Z odwagą w nieznane

Z odwagą w nieznane

Autorzy: Brene Brown

Wydawnictwo: Laurum

Kategorie: Filozofia Psychologia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 184

cena od: 35.35 zł

Aby zyskać prawdziwe poczucie przynależności, nie trzeba się zmieniać – trzeba być sobą.

Dopasowanie się czy samotność?

Pragniemy być częścią czegoś większego. Kiedy nie mamy poczucia przynależności do danej grupy społecznej, kultury czy nawet rodziny, czujemy się samotni, słabi i skrzywdzeni. Dlatego często stajemy przed trudnym wyborem – możemy dopasować się lub wybrać samotność. Doktor Brené Brown przekonuje, że jest inna droga – najważniejsze to mieć odwagę przynależeć do samego siebie. Udowadnia, że nasza przynależność będzie prawdziwa tylko wtedy, gdy my będziemy autentyczni.

Kompromis czy konfrontacja?

Jeśli zdecydujemy się na walkę o samoakceptację bez oglądania się na to, co robią inni, wkroczymy na teren nieznany, pełen niejasnych i nowych zasad. Będziemy musieli skonfrontować się ze światem i jego ideologiami. Brené Brown przedstawia na to sposób: cztery praktyki, które – jeśli wdrożysz je do swojego codziennego życia – pozwolą ci wyrwać się ze społecznych ram i być sobą. Bez dostosowywania się, udawania czy podporządkowywania się innym w imię poczucia bezpieczeństwa.

Szukanie przynależności za wszelką cenę czy tworzenie własnej ścieżki?

Brené Brown, autorka bestsellerów „New York Timesa”, w tym książek Rosnąc w siłę i Z wielką odwagą, tym razem redefiniuje badane od ponad 10 lat pojęcie prawdziwej przynależności i pokazuje, że poczucie przynależności można osiągnąć bez rezygnacji ze swojej autentyczności czy wolności. W charakterystyczny dla siebie sposób Brown łączy badania, opowieści i szczere wyznania, ponownie nadając ton debacie kulturowej i jednocześnie precyzyjnie wytyczając ścieżkę do samoakceptacji.

Człowiek jest wolny tylko wtedy, gdy sobie uświadomi, że nigdzie nie przynależy, zupełnie nigdzie, ponieważ jego miejsce jest wszędzie. Cena jest wysoka, ale nagroda – wspaniała.

Maya Angelou

Tytuł oryginału: Braving the Wilderness: The Quest for True Belonging and the Courage to Stand Alone

Menedżer projektu: Justyna Malatyńska

Przekład: Magda Witkowska

Konsultacja merytoryczna: Joanna Chmura

Redakcja: Monika Marczyk

Korekta: Maria Żółcińska

Projekt okładki: Michał Duława | michaldulawa.pl

Zdjęcie autorki na okładce: copyright © Benedict Evans

Zdjęcie na okładce: Filip Zrnzević | Unsplash

Skład: Camélia Dizajn

Opracowanie wersji elektronicznej:

Copyright © 2017 by Brené Brown

All rights reserved

Oryginally published in the United States by Random House, an imprint and division of Penguin Random House LLC, New York.

Copyright © 2018 for the Polish edition by MT Biznes Ltd.

All rights reserved. This Licensed Work published under license.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Warszawa 2018

MT Biznes Sp. z o.o.

www.mtbiznes.pl

handlowy@mtbiznes.pl

ISBN 978-83-8087-526-5 (e-book w formacie epub)

ISBN 978-83-8087-527-2 (e-book w formacie mobi)

Mojemu ojcu. Dziękuję, że nalegasz, żebym zawsze wyrażała swoje zdanie i zajmowała stanowisko. Nawet wtedy, gdy się ze mną z całego serca nie zgadzasz

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Spis treści

Rozdział 1. Wszędzie i nigdzie

Rozdział 2. W poszukiwaniu prawdziwej przynależności

Rozdział 3. High lonesome. Kryzys duchowości

Rozdział 4. Z bliska trudno jest ludzi nienawidzić. Zrób krok do przodu

Rozdział 5. Bzdury zwalczaj prawdą. Bądź przyzwoity

Rozdział 6. Trzymaj się za ręce. Z obcymi ludźmi

Rozdział 7. Silny kręgosłup. Miękka pierś. Nieskrępowane serce

Podziękowania

O autorce

Przypisy końcowe

Rozdział 1 Wszędzie i nigdzie

Gdy siadam do pisania, zawsze ogarnia mnie przemożny strach. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, gdy towarzyszy mi przekonanie, że wnioski z moich badań stoją w sprzeczności z utrwalonymi przekonaniami czy koncepcjami. W takich okolicznościach w mojej głowie bardzo szybko pojawia się myśl: „A kimże ja jestem, żeby stawiać takie tezy?”. Albo: „Czy naprawdę zamierzam wkurzyć tych wszystkich ludzi, kwestionując ich utarte przekonania?”.

W chwilach niepewności, gdy ryzyko każe mi w siebie wątpić, szukam inspiracji u dzielnych innowatorów i twórców przełomowych idei, którzy potrafią zarażać swoją odwagą. Czytam i oglądam wszystko, co tylko znajdę o nich lub ich autorstwa. Zapoznaję się z treścią wszystkich dostępnych wywiadów, esejów, wykładów i książek. Dzięki temu, gdy potem ich potrzebuję – gdy ogarnia mnie strach – oni przychodzą mi potowarzyszyć i mnie wesprzeć. Co jednak najważniejsze, spoglądają mi przez ramię i pilnują, żebym nie zaprzątała sobie głowy bzdurami.

Wypracowanie tego procesu zajęło mi trochę czasu. Wcześniej próbowałam metody odwrotnej, to znaczy zapoznawałam się z opiniami krytyków i krytykantów. Siadałam przy biurku i wyobrażałam sobie twarze profesorów, których najmniej lubiłam, najsurowszych i najbardziej cynicznie usposobionych współpracowników, moich najbardziej zagorzałych krytyków internetowych. Myślałam wówczas: „Jeśli zdołam ich zadowolić, a przynajmniej uciszyć, to powinno mi się udać”. Za sprawą takiego podejścia realizował się jednak najczarniejszy scenariusz każdego badacza czy socjologa, w którym kolejne wnioski grzecznie wpisywały się w już obowiązujące wyobrażenie o świecie, a nawet jeśli zdawały się delikatnie podważać utrwalone przekonania, to tylko bardzo delikatnie, aby nikogo nadmiernie nie niepokoić. To były bezpieczne, starannie wyselekcjonowane, wygodne wnioski. A jednocześnie wnioski nieautentyczne. Wnioski stanowiące formę hołdu.

Postanowiłam więc przegonić krytykantów i siewców strachu, a na ich miejsce przywołać ludzi, którzy mocą swojej odwagi i kreatywności byli lub są w stanie kształtować świat. Ludzi, którzy przynajmniej raz kogoś wkurzyli. To dość zróżnicowane grono. Gdy nie bardzo wiem, jak przedstawić nowy i dziwny koncepcyjny obraz, który właśnie wyłonił się z moich badań, zwracam się po pomoc do J.K. Rowling, autorki moich ukochanych książek o Harrym Potterze. Wyobrażam ją sobie, jak mówi mi: „Nowe światy są ważne, ale nie można ich po prostu opisywać. Przedstaw opowieści, które nam ten świat nakreślą. Choćby był to świat zupełnie szalony i dziwaczny, opowieści pomogą nam się w nim odnaleźć”.

Pisarka i aktywistka bell hooks[1] wyciąga do mnie pomocną dłoń, gdy angażuję się w trudną rozmowę na temat rasy, płci czy podziałów klasowych. To ona pokazała mi, że uczenie innych to święte dzieło, a zdobywanie wiedzy powinno wiązać się z dyskomfortem. Ed Catmull, Shonda Rhimes i Ken Burns zawsze mi towarzyszą i zawsze mi podpowiadają, gdy akurat snuję własną opowieść. Przywołują mnie do porządku, gdy się niecierpliwię i zaczynam pomijać szczegóły czy dialogi, tak przecież istotne dla opowieści. „Pozwól nam ci w tej opowieści towarzyszyć” – nalegają. W mojej głowie pojawiają się też liczni muzycy i artyści, pojawia się Oprah Winfrey. Radę jej autorstwa powiesiłam sobie nawet na ścianie w gabinecie: „Niech ci się nie wydaje, że można żyć i pracować odważnie, nigdy nikogo nie rozczarowując. Tak się nie da”.

Moją pierwszą i najwierniejszą doradczynią pozostaje jednak Maya Angelou. Z jej dorobkiem miałam się okazję zapoznać trzydzieści dwa lata temu, gdy podczas studiów zajmowałam się poezją. Przeczytałam jej wiersz Still I Rise i nagle zaczęłam inaczej patrzeć na świat[2]. To było coś niesamowicie pięknego i potężnego zarazem. Zaczęłam gromadzić wszystkie jej książki i wiersze, zapoznawałam się z treścią wszystkich wywiadów. Jej słowa mnie uczyły, zachęcały do działania i przywracały do zdrowia. Potrafiła być radosna i bezlitosna jednocześnie.

Maya Angelou powiedziała też jednak coś, z czym się zasadniczo nie zgadzałam. Wypowiedź dotyczyła poczucia przynależności. Natknęłam się na nią, gdy prowadziłam zajęcia dotyczące przynależności rasowej i klasowej na University of Houston. W wywiadzie udzielonym Billowi Moyersowi w telewizji publicznej w 1973 roku doktor Angelou powiedziała[3]:

Człowiek jest wolny tylko wtedy, gdy sobie uświadomi, że nigdzie nie przynależy, zupełnie nigdzie, ponieważ jego miejsce jest wszędzie. Cena jest wysoka, ale nagroda – wspaniała.

Dokładnie pamiętam, co pomyślałam po przeczytaniu tych słów. „To nie może tak być. Cóż to by był za świat, gdybyśmy nigdzie nie przynależeli? Bylibyśmy jedynie zbiorem samotnych ludzi, którzy żyją obok siebie. Ona chyba nie rozumie, jak wielka siła tkwi w poczuciu przynależności”.

Przez ponad dwadzieścia lat ten cytat wielokrotnie się w moim życiu przewijał, za każdym razem wywołując gniew. „Dlaczego ona coś takiego powiedziała? To nieprawda. Poczucie przynależności ma zasadnicze znaczenie. Trzeba należeć do czegoś, do kogoś, do jakiegoś miejsca”. Szybko doszłam do wniosku, że ten mój gniew wynika z dwóch powodów. Po pierwsze, doktor Angelou była dla mnie wielkim autorytetem i nie potrafiłam pogodzić się z myślą, że mogłybyśmy nie zgadzać się w kwestii tak fundamentalnej. Po drugie, potrzeba dopasowania się i dyskomfort związany z brakiem poczucia przynależności dręczyły mnie w moim własnym życiu już od dawna. Nie potrafiłam utożsamiać „przynależenia nigdzie” z wolnością. Brak poczucia autentycznej przynależności stanowił moją największą życiową bolączkę i kładł się cieniem na większość mojego dziecięcego i nastoletniego życia.

Zupełnie nie potrafiłam dostrzec w nim drzwi do wolności.

Poczucie nieprzynależenia towarzyszyło mi na różnych etapach mojego życia, od bardzo wczesnego okresu. Do przedszkola i zerówki chodziłam w Paul Habans Elementary, na tak zwanym zachodnim brzegu w Nowym Orleanie. To był rok 1969. Nowy Orlean był wówczas – i zresztą nadal jest – wspaniałym miastem, ale wtedy wisiała nad nim chmura rasizmu. W tym roku po raz pierwszy oficjalnie zniesiono segregację rasową w szkołach. Ja wtedy się w tym nie orientowałam i nie bardzo rozumiałam, co się dzieje. Byłam na to za mała. Obserwowałam tylko moją matkę, która głośno i zdecydowanie się na ten temat wypowiadała. Nieraz zdarzało jej się głośno wyrażać własne zdanie, pisała nawet do „Times-Picayune”, kwestionując legalność praktyki dziś określanej mianem profilowania rasowego. Wyraźnie wyczuwałam tę jej energię, ale dla mnie jej aktywność sprowadzała się do udziału w życiu mojej klasy i do tego, że dbała o to, żebyśmy wszystkie trzy – ona, ja i moja Barbie – mogły nosić takie same żółte sukienki w kratkę.

Wcześniej mieszkaliśmy w Teksasie. Przeprowadzka była dla mnie trudnym doświadczeniem, ponieważ bardzo tęskniłam za babcią. Chciałam nawiązywać nowe przyjaźnie w szkole i w naszym bloku, ale na tym polu szybko pojawiły się trudności. Życiem mojej klasy rządziły listy, one decydowały o wszystkim. Za ich pomocą odnotowywało się obecność, na ich podstawie rozsyłano zaproszenia na przyjęcia urodzinowe. Pewnego razu inna mama, która również angażowała się w życie naszej klasy, pokazała mojej taką listę i powiedziała: „Zobacz te czarne dzieciaki. Patrz na te imiona. One wszystkie mają na imię Casandra!”.

„Hm”, pomyślała moja mama. Być może dlatego tyle razy nie otrzymałam zaproszenia na przyjęcie urodzinowe jednej z moich białych koleżanek. Moja matka używa na co dzień drugiego imienia, ale oficjalnie ma na imię Casandra. Ja na liście klasowej figurowałam jako Casandra Brené Brown. Każdy Afroamerykanin w lot zrozumie, dlaczego białe rodziny nie zapraszały mnie na swoje przyjęcia. Właśnie z tego samego powodu na zakończenie semestru grupa studentów pochodzenia afroamerykańskiego wręczyła mi kartkę z następującym dopiskiem: „OK, pani naprawdę jest Brené Brown”. Przyszli na moje zajęcia dotyczące problematyki kobiet i omal nie pospadali z krzeseł, gdy mnie po raz pierwszy zobaczyli. Jedna ze studentek stwierdziła: „Pani chyba nie jest Casandrą Brené Brown?”. Owszem jestem, proszę pani. Z tego samego powodu kobieta prowadząca rozmowę rekrutacyjną w sprawie dodatkowej pracy dla recepcjonistki w gabinecie lekarskim powitała mnie słowami: „Pani jest Brené Brown! No proszę, cóż za miła niespodzianka”. Tak, wyszłam stamtąd od razu.

W rodzinach czarnoskórych byłam mile widziana, ale na miejscu zawsze witało mnie zaskoczenie. Od jednej z koleżanek usłyszałam, że nikt biały nigdy wcześniej nie przekroczył progu tego domu. Dość trudno jest coś takiego zrozumieć, gdy się ma cztery lata i przyszło się zjeść tort w gronie koleżanek i pobawić trochę w przyczepianie ogonka do osiołka. W przedszkolu dzieci nie powinny mieć problemów z poczuciem przynależności, ja tymczasem już na tym etapie musiałam szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego w każdej z grup czuję się odrobinę nieswojo.

Rok później przeprowadziliśmy się do Garden District, żeby mój ojciec miał bliżej na Loyola University. Ja rozpoczęłam naukę w szkole Holy Name of Jesus. Należałam do Kościoła Episkopalnego i – w związku z tym – do jednoosobowego grona uczniów mojej szkoły niebędących katolikami. Okazało się, że wyznaję nie tę religię, co znów stanęło mi na drodze do uzyskania poczucia przynależności. Po roku czy dwóch przesiadywania z boku, wytykania palcami, a niekiedy też pomijania, zostałam wezwana do gabinetu dyrektora. Tam czekał już na mnie Bóg. Tak mi się w każdym razie wydawało. W rzeczywistości było to jednak biskup. Podał mi skserowaną kartę, na której widniało nicejskie wyznanie wiary[4]. Przeczytaliśmy je wspólnie, linijka po linijce, a gdy skończyliśmy, biskup wręczył mi kartkę, którą miałam zanieść rodzicom. Na kartce widniała informacja: „Brené jest teraz katoliczką”.

Ogólnie kilka kolejnych lat należy zaliczyć do udanych. Moje życie w Nowym Orleanie zaczęło się wtedy układać, głównie za sprawą najlepszej przyjaciółki na świecie – Eleanor. Wkrótce jednak znów miałam się przeprowadzić, i to jeszcze nieraz. Byłam w czwartej klasie, gdy przenieśliśmy się z Nowego Orleanu do Houston. Potem – gdy byłam w szóstej klasie – z Houston przeprowadziliśmy się do Waszyngtonu, a jako ósmoklasistka przeniosłam się z Waszyngtonu z powrotem do Houston. Na wszystkie standardowe zawiłości i komplikacje wieku nastoletniego nałożyło się stałe piętno bycia nową. Ratowało mnie tylko to, że w tych przejściowych momentach moi rodzice dobrze się ze sobą dogadywali i byli mi w stanie zapewnić wsparcie. W moim życiu wiele się działo – szkoły, przyjaciele i dorośli stale się zmieniali – ale dom stanowił bezpieczną przystań. To tam znajdowałam schronienie przed poczuciem, że do niczego nie przynależę. W najgorszym razie mogłam pocieszać się myślą, że przynależę do mojego domu, do mojej rodziny.

Nagle jednak i tu pojawiły się problemy. Ostatnia przeprowadzka do Houston stała się preludium dla długiego i przykrego rozpadu małżeństwa moich rodziców. A jak gdyby w moim życiu mało było chaosu, na to wszystko nałożyły się bearkadettes.

Z powrotem do Houston sprowadziliśmy się tuż pod koniec mojej ósmej klasy, ale na szczęście zdążyłam jeszcze wziąć udział w kwalifikacjach do licealnej dziewczęcej drużyny pokazowej bearkadettes. To miał być mój świat. W domu przez cały czas wsłuchiwałam się w dobiegające przez ściany stłumione głosy kłócących się rodziców, więc to właśnie drużyna kadetek miała stać się moim wybawieniem. Ach, ten obrazek: rzędy dziewcząt w krótkich niebieskich satynowych sukienkach z górą z białymi wykończeniami, w perukach i białych kowbojskich butach, z małymi kowbojskimi kapelusikami, z czerwoną szminką na ustach – maszerują dumnym krokiem po murawie stadionu na oczach tłumu, który nie chce nawet podczas przerwy ani na chwilę opuszczać miejsc, aby nie przegapić idealnie wykonanych wymachów nogą i precyzyjnie dopracowanej choreografii. To była moja droga ucieczki, moje nowe doskonałe schronienie, w którym panował ład idealny.

Przez osiem lat chodziłam na lekcje baletu, więc bez problemu opanowałam układ taneczny, a rygorystyczne wymogi co do wagi udało mi się spełnić już po dwóch tygodniach płynnej diety. Wszystkie dziewczyny z drużyny deklarowały, że ich dieta sprowadza się do kapuścianej zupy i czystej wody. Aż trudno sobie wyobrazić, że można pozwolić dwunastolatce przejść na dietę płynną, ale z jakiegoś powodu wtedy to się wszystkim wydawało normalne.

Nawet dziś mi się wydaje, że nigdy w życiu niczego bardziej nie pragnęłam, jak dostać się do tej drużyny. Perfekcja, precyzja i piękno miały mi nie tylko pomóc uporać się z chaosem narastającym w domu, ale dodatkowo zapewnić mi to, czego tak bardzo pragnęłam – czyli poczucie przynależności. Zyskałabym „starszą siostrę”, która by mi przyozdobiła szafkę. Miałam spać u koleżanek i umawiać się z zawodnikami z drużyny futbolowej. Musical Grease widziałam ze czterdzieści pięć razy, więc spodziewałam się, że oto w najbliższym czasie czeka mnie licealna przygoda pod znakiem spontanicznie wykonywanych piosenek i potańcówek na miarę lat osiemdziesiątych.

Przede wszystkim miałam zostać częścią maszyny, której tryby pracują idealnie synchronicznie. Bearkadettes były dla mnie symbolem przynależności.

Na przesłuchania szłam w zasadzie sama, ponieważ nie zdążyłam jeszcze nawiązać żadnych nowych przyjaźni. Układ opanowałam bez problemu – miałam zatańczyć do krzykliwej wersji Swanee w aranżacji bigbandowej (tak, to ta piosenka z motywem „how I love ya, how I love ya”). Sporo było w tym układzie jazzowych gestów i wysokich wymachów nogami. Tylko jedna z dziewczyn potrafiła podnieść nogi wyżej niż ja. Nazywała się LeeAnne. Przygotowywałam się do tego przesłuchania tak intensywnie, że układ potrafiłabym wykonać nawet przez sen. Niektóre fragmenty pamiętam do dzisiaj.

W dzień przesłuchania bardzo się stresowałam. Nie wiem, czy to z nerwów, czy przez głodową dietę, ale obudziłam się z zawrotami głowy, które nie opuszczały mnie aż do momentu, gdy mama odwiozła mnie do szkoły. Dziś z perspektywy matki nastolatki i dziecka wchodzącego w wiek nastoletni z ciężkim sercem myślę o tym, że wtedy byłam tam zupełnie sama, pośród tych wszystkich dziewcząt, które grupkami i trzymając się za ręce wysiadały z kolejnych samochodów. Szybko się jednak zorientowałam, że to nie będzie mój największy problem.

Wszystkie te dziewczyny – naprawdę wszystkie – miały na sobie kompletny strój paradny. Niektóre przyjechały w niebieskich satynowych szortach i złotych koszulkach, inne miały niebiesko-złote bluzki i do tego krótkie białe spódniczki. Błękit i złote kokardy występowały we wszystkich możliwych kombinacjach. Do tego wszystkie miały pełny makijaż. Ja tymczasem przyjechałam bez makijażu, w czarnym body i szarych bawełnianych szortach. Nikt mi nie powiedział, że powinnam wystąpić w barwach szkoły. One wszystkie lśniły i błyszczały, a ja wyglądałam na smutną dziewczynkę, której rodzice ciągle się kłócą.

Z wagi zeszłam z wynikiem prawie trzech kilogramów poniżej granicy, ale w mojej pamięci na zawsze zapisał się obraz dziewcząt, które z ważenia idą z płaczem prosto do szatni.

Tańczyłyśmy w grupach po pięć czy sześć dziewcząt z numerami przypiętymi do koszulek za pomocą agrafek. Zawroty głowy w niczym mi nie przeszkodziły, układ wykonałam bezbłędnie. Z przesłuchania odebrała mnie mama, wracałam do domu w dość optymistycznym nastroju. Tam miałam zamiar czekać na wyniki, które miały się pojawić jeszcze tego samego dnia wieczorem. Czas płynął mi jakby w zwolnionym tempie.

W końcu pięć po szóstej wjechałyśmy na parking przed liceum, w którym wkrótce miałam rozpocząć naukę. Byliśmy w samochodzie wszyscy: mama, tata, mój brat i siostry. Zatrzymaliśmy się, żeby sprawdzić wyniki, a zaraz potem mieliśmy jechać do San Antonio w odwiedzimy do dziadków. Podeszłam do tablicy ogłoszeń, która znajdowała się przed drzwiami do sali gimnastycznej. Obok mnie stała jedna z dziewczyn, które tańczyły ze mną w tej samej grupie. Taka najbardziej lśniąca i błyszcząca ze wszystkich. Na dodatek miała na imię Kris. Tak, miała nawet jedno z tych uniwersalnych imion, które wtedy wszyscy chcieli mieć.

Na liście widniały numery, ułożone po kolei. Jeśli czyjś numer się na niej znajdował, to znaczyło, że się zostało przyjętym do drużyny. Jeśli nie, to nie. Ja miałam numer 62, więc od razu przeszłam w okolice numeru 60: 59, 61, 64, 65. Spojrzałam jeszcze raz. Nie wierzyłam własnym oczom. Wydawało mi się, że jeśli będę wpatrywać się w tę listę dostatecznie intensywnie, wszechświat się zorientuje, jak bardzo mi na tym zależy i mój numer magicznie się na tej liście pojawi. Od tych moich negocjacji ze wszechświatem oderwał mnie krzyk Kris, która zaczęła skakać z radości. Ani się obejrzałam, jak z samochodu wyskoczył jej ojciec. Podbiegł do niej, uniósł ją w powietrze i wykonał z nią obrót, zupełnie jak w filmach. Później dowiedziałam się, że dość wysoko oceniono moje zdolności taneczne, ale jednocześnie uznano, że nie za bardzo nadaję się na kadetkę. Nie będzie kokardek. Nie będzie blichtru. Nie będzie grupy. Nie będzie przyjaciółek. Nie będę mieć swojego miejsca.

Byłam sama. I to było przytłaczające uczucie.

Wróciłam do samochodu, wsiadłam do tyłu, a mój ojciec ruszył w drogę. Rodzice nie odezwali się ani słowem. Ani jednym słowem. To ich milczenie dźgnęło mnie jak nóż wbity w serce. Wstydzili się mnie i za mnie. Mój ojciec był kapitanem drużyny futbolowej, moja matka stała na czele swojej drużyny kadetek. Ja tymczasem byłam nikim. Moi rodzice, a już zwłaszcza ojciec, nade wszystko cenili bycie cool i odnajdywanie się w towarzystwie. Ja nie byłam cool. Nie potrafiłam się odnaleźć.

Teraz po raz pierwszy w życiu poczułam, że do rodziny też nie przynależę.

Moja historia wydaje się dość banalna, zwłaszcza w kontekście wszystkiego tego, co się dzisiaj dzieje na świecie (już widzę ten hashtag #problemypierwszegoswiata). Pragnę jednak napisać o tym, co te wydarzenia oznaczały dla mnie. Być może błędnie interpretowałam tę ciszę, a być może nie, ale tamtego dnia straciłam poczucie przynależności do mojej rodziny – do tej podstawowej i najważniejszej ze wszystkich grup społecznych. Gdyby rodzice próbowali mnie podnieść na duchu albo mnie pochwalili za odwagę, którą się wykazałam, idąc na te przesłuchania – albo gdyby w ogóle zrobili to, czego najbardziej w tamtej chwili pragnęłam, to znaczy stanęli po mojej stronie i powiedzieli, że to okropnie wyszło i że powinno się dla mnie znaleźć miejsce w drużynie – ta historia zapewne nie odegrałaby tak istotnej roli jako czynnik definiujący moje życie i nadający mu kierunek. Stało się jednak inaczej.

Nawet się nie spodziewałam, że tak trudno mi będzie o tym opowiedzieć. Musiałam zajrzeć do iTunes, żeby sobie przypomnieć tytuł piosenki, do której wykonywałam układ taneczny – a gdy tylko ją włączyłam, od razu zaczęłam szlochać. Płakałam jednak nie dlatego, że wówczas nie dostałam się do drużyny. Płakałam nad tamtą dziewczynką, której wtedy nie potrafiłam pocieszyć. Nad tamtą dziewczynką, która nie rozumiała, co i dlaczego się dzieje. Płakałam nad tymi rodzicami, którzy nie potrafili sobie poradzić z moim bólem i moją wrażliwością[5]. Nad rodzicami, którym zabrakło kompetencji, żeby cokolwiek powiedzieć i żeby mnie podnieść na duchu – albo żeby chociaż zatrzymać bieg tej historii, na której końcu dziecko nabiera przekonania, że nie przynależy do nich i że przy nich nie ma dla niego miejsca. To właśnie za sprawą takich chwil – z powodu braku reakcji i braku komentarza – ludzie wkraczają w dorosłe życie z rozpaczliwie niezaspokojoną potrzebą przynależności, pogodzeni z koniecznością dopasowywania się do innych. Na szczęście moi rodzice nigdy nie uważali, że ich rola kończy się w momencie, gdy dzieci wychodzą z domu. Od pewnego czasu wspólnie odrabiamy lekcje odwagi, wrażliwości i autentycznej przynależności. To taki mały cud.

Nawet w zestawieniu z innymi źródłami cierpienia, takimi jak bieda, przemoc czy naruszanie praw człowieka, poczucie braku przynależności do własnej rodziny stanowi potencjalnie poważne źródło krzywdy – ponieważ może złamać nam serce, może złamać ducha i może pozbawić nas przekonania o własnej wartości. W moim przypadku wystąpiły wszystkie te trzy konsekwencje. Jak miałam się okazję przekonać w swoim życiu i w swojej pracy, gdy te trzy konsekwencje wystąpią, możliwe są tylko trzy alternatywne scenariusze:

Człowiek żyje w ciągłym bólu, a ulgi szuka w otępieniu i (lub) w zadawaniu bólu innym.

Człowiek neguje fakt odczuwania bólu, ale w ten sposób przenosi go na innych ludzi ze swojego otoczenia oraz przekazuje go dzieciom.

Człowiek znajduje w sobie odwagę, aby ten ból zaakceptować, a następnie odkrywa pokłady empatii i współczucia dla siebie i innych, dzięki czemu zyskuje wyjątkową zdolność dostrzegania krzywdy w otaczającym go świecie.

Przypisy końcowe

Rozdział 1

[1] Pseudonim Glorii Jean Watkins, amerykańskiej pisarki i poetki, aktywistki feminizmu trzeciej fali – przyp. red.

[2] Maya Angelou, And Still I Rise, w tejże: A Book of Poems, Random House, New York 1978.

[3] Bill Moyers, A Conversation with Maya Angelou, Bill Moyers Journal, original series, Public Broadcasting System, data pierwszej emisji: 21 listopada 1973.

[4] Za: en.wikipedia.org/wiki/English_ver sions_of_the_Nicene_Creed (data dostępu: 12.07.2018).

[5] Wrażliwość (ang. vulnerability) należy w kontekście tych rozważań rozumieć szerzej niż tylko jako zdolność do przeżywania emocji, również jako odsłonięcie siebie i pokazanie światu czułego, tkliwego i prawdziwego „ja” – przyp. tłum.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Z odwagą w nieznane Z wielką odwagą 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Małpa w każdym z nas. Dlaczego seks, przemoc i życzliwość są częścią natury człowieka?