Odziedziczone zło

Odziedziczone zło

Autorzy: Yrsa Sigurdardóttir

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.72 zł

Dzieła Yrsy Siguradóttir to już kanon współczesnej światowej literatury kryminalnej. TIMES LITERARY SUPPLEMENT Pod osłoną nocy we własnym domu, w bestialski sposób, zostaje zamordowana młoda kobieta. Jedynym świadkiem zbrodni jest siedmioletnia córka ofiary. Krótko po tym wydarzeniu zwyrodnialec ponownie odbiera komuś życie. Do pewnego radioamatora z Reykjaviku docierają z eteru zakodowane wiadomości, łączące go z obiema ofiarami, mimo, że ich nigdy nie znał. W tej doskonałej powieści kryminalnej, Yrsa Siguradóttir trzyma swoich czytelników w napięciu od pierwszej do ostatniej strony.

Tytuł oryginału:

DNA

Copyright © Yrsa Sigurdardóttir 2014

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Łukasz Slotorsz/www.artnovo.pl

Zdjęcie autorki na okładce: © Lilja Birgisdóttir

Redakcja: Marta Mizuro

Korekta: Marta Chmarzyńska, Izabela Sieranc

Ta książka została opublikowana przy finansowym Icelandic Literature Center.

ISBN: 978-83-8110-746-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

1987

Prolog

2015

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Epilog

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Książkę dedykuję Palliemu.

Gdy pisałam tę powieść, Bragi Guðbrandsson udzielił mi informacji dotyczących Urzędu do spraw Nieletnich oraz schronisk dla dzieci, natomiast Ƿorleikur Jóhannesson i Hallgrímur Gunnar Sigurðsson podzielili się ze mną swoją wiedzą o telekomunikacji i radioamatorstwie. Drugi z wymienionych pokazał też, jak wygląda państwowy nadzór nad krótkofalowcami. Obu serdecznie za to dziękuję. Biorę na siebie całkowitą odpowiedzialność za ewentualne, związane z tym tematem uchybienia, które mogą występować w powieści. – Yrsa

1987

Prolog

Dzieci siedzące na ławce wyglądały niczym schodki. Jedno obok drugiego, w porządku od najmniejszego do największego. Najdrobniejsza z całej trójki była dziewczynka. Siedziała z brzegu, a obok niej starsi bracia. Roczek, trzy i cztery lata. Ich chude nóżki zwisały bezwładnie z twardego siedzenia. Maluchy niepodobne były do zwykłych urwisów wciąż wiercących się, machających stopami. Nowe buty trwały w bezruchu nad świeżo wypastowaną podłogą. Na twarzach dzieciaków nie było widać żadnego zainteresowania ani też śladów nudy czy zniecierpliwienia. Wpatrywały się tępo w pustą białą ścianę, jakby właśnie wyświetlano na niej kreskówkę Tom i Jerry. Niby ujęte w kadrze niewidzialnego aparatu, tak w każdym razie wyglądało to z daleka – jak fotografia trojga dzieci na ławce.

Tkwiły w tej pozycji już od prawie pół godziny. Wkrótce pozwolą im się podnieść, choć na razie nikt z dorosłych, obserwujących całą tę scenę z oddali, nie miał ochoty przyspieszać tej chwili. Ich życie, i tak odwrócone do góry nogami, jeszcze bardziej się zmieni. Wyjdą i nie będzie odwrotu. Bywa, że zmiana w takiej sytuacji oznacza zmianę na lepsze, ale i ona kryje w sobie niewiadome. I w tym tkwił cały problem, że nikt z urzędników nie mógł być pewien, jak się malcom ułoży w życiu i czy podjęto trafną decyzję. Dopiero czas pokaże.

– Niestety. Rozpatrzyliśmy wszystkie za i przeciw. Specjaliści są tego samego zdania. Dzieci potrzebują domu i nie ma co zwlekać. Im będą starsze, tym mają mniejsze szanse na adopcję. Zobaczcie państwo, jakie jest zainteresowanie dziewczynką. Ludzie wiedzą, że młodsze dzieci lepiej oswajają się z nowymi sytuacjami. Za dwa lata dziewczynka będzie w tym samym wieku, co młodszy z braci, i będziemy mieli ten sam problem. – Mężczyzna wziął głęboki oddech. Aby podkreślić wagę swoich słów, wymachiwał teczkami. Zawierały sprawozdania i opinie psychologów, którzy rozmawiali z rodzeństwem. Wszyscy, poza najmłodszą w ich gronie kobietą, znacząco pokiwali głowami. Kobieta miała najmniejsze doświadczenie w pracy w Urzędzie do spraw Nieletnich i nosiła w sobie iskrę, która w każdej chwili mogła wzniecić w pozostałych dawno temu zgaszony optymizm.

– Czy nie powinniśmy jeszcze trochę zaczekać? Kto wie, może uda się znaleźć rodzinę, która zechce całą trójkę? – Mówiąc to, zwróciła wzrok w kierunku siedzących w bezruchu dzieci. Złożyła dłonie jak do modlitwy i mocno ścisnęła palce, bojąc się, że gdy je rozłoży, dobroć, nadzieja i optymizm wyciekną spomiędzy nich. W jej pamięci wciąż żywy był obraz maluchów zaraz po tym, jak sprawa trafiła do rozpatrzenia. Ich skołtunione, brudne blond włosy, podarta odzież na nieludzko wychudzonych ciałach, jasnobłękitne oczy w poznaczonych strużkami łez buziach. Zwróciła się ponownie do zebranych. Twarz miała smutną. – To się musi udać – powiedziała.

– Sprawę uważam za zakończoną – skwitował mężczyzna, który uprzednio wymachiwał teczkami. Był poirytowany. Trzeci raz z rzędu spojrzał nerwowo na zegarek. Zebranie się przeciągało, a on obiecał swoim dzieciom, że pójdą do kina. – Jest bardzo duże zainteresowanie małą. Chłopców chce niewielu. W sumie powinniśmy być zadowoleni z takiego obrotu spraw. Poszukiwane idealnej rodziny dla całej trójki nie ma najmniejszego sensu. Zainteresowani adopcją znajdują się na liście, którą przecież gruntownie przestudiowaliśmy. To w tym momencie jedyne rozsądne rozwiązanie.

W zasadzie nie było już o czym rozmawiać. Wszyscy, oprócz młodej kobiety, z powagą i zrozumieniem potakiwali głowami. A z ich oczu biło zniecierpliwienie.

– One są ze sobą bardzo związane. Obawiam się, że rozłąka wyrządzi im krzywdę na całe życie.

Kiedy to powiedziała, teczki, które znowu znalazły się w dłoniach zdenerwowanego mężczyzny, runęły na stół, aż powiew uniósł włosy siedzących.

– Przecież dwóch niezależnych psychologów wydało opinie. Są przekonani, że dwójka najmłodszych tylko skorzysta, bo łącząca ich zależność nie jest zdrowa. Chłopiec próbuje się dziewczynką opiekować, obdarzając ją miłością, której sam nie zaznał. Przecież to tylko małe dziecko, a troska o siostrę wywołuje u niego stres i cierpienie, którego dziewczynka nie jest świadoma. On ma dopiero trzy latka! – Mężczyzna zamilkł. Po chwili wziął głęboki oddech i ciągnął dalej. – Wyraźnie zostało napisane, że dla dobra dzieci proponuje się rozdzielenie. Ich związek jest toksyczny. Śmiało można powiedzieć, że chłopcy ze względu na swój wiek ucierpieli bardziej niż dziewczynka.

Niektórzy członkowie komisji dostrzegli, że dzieci, do tej pory siedzące w bezruchu, poruszyły się. Młodszy chłopczyk jeszcze bliżej przysunął się do siostry. Objął ją ramieniem i przyciągnął. Niewiarygodne, bo żadnym sposobem nie mógł usłyszeć przez szybę, o czym właśnie mówiono.

– Wydaje mi się, że nie możemy sobie pozwolić na podważanie opinii biegłych. Przyszłość dzieci jest bardzo niepewna, więc nasze spekulacje nie zdadzą się na nic. Takie jest moje zdanie. Należy niezwłocznie działać, bo czas pracuje na ich niekorzyść. Czekanie na cud to dziecinada. Cuda się nie zdarzają. – Jedna z pań, której również się spieszyło, odezwała się nerwowo, równie nerwowo podrygując nogami pod stołem.

– A co się stanie, gdy podrosną i zorientują się, że decyzję o ich rozdzieleniu można było wstrzymać? Wiemy dobrze, jak ludzie potrafią nienawidzić opieki społecznej. Potem całe ich życie zaczyna się kręcić wokół tej niechęci – powiedział najstarszy z członków komisji. Szykował się na emeryturę i miał nadzieję, że ta sprawa będzie ostatnią w jego karierze. Zresztą wydawało się, że nie przywiązywał do niej wielkiej wagi. Twarz miał pooraną zmarszczkami. Dawno temu osiwiał i regularnie zażywał tabletki na nadciśnienie.

– Rodzice adopcyjni powinni utrzymywać w tajemnicy ich przeszłość. Z pewnością będzie to korzystne, zwłaszcza dla dwójki najmłodszych. Dzieci nie będą pamiętały niczego ze swojej przeszłości. Dziewczynka ma tylko roczek. No, ewentualnie najstarszy może coś tam kojarzyć. Ale to nie jest takie pewne, bo wspomnienia się rozmyją. Czy ktoś z was pamięta cokolwiek z czasów, kiedy miał cztery lata?

– Mnóstwo. – Młoda kobieta wydawała się jedyną, która miała jakieś wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, choć nie pamiętała niczego z pierwszego roku życia. Reszta zebranych mogła przywołać tylko zamazane, bliżej nieokreślone obrazy. Dziewczynka, o którą właśnie toczono batalię, w jej mniemaniu ucierpiałaby najmniej. I nie dlatego, że była taka słodka, lecz ze względu na wiek. Minione lata były bardzo ciężkie dla chłopców, co przejawiało się tym, że młodszy obdarzał siostrę bezgraniczną miłością i opieką, starszy zaś pogrążał się w pustce i beznadziei. To, co zawarte zostało w krótkiej i zwięzłej notatce policyjnej z przebiegu interwencji, do której doszło po tym, jak matka dzieci zawiadomiła policję, miało kluczowy wpływ na decyzje komisji, ale żaden z jej członków nie zamierzał odwoływać się do treści owego raportu.

Najlepiej byłoby, gdyby z czasem udało się wymazać z pamięci rodzeństwa wszystko, co zaszło.

Niestety, młoda kobieta nie była do końca przekonana, że tak mogłoby się stać. Zwłaszcza że doświadczenia tej trójki były przerażające. – To, co zapisało się w mojej pamięci, wiąże się z trudnymi przeżyciami. W wieku trzech lat przycięłam sobie palce drzwiami od piekarni, a mając pięć lat, widziałam, jak samochód potrącił moją koleżankę. Zdaję sobie sprawę, że moje przeżycia nijak się mają do tego, czego one doświadczyły. Ale obawiam się, że chłopcy mogą sobie wszystko przypomnieć. I choć to mało prawdopodobne, niewykluczone, że dziewczynka też coś zapamiętała.

– A jak wygląda kwestia ich pokrewieństwa? – rzuciła inna z kobiet i zniecierpliwiona zmieniła temat rozmowy w obawie, że zanurzą się za bardzo we własnych wspomnieniach z dzieciństwa. – Nawet nie jest pewne, czy dzieci są naturalnym rodzeństwem, więc nie wiadomo, ile wysiłku trzeba włożyć, aby poczuły taką więź.

Facet od teczek nareszcie zapunktował w oczach młodej kobiety, mówiąc:

– Nie wydaje mi się, żeby to akurat miało znaczenie. Mając wspólną matkę, czują się rodzeństwem. Ojcowie dwójki najmłodszych oficjalnie zapisani zostali jako nieznani, jednak lekarz, który badał dzieci, stwierdził, że dwójka młodszego rodzeństwa może pochodzić od tego samego ojca, a tylko najstarszy jest ich bratem przyrodnim. Tak też sugeruje właśnie ojciec najstarszego z dzieci. Z jego zeznań wynika, że po narodzeniu dziecka nie utrzymywał z matką kontaktów seksualnych, bo ją z kolei zmuszono, by wróciła do domu swojego ojca. – Mężczyzna zamilkł i znacząco się skrzywił. Przełknął ślinę i kontynuował: – Trzeba by wykonać badania DNA, ale nie ma na to czasu i pieniędzy. Poza tym, bądźmy szczerzy, kto chciałby znać prawdę? Lepiej przyjmijmy z góry, że cała trójka ma „normalnych” ojców, a nie tylko najstarszy.

Zapadła cisza. Wszyscy znali przeszłość rodzeństwa i ich matki. Historię jej ojca, którego podejrzewano o dopuszczenie się straszliwej zbrodni na własnej córce. W ich rękach leżał los dzieci o zranionych duszach. Jaką powinni podjąć decyzję?

– A co z Þorgierem, czyli ojcem najstarszego? Nie ma szans, żeby zmienił zdanie? – przerwała milczenie młoda kobieta.

– Próbowaliśmy wszystkiego. Nie może lub też nie chce zabrać syna. Nie mówiąc już o całej trójce. Zresztą nigdy nie miał kontaktu z dzieckiem, a i do końca nie jest pewny swego ojcostwa. Przyznał się wtedy do dziecka, bo miał z jego matką krótki romans, ale podejrzewa, że w tamtym czasie mogła też współżyć z innymi. Jeśli będziemy go naciskać, by zabrał syna, musi zgodzić się na testy. To przeciągnie sprawę. Bez względu na wyniki i tak wydaje mi się nieodpowiednią osobą. W sytuacji niepotwierdzenia ojcostwa będzie miał prawo odmowy zabrania chłopca. I czy to nie odbije się źle na dziecku? – Mężczyźni wymienili znaczące spojrzenia. Dla nich ta argumentacja była zrozumiała. Dla kobiet niekoniecznie.

– To najlepsze rozwiązanie sprawy. – Facet od teczek tym razem powstrzymał się od wymachiwania dokumentami. Dla odmiany zaczął stukać w nie palcami. – Nie posiadamy maszyny czasu, która utwierdziłaby nas w przekonaniu, że dzieciom się powiedzie. Jedyne, czym możemy się podeprzeć, to opinie specjalistów. Rodzice adopcyjni zostali poddani dokładnym testom. Mają najlepsze rekomendacje. Proponuję, abyśmy zakończyli tę sprawę. Tożsamość dzieci zostanie zmieniona. Z czasem sprawa ucichnie i nikt nie będzie pamiętał o ich pożałowania godnej przeszłości. To rodzaj błogosławieństwa, nie wiedzieć nic o swoim dawnym życiu. Ich rozdzielenie tylko w tym pomoże. Im wcześniej zaczną nowe życie, tym lepiej. Czyż wszyscy nie myślimy podobnie?

Młoda kobieta otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale się powstrzymała. Pozostali członkowie komisji mamrotali coś pod nosem, obawiając się jej głosu sprzeciwu. Przekręciła się w stronę szyby, za którą siedziały dzieci. Dziewczynka bezskutecznie próbowała wyzwolić się z objęć brata. Jednak jego ramię trzymało jej ciało w jeszcze bardziej kurczowym uścisku. Wyglądało to tak, jakby chciał zadać jej ból. A może jednak opinie psychologów zawierały coś, czego kobieta nie chciała dopuścić do swej świadomości? Ponownie odwróciła się przodem do komisji. Zrezygnowana skinęła głową na znak zgody.

Tak zapadła ostateczna decyzja.

Posiedzenie dobiegało końca i kiedy tylko załatwiono ostatnie formalności, grupa się rozeszła. Młoda kobieta stała samotnie na korytarzu, będąc jedynym świadkiem wysyłki dzieci do nowego życia. Nie obyło się bez protestów. Przypominały jej krzyk noworodków, które opuszczają ciepłe łona swoich matek. Awanturował się szczególnie młodszy z braci, widząc, jak znika w korytarzu jego siostra, którą niósł na rękach lekarz pediatra. Dziewczynka pomachała braciszkowi na do widzenia z kamiennym wyrazem twarzy, co tylko pogorszyło nieszczęsną sytuację. Człowiek w białym kitlu musiał siłą go przytrzymywać. Gdy dzieciak wreszcie zrozumiał, że się nie wyrwie, jego wrzask zamienił się w płacz.

Nie mogła oderwać oczu od sceny, która się przed nią rozgrywała. Przecież i ona ponosiła odpowiedzialność za to, co się stało. Wypadało więc wykazać się cywilną odwagą i zobaczyć skutki własnej decyzji. Obserwowanie starszego z chłopców wydawało się przeżyciem mniej dojmującym. Choć nie krzyczał i nie szlochał, jego przerażone oczy mówiły same za siebie. Najprawdopodobniej rodzeństwa nigdy wcześniej nie rozdzielano.

Ani jedna łza nie spłynęła po jej policzku, gdy patrzyła, jak dematerializują się w otchłaniach szpitalnego korytarza. Gdy w końcu ruszyła do wyjścia, zdała sobie sprawę, że po dzieciach nie pozostał żaden ślad. Ani w szpitalu, ani na prawie pustym parkingu.

Nowe życie połknęło je w całości.

2015

Rozdział 1

Elisa potrzebuje chwili, by dojść do siebie. Leży w łóżku na boku ze zgniecioną kołdrą między nogami i wymiętą poduszką pod policzkiem. W sypialni jest ciemno. Przez szczelinę w zasłonce widzi czarne niebo i gwiazdy mrugające do niej z nieskończoności kosmosu. Obok niej w małżeńskim łóżku leży starannie pościelona kołdra oraz nietknięta poduszka. Panująca tu cisza jest jej obca, tęskni więc za pochrapywaniem, które dotychczas ją denerwowało i uniemożliwiało sen. Tęskni za ciepłem ciała męża, buchającym jak żar z rozgrzanego pieca i sprawiającym, że musiała spać z nogą wysuniętą spod kołdry.

Ułożyła się tak do snu z przyzwyczajenia, ale teraz jest jej zimno.

Gdy otula się dokładniej kołdrą, czuje gęsią skórkę na nogach. To przypomina jej czasy, kiedy Sigvaldi brał nocne dyżury. Lecz teraz nie przyjdzie o świcie, przesiąknięty wonią szpitala. Ziewający, z podkrążonymi oczami. Wróci do domu z konferencji nie wcześniej niż za tydzień. Wczoraj na dworcu autobusowym, kiedy całował ją na pożegnanie, był bardziej zniecierpliwiony niż ona, tak jakby chciał, by pożegnanie trwało krócej. O ile go zna, wróci do domu pachnący nową wodą po goleniu, kupioną w sklepie wolnocłowym. I będzie musiała spać z nosem wciśniętym w łokieć do czasu, aż przyzwyczai się do tego zapachu.

Tęskni, ale też cieszy się chwilową samotnością. Przed nią wieczory, podczas których na kolację wystarczy podpłomyk z serem, a w telewizji będzie leciało to, co ona wybierze. Nie musi kibicować tej czy innej drużynie piłkarskiej ani przysłuchiwać się rzekomemu burczeniu w brzuchu.

Ale tygodniowa rozłąka niesie ze sobą nie tylko zalety. Będzie musiała troszczyć się o trójkę dzieci, obudzić je, wyszykować, odwieźć, przywieźć, pomóc w odrabianiu lekcji, zabawić, skontrolować czas przy komputerze, nakarmić, wykąpać, umyć zęby, uśpić. Dwa razy w tygodniu odtransportować Margrét na balet, a Stefána i Bardiego na karate i czekać, aż trening się skończy. Jednak najtrudniejsze jest przyglądanie się temu i pogodzenie z faktem, że dzieci nie mają ani szczególnych talentów, ani też grama przyjemności z zajęć, które przecież nie są za darmo. W każdym razie Elisa widzi, że się po prostu nudzą. Nie nadążają za grupą, kręcą się w kółko, ale nie tak jak inne maluchy, tylko stoją zdziwione z wypiekami na buziach, wgapiając się w te dzieciaki, które zawsze robią wszystko dobrze. Możliwe jednak, że jest odwrotnie i to jej pociechy poruszają się prawidłowo.

Leżąc w łóżku, Elisa czuje ogarniającą ją senność. Budzik na nocnym stoliku rozświetla mrok. Każdego ranka wywołuje mordercze myśli, ale teraz Elisa nie odczuwa chęci zrzucenia go na podłogę. Pobłyskujące zielenią cyfry wyglądają, jakby promieniowały. Wskazują, że zostało jej jeszcze kilka godzin snu. Ciężki od zmęczenia umysł nie chce obliczyć ile. W tym momencie ważniejsze jest pytanie: dlaczego się przebudziła?

Światło budzika razi zmęczone oczy Elisy. Przewraca się na drugi bok i z przerażenia zatyka usta, widząc czarny zarys postaci blisko jej łóżka. Uspokaja się szybko, kiedy dociera do niej, że to Margrét, jej pierworodna córka, która od zawsze była inna niż reszta dzieci. Rzadko radosna. Zatem Elisa przebudziła się z jej powodu.

– Margrét, kochanie, dlaczego nie śpisz? – Głos ma zachrypnięty i patrzy w oczy córki, które w ciemności wydają się całkiem czarne. Rozwichrzone rude loki opadają na trupiobladą buzię.

Przechodząc nad posłaniem ojca, dziecko wdrapuje się do matki. Nachyla się do jej ucha i szepcze cicho. Ciepły, pachnący delikatnie pastą do zębów oddech łaskocze Elisę w ucho.

– Ktoś obcy jest w domu.

Elisa się podnosi. Czuje łomotanie serca, chociaż przekonana jest, że nic się nie dzieje.

– Coś ci się przyśniło, kochanie. Przecież kiedyś rozmawialiśmy na ten temat. Że to, co pojawia się ludziom we śnie, nie ma nic wspólnego z tym, co jest naprawdę. To dwa różne światy. – Od wczesnego dzieciństwa Margrét nawiedzają koszmary. Jej bracia, podobnie jak ojciec, zasypiają od razu i budzą się dopiero rano. Dla niej jednak noc rzadko bywa łaskawa. Ileż to razy budził rodziców przeraźliwy płacz córeczki? Lekarze mówili, że minie jej z wiekiem, ale od tego czasu upłynęły już dwa lata i niewiele się zmieniło.

Miedziane loki wznoszą się i opadają, gdy dziewczynka kiwa głową.

– Ja nie spałam, obudziłam się – szepcze cały czas i kładzie palec na ułożonych w dzióbek ustach, aby dać mamie do zrozumienia, że ma być cicho. – Byłam zrobić siusiu. On jest w pokoju gościnnym.

– Czasem człowiek jest zakręcony. Mnie też się to zdarza… – Elisa zamilkła w połowie zdania. – Ciii… – mówi to jakby do siebie samej. Z przedpokoju nie dobiega żaden odgłos. Dźwięk, który niby usłyszała, to tylko dzieło jej wyobraźni. A drzwi, w które się wpatruje, są uchylone, ale nie widzi niczego prócz ciemności. Przecież to jasne, kto poza nimi mógłby tu być? Nie posiadają niczego nadzwyczajnego, a obdrapany dom to żadna gratka dla złodziei. Poza tym jest jednym z niewielu na ulicy bez tych wszystkich naklejek firm ochroniarskich na każdym z okien.

Margrét ponownie nachyla się nad uchem matki.

– Nic mi się nie pokręciło. Ktoś jest w środku. Widziałam go na korytarzu. – Trzeźwy głos Margrét nie pozostawia żadnych wątpliwości, że dziewczynka jest zupełnie przytomna.

Elisa zapala nocną lampkę i po omacku szuka komórki. Czy to możliwe, żeby budzik się zepsuł po tylu latach, po tylu lądowaniach na podłodze? Może już nie opłaca się odsyłać Margrét do jej łóżka, lecz pora wstać i zacząć poranne krzątanie. Przygotować trzy miseczki jogurtu posypanego brązowym cukrem. Nie tracić nadziei, że w czasie, gdy dzieci będą jadły, uda się jej spłukać cały szampon z włosów. Ale telefonu nie ma na stoliku ani na podłodze. Elisa jest przekonana, że zabrała go wczoraj do sypialni. Był tam, nim wyłączyła światło. Chciała go mieć przy sobie, bo Sigvaldi mógł w środku nocy zadzwonić, informując, że dojechał na miejsce. Mógł tak zrobić, nieprawdaż?

– Margrét, która godzina? – Córka nigdy nie chciała, żeby nazywać ją zdrobniale: Magga.

– Nie wiem. – Dziewczynka odwraca głowę i wpatruje się w ciemny korytarz. Potem zwraca się ku matce i szepcze: – Kto przychodzi o północy w odwiedziny? Nikt dobry.

– Nie. Po prostu nikt nie przyszedł. Koniec, kropka. – Elisa sama czuje, jak mało przekonująco to brzmi. A co zrobić w przypadku, jeśli dziecko ma rację i ktoś się włamał? Dlatego jednak wstaje. Podłoga jest lodowato zimna, więc podkurcza palce u stóp. Ma na sobie tylko T-shirt Sigvaldiego, czuje na gołych nogach gęsią skórkę. – Leż tu grzecznie. Pójdę się rozejrzeć, a kiedy wrócę, pójdziemy spokojnie spać. Nie będziemy więcej się martwić. Umowa stoi?

Margrét potakuje. Spod naciągniętej po same oczy kołdry mamrocze:

– Uważaj. On jest zły.

Jej słowa jak echo wybrzmiewają w uszach Elisy, stara się więc być ostrożna, kiedy rusza upewnić się, że w domu nie ma nikogo obcego. Lecz Margrét zasiała w jej głowie ziarno niepokoju. Dlaczego nie mogło się to wydarzyć w poprzednią noc, kiedy był tu Sigvaldi? Dlaczego akurat teraz? Elisa krzyżuje ramiona, by uchronić się przed zimnem, lecz bezskutecznie. Gdy zapala światło, jasność nagle kłuje ją w oczy.

Drzwi do pokoju chłopców lekko skrzypią, musi upewnić się jednak, czy śpią spokojnie. Każdy z nich leży we własnym łóżku, z zamkniętymi oczami i otwartą buzią. Ostrożnie zamyka za sobą drzwi.

W łazience nie ma nikogo, a w pokoju Margrét patrzą na nią niezliczone pary oczu misiów i lalek równo i pieczołowicie poukładanych na półce. Elisie wydaje się, że szklane gałki śledzą ją, gdy szybko zamyka za sobą drzwi. Zastanawia się, czy to nie one są powodem nocnych koszmarów córki. Trzeba by spróbować poprzekładać zabawki w inne miejsce. Może warto sprawdzić, czy Margrét będzie wtedy lepiej spała? Elisa postanawia zrobić to dziś wieczorem, po pracy.

W korytarzu i w pozostałych przyległych do niego pokojach nie ma nikogo, w każdym razie brak jakichkolwiek śladów wskazujących na nocne odwiedziny nieproszonego gościa. Ale jakich śladów można by się spodziewać? Odcisków stóp? Niedopałka papierosa na podłodze? Rozbitej doniczki w kącie? Chyba nie. Idąc dalej korytarzem w kierunku pokoju gościnnego i kuchni, czuje się zupełnie odprężona. Światło bijące z ulicznych latarni przekonuje ją, że to wszystko jest jedynie następnym z urojeń córki. Ciemność potęguje moce wyobraźni. W pokoju gościnnym nie ma żywej duszy. Pusta miska po popcornie stoi przed telewizorem, a klocki lego porozrzucane są szerokim łukiem wokół ławy. Wszystko leży w tym samym miejscu, tak jak wczoraj, przed ułożeniem się do snu. Cholerne zwidy. Na jej twarzy rysuje się uśmiech. Ale nagle znika tak samo szybko, jak się pojawił, bo przesuwane drzwi oddzielające pokój od kuchni są zamknięte.

Przecież tych drzwi nigdy się nie zamyka.

Elisa zbliża się do nich powoli i czujnie. Stopy kleją się do zimnego parkietu, a strach rośnie w niej z każdym następnym krokiem. Przykłada ucho do białych drzwi. Początkowo jest cicho, ale po chwili z przerażeniem się odsuwa, bo słyszy szuranie krzeseł w kuchni.

Co teraz robić? Jej drugie ja chce biec do łóżka. Chce przykryć się kołdrą po czubek głowy. Ten, który siedzi w środku, na pewno wkrótce wyjdzie. Ich wspólny dobytek nie był jej nigdy tak obojętny, jak właśnie teraz, w tej chwili. Złodziej może zabrać wszystko, czego zapragnie, oby tylko jak najszybciej się wyniósł. Do cholery, co on robi w kuchni? Odgłosy świadczą o tym, że nocny gość zasiada przy stole. Elisa zastanawia się, czy przypadkiem któreś z dzieci nie przemknęło niezauważone. Nie, to niemożliwe.

Przerażona słyszy, że po drugiej stronie drzwi intruz wstaje teraz od stołu. Do głowy nie przychodzi jej nic innego, jak tylko znowu przyłożyć ucho do drzwi. Słychać otwieranie i zamykanie szuflad, pobrzękiwanie sztućców, pewnie chodzi o noże. Cisza. Ale na krótko, bo właśnie otworzył drzwiczki od składziku. Jaki typ byłby zainteresowany konserwami, płatkami śniadaniowymi? Albo szczotką, zmiotką, ścierkami, wiaderkiem czy odkurzaczem? Ta wyliczanka jednak nie uspokaja Elisy. Czuje się jeszcze gorzej, bo wie, że ci, którzy zachowują się niewytłumaczalnie, są bardziej niebezpieczni od tych, którzy działają według schematów. Elisa odsuwa twarz od drzwi. Rozgląda się po pokoju. Telefon komórkowy powinien leżeć na ławie. Chyba że jednak zostawiła go w łazience. Dwa lata temu zrezygnowali z telefonu stacjonarnego i po raz pierwszy tego żałuje. Spogląda w kierunku przedpokoju, gorączkowo zastanawiając się, czy nie powinna wybiec i wołać o pomoc w nadziei, że sąsiedzi się obudzą. Ale wtedy dzieci zostałyby w domu same, z facetem, który prawdopodobnie wziął z kuchni nóż. Robi jeden krok w kierunku drzwi wyjściowych i zatrzymuje się, bo nie jest w stanie wybiec i zostawić dzieci na pastwę losu. Zamiast tego wraca korytarzem prowadzącym do sypialni. Jest już prawie u celu, gdy słyszy zasuwanie drzwiczek od składziku. W jednej sekundzie znajduje się na korytarzu i ostrożnie zamyka za sobą drzwi. Jest tak wystraszona, że nie ma odwagi sprawdzić, czy mężczyzna ją śledzi.

Czuje w głowie kompletny mętlik, kiedy tak w rozpaczy szuka najlepszego sposobu na rozwiązanie tej sytuacji. Jak ma mu uciec? Przecież drzwi od sypialni nie można zamknąć na klucz. Gdy wprowadzali się do tego domu, brakowało większości kluczy, ale nigdy dotąd im to nie przeszkadzało. Można było zamknąć się tylko w łazience, ten pomysł jednak wydał się jej równie beznadziejny, jak wybiegnięcie z domu. W obu przypadkach dzieci zostałyby same. Prześlizguje się do łazienki, by poszukać telefonu. Drżącymi rękoma otwiera szuflady i rozrzuca ręczniki. Nadaremnie, bo cholernej komórki nigdzie nie ma. Łzy napływają do jej oczu, gdy widzi cały ten bałagan. Niby kiedy ma to wszystko posprzątać? Tak jakby nie dość miała na głowie.

Elisa wraca na korytarz i zdaje sobie sprawę, że traci przytomność umysłu. Widzi, jak drzwi do korytarza się otwierają. Wydobywa z siebie dźwięk, który musi brzmieć jak cichy i łagodny pisk przestraszonego króliczka. Woli nie patrzeć, kto zmierza w jej kierunku, kiedy przez łazienkę wślizguje się do sypialni i zamyka za sobą drzwi. Słyszy kroki nieproszonego gościa i towarzyszące im odgłosy czegoś, co ciągnie się za nim po podłodze. Co to może być? Elisa czuje, jak serce łomocze jej w piersiach.

– Margrét?

Córki nigdzie nie ma.

– Margrét?

Jest na siebie zła, gdy głos się jej łamie, bo to znaczy, że odwaga zaczyna ją opuszczać. Nie może się zdecydować, czy najpierw szukać córki, czy też telefonu? Nim zdąży cokolwiek postanowić, drzwi za jej plecami się otwierają. Ktoś nieznajomy wchodzi do środka i się zatrzymuje. Teraz słyszy tylko hałas przeciągania przez próg jakiegoś przedmiotu. Nie jest w stanie się obrócić, ciało ma sparaliżowane, najchętniej z całej siły zacisnęłaby powieki. Odgłos za jej plecami wydaje się znajomy, ale nie potrafi określić, co go wydaje. Umysł pracujący na wysokich obrotach zamyka niestety te obszary, których potrzebuje w tej chwili najbardziej.

Osłupiała ze strachu słyszy, że ktoś za plecami wypowiada jej imię. Stłumionym głosem, jakby dobiegającym zza owiniętych szalem ust. Nie rozpoznaje go. Jak brzmi głos, kiedy się szepcze? Zupełnie inaczej niż zwykle? Nawet głos Margrét wydał się jej nieznajomy, gdy ta, szepcząc prosto do jej ucha, wyrwała ją ze snu. Wspomnienie tego ciepłego i słodkiego oddechu ustąpiło miejsca przerażeniu wywołanemu przez stłumiony głos nieznajomego. Kto to jest i czego chce? Musi ją znać, bo przecież wie, jak ma na imię. A może zobaczył je na pozostawionych w kuchni rachunkach? Albo na przypiętej do lodówki pocztówce od jej przyjaciółki Gunny?

Elisa czuje, jak silna dłoń w rękawiczce zaciska się na jej szyi, a coś wywołuje ból na plecach. Nóż.

– Proszę – szepcze, a resztę wypowiada już tylko w myślach. Proszę, nie rób mi nic złego. Proszę, nie gwałć mnie. Proszę, nie zabijaj mnie. Proszę, proszę, proszę nie rób krzywdy moim dzieciom. Ostrze noża cofa się, pozostaje po nim tylko piekący ból. Zranił ją? Ucisk na szyi słabnie. Zaraz potem czuje, że postać zaczyna zaklejać jej oczy. Owija ciasno wokół głowy Elisy grubą i solidną taśmę klejącą. Raz za razem. Drżąc ze strachu Elisa uświadamia sobie, że nie da się tego ściągnąć bez wyrwania brwi i rzęs. Dlaczego myśli o tym właśnie teraz, zamiast tak jak niedawno, gdy była w łazience, martwić się o dzieci, ich bezpieczeństwo. Z jej oczu wypływają łzy, ale nie mają możliwości spłynąć dalej, a wilgoć rozpuszcza klej, który piecze pod powiekami.

– Proszę. Proszę. Nikomu nie powiem. Weź sobie, co chcesz. Wszystko. Weź wszystko.

– Nie. Dziękuję. – Słyszy za plecami.

Pod Elisą uginają się kolana.

– Proszę. Zrób to. Weź sobie wszystko.

Ale on jeszcze raz owija ciasno taśmę wokół głowy. Elisa dygocze z przerażenia, gdy napastnik najpierw obcina końcówkę, a potem brutalnie przesuwa ręką wzdłuż jej karku, by taśma dobrze się przykleiła. Obraca ją i popycha na łóżko, po czym siada koło niej, a materac ugina się pod jego ciężarem. Elisa zwiesza głowę. Najpierw czuje delikatne głaskanie, po chwili jednak intruz chwyta ją brutalnie za włosy i przyciąga jej głowę do siebie.

Najpierw szepcze do ucha, potem zaczyna mówić trochę głośniej. Elisa i tak nie rozpoznaje głosu, który brzmi tak, jakby mówił przez maskę czy kominiarkę.

– Chcę ci opowiedzieć pewną krótką i smutną historię. Radzę posłuchać.

Elisa kiwa głową, rozumie. Intruz szarpie ją mocno za włosy. Dlaczego chce jej opowiedzieć historię? Czemu nie zapyta o PIN do karty lub o to, gdzie trzyma kosztowności? Wszystko by mu powiedziała. Mógłby zabrać karty bankowe z dostępem do ich kont, całe srebro po dziadkach. A nawet skromną kolekcję biżuterii, której się dorobiła przez lata. Wszystko, co ma. Nie będzie niczego ukrywać. Żeby tylko oszczędził ją i dzieci. Nic w tym momencie nie liczy się bardziej na świecie. Z przyjemnością wyrwie sobie brwi i rzęsy, żeby tylko wreszcie poszedł.

Szlochając, pyta go, czy zamierza skrzywdzić dzieci. Nie słyszy jednak odpowiedzi, co wzmaga jej strach. Nawet historia, którą zaczął opowiadać, wydaje się nie mieć znaczenia. Siedzą w milczeniu, a Elisie serce wali tak, jakby chciało się wyrwać. Słyszy i czuje, że mężczyzna wstaje z łóżka. Przez chwilę ma nadzieję, że sobie pójdzie. Zostawi ją w spokoju. Boi się jednak nawet o tym pomyśleć. Musi być przygotowana na wszystko, bo w każdej chwili może ją ponownie zaatakować. W pokoju słychać szuranie jakiegoś przedmiotu po podłodze i krótkie kliknięcie jak przy wsadzaniu wtyczki do kontaktu, który znajduje się przy drzwiach. Przywołuje w myślach wszystkie znajdujące się w domu urządzenia elektryczne, które mogłyby wyrządzić krzywdę. Wiertarka, którą podarowała Sigvaldiemu na Boże Narodzenie, blender, nożyce ogrodnicze, jej lokówka, żelazko, toster, czajnik elektryczny. Które jest najgorsze? A które mniej groźne? Oddycha zbyt szybko i ma wrażenie, że zaraz zemdleje. Jednak przypomina sobie, że większość tego makabrycznego ekwipunku ma za krótki kabel, by dosięgnąć do łóżka. To poprawia jej nastrój. Niestety, na krótko.

Kiedy mężczyzna zbliża się ponownie do łóżka, Elisa traci panowanie nad sobą. Podejmuje próbę ucieczki z góry jednak skazaną na niepowodzenie. On widzi wszystko, ona nie widzi nic. Jest od niej większy i silniejszy. A jednak znów próbuje uciec, opada na łóżko i chce zsunąć się na podłogę, ale wtedy mężczyzna rzuca się na nią. Elisa leży na brzuchu, jedną rękę ma podwiniętą pod siebie, a druga zwisa już poza łóżkiem. Napastnik uderza ją w plecy tak mocno, że słychać chrzęst kości kręgosłupa i Elisa traci oddech. Mężczyzna siada na niej, by nie mogła się już ruszyć. Kiedy znów słyszy odgłos odwijania z rolki taśmy klejącej, w rozpaczy szuka na podłodze czegoś, czym mogłaby się obronić, ale niczego nie znajduje, mimo tego wciąż przebiera palcami pod łóżkiem, jak uciekający pająk, wierząc, że tym razem będzie miała więcej szczęścia. Niespodziewanie natrafia na coś znajomego i przez chwilę zaprzestaje poszukiwań. Szybko zdaje sobie sprawę, że to ciepły i miękki kłębuszek. Jeszcze zdąży przyłożyć palec do ust i powiedzieć „ciii”, zanim jej ręce zostaną brutalnie wykręcone na plecy i unieruchomione owiniętą wokół nadgarstków taśmą klejącą.

Mężczyzna podnosi ją i potrząsa całym jej ciałem, a wtedy Elisa czuje, jak jej mózg obija się o sklepienie czaszki. Wszystko spowija czerń, co nie ma związku z taśmą zasłaniającą oczy. Uszy także wydają się nie słyszeć, bo hałas, który jeszcze przed chwilą do niej docierał, zanika, lecz po kilku sekundach powraca, gdy mężczyzna zaczyna opowiadać historię, którą jej wcześniej obiecał. Ogarnia ją groza.

Po skończonej opowieści napastnik podnosi się z łóżka, przewraca jej ciało na plecy i przyciska kolanem klatkę piersiową, tak na wszelki wypadek, by nie próbowała znowu uciekać. Ponownie w ruch idzie taśma. Okręca ją jeszcze mocniej, raz za razem, wokół uszu i nosa. W uszach jej trzeszczy, a nos boli straszliwie, za to słabnie napór na klatkę piersiową. Słyszy przez taśmę klejącą niesprecyzowane dźwięki, ale już po chwili rozpoznaje, co to za urządzenie. W życiu nie przyszłoby jej do głowy, że może być niebezpieczne. Kiedy jednak mężczyzna zbliży się do niej, zda sobie sprawę, jak bardzo się myliła.

Rozdział 2

Helgi był już spóźniony. W nocy nie mógł spać. Budził się parokrotnie z powodu dziwnych dźwięków, które znikały, kiedy przez chwilę posiedział na łóżku. W końcu zasnął tak twardo, że z tego snu nic nie było w stanie go wyrwać. Czterokrotnie przestawiał budzik w telefonie. Za piątym razem komórka nie dała za wygraną i nie chciała przestać wyć.

Dzisiaj w pracy miał przewodniczyć naradzie, która zapewne nie należała do przełomowych w jego karierze zawodowej, ale była dość ważna. Pracował dla firmy zajmującej się ochroną mienia. Na giełdzie ogłoszono właśnie przetarg na sprzątanie i ochronę mienia dużego domu opieki społecznej. Na naradzie musieli dopracować projekt, bo czas składania dokumentów mijał w południe. Jeszcze wczoraj wieczorem, dla pewności, przeglądał z trudem przez siebie napisany tekst. Teraz wszystkie kartki były pokreślone od góry do dołu.

Dreszcz przeszył ciało Helgiego, gdy wychodząc, zawołał z przedpokoju do żony:

– Na razie!

Védís nie musiała w piątki wstawać przed dziesiątą. W liceum, w którym uczyła duńskiego, dyrekcja uznała pewnie za nierozsądne, aby uczniowie z samego rana ostatniego dnia tygodnia musieli zmagać się z nauką języka obcego. Drzwi zatrzasnęły się szybko, nie zostawiając Védís choćby cienia szansy na odpowiedź. Helgi i tak nie miałby czasu czekać, aż wygrzebie się z łóżka i w kapciach przydrepcze, by go ucałować na pożegnanie. W czasie krótkiego sprintu do samochodu mocno trzymał przy sobie plik kartek. Odprężył się dopiero wtedy, gdy leżały już bezpiecznie na siedzeniu pasażera. Jeśli na ulicach nie będzie dużego ruchu, pomyślał, powinien zdążyć do pracy.

Silnik przyjaźnie zaterkotał i kiedy koła samochodu ruszały powoli z miejsca, odetchnął z ulgą. Wszystko będzie dobrze. Nie zdążył jednak całkiem wyjechać z podjazdu, gdy nagle musiał ostro zahamować. Przed nim na samym środku ulicy stali Stefan i Bárður, chłopcy z sąsiedniego domu. Helgi musiał pochylić się do przodu, by dostrzec, że są jedynie w piżamach i na bosaka. Na zewnątrz było zero stopni, wiał silny wiatr. Gdzie są ich rodzice? Co oni sobie myślą? Chłopcy stali skuleni, wpatrując się w niego bezradnie. Jak dwa pokurcze. To chyba pieprzony żart, pomyślał. Dlaczego akurat jemu musiało się to przydarzyć. Cholera, nie dzisiaj. Spojrzał w kierunku domu sąsiadów z nadzieją, że ujrzy biegnącego Sigvaldiego lub Elisę. Ale drzwi wejściowe były zamknięte. Żadnego ruchu. Oba samochody stały zaparkowane na swoich miejscach. Musieli być w domu. Może i oni mieli ciężką noc, a teraz zaspali?

Helgi zastanawiał się, czy po prostu zręcznie nie wyminąć dzieci i pojechać dalej, następnie zadzwonić do Védís i poprosić, by zajęła się sprawą. Powiedziałby, że chyba widział ich we wstecznym lusterku, ale tak do końca nie jest tego pewien. Nagle młodszy z rodzeństwa zaczął głośno płakać. Cholera, przecież nie może zostawić płaczącego dziecka. A jednak od dzisiejszej narady w pracy zależeć będzie tak wiele. Interesy w firmie nie szły ostatnimi czasy dobrze. Wiadomo było, że szykują się zwolnienia, jeśli nie uda się pozyskać nowych, poważnych kontrahentów. Jeśli zaprzepaści daną mu szansę, to bez wątpienia wyleci jako pierwszy.

Skręcił w prawo. Ostrożnie przejechał obok chłopców. Ci ze zdziwieniem wlepiali w niego wzrok, a młodszy przestał nawet płakać. Ruszył z miejsca najszybciej jak się dało. Byli na tyle mali, by dalej wierzyć, że dorośli są zawsze dobrzy. Ma się rozumieć, z pominięciem tych wszystkich niedobrych typów, którzy akurat nie wyglądali tak jak on. Był przecież zwykłym, miłym panem z sąsiedztwa. Widać musieli się jeszcze wiele nauczyć.

Kiedy ich minął, wcisnął pedał gazu, a potem zatelefonował do żony.

***

Policjant wyglądał tak, jakby w życiu miewał lepsze dni. Bez przerwy wzdychał i posapywał. Był stary i doświadczył niejednego. Pasmo popękanych żyłek wokół nosa sprawiało wrażenie, że ciągle jest zaczerwieniony. Wraz ze swoim kolegą pojawił się jako pierwszy na miejscu zdarzenia, zaraz po otrzymaniu zgłoszenia od kobiety, która poprosiła policję o pomoc. Miała u siebie w domu dzieci sąsiadów i pragnęła przekazać je we właściwe ręce. Jak wynikało z opisu sytuacji, nie było powodu, żeby wzywać posiłki. Wszystko wskazywało, że rodzice zaspali, a maluchy zatrzasnęły drzwi i zostały na zewnątrz. Ta hipoteza jednak nie potwierdziła się i właśnie to próbował wytłumaczyć nowo przybyłym z wydziału śledczego. Jego młodszy kolega, pracował w policji dopiero od miesiąca, był już w drodze powrotnej na posterunek. W powietrzu unosił się zapach wymiocin, które zostawił po sobie na schodach przed domem.

– Kobieta poszła z chłopcami do ich domu, dzwoniła parokrotnie i pukała do drzwi wejściowych. Dobijając się, słyszała wyraźnie dźwięk dzwonka, ale wydawał się jej za słaby, by obudzić domowników. A ponieważ widziała dwa samochody zaparkowane na podjeździe, była przekonana, że małżeństwo smacznie śpi. – Policjant oparł ręce na szerokich biodrach i pokiwał głową. – Ale to w ogóle nie było tak. Chłopcy o niczym nie wiedzieli. Gdy się obudzili, nie mogli wyjść z zamkniętego na klucz pokoju, więc wydostali się przez okno, bo domyślili się, że i tak im nikt nie otworzy.

– Proszę mówić dalej. – Śledczy Huldar stał w sporej odległości od swojego kolegi, tak aby nie wzbudzać podejrzeń. Odór ulatniający się z jego ust nie pozostawiał wątpliwości, że starszy policjant zjadł na śniadanie dużo czosnku. Gdyby nie kretyńskie przepisy dotyczące zabezpieczenia miejsca zdarzenia, najchętniej otworzyłby okno w przedsionku. Ale i tak nie było żadnej pewności, że by pomogło. Zadbał już o to ten młodszy policjant, który zwiał.

Przez okno śledczy obserwował bacznie Ríkharðura, najbliższego ze swoich współpracowników, który łapał się wciąż za nos, jakby chciał go zatkać. Próbował powstrzymywać ten odruch, co było mądre z jego strony, bo przecież reszta zespołu miała i tak dość powodów, żeby się na niego boczyć. Huldar patrzył na Ríkharðura idącego ostrożnie po suchych liściach i grzebiącego patykiem w poszukiwaniu śladów. Kolejny raz zdziwił się, dlaczego ów człowiek zatrudnił się w policji.

Ríkharður lepiej pasowałby do pracy w ministerstwie. Nie łaziłby jak teraz do połowy zanurzony w chaszczach wokół miejsca zbrodni. Jego garnitur i trochę za długi płaszcz kompletnie się do tego nie nadawały. Taki styl był do zaakceptowania raczej w komisariacie, choć też nie do końca. No i te jego przesadnie wypielęgnowane dłonie, idealna fryzura, jak gdyby włosy nigdy mu nie odrastały. Mimo że policja kładła duży nacisk na schludny wygląd pracowników, na przykład nie wolno było farbować włosów ani brody na pomarańczowo, Ríkharður pozostawał ewenementem. Prawdopodobnie miało to związek z jego pochodzeniem. Jako syn pary sędziów studiował prawo. Tyle że nie skończył ostatniego roku i zapisał się do szkoły policyjnej. Mówił, że miał potrzebę całkowitej zmiany w życiu i że kiedyś studia skończy. Bliżej nie określił, w jakim czasie. Nie wyglądało jednak na to, żeby szykował się do odejścia, chociaż musiał znosić krzywe spojrzenia i niezliczone plotki na swój temat.

W sytuacjach jak ta wybierał zadania, które nie były związane bezpośrednio z przemocą. I dlatego teraz zbyt lekko ubrany przeszukiwał ogród. Huldar nie zdziwiłby się, gdyby nagle wyciągnął wilgotną szmatkę, by zetrzeć z siebie cały ten brud.

Niemniej jednak trochę wyhamował ze swoim pedantycznym wyglądem. Przyszedł rano do pracy z kawałeczkiem papieru toaletowego przyklejonym do szyi. Gdyby ktoś inny z pracy zaciął się przy goleniu, nikt by nie zauważył, to odstępstwo od pedanterii sprawiło jednak, że aż uniósł brwi ze zdziwienia.

W oczy rzucało się, że życie osobiste Ríkharðura było ruiną. Żona opuściła go wkrótce po tym, jak po raz trzeci poroniła, a po idealnym związku pozostały zgliszcza. Oczywiście w takiej sytuacji każdy by się załamał i Ríkharður nie był tu wyjątkiem. Można było przypuszczać, że właśnie przekroczył granicę wytrzymałości i na kryształowym wizerunku zaczęły pojawiać się rysy. Wcale jednak nie musiało tak być, bo w końcu przeżył już parę kryzysów i się nie poddał. Prawdopodobnie i teraz tak będzie. Trzykrotnie z dumą oznajmiał kolegom z pracy, że zostanie ojcem, by nieco później, ale już po cichu, mówić Huldarowi, że żona poroniła. Dwukrotnie współczuł nieszczęśnikowi z całego serca, lecz za trzecim razem czuł już tylko ulgę.

Gdy tak obserwował go z daleka, patyczkiem czyszczącego podeszwy butów z liści, Huldar przywołał w wyobraźni obraz byłej żony Ríkharðura, wyglądającej tak samo perfekcyjnie. Śledczy zaczerwienił się lekko na myśl o niej, po czym znów odwrócił się do zionącego czosnkiem rozmówcy.

– Poszliśmy więc tam, jak mówiłem, gdy już porozmawialiśmy z sąsiadką i próbowaliśmy obudzić domowników. Ale nikt nam nie otworzył i nie było słychać żadnych odgłosów. Gdy Dori czekał przed drzwiami, zrobiłem rundę wokół domu i zaglądałem do środka przez te okna, które były odsłonięte. Nie zauważyłem niczego niepokojącego. Tym bardziej żadnych ludzi. I byłem tym zawiedziony. Tylko okna w sypialni małżonków były zasłonięte i nie mogłem wykluczyć, że leżą tam nieprzytomni. Zacząłem coś podejrzewać, bo nikt się nie odezwał po tym, jak waliłem w szyby. Okno od pokoju chłopców było otwarte, na pewno właśnie przez nie wychodzili, ale ani ja, ani Dori nie dalibyśmy rady się przecisnąć.

– Tak, rozumiem. – Huldar nie podnosił wzroku znad notesu. – I co dalej?

Starszy mężczyzna poruszył brwiami w taki sposób, w jaki zwykle robi to człowiek, który samemu sobie chce udowodnić, że jego opis jest prawidłowy.

– Dzwoniliśmy na komórki zarejestrowane na ten adres, bo jak widać nie mają telefonu stacjonarnego. Jeden numer należy do Elisy Bjarnadóttir, a drugi do Sigvaldiego Freysteinssona. Żadne z nich nie odpowiadało. U Sigvaldiego włączyła się od razu automatyczna sekretarka, a Elisa nie odbierała. Spróbowałem jeszcze raz zadzwonić, mając nadzieję, że usłyszę dzwonek telefonu przez szybę w sypialni. Po tym już wiedziałem, że kiepsko to wygląda, bo ludzie przeważnie są w tym samym miejscu, co ich komórki. Czy nie mam racji? – Huldar nie odpowiedział, więc mężczyzna kontynuował sprawozdanie: – W tym momencie przypuszczałem, że jeden z samochodów się popsuł i jedno z nich pojechało do pracy taksówką, a drugie zostało w domu i zaspało. Przyszło mi do głowy tylko to, że telefon tego, które zostało w domu, jest wyładowany i nie miał go kto obudzić. Lub że coś się jej lub jemu stało pod prysznicem. Przewrócił się z komórką w ręku lub coś w tym stylu.

– Tak, rozumiem. – Huldar przerwał dziwne rozważania na temat tego, kto i z czyim telefonem poszedł pod prysznic i dlaczego w telefonie kobiety, jeśli był wyładowany lub popsuty, nie włączyła się automatyczna sekretarka.

– Potem sąsiadka przypomniała sobie o córce, która też miała być w domu, więc uznałem za możliwe, że to ona pojechała taksówką, prawdopodobnie do szkoły. Dziewczynki w środku nie było, jej łóżko było puste, a jak wołaliśmy ją po imieniu, nikt nie odpowiadał.

Wystarczyłby jeden telefon do szkoły, by przekonać się, czy jej tam nie ma. Natychmiast nakazaliby poszukiwania. Część ekipy, która przybyła na miejsce zdarzenia, przeczesywała dzielnicę, licząc, że tak jak jej bracia dziewczynka uciekła z domu. Przede wszystkim to należało ustalić. Huldar starał się nie myśleć o innych możliwych scenariuszach.

– Im dłużej dobijaliśmy się do drzwi, tym bardziej stawało się dla mnie jasne, że wewnątrz nie ma nikogo – mówił dalej mężczyzna. – Coraz bardziej skłaniałem się ku wersji, że dziewczynka pojechała z jednym z rodziców, a drugiemu, który został w domu, coś się przydarzyło. Nie mogłem sobie wyobrazić, że ktoś mógłby spać spokojnie po naszym dobijaniu się do drzwi i okien. To nie pasowało do sytuacji.

– I wtedy zdecydowaliście o wkroczeniu do mieszkania?

– Tak. Ja o tym zadecydowałem. W tym momencie podejrzewałem, że któreś z nich, kobieta albo mężczyzna, leży nieprzytomne. Lub coś jeszcze gorszego. Prawdę mówiąc: podejrzewałem samobójstwo. Ale nie spodziewałem się tego, co zastałem.

Mężczyzna znowu zaczął ciężko oddychać. Huldar po raz kolejny odchylił się, kiedy czosnkowa woń na nowo buchnęła mu prosto w twarz. Kusiło go, by zaproponować mu gumę Nicorette, którą nosił zawsze w kieszeni, próbując z jej pomocą rzucić palenie.

– Nie, nikt nie przypuszczał, że to może być tak przerażające.

Nie chciało mu się zwracać posterunkowemu uwagi, że nie zatelefonował do miejsc pracy tych ludzi, zanim jeszcze zaczął wysnuwać swoje podejrzenia. Wystarczyłby jeden telefon do szpitala, żeby się zorientować, że małżonek przebywał na konferencji za granicą. Poszukiwania dziewczynki wszczęto by o wiele wcześniej.

– W czasie, kiedy Dori czekał na ślusarza, poszedłem do sąsiadki. Nie była zbytnio zatroskana, tylko zaciekawiona, więc zasypywała mnie pytaniami. Zbywałem ją, nie powiedziałem nic o moich podejrzeniach. Przecież siedzieli tam obaj chłopcy i jedli płatki śniadaniowe. – Opowiedział, jak patrzyli na niego szeroko otwartymi oczami znad talerzy i jak byli zdezorientowani, gdy ich potem odwożono policyjnym wozem. Miał ochotę zakneblować wścibską sąsiadkę, która nie przestawała bombardować go pytaniami nawet wtedy, kiedy funkcjonariusze odprowadzali dzieci. Koniecznie chciała się dowiedzieć, o co chodzi, a to jeszcze bardziej wzbudzało w nich strach. Na koniec nakazano jej powrót do domu. Teraz pewnie sterczy w oknie salonu. Niewykluczone, że z zaciekawieniem śledzi każdy ruch Ríkharðura, nie zdając sobie sprawy, że to policjant. – Po tym jak ślusarz otworzył drzwi i jeszcze zanim weszliśmy do środka, zawołałem, ale nikt nie odpowiedział. Pukałem do drzwi od korytarza. Były zamknięte, tak samo jak drzwi do sypialni.

– Włożyłeś rękawiczki?

Mężczyzna momentalnie poczerwieniał.

– Nie. – Należałoby go pochwalić za to, że nie próbował nawet przepraszać.

– Mamy w kartotekach odciski palców twoje i twojego kolegi Doriego?

– Oczywiście. Moje na pewno są. Nie mogę odpowiadać za Doriego. Ale mieli mu pobrać, jak go przyjmowali do pracy.

– Super. – Huldar podniósł wzrok znad notatnika. – Co zrobiliście po tym, jak otworzyliście i zobaczyliście, co się stało? Dotykaliście czegoś?

Mężczyzna pokręcił głową.

– Nie. Dori zasłonił ręką usta i wybiegł przez korytarz na zewnątrz. Podszedłem do kobiety, by sprawdzić, czy jeszcze żyje, chociaż wydawało mi się raczej pewne, że nie. Wtedy zadzwoniłem na posterunek.

– Sprawdziłeś puls?

– Tak.

– Gdzie?

– Na szyi. Nie znalazłem. Była też zimna, kiedy jej dotknąłem. Stwierdziłem, że nie żyje. W zasadzie było to jasne. Nie musiałem sprawdzać pulsu, zrobiłem to tylko ze starego nawyku. Jeśli można tak to ująć.

– Dotykałeś ciała w innych miejscach?

Policjant zaczerwienił się ponownie. Tym razem rumieniec oblał mu nawet szyję.

– Tak.

– Musisz teraz tam wejść i pokazać lekarzowi sądowemu te miejsca. Będzie szukał odcisków palców. – Huldar zamknął energicznie notatnik. – Chodź ze mną.

Weszli razem do sypialni. Gdy przerażający odór uderzył w ich nozdrza, Huldar zatęsknił za wonią czosnku.

Elisa leżała w poprzek łóżka małżeńskiego, z głową owiniętą srebrną taśmą klejącą tak, że nie było widać oczu, uszu ani nosa. Znad srebrnego kokonu wystawał kawałek czoła i sztywne jak druty, sterczące włosy. To, co najbardziej przyciągało uwagę, wyglądało jak rodzaj umocnienia wokół ust albo jak ptasi dziób. Ta sama taśma posłużyła do tego, by przytrzymać stalową końcówkę rury od odkurzacza wepchniętą przez usta wprost do jej gardła. Rura wiła się jak wąż boa wzdłuż tylnej części łóżka, aż do samego elektroluksa. Stało się jasne, dlaczego młody policjant nie wytrzymał widoku.

Kobieta nie miała spokojnej śmierci. Na szczęście pod grubą, błyszczącą, srebrzystą taśmą nie widać było twarzy. Być może zastygłej w straszliwym śmiertelnym grymasie.

Lekarz sądowy pochylał się nad ciałem kobiety. Dopiero co przybył i nie zdążył przebrać się w kombinezon ochronny, który zawsze zakładał w sytuacjach tego typu. W rogu stał jego asystent. Dokręcał obiektyw aparatu fotograficznego.

Lekarz znacząco kiwał głową.

– Oj, niedobrze, niedobrze.

– No, niedobrze. – Huldar nie miał nic więcej do powiedzenia. Przesunął się nieznacznie tak, by przez półotwarte drzwi widać było starszego policjanta. – On był tu pierwszy. Na szyi denatki są jego odciski palców. Dotykał jej. Sprawdzał temperaturę ciała. Chciałbyś, żeby ci pokazał gdzie?

– Nie. Nie teraz. I nie chcę tu nikogo więcej, dopóki nie skończymy oględzin. Tamto może poczekać. Ty też powinieneś wyjść do przedpokoju.

Nie zastanawiając się dłużej, Huldar posłusznie wykonał polecenie, a jednocześnie przeklinał w duchu samego siebie za lekkomyślność. Nie był wcale lepszy od starego policjanta. No, może tylko nie śmierdziało mu z ust. Podczas gdy patolog sądowy ubierał się w kombinezon, jego asystent zaczął fotografować ciało Elisy ze wszystkich stron. Przeszywające światło lampy błyskowej drażniło oczy, ale po chwili można było przyzwyczaić się do niego. Następnie zabrał się do robienia zdjęć reszty pokoju, a gdy obfotografował ściany i podłogę, na krótką chwilę zniknął za łóżkiem. Schylił się, by zrobić pod nim zdjęcie. Jednak momentalnie się wyprostował. Stanął na równe nogi blady jak trup.

– Shit! Tam jest dziecko.

Zapominając o poleceniu medyka sądowego, Huldar wpadł do pokoju. Podciągnął do góry biały lambrekin zwisający z materaca aż do samej ziemi. Pod łóżkiem leżała zwinięta w kłębek, ubrana w nocną koszulę mała dziewczynka. Wtulała głowę w pierś, rękoma zatykała uszy. Huldar odetchnął z ulgą, kiedy drobne ciało się poruszyło. Musiała to być córka Elisy i Sigvaldiego, której tak gorączkowo szukano. Podczas zabezpieczania śladów nikt nie wpadł na to, by przeszukać samo miejsce zbrodni. Kto by pomyślał, że dziecko nie wyjdzie z ukrycia nawet wtedy, kiedy policjanci wkroczą do domu i będą wołać jej imię.

Huldar nie miał czasu odpowiedzieć koledze, który krzyczał do niego z korytarza.

– Musisz zobaczyć, co znaleźliśmy w kuchni.

Nie wyobrażał sobie, że mogło być coś ważniejszego od tego, co właśnie zobaczył pod łóżkiem. Kuchnia będzie musiała poczekać.

Rozdział 3

W okienko sutereny uderzała zagubiona mucha. Traciła siły, a jej cichutkie bzyczenie i coraz słabsze dudnienie w szybkę nie pozostawiały wątpliwości, że walka jest w zasadzie przegrana. Trudno powiedzieć, czego mucha pragnęła tak bardzo, że gotowa była zapłacić najwyższą cenę. W okolonych wyschniętymi krzewami ogrodach wszystko bowiem przykrywał śnieg. Kompletnie nieprzyjazne środowisko dla małej muszki. W suterenie było ciepło, a ona próbowała się wydostać, nie zwracając uwagi na inne martwe muchy leżące na zakurzonym parapecie. One poddały się dawno temu. Chyba nadszedł czas, by zetrzeć kurze. Karl jednak wolał poczekać, aż mucha dołączy do grona zesztywniałych koleżanek, bo inaczej musiałby powtarzać czynność. Nie cierpiał odkurzać.

Karlowi ciężko było przyzwyczaić się do panującej w domu ciszy. Kiedyś nie zwróciłby uwagi na bzyczenie jakiejś muchy. Spojrzał w górę i badał wzrokiem pożółkły sufit. Z piętra wyżej nie dochodziły jednak żadne odgłosy. Jakże często marzył o tym, by móc siedzieć w całkowitej ciszy i delektować się słuchaniem tego, czego chciał słuchać. Bez ciągłych dźwięków docierających z góry, bez konieczności zakładania ogromnych słuchawek, które doprowadzały do bólu bębenków. Teraz nie przeszkadzało mu już nic oprócz muchy, a więc wszystko wyglądało tak, jak sobie wymarzył. Dziwiło go jednak, że nie czuje satysfakcji, jakiej się spodziewał. Żadnych wybuchów radości ani fajerwerków czy choćby wyrazu zadowolenia na twarzy. Potrafił to jednak wytłumaczyć. Jego marzenia spełniały się bardzo rzadko, a jeśli już, to smakowały jak zwietrzała coca-cola. Tym razem rozczarowanie było jeszcze większe, bo swoje pragnienia pielęgnował od niepamiętnych czasów.

Wszystko zaczęło się wtedy, kiedy jako nastolatek połknął radioamatorskiego bakcyla. Na początku samodzielnie zmontował prostą radiostację CB do nadawania w paśmie dwudziestu siedmiu megaherców. Zwyczajne drzwi pokoju, który zajmował, nie wystarczały, by odgrodzić się od życia toczącego się po ich drugiej stronie. Równie dobrze mógł zawiesić na futrynie zwykłe prześcieradło. Matka, która ubzdurała sobie, że brak kontaktu z otoczeniem jest niebezpieczny, zabraniała mu używania słuchawek i tym samym uniemożliwiała zamianę przeszkadzania na spokój, choćby i okupiony bólem uszu. Potem robiła mu wykłady na temat pożarów i tym podobnych katastrof przydarzających się w domu oraz tego, że przez słuchawki nie dotarłby do niego żaden podejrzany dźwięk. Z lubością opowiadała o włamywaczu, który mógłby przyjść i ją z zimną krwią zamordować, a on, Karl, nie usłyszałby nawet wołania o pomoc. Jednak żadna z tych apokaliptycznych wizji się nie ziściła. Nie licząc włamania w połowie listopada. Łupem złodzieja padła nadpita butelka koniaku oraz drobniaki z miseczki stojącej na komodzie w przedpokoju. Karla ani matki nie było wtedy w domu, dlatego też żadne z nich nie miało szansy dowiedzieć się, czy przy tej okazji włamywacz zamierzał któreś z nich zamordować.

Kiedy starszy brat wyprowadził się z domu, Karl mógł zająć po nim suterenę. Początkowe zainteresowanie krótkofalarstwem przerodziło się w prawdziwą pasję, wciąż więc przybywało mu radiostacji i zajmowały dużo więcej miejsca niż stare urządzenie, które miał jako nastolatek. Nauczył się alfabetu Morse’a, zdał egzamin i jako początkujący nabył prawo do nadawania zakodowanych wiadomości. Potem były dalsze egzaminy, aż do licencji klasy G. A to oznaczało, że mógł teraz nadawać z większą mocą. Jego mały pokoik był po brzegi wypełniony radiostacjami, książkami i poradnikami dla radioamatorów, przeprowadzka stała się więc swego rodzaju wybawieniem. Mógł uczyć się spokojnie i być po prostu sam. I chociaż w suterenie czuł się o wiele lepiej, bardzo denerwowało go to, co działo się w dalszym ciągu na górze. Nie do wiary, ile hałasu mogła wytwarzać wokół siebie jedna osoba. Arnara nie było w ogóle słychać, bo przeważnie siedział naburmuszony i milczący z nosem w książkach. Co innego ich matka, zawsze w ruchu, miotająca się od pokoju do pokoju. A to coś musiała przynieść, a to coś powinna zrobić. Jeśli się nie przemieszczała, to tylko dlatego, że rozmawiała przez telefon. Ale i tak była głośno.

W zasadzie matce nie towarzyszyły szczególnie donośne dźwięki. Jakieś skrzypienie podłogi, pobrzękiwanie naczyń zmywanych w zlewie, bo zmywarkę oszczędzała. Stare islandzkie przeboje, za którymi nikt już nie tęsknił, metaliczny chrzęst drutów, ponieważ dziergała swetry, w których i tak nikt nie chciał chodzić. Wreszcie jej w kółko powtarzane pytania, kierowane w stronę schodów. Czy nie jest głodny albo czy nie chciałby się czegoś napić? To denerwowało go najbardziej. Miał ponad dwadzieścia lat i nic nie wskazywało, że chciałby umrzeć z głodu czy odwodnienia. Ale nie można było nie zauważyć, że teraz bardzo schudł. Jadał nieregularnie i za mało od dnia, kiedy wyjadł do końca resztki ze stypy. Jeśli tak dalej pójdzie, będzie musiał zainwestować w nowy pasek do spodni. Zapinał się już na ostatnią dziurkę, a spodnie i tak zsuwały się z bioder, niczym te, które ledwie wisiały na tyłkach małolatów całymi wieczorami urzędujących pod osiedlowym sklepikiem. Pierwszy raz w życiu wyglądał czadersko, choć wcale nie miał takiego zamiaru.

Bzyczenie muchy ustało i teraz słyszał jedynie swój oddech. Miał wrażenie, że gdyby wsłuchał się bardziej, usłyszałby bicie własnego serca. Znowu dziwił się samemu sobie, że tak mało przyjemności sprawiała mu cisza, której od lat pragnął. W gruncie rzeczy tęsknił za odgłosami towarzyszącymi matce. Chyba że gryzło go sumienie. Matka odeszła nagle, choć na dobrą sprawę całe jej życie było przygotowywaniem się na śmierć. Zmarła trzy miesiące temu, na krótko przed swoimi siedemdziesiątymi urodzinami. Chciała je uczcić kawą i ciastem i od dawna planowała przyjęcie, ale Karl nie był tym zbytnio zaaferowany. Gdyby umiał przewidywać przyszłość, może potrafiłby okazać choć minimum zainteresowania przepisami na ciasta, które wycinała z kolorowych czasopism. I może wtedy zauważyłby, że coś z nią było nie w porządku. Już od jakiegoś czasu nie czuła się zbyt dobrze, ale nie aż tak źle, żeby bić na alarm, do lekarza poszła jednak dopiero wtedy, gdy pewnego dnia nie miała siły utrzymać się na nogach. Lekarz wysłał ją na dalsze badania, z których wróciła z wyrokiem, bo w jej ciele zagnieździł się złośliwy nowotwór. Próbowała być dzielna, ale i tak na koniec musiała iść do szpitala, gdzie w czasie adwentu umarła.

Samotnie leżąc w zimnej szpitalnej sali, pożegnała się ze światem właśnie wtedy, kiedy Karl zaczął się oswajać z nową sytuacją. Gdyby rak tak szybko jej nie zniszczył, Karl miałby szansę stać się dla niej lepszy. Mógłby odwiedzać ją częściej, przynosić więcej czekoladek i kwiatów. Nie wstydziłby się koszmarnej wiązanki, którą przed jednymi z ostatnich odwiedzin kupił naprędce przy kasie w supermarkecie. Też przecież nie chciałby umierać z takim wiechciem przed oczami.

Trzeba jednak przyznać, że względnie wywiązał się z obowiązków. Na pewno lepiej niż Arnar, który nawet nie przyleciał z zagranicy, by być przy matce, gdy ta umierała. Karl musiał troszczyć się o nią zupełnie sam. Pozałatwiać to, co w jej mniemaniu załatwić należało, pooddawać nieistotne przedmioty, które tu i ówdzie pożyczyła, powysyłać listy pożegnalne i określić ich sytuację finansową, aby mogła wstępnie oszacować koszty stypy. Wszystko robił bez zbytniego zaangażowania, noga za nogą wlokąc się na pocztę z każdym kolejnym listem. Pukał od drzwi do drzwi, zwracając ludziom naczynia, książki, płyty DVD. Wszyscy patrzyli na niego z zakłopotaniem. Karl zorientował się, że matka chciała w ten sposób uprzedzić rodzinę i przyjaciół, że umiera, unikając mówienia o tym wprost. Myślał wtedy, że wysyła im coś w rodzaju nienachalnego zaproszenia, i strasznie go to denerwowało. Powinien był jednak bardziej się starać, przecież go o to poprosiła.

Byłoby o niebo lepiej, gdyby w ciągu tych paru tygodni potrafił wczuć się w jej położenie. Bez szemrania pozałatwiać sprawy, a resztę drogocennego czasu spędzić przy szpitalnym łóżku. Odwiedzających i tak nie przybyło, choć pukał do wielu drzwi.

Z drugiej strony nie miał pewności, czy zachowałby się lepiej, gdyby miał na wszystko więcej czasu. O czym miałby z nią rozmawiać i za pomocą jakich słów mógłby wyjaśnić, że tak naprawdę ją kochał, chociaż latami nie dawał jej tego odczuć? Czy nie patrzyłaby na niego z niedowierzaniem, wracając pamięcią do chwil, kiedy się jej wstydził i nie chciał, by go z nią widywano?

Dopóki nie skończył pięciu lat, był przekonany, że jego życie nie różni się od tego, jakie wiodła większość jego rówieśników. Matka nie wydawała mu się wtedy za stara i nie przejmował się tym, że do idealnego obrazu rodziny brakowało ojca. Ale w pierwszej klasie spadła mu na głowę lodowata, słona fala. Zaczęło się od niewinnego pytania, czy to jego babcia, i szyderczego śmiechu, kiedy zaprzeczył. Dosyć szybko przerodziło się to w dokuczanie i uszczypliwe komentowanie wieku jego mamy, no i braku ojca. Słowa dzieci wypalały w sercu rany, które nigdy się nie zabliźniły, bo wciąż je rozdrapywano. Dziwne, że kolegom nie wpadło do głowy, iż dotykając go do żywego, tylko oni dobrze się bawią. Właśnie chęcią zabawienia się Karl tłumaczył sobie ich zachowanie.

Trudno pojąć, jak jedno zdarzenie może naznaczyć ludzki los i ukształtować drogę, którą się podąża, bo nie można przecież uciec od życia, tak jak pędzący pociąg nie może zboczyć z torów. Dziecięce docinki w pierwszym dniu szkoły tak naznaczyły późniejsze relacje Karla z ludźmi, że nie był nigdy jakoś szczególnie lubiany. Jako dziecko wyraźnie wyczuwał obojętność ze strony rówieśników. Nie tyle go prześladowano, ile dla tych, którzy mu dokuczali, stanowił nic nieznaczącą osobę. Szkolne czasy minęły mu więc szybko, bo koledzy właściwie go ignorowali. W sumie był im za to wdzięczny. Osiem lat wcześniej to samo przechodził Arnar, ale nie miał dla młodszego brata żadnych dobrych rad. Lub miał gdzieś dzielenie się nimi. Byli jak ulepieni z innej gliny, bo Arnar nawet nie starał się być przezroczysty, tylko chodził z wysoko podniesioną głową niczym książę pan. W zasadzie bez konkretnego powodu, co zapewne denerwowało dzieci, ale nie dręczyły go. Dlatego też większość z nich nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Karl podejrzewał, że szkolni koledzy wiedzieli o Arnarze to, co on sam uświadomił sobie dopiero po latach. Nie był zwyczajnym człowiekiem, a takiego lepiej zostawić w spokoju. Taki stan rzeczy bardzo im obu odpowiadał. Zresztą Arnar miał ograniczoną potrzebę kontaktów z ludźmi, a Karl nie tęsknił za jego ponurym towarzystwem.

Jego życie nie zmieniło się nawet wtedy, gdy poszedł do liceum i zmienił środowisko, jakby jego przeznaczeniem miały być zawsze te same zmory. Poznał niewielu kolegów i nie brał udziału w życiu towarzyskim, bo strach przed pójściem gdziekolwiek w pojedynkę i przed narażeniem się na obstrzał wielu oczu paraliżował go, siedział więc w domu. Nie wykorzystywał dobrze czasu, którym, nie mając przyjaciół, dysponował przecież w nadmiarze. Maturę zdał średnio. Sporo brakowało mu, żeby dorównać bratu w ocenach. Później przebumelował cały rok, nie pojechał nawet na wycieczkę pomaturalną do Azji, co zrobiła większość klasy, tylko siedział bezczynnie w domu. Udawał, że oddaje się rozmyślaniu na temat tego, co chciałby robić w przyszłości. I kiedy dłużej już nie mógł usprawiedliwiać przed matką swojego lenistwa, zaczął studiować chemię. Po raz trzeci w życiu odgrywał rolę autsajdera. Nie wychodził z domu, nie miał dziewczyny, niewielu kolegów z roku zaliczał do grona znajomych. Garstka ludzi, z którymi się kontaktował, była czymś pomiędzy. Niby kumple, ale w sumie obcy. Miał tylko dwóch kolegów: Halliego i Börkura. Nie żeby mu jakoś szczególnie odpowiadali, po prostu wziął, co się trafiło.

Ograniczone potrzeby komunikowania się z innymi zaspokajał za pośrednictwem urządzeń nadawczo-odbiorczych. Ów rodzaj porozumiewania się bardzo mu odpowiadał, chociaż większość tych, którzy nie mieli o nim bladego pojęcia, uważała go za zbyt mało osobisty i uciążliwy. Człowiek mówił i człowiek dostawał odpowiedź. A jak nie chciało mu się gadać, mógł wybrać pomiędzy nadawaniem morse’em lub tylko słuchaniem.

Uwagę Karla przyciągnęły trzaski dochodzące z radiostacji. Ucieszył się, założył słuchawki i delikatnie położył dłoń na pokrętle, tak aby ustawić odpowiednią częstotliwość. Jego wzrok powędrował na przeciwległą ścianę pokrytą oprawionymi w ramki kartami QSL. Zbierał je przez wiele lat, bo były potwierdzeniem jego kontaktów z innymi krótkofalowcami z odległych krajów, do których i tak nigdy by nie pojechał. Honorowe miejsce na ścianie zajęły tylko ulubione karty, a reszta leżała na dnie szuflady. Pasjonował się ich zbieraniem dawno temu i nawiązał wówczas kontakty z radioamatorami z prawie wszystkich państw. Dlatego w jego przypadku natrafienie na nową radiostację było prawie niemożliwe. Później coraz rzadziej zdarzało się, że wypełniał kartę i wysyłał za granicę dla potwierdzenia kontaktu. W kolekcji nie chodziło o posiadanie wielu kart z tych samych miejsc. Ostatnie karty wysyłał w ramach konkursu, który polegał na nawiązaniu jak największej liczby kontaktów w ściśle określonym czasie. Było to półtora roku temu i chociaż tego rodzaju konkursy nadal się odbywały, nie miał już ochoty brać w nich udziału.

Doskonale wiedział, chociaż niechętnie się do tego przyznawał, dlaczego nie chciało mu się dłużej tego robić. Nigdy nie wygrywał. Co więcej, nie był nawet bliski wygranej. Także wtedy, kiedy startował w rozgrywkach zespołowych, przynosił reszcie pecha. Jakby z jego powodu zła passa przenosiła się na cały zespół krótkofalowców. Tak jak w szkole. Przed grą w dwa ognie był tym, którego wybierano do zespołu na samym końcu. Tak jak w szkole, to bolało. Tak jak w szkole, nie dawał po sobie poznać. Dlaczego tak się zachowywał? Nie potrafił na to pytanie odpowiedzieć. Może by oszczędzić wyrzutów sumienia tym, którzy go odrzucali? Choć pewnie zręczniej byłoby obrazić się i wyjść z hukiem. Ale pewnie i to by nie pomogło ani niczego nie zmieniło.

Nachylił się do mikrofonu.

– CQDX this is Tango Foxtrot Three Kilo Papa standing by. – Kod CQDX oznaczał, że Karl chciał nawiązać kontakt z radiowcem z daleka. A TF3KP był jego znakiem wywoławczym. Litery TF były symbolem Islandii. Cyfra „trzy” oznaczała region stołeczny, a pozostałe to jego inicjały. Karl Pétursson (syn Piotra). W zasadzie nie miał prawa do nazwiska utworzonego od imienia Pétur, bo tak miał na imię ojciec jego matki, a on sam był adoptowany. Nigdy się nie dowiedział, jak nazywali się jego prawdziwi rodzice, ale ich historia była z całą pewnością bardzo smutna. Matka uznała jednak, że nie ma powodu, by wydobywać na światło dzienne koszmary z przeszłości. Według tego, co mówiła, zakładając, że mówiła prawdę, rodzice zmarli. Szukanie ich nie miało więc sensu. Szybko też zorientował się, że pytania o zmarłych padały na jałowy grunt. Więc przestał drążyć i zaprzątać sobie nimi głowę. Inaczej było z Arnarem, który nigdy pytać nie przestał. Też był adoptowany. I chociaż obaj nosili to samo nazwisko, łączyło ich tyle, co parę obcych sobie podróżnych jadących ramię w ramię tym samym autobusem. Nie mówiąc już o tym, że różnili się wyglądem i charakterem.

– Tango Foxtrot Three Kilo Papa. Standing by.

Nasłuchiwał, ale nie otrzymał odpowiedzi. A może to nie był sygnał nadawania albo trafił na koniec sesji? Spróbował raz jeszcze. – Tango Foxtrot Three Kilo Papa. Standing by. – Nic. Cisza.

Przypomniał sobie, że kiedyś chciał zbierać QSL-ki z każdego stanu USA, ale się poddał. Może powinien zacząć od nowa? Nie zajęłoby mu to dużo czasu, bo miał już ich sporo. Właśnie teraz, kiedy jest sam i poza studiowaniem nie ma na głowie nic innego, toteż może poświęcić się swoim zainteresowaniom. Ale nie mógł się zdecydować, czy rzeczywiście ma na to ochotę. I czy powinien iść na zebranie do klubu radioamatorów, które miało się zacząć za jakieś czterdzieści minut. Decyzję musiał podjąć szybko. Najlepiej byłoby dać sobie spokój i nieco pozakuwać, bo ostatnio opuścił się w nauce. Mizerne zainteresowanie chemią, jakie odczuwał, zapisując się na pierwszy rok studiów, znikało z każdym upływającym tygodniem. Biurko stojące w drugim końcu sutereny pokrywało się kurzem, a wiszący nad nim plakat z okresowym układem pierwiastków odklejał się od ściany.

Może potrafiłby na nowo wzbudzić w sobie pasję. Gdyby tylko zechciał przyłożyć się do nauki, gdyby trochę zagłębił się w książki. Zebranie nie było istotne. I tak nie miał nic ważnego do przekazania, zdawał sobie też sprawę, że z innymi członkami klubu było tak samo. Zresztą z roku na rok coraz bardziej się wykruszali. Zostali prawie sami starzy, których nie interesowały kontakty z zagranicznymi krótkofalowcami. Najczęściej korzystali z pasm czternaście, dwadzieścia jeden i dwadzieścia osiem megaherców. Karl czasami nasłuchiwał rekrutów nadających morsem lub wchodził na pasmo trzy i pół megaherca. Może chodziło o różnicę wieku? Na dwudziestu ośmiu megahercach nadawali nieliczni, mocno zaawansowani radioamatorzy, co odpowiadało Karlowi. W odróżnieniu do niego starzy interesowali się głównie budową radiostacji. Jedynie garstka z nich rozumiała nie tylko jego zapał w nawiązywaniu kontaktów, ale i zamiłowanie do wysłuchiwania numerycznych przekazów. Wraz z odejściem Börkura i Halliego z klubu pozostał jedynym, którego to interesowało.

Karl wyciągnął kabel od słuchawek z radiostacji i podłączył do starego collinsa używanego do odbierania fal krótkich. Przeszukiwał pasmo od najniższych do najwyższych częstotliwości, aż dostroił się do stacji, którą znał, w nadziei, że usłyszy jakiś przekaz. Jak zahipnotyzowany wsłuchiwał się w symfonię kodów i numerów, której nie rozumiał. Pochłaniał rzędy liczb i liter nadawane jednym ciągiem, wypowiadane wygenerowanymi przez komputer kobiecymi, a niekiedy dziecięcymi głosami. Wiadomości morsem, trzeszczenie, zgrzytanie i pojedyncze pieśni patriotyczne. Na pierwszy rzut oka nic szczególnego, ale może coś się za tym jednak kryło? Nikt nie miał pewności, co to wszystko mogło znaczyć i czy miało jakiś głębszy sens. I właśnie z tego powodu było tak fascynujące. Nie było również wiadomo, kto wykorzystywał tę osobliwą formę przekazu na falach krótkich, w zakresie pomiędzy trzecim a trzydziestym megahercem. Fale te odbijały się od jonosfery i miały przez to większy zasięg. Większość użytkowników domyślała się, że przekazy były zaszyfrowanymi wiadomościami tajnego wywiadu. Również część interesów między dilerami i przemytnikami narkotyków załatwiano w taki sposób. Śledzić można było wszystko. Rozmowy telefoniczne dawało się podsłuchiwać, listy kopiować, mejle przechwytywać. Inaczej rzecz się miała z nadawaniem na falach radiowych, było to o wiele bardziej złożone.

Na tym też polegał cały ich urok. Te ciągi cyfr czytane przez bezduszne, lodowate, a jednocześnie niewinnie brzmiące głosy. Możliwe, że były to precyzyjnie artykułowane rozkazy zabójstw lub zamachów. Tak jak i inni zapaleńcy, Karl marzył o tym, by kiedyś złamać któryś z nadawanych kodów, chociaż już niejedna tęga głowa się poddała. Nawet Arnar, który w końcu zainteresował się jego hobby. Siedział godzinami z ołówkiem w ręku nad kombinacjami liter i cyfr, by po jakimś czasie cisnąć nim daleko przed siebie, krzycząc, że to jakieś pieprzone niedorzeczności. Ale Karl wiedział, że chodziło o szyfr, który można było złamać tylko za pomocą klucza. To jednak nie zniechęcało ludzi do prób rozwiązania zagadki.

Miał dzisiaj szczęście. Przeważnie nadawano co pół godziny lub w pełnych godzinach. Dochodziło wpół do ósmej. Wpadł na znajomą stację, z której nadawał mężczyzna o pseudonimie „Rosjanin”. Chropowaty męski głos deklamował po rosyjsku powtarzające się monotonnie ciągi cyfr. Od czasu do czasu mantrę przerywały zakłócenia fonii.

– A-din, a-din, pjat, sjem, pjat, nul, nul.

Większość audycji nadawano według określonych schematów. Na początku serwowano informacje za pomocą wcześniej ustalonych słów. Ready? Ready?, Achtung! albo Atención!, z podkładem melodycznym lub kombinacjami cyfrowo-literowymi. Takim wstępem chciano zwrócić uwagę na to, kto nadaje i kto powinien szczególnie uważnie się temu przysłuchiwać. Zazwyczaj powtarzano to wielokrotnie, przed właściwymi wiadomościami, których liczba też była podana. Długie sekwencje cyfr i liter płynęły swobodnie z eteru. Kończono audycję specjalną formułką, charakterystyczną dla każdego nadawcy. Najczęściej był to prosty wyraz czytany w wielu językach. Taki jak: „koniec” albo „nadawanie zakończone”.

Jeszcze inni puszczali muzykę lub wyczytywali sekwencje zer. Tak jak ten „Rosjanin”, którego Karl nasłuchiwał, gdy już się rozłączał:

– Nul, nul, nul, nul. – Cisza i trzaski. – Nul, nul, nul, nul. – Znowu cisza i na koniec: – Nul, nul, nul, nul. – Nadawanie przerwano.

Gorączkowo szukając innych nadawców, Karl natknął się na coś nieznajomego. Coś, czego dotąd nigdy jeszcze nie słyszał. Nastawił ucha, kiedy wydało mu się, że słyszy jakiś skandynawski język. Dostroił radiostację i głos zabrzmiał wyraźniej. Karl tym bardziej zdziwił się, słysząc:

– …dziewięć, dwa, zero, pięć, sześć, dziewięć. – Kombinację powtórzono, więc udało mu się ogarnąć całość. – Jeden, siedem, zero, trzy, dziewięć, dwa, zero, pięć, sześć, dziewięć. – Był to wygenerowany komputerowo kobiecy głos, do którego powoli się przyzwyczajał. – Jeden, siedem, zero, trzy, dziewięć, dwa, zero, pięć, sześć, dziewięć. – I głos zamilkł. Karl odchylił się na krześle, podrapał po czole, objął rękoma głowę. – Jeden, siedem, zero, trzy, dziewięć, dwa, zero, pięć, sześć, dziewięć. – Opuścił ręce. Sięgnął po notatnik oraz długopis leżący zawsze na biurku. Kiedy zamierzał spisać numery, rozpoczęło się wyczytywanie kolejnego rzędu cyfr: – Dwa, cztery, jeden, dwa, siedem, dziewięć, siedem, trzy, jeden, dziewięć.

Na początku długopis nie chciał pisać, więc Karl rozpisywał go w pośpiechu, uważając, by nie złamać wkładu i nie zapomnieć cyfr. Wreszcie się udało:

– Dwa, cztery, jeden, dwa, siedem, dziewięć, siedem, trzy, jeden, dziewięć. – Kiedy powtarzano cyfry, porównał je z tymi zapisanymi wcześniej na kartce. Wsłuchiwał się w głos. Jednak nie odnajdywał w nim obcego akcentu. To nie mógł być cudzoziemiec. Czyżby jakiś islandzki związek, legalnie lub nie, zdobył pasmo nadawcze? Ale to było raczej niemożliwe. Na pewno był to ktoś z zagranicy. Ktoś, kto znał islandzki i wybrał go dla zmyłki. Słyszalność była dobra. Nawet za dobra, jak na dochodzącą z odległego miejsca. Karl słuchał płynących cyfr, niczego nie podejrzewając. A jednak Islandczycy? Możliwe, że rodacy wpadli na pomysł przekazywania w ten sposób poufnych wiadomości. Dałby głowę, że w grę wchodził tu także Internet. Krótkie fale radiowe to zbyt staroświeckie jak na Islandię. Tu wszyscy mają przecież świra na punkcie najnowocześniejszych technologii.

Sieć zawalona była czymś takim. Najpopularniejsze prezentacje miał użytkownik Reddi, który czytał w kółko znaki z szesnastkowego systemu. Albo taki youtuber Webdriver Torso, na którego kanale można oglądać tysiące jedenastosekundowych filmików z kolorowymi kwadratami różnej wielkości, przesuwającymi się po ekranie w takt ostrego pisku. Właśnie coś takiego mogło zachwycać Islandczyków, ale nie nadawanie na falach krótkich. Głos z radia zaczął wyczytywać na nowo poprzedni szereg cyfr. Jakby chciał, aby wryły się w jego mózg: 1703920569. Karl spisał i wpatrywał się w nie z niedowierzaniem. Przeczytał raz jeszcze, gdy głos z radia powtórzył:

– Jeden, siedem, zero, trzy, dziewięć, dwa, zero, pięć, sześć, dziewięć.

Wszystkie cyfry się zgadzały. Albo to jakiś absurdalny zbieg okoliczności, albo ktoś próbował zrobić mu kawał.

Przecież to był jego PESEL.

Karl spojrzał na drugi rząd cyfr: 2412797319. To też mógł być czyjś PESEL. Wbił numery w wyszukiwarkę komórki. Wyskoczyły sto dwadzieścia dwie odpowiedzi. Żadna niezwiązana z Islandią. Spróbował raz jeszcze, oddzielając poszczególne cyfry myślnikami. Bingo. Właścicielem PESEL-u okazała się Elisa Bjarnadóttir, której nie znał. Przełączył wyszukiwarkę na grafikę. Nie znalazł jednak żadnego zdjęcia ukazującego kobietę z bliska. Z wyglądu była mu równie nieznana, jak jej personalia. Odłożył komórkę. Było w tym wszystkim coś niesamowitego, ale i nieprzyjemnego. Nadawanie dobiegało końca. Zimny głos dodał na pożegnanie:

– Na razie. Reszta później. – Kilka dźwięków z pozytywki i cisza.

Karl odwrócił się w kierunku okna, skąd dochodziło ledwo słyszalne bzyczenie muchy. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie wypuścić jej na zewnątrz. Podarować wolność, której tak bardzo pragnęła. Zamarznie szybko, ale przynajmniej zdechnie szczęśliwa. Jednak wydobywające się ze słuchawek przytłumione ludzkie głosy odwróciły jego uwagę od muchy. Założył słuchawki.

– Witam. Witam. Witam. – Z eteru popłynął strumień cyfr. Było przesądzone, że nie pójdzie na zebranie. Szkoda. Właśnie teraz miałby o czym opowiedzieć. A może lepiej by było, gdyby zachował to na jakiś czas wyłącznie dla siebie? Szczególnie jeśli ktoś chce mu zrobić głupi żart.

Kiedy Karl zaczął wsłuchiwać się w radio, mucha z impetem uderzyła w szybę ostatni raz. I poległa.

Rozdział 4

Wyglądało na to, iż Margrét nie ma pojęcia, że jest obserwowana. Siedziała wciśnięta w małą kanapę, obok ogromnego pluszowego zwierzaka, którego dotąd nawet nie dotknęła. Jakby chcąc znaleźć coś godnego uwagi, wodziła zielonymi oczami po surowo umeblowanym pokoju. Prawie wcale nie patrzyła w oczy młodej kobiety, Silji, która siedziała na krześle obok i zadawała proste pytania, by sprowokować rozmowę. Kobieta uśmiechała się co chwilę, uważając przy tym, by nie zerkać zbyt często w kierunku dużego lustra, które wisiało na ścianie, naprzeciwko sofy. Za to dziewczynka wciąż bez skrępowania wpatrywała się w swoje odbicie, nie zdając sobie sprawy, że po drugiej stronie lustra ktoś się znajduje. Nie wypowiedziała jeszcze ani słowa. Na pytania odpowiadała, jedynie przytakując lub zaprzeczając ruchem głowy. I tak nie miało to dużego znaczenia, bo pytania Silji nie były związane z tym, o co tak naprawdę chodziło. Miały na celu zbudowanie zaufania między nimi i wypełnienie czasu oczekiwania na spóźnionego przedstawiciela policji.

– Tak nie może być! Gdzie jest ten przeklęty gliniarz? – denerwował się dziadek dziewczynki, który ją tutaj przywiózł. Miał około sześćdziesięciu lat, a jego kręcone włosy były tak siwe, że wydawały się przezroczyste. Przyjechał nieogolony, w okropnie wygniecionej koszuli polo ubranej tyłem na przód i z kołnierzykiem postawionym na sztorc. W normalnych okolicznościach Freyja zapytałaby go, czy aby kołnierzyk nie uciska jego dolnej żuchwy? Ale ci, którzy tutaj lądowali, byli w tak opłakanym stanie psychicznym, że nikt nie zwracał uwagi na drobiazgi tego rodzaju. Przecież mężczyzna miał większe problemy niż nieogolona twarz czy koszula ubrana tyłem do przodu, nie wspominając już o kołnierzyku. Zamordowano mu synową. Syn nie wrócił jeszcze z zagranicy, a oni, czyli dziadkowie, mieli pod opieką trójkę przerażonych dzieci i niewielkie pojęcie, jak się nimi należycie zająć. Gdy mężczyzna mówił, aż zapluwał się z emocji, a małe kropelki śliny lądowały na wypolerowanym stole do obrad. Błyszczały na nim przez chwilę, potem zastygały, a wszyscy obecni udawali, że tego nie widzą. – Czy macie zamiar bez końca zadawać jej pytania o szkołę i przyjaciół? Czy nie widzicie, jak się czuje? Jakie ma to znaczenie, do cholery? Nie ma ważniejszych spraw do omówienia?

Siedzący wokół stołu skierowali oczy ku Konráðowi Bjarnasonowi, przedstawicielowi prokuratury generalnej. Wspólnie dali w ten sposób do zrozumienia, że to właśnie on powinien udzielić mężczyźnie odpowiedzi. Freyja nie miała zbyt dużego doświadczenia we współpracy z Konráðem, ale z poprzednich spraw wiedziała, że nie należało się po nim wiele spodziewać. Był typem elegancika, który co rano wcierał w skórę oliwkę, jakby wierząc, że uchroni go to przed odpowiedzialnością. Konráð spuścił wzrok na swój niestosowny do okoliczności, bo zbyt kolorowy krawat. Strząsnął z niego niewidoczny pyłek. Kiedy wiadomo już było, że nie doczekają się żadnych wyjaśnień z jego strony, pozostali utkwili wzrok we Freyi. Nie mogła jak Konráð milczeć i czekać, aż przerzucą uwagę na następną osobę, bo jeśli wszyscy zachowywaliby się w podobny sposób, musieliby tkwić tu aż do wieczora. Zastanawiała się, jak mogłaby udobruchać dziadka dziewczynki. Przecież nie zacznie go przepraszać za cały ten pośpiech ani za brak czasu na przygotowanie przesłuchania. Dla niego nie miało to znaczenia. Nie było jednak sensu wyrywać się z gadką o przygotowaniach, skoro nie znała nawet nazwiska człowieka, który miał poprowadzić śledztwo. Od szefa policji dostała polecenie, by przejąć dziewczynkę i zwołać naradę, którą poprowadzić miał już dalej ich przedstawiciel. Ten, na którego właśnie czekano.

Freyja odchrząknęła, wyprostowała plecy i przybrała najbardziej neutralny wyraz twarzy, na jaki było ją stać. Czuła, jak źle związane w koński ogon włosy zsuwają się jej na kark. Miała tak samo mało czasu na zadbanie o swój wygląd, jak dziadek Margrét. Kiedy w sobotni poranek zadzwonił telefon z policji, siedziała w kuchni z na wpół otwartymi oczami nad pierwszą poranną kawą. Czas, który mogłaby wykorzystać na staranne wyszykowanie się, musiała poświęcić na zawiadomienie wszystkich członków komisji – psycholożki Silji, która miała zadawać dziewczynce pytania, przedstawiciela Urzędu do spraw Nieletnich oraz lekarki i pielęgniarki, które nie były na stałe zatrudnione w schronisku. Freyja zaprosiła je na wypadek, gdyby okazało się, że dziewczynka była molestowana przez mordercę. Poza tym chciała być przygotowana na każdą okoliczność. Człowiek, który bestialsko zamordował młodą kobietę w jej własnym łóżku, mógł być zdolny do wszystkiego. Wkrótce okazało się, że nie było to konieczne, gdyż dziewczynka przeszła wcześniej obdukcję lekarską. Ale Freyja dowiedziała się o tym po fakcie, kiedy obie kobiety były już na miejscu, a za udział w przesłuchaniu obiecano im wynagrodzenie. Na wszelki wypadek zostały.

Sprawa była bardzo poważna, musieli więc stanąć na wysokości zadania. Policja zwracała się do nich o wsparcie głównie wtedy, gdy w grę wchodziły przestępstwa na tle seksualnym, i to wyłącznie na nieletnich. Schronisko miało zbyt małe doświadczenie w przypadkach takich jak ten.

Zdecydowano się na taką nietypową procedurę, ponieważ dziewczynka za żadne skarby nie chciała przekroczyć progu komisariatu policji ani też odpowiadać na pytania w domu dziadków. W grę wchodził więc rodzaj kompromisu i musieli się wykazać, bo wiadomo było, że kolejna dobra okazja nadarzy się nieprędko. Jeśli Freyja zaprzepaści szansę, będzie to jej wina i prawdopodobnie otrzyma naganę z urzędu. Schronisko było powołane przez ten urząd, a ona jako dyrektor odpowiadała za prowadzenie go i za sprawy, które się tu toczyły. Stanowisko objęła dopiero cztery miesiące temu i dzisiejsze przesłuchanie było chyba najważniejszym ze wszystkich, które do tej pory organizowała, jeśli w ogóle można mówić o hierarchii w tego typu sprawach. Przeważnie polegało to na ustaleniu, czy życie tego lub innego niewinnego dziecka nie zostało zniszczone i, gdy można było odrzucić wszelkie podejrzenia, odczuwano zawsze wielką radość. Na szczęście zdarzało się to często. Ale nie na dzisiejszym przesłuchaniu. To jedno było pewne.

Przedstawiciel Urzędu do spraw Nieletnich podniósł znacząco brwi. Freyja w lot zrozumiała aluzję. Zbyt długo zwlekała z odpowiedzią. Z wymuszonym uśmiechem na twarzy spojrzała na dziadka. Po drugiej stronie szyby mała Margrét wierciła się na sofie i wpatrywała w drzwi wyjściowe pokoju przesłuchań. Z twarzy dziadka można było wyczytać, że jego cierpliwość się skończyła. Co było oczywiste.

– Rozumiem, że rozmowa psychologa z Margrét może się panu wydawać sztampowa – wyjaśniła Freya. – Ale pytania nie są bez sensu, chociaż mogą tak brzmieć. Silja jest psychologiem i ekspertem w przesłuchaniach dzieci, które znajdują w sytuacjach kryzysowych, tak jak pańska wnuczka. To jest bardzo ważne, aby nawiązały dobry kontakt, zanim przejdą do sedna sprawy.

Mężczyzna z niezadowoleniem pokręcił głową i głęboko zasmuconym głosem dodał:

– Mam nadzieję, że wiecie, co robicie? Już wystarczy tych problemów.

– Może nam pan zaufać. – Kątem oka widziała, jak po drugiej stronie lustra Silja popukała w swoje ucho, gdzie ukryty był mikrofon, jakby chciała się przekonać, czy działa. Nic dziwnego, oczekiwała lawiny pytań, a zamiast tego panowała cisza. Freyja włączyła mikrofon.

– Silja, policjant jeszcze się nie zjawił. Kontynuuj rozmowę, jeśli uważasz, że to coś da. Inaczej będziemy musieli zrobić przerwę albo przełożyć przesłuchanie na inny termin. – W reakcji na jej słowa kobieta po drugiej stronie lustra uniosła kciuk na znak, że odebrała wiadomość. Z głośników usłyszeli jeszcze jedno pytanie, tym razem o domowe zwierzątko.

– Margrét, masz może psa albo chomika?

Dziewczynka zaprzeczyła, potrząsając głową z burzą rudych loków. Jeden z nich zaczepił się w kąciku ust. Wyciągnęła go paluszkami koloru kości słoniowej. Skórę miała nieprawdopodobnie jasną, jakby nigdy nie przebywała pod gołym niebem.

Dziadek bacznie obserwował wnuczkę. Freyi, która widziała ich idących za rękę na przesłuchanie, wydawał się tak samo zakłopotany jak wtedy. Schronisko znajdowało się w willi, dysponowało tylko dwoma miejscami do parkowania i kiedy przyjechali, oba były zajęte. Musiał więc zaparkować ulicę dalej i przedzierać się przez zaspy świeżo spadłego śniegu. Ciężko im było iść, dziewczynka wciąż przystawała i wpatrywała się bezradnie w dom, w którym miało się odbyć przesłuchanie. Za każdym razem dziadek pochylał się nad nią, by dodać otuchy. Teraz wzdychał i wyglądał, jakby żałował, że jej nie posłuchał i nie zawrócił.

– Dzieci miały kiedyś kota, który zdechł. Ktoś go przejechał. Wtedy wydawało się, że to największe nieszczęście, jakie mogło spotkać biedactwa.

Freyja pochyliła się do mikrofonu.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Odziedziczone zło Niechciani Weź moją duszę W proch się obrócisz Trzeci znak Statek śmierci 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer