Drogi do wolności. Zawierucha

Drogi do wolności. Zawierucha

Autorzy: Stanisław Krzemiński

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 29.99 zł

Koniec 1918 roku, pierwsze chwile odradzającej się niepodległej Polski. Siostry Biernackie stają w obliczu nowej, nieznanej sytuacji, zarówno w sferze politycznej jak i prywatnej. Dotąd zjednoczone w jednym pragnieniu wolności, Lala, Marynia i Alina teraz, wewnętrznie rozdarte między powinnościami a pragnieniami, szukają własnej drogi.

 

W cyklu "Drogi do wolności" historia odzyskiwania niepodległości przez Polskę przenika się z opowieścią o wzlotach i upadkach, sukcesach i rozczarowaniach, radościach i dramatach kilku pokoleń kobiet. Losy bohaterów śledzić można także w serialu TVP "Drogi wolności".

CZĘŚĆ I

PATEFON

Dorożka z ledwie mieszczącym się w niej prezentem ruszyła spod sklepu przy Szewskiej, by po chwili skręcić w prawo w Dunajewskiego. Siedzący za fiakrem mężczyzna przytrzymywał przykrytą dorożkarskim kocem szafkę i patrzył na miasto, jakby je widział po raz pierwszy. Dobiegający pięćdziesiątki Ignacy Biernacki, ojciec trzech dorosłych już córek, miał wobec nich poczucie winy, które teraz usiłował zagłuszyć wiezionym dla nich prezentem.

W to wczesne popołudnie 8 listopada 1918 roku szeroka aleja okalająca Planty była prawie pusta. Przed miejską Kasą Chorych, gdzie zwykle kłębiły się tłumy zbolałych interesantów, było puściutko. Stare przyzwyczajenie Biernackiego kazało mu zwracać uwagę na każdy napis, każdy plakat czy tabliczkę umieszczoną na murach domów, tymczasem teraz obok zabitej dwiema skrzyżowanymi deskami bramy Kasy Chorych po napisach pozostały jedynie rozmazane na szarym tynku liszaje.

Dzień był dość ciepły, choć wilgotny. Po metalowym prostokącie z napisem „Ulica Basztowa” spływały powoli krople osiadającej mgły. Mijali właśnie jeden z najokazalszych budynków okolicy: gmaszysko Towarzystwa Wzajemnych Ubezpieczeń w Krakowie. Nad głównym portalem zwisał smętnie, trzymając się tylko na dolnym gwoździu, żółty emblemat z dwugłowym czarnym orłem. Z każdym podmuchem wiatru emaliowana blacha żałośnie podzwaniała.

Widocznie z okna powyżej drzwi ktoś mógł dosięgnąć tylko górnego gwoździa – pomyślał Ignacy.

Pod dwudziestym przy Basztowej, zamiast urzędowej informacji, przybito kawałek dykty ze starannie wykaligrafowanym napisem „Polska Akademia Sztuk Pięknych”. Między oknami drugiego i pierwszego piętra rozpięto czerwoną płócienną płachtę z pięknym białym orłem w koronie, który deptał litery C.K.

Tuż obok niezamykające się zwykle w soboty drzwi Banku Austro-Węgierskiego zatrzaśnięto na głucho. Obok futryny czyjaś uzbrojona w pędzel ręka skreśliła w pośpiechu sentencję: „Siódme – nie kradnij!!!”. Nieco dalej – najwidoczniej w przypływie obywatelskiej solidarności – dopisano: „Ratujmy naszych braci we Lwowie!!!”.

– Patrz pan – dorożkarz zwrócił się od kozła – pozdejmali szyćkie cysarskie orły, a i tak dydkami z cysarzem musiem płacić.

– Komisja Likwidacyjna nie mogła wypuścić polskich pieniędzy. – Ignacy wzruszył ramionami. – Zdążyli tylko korony postemplować.

– Patrzaj pan pod dwudziestym drugim – woźnica wskazał batem następny budynek. – Ale na urzyndzie podatkowem nowe tabliczke to obstalowali.

Po prawej stronie ulicy Basztowej czystą świeżością kłuła w oczy szara emalia z polskim orłem w koronie i dumnym napisem:

POLSKA KOMISJA LIKWIDACYJNA

URZĄD PODATKOWY

– Co się pan dziwisz – roześmiał się Ignacy. – Witos jest chłopem, a dobry gospodarz wie, że bez dydków nic się nie zrobi. To i zbiera.

– At – żachnął się dorożkarz – byle człeka łupić. Każda jedna władza taka sama. – Na podkreślenie prawdziwości swoich słów splunął na bruk.

Wjeżdżali w Lubicz. Na piaskowych blokach przekopu pod torami rozpaczliwie krzyczały afisze wzywające do pomocy okrążonemu przez Ukraińców Lwowowi. Obok plakatów przylepiono dziesiątki ogłoszeń, wezwań i anonsów. Kiedy minęli już tunel, uwagę Ignacego zwróciły leżące na chodniku pozrywane z kolejowego budynku najróżniejsze tablice z nazwami delegatur C.K. północnej kolei państwowej. Do drzwi budynku czterema pinezkami przymocowano duży karton głoszący, że tu się mieszczą Instytucye Kolei Krakowskiej.

Skręcili w Rakowicką. Tu opis narożnego budynku pozostał bez zmiany:

KLINIKA PSYCHIATRYCZNA

UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO

– Patrzaj pan, a takich waryjatów to nic nie ruszy – zaśmiał się dorożkarz zadowolony ze swego dowcipu.

Kiedy podjechali pod redakcję „Iskry”, woźnica zwrócił się do Ignacego:

– Sześć koronów się należy. A może szanowny pan ma niemieckie marki? Jedna starczy…

Już po chwili Ignacy pokonywał kolejne stopnie schodów, co rusz przystając. Ostrożnie niósł oburącz szafeczkę, z której co kilka kroków wydobywał się jakiś dźwięk: już to krótki metaliczny stukot, już to głęboki odgłos drgającej sprężyny, drewniane klekotanie lub ciche szelesty. Kiedy mijał okna, na mahoniowej, wypolerowanej ściance zbyt ciężkiego jak na swoją wielkość mebelka połyskiwał w świetle czerwono-złoty metalowy romb z fantazyjnym napisem „Edephone”.

Na spoczniku klatki schodowej w połowie drogi między trzecim piętrem a strychem Ignacy odpoczywał dłużej.

I po co ja to taszczę? W moim wieku nie powinno się już robić takich rzeczy, nawet dla swoich córek – myślał, z trudem łapiąc oddech. – To świństwo waży co najmniej trzydzieści funtów – złościł się w duchu na panią Franciszkę, która podsunęła mu pomysł zakupu tego prezentu.

Najpierw przez kilka dni po swej pierwszej niefortunnej wizycie w redakcji „Iskry”, kiedy to, koniec końców, doprowadził córki do łez, szlajał się po knajpach i pił. Wolał nie patrzeć swoim córkom w oczy. Nie mógł sobie darować rozmowy, w której tak bardzo skrytykował ich szalony pomysł wydawania gazety. Wspomnienie kłótni uwierało tym bardziej, że później sam był zaskoczony doskonałym doborem tekstów próbnego numeru „Iskry”. Tak bardzo chciał przyjść z wizytą jako ojciec, a nie zgorzkniały zazdrośnik, który wszystko złośliwie krytykuje.

Kilka dni temu odwiedził więc swoją niezawodną przyjaciółkę, by poradzić się, jak można by zadośćuczynić dziewczętom, aby złagodzić wspomnienia ojcowskiego wybuchu. Gdy wszedł do hotelu Pod Białą Różą, w recepcji było pusto. Ignacy kilkakrotnie naciskał ręką mosiężny dzwonek przymocowany do kontuaru. Z góry, jak zwykle o tej przedwieczornej porze, dochodziły dyskretne, ale słyszalne chichoty rozbawionych dziewcząt. Na schodach pojawił się wreszcie recepcjonista, poprawiając w pośpiechu ubranie.

– Dzień dobry, panie Stefanie – zwrócił się do niego Biernacki. – Czy zastałem panią Franciszkę?

Portier właśnie miał odpowiedzieć, gdy drzwi hotelu się otworzyły i z wietrznej, zadeszczonej ulicy wszedł do środka skulony nieogolony człowiek. Biernacki siłą przyzwyczajenia portrecisty spojrzał na wchodzącego. W okamgnieniu dostrzegł rozpiętą skórzaną lotniczą kurtkę, pod nią gruby wełniany sweter, pilotkę trzymaną w ręku, spierzchnięte wargi i aż chorobliwym blaskiem lśniące oczy. Mężczyzna był młody.

Tak jak na froncie – przemknęło przez myśl Ignacemu. – Ten facet ma spojrzenie samobójcy.

Mężczyzna nawet nie zerknął na niego. Podszedł do recepcji i z wiedeńskim akcentem poprosił po niemiecku o klucz.

– Es ist neunzehn? Nicht wahr?[1] – zabrzmiało bardziej jak potwierdzenie niż pytanie.

Odpowiedzią było jedynie apatyczne skinięcie głową, portier sięgnął więc do kasetek po klucz z numerem 19 i podając go, rzucił krótko:

– Bitte sehr, mein Herr[2].

Gość szybko wziął drewnianą hotelową gruszkę i ruszył w kierunku schodów. Kiedy niemal otarł się o Ignacego, ten poczuł wyraźną mieszaninę zapachów skóry i benzyny.

A więc z całą pewnością lotnik – pomyślał Biernacki.

W tej samej chwili recepcjonista zwrócił się do niego:

– Panie Biernacki, poszukam właścicielki. Niech pan łaskawie zaczeka.

Młody mężczyzna dochodził już do schodów. Na dźwięk wypowiedzianego przez recepcjonistę nazwiska stanął jak rażony piorunem. Odwrócił się i zerknął na stojącego przy kontuarze starzejącego się pana.

Ignacy zauważył jego wzrok. Przez krótką chwilę spojrzenia obu skrzyżowały się. Młodszy odwrócił głowę, ruszył dalej, a gdy był na schodach, usłyszał jeszcze strzępek rozmowy: „… dawno nie robił pan u nas żadnych zdjęć…”, i dobiegający z dołu krótki rechot portiera.

Dłoń na hotelowym kluczu zacisnęła się mocno, aż pobielały palce. Mężczyzna oparł się na chwilę o ścianę. Tego jednak stojący w holu Ignacy nie widział. Od strony kuchni weszła do recepcji pani Woydowicz, kobieta o twarzy ze znakami przebytej kiedyś ospy, ale pociągająca mężczyzn emanacją magicznej kobiecości. Rzuciła szybkie spojrzenie na kasetki z kluczami. Pogrążony we własnych myślach Ignacy nie zauważył tego.

– Nie było pana u nas dobrych kilka dni – właścicielka hotelu zwróciła się z żartobliwą naganą do Biernackiego. – Za karę porozmawiamy w kawiarni.

Siedzieli w samym rogu pustej restauracyjnej salki, gdzie pomiędzy oknami królowało ciemnodębowe pianino Kerntopfa. Pan Stefan przyniósł kawę i kilka kawałków marchwiowego ciasta.

– No i cóż cię tak gnębi, mój biedny Ignacy? – Franciszka sięgnęła do maleńkiego niezbędnika przytroczonego w pasie do złotawego sznura opasującego czarną połyskliwą suknię. Zapalając cygaretkę, cały czas spod oka przyglądała się Ignacemu.

Biernacki czuł się nieswojo, siedząc w pomieszczeniu, do którego w każdej chwili ktoś mógł wejść. Długo milczał, wreszcie odezwał się, upijając łyk kawy.

– Cóż, moja droga, czasem chce się porozmawiać z panią jako najlepszą przyjaciółką. – Zawiesił głos i znów sięgnął po filiżankę. – Bez poczucia, że w każdej chwili może ktoś wejść…

– Bądź spokojny. Żaden z tych kilku panów na górze nie myśli teraz o kawie.

– Kim jest ten mężczyzna o spojrzeniu desperata, który zatrzymał się w moim ulubionym pokoju? – zapytał bezwiednie Ignacy.

Franciszka wzruszyła ramionami.

– Podobno jakiś lotnik, który obsługiwał wojskową pocztę lotniczą między Wiedniem a Kijowem. Kilka dni temu wstrzymano jego loty, więc siedzi tu, pije i czeka na rozkazy.

Nic ci, biedaku, nie mogę powiedzieć – pomyślała. Przypatrywała się ciągle Biernackiemu, dostrzegając drobne podobieństwa nosa, oczu i kącików ust między obydwoma mężczyznami.

– Jak tam pismo twoich córek? – zmieniła temat. – Czytałam próbny numer. Powinieneś być z nich dumny, mój dobry Ignacy.

– Wiem, że powinienem. – Biernacki dopił kawę i wstał. – Powinienem, a nie umiem… – dodał, zbierając się do wyjścia.

– Czekaj pan. – Franciszka przytrzymała go za rękę. – Powiedz, co się wydarzyło.

Ignacy usiadł ciężko. Było mu już wszystko jedno, czy ktoś wejdzie do kawiarni czy nie. Długo zwierzał się przyjaciółce z niefortunnej wizyty w redakcji swoich córek.

– Czy ty je w ogóle kochasz? – zapytała nagle z pobłażliwym uśmieszkiem.

– Oczywiście! – odpowiedział bez zastanowienia. – Dla kogo tyrałem przez tyle lat w firmie, dla kogo włóczyłem się po wojennych okopach, jeśli nie dla nich.

– Nie dla nich… Dla siebie to robiłeś. I dla pieniędzy. – Franciszka wstała i już patrząc na Ignacego z góry, dodała: – Ja nie mam dzieci, ale wiem, że miłość okazuje się ciepłem, a nie forsą. Ona jest zimna.

Biernacki podniósł się i stanął naprzeciwko Franciszki.

– Jedyne, co umiem, to kupić jakiś prezent… – powiedział z rezygnacją.

– To kup coś takiego, żeby wiedziały, że długo się zastanawiałeś, co to ma być, żeby miały pewność, że długo o nich myślałeś. Powiedz, co one lubią.

Zapadło milczenie. Ignacy miał w głowie pustkę. Nagle ni z tego, ni z owego przypomniał mu się rodzinny imieninowy zwyczaj, który pielęgnowała Janina.

– Muzykę, lubią muzykę… – Wzruszył ramionami i zerknął na stojący w kawiarni instrument. Wskazał go ruchem głowy. – Ale pianino już w domu mamy.

Franciszka pogładziła go po policzku, kończąc ten gest żartobliwym klapsem.

– To kup im do redakcji patefon. Tylko zadaj sobie trud, mój ty sercowy kaleko, i znajdź takie płyty, które one naprawdę polubią… I muszą czuć, że tylko ojciec mógł je wyszukać!

Targał więc teraz na strych najnowszy model angielskiego patefonu kupionego u Grudzińskiego na Szewskiej. W szufladce tego grającego mebelka leżały trzy płyty różnych wytwórni: Odeonu z Marszem Radetzky’ego dla Maryni, Beka Records z walcami Straussa dla Aliny i Zonophone z Orfeuszem w piekle.

Ze strychu zbiegał w dół gazeciarz. Zobaczył targającego szafkę Ignacego.

Ciężko nieść na schody szafę,

Można strzelić niezłą gafę.

Kiedy szafka na dół zleci

I zostaną tylko śmieci

– Zygmuś wyrzucił z siebie wierszowankę i już prozą zapytał: – Pomóc?

– Będę wdzięczny – Ignacy postawił patefon na półpiętrze.

Nieśli go teraz we dwóch.

– Na samą górę? – spytał Zygmuś.

– Na strych.

Przystanęli na chwilę.

– Do redakcji – odsapnął Ignacy. – Jest któraś z moich córek? – zapytał.

Biernackiemu wydało się oczywiste, że gazeciarz roznoszący „Iskrę” zna wszystkie jego córki.

Schylili się, by znów taszczyć patefon po schodach.

Zygmuś miał tuż przed sobą twarz Ignacego. Jakiś niejasny cień wspomnienia przemknął mu przez głowę…

Włosy i binokle podobne, ale tamten był nieco grubsiejszy – zastanawiał się gazeciarz.

Doszli wreszcie na górę. Zza drzwi, jak karabin maszynowy, strzelała maszyna do pisania. Ostrożnie ustawili szafkowy patefon przy wejściu.

– Biegnij już. Dalej dam sobie radę. – Ignacy chciał chłopakowi wcisnąć do ręki pięćdziesiąt halerzy za fatygę, ale Zygmuś, oburzony propozycją, rzucił jedynie „szanowanko” i zbiegł do drukarni.

Kiedy stuknęły już drzwi na samym dole, Biernacki założył korbkę, nakręcił sprężynę. Odczekał, aż pisanina w redakcji ucichnie, i na talerz urządzenia położył jedną z płyt, a potem ostrożnie opuścił lśniącą nowością metalową igłę. Klatkę schodową kamienicy przy Rakowickiej 8 wypełnił kankan Offenbacha, a Ignacy schodził pospiesznie na dół.

Z redakcji wybiegła zaskoczona muzyką Lala. Spojrzała na pokrywę patefonu. Maleńkimi śrubkami była tam przytwierdzona duża mosiężna tabliczka z wygrawerowanym napisem:

Życzę radości z „Iskry”

Wasz ojciec

8 listopada 1918

Lala usiadła na schodach. W oczach miała łzy.

Dlaczego dopiero teraz jesteś taki? – pomyślała. – Może nie jechałabym wcale do tego Wiednia…

Alina była szczęśliwa, że Katzner napisał dla „Iskry” artykuł o bliskim przyjeździe Piłsudskiego do Polski. Najbardziej jednak wzruszało ją to, że zrobił to specjalnie dla niej. Była dumna jako redaktor naczelna, ale znacznie bardziej poruszało ją, że taki mężczyzna jak on zobaczył w niej kobietę. Wciąż miała na ustach smak pożegnalnego pocałunku z Rudim, w uszach własne wypowiedziane przed chwilą słowa, że lepiej będzie, jak sobie już pójdzie. W korytarzu sięgnęła po płaszcz. Już miała wychodzić z mieszkania Katznera, kiedy posłyszała dzwoniący w salonie telefon. Chwilę potem doszedł do niej uradowany głos Rudiego:

– Harry, mein lieber Graf, wo waren Sie denn? Ich habe mehrmals versucht dich telephonisch zuerreichen…[3]

Alina nastawiła uszu.

Widocznie połączenie jest nie najlepsze – pomyślała – Inaczej Rudi nie podniósłby głosu.

– In Magdeburg?! Bei ihm?[4]

Dziewczyna cichutko odwiesiła płaszcz.

– Wann, denn? Morgen, oder übermorgen?[5]

Alina stanęła przy drzwiach salonu. Patrzyła na plecy Katznera i jego ramiona nerwowo podrygujące w rytm słowa „hallo”, które coraz głośniej z siebie wyrzucał. Wreszcie, zrezygnowany, odłożył słuchawkę i odwróciwszy się, zobaczył Alinę.

– Dobrze, że pani jeszcze nie wyszła. Dzwonił hrabia Kessler. Jest w Magdeburgu z misją niemieckiego rządu do Piłsudskiego.

– Chcą go trzymać czy uwolnić? – zapytała, uświadamiając sobie, że przez przypadek stała się właśnie świadkiem czegoś naprawdę ważnego.

– Niemcy potrzebują go teraz tu, a nie tam. Berlin jest pragmatyczny, pięć dni temu władzę w Kilonii przejęli marynarze i robotnicy, przed trzema dniami zbuntowała się Lubeka, przedwczoraj Hamburg i Brema, wczoraj powstała Republika Bawarska. Imperium Hohenzollernów upada. Komunistyczna fala rozlewa się po całych Niemczech. Dzień, dwa i dojdzie do Berlina.

– Ale jaka tu rola Komendanta? – Alina nie bardzo nadążała za Katznerem.

– Buforu… Po prostu buforu przed czerwoną rewolucją. Nie mają nikogo innego, kto zorganizowałby na Wschodzie armię przeciw bolszewikom.

– Czyli znowu chodzi im tylko o nasze mięso armatnie. Jak w dziewięćset szesnastym. – Alina pokręciła głową.

– Kessler układa się z Piłsudskim w tej sprawie od kilku dni. Hrabia po raz pierwszy był u niego w Magdeburgu tydzień temu.

– Ty już to wiedziałeś?! – wyrzuciła z siebie Alina, nie bacząc na formę, której użyła. Gdy zobaczyła jednak lekki uśmieszek na ustach mężczyzny, natychmiast się poprawiła. – Przepraszam. – I nie dając mu dojść do słowa, dodała szybko: – Stąd ten pański artykuł. – Patrzyła z uznaniem na Rudiego, choć było jej przykro, że nie wspomniał o tym wcześniej.

– Pani też nie od razu zdradziła, skąd dowiedziała się o Polskiej Komisji Likwidacyjnej – uśmiechnął się. – Jesteśmy kwita.

– Kiedy on będzie w Polsce?

– Niedługo. Za dwa, trzy dni Komendant powinien już przybyć do Warszawy. – Katzner otworzył drzwi balkonowe i wystawił na zewnątrz dwa krzesła.

– Proszę zarzucić na siebie płaszcz. Mam ochotę na cygaro.

Po chwili siedzieli obok siebie na balkonie. Ona, młoda, szczupła dziewczyna w okularach, prowadząca od kilku miesięcy wraz z dwiema siostrami kobiece pismo; on, o dwadzieścia lat od niej starszy, renomowany dziennikarz zauroczony jej młodością, energią i pasją. Przed nimi rozciągał się Ogród Strzelecki. Niemal na wyciągnięcie ręki ostatnie liście drzew mieniły się jeszcze barwami jesieni.

Katzner objął delikatnie Alinę ramieniem.

– Zupełnie jakby czas się zatrzymał – szepnął. Przy tobie… – dodał w myślach.

Alina patrzyła na ogród. Nagle podmuch wiatru odsłonił ławkę, na której przed miesiącem siedziała z panią Różą Małecką i ukradkiem popatrywała na balkon mieszkania mężczyzny, którego rękę czuła teraz na swoim ramieniu.

Pomyśleć, że było to zaledwie przed czterema tygodniami – wydało się jej przez chwilę, że widzi dwie kobiety siedzące na ławce i patrzące na balkon. Wiatr znowu poruszył gałęziami. Ławka była pusta. Alina miała w oczach łzy.

Idący pod balkonami gazeciarz zakłócił nagle ten spokój.

– Śmiertelny bój polskiego Lwowa!

– Lwowski dworzec odbity przez Polaków!

– Czy dziś cesarz Wilhelm abdykuje?

– Niemcy zalewa bolszewicka zaraza!

Znów zapadła cisza. Mimo jesieni mogło się wydawać, że mija niemal wiosenny dzień. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Tylko lekka mgiełka unoszącej się w powietrzu wilgoci dawała znać, że to już listopad.

W ciepłej bezchmurnej pogodzie jedynie wilgoć od ciągnących się wzdłuż magdeburskiej szosy pól i ich rdzawobrązowy kolor były znakami listopadowego południa. Poruszało się nią ślamazarnie czarne audi, za którego tylną kanapą piętrzył się stos zapasowych opon.

Czterej mężczyźni nie ochłonęli jeszcze z napięcia, w jakim opuszczali ogarnięty rewolucją Magdeburg. Ulice blokowały tłumy z czerwonymi chorągwiami, ktoś fałszywie intonował Międzynarodówkę, gdzie indziej gardłowano o powołaniu Magdeburskiej Republiki Rad, ówdzie strzelano w powietrze. Most na Łabie okazał się nieprzejezdny. Dopiero dwie dziewczyny biegnące z czerwonymi lampami naftowymi przed samochodem i wołające: „Do cytadeli, uwolnić więźniów, droga wolna, do cytadeli…”, utorowały im przejazd.

Przez ostrożność jechali bocznymi szosami. Kilka kilometrów za Magdeburgiem było już pusto. Pęd powietrza sprawiał, że jeden z pasażerów ochraniał usta, trzymając przed nimi stary kapelusz zasłaniający teraz długie czarne wąsy. Przyglądając się w zamyśleniu uciekającemu krajobrazowi, trącił łokciem siedzącego obok mężczyznę.

– Landszaft jak w moich stronach – odezwał się tłumionym przez filc głosem.

Niemiec przyglądał się siedzącemu obok Polakowi. Poznali się w dziewięćset piętnastym na froncie wschodnim. Harry hrabia Kessler od trzydziestu ośmiu lat prowadził skrupulatnie dzienniki, notując niemal codziennie wszystkie ważniejsze wydarzenia. To wykształciło w nim pamięć tysięcy szczegółów, setek twarzy i nazwisk, dziesiątki barw opisywanej niegdyś pogody. Przymknął oczy.

Wokół wyginały się zmarznięte gałęzie bagiennej wierzby, na ziemi bieliła się cienka warstewka świeżego śniegu, a na powierzchni płynącej zakolami rzeki Styr połyskiwały kruchutkie plastry lodu. Czternastoletni polski legionista, z przytroczonym do pasa bagnetem, dziarsko zasalutował i maszerując przodem, wskazał ukrytą w pobliskim sosnowym lesie ziemiankę, która pozbawiona okien, sprawiała raczej wrażenie leśnej zwierzęcej jamy niż wojskowego schronu. Kessler, schyliwszy głowę, wszedł za drobnym chłopaczkiem. Pierwsze, co zobaczył w mroku ziemianki, to słomiane legowisko, z którego pospiesznie wstał mężczyzna w grubej koszuli i skórzanej kamizelce, ale niżej odziany tylko w kalesony. Jego przemoczone spodnie suszyły się przewieszone przez rurę ciepłej jeszcze kozy. Kessler przyglądał się mu rozbawiony niekompletnym strojem.

– Redaktorze, myślisz, że jak pan jesteś bez okularów i spodni, to ja cię nie poznam.

Na te słowa Rudolf Katzner pospiesznie sięgnął po leżące na wojskowym chlebaku binokle.

– Hrabio, pierwej bym się tu Franciszka Józefa spodziewał niż was.

Ich powitanie przerwał młodziutki legionista, który prężąc się na baczność, raportował głośno:

– Obywatelu Komendancie, melduję przybycie pana hrabiego Kesslera z Berlina.

Przy stole, w otoczeniu kilku ludzi, siedział słynny polski dowódca w grubym wełnianym swetrze, z brodą jak u Dostojewskiego. Spojrzał przenikliwie na wchodzącego i skinął, aby ten zajął miejsce.

– A wy, Katzner, najpierw załóżcie na dupę gacie, zanim siądziecie z nami – zażartował rubasznie, patrząc na dziennikarza. Zauważywszy, że hrabia przygląda się młodziutkiemu legioniście, spoważniał. – To dobrzy żołnierze. Brak doświadczenia i pospieszne szkolenia wyrównują sercem i oddaniem walce – rzucił Komendant.

Kessler do tej pory miał w oczach polskiego dowódcę, który wtedy był pełen energii i wiary w swoich młodziutkich żołnierzy, w dużej mierze gimnazjalistów i studentów. Teraz, po trzech latach, pięćdziesięcioletni mężczyzna siedział obok, ciągle postawny, ale lekko przygarbiony i wychudzony więzieniem.

Piłsudski po chwili milczenia ciągnął dalej swoją płynną, choć niepoprawną niemczyzną:

– Tu, w Magdeburgu ziemia podobnie kiepska, od czasu do czasu płachetki sosnowych lasków i połyskujące między nimi wodne oczka. To samo zobaczyłby pan u mnie pod Wilnem. Tylko pagórków u nas więcej.

Wjeżdżali teraz do Genthin. Samochód podskakiwał na zniszczonej wyboistej drodze. Kierowca, mrucząc co chwilę nieodłączne niemieckie Scheisse[6], starał się omijać najgroźniejsze wyboje. Niestety, na skraju miasteczka, tuż przy mleczarni, samochód podskoczył i z hukiem pękła tylna opona. Na rogu Schwarzer Weg i Karower Strasse rozlała się na bruk śmierdząca kartoflana pulpa. Fetor ziemniaczanej zgnilizny mieszał się ze słodkawym zapaszkiem pobliskiej mleczarni. Tym razem wszyscy usłyszeli przekleństwo hamującego gwałtownie kierowcy. Wokół niespodziewanego poczęstunku jak króliki z kapelusza pojawiły się wychudzone bezpańskie psy. Natychmiast jednak odskakiwały z piskiem, parząc wygłodniałe mordy rozgrzaną mazią. Rotmistrz van Gülpen wyskoczył pierwszy i wyjął zza tylnej kanapy pierwszą zapasową oponę ciężką kartoflanym nadzieniem. Niemal w tej samej chwili energicznie wyszedł z auta trzydziestodwulatek w cywilnym ubraniu.

– To przebranie nic panu nie pomoże, pułkowniku Sosnkowski – rzucił wysiadającemu Kessler. – Po pańskich ruchach poznać od razu wojskową proweniencję.

Sam hrabia zaczekał, aż kierowca odłoży lewarek i otworzy mu tylne drzwiczki, dopiero potem zstąpił na bruk z należną atencją dla swej eleganckiej jesionki, podpierając się nieodłączną laseczką.

Piłsudski jako ostatni opuścił pojazd. Pociągnął nosem i grymas obrzydzenia wykrzywił mu wąsy.

– Przed chwilą zakrywałem usta przed wiatrem, a teraz muszę chronić nos przed tym łajnem. – Znów przyłożył kapelusz do twarzy tak, że sponad ronda widać było jedynie stalowe oczy. – Podobny smród ciągnie za uciekającym wojskiem – mruknął sarkastycznie.

W tym czasie Sosnkowski kręcił już korbą lewarka, unosząc w górę tył czarnego audi. Zepsuta opona wylądowała po kilku minutach w podmiejskim rowie, a rotmistrz van Gülpen zniknął w drzwiach mleczarni.

Stali we trzech wokół wojskowego auta, ćmiąc dorożkarskie cygara, które zostawił im kierowca, mówiąc żartobliwie, że ich gryzący dym przezwycięży ciężki smród wystrzelonej z opony zgnilizny. Ten wojenny wynalazek miał w zamyśle zastąpić w pojazdach niedostępne w czasie wojny pneumatyczne koła. Opony napełniano kartoflaną pulpą, która znakomicie sprawdzała się dopóty, dopóki samochód jechał w miarę powoli, kiedy jednak przekraczał magiczną granicę czterdziestu kilometrów na godzinę, nagrzana masa pęczniała i wystarczyła jakakolwiek nierówność, a guma pękała, zostawiając za sobą cuchnące i dymiące parą ziemniaczane kupy.

– Jeśli już w Magdeburgu czerwoni wylali się na ulice, to znaczy, że za chwilę zduszą i Berlin.

Piłsudski patrzył uważnie Kesslerowi w oczy, jakby usiłował w nich wyczytać to, czego hrabia nie chciał głośno mówić. Komendant miał świadomość, że jego dzisiejsze uwolnienie wraz z pułkownikiem Sosnkowskim wynika z chłodnej kalkulacji Niemców. Pamiętał doskonale swoją rozmowę z hrabią w leśnej ziemiance na Wołyniu. Rozważali wtedy rolę Polski po ewentualnym zwycięstwie państw centralnych.

– Rozumiem, że nie chce pan podpisywać żadnego dokumentu, który wiązałby panu potem ręce w Warszawie – odezwał się nagle Kessler.

– To rozumie się samo przez się. Jako desygnowany dwa tygodnie temu na ministra spraw wojskowych polskiego rządu nie mogę podejmować żadnych zobowiązań bez porozumienia z premierem. – Komendant rozłożył ręce, jakby jego deklaracja była oczywistością.

– Tyle że w ciągu tych dni wasz premier zmienił się już dwa razy – zauważył cierpko Kessler.

– Tym bardziej – odparował natychmiast Piłsudski.

– W swoim czasie deklarował pan, że przyszła Polska nie będzie rościła sobie pretensji do terytorium rozbioru pruskiego.

Rozmowę przerwał stojący w drzwiach mleczarni kierowca.

– Panowie, śniadanie czeka. Zapraszam.

Weszli na piętro. Na stole przykrytym białą ceratą w drobne niebieskie kwiatki czekały na nich twaróg ze śmietaną, zupa mleczna, świeży, pachnący jeszcze chleb, wędlina, kawa ze śmietanką i prawdziwy rarytas wojennych czasów w postaci dwóch osełek świeżego kremowego masła.

– Mój rotmistrzu, zaiste jesteście czarodziejem.

Paul van Gülpen pokręcił przecząco głową i wskazał stojącego w rogu pokoju mężczyznę.

– To zawdzięczamy panu Ballhöferowi.

Masywny właściciel mleczarni o szerokiej czerwonej twarzy i ogromnym brzuchu skrytym pod szarym ceratowym fartuchem dwornie ukłonił się gościom.

Pułkownik Sosnkowski klasnął z uciechy w dłonie.

– Prawdziwe „stoliczku nakryj się”! – zawołał radośnie na widok czekających wiktuałów, zwłaszcza kawy o zapachu daleko odbiegającym od woni ohydnej lury, którą cesarstwo niemieckie przez ponad rok serwowało internowanym w kolejnych więzieniach w Gdańsku, Spandau, Wesel i Magdeburgu.

– Widzi pan, hrabio, z naszymi dążeniami, by odzyskać Wielkopolskę i Pomorze – Piłsudski zwrócił się do Kesslera – jest tak jak z tym śniadaniem. Bić się o to nie będziemy, ale jeśli w Paryżu zwycięska ententa nam je zaserwuje, to przecież nie odmówimy. – Wąsy Komendanta drgnęły w uśmiechu, a on sam jako pierwszy zasiadł do stołu.

Rozmówca Piłsudskiego stał jeszcze przez chwilę, patrząc na niego.

– Hrabio, niechże pan już siada. Tego śniadania nie przygotowała przecież ententa. – Komendant wskazał krzesło obok siebie.

Przeciągły gwizd wjeżdżającego na dworzec pociągu zmącił ciszę panującą w Ogrodzie Strzeleckim widocznym z balkonu redaktora Katznera. Do Aliny i Rudolfa dochodziły teraz piski hamulców, już dało się słyszeć świst pary i coraz głośniejsze okrzyki kolejarzy.

W dalekiej perspektywie, wśród drzew, majaczyły drewniane wagony trzeciej klasy i podczepione do nich eszelony. Przez mieniące się wszystkimi barwami jesieni gałęzie widzieli niewyraźnie tłum pasażerów wylewający się na tory od strony ulicy Bosackiej.

– Pewnie to uciekinierzy ze Lwowa – powiedział cicho Katzner, podnosząc się z krzesła.

– Skąd pan wie? – spytała Alina, wchodząc za nim do pokoju. – Przecież podobno wysadzono tory na zachód od miasta.

– Pewne jest tylko, że od tygodnia pociągi dojeżdżają jedynie do Gródka. Od Wszystkich Świętych Ukraińcy okupują prawie wszystkie gmachy publiczne. Ponoć ludzi grzebie się już bez trumien, tylko owiniętych w grube płótno.

Szli już w kierunku Plant, kiedy pod kolejowym wiaduktem zobaczyli przed sobą ciżbę ciągnącą od dworca na ulicę Lubicz. Ludzie szli z walizami i tobołkami, rzucając wokół szybkie, niepewne spojrzenia. W przekopie Talowskiego na ciężkich blokach piaskowca ponaklejano wojenną modłą afisze, plakaty, odezwy i ogłoszenia.

– Proszę zaczekać. – Uwagę Aliny przyciągnęła duża płachta papieru z krzyczącym wielkimi literami napisem:

NA ODSIECZ LWOWA

Słabną już ramiona bohaterskich obrońców Lwowa.

Ich garstka maleje, ale trzyma się nadludzkim wysiłkiem

i czeka pomocy.

Niech każdy z nas pamięta, że krew tych najszlachetniejszych o Polskę walczących spadnie na jego sumienie!

Jeśli się do odsieczy nie przyczyni.

Każda chwila jest droga.

Każdy ochotnik może ocalić setki rodaków!

Kto chce bez zwłoki wstąpić do wojska, aby znaleźć się

w oddziałach spieszących na pomoc, niechaj jedzie natychmiast do Krakowa i zgłosi się tam w biurze odsieczy dla Lwowa.

Uniwersytet II p. Od 10–1 i od 5–7.

Rodziny ochotników otrzymają zasiłki wojskowe.

Nie przyjmuje się ochotników poniżej lat 17 ukończonych.

KRAKOWSKIE BIURO ODSIECZY DLA LWOWA

– Już wie pani, po co potrzebny jest Niemcom Piłsudski w Polsce – odezwał się Katzner. – Przecież walka o Lwów to również walka o to, jak blisko Niemiec podejdzie czerwona fala. Proszę popatrzeć tutaj. – Wskazał niewielki, naddarty wiatrem afisz.

ROZKAZ

Naczelna Komenda Wojsk Polskich wzywa

wszystkich byłych wojskowych tak oficerów, jak

i żołnierzy w wieku od 17–45 lat do natychmiastowego

stawienia się w szeregi wojska polskiego

walczącego w chwili obecnej o polskość Lwowa.

Lwów, dnia 5 listopada 1918.

Naczelna Komenda Wojsk Polskich

– Pan ciągle o wielkiej polityce. A mnie jest po prostu wstyd – odezwała się nagle Alina. – Nawet nie przyszło nam do głowy, że tu chodzi również o zwykłe ludzkie sprawy.

Przed nimi wisiała poliniowana kartka najwyraźniej wyrwana w pośpiechu ze szkolnego zeszytu i nakreślona zamaszystym charakterem pisma:

Doktorostwo pp. Smolarskich

przyjmie na noclegi uciekinierów

z walecznego Lwowa.

św. Filipa 18

Szczupła kobieta z dwojgiem dzieci zatrzymała się przy dziennikarzach. Umęczona podróżą twarz wyrażała rezygnację. Córka, na oko czteroletnia dziewczynka, pociągała nosem i mamrotała w kółko: „Kcem pić mliko”. Jej sporo starszy brat, widząc obcych, ofuknął ją syczącym szeptem: „A póndziesz ty z tym jojkaniem”.

Matka bez słowa postawiła na trotuarze związaną dwoma wysłużonymi paskami walizkę, a chłopiec zrzucił z pleców spory węzełek. Alina i Katzner cofnęli się, robiąc miejsce przed ogłoszeniem.

– Szuka pani noclegu? – spytał cicho Katzner.

– Wszyscy likatorzy naszy kaminicy uciekli ze Lwowi – odezwała się nieznajoma, a jej ton głosu i wzrok wyrażały bezradność.

– Strachuny – mruknął chłopak. – Ojciec mówił, że prendzy mama si wdowo zostani, a Ukrainy we Lwowi nie byndzie! – Popatrzył hardo na matkę, w której oczach pojawiły się łzy.

Katzner przyjrzał się uważnie chłopcu.

– Nie powinieneś tak mówić – rzekł, nachyliwszy się do jego ucha.

– My, chłopaki, przez tydzień z Karaimami walczyli – rzucił twardo. – Matka się turbowali, jakem za maszynową gewehrą stanął. Strachopłocha ze mnie zrobiła.

– Władek, dość już – odezwała się stanowczo kobieta.

– Niech pani to przeczyta – powiedziała cicho do Aliny, podając jej pomiętą kartkę. – To krąży po Lwowi i wszystkie matki, płacząc, odpisują to jedna od drugi… Jak pani przeczyta, to pani zrozumi.

Następni nadciągający ludzie szukali na ścianie tunelu adresów krakowskich rodzin gotowych przyjąć uciekinierów.

– Idziemy – głos Aliny nie dopuszczał sprzeciwu. – Zapraszam do nas. Panie Rudolfie, proszę zostać tutaj i dopilnować, by ludzie znaleźli adresy z tych ogłoszeń. Trzeba zdobyć ich jak najwięcej – powiedziała, patrząc na dziesiątki postaci majaczących w mroku wiaduktu.

Katzner spojrzał z uznaniem na dziewczynę, która skinąwszy mu na pożegnanie głową, zawróciła w kierunku Sławkowskiej. Po chwili cała czwórka znikła mu z oczu.

– Panie, gdzieżeś ta ulicy Świętego Filipa? – Ktoś potrząsnął delikatnie łokciem Katznera. Przed nim stała pulchna matrona z trzema dorastającymi pannami.

Po południu wojskowe audi ominęło wielkim łukiem wzburzony już rewolucyjnymi zamieszkami Poczdam i zbliżało się do Berlina od strony Ketzin. Idylla mijanych dotąd pól bezpowrotnie zniknęła, gdy tylko dotarli do kolejowego nasypu. Wzdłuż niego kilometrami przemieszczały się grupy robotników z czerwonymi flagami. Na północnym torze tkwił towarowy skład z węglem. Najwidoczniej odczepiono lokomotywę. Tu i ówdzie łopotały wetknięte w czarne hałdy czerwone, amarantowe, bordowe, wiśniowe płachty, wstęgi, kawałki najprzeróżniejszych tkanin doczepione do patyków i deseczek. Przed pasażerami audi południowymi szynami przesuwała się w żółwim tempie lokomotywa ciągnąca platformy z uzbrojonymi marynarzami. Przy nasypie stała podoficerska straż w starych mundurach i niemal operetkowych wylakowanych hełmach á la 1812, przypatrując się bezczynnie temu rewolucyjnemu pokazowi siły. Jakiś oficer rezerwy w czerwonej atyli spoglądał na toczący się powoli pociąg, jak by to go nie dotyczyło.

– Jak tak dalej pójdzie – Piłsudski wskazał hrabiemu marynarzy – to może pan nie zdążyć wypełnić tej misji i zostanę wam w zimnym Berlinie na karku. Na ile znam rewolucjonistów, zatrzymają dostawy węgla i mąki tak długo, aż wezmą stolicę chłodem i głodem.

– Nad wyraz dobrze zna pan zwyczaje socjalistów. – W głosie Kesslera można było wyczuć zaczepkę.

– Panie hrabio – Komendant wzruszył ramionami, uśmiechając się pod wąsem – kto nie był socjalistą za młodu, ten na starość będzie skurwysynem.

Kessler miał już coś odpowiedzieć, kiedy na tych berlińskich przedmieściach Charlottenburga rozwaliła się z hukiem i nieodłącznym smrodem przedostatnia zapasowa opona. Odgłos pękającej gumy przypominał wystrzał. Któryś z marynarzy natychmiast skierował swego mausera w stronę samochodu i mierząc nad głowy czterech mężczyzn, nacisnął spust. Kilka metrów za audi obłoczek trafionej kulą ziemi wzbił się w powietrze.

Kierowca zerwał się zza kierownicy i podnosząc ręce do góry, odwrócił się twarzą do sunącego ciągle obok szosy pociągu. Marynarz trzymał ich jeszcze przez chwilę na muszce, wreszcie śmiejąc się, odłożył karabin. Żaden ze stojących wzdłuż nasypu strażników nawet nie sięgnął po broń.

– Ciężka szoferska służba. – W słowach Piłsudskiego można było wyczuć uznanie. – Gdyby nie pańska przytomność umysłu, mogliśmy to łajno – tu wskazał brodą leżące na bruku placki zgnilizny – przypłacić głowami.

– To prawda. Widać, że ci marynarze strzelają cholernie dobrze – odezwał się Kessler i swoim zwyczajem z godnością wysiadł z auta. – To już ostatnie kartoflane wykopki – zażartował hrabia, widząc, że kierowca wyjmuje z samochodu ostatnią „ziemniaczaną” oponę.

Przez Heerstrasse wjechali do Spandau.

– Znajoma okolica – rzucił sarkastycznie pułkownik Sosnkowski, kiedy mijali skrzyżowanie z Wilhelmstrasse i w perspektywie ulicy zamajaczyła okolona dwiema wieżami ponura brama fortecznego więzienia.

Po chwili chylące się ku zachodowi słońce niemal całkowicie oślepiło pasażerów, odbijając się od tafli jeziorka Grimmitz. Gdy wjeżdżali na most przez Hawelę, zatrzymał ich uzbrojony robotniczy patrol. Na przeciwległym brzegu zobaczyli ustawionego na dwunożnej podpórce maszynowego mausera.

– Wieziemy polskich rewolucjonistów uwolnionych z Magdeburga – z zimną krwią meldował natychmiast rotmistrz van Gülpen.

– Żądamy uwolnienia Róży Luksemburg – dorzucił po polsku Sosnkowski.

Na dźwięk polskiego języka i nazwiska Róży Luksemburg mężczyzna z czerwoną opaską na rękawie i karabinem na ramieniu uśmiechnął się.

– Pozdrawiam w imieniu robotników zakładów zbrojeniowych w Spandau. – I dał dłonią swoim towarzyszom na wschodnim skraju mostu znak, że wszystko w porządku. Zanim audi ruszyło, wcisnął jeszcze pasażerom w ręce kilka ulotek:

ROBOTNICY, ŻOŁNIERZE, TOWARZYSZE!

Wybiła godzina decyzji!

Przed nami historyczne zadanie przywrócenia

dziejowej sprawiedliwości.

Podczas gdy na wybrzeżu rady robotnicze i żołnierskie

przejęły już siłą władzę,

tu toczą się bezprzykładne aresztowania.

W więzieniu są Liebknecht i Luksemburg!

To jest początek wojskowej dyktatury,

to zapowiedź niepotrzebnej rzezi.

Nie żądamy jedynie abdykacji jakiejś osoby,

żądamy republiki!

Republiki socjalistycznej ze wszystkimi jej konsekwencjami.

Walczmy o pokój, wolność i chleb! Wyjdźcie z fabryk!

Wyjdźcie z koszar!

Podajcie sobie ręce! Niech żyje republika socjalistyczna!

Za Komitet Wykonawczy Rady Robotników i Żołnierzy

EMIL BARTH

Jechali powoli przez most nad Hawelą. Zaczytani w ulotki, nie zwrócili już uwagi julijską wieżę cytadeli Spandau, która mieniła się czerwonymi barwami promieni odbijających się w rzece.

– Kim jest ten Emil Barth? – spytał Sosnkowski.

– Jeden z grabarzy dotychczasowego porządku – odparł spokojnie hrabia. – To hydraulik, pułkowniku. Zwykły hydraulik, który dziś może bezkarnie żądać głowy cesarza Niemiec.

W Charlottenburgu panował spokój. Ulice były prawie puste. Gdy już na Westendzie skręcali w Reichstrasse, znów pękła opona. Tym razem przednia. Samochód zarzuciło w prawo, odbił się od krawężnika i stanął. Od domu Paula van Gülpena dzieliło ich już jedynie trzysta metrów.

Kwadrans później obaj Polacy siedzieli w wygodnych skórzanych fotelach, a zażywna rumiana małżonka rotmistrza napełniała wszystkim gościom kryształowe koniakówki złotawym trunkiem. Gospodarz razem z hrabią Kesslerem telefonowali z korytarza do Ministerstwa Spraw Zagranicznych po dalsze instrukcje.

– Panie brygadierze – rzekł oficjalnie hrabia po powrocie do salonu – udało nam się znaleźć miejsce w hotelu Continental. Dwa duże pokoje i dobra kuchnia. Na jutro powinien być gotowy parowóz ze specjalnym wagonem dla panów.

– O ile marynarze przepuszczą nasz pociąg – mruknął Piłsudski.

– O to zatroszczy się już nasz nieoceniony rotmistrz. – Kessler spojrzał na wchodzącego do pokoju van Gülpena.

– Oczywiście, że się zatroszczę – zapewnił gospodarz. – Wprawdzie na razie nie wiem, o co chodzi, ale się zatroszczę, a nawet już się zatroszczyłem.

Rotmistrz promieniował dobrym humorem.

– Rozmawiałem z szefem transportu – dodał. – Niedługo przyślą po panów samochód. Na pneumatikach.

Trzej mężczyźni roześmiali się na to dictum, jedynie Piłsudski pozostał poważny.

– Panie hrabio, jeżeli uda się nas wyekspediować do Polski, to będę podróżował w mundurze. Bez szabli czuję się, jakbym był nagi. Nie mogę w Warszawie pokazać się jak chłystek, który przyjeżdża bez broni.

Drzwi pokoju Lali były uchylone. Z korytarza widać było rajzbret, leżący na nim rysunek i skupioną dwudziestoletnią dziewczynę ze splecionym teraz niedbale blond warkoczem. Szalona artystka, jak o niej mówiono w rodzinie, szkicowała pierwszy obrazek do numeru „Iskry”, w którym miał być zamieszczony duży artykuł Aliny pod wymownym tytułem Tę wojnę wygrały kobiety. Siedziała z głową wspartą na dłoni, przyglądając się smętnie zaczętej pracy.

Co mnie teraz obchodzi polityka – myślała apatycznie. – Ojciec i tak nie pozostawił suchej nitki na naszym pomyśle gazety, a teraz próbuje to załagodzić patefonem. – Pokręciła głową. – Czy wszyscy mężczyźni są tak gruboskórni? – zadawała sobie pytanie rozgoryczona. – Nie, to niemożliwe, żeby Ludwig był taki. – Przypomniała sobie jego czułe i delikatne dotknięcia, jego wzruszenie, kiedy się kochali po raz trzeci tamtej nocy. W oczach Lali zebrały się łzy. Zaciskała usta, żeby nie poddać się uczuciom żalu. I jeszcze w pamięci ten chłód ciotki i wszystkie jej bezwzględne zakazy.

A może właśnie dlatego, że mamy wspólnego ojca, tak świetnie się z Ludwigiem rozumiemy – przyszło jej do głowy. – Dlaczego jest tak, że krewni, którzy nic o sobie nie wiedzą, a pokochają się, nie mogą być razem?

Przez niedomknięte drzwi do pokoju dziewczyny wsunęła się ładna, nieco już pulchna kobieta, o podobnych niebiesko-szarych oczach, wyrazistych ustach i bujnych włosach niemal identycznego koloru.

– Cóż ty, dziecko, siedzisz taka strapiona? – Lala usłyszała pełen troski głos matki. Pogrążona w swoich rozważaniach, nie zauważyła jej wejścia. Anna w przypływie czułości pogładziła córkę po głowie.

Przecież nie mogę jej nic powiedzieć – myślała Lala, patrząc na pochyloną nad nią matczyną twarz.

– Nic, mamo – starała się zbagatelizować własne rozterki – po prostu nie mam pomysłu na kolejne obrazki – wyjaśniła, wzruszając ramionami. – Alina pisze o roli kobiet w tej wojnie. Chce dać na pierwszą stronę cztery rysunki. – Zrezygnowana Lala bawiła się ołówkiem. – Powiedziałam jej, że najpierw muszę mieć tekst. Ona mi na to, żebym rysowała, co mi do głowy na ten temat przyjdzie. Ale ja ją znam, będzie to wszystko długo analizować, rysunki okażą się nie takie, jak trzeba, a ja będę miała w głowie mętlik.

– Wiem, kochanie, jak to jest. Gdy nie ma w środku natchnienia, gdy coś nie wychodzi prosto z ciebie – tu Anna dotknęła serca pod lewą piersią – to rysunek czy obraz będą marne. Sama od kilku miesięcy nie mogę się uwolnić od jednego i tego samego motywu, a gdyby mi ktoś powiedział, że mam namalować mostek na Plantach, to pewnie bym tego nie zrobiła.

– Jaki mostek, mamo? – zapytała zaciekawiona Lala.

– Ten nad sadzawką, jak się idzie do pomnika harfiarza – odpowiedziała matka.

– Narysowałaś go?

– Tak, zrobiłam dwa rysunki pastelami. – Anna roześmiała się nagle. – Jeden nawet sprzedałam. I to za bardzo dobrą cenę.

Lala przypomniała sobie tysiąc koron i rysunek, który widziała w sypialni rodziców, kiedy matka dawała jej pieniądze na rzekomą wyprawę do Lanckorony. Pamiętała też, że odniosła wtedy wrażenie, iż mógłby to być jej własny, Lali, rysunek.

– Mamo! – Dziewczyna zerwała się pod wpływem szalonej myśli. – Proszę mamę o zamknięcie oczu. Proszę mi opowiadać tamten dzień, kiedy siedziała mama na Plantach i rysowała.

Lala wyciągnęła jedną z szuflad i wyjęła z niej błękitną jedwabną apaszkę. Podeszła do Anny broniącej się ze śmiechem przed tym pomysłem.

– Mamo, przecież czasem trzeba sobie pozwolić na odrobinę beztroski. – Zaklaskała Lala i patrząc na matkę, dodała poważnie: – I mamie, i mnie się taka chwila przyda.

Anna siedziała teraz z zawiązanymi oczyma na łóżku córki. Oparta o ścianę, z lekkim uśmieszkiem na ustach, opowiadała o słonecznym wczesnojesiennym dniu, o kolorach, które nie miały nic wspólnego z tym, co widziała naokoło, o dwóch mężczyznach żartobliwie targujących się o cenę jej rysunku. Zwierzyła się nawet niefrasobliwie, że podpisała tamten sprzedany rysunek swoim panieńskim nazwiskiem.

– Dlaczego, mamo? – spytała zaciekawiona Lala.

Zamyślona Anna powoli zdjęła apaszkę.

– Nawet nie wiem, córeczko – odparła szczerze – po prostu przypomniały mi się lata młodości. Wierzyłam wtedy, że mam okruch talentu. Dziś niewiele z tego zostało.

Lala odwróciła się od sztalugi, podeszła do matki, usiadła przy niej i pocałowała ją w policzek.

– Mamo, przecież gdyby nie ty – powiedziała cicho, po raz pierwszy w życiu zwracając się w tej formie do matki – ja nie umiałabym postawić jednej kreski. Mamo – objęła ją mocno – my jesteśmy z jednej gliny.

Anna popatrzyła na sztalugi i na rysunek wykonany przez jej najmłodsze dziecko. Wszystko się zgadzało: pastelowe, somnambuliczne barwy różowego mostku, błękitu drzew i jasnoliliowej wody stawu.

Ze zdziwieniem spojrzała na córkę. W dole rysunku widniał podpis: „A. Zarańska. Kraków, IX 1918”.

Rudolf Katzner siedział w biurze Witosa, czekając, aż ten skończy rozmawiać przez telefon. Na biurku leżała odezwa z poprzedniego dnia podpisana przez członów Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej.

Dziennikarz wziął dokument do ręki. Nie zauważył, że pod nim znajdował się już odrobinę pogięty rysunek pastelami nabyty niecały miesiąc wcześniej na Plantach. Katzner skupił się na trzymanej kartce.

MANIFEST LUDU POLSKIEGO

Robotnicy, włościanie i żołnierze Polscy!

Nad skrwawioną i umęczoną ludzkością wschodzi zorza pokoju i wolności. W gruzy walą się rządy kapitalistów, fabrykantów i obszarników – rządy militarnego ucisku i społecznego wyzysku mas pracujących. Wszędzie lud pracujący dochodzi do władzy. I nie zaświta lepsza dola nad Narodem Polskim, jeżeli rdzeń i olbrzymia jego większość – lud pracujący – nie ujmie w swoje ręce budowy podwalin życia społecznego i państwowego. Nie może losem Narodu Polskiego nadal kierować Rada Regencyjna, przez obce, wrogie czynniki nam narzucona, która swoją ugodową i reakcyjną polityką, oddającą jednocześnie niemal dyktatorską władzę w ręce austriackiego żołdaka Rozwadowskiego, pcha lud polski ku przepaści.

– Ma pan tam te swoje prawa wyborcze dla kobiet. – Witos skończył rozmowę telefoniczną i z lekkim uśmiechem wskazał dokument.

– Mam tu coś jeszcze: piszecie, panowie, o nadziei, że Niemcy wypuszczą Piłsudskiego.

– Tak – potwierdził Witos. – Punkt „f” części poświęconej relacjom z zagranicą.

– Nie boi się pan, że zbyt blisko wam do komunistów z tą nacjonalizacją lasów, donacji i majoratów? Możecie mieć przeciwko sobie Kościół. Pan jako ludowiec znający wieś powinien wiedzieć, że to ryzykowne.

– Katzner, przecież pan wie, że walki z Kościołem ani religią nigdy nie prowadziłem. Będąc jednak katolikiem, nie mogę się zgodzić, ażeby komukolwiek, a więc i biskupowi, podporządkować swoją wolę oraz wyzbyć się poglądów i zapatrywań w sprawach świeckich i obywatelskich. – Witos popukał palcem w manifest. – Myśli pan, że ja nie wiem, że mi się od kościelnych hierarchów oberwie za to, że piszemy wprost o równouprawnieniu wyznań? – Wzruszył ramionami. – Zawsze powtarzałem: oddajcie co cesarskiego, cesarzowi, a co boskie, Bogu. Bywało, że zachęcałem chłopów do walki z wojującymi księżmi, do zgody zaś z tymi, co tej walki nie prowadzili.

Redaktor spojrzał na blat i dopiero wtedy spostrzegł leżący na nim rysunek.

– Ciągle pan go nie oprawił – zauważył.

– Rudolfie, przecież pan wie, że ja się na sztuce nie znam. Jeśli się panu podoba, to niech pan go weźmie. Przecież to w końcu pan za niego zapłacił. To było bodaj… tysiąc koron.

– Nie, panie przewodniczący, to było tysiąc sto koron.

– Tym bardziej zasługuje pan, żeby go mieć.

– Dziękuję. Mam do tego dziełka sentyment – odezwał się Katzner, zabierając kartonik z biurka.

Ciekawe, jak zareaguje na niego znawca sztuki – pomyślał.

Po bardzo pogodnym dniu pod wieczór zaczął siąpić zimny deszczyk. Na szczęście Alina zdążyła dojechać do redakcji, zanim rozpadało się na dobre. W drukarni poprosiła Zygmusia o to, by wniósł jej na górę przywieziony dorożką z domu materac, poduszkę i dwa koce.

Źle się dzieje w zimne noce

Gdy szefowej noszę koce.

Zamiast domowego ciepła

Chłodek strychowego piekła…

– wypalił gazeciarz, a jego pies na potwierdzenie celności wierszyka zaszczekał i zamachał radośnie ogonem.

– Zygmuś, daj spokój – odezwała się Alina, nie podejmując żartobliwego tonu.

Cesarz wyczuł natychmiast jej nastrój, potulnie podkulił ogon i położył się na sienniku, spoglądając czujnie to na swego pana, to na dziewczynę.

– Przy Sławkowskiej nocuje rodzina uciekinierów ze Lwowa. Jest tam chłopak niewiele młodszy od ciebie, ma na imię Władek. Brał udział w walkach o miasto. Wybacz, ale nie jest mi teraz do śmiechu.

Gazeciarz spochmurniał.

– Pani Alino, przecie ja wiem, co tam się dzieje. Słyszę tytuły huncwotów, co to „Ikaca” roznoszą.

– Zygmuś, ja niby też wiem, ale gdy słuchałam opowieści tego Władka, to płakać mi się chciało, a musiałam wszystko notować.

– Dlaczego oni uciekli z miasta? – zapytał rzeczowo.

– Ojca im Ukraińcy zabili, a matka nie chce stracić syna. – Na samo wspomnienie tych opowieści dziewczyna wzdrygnęła się. – Muszę to wszystko teraz spisać.

Zygmuś, nie mówiąc już ani słowa, wziął pod pachę materac. Cała trójka ruszyła do redakcji.

Na strychu Zygmuś zabrał się do rozpalania kozy.

– Jeszcze mi szefowa zamarznie i znów będę musiał z „Ikacem” gonić.

Alina siedziała teraz z notatnikiem przy stole i przeglądała zapiski.

– Jak mam to napisać? – zadała sobie półgłosem pytanie.

– Na maszynie. – Rzucił Zygmuś, rozdmuchując ogień.

Alina nie mogła się już powstrzymać od śmiechu, na co ogon Cesarza zareagował energicznym machaniem.

– Tyle to i ja wiem, ale on mi to wszystko opowiadał takim dziecinnym językiem, a nas czytają ludzie dorośli.

– Szefowo, a czy ten pani Władek już zabił kogoś?

To pytanie było tak proste, że Alinę przeszedł dreszcz. Pamiętała jedno zdanie wypowiedziane przez chłopca między jedną a drugą łyżką chudej kartoflanki, którą naprędce wyczarowały Aniela z Wojciechową.

– Trza strzelać z daleka, wtedy nie widać twarzy, do kogo się celuje – powtórzyła.

– Znaczy zabił, a jeżeli zabił, to jest już dorosły. – Zygmuś jeszcze nigdy nie patrzył na Alinę tak poważnie. – Po czemś takim on już nie jest dzieckiem. Pani pisze po dorosłemu.

Zygmuś zamknął drzwiczki kozy i otrzepał ręce.

– Materac położyłem przy piecu, będzie szefowej cieplej. – Chłopak gwizdnął cicho. – Cesarz, idziemy!

Alina usiadła do maszyny. Szybko wybierała wskaźnikiem litery i zapamiętale uderzała w klawisze swojej mignon. Na górze strony, pośrodku, napisała „Dorosłość Lwowskiego Dwunastolatka”, a pod nim pierwszy śródtytuł „Nasza paczka”.

Byle nie uronić nic z zaśpiewu lwowskiej polszczyzny – pomyślała i zaczęła stukać w klawisze.

Naszą paczką komenderuje Ferdek, syn dozorcy domu z ulicy Kalecza. Należą do niej chłopaki z naszej kamienicy na Lelewela 17. Jest wielu jeszcze chmyzów mieszkających w najbliższej okolicy. Jesteśmy nierozłączną grupą znaną i liczącą się na Łyczakowie, a w czasie „walk” z innymi – my z Lelewela 17 zawsze byliśmy sztabem i dowództwem. Na podwórzu śpiewaliśmy nasz hymn „My jesteśmy jacy tacy, ali zawsze wolni ptacy”, a poza domem, na łyczakowskich gankach, zabronioną przez mamę groźną piosenkę „Kto si z naszej bandy śmieji, tego zaraz krew zaleji”.

Przerwała pisanie. Usiłowała wyobrazić sobie chłopaków biegających po lwowskich ulicach.

Parę lat temu może i Szymon biegał z korkowcem po Łyczakowie. – Uśmiechnęła się do siebie. – Nonsens, państwo Haseferowie nigdy by nie pozwolili, żeby ich syn biegał po ulicach z bandą chłopaków.

Spojrzała na wiszący obok drzwi duży fabryczny zegar hamburskiej manufaktury z symbolem dwóch skrzyżowanych strzałek w dole cyferblatu. Dochodziła dziesiąta. Alinie zaczęła dokuczać cisza panująca w redakcji, więc wstała od maszyny i podeszła do szafki patefonu. Zakręciła korbką i po chwili cały strych wypełniły modre Fale Dunaju. Dziewczyna przez chwilę kołysała się w rytm muzyki, wtem rozłożyła ręce, przymknęła oczy i najpierw nieśmiało, a potem coraz bardziej energicznymi, choć kulejącymi pas zaczęła tańczyć.

We frazy walca wdarł się dzwonek telefonu. Nie wyłączając patefonu, Alina podeszła do aparatu i ujęła w dłoń słuchawkę.

– Redakcja „Iskry” – powiedziała do tubki mikrofonu.

– Miałem cichą nadzieję, że w taką noc kogoś jeszcze u was zastanę – posłyszała głos Katznera. – Miło mi, że to pani – odezwał się szarmancko. – Słyszę, że pani w bardzo tanecznym nastroju – zagadnął, robiąc aluzję do muzyki Straussa.

– Nie, to nic takiego – odpowiedziała zakłopotana Alina. – To prezent od papy, ale mamy na razie tylko trzy płyty, więc puszczamy je w kółko. – Roześmiała się. – Zaraz wyłączę.

– Proszę zostawić. Ja zaraz spieszę na dworzec.

– Wyjeżdża pan?

– Nie. Muszę skorzystać z kolejowego telegrafu. Inna łączność z Warszawą szwankuje.

Alina czuła, że Rudolf jest wyraźnie podekscytowany.

– Niechże pan powie, co się wydarzyło! – nie wytrzymała.

– Czy mógłbym potem na chwilę zajrzeć do pani? Przed chwilą znów telefonował do mnie z Berlina hrabia Kessler. Historia nabiera przyspieszenia.

– Bardzo proszę – zgodziła się Alina. – Dziś będę tu nocowała.

Dopiero po chwili zorientowała się, że mógł to niewłaściwie odebrać. Odłożyła słuchawkę, po raz kolejny nastawiła płytę i tańcząc, pomyślała: A co mi tam…

Do berlińskiego hotelu Continental dojechali samochodem, który van Gülpen musiał co i rusz to zatrzymywać na Neustädtische-Kirchenstrasse. Mijali grupy demonstrantów idące od strony Under den Linden w kierunku dworca Friedrichstrasse. Już przed hotelem kierowca energicznie chwycił skromne bagaże komendanta i pułkownika i sumitując się, wszedł pierwszy do budynku. Za szerokimi przeszklonymi drzwiami czekał już na nich maître d’hôtel, który po głębokich ukłonach poprowadził całą trójkę na pierwsze piętro. Na końcu obitego brązowo-złotym aksamitem korytarza znajdowały się dwa apartamenty. Minęła ich, płacząc, ładna fertyczna dziewczyna w mundurku pokojówki. Idący sztywno z przodu, szpakowaty szef Continentalu skarcił ją krótko:

– Marie! Ruhe! Sie sind bei Dienst![7]

Dopiero gdy służąca zwróciła się ku idącym, Piłsudski zauważył jej rozradowaną twarz.

– Widzisz – zwrócił się do Sosnkowskiego – ona się cieszy. Cieszy się na rewolucję…

Zaledwie Komendant zdążył się rozgościć w swoim pokoju, usłyszał dyskretne pukanie. Na korytarzu za drzwiami stał Harry Kessler w towarzystwie przysadzistego mężczyzny z króciutko przystrzyżoną resztką włosów. Jego paradny mundur ze zdobnymi epoletami pełen był baretek najprzeróżniejszych odznaczeń księstwa bawarskiego i Prus. Piłsudski spojrzał na niego pytająco.

– Hugo, Max hrabia Lerchenfeld – przedstawił się krótko.

– Wiem, kim pan jest, hrabio. Świat polsko-niemieckiej polityki nie jest zbyt duży.

– Panie ministrze, czy moglibyśmy chwilę porozmawiać w cztery oczy? – gość zwrócił się do Piłsudskiego.

Komendant zapraszającym ruchem ręki wskazał stojący przy ścianie apartamentu okrągły stolik kawowy. Siedzieli dłuższą chwilę, milcząc.

– Panie hrabio, ułatwię panu zadanie – odezwał się Piłsudski. – Proszę przejść do rzeczy i powiedzieć, jakież to przeszkody pojawiły się jeszcze na drodze mego powrotu do Warszawy.

– Doskonale pan wie, że Warszawa jest za mała, żeby pomieścić takie dwie osobowości jak pan i niemiecki gubernator.

– Ma pan rację. Tyle że ja tam będę u siebie, a Hans Beseler, rzekłbym, wręcz przeciwnie. A pan, panie hrabio, jako przedstawiciel Niemiec przy tak zwanej Radzie Regencyjnej w Warszawie wie lepiej ode mnie, jakie są tam nastroje.

– Ale niemieckie wojsko w Królestwie ciągle mu podlega… – zauważył ostrożnie hrabia.

Piłsudski spojrzał spod oka na Lerchenfelda i odezwał się twardo:

– Jeszcze rok temu brałbym pana słowa poważnie. Dziś macie kłopot na ulicach Berlina i bardziej potrzebujecie waszych chłopaków tu niż w Warszawie. Obaj o tym doskonale wiemy.

– Musimy mieć pisemne gwarancje – długie, spiczaste wąsy Lerchenfelda poruszały się nerwowo – że nie przedsięweźmie pan żadnych kroków przeciwko naszemu państwu.

– Panie hrabio, moje zwolnienie zostało mi zakomunikowane jako decyzja rządu niemieckiego bez żadnych zastrzeżeń. – Piłsudski wstał z krzesła. – Żałuję bardzo, żem wcześniej o tym nie wiedział, bo grubo bym się namyślał, czy w podobnych okolicznościach skorzystać z ofiarowanej mi wolności.

Hrabia Lerchenfeld podniósł się powoli i stanął naprzeciw Piłsudskiego. Obaj mężczyźni, w podobnym wieku, mierzyli się wzrokiem.

– Ponieważ żadnych oświadczeń ani panu, ani gubernatorowi Beselerowi udzielić nie jestem w stanie – polski minister wyraźnie kończył spotkanie – możecie odwieźć mnie z powrotem do Magdeburga. Co pan na to?

W mieszkaniu Biernackich przy Sławkowskiej wszystko było tej nocy postawione na głowie. Pokój starszych sióstr zajęła pani Wolffowa z córeczką, a w pracowni Lali umieszczono Władka, z którym Alina spędziła długi czas na rozmowie o lwowskich wydarzeniach i na robieniu notatek. Ignacy już od długiego czasu sypiał albo poza domem, albo w swoim gabinecie na nowej rozkładanej sofie, która kilka miesięcy wcześniej zastąpiła wysłużony fotel stojący przez lata w rogu tego pokoju. Już po kolacji Lala wsunęła się do sypialni rodziców.

– Przytuli mama swoją najmłodszą córeczkę? – spytała, udając małą dziewczynkę.

Anna uchyliła kołdrę i po chwili leżały w milczeniu obok siebie.

Lala patrzyła w sufit, na którym wszystkie cienie tkwiły martwo w bezruchu. Latarnie od ulicy umieszczone były sztywno na żeliwnych słupach. Od podwórza, w pokoju Lali, było zupełnie inaczej. Tam między oficyną a frontową kamienicą przerzucona była metalowa lina, na której umieszczono gazową lampę. Tańcząc z wiatrem, sprawiała, że na suficie pracowni Lali odbywał się nocą niekończący się taniec cieni.

– Dlaczego w naszej rodzinie w ogóle się nie rozmawia? – spytała nagle matkę.

Anna oparła się na łokciu i popatrzyła na córkę.

– Pamiętasz wizytę Alfonsa Muchy u nas w domu? Miałaś wtedy bodaj jedenaście lat.

– Boże! Pamiętam. – Lala zaczerwieniła się. – Wstydzę się tego do dziś. Bałam się pokazywać swoje bohomazy i wzięłam mamy rysunki.

Anna wstrzymała oddech. Dopiero teraz, po prawie dziesięciu latach, uzmysłowiła sobie, że wtedy nie zwróciła uwagi na to, jakie obrazki oglądał Mucha. Pamiętała jedynie słowa słynnego czeskiego grafika i swoje wrażenie, że nie mówił o zdolnościach Lali, tylko o plastycznych umiejętnościach jej, Anny.

– Przecież do tej pory masz talent, mamo – po raz drugi w życiu Lala użyła tej formy, zwracając się do Anny. – Dlaczego nic z tym nie robisz? Przecież wtedy on się od razu zorientował, że nie mogła tych improwizacji na temat Czterech pór roku narysować dziewczynka w moim wieku…

Może ominęła mnie wtedy życiowa szansa – myślała Anna. – Może moje życie potoczyłoby się inaczej, gdyby on wiedział, że to rysunki moje, a nie mojego dziecka.

Położyła się na wznak i tak jak córka patrzyła w sufit. Zaczęła mówić na wpół do Lali, na wpół do siebie.

– Pytałaś, czemu nie rozmawiamy. Biernaccy mają swoje tajemnice, chronią je skrzętnie. A to nie pomaga w rozmowach. Zarańscy mówili jedynie o pogodzie, jedzeniu i ubraniach, a siostry zakonne w instytucie panien dobrze urodzonych – te ostatnie słowa wymówiła z gorzką ironią w głowie – umiały rozmawiać tylko z Bogiem, a nie z nami.

– Przecież pamiętam, jak nam mama opowiadała wymyślane bajki, jak bawiłyśmy się w ruinach lanckorońskiego zamku, a mama tworzyła dla nas całe legendy o uwięzionych księżniczkach, a potem wieczorami nam to wszystko mama rysowała.

Matka uśmiechnęła się, ale w otaczającym mroku Lala nie mogła tego zobaczyć.

– Tak, to były przez kilka lat miłe wakacje – uśmiech na twarzy Anny powoli zanikał – ale teraz jesteście dorosłe i legendy waszej matki nie są wam już potrzebne.

– Mamo, to przecież nieprawda…

Anna usiadła nagle na łóżku. Zapaliła świecę ze szklanym abażurem. Lala patrzyła na jej zaokrąglone kształty, obfite piersi pod nocną koszulą, zmarszczki wokół oczu. Podziwiała jednocześnie gładką cerę matki i ciągle błyszczące oczy.

– Coś ci powiem, Lalu.

Dziewczynie zrobiło się nieswojo. Matka patrzyła jej prosto w oczy.

– Wam nie tylko nie są już potrzebne legendy o księżniczkach, które opowiadała wasza matka, was po prostu nie interesuje, co matka miałaby do powiedzenia w jakiejkolwiek kwestii. – Kobieta wstała z łóżka i podeszła do etażerki. Napełniła kieliszeczek nalewką i wychyliła go jednym haustem. Nalała drugi. Oparła się o etażerkę i patrzyła na córkę, lekko mrużąc oczy.

Obserwuje mnie, tak jakby się zastanawiała, jakim jestem człowiekiem. – Lali zrobiło się zimno od tego spojrzenia.

– Jestem z was dumna, że podjęłyście to ryzyko z gazetą. Ale jest mi źle, że dla własnych córek, które urodziłam, kochałam, wykarmiłam – przez niebieski batyst uniosła do góry lewą pierś – stałam się zupełnie przezroczysta.

Lala była jak sparaliżowana słowami matki. Gorączkowo zastanawiała się, co odpowiedzieć, Anna zaś bezlitośnie ciągnęła dalej:

– Drukujecie „Iskrę” na maszynie ojca. Ciotka pisze porady lekarskie. O waszej trójce już nie mówię, bo wasz wkład w to pismo jest oczywisty. Nawet Wojciechową wypytywałyście o kuchenne porady na wojenną mizerię rynkową. Z każdym numerem biegacie do babki… Rozumiem: rodzinny autorytet.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

CZĘŚĆ II

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

CZĘŚĆ III

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

CZĘŚĆ IV

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

CZĘŚĆ V

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

ADNOTACJA AUTORA

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Projekt okładki

Agnieszka Kucharz-Gulis

Fotografie na okładce

Paulina Gałązka na planie serialu TVP Drogi wolności

W tle zdjęcie: Kraków Rynek Główny, 1929; fot.: nac.gov.pl;

Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji

Wiedeń, Franz Josef – Kai / Lebrecht Music & Arts / Alamy Stock Photo

Opieka redakcyjna

Dorota Gruszka

Katarzyna Mach

Redakcja

Karolina Macios

Adiustacja

Barbara Wójcik

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Anastazja Oleśkiewicz

Copyright © Stanisław Krzemiński, 2017

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017

Published by arrangement with Beata Stasińska Literary Agency

ISBN 978-83-240-5851-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Drogi do wolności. Zawierucha Drogi do wolności. Jesienny poniedziałek Drogi do wolności. Iskra Zarysy literackie. Cz. 1 Z pod zaboru rosyjskiego. Ser. 4 Widma : powieść 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie