Zagadka trzech czwartych

Zagadka trzech czwartych

Autorzy: Sophie Hannah

Wydawnictwo: Dolnośląskie

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 23.84 zł

Uwielbiany i podziwiany Herkules Poirot, legendarny bohater Agathy Christie, powraca w misternie skonstruowanej zagadce. Tym razem o niecne działania zostaje oskarżony sam Poirot.

Herkules Poirot przed drzwiami własnego domu spotyka rozwścieczoną kobietę. Nieznajoma dopytuje, dlaczego Poirot przysłał jej list, w którym oskarża ją o morderstwo Barnaby Pandy’ego – mężczyzny, którego nie znała i nigdy nie spotkała. Co ciekawe, sam Poirot też o nim nie słyszał. Wstrząśnięty wchodzi do mieszkania, gdzie czeka na niego mężczyzna – adresat identycznego listu…

Poirot zaprzęga do pracy swoje małe szare komórki, a do pomocy angażuje inspektora Edwarda Catchpoola ze Scotland Yardu. W trakcie śledztwa musi zmierzyć się ze złożonymi relacjami, skandalami, sekretami i dawno pogrzebanymi grzechami przeszłości.

Inteligentna, wciągająca intryga z udziałem detektywa wszech czasów – oto Sophie Hannah w najwyższej formie.

SOPHIE HANNAH – brytyjska autorka kryminałów. Rodzina Agathy Christie powierzyła jej napisanie nowych przygód słynnego belgijskiego detektywa.

"Kiedy dowiedziałam się, że belgijski detektyw trafił w tak dobre ręce, byłam zachwycona. Czytając Inicjały zbrodni, miałam wrażenie, że wróciłam do ulubionego pokoju w domu mojego dzieciństwa."

Gillian Flynn, autorka bestsellera "Zaginiona dziewczyna"

Tytuł oryginału

The Mystery of Three Quarters

Projekt okładki

ALICIA TATONE

Fotografie na okładce

© Valentino Sani/Arcangel

© Carlos Restrepo/Arcangel

Koordynacja projektu

PATRYK MŁYNEK

Redakcja

ANNA JACKOWSKA

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

The Mystery of Three Quarters copyright © 2018 Agatha Christie Limited. All rights reserved.

AGATHA CHRISTIE, POIROT and the Agatha Christie Signature are registered trade marks

of Agatha Christie Limited in the UK and elsewhere. All rights reserved.

Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-271-5904-5

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Dedykacja

CZĘŚĆ PIERWSZA

1. Poirot oskarżony

2. Nieznośna prowokacja

3. Trzecia osoba

4. Kto nie pasuje?

5. Dziurawa litera

6. Wieszający Rowland

7. Dawny wróg

8. Poirot wydaje polecenia

9. Poczwórne alibi

CZĘŚĆ DRUGA

10. Ważne pytania

11. Szmaragdowa zieleń

12. Podważone alibi

13. Haczyk

14. Combingham Hall

15. Scena potencjalnej zbrodni

16. Człowiek, który miał możliwość

17. Podstęp Poirota

18. Odkrycie pani Dockerill

19. Następne cztery listy

CZĘŚĆ TRZECIA

20. Listy docierają

21. Maszyny do pisania

22. Samotny żółty kawałek ciasta

23. Złe zamiary

24. Urazy sprzed lat

25. Poirot powraca do Combingham Hall

26. Eksperyment z maszyną do pisania

27. Bransoletka i wachlarz

28. Mało przekonujące wyznanie

29. Niespodziewane ekscesy

30. Zagadka trzech czwartych

CZĘŚĆ CZWARTA

31. Liścik do pana Porrotta

32. Gdzie jest Kingsbury?

33. Ślady na ręczniku

34. Rebecca Grace

35. Rodzinna lojalność

36. Prawdziwy winowajca

37. Testament

38. Rowland już nie wiesza

39. Nowa maszyna do pisania

Podziękowania

Przypisy

Dedykuję Faith Tilleray –

przeszłaś samą siebie

i wiele mnie przy tym nauczyłaś

CZĘŚĆ PIERWSZA

R O Z D Z I A Ł 1

Poirot oskarżony

Herkules Poirot uśmiechnął się pod nosem, kiedy jego szofer idealnie zaparkował samochód. Detektyw nade wszystko cenił sobie staranność i porządek, więc lubił, gdy auto stało dokładnie naprzeciwko wejścia do Whitehaven Mansions – kamienicy, w której mieszkał. Teraz środek samochodu można było połączyć prostopadłą linią z miejscem, gdzie spotykały się dwa skrzydła drzwi.

Obiad, z którego właśnie wracał, okazał się très bon divertissement[1]: jedzenie było wyśmienite, podobnie jak towarzystwo. Poirot wysiadł, uprzejmie podziękował szoferowi i już miał wejść do kamienicy, kiedy nagle ogarnęło go przedziwne uczucie (tak to sobie tłumaczył), jakoby umknęło mu coś ważnego, coś, co zostawił za sobą.

Odwracając się, nie spodziewał się ujrzeć niczego zaskakującego. Popołudnie było łagodne jak na luty. Może tylko lekki wietrzyk burzył spokój tej chwili.

Wkrótce jednak przekonał się, że to nie pogoda stanowiła źródło jego niepokoju, choć zbliżająca się żwawym krokiem kobieta z pewnością przywodziła na myśl nieokiełznane siły natury. Miała na sobie modny bladoniebieski płaszcz i kapelusz w tym samym kolorze.

– Toż to prawdziwa nawałnica! – wymamrotał pod nosem Poirot.

Kapelusz zdecydowanie mu się nie podobał. Widywał w mieście kobiety w podobnych nakryciach głowy: były malutkie, pozbawione wszelkich ozdób i przylegające do czaszki niczym tekstylne czepki kąpielowe. Przyzwoity kapelusz powinien mieć rondo albo chociaż jakieś dodatki, pomyślał Poirot. A już na pewno powinien robić coś więcej, niż tylko zakrywać głowę. Nie wątpił, że wkrótce przywyknie do widoku nowomodnych kapeluszy – a kiedy to już się stanie, moda znów się zmieni. Jak zawsze.

Usta odzianej na niebiesko damy drżały i poruszały się, ale nie wydobyło się z nich ani jedno słowo. Wyglądało to tak, jakby powtarzała sobie kwestię, którą wygłosi, kiedy już stanie przed Poirotem. Nie ulegało bowiem wątpliwości, że zmierza wprost do niego. Szła zdecydowanym krokiem, jakby chciała zrobić mu krzywdę, gdy tylko się zbliży. Poirot cofnął się nieco, widząc, jak kobieta maszeruje w jego stronę – szalone tempo kojarzyło się z rozpędzonym stadem bydła, w tym wypadku składającym się zaledwie z jednej sztuki.

Kobieta miała lśniące ciemnobrązowe włosy. Kiedy zatrzymała się gwałtownie tuż przed Poirotem, detektyw stwierdził, że nie jest taka młoda, na jaką wygląda z pewnej odległości. Nie, musiała mieć jakieś pięćdziesiąt lat. Może nawet sześćdziesiąt. Kobieta w średnim wieku, lecz doskonale potrafiąca ukryć zmarszczki. Miała niebieskie oczy w niespotykanym odcieniu – ni to jasne, ni to ciemne.

– Pan Herkules Poirot, o ile się nie mylę? – zapytała scenicznym szeptem.

Poirot zauważył, że chciała okazać gniew, ale tak, by nikt jej nie usłyszał. Choć w pobliżu nikogo nie było.

– Oui[2], madame. To ja.

– Jak pan śmiał? Jak pan śmiał przysłać mi taki list!?

– Pani wybaczy, madame, ale chyba nie mieliśmy okazji się poznać.

– Proszę mi tu nie zgrywać niewiniątka. Jestem Sylvia Rule. I pan o tym doskonale wie.

– Owszem, teraz wiem, bo była pani łaskawa się przedstawić. Ale jeszcze przed chwilą nie wiedziałem. Wspomniała pani o liście...

– Chce mnie pan zmusić, bym powtórzyła te potwarze w miejscu publicznym? Doskonale, niech panu będzie. Dzisiaj rano otrzymałam list – paskudny, obrzydliwy, z pańskim podpisem! – To powiedziawszy, kobieta wykonała gwałtowny gest dłonią i omal nie dźgnęła Poirota palcem wskazującym.

Detektyw w ostatniej chwili zdołał uskoczyć na bok.

– Non[3], madame... – Chciał zaprotestować, ale dama szybko udaremniła tę próbę.

– W tej nędznej parodii listu oskarża mnie pan o morderstwo. O morderstwo! Mnie! Sylvię Rule! Twierdzi pan, że jest w stanie dowieść mojej winy, a następnie radzi mi, bym natychmiast udała się na policję i przyznała do popełnionej zbrodni. Jak pan śmie? Nie może mi pan niczego udowodnić, a to z tego prostego powodu, że jestem niewinna. Nikogo nie zabiłam. Nie znam osoby mniej skłonnej do przemocy! A poza tym nigdy nie słyszałam o żadnym Barnabie Pandym!

– Barnaba...

– To niedorzeczne, że akurat pan ma czelność mnie oskarżać! Doprawdy nie do pomyślenia. Nie mam zamiaru tego tolerować. Chętnie skontaktowałabym się w tej sprawie ze swoim prawnikiem, ale nie chcę, by się dowiedział, że tak mnie zniesławiono. Może zresztą pójdę z tym na policję. Co za obraza! Jak można mnie tak oczernić! Kobietę z taką pozycją!

Sylvia Rule unosiła się tak jeszcze przez dłuższą chwilę. Cały czas mówiła donośnym szeptem, w którym aż kipiały złość i uraza. Jej maniera przywodziła Poirotowi na myśl huczące wodospady, które widywał podczas swoich podróży: niby imponujące, ale w rzeczywistości wzbudzające w człowieku strach przed nieokiełznanym żywiołem i, nawiasem mówiąc, zdające się nie mieć końca.

Gdy tylko detektywowi udało się dojść do głosu, powiedział:

– Madame, zapewniam panią, że nie napisałem żadnego listu. Jeśli otrzymała pani taką notatkę, to nie ja byłem jej nadawcą. I nigdy dotąd nie słyszałem o Barnabie Pandym. Czy tak brzmi nazwisko mężczyzny, o którego śmierć została pani oskarżona przez autora listu?

– To pan jest autorem tego listu. Proszę się nie pogrążać, wypierając się tego faktu. To Eustachy pana do tego namówił, mam rację? Obaj dobrze wiecie, że nikogo nie zabiłam. Jestem tak niewinna, jak to tylko możliwe! Razem z Eustachym uknuliście plan, żeby doprowadzić mnie do utraty zmysłów! To jest właśnie w jego stylu. Nie wątpię, że za jakiś czas stwierdzi, że to tylko dowcip.

– Nie znam żadnego Eustachego, szanowna pani. – Poirot w dalszym ciągu starał się wyjaśnić zaistniałą sytuację, choć było oczywiste, że dla Sylvii Rule nie ma to najmniejszego znaczenia.

– Wydaje mu się, że jest taki sprytny – najmądrzejszy w całej Anglii! I jeszcze ten jego chytry uśmieszek, który ani na moment nie znika z paskudnej twarzy. Ile panu zapłacił? Wiem, że to jego pomysł. Pan tylko odwalił brudną robotę. Pan, sławny Herkules Poirot, któremu tak ufa nasza lojalna, pracowita policja. Jest pan oszustem! Jak pan mógł?! Oczerniać powszechnie szanowaną kobietę! Eustachy zrobiłby wszystko, żeby mnie pokonać. Wszystko! Nie wiem, co panu o mnie powiedział, ale to same kłamstwa!

Gdyby kobieta zechciała choć przez chwilę posłuchać, detektyw mógłby jej wyjaśnić, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie współpracowałby z nikim, kto uważa się za najmądrzejszego w całej Anglii, dopóki on sam, Herkules Poirot, mieszka w Londynie.

– Proszę mi pokazać ten list, madame.

– Sądzi pan, że go zachowałam? Już od samego trzymania go w ręku ogarniały mnie mdłości! Podarłam list na kawałki i wrzuciłam do ognia. Szkoda, że nie mogę wrzucić w płomienie także Eustachego! Niestety, to niezgodne z prawem. Wypada mi tylko powiedzieć, że ten, kto ustanowił takie prawo, nigdy nie spotkał Eustachego. Jeśli kiedykolwiek jeszcze zniesławi mnie pan w ten sposób, udam się prosto do Scotland Yardu – ale nie po to, żeby się do czegokolwiek przyznawać, bo jestem całkowicie niewinna, ale żeby oskarżyć pana, panie Poirot!

Zanim Poirot zdążył obmyślić odpowiednią ripostę, Sylvia Rule odwróciła się na pięcie i odmaszerowała.

Nie wołał za nią. Przez kilka sekund stał w miejscu i powoli kręcił głową. Kiedy wchodził po schodach prowadzących do budynku, wymamrotał do siebie:

– Jeśli ona nie jest skłonna do przemocy, nie chciałbym spotkać kogoś, kto jest.

W przestronnym i dobrze wyposażonym mieszkaniu czekał już na Poirota jego kamerdyner. Na widok wyrazu twarzy detektywa sztywny uśmiech George’a ustąpił miejsca wyraźnej konsternacji.

– Dobrze się pan czuje?

– Non. Sam nie wiem, co o tym myśleć, George. Kojarzysz nazwiska angielskiej socjety, mój drogi, powiedz mi, czy znasz niejaką Sylvię Rule?

– Jedynie ze słyszenia, proszę pana. To wdowa po Clarensie Rule. Ma rozległe koneksje. Wydaje mi się, że zasiada w zarządach różnych organizacji charytatywnych.

– A czy coś ci mówi nazwisko Pandy? Barnaba Pandy.

George pokręcił głową.

– Nie, nigdy o kimś takim nie słyszałem. Tyle że znam głównie nazwiska przedstawicieli londyńskiej socjety, proszę pana. Jeśli pan Pandy mieszka gdzie indziej...

– Nie wiem, gdzie mieszka. Nie wiem, czy w ogóle jeszcze żyje, czy też został zamordowany. Vraiment[4], w rzeczy samej nic nie wiem o Barnabie Pandym – zupełnie nic! Ale popełniłbyś błąd, próbując to wytłumaczyć pani Sylvii Rule, która wbiła sobie do głowy, że wiem o nim wszystko! Uważa, że napisałem list, w którym oskarżam ją o zabójstwo tego człowieka. Niniejszym zaprzeczam, jakobym to zrobił. Nie napisałem takiego listu. W ogóle nie wysyłałem żadnej korespondencji do pani Sylvii Rule. – Poirot wyjątkowo niedbale jak na niego zdjął kapelusz i płaszcz, po czym podał obie części garderoby George’owi. – To nic przyjemnego być oskarżonym o coś, czego nie zrobiłeś. Powinno się umieć odsunąć na bok to, co jest nieprawdą, ale nie wiedzieć czemu iluzje lubią zagnieździć się w umyśle i tworzyć swego rodzaju złudne poczucie winy – niczym widmo, które opanowuje głowę, a czasem wręcz sumienie! Gdy ktoś jest pewien, że zrobiłeś coś okropnego, sam się czujesz winny, choć wiesz, że żadnego występku się nie dopuściłeś. Zaczynam rozumieć, George, dlaczego ludzie przyznają się do zbrodni, których nie popełnili.

George spojrzał na swojego pryncypała z powątpiewaniem. Dość często raczył go takim spojrzeniem. Angielska dyskrecja, jak zdążył zauważyć Poirot, często przybiera taką formę. Wielu dobrze wychowanych Anglików, których miał okazję poznać na przestrzeni lat, sprawiało wrażenie, jak gdyby nie dowierzali niczemu, co słyszą.

– Miałby pan ochotę na coś do picia? Sirop de menthe[5], jeśli wolno mi zaproponować?

– Oui. To doskonały pomysł.

– Powinienem też wspomnieć, proszę pana, że ktoś chciałby się z panem widzieć. Czy mam panu teraz przynieść coś do picia i poprosić gościa, żeby jeszcze chwilę zaczekał?

– Gościa?

– Tak, proszę pana.

– Nie ma przypadkiem na imię Eustachy?

– Nie, proszę pana. To niejaki John McCrodden.

– Ach, co za ulga. To jednak nie Eustachy. Mogę tylko żywić nadzieję, że madame Rule wraz ze swoim Eustachym nie będzie już dręczyć Herkulesa Poirota! Czy monsieur McCrodden wspominał, co go sprowadza?

– Nie, proszę pana. Ale czuję się w obowiązku pana przestrzec, bo wydawał się... niezadowolony.

Poirot cichutko westchnął. Choć obiad wprawił go w doskonały nastrój, pozostała część popołudnia zdecydowanie budziła rozczarowanie. No cóż, pomyślał, John McCrodden raczej nie będzie tak irytujący jak Sylvia Rule.

– Odłożę przyjemność związaną z sirop de menthe i najpierw spotkam się z monsieur McCroddenem – zadecydował Poirot. – Zresztą to nazwisko brzmi znajomo.

– Może słyszał pan o prawniku Rowlandzie McCroddenie?

– Mais oui, bien sûr[6]. Wieszający Rowland, przyjaciel kata – choć zbytnią uprzejmością byłoby nazywanie go przydomkiem, który tak doń pasuje. Przez niego na szubienicy robi się tłoczno!

– To prawda, że kilku przestępców zawdzięcza mu najwyższy wymiar kary – zgodził się taktownie George.

– Być może John McCrodden to jego krewny – rozważał Poirot. – Dobrze, pozwól, że się przygotuję, a potem możesz go wprowadzić.

Jak się jednak okazało, George nie miał okazji zaanonsować Johna McCroddena, gdyż ten wszedł do pokoju, nie czekając na anons. Wyminął po drodze kamerdynera i zajął miejsce na środku dywanu. Stanął bez ruchu, jak gdyby planował odegrać rolę posągu.

– Proszę usiąść, monsieur – odezwał się z uśmiechem Poirot.

– Nie, dziękuję – odparł McCrodden. W jego tonie wyczuwało się pogardliwy dystans.

Poirot zgadywał, że mężczyzna ma około czterdziestu lat. Był przystojny, miał szlachetne rysy – tego typu twarz zwykle widuje się tylko na obrazach. Takiego modela z pewnością nie powstydziłby się też dobry rzeźbiarz. Poirot uznał, że ta powierzchowność nie pasuje do ubrania, które było niedbałe i miejscami zabrudzone. Czyżby ten człowiek sypiał na ławce w parku? Czy nie miał dostępu do udogodnień, jakie znajdują się w większości domów? Poirot zastanawiał się, czy pan McCrodden przypadkiem nie starał się odżegnać od zalet, jakimi obdarzyła go natura – olbrzymich zielonych oczu czy złotych włosów – i celowo nie próbował przybrać odrażającego wyglądu.

McCrodden spojrzał teraz ze złością na Poirota.

– Dostałem pański list – powiedział. – Doręczono go dzisiaj rano.

– Obawiam się, że muszę zaprzeczyć, monsieur. Nie wysyłałem panu żadnego listu.

Nastąpiła długa, niezręczna chwila ciszy. Poirot nie chciał formułować pochopnych wniosków, ale obawiał się, że wie, w którą stronę zmierza ta rozmowa. Ale to przecież niemożliwe! Jak mogłoby być możliwe? Takie uczucie znał do tej pory tylko ze snów: przygnębiające przekonanie, że oto znalazł się w całkowicie pozbawionych sensu tarapatach – w sytuacji, której żadną miarą nie da się wytłumaczyć.

– A co było w liście, o którym pan mówi? – zapytał wreszcie.

– Sam pan powinien wiedzieć. W końcu to pan go napisał – odparł John McCrodden. – Oskarżył mnie pan o zamordowanie Barnaby Pandy’ego.

[...]

Przypisy

[1] Très bon divertissement (fr.) – bardzo dobra rozrywka. [Przypisy bez wskazanego autorstwa pochodzą od redakcji].

[2] Oui (fr.) – tak.

[3] Non (fr.) – nie.

[4] Vraiment (fr.) – naprawdę.

[5] Sirop de menthe (fr.) – likier miętowy.

[6] Mais oui, bien sûr (fr.) – ależ tak, oczywiście.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zagadka trzech czwartych Promień rażenia Zamknięta trumna Błąd w zeznaniach Buźka Inicjały zbrodni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer