorowi wiele życiowych planów. W dodatku matka utwierdzała w dziecku odruchy dewocyjne, jakby chciała zeń uczynić księdza! Jej usiłowania były ciosem, który mocno nadwerężył miłość rodzicielską ojca, ale też nie pozostał bez wpływu na to, co działo się, a raczej nie działo w małżeńskiej sypialni.

Zapały męża hrabina traktowała z podejrzliwością, godząc się na nie raczej ad maiorem Dei gloriam3, niż dla własnej przyjemności. Seks poznała dopiero podczas nocy poślubnej, która była dla niej ciągiem nieprzyjemnych zdziwień. Uznała go wtedy bardziej za brudne zwierzęce wynaturzenie niż wyraz miłości, ta bowiem jawiła się jej tylko jako uczucie platoniczne. Dawno już zresztą Adrianna obdarzyła nim dozgonnie księdza Walerego Markowicza, proboszcza z Cieciórki, przyjaciela swego dzieciństwa i obecnego spowiednika, ciesząc się i dziękując Bogu, że kuria w dobroci swej przydzieliła mu parafię tak bliską jej obecnego miejsca zamieszkania.

Małżonkowie udawali się więc zazwyczaj na spoczynek do swych prywatnych sypialni, spotykając się prawie wyłącznie podczas posiłków. A ponieważ nikt się na taki stan rzeczy specjalnie nie uskarżał, Paweł pozostawał wciąż ich jedynym dzieckiem.

Na razie sprawa sukcesji, wciąż odkładana na później, nikogo aż tak bardzo nie zaprzątała. Hrabia miał zaledwie trzydzieści sześć lat i mógł spłodzić jeszcze wielu potomków. Tylko starsza pani Zajezierska, wdowa po Henryku, ojcu Tomasza, raz po raz napomykała o tej istotnej ze względów rodzinnych sprawie. Istniała bowiem stara przepowiednia, którą praprababka Tomasza usłyszała przed wieloma laty od starej Cyganki jako zapłatę za pół bochenka chleba, pęto kiełbasy i garnek mleka. Ta zła wróżba, powtarzana w każdym pokoleniu, budziła jednakie zdumienie: prastary ród Zajezierskich zginie, gdy pan na Zajezierzycach będzie miał dwóch synów o tym samym imieniu.

Hrabia był człowiekiem twardo stąpającym po ziemi, absolwentem wyższej uczelni rolniczej i nigdy nie uwierzył w te cygańskie bajdy. Argument sukcesji przyjmował – przepowiedni sprzed lat absolutnie nie. Zresztą brzmiała tak absurdalnie, że nawet nie chciał nią sobie zaprzątać głowy. Dziwił się, czemu matka z uporem mu ją przypomina. Sarkał i boczył się, bo wiedział, że plan kilkorga jeszcze hrabiczów i hrabianek biegających po ogrodach pałacowych jest praktycznie nie do wykonania.

Zajezierskich stać było na liczną gromadkę potomstwa, posiadali piękny majątek, wszystkie okoliczne rody im sprzyjały, sam hrabia miał jeszcze dwie siostry i jego matka była z tego dumna. Koligacje rodzinne Zajezierskich rozciągały się na całe północne Mazowsze, a podczas odległej podróży, można było zatrzymać się niemal w każdym większym dworze. Stara hrabina wierzyła niezachwianie, że syn i synowa zrozumieją w porę swoje obowiązki wobec nazwiska i odłożą na bok dąsy.

Ale dni i miesiące mijały, łoże małżeńskie świeciło pustkami, a młoda pani Zajezierska nie bladła, nie łapały jej poranne mdłości, nie zaokrąglała się ani trochę. Siedziała z książką w parku, doglądała w oranżerii róż Marechal Nils, które hodowała specjalnie na dekorację ołtarza Matki Boskiej Łaskawej w kościele w Cieciórce, bawiła się z synem i muzykowała, ani myśląc o swych powinnościach.

Pewnego ciepłego wiosennego poranka Barbara Zajezierska zapakowała się więc do bryczki i kazała wieźć do dworu w Długołące, aby porozmawiać z matką swej synowej. Teściowa, Antonina Bysławska, jako kobieta rozumna, w pełni popierała uknuty podczas tego spotkania plan: trzeba się udać do biskupa!

Jego Ekscelencja biskup Bolesław Grążel był bratem kuzyna szwagierki starszej pani Bysławskiej i człowiekiem godnym zaufania. Należało mu przedstawić sprawę sukcesji, ale możliwie oględnie, ważniejszym było poprosić go o mądrego proboszcza na Cieciórkę, bo obecny to filozof i socjalista, rozdaje biednym całe swoje dochody, otwiera ochronki, potajemnie uczy chłopów czytania i pisania. Świat się skończy, jak się wszystkie parobki wyedukują! Kto wtedy będzie chciał powozić, służyć we dworze, pracować w polu, doglądać krów? Ten młody ksiądz z Cieciórki jest kompletnie nieodpowiedzialny!

Biskup przyjął obie panie nader łaskawie, zadumał się głęboko nad nowoczesnością poglądów swego ulubionego studenta z seminarium i, choć początkowo niechętnie, przyciśnięty przez krewkie niewiasty do muru i poruszony obrazem rozpadu katolickiej rodziny spowodowanym przez księdza, a może jeszcze bardziej perspektywą zrzucenia przezeń sutanny, obiecał interwencję w tej sprawie.

Ani przez chwilę nie pomyślał, że własnymi rękami morduje najpiękniejsze uczucie młodej hrabiny Zajezierskiej i ją samą, odbierając jej szczęście i sens życia. Zaprzątało go raczej zgorszenie, wywołane w parafii przez kapłana uwodzącego mężatki, rozgłos, jaki sprawie mogliby nadać niechętni, obraz tych dwojga skazanych na banicję towarzyską, a może i – Panie uchowaj! – emigrujących do Ameryki w poszukiwaniu osobistego szczęścia.

Spekulacje obu matek i wyobraźnia biskupa szły jednak dużo dalej, niż najśmielsze nawet rojenia zakochanych. Ich uczucie było płochliwe, niemal nieuświadomione, lękali się go tak bardzo, że w głowach im nie postały plany jakichkolwiek zmian. Byłoby dobrze tak, jak jest: kilka razy w miesiącu msza, raz czy dwa spowiedź szeptana gorącym oddechem przez kratki konfesjonału, czasem, przy okazji większego święta rodzinnego, jakieś śniadanie czy obiad w Zajezierzycach.

Hrabina nie była typem awanturnicy, buntowniczki, przecierającej nowe szlaki. Wychowano ją w pokorze i wiedzy o obowiązkach dobrej żony, jednak nade wszystko potrzebowała uczucia, docenienia i miłości. Szanowała swą małżeńską przysięgę i pragnęła sprostać stawianym przez nią obowiązkom, w jakiś sposób kochała również męża, a także – co było chyba najważniejsze – nie wyobrażała sobie, że mogłaby być szczęśliwa.

Czyż zresztą nie była? Smutny afekt do księdza Walerego, którego imię odmieniała we wszystkich przypadkach podczas codziennych czynności, z którego imieniem budziła się co rano i usypiała wieczorem, który był prawdziwą treścią jej życia, to uczucie skazane na niespełnienie dodawało jedynie odrobinę goryczy, niezbędną życiu, aby mogła je smakować w całej pełni. Oprócz uwagi księdza na niczym wszak Adriannie Zajezierskiej nie zbywało. Co więcej, gdyby rzuciła wszystko, spakowała sakwojaż i pod osłoną nocy wyjechała gdzieś daleko, gdzie mogłaby się oddać Waleremu nie tylko duszą, ale i stęsknionym ciałem, wtedy dopiero zrozumiałaby, że popełniła najgorszy błąd życia. Wiedziała o tym intuicyjnie i dlatego trwała zawieszona pomiędzy dwoma mężczyznami, z których żaden nie dawał jej wszystkiego.

Kilka miesięcy później, pośród wymyślonych śmiesznych grzechów, z których należało się koniecznie wyspowiadać, hrabina usłyszała straszliwą nowinę: Walery wyjeżdżał do Płocka! Został powołany na stanowisko sekretarza biskupa, co dla niego było wielkim, nieoczekiwanym i niczym niezasłużonym wyróżnieniem, dla niej zaś ciosem w serce, po którym nie miała się długo podnieść. Rozważała nawet przelotnie, czy nie zemścić się na nim za ten ból, odwodząc własnego syna od drogi kapłańskiej. Ale było już za późno. Paweł, uwielbiający matkę i przyjmujący jej wybory jako własne, tak bardzo zrósł się z myślą o kapłaństwie, że zabierać mu to marzenie i cel byłoby zbrodnią.

On również kochał księdza Walerego i traktował go jak duchowego ojca. Później zresztą, podczas studiów w Warszawie i Rzymie utrzymywał z nim będzie zawsze bliski kontakt i radził się we wszystkich rozterkach duchowych, znajdując w tym przyjemność obcowania z człowiekiem mądrym i dobrym. Pomnik, jaki mu wybuduje w swym sercu przy cichym współudziale matki, będzie tym wyższy, im wyraźniej we własnym ojcu zobaczy człowieka bez zasad, grzesznego rozpustnika.

Delikatny jad, który Adrianna sączyła synowi do ucha dzień po dniu, w pewnym momencie skamieniał bowiem w osobiste przekonania, a Paweł nie zadawał sobie już fatygi oceniania ojca za pomocą własnego rozumu. I choć Tomasz Zajezierski dokonywał będzie w późniejszych latach różnych prób zaprzyjaźnienia się z synem, nigdy nie staną się sobie naprawdę bliscy.

Plon zmiany na plebanii w Cieciórce dał się zauważyć natychmiast. Nowy proboszcz, Polidor Bodygaj, złożywszy kurtuazyjne wizyty trzem najznamienitszym familiom w okolicy, to jest: Radziewiczom, Zajezierskim i Bysławskim, podczas niedzielnych mszy czujnie lustrował ławy kolatorskie4, które ozdobione mosiężnymi tabliczkami z nazwiskami donatorów były jednocześnie dożywotnimi rezerwacjami i nikt poza członkami rodzin nie ośmielał się w nich zasiadać. Lecz ławka Zajezierskich świeciła pustką.

W Zajezierzycach bowiem też był kościół. Ufundowany przez prapradziada Tomasza – Bonawenturę Zajezierskiego, mniej okazały, bo stary i drewniany, podczas gdy ten w Cieciórce był pięknym barokowym cackiem z kunsztownymi dekoracjami, na które nie żałowano złota. Nic dziwnego: postawiono go gdzieś w połowie osiemnastego wieku w dziękczynieniu za wyleczenie z bezpłodności żony Ignacego Radziewicza i od tej pory wciąż utrzymywano w doskonałym stanie. A ród Radziewiczów, jakby mocą związanego z tym faktem szczególnego błogosławieństwa, miał się od tej pory rzeczywiście znakomicie.

W owym starym, drewnianym kościółku modlili się teraz co niedziela Zajezierscy o nowego potomka. Pawełek miał już lat prawie siedem i za nowomodną fanaberię okoliczna szlachta uznawała wzbranianie się hrabiny przed jedynym w gruncie rzeczy obowiązkiem, jaki na nią nakładało małżeństwo.

A ona robiła wszystko, by uniknąć zbliżeń. Każdy pretekst wydawał się dobry, żeby zniechęcić męża. Ten zresztą coraz częściej wyjeżdżał w interesach do Płocka i Warszawy, dobrze mu szło i był zadowolony, że chociaż w tym się sprawdza. Hrabina lubiła te wyjazdy, nigdy zresztą mu nie towarzyszyła, choć przecież mogłaby to być okazja do spotkania z księdzem Walerym. Nie brała tego jednak pod uwagę. Korespondowali z rzadka i bardzo oficjalnie, ale z pewnością, gdyby go poprosiła, nie odmówiłby jej spotkania. Jednak teraz istniał już tylko w jej wspomnieniu, nie bardziej żywy niż bohaterowie literaccy modnych romansów.

Po tygodniu, dwóch, hrabia wracał i pierwszą noc zawsze spędzał z żoną. Najpierw długo wtajemniczał ją w kulisy przeprowadzonych operacji biznesowych, co ją bezbrzeżnie nudziło, potem bez zapału, ale w poczuciu dziejowej misji, zabierał się do rzeczy. Obejmując jej odrętwiałe i zimne ciało, próbował w nie tchnąć nieco życia, co przychodziło mu nie bez trudu. Musiał sobie wyobrażać najbardziej wyuzdane kobiety, z którymi teraz zaczął mieć do czynienia, Warszawa bowiem oferowała wybór znacznie większy i w o wiele lepszym gatunku niż wszystkie okoliczne wsie razem wzięte.

Te małżeńskie wizyty zaowocowały jeszcze dwiema ciążami, ale obydwa płody, jako obumarłe, urodziły się przed czasem. Sprowadzony specjalnie z Warszawy lekarz nie stwierdził u hrabiny żadnych istotnych ułomności. Zalecił dużo spokoju, czym tylko zirytował hrabiego, i wyjazd do wód, najlepiej do Krynicy. Od tej pory hrabina rokrocznie spędzała miesiąc na wędrówkach górskich i popijaniu wody Jana w Domu Zdrojowym. Odbywało się to zawsze w lipcu, toteż mąż jej nigdy nie towarzyszył ze względu na żniwa, których zawsze wolał osobiście dopilnować.

Podczas pierwszego z tych wyjazdów, a był to już początek nowego wieku, Ada Zajezierska poznała w Krynicy młodego pisarza, właściwie początkującego poetę i dramaturga. Spędzając z nim czas na miłej pogawędce, stwierdziła, że Pawełek jest już na tyle duży, iż potrzebuje nie bony, a preceptora. Kogoś, kto zadbałby o wszechstronne wykształcenie jedynaka, ze szczególnym uwzględnieniem przedmiotów humanistycznych, w tym języków starożytnych. Lucjan Krzycki, jej nowy znajomy, wydawał się idealnym materiałem na nauczyciela.

W tym samym mniej więcej czasie hrabiego zaczęły prześladować głosy. Nie dopuścił do siebie myśli, że działo się tak za sprawą jakichkolwiek mocy nadprzyrodzonych. Ot, zwyczajne miauczenie kota, którego oprócz niego nikt nie słyszał. Zarządzono nawet poszukiwania głodnego zwierzęcia, zamkniętego pewnie przypadkiem w którymś z rzadziej używanych pokoi, jednak nigdzie go nie odnaleziono. Kot dalej miauczał żałośnie, przejmująco. Za każdym razem hrabia wzdragał się, a potem udawał sam przed sobą, że niczego nie słyszał.

Kiedy już przywykł do tej małej niedogodności i niemal nauczył z nią żyć, miauczenie z dnia na dzień ustało. Cisza, jaka zapanowała, dźwięczała kryształowo. Była kojąca i drażniąca zarazem. Po miesiącach wświdrowującego się w uszy zawodzenia – nagle żadnych ostrych dźwięków. Powietrze płynęło przez pałac łagodnie niczym aksamit falujący w podmuchach wiatru.

Tomasz Zajezierski dotąd nie zdawał sobie sprawy, że ciszę można smakować, że można ją słyszeć. I gdy już z wolna zaczął się przyzwyczajać, że poza zwyczajnymi, codziennymi dźwiękami nic nie mąci jego spokoju, w odgłosy poobiedniej sjesty, niczym nieproszony gość, wdarło się radosne chichotanie dziecka. Hrabia podniósł głowę znad książki, zmarszczył brwi i zamarł w oczekiwaniu, ale tego dnia śmiech już nie rozbrzmiał. W pałacu nie było dzieci. Dwunastoletni niemalże Paweł przebywał z matką w Krynicy. To nie mógł być jego głos.

Kiedy następnego dnia wieczorem perełki beztroskiego śmiechu znów rozsypały się w korytarzu, hrabia wstał z fotela i wyszedł z gabinetu. Niczego jednak poza tykaniem dużego stojącego zegara nie usłyszał. Trzy dni później miał już pewność: cisza się skończyła. Teraz codziennie wieczorem, jakby odprawiając jakiś rytuał, czekał na ten śmiech. Pewnego popołudnia zaczaił się tuż przy drzwiach i gdy tylko śmiech rozbrzmiał, wybiegł na korytarz. W szarówce zmierzchu, bo jeszcze nie zapalono lamp, zobaczył niewyraźnie rąbek sukienki, takiej, jaką sam nosił i w jaką jeszcze nie tak dawno ubierano Pawła, znikający w pokoju obok jego gabinetu. Hrabia podbiegł do drzwi, szarpnął za klamkę, otworzył i nie wzywając służby, sam zlustrował pomieszczenie. W środku nie było żywej duszy. Nie znalazł też żadnego śladu dziecka.

Próbował jeszcze raz czy dwa iść za głosem, kiedy był na tyle blisko drzwi, aby szybko wydostać się na korytarz. Słyszał, jak wspina się do góry i gaśnie na strychu albo spływa po schodach do hallu na parterze. Wtedy hrabia wracał do swych zajęć, rezygnując z pościgu. Ten śmiech uświadomił mu, że być może już żadne dziecko nigdy nie roześmieje się w pałacu. Była to przykra i bolesna myśl, którą Tomasz Zajezierski szybko zdusił, by nie zdołała zapuścić korzeni w jego umyśle.

W ostatnich latach życia, już po odejściu Ady, gdy los rodziny wydawał się przesądzony, Tomasz Zajezierski rozważał przelotnie usynowienie któregoś z siostrzeńców. Ale ponieważ warunkiem sine qua non5 byłoby zamieszkanie tej osoby w Zajezierzycach i przyjęcie nazwiska Zajezierski, żadnemu z nich nie ośmielił się ostatecznie tego zaproponować, jako że było to żądanie niemoralne. Zresztą wszyscy już byli dorośli, mieli swoje domy i zapewne żaden nie chciałby wywracać swego życia do góry nogami. A gdyby się taki ostatecznie znalazł, paradoksalnie hrabia nie uznałby go za godnego właśnie z tego powodu.

I kiedy ostatecznie pogodził się z myślą, że jest ostatnim Zajezierskim na Zajezierzycach, znalazł kogoś, komu zaufał i kto, być może byłby godnym kontynuatorem rodzinnej tradycji. Nie zdążył już jednak dokonać formalności, a wojna, okupacja i to wszystko, co potem nastąpiło, pokrzyżowały te plany.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

1 Potomstwo, dzieci (łac.)

2 Pochodząca z Bliskiego Wschodu czapka o kształcie ściętego stożka z frędzlem

3 Na większą chwałę Bożą (łac.)

4 Należące do fundatorów kościoła

5 Warunek niezbędny (łac.)

Spis treści

2009

1995

1895

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cukiernia Pod Amorem. Hryciowie Cukiernia Pod Amorem. Cieślakowie Cukiernia Pod Amorem. Zajezierscy Cukiernia Pod Amorem Fortuna i namiętności. Zemsta Kalendarze 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy