Przerwa

Przerwa

Autorzy: Marian Keyes

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 21.36 zł

Wszystko, czego dotyka ta kobieta, przemienia się w wyborną komedię. Cosmopolitan Kiedy Hugh oznajmia, że wyjeżdża na pół roku do Azji Południowo-Wschodniej, Amy nie wie, co ma o tym myśleć. W końcu mąż twierdzi, że wcale jej nie zostawia, potrzebuje tylko przerwy od małżeństwa, dzieci, a przede wszystkim od wspólnego życia. Czy to wszystko jej wina? Hugh mówi, że nie, ale Amy jest pewna, że to ona popełniła jakiś fatalny błąd. Tak czy inaczej, przerwa to jeszcze nie to samo, co zerwanie. A przynajmniej póki co. Minęło wiele lat, odkąd Amy była zdana tylko na siebie, a teraz musi utrzymać swoje trzy nastoletnie córki w ryzach do powrotu męża. W ciągu sześciu miesięcy może się jednak wiele wydarzyć. Czy kiedy Hugh wróci o ile wróci będzie tym samym człowiekiem, za którego wyszła? I czy Amy będzie tą samą kobietą? Bo jeśli Hugh robi sobie przerwę od ich małżeństwa, to ona też może... I zamierza z tego skorzystać. Cudowne i serdeczne poczucie humoru Marian Keyes zawsze bawi mnie już od pierwszych stron powieści. Liane Moriarty Szalenie zabawna, romantyczna i prawie niemożliwa do odłożenia... Keyes świetnie pisze o miłości, żalu, zazdrości i przyjaźni. Daily Mail Jedna z najznakomitszych powieściopisarek z humorem i zrozumieniem prezentująca życie kobiet. Keyes jest w tym coraz lepsza. Alice OKeeffee

Tytuł oryginału:

The Break

Copyright © 2017 by MARIAN KEYES

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz/novo publishing

Redakcja: Magdalena Stec

Korekta: Iwona Wyrwisz, Izabela Sieranc

ISBN: 978-83-8110-741-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Przed

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

W trakcie

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

85

86

87

88

89

90

91

92

93

Po

94

95

96

97

98

99

100

101

102

103

104

105

106

107

108

109

110

111

112

113

114

115

116

117

118

119

120

121

122

123

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Louise Moore, z miłością i wdzięcznością

Przed

1

PIĄTEK, 9 WRZEŚNIA

– Ja i Hugh – mówię – robimy sobie przerwę.

– Taki wyjazd z degustacją wykwintnego jedzenia? – Maura mruży oczy. – Czy wypad w stylu Rihanny? No? – Nie odpuszcza. – Chodzi o wycieczkę z frykasami?

– Nie, to…

– Czyli to jednak wypad w stylu Rihanny? No chyba jaja sobie robisz, bo przecież Rihanna ma… ile? Dwadzieścia dwa lata, a ty…

– Nie mam dwudziestu dwóch. – Muszę ją uciszyć, zanim na głos wypowie mój wiek. Zupełnie nie wiem, jak doszło do tego, że mam czterdzieści cztery lata. Najwyraźniej nie byłam czujna i teraz, kiedy ocknęłam się po czasie, usiłuję zamaskować wszelkie rzeczy, które mogą wskazywać mój wiek. Tu nie chodzi tylko o lęk przed śmiercią albo, co gorsza, lęk przed pojawieniem się drugiego podbródka. Rzecz w tym, że pracuję w branży public relations, dynamicznym, młodzieńczym sektorze, który nie ceni tych „niezbyt młodych” w swoich szeregach. Mam rachunki do zapłacenia, podchodzę do tego praktycznie.

Tak więc unikam wyjawiania swojego wieku, niemal zawsze, w nadziei, że jeśli nie powie się tego głośno, nikt się o tym nie dowie i pozostanę bez określonego wieku aż do końca świata. (Żałuję tylko, że nie przyjęłam takiej postawy, kiedy miałam dwadzieścia siedem lat, ale wtedy tak naprawdę o niczym nie miałam pojęcia).

– Jestem twoją siostrą – mówi Maura. – Starszą od ciebie o siedem lat, więc jeśli mam pięćdziesiąt jeden…

– Jasne – odpowiadam bardzo, bardzo szybko, zagłuszając ją, żeby tylko się zamknęła. – Jasne, jasne. – Maura nigdy nie przejmowała się tym, że się starzeje. Odkąd pamiętam, była już stara, raczej jak bliźniaczka papieża niż jego najstarsze dziecko.

– A więc to „przerwa”, podczas której Hugh wybywa… gdzie?

– Do Azji Południowo-Wschodniej.

– Poważnie? A potem… co?

– Wróci.

– A jeśli nie wróci?

Podzielenie się wieściami z Maurą było najgorszym pomysłem z możliwych, ale ona ma talent do wyciągania prawdy z ludzi. (Nazywamy ją Podtapiaczką). Zawsze wyniucha jakąś historię. Już od pięciu dni podejrzewała, że coś się u mnie dzieje – byłam przekonana, że nic mi nie grozi, jeśli będę unikać jej telefonów, lecz najwyraźniej żyłam złudzeniami, bo to było tylko kwestią czasu, zanim ona pokazała się u mnie w pracy i odmówiła wyjścia, dopóki nie dowie się wszystkiego.

– Słuchaj, nic jeszcze nie jest przesądzone – próbuję. – Może nie pojedzie. – Bo może rzeczywiście tak będzie.

– Nie możesz mu na to pozwolić – oznajmia. – Powiedz mu po prostu, że nie może, i niech to zakończy całą sprawę.

Gdyby to było takie proste. Nie czytała listu Hugh, więc nie wie, jakie on cierpi katusze. Pozwolenie mu na to, by wyjechał, jest moją jedyną szansą na uratowanie małżeństwa. Prawdopodobnie.

– Czy to ma związek ze śmiercią jego ojca?

Potakuję. Ojciec Hugh zmarł jedenaście miesięcy temu i Hugh po tym zamknął się w sobie.

– Myślałam, że gdy minie trochę czasu, wszystko wróci do normy.

– Ale tak nie jest. Jest wręcz przeciwnie. – Nakręca się coraz bardziej. – Pieprzona rodzina! Kiedy te melodramaty się skończą? To przypomina tę dziecięcą grę, w której uderza się młotkiem w figurki wyskakujące co chwilę w innych miejscach. – Napady gniewu Maury są mi znajome i już nie przerażają mnie tak jak dawniej. – Jak tylko jedno się ogarnie, to inne rozwala mu życie. Dlaczego każde z was to chodząca katastrofa, jedna większa od drugiej? – Ma na myśli mnie i moje rodzeństwo. Prawdę powiedziawszy, nie jest z nami tak źle. Cóż, klęski nie zdarzają się u nas częściej niż w pozostałych rodzinach, co znaczy, że dość często coś się rypie, ale tak samo jest u innych, więc w sumie jesteśmy względnie normalni. – To pewnie moja wina – oznajmia. – Byłam kiepskim wzorem?

– Tak.

W rzeczywistości jest najmniej kiepskim wzorem, jaki kiedykolwiek chodził po świecie, ale i tak mnie zdenerwowała. W końcu, biorąc wszystko pod uwagę, należy mi się współczucie.

– Jesteś okrutna! – oburza się. – Spróbuj być małą dziewczynką – ma na myśli siebie – której mama przez wiele miesięcy leży w szpitalu na gruźlicę, kiedy nawet nie było głośno o tej chorobie i wydawało się, że ona już nie istnieje. Małą dziewczynką, która ma czworo młodszego, wiecznie ryczącego rodzeństwa i wielki, zimny dom, który totalnie się sypie, oraz ojca, który nie radzi sobie z tym wszystkim. Owszem, mam nad wyraz rozwinięte poczucie odpowiedzialności, ale…

Znam tę przemowę i mogłabym ją odtworzyć słowo w słowo, uciszenie Maury na tym etapie jest jednak niemożliwe. (Moje rodzeństwo i ja uwielbiamy żartować, że jej mąż, BD – Biedny Drań – wykształcił u siebie spontaniczny mutyzm tuż po ich ślubie i że nikt nie słyszał, by powiedział cokolwiek przez ostatnich dwadzieścia jeden lat. Upieramy się, że ostatnie słowo, jakie padło z jego ust – pobrzmiewające sporymi wątpliwościami – to było „Przyrzekam…?”).

– O co chodzi? – pytam zaskoczona jej antypatią. – Nie zrobiłam niczego złego.

– Na razie – odpowiada. – Na razie!

– Co masz na myśli?

Wygląda na zaskoczoną.

– Jeśli twój mąż „robi sobie przerwę” od waszego małżeństwa – pokazuje palcami cudzysłów – to czy i ty nie masz – kolejny cudzysłów – „przerwy”?

Mija dłuższa chwila, zanim jej słowa do mnie docierają. I wtedy ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu coś się we mnie porusza, jakiś promyk nadziei, i sprawia, że po tych okropnych ostatnich pięciu dniach odczuwam słodką ulgę. W jakimś zakamarku mojej duszy zapala się maleńka iskierka.

– Skoro tak mówisz – odpowiadam powoli – w takim razie chyba i ja mam przerwę.

2

Maura osiągnęła to, po co przyszła, i teraz zbiera swoje rzeczy: solidną brązową aktówkę i kurtkę przeciwdeszczową.

– Mauro, proszę cię. Nie możesz tego powiedzieć reszcie – domagam się.

– Ale oni są twoją rodziną. – Jakim cudem udało jej się powiedzieć to tak, że zabrzmiało jak przekleństwo? – A Hugh od dawna już nie przychodził na piątkowe kolacje. Domyślają się, że coś jest nie tak.

– Mówię poważnie. Dziewczynki o niczym nie wiedzą i to nie może dotrzeć do nich przez głuchy telefon. – Przerywam. Wolno jeszcze w dzisiejszych czasach mówić „głuchy telefon”? Lepiej nie ryzykować. – Nie mogą dowiedzieć się o tym przez przypadek. – Może to nie takie barwne określenie, ale musi wystarczyć.

– Nie powiedziałaś nawet Derry? – W głosie Maury pobrzmiewa zaskoczenie.

Derry to nasza siostra. Jest tylko piętnaście miesięcy starsza ode mnie, jesteśmy sobie bardzo bliskie.

– Słuchaj, może w ogóle do tego nie dojdzie. Może Hugh nie wyjedzie.

Po raz pierwszy na jej twarzy pojawia się współczucie.

– Tkwisz w stanie zaprzeczenia.

– W czymś na pewno tkwię – przyznaję. – Chyba w szoku. – Ale są też wstyd, strach, ból, wina i owszem, zaprzeczenie… wszystko to razem tworzy straszną plątaninę.

– Nadal możesz zająć się dzisiejszą kolacją?

– Tak. – Piątkowa kolacja w domu rodziców to tradycja, którą kultywujemy już od co najmniej dziesięciu lat. Mama nie jest w stanie obsłużyć całej gromady, która pojawia się tam co tydzień: moje rodzeństwo, ich dzieci, ich partnerzy, byli i obecni (o tak, jesteśmy bardzo nowocześni), więc na zmianę zajmujemy się cateringiem tego spotkania. – Jak myślisz, ile osób pojawi się dzisiaj? – pytam.

O’Connellowie są tak szaloną gromadą, że nigdy nie udaje się ustalić dokładnej liczby gości dla celów cateringowych. W każdy piątek esemesy śmigają tam i z powrotem, ludzie potwierdzają obecność, odwołują ją, kolejne osoby są dodawane, potem odejmowane, i tylko jedno jest pewne: ostateczna liczba nie będzie tą, której się spodziewałeś. Ale niezależnie od tego najlepiej być przygotowanym na cały tłum. Nie daj Boże miałoby braknąć jedzenia podczas twojego dyżuru: oni nigdy już nie pozwolą ci o tym zapomnieć.

– Ja – mówi Maura, zaczynając odliczać na palcach. – Ty. Hugh oczywiście nie.

Wzdrygam się.

Delikatne pukanie do drzwi przerywa naszą rozmowę. Pojawia się w nich głowa Thamy.

– Zaraz tu będzie – oznajmia.

– Musisz już iść – mówię Maurze. – Mam spotkanie.

– W piątek po południu? – W głosie Maury pobrzmiewa podejrzliwość. – Kto robi spotkania w piątkowe popołudnie? Ktoś ma kłopoty, prawda?

– Proszę, idź już.

Hatch, maleńka agencja – tylko trzech członków, w tym ja – zajmuje się wszelkimi działaniami PR, między innymi zarządzaniem wizerunkiem. Rehabilitujemy wizerunki polityków, ludzi sportu, aktorów – różnych osób publicznych, które zaznały upokorzenia. Dawniej chodziło zwykle o skandale na tle seksualnym, ale obecnie liczba sposobów okrycia się hańbą stale rośnie. Oskarżenia o rasizm, co jest grubą sprawą, mogą – całkiem słusznie zresztą – przyczynić się do tego, że stracisz pracę. Seksizm, ageizm i dyskryminacja ze względu na tuszę są ryzykowne, tak jak i tyranizowanie innych, kradzież małych przedmiotów, jak na przykład pióro Putina, czy parkowanie na miejscu dla niepełnosprawnych, gdy nie jest się osobą niepełnosprawną.

Rzecz jasna metody publicznego potępienia również się zmieniły: za starych, dobrych czasów ci, którzy coś przeskrobali, żyli w strachu przed pierwszą stroną niedzielnego brukowca. Ale ponieważ w dzisiejszym świecie wszystko można uchwycić telefonem, ludzie boją się, że wieści o ich występku rozejdą się szybko.

– Będzie coś za friko? – pyta Maura, kiedy wraz z Thamy przeganiamy ją przez główne biuro i kierujemy ku wyjściu.

– Daj jej majtki dla osób z problemem nietrzymania moczu – instruuję Thamy.

ZawszeSucha jest jednym z naszych największych klientów i choć brzmi to ponuro, produkty dla osób z problemem nietrzymania moczu to obszar rozwojowy.

– Hej! – mówi Maura. – Nie mam problemu z nietrzymaniem moczu. Nie ma czekolady? Och, Alastair.

Alastair wrócił właśnie z Londynu, wygląda więc szczególnie imponująco w tym swoim garniturze z wyższej półki i śnieżnobiałej koszuli. Obejmuje Maurę srebrzystymi oczami, a potem powoli wyzwala Ten Uśmiech. Jest żałosny.

– Cześć, Mauro – mówi niskim, poufałym głosem.

– Cześć – odpowiada piskliwie i oblewa się rumieńcem.

– Czekolada? – pyta Alastair. – Chwileczkę…

Hatch reprezentuje wytwórcę czekolady, co jest prawdziwą męką, ponieważ przysyłają próbki do biura i czasami to jest po prostu zbyt męczące, żeby się opierać.

Alastair wyjmuje z szafki pudełko czekoladek, a potem jeszcze kilka peelingów do ciała zrobionych z torfu (wiem to). W ramach małego przejawu buntu dokładam do tego zestawu paczkę majtek dla osób nietrzymających moczu.

Thamy prowadzi moją siostrę do schodów, żeby nie wpadła na Panią ZawszeSuchą, która przyjedzie windą. Thamy jest prawdziwym wybawieniem – ta urocza osóbka pochodzi z Brazylii i zajmuje się u nas recepcją, fakturami i przyjmowaniem towaru. Potrafi przekonać nawet najbardziej opornych dłużników, żeby wyskoczyli z kasy, nigdy nie burzy się o robienie kawy i – w przeciwieństwie do wszystkich swoich poprzedniczek – nie jest przygłupia. Wręcz przeciwnie. (Obawiam się używania słowa „przygłup” – zdarzało się już, że na kogoś spadła na Twitterze fala hejtu za mniejsze przewinienia. Przywracanie dobrej sławy ludziom, którzy się skompromitowali, sprawia, że stajesz się wyczulony na takie kwestie).

Alastair i ja kierujemy się do niewielkiej salki konferencyjnej, czyli pomieszczenia, w którym dosłownie chwilę temu Maura wydusiła ze mnie moją smutną tajemnicę. (Siedziba firmy Hatch jest maleńka, bo tylko na tyle nas stać. Weźcie pod uwagę to, że dwa dni w tygodniu pracuję w Londynie, gdzie nie możemy sobie pozwolić na jakąkolwiek przestrzeń biurową).

Nie mam czasu, żeby wyszczotkować włosy, więc pytam Alastaira:

– Dobrze wyglądam?

Kiedy ludzie się dowiadują, że pracuję w firmie public relations, z trudem przychodzi im ukrywanie zdumienia. Kobiety z PR-u zwykle są wysokie, chude, mają blond włosy i zachowują dystans; noszą obcisłe białe garsonki, które opinają ich pozbawione cellulitu tyłki; na ich twarzach widnieją chłodne uśmiechy, a otaczająca je aura jest wręcz lodowata. Przy moim nikczemnym wzroście i z tendencją do zaokrąglania się, której muszę ostro pilnować, zdecydowanie nie wyglądam jak ktoś z ich grona. Jednocześnie tak się składa, że jestem dobra w tym, co robię.

– Rozczochranie może być urocze – stwierdza Alastair. – Sprawia, że stajesz się sympatyczna. Ale… – Zaczyna poprawiać mój kołnierzyk. – …dzisiaj chyba pozwoliłaś sobie na zbyt wielki nieład.

Odsuwam jego dłoń. Zdecydowanie za łatwo przychodzi mu dotykanie kobiet. Niemniej jednak moja sukienka jest pomięta – moje wewnętrzne rozbicie nie może zacząć przejawiać się w wyglądzie zewnętrznym. W głowie robię szybki przegląd możliwych sposobów na poprawę swojego image’u. Prasowanie ubrań do pracy: to byłby dobry, porządny start.

Dźgnięta dziką nadzieją, zaczynam się zastanawiać, czy nie zrobić czegoś magicznego z włosami. Może podetnę je o kilkanaście centymetrów? Ale to byłoby równoznaczne z samookaleczaniem się – moje włosy są dla mnie niemal doskonałe. Może wymagają nieco więcej troski i – według artykułów w kolorowych czasopismach – są odrobinę za długie jak dla kobiety po czterdziestce, lecz to najbardziej olśniewająca rzecz, jaką posiadam.

A co z kolorem? Czy w końcu nadeszła pora, by odejść od ciemnego brązu na rzecz bardziej stosownych dla wieku jaśniejszych odcieni?

Mój fryzjer wygłosił mi znany już wykład na temat tego, jak to z wiekiem kobietom blednie skóra. „Jeśli nadal będziesz farbować włosy na taki ciemny kolor – tłumaczył – będziesz wyglądać, jakby cię zabalsamowano”. „Wiem, co ci wszyscy mędrcy uważają – mówię mu – naprawdę wiem, Lovatt. Ale w tym przypadku mędrcy się mylą. Jestem wyjątkiem. Albo dziwaczką, jeśli wolisz taką wersję”. Nie wolał. Zacisnął usta w wyrazie buntu i zrobił mi na głowie straszny tapir.

– Masz jakieś fajne plany na weekend? – pyta Alastair.

Myślę o planowanej przez Hugh ucieczce. O tym, że trzeba powiedzieć dziewczynkom. I o tym, że to oznacza koniec życia, jakie znałam do tej pory. Wzruszam ramionami.

– Nie bardzo. A ty?

– Kurs. – Wygląda na nieco zmieszanego.

– Kolejny z twoich wypadów w stylu „Poznaj tajemnicę szczęścia w czterdzieści osiem godzin”? Alastair – mówię bezradnie – szukasz czegoś, co nie istnieje.

Wygląda na to, że mój partner w interesach jeden weekend w miesiącu poświęca na „Uzdrawianie ran z dzieciństwa”, „Pustkę w erze nadmiaru” albo coś w tym rodzaju, ale jak dotąd żaden z tych zabiegów nie zadziałał.

– Oto tajemnica szczęścia – mówię. – Pij tak dużo, jak tylko ujdzie ci na sucho. Szalej na zakupach. I jeśli wszystko inne zawiedzie, spędź trzy dni w łóżku, objadając się pączkami. Jak według ciebie reszta z nas sobie radzi?

Zanim Alastair ma szansę się obronić, przychodzi Tim, czyli trzeci partner w firmie Hatch.

Cała nasza trójka – Tim, Alastair i ja – pracowała razem w wielkiej irlandzkiej agencji PR, ale jakieś pięć lat temu nas zwolniono. W ramach swoich nieustannych poszukiwań Alastair udał się do aśramy w Indiach, skąd go wywalono, bo nie przestawał bzykać się z wielbicielkami jogi. Spędziłam kilka lat we freelancerskiej dziczy, a Tim wrócił na studia i zrobił dyplom księgowego. To powinno wam nakreślić trzy różne osobowości, jakie Alastair, Tim i ja wnosimy do firmy.

Założyliśmy naszą małą agencję jakieś dwa i pół roku temu i chybotliwym krokiem przechodzimy z jednego miesiąca w następny, zastanawiając się, czy za kolejne trzydzieści dni będziemy jeszcze funkcjonować. Takie życie jest stresujące. Tak bardzo, że nabawiłam się wrzodów żołądka, a zantac łykam jak tic taki. Moja lekarka (ta sama od dwunastu lat) zaleciła mi wyeliminowanie z życia całego stresu – przytaknęłam jej posłusznie, ale w myślach rzuciłam sarkastycznie: „Serio?”. Potem powiedziała mi, że powinnam pozbyć się kilku kilogramów, i zachciało mi się płakać: ta nadwaga była efektem ubocznym tego, że przestałam palić. I to właśnie sprawiło, że zaczęłam rozważać robienie tych wszystkich złych rzeczy i wczesne zejście z tego świata, lecz wtedy przynajmniej cieszyłabym się życiem.

Oto pojawia się Pani ZawszeSucha, korpulentna i budząca strach, w sukience szytej na miarę, a my zrywamy się na równe nogi i witamy ją ciepło. Maura źle to zrozumiała, kiedy stwierdziła, że popołudniowe spotkanie w piątek wskazuje na kryzys: wtedy właśnie Pani ZawszeSucha życzy sobie otrzymywać miesięczne sprawozdanie z postępów naszej pracy. Mieszka w jakiejś wiosce dalekiej od idylli i jest jej na rękę przyjazd na weekend do Dublina na zakupy.

– Ty. – Wskazuje na mnie.

Cholera. Co ja takiego zrobiłam? Albo czego nie zrobiłam?

– Podobno jesteś matką Neeve Aldin – mówi. – Neeve Aldin z Weź się ogarnij!

– Och? Tak!

– Oglądam jej vlog makijażowy z moją czternastoletnią córką. Megazabawny, obie nieźle się przy tym śmiejemy.

– Cóż… świetnie.

– Wszystko fajnie, ale chyba pójdę z torbami przez kupowanie tych produktów, które ona reklamuje. Może byś ją poprosiła, żeby promowała nieco tańsze marki?

– Spróbuję! – Nie ma najmniejszej szansy na to, żeby Neeve mnie posłuchała.

– Jakim cudem ma inne nazwisko niż ty?

– Jest córką z mojego pierwszego małżeństwa. Nosi nazwisko swojego ojca.

– No i tajemnica się wyjaśniła. Zaczynajmy.

Ruszamy z raportem i Pani ZawszeSucha z zadowoleniem przyjmuje niektóre nasze postępy – wspomniano o nas w serialu Coronation Street.

– Postanowiłam, że potrzebujemy ambasadora – oznajmia. Jej słowa trafiają w ciszę pełną osłupienia. – Potrzeba nam publicznej twarzy marki.

Wiemy, kim jest ambasador, ale nie mamy pojęcia, jak jej przekazać, że raczej nie ma się co łudzić.

– To interesujące… – próbuję grać na zwłokę.

– Nie zagaduj mnie tu – odparowuje.

Alastair będzie musiał to załagodzić – ona go uwielbia.

– Pani Mullen – mówi łagodnie. – Nie będzie łatwo znaleźć osobę skłonną przyznać publicznie, że cierpi na nietrzymanie moczu.

– Potrzebujemy tylko jednej osoby – odpowiada. – Wtedy wszyscy zaczną o nas mówić.

I tu ma rację. Jeszcze nie tak dawno chorowanie na raka utrzymywało się w tajemnicy, nikt też nie przyznawał się do tego, że cierpi na alzheimera.

– Wszyscy cierpią na nietrzymanie moczu! – oznajmia Pani ZawszeSucha. Spogląda na Alastaira i ton jej głosu łagodnieje. – Cóż, może nie pan. Pan jest doskonały.

– Mam więcej mankamentów, niż mogłaby pani sobie wyobrazić. – Alastairowi wydaje się, że jest teraz czarujący, ale ja się z nim zgadzam.

Pani ZawszeSucha przygląda się Timowi.

– Pan też chyba raczej nie ma problemów z moczem.

– Jestem na to za młody – mówi Tim.

– I zbyt sztywniacki.

Wszyscy parskamy niespodziewanym śmiechem. Pani ZawszeSucha jest naszą najważniejszą klientką, lecz trudno jej nie lubić.

Teraz spogląda na mnie.

– Nie mogę powiedzieć, bym borykała się z tym problemem – mówię przepraszającym tonem – choć mój pęcherz z pewnością nie jest już tak sprawny jak dawniej.

– Może jeszcze nie wszyscy cierpią na nietrzymanie moczu – przyznaje Pani ZawszeSucha. – Lecz wkrótce będą. Ponieważ wszyscy żyjemy zbyt długo.

O tym właśnie usiłował przekonać mnie Hugh, kiedy podzielił się ze mną tą straszną nowiną. Maleńki promyk nadziei, który wznieciła wizyta Maury, zostaje gwałtownie zgaszony i znów ogarniają mnie smutek i przerażenie.

3

Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że Hugh cierpi – jego ojciec zmarł, czego właściwie można się było spodziewać, a jego mama nie żyła już od ośmiu lat, więc teraz oficjalnie został sierotą.

Na razie nikt z mojej rodziny nie zmarł, ale dzięki doktorowi Philowi1 wiem, że każdy człowiek inaczej przechodzi żałobę, i jedyne, co mogę zrobić dla Hugh, to po prostu być przy nim. Mimo że przekonywałam go, by się wypłakał, on nie uronił ani jednej łzy. I choć udzieliłam milczącego pozwolenia na nadmierne picie przez jakiś czas, on trwał przy swoich kilku butelkach piwa rzemieślniczego. Zaproponowałam nawet, że wybiorę się z nim na snowboard, chociaż nieco obawiałam się widoku samej siebie w kombinezonie narciarskim.

Starałam się, by jego życie było jak najbardziej pozbawione stresu – co przeważnie polegało na rozładowywaniu napięć między nim a Neeve – i często pytałam: „Chciałbyś porozmawiać?”.

Rozmowa była jednak ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę.

Bzykania też nie za dużo, jeśli już o tym mowa. Może akurat tego nie poruszamy, ale trzeba to powiedzieć. Po śmierci ojca Hugh niewiele czasu spędzał w łóżku. Przesiadywał do późna, urządzał sobie maratony filmów kryminalnych i zawsze wstawał przede mną.

Aż pewnego czwartku w marcu, jakieś cztery czy pięć miesięcy po pogrzebie, obudziłam się nagle koło szóstej rano. Hugh nie było w łóżku, a jego miejsce wydawało się zimne. Mimo że samochód mojego męża nadal stał przed domem, jego samego nigdzie nie było. Niezwykle zaniepokojona zadzwoniłam do niego i kiedy nie odebrał, moja wyobraźnia powędrowała w najmroczniejsze miejsca. Tak wiele się słyszy o samobójstwach popełnianych przez mężczyzn i dzieje się to – pozornie – bez ostrzeżenia.

Cierpienie nie było w stylu Hugh. Z zasady był bardzo opanowany i paradoksalnie to właśnie ta jego stateczność przekonała mnie, że znalazł się w niebezpieczeństwie – przejawiał zbytni stoicyzm, tłumił w sobie emocje.

Ogarnięta paniką narzuciłam na siebie jakieś ubrania i zrobiłam rundkę po Dundrum, szukając męża o świcie.

Marley Park wydawał się oczywistym wyborem – wszystkie te drzewa – ale nikogo tam nie było, więc jeździłam po ulicach w naszej okolicy przez jakąś godzinę, bardzo długą godzinę, aż zadzwonił mój telefon. To był on. Tak bardzo się nakręciłam, że ledwo byłam w stanie uwierzyć, że to jego głos.

– Gdzie jesteś? – spytał.

– A gdzie ty jesteś?

– W domu.

– Zostań tam.

Twierdził, że poszedł się przejść. Uwierzyłam mu, lecz było to wysoce niepokojące. Bieganie – nawet takie w środku nocy – jest całkiem normalne, prawda? Spacer natomiast wydawał się nieco dziwny.

– Martwiłam się o ciebie. Pomyślałam, że mogłeś…

– Nie. Nigdy bym tego nie zrobił.

– Ale ja nie mam pojęcia, co się z tobą dzieje.

– Tak – westchnął. – Ja też nie wiem, co się ze mną dzieje.

– Kochanie, chyba pora, żebyś zasięgnął porady na temat antydepresantów.

– W porządku – odpowiedział po dłuższej chwili.

I wtedy serio ogarnęła mnie panika. Hugh zrobiłby wszystko, żeby uniknąć pójścia do lekarza – jeśliby odpadła mu noga, stwierdziłby pewnie, że to zbędny kawałek ciała, nawet gdyby przyszło mu skakać na drugiej, żeby się nie przewrócić.

A jednak wybrał się na wizytę i przepisano mu seroxat. (Wiedziałam, że to antydepresant dla początkujących – w moim życiu, czyli kobiety pochodzącej z klasy średniej, przewijało się wiele osób biorących takie leki lub znających kogoś, kto je zażywa).

Mimo że zaczął brać te tabletki, nadal regularnie znikał w środku nocy, a kiedy powiedziałam o tym mojej siostrze Derry, ona odparła: „Chyba nie odwiedza w tym czasie jakiejś kobiety?”.

To jasne, że ta myśl przyszła mi do głowy, instynkt podpowiadał mi jednak, że cokolwiek kotłowało się w Hugh, nie chodziło w tym o ponadprogramowe bzykanko.

Przekonałam go więc do kolejnej rozmowy i zasugerowałam, że powinien udać się do terapeuty, który specjalizuje się w pomaganiu osobom przechodzącym żałobę.

– A co to miałoby dać? – spytał z martwym wzrokiem.

Nie znałam odpowiedzi na to pytanie. Nie miałam zielonego pojęcia o szczegółach sesji terapeutycznych. Ale…

– Wielu ludziom pogrążonym w żałobie takie sesje pomagają.

– Ile to kosztuje?

– Mogę się dowiedzieć.

– Ile razy musiałbym tam pójść?

– Pewnie są różne opcje.

– Myślisz, że to mi pomoże?

– Cóż, ludziom pomaga. Dlaczego w twoim przypadku miałoby być inaczej?

– W porządku. – Westchnął ciężko. – Może powinienem to zrobić. – Po czym dodał: – Nie mogę tak dalej funkcjonować.

To mnie przeraziło.

– Co masz na myśli, kochanie?

– Po prostu… nie mogę tak dalej żyć.

– To znaczy jak?

– Wszystko wydaje się bezsensowne.

– Powiedz mi, proszę.

Pokręcił głową.

– Tu nie ma nic do mówienia. Po prostu wszystko wydaje się pozbawione sensu.

Wiedziałam, że nie ma co przekonywać go, że nie wszystko jest bez sensu. Ale przyglądanie się jego cierpieniu i niemożność dotarcia do niego były okrutnie frustrujące. My, którzy byliśmy przecież tak blisko ze sobą związani, teraz oddaliliśmy się od siebie o całe lata świetlne.

Alastair był moim źródłem wszelkich porad związanych z rozwojem emocjonalnym. Dał mi nazwisko terapeutki, która specjalizowała się w pomocy osobom przechodzącym żałobę. „Jest droga” – ostrzegł mnie. Ale to mnie nie obchodziło. Każde pieniądze były tego warte, jeśli miało to wyrwać Hugh z jego bolesnej apatii.

– Jak było? – spytałam po pierwszej sesji.

– Nie wiem – odpowiedział z twarzą pozbawioną wyrazu.

– Pójdziesz tam znowu?

– Tak. W przyszłym tygodniu. Terapeutka mówi, że mam przeznaczyć na to dziesięć tygodni.

– W porządku. Dobrze. Wspaniale, Hugh. Świetna robota.

Gapił się na mnie, jakby nie wiedział, kim jestem.

Tak więc przez kilka czwartków z rzędu Hugh chodził do terapeutki. Starałam się nie wypytywać go o to, ale zawsze rzucałam lekko:

– Jak było?

Zwykle wzruszał ramionami i wydawał jakieś wymijające dźwięki, ale pod koniec terapii powiedział płaskim głosem:

– To chyba nie działa.

To mnie przybiło, lecz zmusiłam się do pogodnego tonu.

– Daj temu trochę czasu – powiedziałam.

Pozytywnie nastrajała mnie nadzieja, że kiedy przeżyjemy już pierwszą rocznicę śmierci ojca Hugh, może będzie mu lepiej.

Wtedy wydarzyła się najbardziej przerażająca rzecz: zmarł przyjaciel Hugh, człowiek, którego mój mąż znał, odkąd skończył pięć lat. Okoliczności śmierci były wyjątkowo okropne: Gavina użądliła osa i doznał szoku anafilaktycznego. Nikt nie miał pojęcia, że był uczulony na jad os – cała ta sytuacja spadła na nas niczym grom z jasnego nieba.

Było mi żal żony Gavina, jego dzieci, rodziców oraz rodzeństwa, ale – za co było mi wstyd – bardziej martwiłam się o Hugh. Wiedziałam, że to mocno go dotknie. Wszelka poprawa, jaką być może osiągnął przez te wszystkie miesiące od śmierci ojca, teraz z pewnością ulegnie zniweczeniu.

Nie myliłam się. Hugh od razu porzucił sesje terapeutyczne i wychodził z pokoju, kiedy tylko poruszałam ten temat. Zaczął ulatniać się z pracy i godzinami oglądał filmy na Netflixie. Przestał spotykać się z przyjaciółmi, wycofał się z wszelkich imprez rodzinnych i prawie w ogóle się nie odzywał.

W lipcu pojechaliśmy wraz z dziewczynkami na wakacje na Sardynię – żywiłam rozpaczliwą nadzieję, że promienie słoneczne wpłyną na męża uzdrawiająco. Ale on siedział tylko w milczeniu i wpatrywał się w morze, podczas gdy reszta z nas z obawą stąpała wokół niego na paluszkach.

Kiedy wróciliśmy do domu, ku mojej niemałej rozpaczy dotarło do mnie, że jedyne, co mogę zrobić, to przeczekać wszystko, a zapowiadało się, że to może potrwać.

Jednakże jakieś trzy tygodnie temu zaproszono nas na drinka – to były czyjeś urodziny – i Hugh niespodziewanie zgodził się pójść. Serce podskoczyło mi z nadzieją, a ciągły ucisk, który czułam w brzuchu, nieco zelżał.

Ale jak tylko tam dotarliśmy, dopadła nas moja największa (nie)przyjaciółka, Genevieve Payne.

– Hugh! Kogo my tu widzimy… – Zaczęła głaskać jego ramię. – Jakież ten facet ma oczy! – zachwycała się. – Takie niebieskie! Takie seksowne! Wiesz, Amy, gdyby Hugh był moim mężem, nie wypuszczałabym go w ogóle z łóżka.

Zawsze tak dokazywała w jego towarzystwie. Z moich ust wyszło: „Ha, ha, ha”, ale moje oczy mówiły „Mogę rąbnąć cię siekierą w głowę?”.

Dawniej Hugh przyjmował jej zainteresowanie z milczącym spokojem – nie zbywał jej, ale też jej nie zwodził. Był po prostu uprzejmy. Wiedział, jak bardzo zastraszała mnie jej zmysłowa pewność siebie.

Tym razem jednak obrócił się i uśmiechnął do niej – nie widziałam, by się uśmiechał w ciągu tego ostatniego roku. Genevieve zarumieniła się, właściwie to wyglądała na zawstydzoną, a mnie w środku przepełniły chłód i lęk.

Kiedy jechaliśmy do domu, powiedziałam:

– Możesz mieć romans z kimkolwiek chcesz na całym świecie, poza Genevieve Payne.

Zawsze gdy to mówiłam – a robiłam tak za każdym razem, kiedy ją widziałam – Hugh odpowiadał: „Kochanie, nigdy nie będę miał z nikim romansu”. Ale tym razem rzucił jedynie:

– W porządku. – Żadnego „kochanie”. I tylko „w porządku”.

Otwarłam usta, lecz potem pomyślałam: Nie, odpuść sobie.

Przeskakujemy do poprzedniej soboty wieczorem, kiedy byliśmy sami w domu. Hugh siedział w kuchni i od kilku godzin stukał zawzięcie na swoim iPadzie. Rzuciłam okiem ponad jego ramieniem i zobaczyłam, że coś tam podlicza. Nie uznałam tego za nic szczególnego, lecz gdy znów po jakimś czasie pojawiłam się w kuchni, on nadal się tym zajmował.

– Co robisz?

Zawahał się i sposób, w jaki to zrobił, sprawił, że zakłuło mnie z niepokoju w trzewiach.

– Sprawdzam nasze finanse – odpowiedział.

Przyglądałam mu się w ciszy przez dłuższą chwilę. To było bez sensu. Dopiero co przed dwoma miesiącami nasze kiepskie finanse doznały znaczącej poprawy, kiedy w końcu udało się sprzedać dom jego ojca. Dochód z tej transakcji został podzielony między Hugh oraz jego trzech braci. Po tym jak odliczyliśmy kwoty potrzebne na czesne za szkoły Sofie i Kiary, aparat na zęby dla Kiary, naprawiliśmy felerny system alarmowy w domu, ogarnęliśmy przeciekający sufit w pokoju Neeve, polecieliśmy na wakacje na Sardynię i spłaciliśmy karty kredytowe, pozostała kwota może starczyłaby nam na zakup połowy samochodu. (Takiego średniej klasy, nie mam na myśli niczego bajeranckiego).

Jako że nigdy wcześniej nie zaznaliśmy równowagi finansowej, ta niespotykana sytuacja, gdy nie musimy się martwić, czy naszej karty nie odrzuci przy każdej transakcji, napawała radością. Posiadanie prawdziwej gotówki, którą można dysponować, sprawiło, że niemal zwariowałam ze szczęścia. Zaczęłam używać słowa „oszczędności”, mimo że dotąd było to dla mnie niezwykle irytujące hasło.

Miałam wielkie plany związane z tymi oszczędnościami i przygotowałam długą listę życzeń: wymiana naszego nieprzewidywalnego bojlera, zakup tak bardzo już potrzebnej nowej kanapy, spłacenie choć niewielkiej części kredytu czy nawet – to było ukryte, desperackie pragnienie – wysłanie Hugh i mnie na jakieś skromne wakacje, tylko we dwójkę, w nadziei na to, że jakoś ponownie zbliżymy się do siebie.

Nic nie wyjaśniało długich obliczeń, które Hugh robił przez cały wieczór, i mogłabym zażądać wyjaśnień, ale coś – strach? – podpowiedziało mi, żebym odpuściła.

Następnego wieczoru, gdy dziewczynki poszły już spać, oznajmił:

– Musimy porozmawiać.

Tego zdania nikt z nas nigdy nie chce usłyszeć. Zważywszy jednak na to, że w ciągu całego minionego roku Hugh skierował do mnie zaledwie kilka słów, byłam zaintrygowana.

Podał mi kieliszek z winem.

– Możemy usiąść przy stole kuchennym?

Rozmowa, przed którą muszę być zmiękczona alkoholem? Rozmowa, podczas której mamy siedzieć twarzą w twarz?

Zrobiłam solidny łyk wina, poszłam do kuchni, usiadłam przy stole i znów golnęłam sobie wina.

– Dajesz.

Hugh tkwił naprzeciw mnie ze spuszczonym wzrokiem, jakby tajemnice tego świata były zapisane na drewnianym blacie.

– Kocham cię. – Rzucił mi spojrzenie, a jego oczy przepełniała szczerość. Po czym wrócił do studiowania powierzchni naszego stołu. – Chcę pozostać twoim mężem.

Dobre słowa, tak, ładne, właściwe słowa. Lecz nawet największy idiota zauważy, że wielkie „ale” wisi nad nami niczym betonowy blok.

– Ale? – podpowiedziałam.

Jego dłoń zacisnęła się na butelce piwa i minęła dłuższa chwila, zanim się odezwał.

– Potrzebuję przerwy.

Niedobrze. Bardzo, bardzo niedobrze.

– Możesz na mnie spojrzeć? – Jeśli będę widzieć jego twarz, może uda mi się to zatrzymać.

– Przykro mi. – Usiadł prosto i widok jego twarzy, tak bardzo teraz wyraźny, był dla mnie w pewnym sensie zaskoczeniem, bo gdy jesteś z kimś od dłuższego czasu, rzadko kiedy zaprzątasz sobie głowę przyglądaniem się mu dokładnie. Wydaje się wyczerpany, pomyślałam. – Nie wyrażam się jasno. – Jego głos brzmiał żałośnie. – Spisałem to w liście. Mogę ci go pokazać? – Przesunął iPada po stole.

Mój Aniele,

kocham Cię. Zawsze będę Cię kochał. Chcę, żebyśmy byli razem.

Ale pragnę czegoś innego. Potrzebuję czegoś więcej.

Sądzę, że to z powodu taty, a potem Gavina. Jestem w stanie myśleć tylko o daremności życia; dostajemy jedną szansę, nie trwa ona zbyt długo, a potem umieramy. Mam wrażenie, że nie zrobiłem ze swoim życiem tego, co powinienem. Że nie zrobiłem wystarczająco dużo dla siebie. Kocham Neeve, Sofie i Kiarę całym swoim sercem, ale czuję, że poświęciłem zbyt wiele, stawiając nasze córki ponad sobą. Potrzebuję czasu, kiedy to siebie postawię na pierwszym miejscu.

Gdy to piszę, brzmi to bardzo egoistycznie, i mam świadomość, że są tacy, którzy wiodą straszne życie, od którego nie mogą uciec. Ty też z pewnością czujesz, że Twój czas ciągle zajmują inni ludzie, a sama jesteś ostatnia na liście osób, którym możesz poświęcić uwagę. Lecz ja mam wrażenie, jakby grzebano mnie żywcem, i prędzej czy później wybuchnę, jeśli czegoś nie zmienię. To mnie niszczy i nie mogę już funkcjonować tak dalej.

Wiem, że to Cię zaboli, i nienawidzę się za to, ale nie mogę powstrzymać swoich myśli. Chcę zostać ze względu na Ciebie, lecz muszę wyjechać dla siebie samego. Jestem rozdarty, utknąłem w pułapce.

Owszem, przeżywam kryzys wieku średniego, ale nie potrzeba mi sportowego samochodu. Chcę tylko odrobiny wolności. Naprawdę uważam, że na dłuższą metę będzie to dla nas najlepsze rozwiązanie.

Chcę, żebyśmy zestarzeli się razem. Chcę być z Tobą aż do końca.

Tu nie chodzi tylko o seks. Wiem, że będziesz się zamartwiać, ale to nie seks jest przyczyną.

I to nie jest tchórzowski sposób na powiedzenie, że pragnę naszego rozstania. Kocham Cię, kocham nasze wspólne życie, zawsze będę Cię kochał i obiecuję, że wrócę za pół roku.

Hugh

Jezu Chryste. Jezu Chryste.

Dobrze, że siedzę, bo zakręciło mi się w głowie. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, a ja patrzyłam na niego, jakby był kimś obcym.

– Amy?

– Ja… Boże, nie wiem, co mam zrobić…

– To poważna sprawa, wiem – odpowiedział. – Przykro mi, Amy. Ogromnie mi przykro. Nie mogę ścierpieć, że ci to robię. Nie chcę się tak czuć. Próbowałem to zatrzymać, ale to ciągle do mnie wraca.

Przyjrzałam się tym słowom ponownie i okazały się jeszcze bardziej druzgocące za drugim razem: rozdarty… w pułapce… jakby grzebano mnie żywcem… pół roku… wolność…

Obnażenie się ze swoim wewnętrznym konfliktem musiało być dla Hugh przerażające – był w okropnym stanie. To, że chciał sześciu miesięcy wolności, nie było kaprysem, lecz wnioskiem, do którego doszedł po bolesnym namyśle.

Nie może wyjechać – to nie ulegało wątpliwości – ale potrzebowałam informacji, żebym mogła sobie z tym poradzić.

– Gdzie zamierzasz to zrealizować? – zapytałam zdławionym głosem.

– Azja Południowo-Wschodnia. Tajlandia, Wietnam, tamte rejony. Chcę podróżować z plecakiem. Chcę nauczyć się nurkować z aparatem tlenowym.

Stopień szczegółowości tych informacji wywołał u mnie ponowne zawroty głowy. Przez cały ten czas, kiedy snuł się tu jak milczący duch i kiedy ja troskliwie pytałam, czy chce porozmawiać, on knuł plan swojej ucieczki.

Podróżowanie z plecakiem? Ma czterdzieści sześć lat, a nie dziewiętnaście.

Mimo wszystko. Wielu ludzi w średnim wieku rezygnowało ze swojego uporządkowanego życia, by ponownie przeżyć okres nastoletniości. Głowa siwieje, dupa szaleje, czy coś w tym stylu. Nie żeby Hugh w ogóle siwiał: jego broda i bujna czupryna były ciemnobrązowe, zero siwych włosów. Był wysoki i wysportowany i kiedy nie targały nim żadne udręki, wyglądał bardzo młodo. Mógłby cieszyć się ogromnym powodzeniem na imprezach na plaży w blasku księżyca.

– A co z twoją pracą?

– Rozmawiałem już na ten temat z Carlem. – Carl to jego brat. Są współwłaścicielami studia nagrań, gdzie Hugh pracuje jako dźwiękowiec. – Mówi, że moje obowiązki mogą przejąć freelancerzy.

– Powiedziałeś o tym Carlowi? – Zanim oznajmił to mnie. Wzięłam kolejny haust wina. – Więc nie będziesz zarabiać żadnych pieniędzy przez pół roku?

A co z kredytem, ubezpieczeniami, codziennymi wydatkami dziewczynek i wszelkimi niewielkimi opłatami, które w sumie wynoszą całkiem sporo?

Teraz wyglądał na naprawdę zawstydzonego.

– Przykro mi, kochanie, ale pieniądze, które zostały ze sprzedaży domu taty, pokryją te koszty.

Bardziej już chyba nie mógł mnie zszokować. Czyli koniec z oszczędnościami.

– Kiedy zamierzasz wyjechać? – Zostało mi kilka tygodni albo miesięcy, żeby nakłonić go do zmiany zdania?

– Za jakiś tydzień lub dziesięć dni.

Jezu Chryste.

– Chyba nie powiesz, że… kupiłeś już bilet?

– Sprawdzałem loty.

– Boże, Hugh…

– Przepraszam. – Ku mojemu zaskoczeniu jego twarz wykrzywił grymas i Hugh zaczął płakać. Były to pierwsze łzy, które widziałam u niego od śmierci jego ojca.

– Najdroższy… – Przysunęłam się i wzięłam go w ramiona.

– Kiedy zobaczyłem tatę leżącego w tej drewnianej skrzynce… – mówił, drżąc w moich objęciach – …wszystkie te rzeczy, które pragnął zrobić i nie będzie mu to już dane, uderzyło mnie…

Musiałam zaczekać, aż wypłacze swój ból, zanim zadam następne pytanie. W końcu otarł oczy rękawem bluzy.

– Przepraszam – wymamrotał.

– Hugh? – Z niepokoju aż zabrakło mi tchu. – Kiedy napisałeś, że nie chodzi tylko o seks… Miałeś na myśli to, że w pewien sposób chodzi jednak o seks, prawda?

Nadal miałam nadzieję, że źle to zrozumiałam, chociaż czułam w kościach, że tak nie było.

Wymieniliśmy spojrzenia i odniosłam wrażenie, że cały nasz związek mignął między nami: obietnice, zaufanie, splątane emocje, niepodważalna jedność – a teraz miał nastąpić jakiś okropny rozpad, na skutek którego mój mąż miałby ruszyć własną drogą.

Pokręcił głową.

– To nie o to chodzi.

– Ale też tego nie wykluczasz?

Przyglądał się swoim dłoniom przez dłuższą chwilę.

– Amy, kocham cię. Wrócę do ciebie. Ale jeśli to się wydarzy… wtedy tak.

Kuuurwa…

Chwycił swoje piwo tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie.

– Przez te sześć miesięcy to będzie tak, jak… – przerwał, a po chwili wypalił – …jakbyśmy nie byli małżeństwem.

Ogarnęło mnie przerażenie. Ponieważ już kiedyś coś takiego mnie spotkało – zostawił mnie mąż – i była to najgorsza rzecz, jaką przeżyłam… Było to tak straszne, że chcąc uchronić się przed powtórką, przez pół dekady unikałam poważniejszych relacji z jakimkolwiek mężczyzną. I kiedy po pięciu latach od momentu, gdy Richie zwiał, coś cudnego zaiskrzyło między mną i Hugh, byłam śmiertelnie przestraszona.

Minęło kilka miesięcy, zanim zdołałam przekonać samą siebie, żeby dać mu szansę, i to tylko dlatego, że spędziłam ten okres surowego wyparcia na obserwowaniu Hugh i sprawdzaniu w taki sposób, w jaki kupujący konia sprawdza potencjalny nabytek, podnosząc kopyta wierzchowca i zaglądając mu w zęby.

Rzeczą, której szukałam, była wizja trwałości. Nie potrzebowałam uwodziciela. Nie pragnęłam mężczyzny, który zmienia zdanie. I nie chciałam takiego, który mógłby mnie zostawić. Bo to nie mogło się znów wydarzyć.

A mimo to tak właśnie się dzieje – powtórka z rozrywki.

Chyba czytał w moich myślach.

– To tylko sześć miesięcy, Amy – powiedział. – To nie jest na zawsze.

– Tak, ale…

– Wrócę. Na pewno wrócę.

Nie może być tego pewny. Nie da się wcisnąć pasty do zębów z powrotem do tubki.

Ale mógł zrobić to w sposób, w jaki zwykle załatwiają to mężczyźni: podstępnie, nieuczciwie, kombinując z dwoma telefonami komórkowymi. Mógł pocisnąć kłamstwo, że wyjeżdża na jakąś nużącą konferencję, podczas gdy tak naprawdę leciałby do San Sebastián na weekendową balangę z bzykankiem.

Przynajmniej był szczery. Czy to poprawiało sytuację? Nie jestem tego pewna.

Sięgnęłam po kieliszek i dopiłam wino.

– Nalejesz mi wódki? – zapytałam.

– Jasne. – Podskoczył ze swojego miejsca, wina i ulga dodały mu wigoru.

To boli za bardzo. Muszę się upić.

Ocknęłam się o ponurej porze jeszcze przed świtem. Byłam w łóżku i nie pamiętałam, jak się tam dostałam. Wydarzyło się coś katastroficznego – uczucia dotarły do mnie, zanim dopadły mnie fakty. Wtedy sobie przypomniałam: Hugh chciał wyjechać na sześć miesięcy świadomego spuszczenia ze smyczy.

Pół roku. To bardzo długo. Ludzie mogą się zmienić przez sześć miesięcy – zwłaszcza jeśli spotykają sporo nowych osób. Nagła wizja Hugh pieprzącego jakąś dziewczynę o prężnym ciele z ładnymi tatuażami i falistymi włosami sprawiła, że miałam wrażenie, jakbym obudziła się w koszmarze.

Czy w tym chodziło po prostu o seks? Twierdził, że nie, ale nagle ogarnęło mnie przekonanie, że to była moja wina – powinnam bardziej się w tej kwestii starać. Ogólnie rzecz biorąc, jak już uprawiam seks, to nawet mi się to podoba, ale wstydliwa prawda jest taka, że przez ostatnich kilka lat nie miałabym nic przeciwko, gdybym już nigdy więcej nie musiała tego robić.

Bałam się, że stanę się banalna, choć już od dawna taka byłam. Co jakieś cztery tygodnie dawałam z siebie wszystko i usiłowałam oszukać samą siebie, że Hugh nie zauważa mojego braku entuzjazmu.

Jednakże ostatnim razem, gdy do tego doszło – a było to całe wieki temu – Hugh powiedział: „Odbębniłaś swój obowiązek na kolejny miesiąc”. Zaśmiał się z wymuszeniem, sekundę za późno. (Nie zdołałam znaleźć na to odpowiednich słów, kiedy on zwiał w pasywno-agresywny sposób).

Może gdybyśmy wtedy odbyli porządną i szczerą rozmowę, udałoby nam się zapobiec bieżącej sytuacji, ale najwyraźniej oboje wiedzieliśmy, że stawka jest zbyt wysoka.

Spanikowana szturchnęłam jego śpiące ciało.

– Obudź się, Hugh, proszę. Moglibyśmy częściej uprawiać seks. – W głowie robiłam szybki przegląd pomysłów na to, w jaki sposób przekonać go, by został: mogłabym przebierać się w niegrzeczne fatałaszki, może filmować nasze bzykanko… Nagle osłupiałam, kiedy dotarło do mnie, że nie robiłam sobie nagich fotek – podejrzewam, że spodobałyby mu się, bo kiedykolwiek wynikała jakaś afera z roznegliżowanymi zdjęciami celebrytów, atmosfera między nami się rozgrzewała.

Nie można rzecz jasna powiedzieć, że nie ostrzegano mnie przez ryzykiem stagnacji w wieloletnim związku – eksperci piszą o tym od zawsze. Niedawno przeczytałam tekst autorstwa jakiegoś amerykańskiego terapeuty dla par, który twierdzi, że dla podtrzymania iskry w związku – cytuję – „osoby te mają być nawzajem swoimi dziwkami”. Napisał całą książkę na ten temat i nawet przez krótką chwilę rozważałam jej zakup, ale potem pomyślałam: Nie. Nie będę niczyją dziwką.

Teraz żałuję, że nie kupiłam tego cholernego poradnika.

Jednakże, wraz z tymi myślami, donośny głos gdzieś we mnie upierał się, że żadna kobieta nie powinna robić czegoś, na co nie ma ochoty, tylko po to, by zatrzymać przy sobie mężczyznę. Lecz może gdybym spróbowała tych rzeczy, spodobałyby mi się…

– Obudź się! – Potrząsnęłam nim, a potem poszukałam pstryczka i światło zalało pokój.

Och, dlaczego nie byłam bardziej śmiała? Na miłość boską, przecież strzelenie fotki swojej cipce nie było chyba takie trudne.

Nieśmiałość powstrzymała mnie przed zrobieniem tego. I zalęgło się teraz we mnie coś jeszcze: niewygodne podejrzenie, że nasze potrzeby seksualne różniły się od siebie. W niezliczonych kwestiach Hugh i ja byliśmy zbieżni – czasami odnosiłam wrażenie, jakbyśmy mieli ten sam mózg, a poczucie posiadania prawie bliźniaka było ogromną pociechą. Poza kwestią seksu. Gdzieś głęboko we mnie tkwiło podejrzenie, że Hugh pragnął innych rzeczy niż ja. To nigdy nie zostało zwerbalizowane – bałam się, że jeśli do tego dojdzie, on stanie się dla mnie kimś obcym.

Lecz zamiast tego nastąpiło to… i było o wiele gorsze.

– Nie śpisz? – zapytałam.

– Nieee… – Zamrugał i spróbował usiąść.

– Czy to prawda? Czy to dzieje się naprawdę?

– Przepraszam. – Próbował mnie dotknąć.

Odepchnęłam go.

– Moglibyśmy częściej uprawiać seks. – Mój głos zabrzmiał piskliwie i desperacko.

– Kochanie – powiedział delikatnie. – Tu nie chodzi o seks.

Poczułam przypływ nadziei i zmusiłam się, by spytać:

– Ale nie wykluczasz seksu z innymi?

Skinął głową.

Ogarnęła mnie rozpacz, a po niej szybko obrzydzenie do samej siebie: byłam za stara, zbyt krągła i kiepska w łóżku.

– To przez to, że jestem grubasem? – zapytałam.

Roześmiał się – prawdziwy śmiech, którego już dawno u niego nie słyszałam.

– Nie. I wcale taka nie jesteś.

– Jestem – odparłam. – Troszkę. To przez to, że rzuciłam palenie.

– Tu nie chodzi o ciebie, tylko o mnie. Sam nie mogę uwierzyć, że to mówię.

– Jeśli nie chodzi o seks, to czego tak właściwie pragniesz? Może jednak będę w stanie ci to dać.

Zamknął oczy i po chwili otworzył je ponownie.

– Chyba nadziei. W każdym razie czegoś w tym stylu. Może ekscytacji. Możliwości.

Dobra. Przełknęłam ślinę. Nadzieja. Ekscytacja. Możliwości. Wszystko to znałam.

– Nowości? – podsunęłam. – Świeżości? Szansy na bycie kimś innym, na bycie lepszą wersją samego siebie?

Wyglądał na nieco zaskoczonego.

– Tak. Właśnie tego.

Cóż, nowości i świeżości raczej mu nie zapewnię.

– A co z dziewczynkami? – rzuciłam.

– Mogę powiedzieć im o tym jutro.

Już było jutro.

– Nie. – Poinformowanie o tym dziewczynek sprawiłoby, że to stanie się faktem. Tak długo, jak wiemy o tym tylko on i ja (no i Carl), istniała jeszcze szansa na to, że Hugh zmieni zdanie. – Kiara ma dopiero szesnaście lat. Kto się nią zajmie, kiedy mnie nie ma? Nocuję w Londynie co wtorek.

– Sama może się sobą zająć – odparł Hugh. – Jest bardziej stabilna emocjonalnie niż ty czy ja. Albo Neeve może przejąć tu dowodzenie.

Spróbowałam ponownie.

– Szesnaście lat to trudny okres i ojciec dziewczyny nie powinien znikać w tym czasie na pół roku.

– Kiara ma starą duszę i jest najbardziej zrównoważonym dzieciakiem, jakiego można spotkać.

– Rzecz w tym, że… – Zamierzałam wyjaśnić, że zniknięcie Hugh może to wszystko zmienić, ale wtedy zrozumiałam, że to bez różnicy: Hugh zrobi, co postanowił, niezależnie od tego, co powiem. Zalała mnie fala cierpienia. – Nie rób tego, proszę. – Chwyciłam jego dłoń.

– Przykro mi, Amy. Muszę.

– A co, jeśli ci zabronię?

Odwrócił wzrok ode mnie, a jego milczenie powiedziało mi wszystko: i tak wyjedzie.

4

Ruszam w drogę do domu mamy i taty w Shankill – kiedy dorastałam, okolica ta była tak właściwie na wsi, ale teraz południowe przedmieścia Dublina rozlały się i ją pochłonęły, i przez to w piątkowy wieczór panuje tam duży ruch. Mimo że jest wczesny wrzesień, pogoda jest słoneczna, więc ludzie pewnie jadą w stronę wybrzeża, żeby skorzystać z ostatnich promieni lata.

Kiedy powoli posuwam się do przodu, dzwoni mój telefon. To Dominik, opiekun taty zatrudniony na pół etatu. Bardzo długo Maura nawet nie chciała słyszeć o jakiejkolwiek opiece dla taty. Ale mama ma na głowie liczne wizyty w szpitalu w związku z własnymi schorzeniami i gdy tata zostawał sam, mógł zalać łazienkę albo rozdać biżuterię żony obcym ludziom, którzy zapukaliby do drzwi. Pewnego razu po powrocie z miasta mama natknęła się na trzech mężczyzn – zachęcanych głośno przez tatę: „No dalej, chłopaki, teraz już ją macie” – którzy wyszarpywali jej pralkę z domu i targali ją do vana.

Ciągnięcie ze sobą ojca na wizyty w szpitalu nie miało też sensu, bo często zdarzało się, że tata zagadywał pielęgniarkę słowami: „Wyglądasz jak młoda Rosemary West. Ile ciał pochowałaś w swojej piwnicy?”.

Tak więc pięć miesięcy temu mama wykazała się – o dziwo – pewnym rozsądkiem i zgłosiła się do instytucji Camellia Care.

– Cześć, Dominiku. – Ciekawe, dlaczego dzwoni. Może tata znów rzucił swoją kolacją w ścianę. Lecz to raczej nie byłoby nic nowego.

– Amy, twoja mama się spóźnia, a ja muszę iść do następnej pracy. – Dominik jest niezwykle rozchwytywany. W świecie opiekunów ludzi z demencją jest niczym Kate Moss.

Rzecz w tym, że tata – co stanowi wręcz jego sposób na życie – to trudny pacjent i często oskarża swoich opiekunów o to, że są seryjnymi zabójcami. Mimo że ci ludzie przywykli do przedziwnych obelg ze strony pacjentów z demencją, tata potrafi szybko ich wykończyć. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy przewinęło się u nas sporo osób. Dominik, który ponad dwadzieścia lat spędził w czeskiej armii, jest jedynym wystarczająco silnym opiekunem, który potrafi sobie poradzić z tatą, i dlatego nie możemy mu podpaść.

– Jestem pewna, że będzie w domu za kilka minut. Na mamie można polegać.

– Spóźnia się już dwie godziny.

– Dwie godziny?! Dzwoniłeś na jej komórkę?

– Oczywiście, że tak, ale zostawiła ją na komodzie w kuchni.

– Gdzie ona poszła? – Mama nie wychodzi nigdzie, no chyba że na wizytę w szpitalu. – O której wyszła? – Nachodzą mnie straszne wizje, w których leży na chodniku, wokół gromadzą się zatroskani ludzie i usiłują ustalić jej tożsamość, a ona, nie do końca przytomna, nie potrafi udzielić im odpowiedzi.

– W południe.

– Co?! Ale to było sześć godzin temu!

– Znam się na zegarku, Amy. A twój ojciec mówi, że jestem gorszy niż Rozpruwacz z Yorkshire. Od sześciu godzin muszę go wysłuchiwać.

– Dominiku, do którego szpitala poszła? Gdzie…

– Nie ma dzisiaj żadnej wizyty w szpitalu. Poszła na jakiś elegancki lunch…

– Co?! Na jaki lunch?

– …w jakimś luksusowym hotelu. Powiedziała, że idzie w tango.

– Nie, ona nigdy by tak nie powiedziała!

– Twierdzisz, że kłamię? „Dominiku, zamierzam dobrze się bawić i idę w tango”. Tych właśnie słów użyła.

To jest bardzo mało prawdopodobne, ale muszę dowiedzieć się więcej, zanim wyciągnę jakieś wnioski.

– Będę za dziesięć minut. – To raczej będzie dwadzieścia pięć minut. Jestem nałogowym kłamcą, jeśli chodzi o mój przewidywany czas przybycia; po prostu nigdy nie starcza mi na nic czasu.

– Muszę już wyjść – oznajmia Dominik.

– Dobra, zaraz tam do ciebie kogoś wyślę.

Do kogo mam zadzwonić? Przy niewielkim prawdopodobieństwie, że Dominik niczego nie pokręcił, nie chcę wpakować mamy w kłopoty, więc nie mogę angażować w to Maury. Zamiast tego dzwonię do Derry.

– Dasz radę dotrzeć do mamy i taty w ciągu najbliższych dziesięciu minut? – pytam. – Mama gdzieś zniknęła, a Dominik musi już iść.

– I dlatego dzwonisz do ich niezamężnej córki? – pyta siostra. – Biedna stara panna Derry. Nie ma mężczyzny, nie ma żadnego życia, nadaje się tylko do opieki nad rodzicami w podeszłym wieku. Cóż, czasy się zmieniły i…

– Zrobisz to czy mam dzwonić do Joego?

– Jutro lecę do Kapsztadu. Całe szczęście, że nie wyjechałam dzisiaj, co? Poratuję teraz Dominika, ale żebyś przypadkiem nie zaczęła myśleć, że to sedno mojego życia. – Rozłączyła się.

Pół godziny późnej skręcam z głównej drogi do zimnego, podniszczonego wiktoriańskiego domu, w którym dorastałam. Dawniej otaczało go sporo przestrzeni, ale kiedy dom kupił mój tata, tereny te były już sprzedane i postawiono na nich osiedle domów komunalnych, tak więc nasza siedziba przypominała wielki granitowy nagrobek wystający z morza bliźniaków z trzema sypialniami.

Całe dzieciństwo fantazjowałam o życiu w skromnym szeregowcu pokrytym tynkiem kamyczkowym, z kuchenką elektryczną zamiast pieca typu Aga, który wywoływał nieopisane podejrzenia u naszych sąsiadów.

Drzewa po obu stronach podjazdu mają tak wiele gałęzi, że niektóre z nich uderzają w dach mojego samochodu – może Hugh mógłby je przyciąć w weekend. Jednak nie. Hugh ma teraz inne priorytety. Nagle dociera do mnie, że jeśli on wyjedzie, wszystkie sprawy związane z funkcjonowaniem domu spadną na moją głowę: wymiana żarówek, cotygodniowe zakupy jedzenia oraz – owszem, to być może jest banał – kosze na śmieci. Już sam widok koszów na śmieci przyprawia mnie o drgawki.

Wizje ponadprogramowego bzykanka, jakie ma w planach Hugh, były dla mnie tak przykre, że nawet nie uświadomiłam sobie, jak jego nieobecność odbije się na moim codziennym życiu i że tak właściwie to najbardziej martwią mnie te kubły.

Można zrekrutować jakąś złotą rączkę? Neeve i Kiara nie mają chłopaków. Jackson, ukochany Sofie, jest prawdziwym słodziakiem, ale to wątły chłopaczek, który wygląda zbyt słabowicie, by był w stanie zaciągnąć kubły do bramy.

Parkuję tuż za samochodem Derry, żeby zostawić miejsce dla kogoś, kto może jeszcze dzisiaj przyjechać. Kiedy wyciągam stos pudeł z pizzami, siostra otwiera drzwi.

– Wróciła już? – Spoglądam ponad ramieniem Derry w nadziei, że w mrocznym przedpokoju dostrzegę drobną, skruszoną postać mamy.

– Nie.

Wchodzę do domu i zerkam na siostrę ponad piętrzącymi się pudłami z jedzeniem.

– Martwię się. Powinnam się martwić? Słuchaj, Dominik się nie wkurzył? – Przeraża mnie myśl, że mógłby odejść od nas, bo wtedy to ja zostałabym zwerbowana do pilnowania taty, a i tak mam już za dużo na głowie.

– Zrzędliwy palant z niego. – Derry zamyka za mną drzwi.

– Powinniśmy zadzwonić na policję w sprawie mamy?

– Serio, nie mogę być osobą, do której się dzwoni, kiedy tylko coś niedobrego dzieje się u mamy i taty – oznajmia siostra. – To niedorzeczne, jak traktowane są singielki… jakbyśmy nie miały żadnych zobowiązań.

– Derry! – Zawsze tak gada i zwykle jest to zabawne. Dzisiaj – nie bardzo. Wkrótce będę musiała powiedzieć jej o Hugh. To dziwne, że jeszcze tego nie zrobiłam.

– Nasze społeczeństwo wykazuje wszechobecny brak szacunku wobec nas.

To być może jest i prawdą w odniesieniu do innych kobiet, ale nie sprawdza się w przypadku Derry.

– Dominik zadzwonił najpierw do mnie, a jestem mężatką. – No co, jestem. Formalnie rzecz biorąc.

– Ja też mogłabym wyjść za mąż – odpowiada.

Pewnie by mogła. Ma cięty dowcip, jest charyzmatyczna i odnosi sukcesy. Potrafi się nieźle odstrzelić. W swojej naturalnej wersji wygląda jak reszta nas, O’Connellów, z tą naszą bladą skórą, jasnymi oczami i skłonnością do wtrącania się do wszystkiego. (Urzula twierdzi, że jesteśmy najbardziej celtycko wyglądającą rodziną, jaką kiedykolwiek spotkała). Ale dzięki liftingowi wampirzemu, laserowej korekcie rysów twarzy, zabiegom na całe ciało, i co tam jeszcze wyprawia ze sobą, Derry – dziesięć centymetrów wyższa ode mnie i jakieś pięć kilo lżejsza – podrasowała swoje naturalne atuty i wygląda teraz fantastycznie. (Tak, jestem zazdrosna: moje finanse nie pozwoliły nigdy choćby na jedno dźgnięcie botoksem).

– Mogłabyś wyjść za mąż – powtarzam za nią. – Tylko że rzucasz facetów, bo przekręcają przysłowia albo źle wymawiają słowo „ketchup”.

– Mam więc znosić jakiegoś jełopa, który działa mi na nerwy, tylko po to, by nie traktowano mnie jak obywatela drugiej kategorii?

– Tak – odpowiadam i obie wybuchamy śmiechem.

– GDZIE JEST WASZA MATKA? – wrzeszczy tata z salonu. – Daj mi moją laskę. Idę jej poszukać.

– Weź to. – Wciskam Derry stos pudeł z pizzami, biorę laskę taty z wieszaka w przedpokoju, pędzę przez kuchnię do spiżarni i wpycham laskę do zamrażarki. Nigdzie nie pójdzie. Jeden zaginiony rodzic wystarczy. Z dwójką sobie nie poradzę.

Wtykam głowę do salonu i wołam:

– Niedługo wróci, tato! Nie martw się.

– Znam cię! – Złość znika z jego twarzy. – Jesteś moją siostrą?

– Nie, tato. Jestem Amy, twoja córka.

– Idź w cholerę! Nie mam dzieci!

Na zewnątrz rozlega się trzaśnięcie drzwi samochodu.

– To Joe! – woła Derry, zanim nawet zdążę pomyśleć, że być może to mama.

Nasz starszy brat Joe, jego żona Siena oraz ich trzej synowie, Finn (osiem lat), Pip (sześć lat) i Kit (cztery lata), ładują się do przedpokoju. Chłopcy natychmiast pędzą przez dom i wpadają do pokoju taty. W tle tata wrzeszczy: „ODŁÓŻ TO, DO CHOLERY, GÓWNIARZU!”, a ja opisuję Joemu i Sienie najnowszy domowy kryzys.

– Powiedziała, że idzie w tango? – Joe nie może w to uwierzyć.

– Tak przekazał Dominik – wyjaśnia Derry.

– PORAZI WAS TEN CHOLERNY PRĄD I BĘDZIE WAM SIĘ TO SŁUSZNIE NALEŻAŁO!

Joe nalega, by rzucić okiem na telefon mamy, który rzeczywiście leży na komodzie w kuchni, jak poinformował mnie Dominik.

– Co powinniśmy teraz zrobić? – pytam.

– Co według ciebie powinniśmy zrobić? – odbija piłeczkę Joe.

To należy powiedzieć: Joe jest beznadziejny. Uroczy, oblatany, ale bezużyteczny.

– Słuchajcie, wyłożę kolację – oznajmia Siena. – Co mam zrobić?

Jeśli mam być szczera, Siena też się raczej do niczego nie nadaje. Tworzą Bezużyteczną Rodzinę. Radzą sobie w życiu tylko dzięki swojemu wyglądowi.

– Wyciągnij je po prostu z pudełek i wsadź do pieca tyle, ile zmieścisz – instruuję ją.

– PRZESTAŃ ZMIENIAĆ KANAŁY! PRZESTAŃ ZMIENIAĆ KANAŁY!

Otwierają się drzwi wejściowe i serce podskakuje mi w piersi. Ale równie szybko, jak nadzieja rozbłysła, tak i gaśnie: to nie jest mama. To Neeve, moja najstarsza córka, światło mego życia i utrapienie mego serca.

– Co jest? – Staje w przedpokoju i ściąga kurtkę.

Jest drobna – metr pięćdziesiąt z maleńkim hakiem – i bardzo krągła: piersiasta, o zgrabnej talii i małym zaokrąglonym tyłeczku. To jest dokładnie ten typ figury, jaką miałam w wieku dwudziestu dwóch lat, ale wtedy wydawało mi się, że jestem gruba. Nie byłam – cóż, niech żyje spóźniony refleks.

Może za kolejne dwadzieścia dwa lata przypomnę sobie swoje obecne kształty i uznam, że byłam całkiem seksowna. Szczerze mówiąc, nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale wiem, że takie rzeczy się zdarzają. I nie chodzi tylko o rozmiar mojego tyłka. Osiem miesięcy temu uważałam, że moje życie to nic szczególnego, ale teraz oddałabym wszystko, co mam, żeby wrócić do tamtych chwil i rozkoszować się każdą sekundą. Jak to słyszymy w pewnej piosence: „Nie doceniamy tego, co mamy, dopóki tego nie stracimy”.

– Gdzie babcia? – Neeve zbiera swoje złotorude włosy w gruby, wysoko upięty kucyk i mruży błyszczące oczy, rozglądając się po przedpokoju. Być może i ma po mnie figurę, ale cała jej reszta to czysty Richie Aldin. – Mam dla niej rzeczy. – Wskazuje torbę wypchaną po brzegi nowymi produktami do makijażu.

Przeżywam katusze, kiedy obserwuję pakunki z kosmetykami przysyłane do nas, bo nadawcy mają nadzieję, że zostaną one pokazane na kanale Neeve, czyli Weź się ogarnij! na YouTubie. Jeśli zawartość ją zadowala, zatrzymuje produkty, a jeśli nie, przekazuje je biednym. Ja rzadko na coś się załapuję.

– Babcia zaginęła – wyjaśniam. – Dominik mówi, że poszła w tango.

– W tango? – Neeve zwykle zwraca się do mnie z pogardą, ale tym razem naprawdę przechodzi samą siebie. – Babcia? Czy on jest psychiczny?

– Kochanie, nie mów „psychiczny”.

– Dlaczego nie?

– Bo osoby upośledzone umysłowo mogą się obrazić i…

– Przyszła Kiara! Przyszła Kiara! Przyszła Kiara!

Finn, Pip i Kit wpadają do przedpokoju, żeby przywitać się z moją drugą córką, która właśnie weszła do domu. Ma na sobie mundurek szkolny. Koszula wyłazi jej zza spódnicy, obgryzione paznokcie są pomalowane żółtym fluoroscencyjnym pisakiem, a ona sama zgina się niemal wpół pod ciężarem książek w plecaku.

– Chłopaki! – Zrzuca z siebie plecak, otwiera szeroko ramiona, a chłopcy zaczynają wspinać się na nią, jakby była drabinkami. Jest niczym milutki yin dla złośliwego yang Neeve, co dowodzi tego, że to natura, a nie wychowanie ma większe znaczenie.

Moje dwie córki mają różnych ojców i zupełnie odmienne osobowości. Neeve jest przebiegła (a przynajmniej jest taka wobec mnie i Hugh: zauważam, że potrafi być milsza dla reszty świata), Kiara zaś to słodziak.

– PRZYNIEŚ MI MOJĄ LASKĘ! WYCHODZĘ, ŻEBY POSZUKAĆ ŻONY!

– Derry? – Podążam za chmarą ludzi do salonu. – Powinniśmy zadzwonić na policję.

– Dobr… Chwila! Ktoś przyjechał! To Declyn!

Młodszy o pięć lat ode mnie Declyn jest „dzieckiem” w rodzinie O’Connellów. Wszyscy – Derry, Neeve, Kiara, Joe, Siena, Finn, Pip oraz Kit – przemykają obok fotela dziadka i pędzą do starego, rozklekotanego okna wykuszowego.

– MA DZIECKO?

– Wysiada – ktoś mówi. – Jest tylko on. Oooo!

Szesnaście miesięcy temu Declynowi i jego mężowi, Haydenowi, urodziła się córka (za pośrednictwem surogatki, rzecz jasna) i wszyscy szalejemy na jej punkcie. Ale to znaczy, że Declyn bez małej Maisey kompletnie się nie liczy.

– MA DZIECKO? CZY KTOŚ, DO CHOLERY, W KOŃCU MI ODPOWIE?

– Nie tato, nie ma – wyjaśniam.

– EE TAM, I TAK MAM TO W DUPIE.

– Tato, wszyscy jesteśmy tuż obok ciebie. Nie musisz krzyczeć.

– WCALE NIE KRZYCZĘ.

– Chwila! – woła Derry. – Wyciąga coś z tylnego siedzenia!

– To może być męska torba – podsuwa Finn.

Wstrzymujemy oddech i obserwujemy Declyna, który w czymś tam grzebie – rozlega się głośny wiwat, kiedy wyłania się w końcu z małą Maisey w foteliku samochodowym.

Wszyscy są zachwyceni – poza Kitem. Po cichu mówi do mnie:

– Nienawidzę Maisey.

– Co? Dlaczego?

– To ja byłem dotąd najmłodszy. To ja byłem ulubieńcem.

Potakuję.

– Życie to nie bajka, mały.

– Byłem słodki.

– Nadal jesteś.

Rzuca mi bardzo dorosłe spojrzenie.

– Przestań – mówi.

Gromadzimy się pod drzwiami wejściowymi i jak tylko Declyn stawia stopę w przedpokoju, fotelik z Maisey zostaje przetransportowany do salonu, gdzie mała zostaje położona na podłodze i zasypana całusami przez kuzynostwo.

Declyn przygląda się temu z pobłażliwym uśmiechem, a potem skupia się na mnie.

– Świetna sukienka, Amy. Vintage?

– Owszem. – Albo, inaczej rzecz ujmując, kupiona w lumpeksie. Niektóre z moich ubrań to porządne, drogie i dizajnerskie fatałaszki z lat siedemdziesiątych. Ale reszta mojej szafy „vintage” to rzeczy po zmarłych niedawno starszych paniach, szmaty sprzedawano niemal za darmo w Caritasie. (Można w sumie powiedzieć, że mam osobistą konsultantkę do spraw zakupów – uroczą wolontariuszkę Bronagh Kingston, która dzwoni do mnie, gdy pojawi się coś dobrego). I naprawdę nie ma w tym niczego makabrycznego – jeżeli ubrania są ładne i zostaną poddane dwukrotnemu czyszczeniu, czy to nie budujące, że nadal sprawiają komuś przyjemność? (Jeśli moje słowa brzmią tu nieco defensywnie, to dlatego, że muszę bronić swoich wyborów przed Neeve, która niemal każdego poranka serwuje mi hasło: „Ubrania umarlaków – suuuper!”).

Nie żeby moje ciuchy vintage mogły być noszone na co dzień – gdy mam jakieś ważne spotkanie, zwłaszcza z potencjalnym klientem, muszę wyglądać profesjonalnie i zakładam garsonkę, która nie jest najlepszym rozwiązaniem dla osoby o tak haniebnym wzroście jak ja. Ale kiedy klient zaczyna mi ufać, co ma chyba miejsce z Panią ZawszeSuchą, mogę zaszaleć ze stylowymi strojami.

(Timowi one też nie odpowiadają. Tim robi wszystko zgodnie z zasadami. Wolałby, żebym harowała w zwykłej granatowej garsonce).

– Skrzyżowanie edwardiańskiej guwernantki z motocyklistką. – Declyn podziwia mój strój przez chwilę, a potem nagle zauważa nieobecność mamy. – Gdzie ona jest?

– Nikt tego nie wie – wyjaśniam. – Poszła na lunch.

– Lunch?

– To było sześć i pół godziny temu.

– Chyba wróciła – oznajmia Derry.

Śpieszymy do okna. Pod dom podjechała taksówka. Przez gęstwinę gałęzi dostrzegamy otwierające się tylne drzwi i drobną kobietę – mama – która w różowej skórzanej kurtce gramoli się z pojazdu. Zanim ląduje na ścieżce, zdążyła się wyprostować i powiedzieć coś taksówkarzowi, co sprawiło, że zgięła się wpół, roześmiała i oparła o bok auta.

– Nic jej nie jest? – pyta Joe.

– Będzie rzygać? – Te słowa padają z ust troskliwej Kiary.

Wtedy Derry mówi coś, co staje się jasne dla nas wszystkich, gdy przyglądamy się, jak mama idzie wężykiem do drzwi, z twarzą równie różową co jej kurtka.

– Jest… wstawiona?

– I co ona ma na sobie?

– To moja kurtka – rzuca Neeve.

Powinnam się była tego spodziewać. Wszystko należy do Neeve.

Tłoczymy się przy drzwiach wejściowych. Mama wpada do przedpokoju, a my zaniepokojeni zasypujemy ją pytaniami.

– Gdzie byłaś? Tak bardzo się o ciebie martwiliśmy.

– Wyszłam! – oznajmia mama. – Na lunch! Spiłam się i wygrałam nagrodę! – Macha pudełkiem ze słodkościami. – Rachatłukum! Miętowe!

– Ale, mamo, powinnaś była wrócić do domu wcześniej.

– Dobrze się bawiłam. Cały czas znoszę waszego ojca, wysłuchuję, jak bredzi, że pozwie do sądu listonosza za to, że ten obciął włosy, i jak dopytuje, gdzie nasz pies, podczas gdy my żadnego nie mamy, i…

– Babciu! – odzywa się Neeve. – To moja kurtka! Nie mogłam jej znaleźć, kiedy wychodziłam stąd w zeszłym tygodniu.

– Wiem! – przyznaje mama z uśmiechem. – Schowałam ją, żeby ją sobie pożyczyć.

– Ale dlaczego po prostu o nią nie poprosiłaś?

– Bobyś mi odmówiła. Chciałam tej kurtki. – Oczy mamy są błyszczące i przekrwione. – Zatrzymam ją sobie. – Nie przestaje uśmiechać się w niezwykle przekorny sposób do Neeve.

Świetnie, myślę. Po prostu świetnie. Teraz i mama zwariowała.

Mąż mnie zostawia, a oboje moi rodzice są psychicznie chorzy.

5

A oto i Maura. Psiakość!

– Słuchajcie wszyscy – syczę. – Zachowujcie się normalnie. – Obracam się do mamy. – Zwłaszcza ty.

Neeve zgarnia babcię na górę, a ja śpieszę przywitać Maurę. Starając się nie poruszyć ustami, pytam:

– Komu powiedziałaś o Hugh?

– Nikomu.

Trudno w to uwierzyć: ma taką samą skłonność do przecieków jak Julian Assange.

– I niech tak zostanie, bo dziewczynki jeszcze o tym nie wiedzą, i cokolwiek miałabyś zrobić, nie możesz powiedzieć o tym Sofie.

– Nie powiedziałam nic Sofie.

– Ale mogłabyś. A nie wolno ci – mówię zdjęta strachem.

Sofie, lat siedemnaście, jest dosyć delikatną istotką. To najstarsze dziecko nieporadnego Joego; jej mamą jest kobieta, która była przed Sieną, i z powodów, których teraz nie będę wyjaśniać, dziewczyna mieszka ze mną i z Hugh, odkąd skończyła trzy lata (czyż nie mówiłam, że jesteśmy nowocześni?).

Sofie jest niezwykle przywiązana do Hugh i nie powinna dowiedzieć się o jego „przerwie” od nikogo innego niż on sam.

– Myślałam o Alastairze – odzywa się Maura.

To jasne, że nabrała na niego ochoty – jest urodzoną mącicielką, a on jest tym typem mężczyzny, którego większość kobiet chciałaby usidlić. Ale ja go widzę niemal każdego dnia i obserwuję, jak u jego boku pojawiają się coraz to nowe dziewczyny, on zaś pozbywa się ich z taką łatwością, z jaką wyrzuca się zużyte papierowe ręczniki.

– Mauro, ogarnij się, jesteś mężatką!

– Nie dla mnie, głuptasie. Myślałam o tobie! Mój mąż nie zamierza mnie zostawić. – No jasne, że nie. Temu milczącemu Biednemu Draniowi już dawno złamano ducha. – Kiedy Hugh nie będzie, powinnaś zająć się Alastairem.

Serio, to jest chyba ostatnia rzecz, na którą miałabym ochotę. Hugh jest jedynym mężczyzną, którego pragnę, ale gdybym zdołała zmusić się do rozważenia innego, Alastair byłby na końcu listy kandydatów. Może nie na samym końcu. Nie. Ten zaszczyt przypada Richiemu Aldinowi.

– On jest bardzo… – Maura przełyka ślinę z trudnością i kiwa głową – …seksowny.

– Jest obrzydliwy. – Lubię Alastaira, ale myślenie o nim w ten sposób jest niepokojące. Po nim po prostu widać, że świetnie nadaje się do łóżkowych figli. Kiedykolwiek wyobrażam go sobie z jedną z jego panienek (co zdarza się raczej rzadko), widzę ich w pozycji na odwróconego jeźdźca, ich wyczynom towarzyszy sporo podskoków i okrzyków – szczęśliwa dama ma na sobie kapelusz kowbojski i wymachuje lassem ponad swoją głową.

Nagle uderza mnie przemożna chęć zapalenia papierosa. Dziesięć miesięcy temu rzuciłam palenie – nie żebym jakoś dużo kopciła, może trzy fajki dziennie, ale ojciec Hugh zmarł na raka płuc i dalsze palenie wydawało się oznaką braku szacunku.

Ten tydzień był dla mnie tak ciężki, że istniało realne zagrożenie, że wrócę do palenia, i żeby temu zapobiec, kupiłam papierosa elektronicznego.

– Pójdę tylko… – Kieruję się na górę, gdzie w jednej z chłodnych sypialni Neeve robi mojej mamie makijaż. Siedzą przy wielkiej, starej toaletce, która byłaby spełnieniem marzeń dla kolekcjonera staroci. Mnie ona jednak nie rusza. Za duża, za ciężka i zbyt ponura. Siadam na surowym metalowym łóżku (nie, to też mnie nie kręci – zbyt wysokie, zbyt chwiejne i za bardzo skrzypi) i się im przyglądam.

Neeve patrzy na mnie i na mojego papierosa elektronicznego.

– Wyglądasz, jakbyś grała na fujarce karła.

To, co właśnie powiedziała, jest tak bardzo niewłaściwe, że nawet nie wiem, od czego zacząć swój wywód.

– Nie można już używać tego słowa – zadowalam się taką ripostą.

– W ogóle nie można już nic mówić – odpowiada mama. – Niedługo już samo odezwanie się będzie przestępstwem. Ludzie zbyt łatwo się obrażają. Jak ich się teraz nazywa?

Krzywię się.

– Niskie osoby. Mali ludzie. Chyba.

– Ale mali ludzie to koboldy. Ktoś powinien im powiedzieć: „Bardzo nam przykro, ale będziecie musieli znaleźć sobie inny świat”.

– Przestań, mamo.

Mama spogląda na Neeve.

– Kiedy powiedziałaś „fujarka”, miałaś na myśli coś innego?

Neeve śmieje się lekko.

– Masz kosmate myśli, babciu.

– Naprawdę? – Mama wydaje się zachwycona.

– Sprośne.

Wybuchają śmiechem, a ja im się przyglądam, zawstydzona swoją zazdrością.

Gdyby Neeve była choć odrobinę tak słodka wobec mnie, jak jest wobec mojej mamy… No ale przecież wnuczki uwielbiają teraz swoją babcię. Ostatnio Sofie spędza większość czasu tutaj. Tego lata wyprowadziła się ode mnie i Hugh i przeniosła się do Urzuli, swojej biologicznej matki, w nadziei na odbudowanie ich relacji – one jednak ciągle podupadają. To było dla nas bolesne, kiedy Sofie nas opuściła, a jeszcze bardziej przygnębiające jest patrzenie, jak się miota, usiłując sprawić, by Urzula zaczęła zachowywać się jak matka. Lecz co można na to poradzić? Hugh i ja próbujemy dokonać niemal niemożliwego – oferujemy Sofie rodzinę, ze wszystkimi korzyściami i obowiązkami, jakie z tego wynikają, z jednoczesnym poszanowaniem tego, że ona ma prawdziwych biologicznych rodziców.

Sofie kursuje między Urzulą a domem dziadków, ale ja chciałabym, żeby wróciła do mnie.

Neeve przygląda się makijażowi mamy w lustrze.

– Wyglądasz świetnie, babciu. Może nakręcę z tobą vlog.

– Będę w telewizji?

– Babciu… – W głosie Neeve pojawia się nuta ostrzeżenia. – Nie każ mi znowu wyjaśniać ci, co to jest internet.

– Nie, nie. Ja to rozumiem. To magiczna telewizja dla młodych ludzi.

– Pojawisz się na moim kanale na YouTubie.

– Nie chcę tam być. Ta nazwa jest okropna i wulgarna. Jak bym miała powiedzieć ludziom, że jestem w programie Weź się ogarnij!? Co to w ogóle znaczy?

– Pokażę ci – mówi Neeve. – Mamo, spytaj, czy możesz sobie wziąć te wszystkie kosmetyki do makijażu. – Wskazuje na toaletkę, na której leży paletka z cieniami do oczu Toma Forda, podkład Charlotte Tilbury, kilka przyborów do konturowania i trzy różne szminki.

Ze znużeniem pytam:

– Neeve, mogę sobie wziąć wszystkie te kosmetyki do makijażu?

Neeve unosi dłoń, rzuca mi krzywe spojrzenie i mówi pogardliwym tonem:

– Weź się ogarnij! Rozumiesz, babciu?

– Nie.

Neeve się uśmiecha.

– Chodźmy na dół.

Wracają do tej hałaśliwej bandy, a ja siadam w cichej sypialni, palę papierosa elektronicznego i w zamyślaniu przyglądam się toaletce. Te rzeczy z pewnością zmarnowałyby się u matki. Zdecydowanie. Zaciągam się ponownie i dochodzę do wniosku, że to żałosne – zniżam się do wykradania mojej siedemdziesięciodwuletniej rodzicielce kosmetyków do makijażu.

Pod wpływem ich bliskości postanawiam obejrzeć najnowszy odcinek Weź się ogarnij! i przekonać się, co Neeve poleca w tym tygodniu. Mogę oczywiście zapytać ją o to osobiście, ale – i to jest powodem do zmartwienia – rzeczy wydają się bardziej realne, jeśli doświadczam ich za pośrednictwem mojego iPada.

W tym tygodniu tematem odcinka jest jesienny powrót do szkoły, w tle słychać muzyczkę z serialu Grange Hill, a czołówkę ozdabiają żołędzie i opadające liście – ślicznie to wygląda. I oto Neeve, ze swoimi złotorudymi włosami opadającymi na ramiona. Ma na sobie wykonane na szydełku czapkę, szalik i rękawiczki w pudrowoniebieskim kolorze, który sprawia, że zieleń jej oczu jest jeszcze wyraźniejsza. Ostatnio, poza kosmetykami, zaczęła się też zajmować ubraniami i dodatkami, i strasznie narzeka na to, co jej przysyłają.

Ale te szydełkowane rzeczy wcale nie są złe. Ozdobione skórzanymi kwiatkami, inspirowanymi produktami Fendi, są urocze, ale nie przesadnie słodkie, i całość robi tak cudowne wrażenie, że aż jęczę na widok córki. I pomyśleć, że ona dostała to wszystko za darmo!

Rzadko wchodzę do sypialni Neeve, bo jest już dorosłą kobietą i ma prawo do prywatności. Boję się, że mi odbije i się rozpłaczę albo zjem jej szminki.

Kiedy ponosi mnie fantazja, myślę, że spanie w jej sypialni musi przypominać nocowanie w wielkiej kosmetyczce – mimo że ta ciasna przestrzeń jest pełna takich rzeczy jak jej aparat, lampy i komputer, pod ścianami piętrzą się zwykłe brązowe pudełka i wszystko jest tam okrutnie racjonalne jak w małym magazynie.

Jak w pracy… bo to w sumie jest praca.

Choć nie taka, z której są pieniądze. Neeve płaci czynsz mnie i Hugh pod postacią barteru – włącza się do porządków domowych w każdą niedzielę. (To jednocześnie liczy się jako czas spędzany z rodziną).

Brak dochodu u niej jest niepokojący. Ma dyplom z marketingu, ale zamiast znalezienia sobie pracy w jakiejś międzynarodowej firmie, jak inni absolwenci jej uczelni, uznała, że nagrywanie vlogów to opłacalna ścieżka kariery.

I może tak rzeczywiście jest.

Bo świat jest inny od tego, kiedy ja byłam w jej wieku, prawda? W dzisiejszych czasach młodzi ludzie eksperymentują, trzymając jednocześnie kilka srok za ogon, i Bóg jeden wie, że Neeve ciężko pracuje. Nagrywanie i edytowanie vlogów to tylko wierzchołek góry lodowej. Większość czasu spędza na nagabywaniu ogłoszeniodawców albo na podlizywaniu się publicystom. Dodatkowo, żeby zapewnić sobie zaskórniaki, dwa wieczory w tygodniu kelneruje w jakichś podejrzanych klubach.

Teraz na vlogu dzieli się ekscytującymi nowinkami ze świata kosmetyków, zaczynając od bazy pod makijaż Marca Jacobsa. Z jej słów wynika, że produkt jest tak świetny, że aż mi kłykcie pobielały z pragnienia, by go mieć. Następnie mówi o podkładzie i ten już wywarł na niej mniejsze wrażenie. Oooch. Kompletnie jej to nie podeszło. Wygłasza zabawną tyradę na temat wad produktu i kończy to jękliwym „nie”. Rozśmiesza mnie tym sposobem mówienia. Ma naturalny talent komediowy i udaje jej się przedstawić negatywną recenzję, i nie pluć przy tym żółcią. Widać u niej ten błysk w oku, cięty dowcip i gdyby tylko nie była taka wybuchowa wobec mnie…

Wiem, że to wynika z powodów, których ona prawdopodobnie nie rozumie, ale wszystko sprowadza się do tego, że nie jestem już żoną jej ojca.

Czuję się bezsilna w tej kwestii i bezradna wobec niej i wszystkiego innego, włączając w to wyjazd Hugh. Nie lubię tych okropnych uczuć, nad którymi nie panuję, i wtedy odkrywam, że baza pod makijaż Marca Jacobsa nie leży pośród darmowych produktów na toaletce, więc klikam, żeby ją kupić, i szlag mnie trafia, kiedy widzę, że nie jest dostępna w Irlandii, nie wysyłają jej za granicę i jedyne miejsce, gdzie sprzedają ją w Londynie, to Harrods, a ja nie mogę pójść do Harrodsa, bo czuję się tam, jakbym została uwięziona w obrazie Eschera.

Napływają do mnie okropne wspomnienia poprzednich wizyt w tym miejscu, tego, jak krążyłam od jednej sali do drugiej, pełnych torebek z krokodylej skóry – każda ceną przewyższająca wartość mojego samochodu. I jak w koszmarze sennym widać tam znaki kierujące do wyjścia, ale wraz z nimi zakrada się panikarskie przekonanie, że żadne drzwi się jednak nie pojawią…

O rany, lepiej sprawdzę, jak tam przygotowania do kolacji!

Ukradkiem „uwalniam” mamę od paletki z cieniami Toma Forda i wracam do kuchni, gdzie Sienie udało się nie spalić wszystkiego.

– Dalej już ja się tym zajmę – oznajmiam.

– Ktoś musi przynieść krzesła ogrodowe do jadalni – mówi Siena nieprzytomnie.

Jest nas tak wielu, że nigdy nie starcza nam prawdziwych krzeseł.

Drzwi wejściowe trzaskają ponownie i tym razem pojawia się Jackson, czyli chłopak Sofie – czyżby miał swój klucz?

W sumie to chyba nie jest aż takie zaskakujące: jest jak najbardziej częścią tej rodziny. Przemierza kuchnię – ma boskie długie włosy i ciasne dżinsy rurki, powiewa za nim szalik – i ściska się ze mną na powitanie. Muszę przyznać, że tęsknię za nim prawie tak samo jak za Sofie.

– Sofie przyjdzie? – pytam.

– Wkrótce. Mogę tu w czymś pomóc?

– Aaa… – Siena pije wino, gapi się w swój telefon i nie wygląda na to, żeby miała pójść po krzesła. – Krzesła z ogrodu.

Jackson się krzywi.

– Myślisz, że jestem w stanie je unieść?

– Ledwie. – Ciągle żartujemy z tego, że Jackson jest słabeuszem. – Są tylko z plastiku.

6

– Hugh?

Brak odpowiedzi.

W domu panuje taka cisza, że aż mi dzwoni w uszach, ale to nie powstrzymuje mnie od śmignięcia przez salon i kuchnię, po których pędzę na naszą „oszkloną werandę” (dobudówka z pleksiglasu, w której od września panują syberyjskie mrozy i która podczas letnich miesięcy tak bardzo potęguje promienie słoneczne, że w końcu ktoś stanie tam w płomieniach).

Na górze nasza sypialnia również jest pogrążona w ciszy, widnieją tam oznaki intensywnego tygodnia – porozrzucane koszule, spódnice i ręczniki, które tworzą teraz artystyczny nieład. To mógłby być obraz Życie porzucone nagle.

Nie ma szans, żeby był w pokoju Kiary albo w minimagazynie Neeve czy też na poddaszu przerobionym na pokój Sofie, więc sprawdzam swój telefon. Nie mam żadnego esemesa od niego. W nagłym przypływie furii piszę szybko: „Gdzie jesteś? Twoje sześć miesięcy jeszcze się nie rozpoczęło!”.

Wskazane byłoby teraz przejrzenie sklepów internetowych i solidny kieliszek wina – nie podoba mi się to, ile piję, ale tym trzeba będzie się zająć kiedy indziej.

Dla dopełnienia tego szczęśliwego obrazu wyciągam z torebki papierosa elektronicznego.

Przedziwny tydzień, w ciągu którego było mi aż niedobrze z szoku i nie byłam w stanie oddzielić poszczególnych okropności szalejących wokół mnie – przerażenie, smutek, żal, poczucie winy, niedowierzanie – ale najwyraźniejsze jest teraz u mnie poczucie niedopasowania. Czy raczej wstydu, by nazwać ten stan właściwie. (Dowiedziałam się tego z czasopisma „Psychologia”. W ogóle sporo tam wyczytałam).

Przez dużą część swojego życia czułam się niedopasowana. Kiedy byłam mała, mama sporo czasu przebywała w szpitalu i nasze życie domowe było chaotyczne. Tata robił, co w jego mocy, ale stanowisko dyrektora szkoły pochłaniało większość jego czasu. Maura usiłowała być rodzicem, choć była dzieckiem, tak jak i reszta z nas, więc nasze posiłki wypadały o różnych porach, pranie nie zawsze zostało zrobione, czasami nie pamiętaliśmy o kąpieli, bo nie było nikogo, kto mógłby nam o tym przypomnieć.

Biedna mama cierpiała najbardziej. Nie tylko dlatego, że była chora – a była bardzo chora: przeleżała w szpitalu pełne dwa lata z powodu gruźlicy, a potem dopadła ją przewlekła choroba płuc, z powodu której równie często trafiała do szpitala – lecz dręczące ją poczucie winy było ogromne. Za każdym razem, kiedy musiała wracać do szpitala, strasznie płakała. Mam w głowie taki obraz: jej łzy kapią mi na ręce, a ona zdławionym głosem mówi: „Przepraszam, Amy. Przepraszam”. Nie pamiętam, którego to powrotu do szpitala dotyczyło – było ich tak wiele.

Dopiero gdy sama zostałam matką, zrozumiałam jej cierpienie. To, że musiała nas zostawiać, wiedząc, że nie będziemy odpowiednio nakarmieni albo że będzie brakowało nam jej wsparcia i miłości, przepełniało ją winą i bólem.

My, dzieci, różnie sobie radziliśmy z jej nieobecnością. Joe był najbardziej rozzłoszczony – często mówił: „Lepiej, żeby już umarła. Wtedy tata mógłby załatwić nam nową mamę”. Maurę też przepełniała złość i okazywała to na każdym kroku. Jedynym momentem, kiedy ja byłam na mamę wkurzona, był ten, gdy wydała na świat Declyna. Dlaczego ktoś miałby się decydować na dziecko, skoro nie jest w stanie zająć się tymi, które już ma?

Chciałam tylko, żeby wyzdrowiała, i choć nie spędziła w szpitalu całego naszego dzieciństwa, niepewność towarzyszyła nam ciągle. Nawet gdy była w domu, wiedzieliśmy, że to nie potrwa długo. Kiedyś wypisano ją ze szpitala w radosnej atmosferze, bo „została wyleczona”, po czym w ciągu jednej doby znów ją zabrano. Od jakichś piętnastu lat jest w o wiele lepszym stanie, ale i tak traktujemy ją, jakby była z cukru. A resztki poczucia winy nadal się utrzymują. („Nie mogę się z tobą bawić, bo moja mama mówi, że masz zarazki”. Może i miałam – byłam oczywiście brudna. Teraz mam niemal obsesję na punkcie higieny osobistej).

Kiedy dorosłam i wyprowadziłam się z domu, też zbyt dobrze mi się nie poukładało – zdążyłam wyjść za mąż i zostać rozwódką z dzieckiem, zanim skończyłam dwadzieścia dwa lata. Inne dziewczyny w moim wieku upijały się i kupowały buty, a ja pracowałam na pełny etat i sama się utrzymywałam.

Mimo że przez większość czasu czułam się fizycznie i emocjonalnie wyczerpana, teraz dostrzegam, że jednak miałam dużo siły: śmigałam wszędzie w rybaczkach i dopasowanych sweterkach w kropki, z Neeve pod jedną pachą i stylową teczką z prezentacją dla klienta pod drugą. Potrafiłam ułożyć sobie włosy w fale w dziesięć sekund i zmienić pieluchę w dwadzieścia.

Wyćwiczonym ruchem robiłam sobie kreski na powiekach, byłam ekspertem w nakładaniu na usta kuszącej czerwonej szminki i umiałam w ekspresowym tempie ściągać mleko z piersi.

Zanim skończyłam dwadzieścia siedem lat, tak wielką część życia przeżyłam w poczuciu, że nie przystaję do otoczenia, że w końcu zaakceptowałam, że taka po prostu jestem. I wtedy poznałam Hugh.

Był potężny i przystojny, miał brodę i szeroką klatkę piersiową – ale to nie wystarczyło, żebym rzuciła się w ten związek. Był mi ciągle milcząco oddany i miał dar przewidywania moich potrzeb. Jak tamtego wieczoru, kiedy pojawił się przed moimi drzwiami w Londynie z ogromną czekoladową muffinką i zestawem do robienia gorącej czekolady, który zawierał maleńkie pianki. Przyniósł nawet błyszczący, wielki kubek.

Było już późno, ja byłam wykończona, miałam za sobą trudny dzień – wiedział o tym, bo pracowaliśmy razem – ale odsunęłam się, żeby go wpuścić. On jednak przekazał mi tylko smakołyki i odszedł. Wrażenie na mnie zrobiło też to, że nie przyniósł nic dla Neeve – zawsze wzdrygałam się, gdy faceci przymilali się do mojej córki, chcąc mnie zdobyć.

Hugh dostrzegł mnie, kobietę, którą byłam, a nie taką w zestawie z drugim człowiekiem.

Kiedy w końcu postanowiłam się zaangażować, była to ostrożna i przemyślana decyzja, której nigdy nie żałowałam. Razem zbudowaliśmy dobre i trwałe życie i teraz jestem częścią społeczności: czuję się akceptowana, należę do jakiejś grupy.

No dobra, byłoby idealnie, gdybym miała kasę i ciało, by móc nosić wyłącznie ciuchy z MaxMary, ale od czasu do czasu myślę sobie, nie bez przyjemności, że choć zajęło mi to więcej czasu niż większości ludzi, w końcu to osiągnęłam.

Tylko że to nieprawda. Niczego nie osiągnęłam. Nadal jestem odmieńcem, którego mąż pragnie czegoś niespotykanego: nie chce odejść, ale też nie chce zostać. Dawne poczucie wstydu znów pojawia się na horyzoncie.

Może Hugh ostatecznie nie wyjedzie.

Kilka razy w ciągu tego tygodnia szłam do niego i z bladą z przerażenia twarzą mówiłam:

– Proszę, nie wyjeżdżaj.

Za każdym razem odpowiadał:

– Przykro mi, skarbie, muszę to zrobić.

Ale nie powiedział jeszcze o tym dziewczynkom i to daje mi nadzieję.

Niemniej jednak moje życie jest dalekie od normalnego. Czuję się, jakby kamienie wypełniały mi brzuch, a sen przychodzi do mnie w przedziwnych zrywach, jakbym otrzymywała słaby sygnał radiowy. I jeszcze, co jest już totalnie zakręcone, inicjuję seks każdego ranka i wieczora. Nie jest to desperacka próba pokazania, że Hugh nie musi lecieć w tym celu na drugą stronę kuli ziemskiej – robię to dla siebie. Gdyby to było możliwe, wlazłabym w niego i spięłabym nas razem.

Powinnam zadzwonić do Derry – wcześniej nie było szansy odciągnąć ją na bok na pogawędkę w chaosie panującym w domu mamy i taty, i jeszcze nigdy nie czekałam tak długo, żeby przekazać jej tak ważne wieści.

Przeszkodą jest to – i zajmuje mi dłuższą chwilę, nim do tego dojdę – że ta wiadomość ją zaboli. Mój ból stanie się jej bólem – ma to swoje dobre i złe strony.

Mamy zupełnie inne podejście do życia. Derry wykazuje inicjatywę, jest niecierpliwa i jeśli coś jej się zepsuje, od razu to wymienia. Niczego nigdy nie naprawia i niczemu nie daje szansy się zaleczyć. W odpowiedzi usłyszę pewnie od niej, że trzeba znaleźć mi nowego mężczyznę, że jest członkiem jakiejś strasznej agencji randkowej dla bogaczy i zanim się zorientuję, zapisze mnie do elitarnego klubu, gdzie będę musiała pić szampana i rozmawiać o uchylaniu się od płacenia podatków. Nie. Zdecydowanie nie.

Niemal nielegalne jest dzwonienie do kogoś „żeby tylko pogadać”, więc rozważam wysłanie esemesa do Szykownej Petry, by sprawdzić, czy mogę się do niej odezwać. Ale to nie ma sensu. Trzy lata temu, w wieku czterdziestu dwóch lat, Petra urodziła bliźniaczki, które cierpią na coś, co ona nazywa „syndromem szatana”. (Tylko one to mają).

Trójka synów Joego nie może się z nimi równać: dziewczynki praktycznie nie śpią. Jeśli właśnie czegoś nie rozwalają, nie rozsmarowują wokoło czegoś paskudnego, to wydają takie odgłosy – wrzeszczą i wyją okrutnie – które potrafią zszargać nawet najmocniejsze nerwy. Biedna Szykowna Petra…

Trudno oszacować, w jakim stopniu naprawdę jest szykowna. Ma dystyngowany akcent, ale nie taki, który od razu wywoływałby niechęć wobec niej; jako dziecko większość rodzinnych wakacji spędzała, chodząc po zagranicznych galeriach sztuki, ale zamiast umierać z nudów jak każda normalna osoba, nadal rozpływa się w zachwytach nad holenderskimi mistrzami. I jeszcze obiad nazywa „wieczerzą”.

Poznałyśmy się ponad dziesięć lat temu, kiedy opiekowałyśmy się pięciolatkami – córka Petry, Anne, chodziła do klasy z Kiarą. Petra przyjrzała się bandzie piszczącego różu i wymamrotała: „Cóż to za nowe piekło?”.

Dla mnie to było jak zakochanie się.

Ze wszystkich moich przyjaciół Petra najlepiej rozumie to, co czuję do Hugh. Ale dzwonienie do niej jest niemożliwe, bo ona musi przerywać rozmowę co kilka sekund, żeby ryknąć na bliźniaczki, a odwiedzanie jej jest jeszcze gorsze, bo zwykle kończę z porcją pieczonej fasolki we włosach. Spotykanie się z Petrą gdzieś poza domem również nie wchodzi w rachubę, bo opiekunki do dzieci przychodzą raz, po czym uciekają z płaczem i przysięgają, że nigdy już tam nie wrócą – też zwykle kończą z jedzeniem wsmarowanym w swoje nastoletnie włosy. Pieczona fasolka to ulubiony numer dziewczynek.

Petra wraz ze swoim mężem radzą sobie w ten sposób, że wydzielają czasami jakąś chwilę, kiedy każde z nich wychodzi osobno. Niedziela wieczór to pora Petry. Będę musiała zaczekać aż do wtedy.

Mogłabym napisać do Steevie. Przyjaźnimy się od liceum, ale odkąd Lee ją zostawił, ona nie daje powiedzieć ani jednego dobrego słowa o jakimkolwiek mężczyźnie i pewnie wyleje złość i wściekłość na Hugh.

Ta złość i wściekłość będą wynikać z dobrych chęci – Steevie będzie przekonana, że oferuje ogromne wsparcie. Lecz będzie podchodzić do moich spraw przez pryzmat własnych doświadczeń.

Jeśli nie Steevie, to może spróbuję z Janą? Jest najsłodszą osobą, jaką znam, ale przyjaźni się też – z niewyjaśnionych przyczyn – z Genevieve Payne, i nawet jeśli każę przysiąc Janie, że nic nie powie Genevieve, „niedyskrecja” to jej drugie imię. Hugh powinien być w połowie drogi na drugi kraniec świata, zanim wieści dotrą do Genevieve.

W przypadku każdej z moich przyjaciółek istnieje coś, co powstrzymuje mnie przed swobodnym daniem upustu emocjom i jestem zszokowana, że tak właściwie to nie mam żadnej psiapsióły, której mogłabym zaufać każdą cząstką siebie. Jestem żałosnym smutasem… no chyba że to jest normalne, że ma się grupę przyjaciół, spośród których każdy przydaje się do czegoś innego. Może tak mają dorośli. Może powinno się mieć „portfolio” przyjaciół?

Słodki Jezu, to okropne i już nigdy coś takiego nawet przez myśl mi nie przejdzie. Nawet jeśli będę podejrzewać, że to prawda.

Prawda jest taka, że do tej pory Hugh był moim najlepszym przyjacielem.

Nie mam przed nim niemal żadnych sekretów, zawsze mnie wspierał, niezależnie od tego, co się u mnie schrzaniło – i jak to się wszystkim zdarza, było tego sporo: regularne kłótnie z Neeve, stresujące sytuacje w pracy oraz różne dziwaczne i przypadkowe sprawy (jak na przykład opryszczka na powiece).

W porządku, dzwonię do Derry! Nie, nie Derry. W takim razie Szykowna Petra. Nie, to bez sensu. Przeglądam w myślach tę samą listę. Co miałabym właściwie powiedzieć. Ten stan zawieszenia jest dla mnie czymś tak nowym, że nie mam na to jeszcze odpowiednich słów. Takie rzeczy raczej się nie zdarzają na przedmieściach Dublina.

Ale może jestem po prostu pierwsza spośród wielu następnych. Może wkrótce wybuchnie prawdziwa epidemia. Zostanę trendsetterką i ludzie będą mówić: „Świetnie wyglądasz w tych swoich zabawnych strojach i z tym swoim nowoczesnym małżeństwem”.

Boże, już sama ta myśl jest straszna. Jeśli Hugh wyjedzie, następne pół roku będzie koszmarem. Mogłabym zniknąć, a potem wrócić, kiedy – jeśli? – on wróci.

Nie, to niemożliwe. Będę musiała tak przedstawić tę wiadomość, jak zrobiłabym z kłopotliwą sytuacją w pracy, i sprawić, by zabrzmiało to jak coś, co ustaliliśmy wspólnie, jak coś pozytywnego czy wręcz pożądanego. Tworzę w myślach oświadczenie prasowe.

Amy i Hugh z podekscytowaniem dzielą się z wami nowym etapem ich małżeństwa: sześciomiesięczną przerwą, podczas której każde z nich pójdzie własną drogą po to, by później połączyć się ponownie w jeszcze bardziej kochającym i lojalnym partnerstwie. Tak, a wy, frajerzy, z waszymi linearnymi, monogamicznymi małżeństwami, powinniście czuć się zawstydzeni. Nie ma potrzeby, żeby żałować Amy. Zamiast tego powinniście jej zazdrościć.

Czy ktoś da się na to nabrać? Kto wie? Ale może w ten sposób uda mi się choć częściowo ocalić moją dumę. Tymczasem potrzeba mi kilkoro ludzi, z którymi mogę być zupełnie szczera – chociaż i tak będą musieli przysiąc, że dochowają tajemnicy, bo wstyd wynikły z rozprzestrzenienia się prawdziwej wersji wydarzeń sprawiłby, że stałabym się miejscową atrakcją. Wszędzie, gdzie bym poszła, ludzie rzucaliby mi ukradkiem współczujące spojrzenia i mówiliby: „Dała mężowi sześć miesięcy na to, żeby się wyszalał. Co z niej za kretynka?”.

Czy jestem kretynką? (Pewnie nie powinnam używać tego słowa).

Rzecz w tym, że jeśli zakładamy zwykłą kolej rzeczy, to Zdradzający Mężczyzna = Kompletny Drań. Wszyscy co do tego się zgadzamy, prawda? Tak jak mój pierwszy mąż. Richie Aldin = Kompletny Drań, tu nie ma żadnych wątpliwości. Albo jak mąż Steevie – Lee. Zakochał się w swojej asystentce w pracy i wszyscy wiedzieliśmy, na czym stoimy: Lee = Kompletny Drań; Steevie = Rzeka Łez, jak w tej znanej piosence Cry Me a River. Po wielu miesiącach Lee usiłował odzyskać starych przyjaciół, ale mimo że część jego kumpli może i spotkałaby się z nim pod osłoną nocy, wszyscy wiedzieli: Lee = Kompletny Drań. Unikano go.

Upłynęło jeszcze więcej czasu i melodia obrazująca życie Steevie zmieniła się z Cry Me a River na I Will Survive, a potem na I’m Gonna Dance On Your Grave One Day, Play Maracas and Sing Olé, a Lee pozostał Kompletnym Draniem.

Hugh nie jest Kompletnym Draniem. Kocha mnie, sprawianie mi bólu jest dla niego torturą, lecz obdarzanie współczuciem osoby, która mnie rani, wydaje się zbyt dziwaczne, by ująć to w słowa.

Z butelki zniknęło już sporo wina, a w moim koszyku w sklepie internetowym pojawiła się torebka kuferek od Ganniego. I wtedy otwierają się drzwi wejściowe. Podskakuję i idę do przedpokoju. To Hugh w koszulce Joy Division, która kiedyś była czarna, ale po licznych praniach wyblakła do barwy delikatnego węgla drzewnego. Pasuje mu. Przyglądałam mu się na różne sposoby przez tych ostatnich kilka dni i jego seksapil jest niemal szokujący – nietrudno zrozumieć, dlaczego Genevieve Payne ciągle się do niego przystawia.

– Hej. – Zatrzymuje się zakłopotany.

– Gdzie byłeś? Dlaczego nie napisałeś mi esemesa? Jeszcze nie wyjechałeś, więc mógłbyś się, do cholery, trochę wysilić.

Trzyma liczne reklamówki, a spoza jego pleców wyziera coś wielkiego.

– O co chodzi? – pytam. – Byłeś na zakupach?

– Tak, ja…

Obchodzę go, żeby rzucić okiem na to, co tam usiłuje przemycić. Kiedy widzę, co to jest, mam wrażenie, jakby mi ktoś walnął pięścią w brzuch. To ogromny plecak.

To jest prawdziwe. To dzieje się naprawdę. Byłam totalnym jełopem, wmawiając sobie, że może tego nie zrobi.

– Wielki plecak. – Język nie działa mi sprawnie.

– Nie chciałem, żebyś to zobaczyła.

– Co jest w tych torbach? Mogę zerknąć? – Dlaczego to sobie robię? Czy nie byłoby lepiej nie wiedzieć?

– Amy, nie…

– Serio, wszystko gra. Chcę to zobaczyć. – Chcę pokazać, że jestem równiachą, że nie mam nic przeciwko temu.

– W porządku.

Idziemy do salonu, gdzie Hugh niechętnie pokazuje kilka kolorowych koszulek – stanowczo zbyt radosnych. W życiu bym takich nie zaakceptowała. To dziwne i okropne zostać tak wykluczoną z jego życia.

Teraz wyciągnął białą lnianą koszulę, jaką zakłada się na drogie kolacje w ciepłych krajach. To jest już dla mnie niemal nie do zniesienia, ale kontynuuję.

– A to? – Znalazłam coś małego, niebieskiego i frotté.

– To jeden z tych ręczników, które schną bardzo szybko. – Rozwija wielki ręcznik kąpielowy. – Używasz go, potem on wysycha w dwadzieścia minut i możesz go znów zrolować w takie małe zawiniątko. Prawie nie zajmuje miejsca w plecaku.

– To… bardzo poręczne.

– Daj spokój, Amy. Kończmy to.

– Naprawdę wyjeżdżasz?

– Przykro mi, kochanie. – Wygląda na zasmuconego i zawstydzonego.

– Kiedy zamierzasz powiedzieć o tym dziewczynkom?

– Jutro. Spotkamy się tu o dziesiątej.

– Nawet Sofie?

– Tak.

Serce mocno wali mi w piersi. Stoimy pośród toreb i różnych ustaleń.

– To jest naprawdę trudne – mówię zduszonym głosem.

– Przepraszam.

– Wiem, że nikt nie ma drugiej osoby na własność, ale przyzwyczaiłam się do myślenia, że jesteś mój. A teraz będę musiała… dzielić się tobą.

Przytaknął nieporęcznie.

– Nawet twojego penisa uznawałam za coś, co należy do mnie.

Potakuje ponownie.

– Jeśli czujesz, że nie masz prawa mnie zostawić, to nie masz również prawa seksić się z nikim poza mną, rozumiesz?

– Wiem.

– Zawsze byłeś dla mnie miły i robiłeś wszystko, o co cię poprosiłam.

– Kocham cię.

– Przyzwyczaiłam się do tego, że mogę na tobie polegać, i teraz trochę się przez to nienawidzę. Ale co mam innego zrobić? – Głos mi drży. – Musimy ufać ludziom. Nie możemy iść przez życie całkowicie samowystarczalni. – Muszę go o coś spytać. – Czy to moja wina? Zrobiłam coś… nie tak?

Kręci głową.

– Tu chodzi tylko o mnie. To nie ma nic wspólnego z nikim.

To mnie w pewnym sensie uspokaja i łzy ulgi wypełniają mi oczy.

– Przepraszam – mówi ze szczerością. – Nienawidzę siebie za to, że cię ranię.

Przez chwilę mam wrażenie, że się rozryczę, lecz potem opieram koniuszki palców na jego klatce piersiowej i popycham go na sofę. Gramolę się mu na kolana i dosiadam go, obejmuję jego twarz dłońmi, pocieram palcami brodę i całuję namiętnie. Podnoszę jego koszulkę i gładzę klatkę piersiową. Nawet pachnie inaczej – seksownie, obco, jakbym w ogóle go nie znała.

– Dziewczynki? – protestuje słabo.

– Nie ma ich. – Kiara opiekuje się Finnem, Pipem i Kitem. Bóg jeden wie, gdzie jest Neeve, a Sofie może wrócić w każdej chwili, ale to bez znaczenia. Rozpinam mu dżinsy i zsuwam się, żeby polizać czubek jego drgającego penisa. Wyciągam go powoli i zaczynam ściągać mężowi spodnie.

– Jesteś pewna, że nikt nam nie przeszkodzi? – pyta nagląco.

– Jasne.

Wstaje i zrzuca z siebie resztę ubrań. Ciskam poduszki na dywan i przyciągam Hugh do siebie. Niezgrabnymi ruchami rozpinamy moją sukienkę i ściągamy moje majtki.

Od lat nie robiliśmy tego nigdzie indziej niż w łóżku, ale od niedzieli kochamy się w całym domu – pod prysznicem, w wannie, nawet na suszarce koło zlewu, bo naoglądałam się tego w jakimś duńskim serialu. (Muszę przyznać, że to wcale nie jest takie sexy, jak wygląda w telewizji – aluminium ziębiło mnie w tyłek, ugięło się i wydawało łupiące dźwięki przy każdym pchnięciu. Było to tak głośne i sprężyste, że zaczęłam się obawiać, że wgnieciemy suszarkę na stałe. Kuchnię robiliśmy zaledwie trzy lata temu. To była ogromna radość: mieć w domu choć jedno pomieszczenie, które nie wygląda strasznie. Tak więc kiedy podskakiwałam na suszarce, jedyne, co odczuwałam, to był niepokój).

Przejmuję inicjatywę, kładę Hugh na poduszkach i nalegam na zmianę pozycji co chwilę. To jest niczym pokaz – zobacz wszystko, co Amy ma do zaoferowania! Nawet próbuję – najwyraźniej obraz Alastaira jest wciąż świeży w mojej głowie – pozycji na odwróconego jeźdźca, ale nie potrafię usadowić się pod właściwym kątem. Niemal zgięłam wpół penisa Hugh, a on i tak nie chciał wejść.

– Przestań – prosi cicho. – Zaraz mi go złamiesz.

Zawzięcie próbuję dalej.

– Chodź tu. – Bierze mnie w ramiona i zaczynamy wykonywać jeden z naszych sprawdzonych układów. Kochaliśmy się już dzisiaj – tego ranka przed pracą. (I wczoraj wieczorem. I wczoraj rano. I jeszcze poprzedniego wieczoru).

Dopada mnie jednak depresja. To, co robimy, jest pozbawione radości. Hugh próbuje kilku rzeczy, które zwykle się sprawdzają, lecz ja przyśpieszam sprawy, bo chcę już tylko, żeby to się skończyło. On wreszcie dochodzi i w ciszy, która po tym nastaje, unosi się na łokciach i spogląda mi w oczy.

– Kocham cię – mówi. – Wrócę.

– Czy zawsze będziesz mnie kochać?

– Tak.

– Powiedz to.

– Zawsze będę cię kochać.

– Powtórz.

– Zawsze będę cię kochać.

Ale niezależnie od tego, jak często to powtarza, nie potrafię poczuć się bezpiecznie.

7

Dwadzieścia dwa lata temu

Przyciskam plecy do drzwi, próbując powstrzymać go przed wyjściem.

– Błagam! – Płaczę tak bardzo, że ledwo widzę przez łzy. – Nie rób tego.

Chwyta mnie za ramiona i usiłuje przesunąć ze swojej drogi. Kładę dłonie na jego piersi i popycham go mocno.

– Nie możesz odejść! Nie możesz. Musisz zostać.

Znów próbuje mnie wyminąć. Nie chciał używać siły, ale był zdeterminowany i udało mu się przesunąć mnie o kilka centymetrów. Broniłam się i starałam się sobą zastawić drzwi.

– Nie. – Ochrypłam od płaczu. – Proszę.

Był silniejszy ode mnie, ale i ja miałam więcej siły niż zwykle. Mocowaliśmy się przez okropną chwilę, on mnie pchnął, ja pchnęłam jego, lecz jakimś cudem zdołał dosięgnąć zamka i otwarł drzwi.

– Poradzisz sobie – wymamrotał i się wymknął.

Wybiegłam za nim na korytarz i na klatkę schodową. Zbiegł po schodach. Popędziłabym za nim, tyko że w mieszkaniu płakała Neeve. Zawahałam się, rozdarta między dwojgiem ludzi, których kochałam najbardziej w świecie, i dokonałam wyboru.

Samo wspomnienie tego ponad dwadzieścia lat później nadal sprawia mi ból. To była najgorsza noc mojego życia.

Zaczęło się na lotnisku Leeds-Bradford. Wraz z czteromiesięczną Neeve leciałam do Dublina na Boże Narodzenie. Richie był na jakimś przyjęciu ze sponsorami klubu; miał przylecieć dzień później.

To było dwudziestego trzeciego grudnia i lotnisko, jak należało się tego spodziewać, było pogrążone w całkowitym chaosie. Wszystkie loty były opóźnione, włącznie z moim. Wejście na pokład ogłaszano i odwoływano co chwilę, aż w końcu pojawił się komunikat, że oferują vouchery wszystkim, którzy zdecydują się na lot następnego dnia. Najwyraźniej sprzedano za dużo biletów na nasz lot, ale Neeve była malutka, więc myślałam, że potraktują nas priorytetowo. Tymczasem członkowie programu lojalnościowego linii lotniczych mieli pierwszeństwo, a było ich tam strasznie dużo.

– Mam maleńkie dziecko. – Byłam bliska płaczu.

Nic mi to nie dało i powiedziano mi, że mam wrócić następnego dnia.

Kiedy wtargałam Neeve do mieszkania w jej foteliku, dobiegły mnie jakieś głosy z sypialni – Richie pewnie nie wyłączył telewizora, zanim wyszedł. Położyłam Neeve na podłodze w salonie i miałam właśnie zejść ponownie cztery piętra, żeby wtaszczyć naszą walizkę. Poszłam jednak najpierw do sypialni – ponieważ byłam naiwna, ale nie głupia.

Wygląda na bardzo pewną siebie – to była moja pierwsza myśl. Dosiadała go, poruszała się w górę i w dół. Miała sztucznie przedłużone włosy i coś dziwnego działo się z jej cyckami: zewnętrzna strona podskakiwała równo z resztą jej ciała, a środek poruszał się wolniej. Implanty, pomyślałam. Pierwszy raz widziałam je na żywo.

Na twarzy Richiego malował się grymas i było to coś, czego wolałabym nigdy nie zobaczyć. Pamiętałam ten obraz przez lata.

Wtedy mnie zauważył i zbladł. Dziewczyna – nie znałam jej – kontynuowała rytmiczne podskoki. Dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że coś jest nie tak. Zatrzymała się i podążyła za spojrzeniem Richiego.

– Kurwa! – wykrzyknęła, gramoląc się z niego.

Nieznajome ubrania były porozrzucane po podłodze – czarny stanik, koronkowe stringi, które nie były moje, i błyszcząca sukienka w miedzianym kolorze.

– Ubieraj się. – Zebrałam rzeczy i rzuciłam nimi w jej kierunku. – I się wynoś.

Zwinęła się w niecałą minutę – w krótkiej sukience i butach na platformie wyglądała zupełnie inaczej niż ja – a ja czekałam, aż Richie zacznie rzucać hasłami, które zwykle padają w takiej sytuacji: „To nic takiego, ona nic nie znaczy. Byłem pijany. To był tylko seks”. Zaczęłam już nawet przepraszać samą siebie za to, że mu wybaczam.

Gdy jako nastolatki wraz ze Steevie słyszałyśmy o kobiecie, która postanowiła nie opuszczać zdradzającego ją męża, wyrażałyśmy zjadliwą pogardę – za nic w świecie byśmy z takim nie zostały! Nie, byłyśmy silnymi dziewczynami, miałyśmy szacunek wobec samych siebie, nigdy nie postąpiłybyśmy tak żałośnie. Ale jest zupełnie inaczej, kiedy to dzieje się naprawdę. Gdy jesteś młoda i bezbronna. Masz dziecko z tym mężczyzną. I kochasz go tak bardzo, jak ja kochałam Richiego Aldina.

Richie zaczął się ubierać.

– Słuchaj, Amy – powiedział, nie patrząc mi w oczy – nie powinniśmy byli nigdy brać ślubu. Byliśmy na to zbyt młodzi.

– N… nie byliśmy – wyjąkałam.

– Ty masz dwadzieścia dwa lata, a ja dwadzieścia trzy – odpowiedział. – Jesteśmy za młodzi. To nie działa. Odchodzę.

Wyciągnął walizkę spod łóżka, a ja krzyknęłam:

– Nie! Nie możesz tego zrobić.

Poczułam przypływ adrenaliny i robiłam w głowie szybki przegląd rzeczy, które mogłyby skłonić go do zostania.

– Neeve – powiedziałam. – Twoje dziecko. Nie możesz jej zostawić.

– Nie chcę być ojcem.

– Wiem, że to jest trudne – błagałam go. – Ale nie zawsze tak będzie.

Cisnął trzy pary tenisówek na dno walizki, a ja rzuciłam się na niego, żeby powstrzymać go od spakowania czegokolwiek jeszcze. Zablokował mnie bez żadnego wysiłku – był niski, ale silny i wysportowany – i zaczął wyciągać rzeczy z szafy. W trakcie szamotaniny, kiedy próbowałam go powstrzymać, coś się roztargało i on wyglądał na wkurzonego. Jego ubrania stały się ostatnio o wiele droższe, choć byliśmy spłukani.

– Chodzi o tę dziewczynę? Kochasz ją? – Może ubłagałabym ją, żeby sobie go odpuściła.

– Ta, która była tutaj? – spytał Richie z rozdrażnieniem. – Ona nic dla mnie nie znaczy.

– Ale jeśli nic…

– Amy – powiedział niemal delikatnie – robię to cały czas.

Był zawodowym piłkarzem – nie z Premier League, grał w trzecioligowym klubie, lecz mimo to wokół niego zawsze kręciło się sporo fanek.

– Ale… – Osłupiałam. Zawsze przysięgał, że za bardzo mnie kocha, żeby ulec pokusom, a ja mu w to wierzyłam.

– Zdradzam cię, odkąd zaszłaś w ciążę.

– Nie. – Zaczęłam dławić się łzami.

– Żałuję, że to wszystko się wydarzyło – szepnął. – Ty, ja, ślub, dziecko.

– Ale to ty chciałeś dziecka. – Z trudem łapałam oddech. – I to ty chciałeś wziąć ślub.

Byliśmy ze sobą od ostatniej klasy w szkole i choć byłam pewna, że zawsze będziemy razem, martwiłam się, że to za wcześnie na ślub, nie mówiąc już o dziecku. Richie (pewnie pod delikatnym naciskiem ze strony swojego klubu, co odkryłam po latach) przekonał mnie, że to dobra decyzja.

Chwycił walizkę i skierował się do drzwi. Dotarłam tam przed nim i przycisnęłam się do nich plecami, zamierzając powstrzymać go przed wyjściem. Ale ostatecznie i tak wyszedł.

Miałam ochotę umrzeć, lecz z powodu Neeve musiałam przetrwać najdłuższą, najzimniejszą i najbardziej samotną zimę w moim życiu. Nikogo nie znałam w Leeds – mieszkałam tam tylko dlatego, że Richie grał w miejscowym klubie.

Maura usiłowała przekonać mnie do powrotu do Dublina, do przyjaciół i rodziny, ale przyjaciele, wszyscy w tym samym wieku co ja, zachowywali się jak normalni dwudziestodwulatkowie, korzystali z życia i robili głupoty.

Jeśli zaś chodzi o moją rodzinę – cierpieli na różne choroby (mama), pracowali całymi dniami (tata), mieszkali w Australii (Derry), byli zbyt szurnięci (Joe), zbyt młodzi (Declyn), a Maura pomagałaby aż za bardzo.

I choć Richie odmówił widywania się z Neeve czy ze mną, musiałam zostać w pobliżu na wypadek, gdyby zmienił zdanie.

Byliśmy małżeństwem tylko osiem miesięcy i Richie wyplątał się z tego superszybko – rozwód nastąpił w niecałe pięć miesięcy. Od cwanych prawników zatrudnionych przez klub nadszedł przerażający list, w którym napisano, że Neeve będzie dostawać jakieś śmiesznie niskie alimenty. Mnie nie było stać na cwanego prawnika i musiał mi starczyć taki z biura pomocy prawnej, ale walczyłam ostro i nie poddałam się, aż nie potrojono pierwotnej oferty.

Kwota ta i tak była śmiechu warta.

Lecz Neeve i ja przetrwałyśmy tę okropną zimę. Wróciłam do pracy w firmie PR, gdzie byłam asystentką, zanim poszłam na urlop macierzyński, i pracowałam na pełny etat, będąc jednocześnie jedynym opiekunem Neeve. Życie było wtedy wyczerpujące – pięć godzin snu liczyło się za dobrą noc – a mimo to na zdjęciach z tamtego okresu wyglądam zadziwiająco zdrowo i normalnie.

Oto i ja, w płaszczu w stylu Audrey Hepburn z czarnego moheru i czarnych skórzanych rękawiczkach do łokcia. Na kolejnym zdjęciu mam loczki, kucyk i jakąś wymyślną grzywkę – jakim cudem znajdywałam na to czas? Dzisiaj powiedziałoby się „inspiruję się stylem retro” – ale w tamtych czasach jedynym określeniem było „nie mam kasy na ciuchy z normalnych sklepów”.

Cholera wie, skąd czerpałam energię, lecz spędzałam weekendy na szperaniu po targach z ubraniami vintage, z Neeve uczepioną do boku, i zawsze byłam na wysokich obcasach.

Wynajdywałam tam świetne rzeczy: spódnicę z matowej satyny o fasonie przypominającym tulipan, uwodzicielską, dopasowaną sukienkę ze lśniącego czarnego atłasu, kilka krótkich sweterków z kaszmiru i autentyczną garsonkę od Givenchy: obcisłą sukienkę z uroczym żakietem o kroju pudełkowym, w pastelowym błękicie przypominającym kolor migdałów w cukrowych skorupkach.

Większości tych ubrań już nie mam – zaginęły podczas przeprowadzek albo rozpadły się od ciągłego używania – ale mimo że jest teraz na mnie za mała, nadal mam tę garsonkę. Jest niczym symbol: przypomina mi, jak ciężko mi kiedyś było. I być może też to, jak wytrzymała potrafię być, jeśli zajdzie taka potrzeba.

8

SOBOTA, 10 WRZEŚNIA

– Przerwa? – pyta Neeve z niedowierzaniem. – Wydaje ci się, że jesteś jakąś gwiazdą?

– Nie. – Hugh daje się sprowokować. – Nie wydaje mi się tak.

– Błagam – mamroczę do Neeve. – Zachowujmy się przyzwoicie. Weź rogalik.

Przygotowałam stół jak do codziennego śniadania – drożdżówki, sałatka owocowa i kawa – ale nikt nawet nie tknął jedzenia. To tak jak w pracy: ludzie uznają głód za przejaw słabości. Ale jednocześnie poczuliby się śmiertelnie urażeni, gdybyś nie przygotował bułeczek.

– Wiemy, że nie jesteś zbyt szczęśliwy – mówi Kiara. – Będziemy za tobą tęsknić, ale postaramy się to zrozumieć.

– Dzięki, skarbie.

– Jak będziemy mogły kontaktować się z tobą? – pyta Kiara. – Będziemy rozmawiać na czacie raz w tygodniu? Jak w każdy sobotni poranek?

– Nie! – odpowiada Hugh, o wiele za szybko. Strach malujący się na jego twarzy pokazuje, że ostatnią rzeczą, na którą ma ochotę, jest cokolwiek rutynowego. – Nie… nie… – Odchrząkuje. – Ale będę miał ze sobą komórkę i jeśli któraś z was, dziewczynki, będzie mnie potrzebować, możecie do mnie dzwonić o każdej porze.

– A co z mamą? – pyta Neeve złośliwie. – Ona też może dzwonić do ciebie, kiedy tylko zechce?

Hugh wygląda na skruszonego.

– Tylko w nagłych wypadkach.

Och. Nie wiedziałam, że mój kontakt będzie aż tak ograniczony. Boże, jak to boli.

– Najważniejsze, żebyście pamiętały – tłumaczy Hugh – że bardzo was wszystkie kocham. Kocham was i do was wrócę.

Sofie wybucha głośnym płaczem.

– Wszyscy zawsze odchodzą.

Biedna Sofie. Wygląda na wyczerpaną i zaniedbaną, jej delikatne blond włosy są zebrane w luźny kok. Wydaje się jeszcze chudsza, niż była tydzień temu, jest tak drobna, że ktoś mógłby ją wziąć za dwunastoletniego chłopca. Mieszkanie z Urzulą najwyraźniej jej nie służy, ale to coś, do czego ona musi dojść samodzielnie. Ja mogę jedynie stać z boku i przyglądać się temu z zaniepokojeniem.

Zanim ta myśl w pełni się ukształtuje, kładę jej pół drożdżówki na talerzu.

– Zjedź coś, skarbie – mówię.

Wszyscy milkniemy, a Sofie jest tak zaszokowana, że przestaje płakać. Wtedy Kiara bierze drożdżówkę z talerza Sofie i pochłania ją w dwóch szybkich kęsach.

Pomimo mojego faux pas rozpiera mnie duma – żywię spore nadzieje wobec Kiary: jakaś posada ambasadorska przynajmniej. Jest ogromnie wyczulona na potrzeby innych. Przez krótką, gorzką chwilę żałuję, że to nie ona jest córką prowadzącą vloga – ona dzieliłaby się ze mną kosmetykami do makijażu.

Kiara ściera okruchy drożdżówki z ust i pyta Hugh:

– Możemy cię odwiedzać?

– Nie! – Ponownie się przeraził. – Nie, skarbie, to nie tego typu urlop. Będę podróżował i wiesz…

– Wiemy – odpowiada Neeve wymownie.

Kiara wpatruje się w nią.

– Nie. To nie o to chodzi. On chce teraz postawić na samorealizację. Prawda, tato?

– Właśnie!

Samorealizacja. Dobre słowo. Fajnie by było, gdybym jeszcze potrafiła je wymówić bez robienia przy tym głupiej miny.

– Ale będziesz w domu na Boże Narodzenie? – pyta Kiara.

– Nie, skarbie – odpowiada delikatnie. – Zadzwonię do was.

– Jeśli ty robisz sobie przerwę – mówi Neeve – to znaczy, że mama może zrobić to samo. Prawda?

Jego twarz wykrzywia grymas.

– Nie pomyślałeś o tym? – docieka Neeve z pogardą.

Hugh przygląda mi się, jakby się zastanawiał, czy miałabym teraz branie, po czym na jego obliczu pojawia się tępy wyraz.

– Amy też będzie miała przerwę.

– Bum! – mówi Neeve do mnie. – Możesz zejść się z moim tatą. Wszyscy wiedzą, że nigdy się z niego nie wyleczyłaś, co pewnie jest jedynym wytłumaczeniem, dlaczego wyszłaś za tę gwiazdę.

Nie wiem, co powiedzieć. Może poza tym, że nie tknęłabym Richiego Aldina, nawet gdyby był ostatnim mężczyzną na ziemi – już chyba wolałabym wymachiwać lassem, uprawiając seks w pozycji na odwróconego jeźdźca z Alastairem do końca swojego życia, niż znów pójść tą drogą. Jednak nigdy nie wyrażam się o Richiem z pogardą w rozmowie z Neeve – niech sama się przekona, że to Kompletny Drań. Niestety, przez to, że on był raczej dla niej nieobecny, ona go nieco idealizuje.

– Nie mogę uwierzyć w to, że nam to robisz. – Sofie mówi tak, jakby znów miała się rozpłakać.

– Sofie, skarbie, ja nie wyjeżdżam na zawsze.

– Jadę do babci.

– Zawiozę cię – oferuje się Neeve. – Samochodem Hugh. Nie będzie go potrzebować przez pół roku. Skończyliśmy już?

– Tak? – Hugh spogląda niespokojnie na dziewczynki, czekając na ich reakcję.

– Tak – oznajmia Neeve.

– Ale proszę, zrozumcie. – Hugh zdobywa się na ostatni wybuch szczerości. – Kocham was całym sercem i nie będzie mnie tylko sześć miesięcy. Wrócę tu.

– Niszczysz wszystko – syczy Sofie i opuszcza raptownie pokój, a Hugh aż bieleje ze zgryzoty.

– Wybaczcie, że przerywam rozpad naszej rodziny – ogłasza radośnie Neeve – ale DHL ma przywieźć zamówienie z Chanel.

Od razu zastanawiam się, jak coś z tego wykraść – to dla mnie prawdziwa męka, kiedy muszę przyglądać się dostawom tych prestiżowych kosmetyków. Neeve wybucha śmiechem.

– Wiem, o czym teraz myślisz, mamo.

– Nie możesz jej czegoś dać? – pyta Hugh.

– Żeby złagodzić ból po twoim odejściu?

– Ja jej nie opuszczam…

– Jeszcze się przekonamy. – Neeve mu się odcina. – Jeśli jest tam coś, co ci odpowiada, mamo, możesz sobie to wziąć.

– Nie musi mi to nawet odpowiadać – mówię. – Zadowolę się czymkolwiek.

Rzuca znaczące spojrzenie na Hugh.

– To widać.

Zanim zdążę zaprotestować, Neeve i Sofie wychodzą z domu. Hugh mamrocze:

– Ja tylko… – Po czym znika na górze, a Kiara i ja siedzimy, patrząc na siebie.

9

– Wow – mówi Kiara. – Wielki szok.

Teraz się wściekam. Neeve i Sofie miały gówniany start w życiu, ale w przypadku Kiary wszystko przebiegało gładko. Tu nie powinno chodzić o mnie, ale Kiara była moim czystym kontem, moim sukcesem życiowym, a teraz Hugh zszargał i to.

– Przykro mi, kochanie – mówię. – Dobrze się czujesz?

– Miałam na myśli spory szok dla ciebie.

– Nie, nie…

– Ze mną wszystko dobrze – odpowiada. – Rozumiem, że tata tego potrzebuje. To o ciebie się martwię.

– Kiaro…

Czasami moja młodsza córka wydaje się bardziej dojrzała niż reszta nas, lecz spora część tego jest pewnie tylko powierzchowna i raczej popełniłabym błąd, gdybym zaczęła na tym polegać.

– Nic mi nie jest, mamo. Ale tobie przyda się strategia na nadchodzące sześć miesięcy. Mogłabyś zacząć uprawiać wspinaczkę.

– Dlaczego?

– No dobra, może nie wspinaczkę. Rzucam tylko pomysłami. Ale pewnie jest sporo rzeczy, które miałaś ochotę robić i teraz masz na to szasnę!

Boże. Jedyne, czego chcę, to wleźć do łóżka na pół roku i przeżyć ten czas na chrupkach jedzonych prosto z pudełka. Zamiast tego będę musiała tworzyć nowe wspomnienia, być najlepszą wersją samej siebie, robić codziennie jakąś jedną rzecz, która mnie przeraża, i podejmować wszelkie inne proaktywne działania, które chodzą Kiarze po głowie.

– Gdybyś jutro umarła – podpowiada – niezrobienia czego byś żałowała?

To jakieś bzdury. To ja tu jestem dorosła, a ona jest dzieckiem. To ja powinnam być źródłem wsparcia i rozwiązań problemów.

– Musisz mieć coś takiego, mamo.

Może to przez stres, ale w głowie siedzi mi tylko jedna rzecz. Odkąd rzuciłam palenie, przybyło mi kilka kilogramów. A kiedy jesteś niska, nawet parę deka różnicy wyraźnie widać. Nie przyzwyczaiłam się do mojej nowej wagi i nie mam na to ochoty – to nie jestem prawdziwa ja.

– Żałowałabym, że nie schudłam – odpowiadam. – Nie chciałabym umrzeć w niewłaściwym rozmiarze. Wydaje mi się, że nie potrafiłabym się w pełni cieszyć życiem pozagrobowym. To byłoby jak wybranie się na wędrówkę z kamykiem uwierającym w bucie.

Kiara uśmiecha się niepewnie. Ta myśl najwyraźniej nie zasługuje na uwagę. Potem jednak się otrząsa.

– Bum – mówi. – No i proszę. Zdrowe jedzenie, prawda?

– Tosty z batatów – odpowiadam. – Chyba że szał na nie już się skończył…

– Nie, nadal są na czasie – zapewnia mnie uprzejmie.

Nie jestem tego taka pewna.

– Mogłabyś porozmawiać z Urzulą – podpowiada.

– Może – mamroczę.

– A może… jednak nie.

Urzula, matka Sofie, to samozwańcza guru do spraw diety, która coraz częściej pojawia się w telewizji zarówno w Irlandii, jak i w Wielkiej Brytanii. Nie ma żadnych kwalifikacji, ale jej chłodnobałtycka chudość i opinie wygłaszane z silnym łotewskim akcentem dają jej rosnącą grupę zwolenników, ludzi, którzy chwalą jej „szorstką miłość” i bezceremonialne opieprzanie grubasów. Ma prawdziwą obsesję na punkcie zwalczania tłuszczu. Moim zdaniem udało jej się po prostu przekuć swoje zaburzenia odżywiania w karierę.

– Urzula ma zlodowaciałą duszę – mówię.

– Nie – odpowiada Kiara. – Urzula ma w swojej duszy jedynie płaską łyżeczkę kaszy jaglanej.

Obie się śmiejemy, a potem Kiara wychodzi.

Teraz, kiedy dziewczynki zostały już o wszystkim poinformowane i sprawa stała się oficjalna, robię coś, co powinnam była zrobić wiele dni temu – dzwonię do Derry.

– Mam ci coś dziwnego do powiedzenia. – Robię głęboki wdech. – Hugh w pewnym sensie mnie opuszcza. Na pół roku – dodaję szybko. – Ale potem wróci. W trakcie tego wyjazdu będzie tak, jakby był singlem.

Derry przez chwilę nic nie mówi. Potem pyta:

– Gdzie jesteś? W domu? Będę u ciebie za dziesięć minut.

Nie mija osiem, kiedy jej samochód wjeżdża z piskiem opon na nasze osiedle i zatrzymuje się gwałtownie przed bramą.

Siostra wpada do mnie z połową włosów wysuszonych w nowojorskim, sprężystym stylu, a drugą połową nadal mokrą.

– Derry, na miłość boską, nie musiałaś wychodzić w trakcie suszenia włosów.

– Nie mam zbyt wiele czasu. Mów.

Niepewnie zarysowuję jej fakty.

– I to stało się kiedy?

– W zeszłą niedzielę wieczorem.

– I nie powiedziałaś mi o tym, bo… to było zbyt dziwne? Byłaś za bardzo upokorzona? Miałaś nadzieję, że on zmieni zdanie?

– Wszystko powyższe.

– Jezu Chryste, Amy, ty biedaczko. – Patrzy na mnie ze szczerym współczuciem. – Masz gówniane szczęście do mężów.

– Ale on się zaklina, że wróci.

Wyraz twarzy Derry mówi wszystko: nawet jeśli Hugh wróci, będzie już inaczej. Nie ma szans, żeby tak po prostu wcisnął się na swoje dawne miejsce i żył jak wcześniej.

– Amy, potrafisz przezwyciężać przeciwności losu. – Mówi to z pewnością w głosie i owszem, chyba rzeczywiście taka jestem: przeżyłam odejście Richiego i wszystkie numery, jakie mój były mąż wywinął naszej córce, przetrwałam okres buntu Neeve, pełen zgryźliwości godnej Egzorcysty, oraz dwa katastrofalne zwolnienia z pracy, jedno dawno temu w Londynie, a drugie stosunkowo niedawno w Dublinie.

Ale to przezwyciężanie przeciwności jest cholernie trudną pracą, o wiele trudniejszą, niż się wydaje, i mam wrażenie, że moje moce zaczynają się wyczerpywać. Jeśli miałabym wybierać, to zdecydowanie wolałabym spędzić życie na dogadzaniu sobie, gdy nic złego się nie dzieje.

– Jak mogę ci pomóc? – Derry zawsze jest pełna inicjatywy.

– Pozwalając mi się wyładować. Tylko błagam, nie zmuszaj mnie do chodzenia na randki. Nie chcę mieć niczego wspólnego z mężczyznami, ani teraz, ani nigdy.

– Ale jeśli o to chodzi…

– Błagam, Derry! To było chwilowe szaleństwo.

– Ale mogłabyś skończyć to, co zaczę…

– Błagam cię, Derry, nigdy, przenigdy już o tym nie wspominaj. Proszę. – Pojawia się ryzyko, że się rozpłaczę. – Chcę tylko gdzieś się zakopać na sześć miesięcy, nie wychylać się i zobaczyć, jak to będzie, gdy Hugh wróci.

– Kiedy wyjeżdża?

– Wkrótce. A nawet bardzo, bo w przyszłym tygodniu.

Derry przygryza dolną wargę.

– Słuchaj no – mówi. – Mam dzisiaj lecieć do Kapsztadu. – Moja siostra pracuje w firmie HR; wiąże się to z licznymi podróżami. – Ale mogłabym spróbować to odwołać, jeśli…

– Nie wygłupiaj się. Tak czy inaczej, nie będzie go przez sześć cholernych miesięcy. Nie możesz przecież odwołać wszystkich swoich wyjazdów.

– Ale kto się tobą zajmie, jeśli on wyjedzie w tym tygodniu? Maura obróci sytuację tak, żeby to ona była w centrum uwagi. Jezu, kompletnie jej odbije, kiedy się o tym dowie… – Zauważa teraz mój wyraz twarzy. – Chwila, ona już o tym wie?

– Wybacz, Der. Domyśliła się, że coś jest na rzeczy. Przyszła wczoraj do mnie do pracy i tak długo mnie męczyła, aż wszystko jej wyznałam.

– Podtapiaczka znowu w akcji.

– Szczerze mówiąc, nie była nieprzychylna.

– Ale i tak na gówno się przyda, jeśli sprawy się popieprzą. A co ze Steevie? Dalej prezentuje postawę WMTD?

Potakuję. WMTD oznacza Wszyscy Mężczyźni To Dranie.

– Może z tego wyniknąć coś dobrego? Możecie we dwie zrobić maleńkich facetów z wosku, wziąć jakieś igły i… nie?

– Nie. To brzmi jak szaleństwo, ale Hugh nie potrafi nic na to poradzić.

Derry nie dowierza.

– Hugh to totalny kutas. Wiesz, że go kocham, ale teraz zachowuje się jak totalny kutas. – Wygląda na zdezorientowaną. – Dlaczego nie pałasz do niego nienawiścią?

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przerwa Kobieta, która ukradła moje życie Tajemnica Mercy Close 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer