Ostatnie instrukcje

Ostatnie instrukcje

Autorzy: Nir Hezroni

Wydawnictwo: Media Rodzina

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 16.00 zł

Fascynujący thriller stanowiący kontynuację losów izraelskiego agenta 10483, spod pióra byłego pracownika Mosadu.

Agent 10483 dekadę po wydarzeniach opisanych w „Trzech kopertach” postanawia zemścić się na ludziach, którzy chcieli go uśmiercić i Organizacji, która od początku zakładała poświęcenie jego osoby. Realizuje wizję krwawej wendety, nie licząc się z tym, ile osób zginie, zanim on dotrze do swoich mocodawców. Również na tych, którzy wysłani zostali w celu powstrzymania go, czyhają liczne zasadzki. Rozpoczyna się gra o wszystko pomiędzy pracownikami Organizacji a psychopatycznym byłym agentem.

Spis treści

Dedykacja

OSTATNIE INSTRUKCJE

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału

LAST INSTRUCTIONS

Copyright © 2018 by Nir Hezroni

Copyright © 2018 for the Polish translation by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

Projekt okładki

Agata Wodzińska-Zając

Zdjęcie na okładce

RapidEye / iStock

Skład i łamanie

Scriptor s.c.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-542-8

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

mediarodzina@mediarodzina.pl

www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Wszystkim Osobom, dzięki którym

ta książka ukazała się drukiem (tak, to o Was!).

Przenosicie góry i poruszacie ziemię!

12 grudnia 2006

– Dlaczego nie zamknął oczu?

Doktor Weinberg wziął do ręki szczypczyki i wyjmował nimi kolejne okruchy szkła z gałki ocznej niedoszłego samobójcy leżącego na stole operacyjnym na OIOM-ie. Kładł je na małą aluminiową miseczkę, a krople krwi z odłamków tworzyły w naczyniu koliste wzory po zetknięciu się ze środkiem odkażającym na bazie alkoholu. Jako okulista widział już ofiary wypadków, którym rozbite okulary pryskały szkłem w oczy, ale odłamki zawsze wbijały się w powieki, bo te zamykają się odruchowo, chroniąc gałkę oczną. Tym razem oczy pozostały szeroko otwarte.

Może był po narkotykach.

– Nie mam pojęcia. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Instrumentariuszka podała mu małą pęsetę. W sali operacyjnej kilku lekarzy pracowało równolegle, reperując bezimiennego pacjenta po próbie samobójczej. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów, a jego twarz była zupełnie zmiażdżona. Stojący obok okulisty chirurg plastyczny usiłował zespolić kości policzkowe.

– Jak mu się udało zrobić sobie coś takiego?

– Wyskoczył przed autobus na Ibn Gabirola. Miał szczęście, że akurat obok przejeżdżała karetka pogotowia. Inaczej leżałby już na dole w lodówce.

– Nie jestem pewien, czy można tu mówić o szczęściu. Może byłoby dla niego lepiej, gdyby się zawinął – wtrącił z drugiej strony ortopeda, usuwając porwane nitki dżinsów z dwóch otwartych złamań w udach pacjenta.

– Będziemy nad nim pracować jeszcze wiele godzin. Trzeba wezwać psychologa, żeby tutaj był, kiedy gość się wybudzi. Zapisz w protokole. Nie chcę, żeby po wybudzeniu pobiegł do najbliższego okna i skoczył. Cała robota byłaby na marne.

– Bieganie albo skakanie to ostatnie rzeczy, jakie zdoła zrobić w najbliższych miesiącach.

– O ile w ogóle się wybudzi.

Doktor Weinberg uzupełnił protokół i wrócił do wyjmowania odłamków.

– W każdym razie psycholog dobrze mu zrobi. Jak już się wybudzi. Potrzymamy go na narkozie co najmniej dwa tygodnie, nie ma sensu wybudzać go z takimi bólami.

Mimowolnie zaczął nucić piosenkę „Mogę wszystko zrobić nimi – paluszkami malutkimi!” z ulubionej płyty swojego synka.

– Wie pani, jaka jest definicja lęku? – zwrócił się do stojącej przy nim instrumentariuszki.

4 października 2016

Obudziła się i przeciągnęła, wydając głośne westchnienie. To jeden z tych dni, kiedy człowiek ma ochotę po prostu zostać w łóżku i nigdzie się nie wybierać. Ogarnęło ją dziwne poczucie déjà vu, jak gdyby całkiem niedawno znajdowała się w identycznej sytuacji. Było to jak irytujące mrowienie z tyłu głowy, coś niewytłumaczalnego. Jakby ulotne wspomnienie, które im dłużej człowiek roztrząsa, tym ono się głębiej ukrywa.

Zwlokła się z łóżka. Była środa. Mowy nie ma, żeby opuściła kolejny wykład z psychologii poznawczej – to znaczy, jeżeli zamierza kiedykolwiek ukończyć te studia.

Szybki prysznic ostatecznie ją obudził, a po paru kęsach ze stojącego już kilka dni w lodówce garnka z kuskusem perłowym i filiżance mocnej kawy siedziała za kółkiem swojego rozklekotanego fiata w drodze do kampusu na górze Scopus. Nie było szczególnych korków, co w Jerozolimie jest rzadkością, więc dotarła nieco ponad godzinę przed rozpoczęciem wykładu. Świetna okazja, żeby przejrzeć listę eksperymentów studenckich i zarobić trochę grosza.

Na tablicy ogłoszeń przy wejściu do katedry wywieszona jest lista eksperymentów, do których potrzebni są badani, a za godzinę poświęconego czasu można zyskać kilkadziesiąt szekli oraz doświadczenie udziału w rozmaitych badaniach, przeważnie z dziedziny psychologii organizacji. Dwa tygodnie wcześniej brała udział w eksperymencie, dzięki któremu nie tylko zarobiła trzydzieści szekli za sam udział, ale też dostała dodatkowe pięćdziesiąt w nagrodę za przejawienie określonego zachowania podczas doświadczenia. Przy odrobinie szczęścia dzisiaj też znajdzie coś ciekawego i intratnego.

Tym razem na tablicy wisiały tylko dwa czynne eksperymenty. „Dzisiaj (środa) brak zapotrzebowania na dodatkowych uczestników”, głosiła odręczna notatka dopisana na czerwono przy jednej z pozycji na liście, co pozostawiało tylko jedną możliwość. Nagłówek brzmiał: „Katedra Fizyki we współpracy z Wydziałem Informatycznym – eksperyment na wycinku kodu źródłowego wszechświata”. Dziwne. Komputerowi maniacy z kampusu w Giwat Ram zwykle nie zjawiają się na górze Scopus, by prowadzić swoje eksperymenty. Temat też brzmiał dziwacznie. Ale napisano tam również: „Pięćdziesiąt szekli za piętnastominutową sesję”.

Podeszła do gabinetu wskazanego w ogłoszeniu i zapukała do drzwi.

– Kto tam?

– W sprawie ochotników do eksperymentu.

– Proszę wejść.

Wewnątrz siedział młody uśmiechnięty mężczyzna o rudych włosach.

– Cześć, jestem Michael. Widziałaś nasze ogłoszenie?

– Tak. O co właściwie w tym chodzi? „Kod źródłowy wszechświata” brzmi dość dziwnie.

Michael się uśmiechnął.

– Tak, brzmi trochę dziwnie, ale dokładnie o to chodzi. Wiesz, co to jest CERN?

– Nie.

– Otóż CERN to międzynarodowy instytut badawczy w Genewie, gdzie mieści się największy na świecie akcelerator cząstek. Nasz zespół z nimi współpracuje i mamy dostęp do bazy danych z wynikami wszystkich zderzeń, do jakich dochodzi w akceleratorze. Stosujemy modele matematyczne nie do masy lub kierunku cząstek przyśpieszanych, lecz do ich pochodnych. Początkowo sądziliśmy, że nic z tego nie wyjdzie, ale nagle zdaliśmy sobie sprawę, że otrzymujemy sekwencje kodu binarnego: maszynowego języka, który nie został napisany ludzką ręką, a w gruncie rzeczy jest motorem wszystkich znanych nam praw fizyki.

– Jak to?

– No tak, też w to początkowo nie wierzyliśmy, ale zaczęliśmy się z tym bawić i teraz odkryliśmy różne ciekawe rzeczy. Badamy właśnie sekwencję kodu odpowiedzialną, jak sądzimy, za wymiar czasu. Na dobrą sprawę jesteśmy podobni do neurobiologów – nie rozumiemy, jak to wszystko działa, ale macamy na oślep i obserwujemy, co z tego wyniknie.

– To o co chodzi w tym eksperymencie?

– Spróbujemy cofnąć cię w czasie o dwie i pół godziny.

– Wkręcasz mnie.

– Nie. To zresztą wcale nie jest takie skomplikowane. Nie potrzeba żadnego wehikułu czasu ani różnych bzdur, które pokazują na filmach, ponieważ pracujemy bezpośrednio na kodzie źródłowym. Polegać to będzie tylko na tym, że odczytam ci serię stu dwudziestu ośmiu cyfr zgrupowanych po osiem, a ty będziesz je za mną powtarzać. Ostatniej grupy nie odczytam na głos, a jedynie pokażę ci na kartce, ale ty ją odczytasz. I tyle.

– Okej.

– Super. No to do dzieła. Zero, zero, jeden, zero, jeden, zero, jeden, jeden.

Powtarzała cyfry w grupach po osiem, jedną po drugiej, aż w końcu odczytała ostatnie osiem z kartki, którą podał jej Michael.

Obudziła się i przeciągnęła, wydając głośne westchnienie. To jeden z tych dni, kiedy człowiek ma ochotę po prostu zostać w łóżku i nigdzie się nie wybierać. Ogarnęło ją dziwne poczucie déjà vu, jak gdyby całkiem niedawno znajdowała się w identycznej sytuacji. Było to jak irytujące mrowienie z tyłu głowy, coś niewytłumaczalnego. Jakby ulotne wspomnienie, które im dłużej człowiek roztrząsa, tym ono się głębiej ukrywa.

Zwlokła się z łóżka. Była środa. Mowy nie ma, żeby opuściła kolejny wykład z psychologii poznawczej – to znaczy, jeżeli zamierza kiedykolwiek ukończyć te studia.

# GŁOŚNY DZWONEK #

Szybki prysznic ostatecznie ją obudził, a po paru kęsach ze stojącego już kilka dni w lodówce garnka z kuskusem perłowym i filiżance mocnej kawy siedziała za kółkiem swojego rozklekotanego fiata w drodze do kampusu na górze Scopus.

# GŁOŚNY DZWONEK #

Nie było szczególnych korków, co w Jerozolimie jest rzadkością, więc dotarła nieco ponad godzinę przed rozpoczęciem wykładu. Świetna okazja, żeby przejrzeć listę eksperymentów studenckich i zarobić trochę grosza.

# GŁOŚNY DZWONEK #

Karmit się obudziła. Wciąż miała przed oczami korkową tablicę z listą eksperymentów, jednak zaczynała ona stopniowo blaknąć. Pamiętała sen w najdrobniejszych szczegółach, a także fakt, że powtarzał się zapętlony kilkadziesiąt razy w ciągu nocy. Spojrzała na zegar obok łóżka. Świecące zielone cyfry wskazywały, że jest już jedenasta dwadzieścia. Miło ze strony Guya, że zajął się dziećmi, zawiózł je do przedszkola i szkoły, pozwalając jej dłużej pospać.

No właśnie. Te transformacje ją wykańczają. Spała szesnaście godzin, a wciąż czuła się zmęczona, jakby przez całą noc nie zmrużyła oka. Mogła to być interferencja częstotliwości ze słuchawek na uszach celów, a może ten pomarańczowy filtr w okularach przeciwsłonecznych nie daje pełnej ochrony, tak czy owak było dla niej jasne, że treść transformacji sączy się również do jej mózgu. Język japoński przeciekł od dwóch ostatnich osób, nad którymi pracowała dla rządu chińskiego, informacja o CERN-ie musiała przecieknąć podczas zabiegów aplikowanych temu agentowi w Genewie dziesięć lat temu, do tego transformacje, które przeprowadziła w ostatnich latach na zlecenie europejskich firm – wszystko to mieszało się razem, tworząc zamęt w jej mózgu.

Wyłączyła budzik. Zapewne Guy go nastawił, żeby nie przespała całego dnia. Już nieraz jej się to zdarzyło. I w tej samej sekundzie postanowiła z tym skończyć. Od teraz będzie tylko sprzedawała książki i już. Zlikwiduje laboratorium i wykorzysta tę przestrzeń, żeby powiększyć magazyn księgarni. Myszy wypuści na wolność w Hyde Parku, gdzie będą mogły konkurować o jedzenie z wiewiórkami.

Wzięła prysznic pod silnym strumieniem gorącej wody. Miała poczucie absolutnej słuszności w związku z podjętą właśnie decyzją. Potem się ubrała, wyszła z domu i ruszyła na stację metra.

Godzina porannego szczytu już minęła, podróż metrem przebiegła spokojnie. Na stacji Hammersmith drzwi pociągu się otworzyły i pasażerowie wysiedli z wagonów na peron. Karmit podbiegła do ruchomych schodów i szybko wspięła się lewą stroną, mijając pasażerów stojących po prawej. Wyszła prosto do centrum handlowego stanowiącego część stacji i skierowała się do księgarenki sąsiadującej z chińskim barem.

– Good morning, mister Chong – zawołała do właściciela jadłodajni, zajętego przygotowaniami do zbliżającej się pory lunchu. Niedługo pracownicy okolicznych biur zgłodnieją.

– Już niezupełnie rano, pani Jennifer. Znów pani zapomniała nastawić budzik? Niech pani powie, ma już pani tę najnowszą książkę J.K. Rowling? Syn prosił, żebym zapytał.

– Nie wiem, być może. Mam tu stos paczek, które przyszły wczoraj wieczorem, akurat kiedy zbierałam się do wyjścia, i teraz muszę to wszystko rozpakować i posortować. Wczoraj nie miałam już siły się tym zająć. Jeżeli przyszła, dam panu znać.

– Dzięki, słoneczko, miłego dnia. Niech pani wpadnie w południe, zjemy razem lunch.

Karmit otworzyła drzwi do księgarni i wyłączyła alarm. Zdjęła z ramion plecak i postawiła go na ladzie, po czym włączyła światła i ogrzewanie.

– Brrrr, jak tu zimno – powiedziała do siebie.

Poszła do małej kuchni na zapleczu, wymieniła wodę w białym elektrycznym czajniku, włączyła go i podeszła do góry kartonów przy wejściu do sklepu. Rozpakowała je i posortowała książki. Jedne trafiły bezpośrednio na półki, inne do magazynu. Z każdej zeskanowała czytnikiem kod kreskowy, żeby zaktualizować ewidencję w komputerze. Kiedy uporała się z kartonem oznaczonym jako „Zanim zasnę”, otworzyła kolejną paczkę z brązowej tektury. Zawierała ona rzędy szklanych buteleczek oklejonych białymi etykietami, na których nadrukowano drobną czcionką:

Halorodopsyna (NpHR)

Zmodyfikowana halorodopsyna (eNpHR 2.0)

Zmodyfikowana halorodopsyna (eNpHR 3.0)

Archerodopsyna (Arch)

Opsyny grzybopochodne z Leptosphaeria maculans (Mac)

Zmodyfikowana bakteriorodopsyna (EBR)

Karmit wyjęła buteleczki z opakowania i spisała ich zawartość w zeszycie, który trzymała w jednej z szuflad pod kasą. Z tej samej szuflady wzięła czerwony długopis i na każdym naczyniu zapisała aktualną datę. Potem podeszła do frontowych drzwi, zaryglowała je od środka, wywiesiła tabliczkę z napisem „Wracam za dziesięć minut” i zaszyła się z powrotem w kuchni na zapleczu. Tym razem wyjęła z kieszeni pęk kluczy i odpięła dwie kłódki z ciężkich metalowych drzwi, które lekko skrzypiąc, otworzyły się na ciemne pomieszczenie.

Zostawiła drzwi otwarte, zebrała buteleczki i poustawiała wszystkie na półce z etykietą „Optogenetyka – silencery”. Pod tą półką znajdowała się inna z opisem „Optogenetyka – stymulatory neuronalne”, też wypełniona rzędami szklanych buteleczek.

Zabrała z lady plecak, weszła do ciemni i zamknęła za sobą drzwi. Przez chwilę panowała tam całkowita ciemność. Kiedy Karmit wcisnęła włącznik, wnętrze wypełniła słaba poświata niebieskich LED-ów. Oprócz regałów z butelkami w pomieszczeniu było zatrzęsienie innych półek przeładowanych różnymi rodzajami materiałów, sprzętu medycznego oraz małymi klatkami. Karmit naciągnęła na dłonie białe jednorazowe rękawiczki, podeszła do jednej z półek, zdjęła kilka strzykawek i na każdą założyła sterylną igłę. Potem wzięła kilka buteleczek z półki „Stymulatory neuronalne” i z każdej z nich pobrała odmierzoną ilość płynu do oddzielnej strzykawki. Po wymieszaniu ich zawartości w probówce i nabraniu części roztworu do innej strzykawki podeszła do jednej z klatek, zdjęła ją z półki i postawiła przed sobą na stole. W klatce znajdowały się cztery białe myszy. Wyjmowała je po kolei, wstrzykiwała każdej niewielką ilość substancji, po czym umieszczała je z powrotem w klatce. Myszy wydawały się obojętne na te zabiegi i dalej pałaszowały karmę, którą Karmit rozsypała im na dnie. Sięgnęła do włącznika na ścianie. Gdy tylko kolor światła z LED-ów zmienił się z niebieskiego na czerwony, myszy skoczyły na siebie z furią, zbijając się w masę białej sierści i zgrzytających szczęk. Karmit szybko przełączyła światło na zielone, a wtedy myszy spotulniały i rzuciły się w popłochu do ucieczki, po czym każda wcisnęła się w kąt klatki, spazmatycznie dygocząc. Kiedy światło znów zmieniło barwę, tym razem na żółtą, cztery myszy natychmiast zasnęły. Karmit znów włączyła niebieskie światło i myszy wróciły na środek, gdzie przez chwilę się obwąchiwały, by następnie znów, jakby nigdy nic, zabrać się do jedzenia. Karmit pogłaskała je palcem. „Przepraszam was, złotka. Smacznego. Niedługo się to skończy. Jeszcze tydzień, dwa i przeprowadzicie się w miejsce, gdzie będziecie miały mnóstwo trawy i słońca”. Założyła parę pomarańczowych okularów, uniosła iPhone’a i uruchomiła aplikację, która zaczęła wyświetlać odliczanie. Skierowała ekran telefonu na klatkę i odwróciła głowę w bok. Ekran iPhone’a błysnął w stronę myszy szybką serią kolorów, a po kilku sekundach zrobił się czarny. Karmit odwróciła głowę z powrotem. Cztery myszy przez kilka sekund stały jak wryte, a potem ruszyły razem w szeregu ku jednej ze ścian klatki, klepnęły w nią jednocześnie prawą przednią łapką, ponownie znieruchomiały na jedną albo dwie sekundy i wróciły do jedzenia.

– Doskonale – powiedziała Karmit do siebie i przelała zawartość probówki do sterylnej fiolki. Umieściła ją w jednej z kieszeni plecaka wraz z dwiema jałowymi strzykawkami w opakowaniach. Potem zdjęła okulary, odłożyła je na miejsce i podsypała karmę w pozostałych klatkach. Wiatrak wyciągu wentylacyjnego ma włącznik zegarowy, automatycznie zsynchronizowany z godzinami pracy w chińskim barze pana Chonga. Zapach makaronów zagłusza wszystkie wonie dochodzące z jej laboratorium. To dlatego Karmit właśnie tutaj otworzyła swoją księgarnię.

Podniosła plecak i wyszła z ciemni, zamykając drzwi na dwie kłódki. Położyła plecak na podłodze za ladą, podeszła do drzwi wejściowych, zdjęła tabliczkę i z powrotem otworzyła księgarnię. Na zewnątrz czekały dwie dziewczyny. Weszły do środka i spytały, czy ma książkę Szukając Alaski. Znalazła. Jedna z dziewczyn kupiła ją, po czym obie wyszły z księgarni, każda ze wzrokiem utkwionym w ekranie telefonu. Karmit przypomniała sobie o czajniku, który zdążył już nieco wystygnąć, włączyła go ponownie i zaparzyła sobie filiżankę earl grey.

Do przerwy na lunch w okolicznych biurach mało kto zachodził do księgarni. Karmit skończyła sortować paczki z książkami i ustawiła na półce fiolki z kolejnego pudła oznakowanego jako Fear Conditioning, „warunkowanie strachu”. Przejrzała e-maile i wysłała kilka zamówień na książki, których zapasy się kończyły.

W skrzynce odbiorczej czekała wiadomość od jej chińskiego klienta – z nazwiskiem, adresem w Japonii oraz zaszyfrowanym plikiem transformacji. Będzie musiała za dwa tygodnie wybrać się do Osaki i odszukać Takashiego Hoshimaru. „Czasami znajomość japońskiego może być atutem” – pomyślała i uśmiechnęła się do siebie.

Karmit wyszła na kilka minut z księgarni i zajrzała do pana Chonga, który podsmażał warzywa w woku.

– Książka, o którą pytał pana syn, właśnie dotarła. Odłożę panu egzemplarz.

Pomieszczenie, w którym jestem uwięziony, pomalowano gładko białą farbą akrylową. Ściany są równe i białe. Sufit biały. Dwie jarzeniówki wypełniają przestrzeń białym światłem. Podłoga nie jest biała, lecz wykonana z jakiegoś jasnozielonego elastycznego tworzywa, a moje łóżko przymocowano do niej ośmioma dużymi śrubami, po dwie przy każdej z żelaznych nóg. Gdyby nie było przyśrubowane do podłogi, mógłbym przeciągnąć je pod jarzeniówki, sięgnąć, zdemontować metalową kratkę ochronną i stłuc jedną, by wykorzystać jej ostre szkło.

Pościel na łóżku jest biała.

Idąc boso po zielonej gumowej podłodze, nie wydaję żadnych dźwięków.

Mam wrażenie, jakbym był tutaj od zawsze. Nie pamiętam, co się zdarzyło, zanim tu trafiłem.

Masywne metalowe drzwi do sali również są pomalowane na biało. Na wysokości głowy znajduje się w nich mały kwadratowy otwór, mniej więcej dwadzieścia na dwadzieścia centymetrów, okratowany trzema grubymi prętami. Przez otwór widać korytarz ciągnący się do granic mojego pola widzenia. Pomieszczenie, w którym jestem uwięziony, znajduje się na końcu tego korytarza.

Siedzę na łóżku, lekko opierając bose stopy na chłodnej zielonej podłodze, i słucham echa czyichś kroków, wzmacnianego przez długą, zamkniętą przestrzeń korytarza. Kroki zbliżają się do mnie. Słyszę ciężkie buty jednego z opiekunów. Zbliża się do pomieszczenia, w którym jestem uwięziony. Lada chwila klucz obróci się w zamku, który dwukrotnie kliknie, a wtedy białe drzwi się otworzą i ten ktoś stanie przede mną.

I tak za każdym razem.

Zamykam oczy i masuję palcami skronie, wykonując szerokie okrężne ruchy.

Jarzeniówka nade mną brzęczy stale z częstotliwością sześćdziesięciu herców, jej białe światło nie gaśnie przez całą dobę. Nie sposób się przekonać, czy na zewnątrz jest dzień, czy noc, ale wiem, że noc.

Staję na środku pokoju. Boso na chłodnej gumowej podłodze.

Jeżeli mnie zobaczy, podejdzie. Nie będzie się bał. Tutaj nie stoję blisko niego. Uzna, że jest bezpieczny.

Jestem zwrócony do drzwi. Obie ręce mam za plecami, krew spływa mi do miseczki, jaką tworzę ze splecionych dłoni, i ją napełnia. Ledwie kilka minut temu wgryzłem się w wewnętrzną stronę nadgarstków, przecinając kłami delikatne żyły. Gdybym miał żyletkę, to znacznie ułatwiłoby mi zadanie.

Dwie sekundy. Tylko tyle mi trzeba. Nawet mniej. Gdy on wejdzie, obrócę się szybko i chlusnę mu w oczy zawartością dłoni. Dwie sekundy zamieszania i zdobędę klucze. Potem wszystko pójdzie jak z płatka.

Moja miseczka z dłoni już się przepełniła i krew kapie za moimi plecami, tworząc małą kałużę na podłodze. Czerwone drobiny pryskają mi na kostki.

Nie zostało już wiele czasu.

Nabieram powietrza do płuc i krzyczę:

– Strażnik!!!

On nie ma szans.

Po wyjściu stąd mam coś do załatwienia.

Na zewnątrz już będę wiedział, co.

Leży na podłodze. Odchylam mu głowę do tyłu, aż słyszę trzask, a jego ciało wiotczeje. Wychodzę ze swojej białej celi i zamykam drzwi na klucz, zostawiając strażnika leżącego na zielonej podłodze usianej ciemnoczerwonymi plamami krwi.

Nie mam w ubraniu kieszeni, więc pęk kluczy, który zabrałem, trzymam w lewej dłoni i idę na koniec korytarza, znacząc podłogę śladami krwi ściekającej z rąk. Światło jarzeniówek jest zawsze takie samo. Szukam gabinetu zabiegowego, żeby opatrzyć nadgarstki. Nie powinienem znać rozkładu budynku – ale znam. Na końcu korytarza skręcam w prawo, mijam dwoje drzwi i kieruję się do trzeciego pomieszczenia po prawej, służącego za gabinet zabiegowy. Otwieram dużą płytką szufladę, wyjmuję z niej gaziki i bandaże, a z małej szafki na przeciwległej ścianie tubkę betadine.

Opatruję nadgarstki, wychodzę z gabinetu i idę korytarzem. W jednej z sal po mojej lewej stronie śpi kilku pacjentów. Potrząsam głową, by ją uwolnić od ich snów, po czym skręcam w lewo w inny biały korytarz z ciągnącymi się na całej długości dwoma czerwonymi paskami. U końca korytarza znajdują się ciężkie metalowe drzwi z zamontowanym w poprzek dużym metalowym drążkiem. Wiem, że kiedy na niego nacisnę i otworzę drzwi, wszystko się zmieni. Nadciąga wielka fala, zaraz tu będzie. Zaczynam biec korytarzem, biegnę coraz szybciej. W głowie kotłują mi się szepty pacjentów i opiekunów.

Dopadam do drzwi. Wisi nad nimi biały podświetlany znak z czerwonymi literami: Emergency Exit. Naciskam na poprzeczny drążek na drzwiach, które otwierają się na zimną, deszczową ulicę.

Stoję na mokrym asfalcie.

Jestem wolny.

Otwieram oczy.

Nie mam pojęcia, kim jestem.

Rano. Nie wiem, kiedy

Leżę na łóżku okryty białym prześcieradłem z jasnobłękitnym napisem „Szpital im. Loewensteina”.

Obok stoi biała szafka, na której widzę wypchany papierami segregator i ołówek. Chcę zapisać sen, zanim go zapomnę. To ważne. Moje ręce ani drgną. Ignorują polecenie mózgu, by chwycić segregator, wyrwać z niego kartkę, wziąć ołówek i spisać sen.

Kilkakrotnie odtwarzam go w głowie, aby zapamiętać. Przeleję wszystko na papier po odzyskaniu władzy w rękach. A kiedy stąd wyjdę, kupię duży notes i spiszę wszystko w uporządkowany sposób. Do tego czasu będę musiał wszystko przechować w pamięci.

Tymczasem zamykam oczy. I otwieram z powrotem. To jedyny ruch, jaki mogę teraz wykonać.

Rano. Nie wiem, kiedy

Stoją nade mną dwa białe kitle. Jeden jest lekarzem, drugi to pielęgniarka. Rozmawiają, a ja ich słyszę. Nie wiedzą, że nie śpię. Nie otwieram oczu.

– Przy nim raczej się pani nie napracuje.

– Kto to jest?

– Nie został zidentyfikowany. Leży tu od prawie dziewięciu lat, został przyjęty dwunastego grudnia 2006 roku. Nikt nie wie, kim jest, nie szukał go nikt z rodziny. Wymaga standardowej opieki. Obracanie, mycie, karmienie przez sondę. Przynajmniej oddycha samodzielnie. Kiedy tu trafił, miał miazgę z twarzy. Nie mamy pojęcia, kim jest. Przeszedł już osiem operacji rekonstrukcyjnych.

– Jest czynność mózgowa?

– Tak. W przeciwnym razie już dawno by go odłączyli. Co miesiąc przechodzi EEG i wyniki ma w normie. Wykazuje czynność mózgową, ale pozostaje zamknięta w jego głowie.

Znów bezskutecznie próbuję sobie przypomnieć, kim jestem i jak się tu znalazłem. Ale mniejsza z tym. Najpierw muszę odzyskać kontrolę nad swoim ciałem. Stale ćwiczę, gdy tylko nie ma w pobliżu lekarzy i pielęgniarek. Mogę już lekko poruszyć palcami prawej ręki. Pracuję na tym od kilku dni.

Podtrzymują mnie przy życiu, nie wiedząc, kim jestem. To miło z ich strony, ale wkrótce zapewne przyjdą cięcia budżetowe i wtedy przestaną mnie odżywiać. Nikt się nie dowie. Muszę się stąd jakoś wyrwać.

Lekarz wychodzi z sali, a pielęgniarka zostaje, żeby się mną zająć. Kiedy się pochyla, aby poprawić mi cewnik, patrzę na kartkę, którą położyła na prześcieradle. Nagłówek wydrukowany dużą czarną czcionką: Procedura 103/33 – farmakoterapia u pacjenta z przewlekłymi chorobami.

Teraz mogę już nawet poruszać oczami. W tym tempie za kilka tygodni będę mógł wstać.

Noc. Trzy tygodnie od przebudzenia

Czasami lekarze i pielęgniarki na oddziale podają datę, stąd wiem, ile czasu upłynęło, odkąd się obudziłem. Dziś mijają dokładnie trzy tygodnie. Teraz mogę poruszać obiema rękami, a mój zakres ruchu stopniowo rośnie. Pracuję nad tym głównie w nocy, gdy cały oddział śpi – mam na myśli dyżurne pielęgniarki. Pacjenci śpią cały czas. Dniem i nocą. Niektórzy się budzą, ale wtedy zaraz opuszczają oddział i przechodzą na rehabilitację. Pozostaję tutaj wśród innych żywych trupów. W myślach nazywam ich zombiakami.

Aby tymczasem zapamiętać wszystko, co robię, każdego dnia po obudzeniu wyliczam sobie, co się zdarzyło, odkąd zbudziłem się po raz pierwszy.

Jutro po obudzeniu popracuję na ruchem stóp i napinaniem mięśni brzucha.

Rano. Pięć tygodni od przebudzenia

Nie zostało mi tutaj wiele czasu. Słyszę, jak dyżurna pielęgniarka rozmawia z oddziałową. Mówi jej, że coś się nie zgadza z moimi mięśniami, które powinny ulec zanikowi, jak to w śpiączce, ale do tego nie doszło. Uważa, że powinienem być zbadany przez lekarza. Obie podchodzą do mojego łóżka, a oddziałowa za pomocą igły do zastrzyków podskórnych nakłuwa mi ręce i nogi. Ani drgnę.

– Wręcz tryska życiem – mówi oddziałowa i obie się śmieją.

– A może to przez mimowolne ruchy, które się pojawiają, kiedy ma marzenia senne? – pyta dyżurna pielęgniarka.

– Być może. Ale każdy przytomny człowiek poderwałby się z krzykiem, gdyby ktoś go tak dźgnął jak ja teraz.

Obie znów wybuchają śmiechem.

Przypominam sobie ćwiczenia, jakie wykonywałem w dzieciństwie z igłami podskórnymi. Najbardziej boli, kiedy się wkłuwa igłę do pępka albo dotyka czubkiem błony bębenkowej. Reszta to zawracanie głowy. Leżę wciąż nieruchomo, gdy oddziałowa gazikiem namoczonym w spirytusie ściera kropelki krwi z nakłutych miejsc. Ten zapach coś mi przypomina. Pamiętam obraz zakonserwowanego ciała zawieszonego w akwarium wypełnionym przejrzystą cieczą. Nie umiem określić, gdzie to było, ale się cieszę, że odzyskałem już dwa wspomnienia. Igły i akwarium. Za nimi pewnie przyjdą kolejne. Staram się nie uśmiechać, póki obie kobiety nie wrócą do dyżurki.

Pozostawiony znowu sam, pracuję przez kilka godzin nad nogami i napinaniem mięśni brzucha. Wieczorem wydobywam spod materaca plik kartek i długopis „Pilot”. Kartki uzbierałem z biegiem czasu z rozmaitych raportów, które kładziono na szafce przy moim łóżku, a długopis zostawił któregoś razu lekarz. Na kartkach spisane są wszystkie moje sny, nawet te sprzed obudzenia. Poza tym notuję też wszystko, co się ze mną dzieje każdego dnia.

Noc. Pięć tygodni i cztery dni od przebudzenia

Siadam na łóżku i opieram stopy na podłodze. Szpitalna koszula, którą mnie okryto, jest z tyłu rozwiązana. Jej poły zwisają mi luźno po bokach. Zdejmuję ją i kładę na łóżku. Nagi przemykam się po cichu, opadam na czworaki i podchodzę do dyżurki pielęgniarki oddziałowej, po czym prostuję się z powrotem już poza zasięgiem jej wzroku.

Wchodzę do pokoju lekarzy i bezszelestnie otwieram drzwi do szafek z ubraniami. W jednej z nich znajduję spodnie i koszulę, wkładam je na siebie. Inna szafka zawiera parę adidasów. Wkładam je. Nie mam na sobie skarpetek ani bielizny – nie było ich w żadnej z szafek.

Rozglądając się po pokoju za innymi przydatnymi przedmiotami, zauważam obcego człowieka patrzącego na mnie z lustra. Zajmuje mi chwilę, nim sobie uświadamiam, że to ja. Nie rozpoznaję siebie. Jestem zarośnięty. Kiedy się stąd wydostanę, znajdę jakieś miejsce, żeby się ogolić. Póki tu jestem, na pewno sobie nie przypomnę, kim byłem wcześniej.

Opadam ponownie na czworaki i wracam po kartki spod materaca. Składam je, wsuwam do kieszeni w spodniach, a następnie kieruję się na czworakach tą samą drogą w stronę wyjścia.

Opuszczam oddział na czwartym piętrze, korzystając ze schodów ewakuacyjnych, aby nie spotkać nikogo w windzie. Na parterze otwieram drzwi i przechodzę przez hol. Macham do strażnika i życzę mu dobrej nocy. Nie rozpoznaję własnego głosu. Jest trochę chrapliwy.

Na zewnątrz rozciąga się spory trawnik. Oglądam się za siebie i widzę duży budynek. Na dachu powyżej ósmego piętra umocowana jest wielka stalowa chanukija, a obok niej duży napis „Szpital im. Loewensteina – Grupa Klalit”. Przechodzę przez jezdnię tuż za trawnikiem, a następnie skręcam w małą spokojną uliczkę z domami jednorodzinnymi. Może później włamię się do któregoś z nich, żeby znaleźć coś do jedzenia. Głodny jestem. Nie miałem w ustach jedzenia przez prawie dziewięć lat. Idę dalej, aż docieram do ulicy Jerozolimskiej. Zatrzymuję się przed przejściem dla pieszych. Przejeżdża autobus. Wywołany przez niego podmuch wiatru lekko mnie popycha.

# BUM #

Naraz uderza we mnie seria obrazów: leżę na jezdni, moje zakupy są rozrzucone dookoła. Piwnica, którą kiedyś zbudowałem, i dzieła, które w niej stworzyłem, Organizacja, misje, które dla nich przeprowadziłem, ich zdrada, mój dom. Stół Ostatniej Wieczerzy w mojej piwnicy. Federico López cały w ogniu. Mówi coś płonącymi ustami do płonącego telefonu.

Boliwia, Uyuni.

Boliwia, Uyuni.

Boliwia, Uyuni.

Dokładnie wiem, kim jestem. Wiem dokładnie, gdzie mam teraz pójść.

Zrywam się do biegu.

Data:

5/12/2016 [08:31]

Klauzula:

Czarna

Sygnatura:

623846635

Do:

Pierwszy krąg

Od:

Dyr. pionu operac.

DW:

Dyr. depart. rekrut.

Kier. sekcji badania osobowości i psychopatologii

System:

ORION / Baza: OTR / Wygasa: 13/12/2016

Temat:

Ponowne pojawienie się agenta 10483

\

Chcę podsumować wydarzenia ostatnich dwudziestu czterech godzin, kiedy to okazało się, że agent 10483, który według naszej oceny nie żył, prawdopodobnie żyje i podejmuje działania przeciw nam na terenie Izraela.

Tło:

W roku 2006, na podstawie informacji od jednostki 8200, wykryto próbę ze strony nieustalonego czynnika, prawdopodobnie irańskiego, przejęcia rosyjskiej bomby z arsenału 1400 bojowych głowic jądrowych zwróconych Rosji przez Kazachstan w ramach dobrowolnej denuklearyzacji w latach 1991–1995 (chodzi prawdopodobnie o model RDS-3 o mocy 62 kiloton lub głowicę bojową nowszego typu z początku lat sześćdziesiątych).

Wiadomo, że koordynatorem transakcji był ktoś z grupy dwunastu naukowców przebywających na konferencji w Szwajcarii, podczas której prowadzono zaszyfrowane uzgodnienia telefoniczne. Ponieważ nie ustalono, kto z tej grupy nawiązał łączność, postanowiono wyeliminować ich wszystkich (projekt o kryptonimie „Bernoulli”).

Jednemu z agentów (10483), uczestniczącemu w tej misji, powierzono (prawdopodobnie wskutek błędu) trzy z dwunastu celów zamiast jednego. Straty uboczne wywołane wykonaniem tych trzech zadań były ogromne:

1. 40 postronnych ofiar przy eliminacji Yasmin Lee-Ang w Genewie (dwie córki Yasmin Lee-Ang i 38 innych lokatorów budynku przy Rue des Délices 21, który zawalił się wskutek hermetycznego uszczelnienia mieszkania na górnym piętrze budynku przez 10483 i napełnienie go wodą, tak że pod jej ciśnieniem budynek się zawalił).

2. 128 postronnych ofiar w Bariloche podczas eliminacji Federico Lópeza w parku przy Instituto Balseiro (trzech ochroniarzy Federico Lópeza i 125 osób spacerujących w parku, podpalonym przez 10483 za pomocą cysterny z benzyną, którą podłączył do systemu nawadniania parku).

3. (Nowa informacja) Około 11 tysięcy postronnych ofiar w Montrealu przy eliminacji Bernarda Straussa (w tym 53 obywateli Izraela, wśród nich 3 naszych agentów, w wyniku różnych wypadków drogowych spowodowanych nadaniem hipnotyzującego nagrania przez lokalną rozgłośnię radiową, co doprowadziło do zaśnięcia wielu kierowców za kierownicą).

Po wyeliminowaniu Bernarda Straussa w Montrealu, 10483 wrócił do Izraela, a ekipa prowadząca za nim obserwację od czasu lądowania w kraju znalazła w jego doszczętnie spalonym mieszkaniu to, co uznaliśmy za jego zwłoki. Zostały one wówczas zidentyfikowane na podstawie odcisku zębów, ponadto w lodówce znaleziono list samobójcy pozostawiony tam przez 10483. W związku z tym zaniechano dalszych prób zbadania tego zdarzenia.

Z tego też powodu nie podjęto poszukiwań agenta 10483, a jego sprawę zamknięto. Dwunastu naukowców z projektu „Bernoulli” wyeliminowano, 10483 uznano za zmarłego, a komórki irańskie poszukujące bomby straciły kontakt znający jej lokalizację. Gdyby poznały lokalizację, bomba trafiłaby już do nas i eksplodowała w Tel Awiwie. Jest faktem, że minęło dziesięć lat, a do tego nie doszło.

Kolejna nowa informacja:

Dwa dni temu (3/12/2016) Amiram Chadad, były oficer prowadzący 10483, otrzymał przesyłką kurierską paczkę zdeponowaną przez 10483 w kancelarii adwokackiej z dyspozycją przesłania jej tego właśnie dnia. Po przeczytaniu zapisków z zeszytu Amiram udał się do domu Awnera Mojala, dyrektora departamentu rekrutacji, aby z nim skonsultować sposób postępowania z materiałem zawartym w przesyłce. Paczka zawierała duży zeszyt w linie, a w nim liczne luźne kartki, szkice, obliczenia, materiały Organizacji itp. Najważniejsze nowe informacje wynikające z lektury zapisków:

1. 10483 żyje. Dziesięć lat temu upozorował własną śmierć, wykorzystując zwłoki, które przechowywał u siebie w piwnicy. Dokonując odpowiednich zabiegów na ich uzębieniu, upodobnił je do własnego ciała (plomby, ekstrakcje itp.). Następnie podłożył ogień w swoim mieszkaniu i spalił zwłoki, wiedząc, że zidentyf ikujemy je na podstawie odcisku zębów, ponieważ jego DNA nie mieliśmy w bazie danych (prawdopodobnie usunął wcześniej te dane z systemu Organizacji).

2. Troje naszych agentów prowadzących za nim obserwację zostało wyeliminowanych osobiście przez niego. Jeden w Holandii (agent 6844 – zepchnięty na tory metra), a dwoje w Tel Awiwie (agenci 6452 i 7274), w piwnicy pod jego mieszkaniem.

3. Okazuje się, że incydent z hipnozą w Montrealu, uznawany dotychczas za nienacjonalistyczny atak terrorystyczny dokonany przez psychopatę, został zaaranżowany przez 10483. Zeszyt zawiera materiał obciążający jego i nas winą za zdarzenie.

4. 10483 zdobył uprawnienia administratora systemu w Orionie. Wie o projekcie „Bernoulli” i zna swoją rolę w egzekucjach. Cierpi na paranoję i sądzi, że Organizacja go zdradziła. Zadrwił z naszych procedur rekrutacyjnych i zdołał wejść do wnętrza Organizacji mimo swoich licznych zaburzeń psychicznych.

5. Przedwczoraj w nocy 10483 przystąpił do akcji odwetowej przeciwko Organizacji. Pierwszym krokiem było przekazanie zeszytu Amiramowi przez kancelarię adwokacką.

Wydarzenia ostatnich 24 godzin:

Awner zapoznał się w ciągu nocy z zawartością zeszytu, zawiadomił Dziadka i poinformował go o treści zapisków. Dziadek zaangażował Rotem Rolnik, kierownik Sekcji Badania Osobowości i Psychopatologii, która również przejrzała materiał.

Dziś rano o godz. 09:00 do piwnicy wysłano agentów wraz z policją, strażą pożarną i oddziałem antyterrorystów, aby sprawdzić, co się tam znajduje, i wydobyć ciała agentów pozostające tam od około dziesięciu lat. Ponieważ 10483 opisuje w zeszycie, jak zaminował piwnicę, ewakuowaliśmy zawczasu budynek pod pretekstem wycieku gazu i zamknęliśmy ruch na odcinku ulicy, przy którym się znajduje.

Specjaliści weszli do piwnicy po otrzymaniu odprawy i ostrzeżeniu, żeby nie dotykać żadnego włącznika oświetlenia w związku z opisem sposobu zaminowania piwnicy w zeszycie, jednak o godzinie 09:40 piwnica wraz z budynkiem zostały wysadzone w powietrze (prawdopodobnie przez 10483 za pomocą zdalnego detonatora). Wszyscy policjanci i pracownicy Organizacji przebywający w piwnicy zginęli w wybuchu, a budynek się zawalił. Odgrodziliśmy teren i w tej chwili nasze ekipy wspólnie ze strażakami, policją i obroną cywilną pracują nad odgruzowaniem terenu, aby wydobyć zwłoki i wszelkie materiały, które 10483 pozostawił w piwnicy, a które mogłyby pomóc w jego ujęciu.

Dziś rano, po eksplozji, o godzinie 10:05 do Efrat Mojal, żony Awnera, przybył kurier z przesyłką. Na podstawie opisu wyglądu i sposobu zachowania kuriera pojawiło się podejrzenie, że był to 10483. Efrat Mojal poproszono, by nie otwierała paczki i niezwłocznie udała się do domu sąsiadów. O godz. 10:39 Awner przybył do domu i nie zastał żony. Na stole w kuchni pozostawiono kartkę wyrwaną z zeszytu 10483. Opisuje na niej zabiegi wykonane na zębach zwłok pozostawionych w jego spalonym dziesięć lat temu mieszkaniu, to, jak wykrył ludzi z obserwacji w pobliżu mieszkania, przyjmując (błędnie), że jest to grupa likwidacyjna nasłana na niego przez Organizację, a także jak podpalił mieszkanie, a następnie pojechał do najbliższego oddziału Organizacji i pobrał stamtąd materiały na temat projektu „Bernoulli” oraz członków pierwszego kręgu.

Na tej kartce zapowiada również działania skierowane przeciwko nam i naszym rodzinom, przeciw każdemu, kto był zaangażowany w jego proces rekrutacji i prowadzenie operacyjne, oraz przeciw kierownictwu Organizacji – pierwszemu kręgowi. Należy przyjąć, że wysadzenie piwnicy wraz z przebywającymi w niej ludźmi i zniknięcie Efrat stanowią pierwsze etapy jego planu. Próby nawiązania łączności z Amiramem w ostatnich godzinach nie powiodły się, jego telefon komórkowy jest niedostępny. Amiram był dotychczas zawsze dostępny. Prawdopodobnie 10483 zdołał dopaść również jego.

Jest oczywiste, że popełniliśmy tu poważny błąd i zrekrutowaliśmy psychopatę cierpiącego na całą gamę zaburzeń psychicznych. Zdołał się zawczasu gruntownie przygotować do wszystkich naszych testów (w tym na wariograf ie) i został przyjęty do pracy w Organizacji, dlatego poza bezpośrednimi czynnościami, które musimy przeprowadzić w celu ujęcia 10483 oraz zlokalizowania Efrat i Amirama, powinniśmy też podjąć szereg działań długofalowych:

• Korekta naszego systemu rekrutacyjnego, aby zapobiec ponownemu zrekrutowaniu nieodpowiednich osób (ograniczenie zależności od formalnych testów i oparcie się w większym stopniu na wywiadach twarzą w twarz, zachowaniu w grupie pod presją, wywiadach środowiskowych w kręgu kolegów, rodziny, nauczycieli i sąsiadów).

• Współpraca z wojskiem na rzecz poprawy ich systemu selekcji kandydatów do wrażliwych funkcji.

• Skontaktowanie się z okręgowymi wydziałami zdrowia i ustalenie sytuacji badań psychologicznych / psychiatrycznych przyszłych rekrutów oraz dokładne sprawdzenie całej struktury agenturalnej w terenie + agentów w stanie spoczynku (tajemnica lekarska nie obowiązuje).

• Ograniczenia dostępu dla pracowników IT w Organizacji są wadliwe – należy wdrożyć wewnętrzne mechanizmy szyfrowania i systemy kontroli dostępu z poziomu administratorów systemu. Wdrożenie powinno być przeprowadzone w sposób zewnętrzny przez zespół ds. bezpieczeństwa danych, bez udziału czynników z systemu informacyjnego.

W porozumieniu z Rotem i Awnerem powinniśmy powołać zespół mający na celu ujęcie 10483 i zatrzymanie jego kampanii odwetowej. Proszę o zgodę na zwrócenie się do Szin Bet o pomoc w powyższej sprawie.

Pozdrawiam,

Moti Kedar

Dyr. Departamentu Operacyjnego

\

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ostatnie instrukcje Trzy koperty 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer