Ultima

Ultima

Autorzy: L.S. Hilton

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.72 zł

PRAWDA O PRZESZŁOŚCI JUDITH Rosyjska mafia i włoski detektyw czyhający na jej życie. LEŻĄCA POD STERTĄ KŁAMSTW Falsyfikat arcydzieła, który może ją uratować. ZASZOKUJE NAWET JĄ SAMĄ. Pilnie strzeżona nowa tożsamość, której utraty nie może zaryzykować. Judith Rashleigh, prawdziwa tożsamość wytwornej i obytej Elizabeth Teerlinc, leży pogrzebana pod stertą kłamstw. Nie wspominając o zwłokach mężczyzn, na tyle głupich, by wejść jej w drogę. Teraz jednak, gdy znalazła się pod ostrzałem rosyjskiej mafii z jednej strony i skorumpowanego włoskiego detektywa z drugiej, Judith zostaje zmuszona do zrealizowania jeszcze bardziej odważnego przedsięwzięcia: stworzenia falsyfikatu arcydzieła i dostarczenia go do światowej sławy domu aukcyjnego, gdzie pracowała kiedyś jako zwykła asystentka, a następnie sprzedania za sto pięćdziesiąt milionów dolarów. Dla Judith perspektywa oszukania znienawidzonego byłego pracodawcy oraz światowego establishmentu artystycznego wydaje się niemal tak ekscytująca jak ekstremalny seks, od którego jest uzależniona, zwłaszcza jeśli porażka grozi strzałem w tył głowy. Jednak zwrócenie uwagi na nową tożsamość naraża ją na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Jak na pięknym obrazie odartym z warstw werniksu pod spodem może się ukazać coś zupełnie innego

Tytuł oryginału:

Ultima

Copyright © L S Hilton 2016

Originally published in the English language as Ultima

by Bonnier Publishing Fiction, London

The moral rights of the author have been asserted.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Gray318 & Blacksheep-uk.com

Wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Zdjęcie autorki: © Derrick Santini

Redakcja: Łukasz Kuć

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk, Edyta Antoniak-Kiedos

ISBN: 978-83-8110-740-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

Część pierwsza. Materiał

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

Część druga. Proces

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

Część trzecia. Rysa

22.

23.

24.

25.

26.

27.

28.

29.

30.

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Z podziękowaniami dla Michaela Platta

Prolog

W noc przed aukcją szliśmy przez miasto, trzymając się za ręce. Patrzyłam na Londyn jakby nowymi oczyma. Był wyjątkowo łagodny wieczór, latarnie wzdłuż Embankment rozświetlały taflę wijącej się jak ogon rzeki, a w St. James’s Park nieruchome cienie pod ciężkimi od letniego listowia drzewami mieniły się odcieniami fioletu.

Później, w naszej sypialni, kiedy mnie pocałował, na jego ustach nadal majaczył mój zapach. Nie zapalając światła, otworzyłam okno. Chciałam poczuć na swojej rozgrzanej skórze słodkie, brudne londyńskie powietrze. Następnie uklękłam nad jego twarzą, a moje wargi sromowe rozchyliły się wokół jego języka. Powoli wygięłam się do tyłu w kierunku jego fiuta i podparłam na rękach. Moje ciało trwało naprężone w oczekiwaniu jak struna, a potem on obrócił mnie na bok, tak że nogi wyciągnęłam wzdłuż jego klatki piersiowej. Pocałował mnie w kostkę i wśliznął się we mnie. Poruszał się leniwie, przytrzymując mnie otwartą dłonią za brzuch.

– Ti amo, Judith. Kocham cię.

– Udowodnij to.

– Gdzie mam ci się spuścić?

Wszędzie, wykrzyknęłam w duchu.

– W cipę. Spuść mi się we włosy, do gardła, na skórę, w tyłek. Pragnę cię do ostatniej kropli. Chcę cię pić, upić się twoją spermą.

Znowu mnie obrócił, tak że klęczałam na czworaka, trzymając się rękami wezgłowia. Chwycił mnie za nadgarstek, wykręcił mi rękę i przytrzymał ją na plecach, tak że padłam twarzą na poduszki. Wtedy wszedł we mnie z całą mocą jednym, ciężkim ruchem. Rozłożyłam szerzej nogi, otwierając przed nim swoją wilgotną szparkę.

– Jeszcze?

Kolejne pchnięcie.

– Jeszcze?

Ukląkł za mną i wsunął we mnie palec, potem dwa, a w końcu trzy.

– Chcę usłyszeć, jak o niego błagasz. No, dalej, błagaj o mojego fiuta.

– Proszę, nie przestawaj. Musisz mnie zerżnąć. Proszę.

– Grzeczna dziewczynka.

Byłam tak mokra, że aż ześliznął się ze mnie, ale potem przeszył mnie znowu. Sięgnęłam pod udem i ujęłam w dłoń jego jądra, a on zaczął poruszać się szybciej, docierając do mojego najczulszego punktu, aż w końcu doszłam, wijąc się z rozkoszy i wydając z siebie pojedynczy, gwałtowny jęk.

– A teraz odwróć się i otwórz usta.

Później, gdy już leżeliśmy, ucałowałam go w powieki, kąciki ust i delikatne zagłębienie pod uchem.

– Czy mogę cię o coś zapytać? – Położyłam głowę w zgięciu jego szyi, ustami wyczuwając znajomy, miarowy puls.

– O co tylko chcesz, kochanie.

– Kiedy dokładnie zamierzałeś mnie zabić?

Nadal leżał spokojnie. Nie wyczułam napięcia ani żadnej innej reakcji. W końcu uniósł się na łokciu i dotknął wargami moich ust. Był to pocałunek z czułą obietnicą bólu.

– Jutro, kochanie. Albo pojutrze.

CZĘŚĆ PIERWSZA

MATERIAŁ

1.

Sześć miesięcy wcześniej

Nigdy przedtem nie byłam na południu Włoch i wszystko wskazywało na to, że ta wizyta będzie nie tylko krótka, ale też i ostatnia. Głównie dlatego, że Romero da Silva, inspektor włoskiej Guardia di Finanza, celował mi prosto w serce. Staliśmy gdzieś na kalabryjskiej plaży – a dokładniej: na betonowej platformie wrzynającej się we wzburzone, pachnące siarką morze. Jakieś sto metrów dalej cumował potężny, zardzewiały tankowiec połączony grubą, gumową rurą ze znajdującym się obok nas sześciennym budynkiem oczyszczalni wody. Rozważałam, czy nie popłynąć do tego statku, ale da Silva ostrzegł mnie już, że jeśli nie zabije mnie on, to wcześniej czy później zrobią to prądy morskie. I chociaż w ciągu ostatnich kilku godzin zrozumiałam, że przy jego umiejętności prowadzenia podwójnego życia, zwodzenia i oszukiwania moje zabiegi trąciły amatorszczyzną, uwierzyłam mu. Z drugiej strony, ryzyko mnie zawsze kręciło. No i widziałam coś, czego da Silva nie widział: za jego plecami powoli, acz zdecydowanie wzdłuż plaży szedł w naszym kierunku mężczyzna. Nie był raczej przypadkowym spacerowiczem, ponieważ trzymał w rękach karabin.

– Albo zakończymy wszystko tutaj, albo wrócisz ze mną i sprawdzimy, czy uda nam się przez jakiś czas razem pracować.

Głos da Silvy był równie opanowany jak jego dłoń na pistolecie.

– Pracować razem? – syknęłam.

Mogłam pomyśleć o wszystkich rzeczach, jakie zrobiłam, zdarzeniach, które mnie tu przywiodły, o tym, kim byłam i kim się stałam. Ale nie pomyślałam.

– No, dalej – odparłam. – Zrób to. Strzelaj.

W chwili, gdy rozległ się strzał, da Silva wyglądał na bardziej zaskoczonego ode mnie, ale trudno się dziwić – drugi raz w ciągu tygodnia ktoś próbował mnie zabić. Jednak kula nie została wystrzelona z caracala da Silvy, który nadal celował w moją klatkę piersiową, tylko zza jego pleców, z plaży. Zachowując pozycję, inspektor powoli odwrócił głowę, aż zobaczył postać u podnóża klifu. Mężczyzna wystrzelił ostrzegawczo w powietrze. Kusiło mnie, by zauważyć, że przynajmniej tamten traktuje sprawę poważnie, ale to nie był odpowiedni moment. Czułam, jak w ostrym, grudniowym powietrzu rozchodzi się zapach prochu.

– Dziewczyna. Zostaw dziewczynę! – krzyknął nieznajomy.

– Umiesz pływać? – syknęłam do mojego niedoszłego zabójcy.

– Prądy – odpowiedział powoli da Silva. – One naprawdę mogą zabić.

– Złap się mnie – poleciłam. – Puść mnie przodem, a potem chwyć się rury.

– A jeśli cię zastrzeli?

– Przed chwilą sam chciałeś to zrobić.

– Dziewczyna! – Mężczyzna wycelował w nas. Da Silva rzucił się w przód, chwycił mnie za ramię, przyciągnął do siebie, a następnie wykonał piruet, zupełnie jakbyśmy tańczyli. Teraz to on miał za plecami falujące morze, a karabin był wymierzony we mnie. Niezbyt korzystna zmiana.

– Powiedziałem: puść ją! – Nieznajomy zbliżał się zaśmieconym brzegiem. Zasłaniając się moim ciałem, z ręką pod moją brodą da Silva zrobił krok w tył, a potem jeszcze jeden. Po kolejnym poczułam, jak rozluźnia uścisk i w końcu mnie puszcza. Natychmiast padłam na beton i w tym samym momencie usłyszałam nad głową świst kuli. Rozległ się plusk, a potem zapadła długa cisza. Odwróciłam głowę. Chwilę wcześniej da Silva powiedział mi, że prądy wykończyłyby mnie w kilka minut, ale jemu udało się dopłynąć do rury. Zaplótł na niej ręce i przykleił do niej obmywane spienionymi falami ciało. Mężczyzna z karabinem zaczął biec wzdłuż plaży. Wiedziałam, że za jakieś dwadzieścia sekund mnie dopadnie, więc nie miałam zbyt wiele czasu do namysłu. Rura znajdowała się naprawdę niedaleko i wystarczyłoby kilka ruchów ramion, bym do niej dotarła. Przetoczyłam się po betonie, wstrzymałam oddech i wpadłam do wody.

Da Silva nie kłamał. Prąd podpowierzchniowy był tak silny, że niemal go słyszałam – gęsty, natarczywy nurt wijący się poniżej dudniącej pod wpływem ciśnienia rury. Zimno zaparłoby mi dech w piersiach, ale prąd zrobił to wcześniej. Puchowa kurtka, teraz przypominająca gruby przemoczony całun, owinęła mi się wokół głowy. Oślepiona solą morską panicznie młóciłam ramionami wodę, szukając punktu zaczepienia, aż w końcu wynurzyłam się na powierzchnię. W chwili, gdy próbowałam się chwycić karbowanej powierzchni rury, kolejny pocisk przeszył powietrze. Zarzuciłam jedną nogę na gumę i otarłam się twarzą o oślizłą powierzchnię. Kołysząc się na falach, zębami ściągnęłam kurtkę z ramienia i wyjęłam prawą rękę z rękawa. Chwyciłam nią rurę i uwolniłam lewą rękę, a wtedy fala uderzyła mnie prosto w twarz i stęchła woda ściągnęła ze mnie w końcu ten cholerny ciuch. Byłam mniejsza niż da Silva, a rura zbyt szeroka, bym mogła się pod nią schronić i nadal oddychać. Musiałam posuwać się wzdłuż niej do połowy wynurzona, podciągając się na rękach. W ten sposób widziałam przynajmniej, co się dzieje, ale pożałowałam tego, gdy zobaczyłam, że nieznajomy z plaży siada okrakiem na rurze w miejscu, gdzie łączyła się ona z platformą, i szykuje się do kolejnego strzału. Po chwili wystrzelił znowu, ale nie celował we mnie. Musiał zejść niżej, więc da Silva zapewne był w wodzie. Mężczyzna z karabinem poruszał się ostrożnie naprzód jak Komancz, ściskając udami grubą gumową kolumnę. Na kołyszącym się tankowcu nie widać było żywego ducha. Czy to tam się zmierzymy? O ile oczywiście dotrzemy na pokład… Nie miałam żadnego narzędzia do obrony poza spinką do włosów schowaną w tylnej kieszeni dżinsów. Włożyłam je zeszłego wieczoru w Wenecji, kiedy byłam jeszcze przekonana, że da Silva chce mnie aresztować pod zarzutem morderstwa. Kiedy życie było jeszcze spokojne. Gdybym miała czas, mogłabym się rozmarzyć.

Była to szpiczasta, dziesięciocentymetrowa spinka typu „krokodylek”, którą można spiąć włosy w kok. Rozprostowałam skostniałe palce i wyciągnęłam ją z kieszeni. Myśl, Judith. Spinka to żadna broń, nawet gdyby facet z karabinem pozwolił mi się zbliżyć. Co prawda wykazał się rycerskością, ale wątpiłam, żeby miał jakieś skrupuły, jeśli chodzi o „szkody uboczne”. Wetknęłam krokodylka między zęby i ruszyłam dalej, rozpaczliwie pokonując kilka kolejnych metrów, a potem nabrałam powietrza i ześliznęłam się bokiem do wody, chwytając rurę nogami i jednocześnie sięgając po spinkę. Z zaciśniętymi powiekami, by chronić oczy przed solą, dotknęłam pod udem sztywnych gumowych fałd, a następnie wbiłam w nie metalowe ostrze krokodylka. Weszło gładko. Z całej siły trzymając się rury, natychmiast wyciągnęłam spinkę.

Sprężona woda wystrzeliła na zewnątrz, gwałtownie zarzucając gumową kolumną w prawo niczym ogonem gigantycznego grzechotnika. Strumień momentalnie wypchnął mnie na powierzchnię, a chwilę później kolejna fala wciągnęła mnie pod wodę. Próbowałam opleść rurę rękami, ale była zbyt gruba i nie miałam żadnego punktu zaczepienia, więc fala znowu buchnęła we mnie i ponownie wepchnęła mnie pod powierzchnię. Po kilku ruchach ramion wynurzyłam się, lecz czułam, że nurt nadal ciągnie mnie w kierunku tryskającego strumienia. Facet z bronią zniknął. Dysząc, przebierałam nogami i odkrztuszałam palącą gardło wodę morską. Tankowiec nadal znajdował się jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie, ale prąd pchał mnie z zatrważającą prędkością w przeciwnym kierunku. Wiedziałam, że nie ma sensu opierać się wodzie. Czułam się wyczerpana i obciążona ubraniami. Pozostało mi tylko dryfowanie. Bezradnie unosiłam się przez chwilę na falach. Pozwoliłam, by głowa opadła mi z powrotem na powierzchnię nieczułej głębi. Zdumiona spostrzegłam, że nie czuję już zimna.

– Hej! Tutaj!

Zastanawiałam się przez chwilę, dlaczego nie słyszę silnika łodzi. Również głos da Silvy niemal całkowicie zagłuszyła pieśń świszczących w mojej głowie kul. Mimo to jego krzyki zmąciły mój dziwny, łagodny spokój. Dlaczego nie rezygnował i po prostu mnie nie zostawił? Pomyślałam, że mogę przynajmniej pozbawić go tej satysfakcji. Przestałam poruszać nogami i ześliznęłam się w otchłań morza.

Kiedy otworzyłam oczy, było ciemno. To znaczy, miałam wrażenie, że jest noc, ponieważ spod czarnych jak węgiel chmur co jakiś czas błyskał sierp księżyca. Obudziło mnie zimno. Moje ciało obleczone w przemoczone, sztywne od soli ubrania drżało, a zęby szczękały jak u nakręcanej zabawki. Leżałam chyba na drewnianym dnie, które boleśnie uderzało mnie w plecy, ilekroć łódka podskoczyła na fali. Szum silnika wwiercał się soplami w moje pulsujące uszy. W poświacie rzucanej przez rząd ledowych świateł na rufie ujrzałam da Silvę siedzącego spokojnie za sterem. Przez chwilę myślałam, że mogę być w piekle – może zostałam skazana na wieczny rejs Styksem w towarzystwie da Silvy? – ale ból w udach i dokuczliwe pragnienie sugerowały, że nadal przebywam w świecie żywych. I nie była to wcale pocieszająca myśl. Gdy próbowałam usiąść, uderzyłam głową w tylną ławkę. Słysząc to, da Silva się odwrócił.

– Czyli nic ci nie jest.

Moja naga prawa ręka była niewygodnie wyciągnięta nad głową. Kiedy spróbowałam nią poruszyć, poczułam jak metal wokół nadgarstka ociera się o mokrą skórę. Da Silva przykuł mnie kajdankami do ławki.

– Obok ciebie stoi butelka wody.

Wyczułam po omacku plastikową szyjkę. Evian smakowała lepiej niż Chateau Lafite rocznik siedemdziesiąty trzeci.

– Ty gnoju – zagaiłam rozmowę.

– Nie rozumiem…

– Ocaliłam ci życie. Tam na plaży! Facet mógł cię zastrzelić. Zastrzeliłby mnie zamiast ciebie!

– Ja też cię uratowałem, prawda?

Musiałam przyznać, że była w tym pewna logika.

– Dokąd płyniemy?

– Zamknij się.

– Zimno mi.

– Zamknij się.

Wyciągnęłam obolałe nogi jak mogłam najdalej, ale między moimi stopami a da Silvą nadal była znaczna przerwa. Wiedziałam, że nawet jeśli uda mi się wykopać go za burtę, skuta kajdankami nie dosięgnę rumpla. A co potem? Nie miałam przy sobie pieniędzy, telefonu ani dokumentów. Gdybym dotarła na ląd – nawet nie miałam pojęcia, jak daleko od niego jesteśmy – mogłabym ewentualnie przejechać autostopem te ponad tysiąc kilometrów do swojego mieszkania w Wenecji. Mieszkania, w którym obecnie znajdowały się zwłoki. Niezbyt zachęcająca perspektywa. Poza tym czułam się okropnie. Mdliło mnie po opiciu się słonej wody, bolały mnie posiniaczone kończyny i w grudniową noc drżałam z wyziębienia w przemoczonych dżinsach i koszulce z krótkim rękawem. Rzucona gdzieś na koniec świata, tkwiłam na łódce ze skorumpowanym włoskim gliniarzem, który – najwyraźniej sam również ścigany – kilka godzin temu zamierzał mnie zabić. Niezłe wakacje.

– Skąd masz łódź?

– Powiedzmy, że pożyczyłem. Z tankowca. Nie miałem czasu, by pytać o pozwolenie, więc ją po prostu odcumowałem.

– Widziałeś, co się stało z naszym przyjacielem?

– Mówiłem ci, że z tymi prądami nie ma żartów. Już nam nie zagraża. A tak na marginesie, chyba kazałem ci się zamknąć?

– Muszę się wysikać – jęknęłam.

– Możesz sikać w spodnie. Nie rozkuję cię.

– Uroczo.

– Miałaś się, kurwa, zamknąć.

Nie miałam nic do roboty, więc zajęłam się obserwowaniem chmur rozciągniętych w mroku jak pajęczyna. Kiedy się znudziłam, przeniosłam wzrok na da Silvę. A gdy i to mnie znużyło, jakimś cudem zasnęłam.

Kolejny raz obudziłam się, słysząc chrobot wyciąganej na brzeg łodzi. Da Silva pochylił się, by mnie rozkuć, subtelnie umieścił kolano na moim brzuchu i oparł się na nim całym ciężarem ciała. Słysząc kroki na piasku, zorientowałam się, że nie jesteśmy sami, chociaż widok przysłaniała mi klatka piersiowa da Silvy.

– Możesz zepchnąć łódź. – Głos włoskiego gliniarza brzmiał spokojnie, ale pod zapachem soli na jego skórze wyczułam woń potu. Bał się. – Wstawaj.

Podniosłam się ostrożnie. Tył łódki nadal znajdował się na wodzie. Poczułam jak czyjeś ręce wsuwają mi się pod pachy i unoszą moje ciało. Wpatrywałam się w ciemność, próbując dostrzec twarz, ale gdy tylko moje stopy dotknęły dna łodzi, ktoś przewiązał mi oczy, szybko i profesjonalnie. Wiedziałam, iż nie ma najmniejszego sensu krzyczeć.

– Wy ją będziecie prowadzić, ja pójdę za wami. – Da Silva mówił po włosku, ale jakimś specyficznym południowym dialektem, który ledwie rozumiałam.

Poczułam, jak dwóch mężczyzn chwyta mnie za łokcie.

– Tędy, signorina. – Mówiący zionął cebulą i rybą. Moje zdrętwiałe z zimna nogi protestowały, gdy chwiejnym krokiem próbowałam wspiąć się po stromym brzegu.

– Chwileczkę. Zatrzymujemy się. – Rybny mówił tonem opanowanym i rzeczowym, jakby przeprowadzał taką akcję już wiele razy. – Teraz wsiądziemy do samochodu. Dobrze. Attenzione alla testa1.

Pod swymi posiniaczonymi plecami poczułam miękką, skórzaną poduszkę. Rybny nachylił się nade mną i zapiął mi pas, podczas gdy samochód osiadł pod ciężarem pozostałych mężczyzn. Zrobiło się ciepło, rozkosznie, kojąco, luksusowo. Gdybym mogła trwać w tym stanie, umarłabym szczęśliwa.

Najpierw próbowałam liczyć sekundy, by się zorientować, jak bardzo oddaliliśmy się od morza, ale szybko przestałam. Wiedziałam, że strategie stosowane w przypadku porwania nie bardzo mi się przydadzą, ponieważ nie było osoby, której by na mnie tak zależało, że porywacze mogliby jej wysłać moje obcięte ucho. Prawdopodobnie wieźli mnie na wieś, w jakieś odludne miejsce, by mnie zastrzelić i wrzucić moje ciało do rowu.

– Czas wysiadać. – Usłyszałam głos da Silvy, gdy ucichł silnik. Powtórzyliśmy niewygodny manewr z dłonią Rybnego na mojej głowie.

– Tutaj.

Lęk ścisnął mnie za serce. Zebrałam resztki sił, by powstrzymać chęć ucieczki. Usłyszałam szczęk klucza w zamku, a potem ktoś popchnął mnie kilka kroków do przodu. Głośny trzask. Mimowolnie zadrżałam, ale to był jedynie odgłos zapalanego światła, które delikatnie rozjaśniło mrok pod opaską na moich oczach.

– Stój w miejscu – rozkazał da Silva. – Kiedy usłyszysz, że drzwi się zamykają, możesz rozwiązać przepaskę, ale nie wcześniej. Okej?

Zmusiłam się do kiwnięcia głową. Ponownie usłyszałam kroki, skrzypienie zawiasów, trzaśnięcie drzwiami. Zapadła cisza zakłócana jedynie brzęczeniem nagiej żarówki.

Pomieszczenie wyglądało jak garaż albo przybudówka: ściany z pustaków, zakurzona, betonowa podłoga, żadnych okien. W jednym rogu leżał brudny, niebieski śpiwór, obok stało plastikowe krzesło ogrodowe, a przy nim wiadro. Na krześle leżała męska koszula oraz złożony z zadziwiającą starannością ręcznik. Obok ujrzałam dwulitrową butelkę wody oraz porcelanowy talerz w kwiaty, a na nim kanapkę i pomarańczę. Nic więcej. Przez kilka minut drżałam pod ścianą, nasłuchując, czy nie wracają. Gdy uznałam, że jestem całkiem sama, rzuciłam się na kanapkę. Wielkimi kęsami pożerałam suche kawałki chleba z szynką, łykami wody przepychając je przez moje podrażnione solą gardło. Kiedy ostatni raz jadłam? Dwa dni temu? Kiedy skończyłam, nabrałam wody w dłoń i obmyłam z soli piekącą twarz, a potem odkleiwszy od nóg mokre dżinsy, ściągnęłam je z siebie i włożyłam koszulę. Pomarańczę zostawiłam sobie na później. Miło będzie czekać na coś smacznego.

Zrobiłam kilka rundek po betonowej podłodze, rozprostowując zmęczone kończyny – ot, i cała rozrywka na ten wieczór. Przez jakiś czas nasłuchiwałam ponownie pod drzwiami, ale niczego nie usłyszałam – ani odgłosu zapalanej zapalniczki, ani stłumionych rozmów, ani niecierpliwego szurania. Po tej stronie nie było klamki. Popchnęłam drzwi i przez moment czekałam na odgłos odryglowywania. Gdziekolwiek byłam, na razie mnie tu zostawili. Usiadłam na podłodze, obrałam pomarańczę i podzieliłam ją na cząstki. Czy karmiliby mnie, gdyby chcieli mnie zabić? A tak w ogóle, to kim oni są? Pewnie kolegami da Silvy, chociaż raczej nie nosili mundurów Guardia di Finanza. Zatęchły śpiwór nie wyglądał zachęcająco, ale wsunęłam się do niego, opatuliłam i zwinęłam w kącie jak larwa. Światło nagiej żarówki rzucało cienie w zakurzonych rogach pomieszczenia.

Rozdarta pomiędzy wyczerpaniem a czujnością na zmianę budziłam się i zasypiałam. Kiedy zapadałam w sen, podświadomość wyświetlała mi przed oczami serię obrazów z ostatnich kilku dni: szkielet Alvina Spencera opadający z trzaskiem na podłogę mojego mieszkania w Wenecji, przesłuchanie przez da Silvę na komisariacie, długą, odbywającą się w ciszy podróż wzdłuż włoskiego wybrzeża. Po przebudzeniu próbowałam zebrać myśli, ale kiedy Cameron Fitzpatrick wszedł przez drzwi ze stertą zakrwawionej bielizny, zdałam sobie sprawę, że nadal jestem pogrążona w gorączkowych majakach. Fitzpatrick nie żył. Wiedziałam o tym, ponieważ zabiłam go kilka lat wcześniej w Rzymie. Da Silva też tam wówczas był. Po chwili zobaczyłam, jak inspektor steruje łodzią pod sennym, czarnym niebem, którego fale zaraz zmieniły się w wodę wypełniającą wannę – zimną, pachnącą migdałami wodę, która łagodnie, bardzo delikatnie ciągnęła mnie w dół…

Obudziło mnie własne chrapliwe sapanie. Leżałam zesztywniała na betonowej podłodze w mdłej poświacie żarówki. Z początku nie miałam pojęcia, czy minęło kilka minut czy dni. Pod drzwiami dostrzegłam ledwie widoczną smugę światła. Przyczołgałam się do niej w śpiworze jak gąsienica, chwyciłam butelkę z wodą i z trudem usiadłam.

Wydawało mi się, że gram w grę, której zasady sama wymyśliłam, a okazało się, że przypadkiem wplątałam się w zupełnie inną. W grę, która zaczęła się dawno temu i której zasad nie znałam.

Wygrzebałam się ze śpiwora, otrząsnęłam się i próbowałam zebrać skołowane myśli.

Słysząc cichutki szmer, zadrżałam. Szczur? Cholera, a może skorpion? Ale to był tylko żuk – wielkości mojego kciuka, z grubym, błyszczącym pancerzem. Obserwowałam przez, jak mi się wydawało, kilka godzin, jak bezsensownie trzepoce skrzydłami o betonowe ściany, aż w końcu padł na podłogę, żałośnie pomachał nogami i chyba zdechł. Ostrożnie pstryknęłam jego kruchy pancerz. Nie poruszył się. Za to ja, co ciekawe, wyraźnie się ożywiłam. Używając papieru, w który była zawinięta kanapka, podniosłam robala, położyłam go na środku podłogi i podarłam na kawałki skórkę pomarańczy. Następnie chwyciłam za pasmo swoich zmatowiałych od soli morskiej włosów i pociągnęłam, aż udało mi się je wyrwać, a potem owinęłam je wokół jednego z kawałków skórki. Oto Judith. Położyłam ją obok żuka. A to będzie da Silva. Romero da Silva. Który cały czas był obok. Da Silva był gliną. Skorumpowanym gliną. Przywiózł mnie tutaj, do Kalabrii. Po co? Ułożyłam kolejne kawałki skórki wokół żuka jak cyfry na tarczy zegara. Po zewnętrznej stronie każdego z kawałków paznokciem napisałam inicjał. To Rupert, mój dawny szef, kierownik działu w londyńskim domu aukcyjnym British Pictures, gdzie kiedyś pracowałam jako stażystka, a potem asystentka. A tutaj – wyryłam kolejną literę – to marszand Cameron Fitzpatrick. Rupert i Fitzpatrick próbowali naciągnąć dom akcyjny, sprzedając falsyfikat. Po tym, jak Rupert mnie zwolnił, ukradłam ten obraz, a następnie zabiłam Fitzpatricka. Usunęłam z okręgu cząstkę skórki oznaczoną „F”. Przy sprzedaży falsyfikatów Fitzpatrick współpracował z włoskim bankiem oraz mężczyzną, którego znałam pod nazwiskiem Moncada. Podpisałam fragment skórki „M” i szybko położyłam obok kolejny kawałek. To Cleret. Renaud Cleret. Kolega da Silvy z policji. Zabiłam go. Pstryknięciem wystrzeliłam skórkę poza krąg.

Co potem? Poczułam się pobudzona, miałam cel. Potem przeprowadziłam się do Wenecji i przybrałam nową tożsamość. Judith Rashleigh zniknęła. Stałam się Elisabeth Teerlinc, kuratorką wystaw i właścicielką galerii Gentileschi. Ostrożnie wyciągnęłam nitkę ze stęchłej koszulki i owinęłam ją wokół skórki Judith. A potem wokół kolejnej, oznaczonej literą „K” – jak Kazbich. Moncada handlował z Kazbichem, który z kolei działał na zlecenie Baleńskiego. Następny kawałek skórki. Kazbich i Baleński wspólnie prali brudne pieniądze pozyskane ze sprzedaży broni i lokowali je w dziełach sztuki. Pstryknięciem wyrzuciłam poza krąg Moncadę i Baleńskiego. Obaj już nie żyją. Kto więc został?

Piórko ze śpiwora oznaczyło kolejną postać: Jermołow. Paweł Jermołow, bogaty rosyjski kolekcjoner sztuki. Kazbich próbował sprzedać mu Caravaggia. A przynajmniej twierdził, że to Caravaggio. Razem z Jermołowem rozpracowałam powiązanie pomiędzy Kazbichem, Moncadą i Baleńskim. Jermołowa zostawiłam w kręgu. Jedyną rzeczą, której do tej pory nie rozumiałam i nie dostrzegałam, była obecność da Silvy, który cały czas czaił się w ciemności. Cały czas mnie obserwował. Mamrotałam nad kupką śmieci jak kapłanka voodoo. „A” – jak Alvin Spencer. Alvin mi po prostu… zawadzał. Błąkający się po świecie sztuki szczyl z kontaktami w domu aukcyjnym, w którym dawniej pracowałam. Trochę za bardzo się mną interesował, dlatego musiał zniknąć. Niestety, jakimś cudem nie całkiem pozbyłam się dowodów. Wzięłam do ręki kawałek skórki i położyłam go obok żuka. Da Silva dowiedział się o Alvinie i udawał, że chce mnie aresztować. Tyle że tego nie zrobił. Leżałam i kontemplowałam ułożone w mozaikę fetysze.

Da Silva chciał, żebym dla niego pracowała. Tak powiedział na plaży. A jeśli nie zechcę? Pewnie łatwiej będzie pozbyć się mnie tutaj niż w Wenecji. Wiedziałam, że z pewnością ma kontakty, znajomych, których może wezwać – takich jak mężczyźni, którzy przywieźli mnie tutaj. Gdziekolwiek jest owo „tutaj”. Mafia. Uznałam, że łatwiej będzie mi się przetoczyć niż wstać, gdyż moje nogi nie były w najlepszej formie, więc podczołgałam się do obierek i ułożyłam je ponownie wokół żuka. Moncada pracował dla mafii. Kazbich i Baleński też mieli z nią powiązania. Da Silva był brakującym ogniwem. Podekscytowana podreptałam ludzikami ze skórek bliżej żuka. Byłam jak dziecko bawiące się figurkami z klocków Lego.

Mieszkając w Wenecji, dowiedziałam się całkiem sporo na temat mafii – na przykład tego, że wielu wpływowych ludzi we Włoszech nadal zaprzecza jej istnieniu. Jedną z takich osób był na przykład arcybiskup Palermo, który jakieś dwadzieścia lat temu był przesłuchiwany w procesie przeciwko mafii i zapytany o to, czym ona jest, odpowiedział, że o ile mu wiadomo, to marka detergentu. A później okazało się, że kościół na Sycylii miał bliskie powiązania z bossami Cosa Nostry. To publiczne zaprzeczenie stanowi najlepszy dowód na to, że mafia do cna przeniknęła włoskie społeczeństwo. Bo jeśli udało jej się zwerbować biskupa, to dlaczego nie policjanta? To by tłumaczyło łatwość, z jaką da Silva zdołał mnie tu przywieźć. Ale skoro miał takie powiązania, to kim był ów zabójca z plaży, którego ciało spływało teraz ku wybrzeżu Apulii? Gdy stanęłam oko w oko z tym pytaniem, mój przemoczony umysł odmówił posłuszeństwa i ponownie zasnęłam, tym razem głęboko. A kiedy się przebudziłam, światło pod drzwiami zdążyło już zniknąć.

Leżałam na boku z głową na śpiworze. Musiałam znowu zasnąć. Była noc i zrobiło się jeszcze zimniej niż wcześniej. Czułam, że w niewidocznym świecie za murami mojego więzienia panuje jeszcze gęstszy i jeszcze łagodniejszy bezruch. Mój wzrok powędrował w kierunku ułożonej przeze mnie i tylko dla mnie zrozumiałej mozaiki. Poza kręgiem leżała kulka z chleba. Podniosłam ją i zaczęłam obracać w palcach, aż zmiękła, a wtedy uformowałam z niej kształt, który miał przypominać maleńkie, pulchne ciałko. Katherine. Moja siostrzyczka Katherine.

W komisariacie w Wenecji przyznałam się do zabicia Alvina Spencera. Cóż innego mogłam zrobić, skoro jego zwłoki siedziały na fotelu w moim mieszkaniu? Nie byłam w stanie się ich pozbyć. A kiedy da Silva zapytał mnie, dlaczego to zrobiłam, do głowy przyszła mi jedynie Katherine. Moja biedna mała siostrzyczka, która utonęła w pachnącej migdałami kąpieli.

Nigdy nie myślałam o Katherine. Nie mogłam sobie na to pozwolić. Ponieważ kiedy to robiłam, wspomnienia zaczynały się mieszać i zacierać, mętne jak woda po dodaniu do niej olejku. Wiesz, co zrobiłaś. Ale to nie była twoja wina. Nie była, prawda? To była wina twojej matki.

Pospiesznie zgarnęłam wszystkie elementy układanki, chwiejnym krokiem przeszłam przez pomieszczenie i wrzuciłam je do służącego za toaletę wiadra. Tam było ich miejsce. Żuk podskoczył obrzydliwie pośród śmieci.

Nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu spędziłam w tym prowizorycznym więzieniu, ale były to chyba trzy dni. Drugi raz obudziłam się, gdy za plecami usłyszałam walenie w drzwi. Głos mówiący po włosku z silnym akcentem, który rozpoznałam jako należący do Rybnego, kazał mi stanąć w rogu twarzą do ściany i zawiązać na oczach przepaskę. Pędem wykonałam polecenie. Potem usłyszałam skrzypnięcie trzech rygli i Rybny wszedł do środka. Nie odezwał się. Słyszałam, jak przechodzi przez pomieszczenie i stawia coś na posadzce, a potem lekkie chlupotanie, gdy zabrał wiadro. Cieszyłam się, że musi to robić, bo to go upokarzało. Drzwi ponownie się otworzyły i zamknęły. Przez tę krótką chwilę próbowałam poczuć zapach spalin albo liści oliwnych, może nawozu lub choćby chleba – czegokolwiek, co mogłoby sugerować, gdzie się znajduję. Ale czułam jedynie woń kurzu. Znowu usłyszałam dźwięk ryglowania i głos Rybnego informujący, że mogę już zdjąć przepaskę z oczu. Podbiegłam do drzwi i zaczęłam nasłuchiwać. Rozpoznałam cichnący odgłos kroków Rybnego, a potem dźwięk odpalanego silnika.

Dostawa składała się z kolejnej butelki wody, paczki wilgotnych chusteczek, jeszcze jednej kanapki z szynką, paczki herbatników z czekoladą, małego, postrzępionego ręcznika, banana i jogurtu truskawkowego. Żadnej łyżeczki. Obmyłam się najlepiej, jak mogłam, i włożyłam z powrotem wilgotne dżinsy, które zaczynały już pachnieć stęchlizną. Nadal owinięta śpiworem zjadłam powoli przyniesiony posiłek, świadomie smakując każdy kęs. Miło by było zapalić, ale uznałam, że krótki detoks mi nie zaszkodzi. Wyczyściłam zęby wilgotną chusteczką i szorstkim wnętrzem skórki od banana.

Ta sama procedura powtórzyła się kolejnego dnia. Część czasu spędziłam, chodząc w tę i z powrotem i dla rozgrzewki robiąc pompki oraz burpees, czyli ćwiczenie łączące przysiad, deskę i wyskok. Plastik z kubka po jogurcie był zbyt cienki, by zrobić z niego jakąś broń, ale pomyślałam, że mogę się zaczaić za drzwiami, zamachnąć się na Rybnego wiadrem i uciec, gdy on będzie ocierał z oczu moje siki. Odgłos jego kroków sugerował, że schodził w dół, a potem skręcał w lewo, w kierunku samochodu, więc mogłam pobiec w prawo. Tylko dokąd? Nawet jeśli Rybny nie miał przy sobie broni, nie było pewności, że jest sam. No i nie miałam też butów, ponieważ tenisówki, które włożyłam w Wenecji, zniknęły w morzu. Panująca wokół cisza wskazywała na to, że znajduję się na odludziu, więc musiałam sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: Jeśli nawet zdołam uciec z tej komórki – czy co to właściwie jest – to jak daleko zdołam dobiec po nierównym terenie ścigana przez jednego lub więcej mężczyzn, z których jeden będzie nieźle wpieniony po kąpieli w gównie? Czy dałabym radę udusić Rybnego przepaską na oczy? Nie byłaby to moja pierwsza próba morderstwa w tym stylu, ale tym razem nie miałabym po swojej stronie ani przewagi siły, ani elementu zaskoczenia. A w porównaniu z Alvinem Spencerem, który zginął w mojej wannie w Wenecji, Rybny na pewno był profesjonalistą.

Mogłam też przywitać Rybnego nago i zaproponować mu rżnięcie w zamian za moją wolność. I bez patrzenia w lustro wiedziałam, że nie wyglądam zachęcająco, ale nawet smrodliwe rżnięcie to nadal rżnięcie, a sam Rybny też nie wyglądał mi na czyścioszka. Uznałam jednak, że nawet gdybym poszła na całość, raczej nie udałoby mi się wypieprzyć go tak skutecznie, by sprzeciwił się da Silvie i mnie wypuścił. A to oznaczało, że plan ten, jakkolwiek zabawny, był jednak do dupy. Zresztą gdyby da Silva planował mnie zabić, już by to zrobił. Czyż nie wspominał, że mam dla niego pracować? Posiadałam więc coś, czego nadal potrzebował, coś, co mogłam zrobić, nawet jeśli wartość tego czegoś liczona była w kanapkach i bananach.

Od zawsze wyznawałam zasadę, że nawet jeśli ktoś postanowi nie być szczęśliwym, to nie ma powodu, dla którego nie mógłby dobrze się bawić, dlatego sprzeciwiałam się tej niewoli w znacznie mniejszym stopniu, niż można by się spodziewać. Jako że nie miałam się czego obawiać, lęk w niczym nie mógł mi pomóc, toteż po prostu postanowiłam go nie odczuwać. Godziny się dłużyły, a ponieważ nie działo się nic nieprzewidzianego, na co musiałabym reagować, zaczęły one na mnie działać wręcz hipnotycznie – i działanie to z każdą chwilą się potęgowało. Efektem było przyjemne otępienie, a nawet spokój. Spałam, wykonywałam ćwiczenia, odmieniałam rosyjskie czasowniki albo rozmyślałam o obrazach. Słyszałam, że aby nie zwariować, więźniowie recytują wiersze lub fragmenty Biblii, ja natomiast odbywałam w wyobraźni spacery po National Gallery, gdzie po raz pierwszy zobaczyłam prawdziwe malarstwo. Najczęściej wracałam pamięcią do jednego dzieła: Aleja w Chantilly Cezanne’a. Podziwiałam je wiele razy. Kompozycja w odcieniach zieleni przedstawia leśną ścieżkę przedzieloną drewnianą barierką; widać suchą ziemię, a w tle niskie, białe budynki na tle jaskrawopomarańczowej kuli wschodzącego lub zachodzącego słońca. Na pierwszy rzut oka obraz wydaje się spokojny, nawet beznamiętny, ale po chwili obserwator dostrzega niezwykłą grę świateł, która została na nim uchwycona tak sprytnie, że liście zdają się poruszać pod wpływem oddechu. Scena wydaje się nieruchoma, a jednak niezmiernie żywa.

2.

Albo caracal przetrwał kąpiel w morzu, albo da Silva celował do mnie z innej broni. Słysząc dźwięk otwieranych drzwi, stanęłam posłusznie w rogu, czekając na Rybnego i następną kulinarną niespodziankę, toteż na dźwięk znajomego głosu aż zadrżałam.

– Możesz już wyjść.

Po kilku dniach spędzonych w świetle nagiej żarówki kolory zimowego krajobrazu zawirowały mi przed oczami jak na obrazie Kandinsky’ego. Kiedy chwiejnym krokiem podeszłam do drzwi, uderzył mnie niezwykły melanż zieleni i złota, błękitu i szarości. Barwy mieniły się w zimowym słońcu na zboczach skalistej kotliny otoczonej smukłymi dębami i niskimi krzewami, całość zaś spowita była w ostrą woń mirtu, kompostu i sosny. Da Silva, który ponownie wystąpił w mundurze, pachniał intensywnie żelem do kąpieli i wodą kolońską, podczas gdy ja byłam boleśnie świadoma swoich matowych, tłustych włosów i nieprzyjemnego zapachu z ust. Nigdzie nie widziałam Rybnego.

– Wesołych świąt. – Da Silva wręczył mi plastikową reklamówkę. – Idź i się przygotuj.

Klarowne powietrze sprawiło, że miejsce, w którym przebywałam, wydało mi się jeszcze bardziej obskurne. Była to komórka z pustaków – zapewne jakiś magazyn – przed którą w rogu podwórza rdzewiała sterta maszyn rolniczych. Miałam wrażenie, że znajdujemy się gdzieś wysoko. Zajrzałam do torby: kolejna butelka z wodą, wilgotne chusteczki, szczoteczka i pasta do zębów, mydło, dezodorant i grzebień. Nie zważając na to, że da Silva stoi za moimi plecami, mierząc do mnie z pistoletu, z trudem odkleiłam od ciała i zdjęłam obrzydliwie brudne dżinsy oraz koszulkę i zaczęłam się myć. Z włosami niewiele mogłam zrobić, ale po odświeżeniu ust miętową pastą i umyciu się mydłem i zimną wodą mineralną poczułam się wspaniale.

– To nie to, do czego przywykłaś.

Inspektor wręczył mi granatowe spodnie od dresu, białą, bawełnianą koszulkę i błyszczącą kurtkę puchową, do tego bieliznę z supermarketu i parę ohydnych, ciemnoczerwonych mokasynów ze sztucznej skóry.

– Wybrałem rozmiar na oko. Poza tym, większość sklepów była zamknięta z powodu świąt. – W głosie da Silvy pobrzmiewała przepraszająca nuta.

– Są w porządku. A spluwę możesz schować, nie będzie ci potrzebna.

– Na wszelki wypadek jeszcze się wstrzymam. Skończyłaś? To chodź. I załóż z powrotem opaskę na oczy.

Wziął mnie pod ramię i wyprowadził na zewnątrz. Trzymał broń wycelowaną w moje serce, które mimo to biło spokojnie. Fascynujące, do czego człowiek może się przyzwyczaić. Gdy stopy z trudem niosły mnie w dół stoku, poczułam dziwną tęsknotę za swoją spokojną celą. Po chwili da Silva obrócił mnie i zdjął mi opaskę z oczu.

– Rety.

Staliśmy na nierówno wybetonowanej drodze, na szczycie klifu. Widok przed nami rozciągał się na wiele kilometrów: najpierw strome, pokryte lasami zbocza, a dalej rozległa równina schodząca do intensywnie niebieskiego morza, którego brzeg zdobiły srebrne plaże.

– Pięknie tutaj. – Dotychczas Kalabria wydawała mi się obskurną norą, ale z tej wysokości autostrady i koszmarne, niedokończone budowle były niewidoczne dla moich wygłodniałych oczu. Da Silva wskazał na lewo.

– Tam się urodziłem. W Siderno.

– I tam właśnie jedziemy?

– Może. Ale najpierw musimy kogoś odwiedzić. Wsiadaj do samochodu. – Lufa pistoletu nadal wbijała mi się między żebra.

Nie pokazuj mu, że się boisz.

– O! Włączy pan syrenę, inspektorze?

– Zamknij się.

– Trzymałeś mnie w zamknięciu przez wiele dni, więc poczułam się trochę samotna. Miło byłoby z kimś pogawędzić.

– Nie wysilaj się. Po drodze możesz sobie pooglądać to.

Podał mi telefon, ale najpierw założył mi kajdanki i zapiął pas. Poczekałam do momentu, aż dotarliśmy do końca krętej, stromej drogi i wjechaliśmy na trasę szybkiego ruchu – wtedy wskazałam leżącą na moich kolanach komórkę. Da Silva zdjął rękę z kierownicy i wcisnął klawisz. Telefon się włączył, a na ekranie pojawiło się zbliżenie siwego mężczyzny z dziurą w tyle głowy i pokaźną ilością mózgu na kołnierzyku. To nieco utrudniało identyfikację, ale kolejne zdjęcie przedstawiające to samo ciało leżące twarzą na biurku, z widoczną w tle udrapowaną zasłoną z czerwonego aksamitu, potwierdziło moje przypuszczenia: patrzyłam na zwłoki Ivana Kazbicha.

Poznałam Kazbicha latem, kiedy przyszedł do mojej weneckiej galerii z prośbą o wycenę prac należących do Pawła Jermołowa, rosyjskiego kolekcjonera sztuki. To właśnie powiązania da Silvy z Kazbichem tak bezowocnie szukałam przez ostatnie miesiące. Wycena obrazów była ściemą. Kazbich oszukiwał Jermołowa i konsekwencje jego działania widać było na załączonym obrazku: marszand został zabity w swojej galerii w Belgradzie strzałem w tył głowy. Jak zdrajca, którym zresztą był. Jermołow obiecał mi, że się tym zajmie.

Szybko przewinęłam kilka zdjęć martwego ciała, by da Silva mógł zauważyć mój brak zainteresowania.

– I co? – zapytał.

– Kazbich nie żyje. Mam się przejmować? – Zamilkłam na chwilę, a potem dodałam. – Uważasz, że będziesz następny? Stąd ta scena na plaży?

– Mów dalej – rzucił da Silva. Wyglądał na rozbawionego.

– Pod przykrywką handlu dziełami sztuki razem z Kazbichem handlujecie, a raczej handlowaliście bronią. Kazbich próbował naciągnąć Jermołowa na grubą kasę, a teraz nie żyje. Pojawia się pytanie… – zamilkłam, przypomniawszy sobie kolaż, który ułożyłam na podłodze swej celi. – Do czego Kazbich potrzebował pieniędzy Jermołowa? Najwyraźniej miał u kogoś dług. I ten ktoś chce go odzyskać, a teraz jedyną osobą, która może go uregulować, jesteś ty.

– Bardzo dobrze.

Czułam się idiotycznie zadowolona – jak pilna uczennica, która właśnie wyrecytowała zadany materiał. Dlaczego w ogóle przejmowałam się pochwałą skorumpowanego gliniarza? Czyżbym nabawiła się syndromu sztokholmskiego?

– A komu jestem winien te pieniądze? – zapytał da Silva. – Zakładając, że masz rację. Kto twoim zdaniem przysłał mi te zdjęcia?

– A dlaczego miałoby mnie to w ogóle obchodzić?

– Dejan Raznatović.

– Aha.

Raznatović był dostawcą broni, ostatnim ogniwem całego przekrętu. Znalazłam go w Belgradzie i wydawało mi się, że nasze spotkanie w jego rezydencji poszło fantastycznie, ale jego euforia po seksie najwyraźniej już dawno opadła. Tak by przynajmniej sugerowało zachowanie faceta na plaży.

– A więc Raznatović wysłał Kolesia z Giwerą, by cię sprzątnął? Zapomniał o Kazbichu? O kasie?

Da Silva wzruszył ramionami.

– I tak, i nie. Co do pana Raznatovicia, to w kilku kwestiach nie możemy się dogadać. Powiedzmy, że musiałem się z tobą pilnie zobaczyć w Wenecji.

– Chyba nie tak pilnie, skoro trzymałeś mnie trzy dni na diecie, karmiąc panino2.

– Przepraszam, musiałem mieć pewność, że jesteś bezpieczna.

– Bezpieczna?

– Obawiałem się Raznatovicia. Zobaczysz, co mam na myśli. Sprawy się już wyjaśniły. Czy teraz możesz się w końcu zamknąć? – Da Silva umilkł, po czym otworzył okno i zapalił papierosa.

Tym razem nie wypowiedział ostatniego zdania ostrym tonem. Zaproponował mi szluga, ale chociaż potwornie chciało mi się palić, grzecznie podziękowałam. Odór fajek w samochodzie przypomina mi matkę.

Jechaliśmy wzdłuż wybrzeża – po prawej mieliśmy świecące nad morzem słońce, a po lewej ciąg pustych, zaniedbanych domów przeznaczonych na wynajem dla turystów. Światło odbijało się od wody, nadając powietrzu srebrzysty blask. Oddychałam pełną piersią, rozkoszując się chłodem na czystej wreszcie twarzy. W zasadzie byłam w całkiem niezłym nastroju. Zaledwie kilka dni wcześniej myślałam, że czeka mnie długi pobyt w więzieniu, co na razie nie nastąpiło, a do tego przez ostatnie siedemdziesiąt dwie godziny nikt nie próbował mnie zastrzelić. Co prawda byłam bezrobotna, bezdomna i skuta kajdankami, ale to znaczyło, że może być tylko lepiej. Najważniejsze to myśleć pozytywnie.

Minęliśmy Siderno i jechaliśmy jeszcze przez jakieś czterdzieści minut. Co kilkaset metrów stały kobiety – pojedynczo, parami albo w trzyosobowych grupach czekały w zasięgu wzroku kierowców z rzadka przejeżdżających samochodów. Wszystkie były Afrykankami, przeważnie młodymi, i pomimo grudniowej temperatury miały na sobie jaskrawe, obcisłe sukienki mini albo króciutkie szorty i odsłaniające brzuch bluzeczki. Niektóre siedziały na plastikowych krzesłach, paliły papierosy, gawędziły lub bawiły się telefonami, inne przechadzały się i ze wzrokiem utkwionym daleko w autostradzie pozowały przed nadjeżdżającymi samochodami. Jedna z kobiet ubrana była w czapkę Świętego Mikołaja i czerwoną, satynową, super krótką spódniczkę wykończoną sztucznym, białym futerkiem.

– Co to za dziewczyny?

Przydrożne prostytutki to znajomy widok na obrzeżach włoskich miast, ale nigdy nie widziałam ich tak wielu.

– Niedaleko stąd jest obóz. Capo Rizzuto.

W takim razie te kobiety były uchodźczyniami. Ubiegały się o azyl.

Da Silva zwolnił i zatrzymał się na pasie awaryjnym.

– Wysiadaj.

– W tym stroju raczej mi się nie poszczęści.

– Siadaj z tyłu. Wjeżdżamy do środka, okej? Nie musisz nic mówić.

Włożył pistolet do kabury i pomógł mi usiąść na tylnym siedzeniu.

Włączyliśmy się do ruchu i pojechaliśmy kawałek dalej, aż do bramy strzeżonej przez dwóch mężczyzn w mundurach Guardia di Finanza. Wartownicy zasalutowali, a my minęliśmy kompleks brązowych, betonowych budynków biurowych i wjechaliśmy na otwarte pole z pasem startowym i zwisającym wiatrowskazem. Na lądowisku stał granatowy, rządowy helikopter. Gdy podjechaliśmy, jego śmigła zaczęły się obracać. Kolejny funkcjonariusz podbiegł i otworzył da Silvie drzwi, a potem we dwóch podprowadzili mnie do śmigłowca i wepchnęli na siedzenie obok czekającego pilota, który nie zaszczycił mnie nawet przelotnym spojrzeniem. Mundurowy zapiął mi uprząż i zdjął kajdanki, po czym da Silva wgramolił się do środka i usiadł obok mnie. Przed startem dostaliśmy słuchawki, a funkcjonariusz podał pilotowi i da Silvie plik dokumentów do podpisania.

Wiedziałam, że lepiej nie pytać, dokąd lecimy. Inspektor prowadził nad moją głową rozmowę z pilotem, ale słyszałam jedynie stłumiony warkot silnika. Wystartowaliśmy, skręciliśmy nad niskimi wzgórzami, a potem śmigłowiec zatoczył łuk i ruszył w kierunku morza. Postanowiłam, że spróbuję uwolnić się od natłoku pytań i pomyśleć o czymś przyjemnym. Moja koleżanka Carlotta, imprezowiczka, której udało się usidlić staruszka-miliardera, dała mi kilka przydatnych rad – na przykład tę, żeby zawsze latać prywatnymi samolotami.

Nie miałam zegarka, ale oszacowałam, że byliśmy w powietrzu jakieś trzy godziny. W tym czasie mieliśmy jedno międzylądowanie – w miejscu, które wyglądało na bazę wojskową. Tam zażenowany młody oficer zaprowadził mnie skutą do łazienki, a potem wręczył mi butelkę z wodą, którą opróżniłam, obserwując tankowanie śmigłowca. Po starcie ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża, a potem odbiliśmy w kierunku morza. Po jakimś czasie znów pojawiła się pod nami linia brzegowa, pilot zniżył lot i ponownie zaczął rozmawiać przez radio, przygotowując się do lądowania. Przelecieliśmy nisko nad wieżowcami, których balkony opadały kaskadowo, a znajdujące się na nich anteny telewizyjne wyglądały jak zwariowane, wymyślne kapelusze, i pilot posadził maszynę na dachu oznaczonym wielką literą „H”. Kilku mężczyzn w mundurach podbiegło do śmigłowca, schylając irracjonalnie głowy na widok kręcącego się śmigła. Da Silva pomógł mi wysiąść i kiedy tylko stanęłam na lądowisku, zakuł mnie ponownie w kajdanki. Następnie ruszyłam za nim ze spuszczoną głową, on zaś poprowadził mnie przez drzwi, schodami piętro w dół, a potem do obskurnej, wyłożonej blachą windy, która zawiozła nas do podziemnego garażu, gdzie czekało czarne BMW z kierowcą. Inspektor odezwał się dopiero w chwili, gdy oboje usiedliśmy na tylnym siedzeniu – i zrobił to po angielsku.

– Dobrze się czujesz? Nie mdli cię?

– W porządku. Dlaczego przywiozłeś mnie do Albanii?

– Skąd wiesz, że jesteśmy w Albanii?

– Cóż, wystartowaliśmy z Włoch i polecieliśmy na wschód. Maksymalny zasięg Breda nardi NH500 to dwieście sześćdziesiąt trzy kilometry, więc musieliśmy go po drodze zatankować. Inne kraje są za daleko. Poza tym mówisz po angielsku. Wielu Albańczyków zna włoski, więc angielski jest bezpieczniejszy.

Da Silva wyglądał na lekko zaniepokojonego, ale nie miałam zamiaru dać mu satysfakcji i wytłumaczyć, skąd mam taką wiedzę. Prawdę mówiąc, wiedziałam, jakimi śmigłowcami lata Guardia tylko dlatego, że kiedy szukałam informacji na temat skradzionego caracala, tego samego, który miał teraz przy sobie da Silva, dowiedziałam się co nieco na temat wyposażenia włoskich służb. Pomyślałam, że przyda mi się umiejętność rozpoznawania włoskich policjantów, nawet w cywilu, po standardowym uzbrojeniu, a pamięć mam bardzo dobrą. W teleturniejach byłabym bezkonkurencyjna. Podejrzewałam, że w swoim czasie dowiem się, co do cholery robimy w Albanii, ale już teraz coś mi mówiło, że nie jest to oficjalna wizyta, mimo iż da Silva odbywa ją w godzinach pracy.

– Możesz mi więc powiedzieć, gdzie jesteśmy – dodałam radośnie.

– Miejsce nazywa się Durres – odparł inspektor. Po moim wystąpieniu w stylu komisarza Montalbano nie był już tak pewny siebie.

– Dobra – dodał po chwili, sięgając do kajdanek. – Już nam nie będą potrzebne.

Mogło mi się wydawać, ale odniosłam wrażenie, że odrobinę za długo przytrzymał kciuk po wewnętrznej stronie mojego nadgarstka, masując miejsce, gdzie metal wpił mi się lekko w ciało. Wyjrzałam przez okno. Durres poza sezonem wyglądało tak, że w porównaniu z nim Kalabria wydawała się tropikalnym rajem. Samochód podskakiwał na krętych, wyboistych uliczkach pełnych kobiet w brudnych, nylonowych burnusach. Biedaczki pchały dziecięce lub zakupowe wózki, lawirując między obskurnymi stoiskami z jedzeniem i otwartymi studzienkami kanalizacyjnymi. Zauważyłam też nadzwyczajną liczbę bezpańskich psów przemykających nieustraszenie pomiędzy kłębiącymi się na ulicach pojazdami. Chociaż na zimowym niebie nie było chmur, światło słoneczne wydawało się zamglone i z trudem przedzierało się pomiędzy chwiejącymi się wieżami bloków mieszkalnych, których ostatnie piętra spowijał smog. Na twarzy da Silvy, który najwyraźniej bywał tu wcześniej, malowała się niewzruszona obojętność – nawet wtedy, gdy zatrzymaliśmy się na światłach i zupełnie nagi żebrak, odziany jedynie w zarzucony na ramiona kwiecisty obrus, zastukał nam w tylną szybę. Kierowca wysunął głowę i krzyknął coś na temat prowadzenia się matki bezdomnego, a ten odszedł, powłócząc nogami.

W końcu wyjechaliśmy z miasta i ruszyliśmy nowiutką ekspresówką. Ruch na niej był mniejszy, ale kierowcy zdawali się traktować wszystkie sześć pasów jak prywatny tor wyścigowy. Zamknęłam oczy, gdy ogromna ciężarówka pojawiła się nagle przed nami i dopiero w ostatniej sekundzie zjechała na przeciwny pas ruchu. Da Silva poklepał mnie po ramieniu.

– Szaleństwo, co? A mówi się, że Włosi są agresywnymi kierowcami. Powinnaś zobaczyć drogę do Tirany. Jest dosłownie zasłana ciałami.

– Dzięki, cudowna wizja.

Celem naszej podróży była wielka willa w brzoskwiniowym kolorze, do której podjeżdżało się prosto z drogi. Kiedy minęliśmy elektrycznie sterowaną, zwieńczoną drutem kolczastym bramę, chudy mężczyzna z wydatnym brzuszkiem skrytym pod fioletową koszulą i beżową kaszmirową marynarką przytruchtał ochoczo do samochodu. Przywitał inspektora wylewnie po włosku, czemu towarzyszyło intensywne potrząsanie rąk i klepanie po plecach, ale w jego podkrążonych, szarawych oczach dostrzegłam nieufność. Otworzył mi drzwi i elegancko, acz przelotnie skinął mi głową, obserwując za moimi plecami da Silvę. Czyżby myślał, że jestem jego dziewczyną?

– To pani Teerlinc. – Policjant użył mojego fałszywego nazwiska, symbolizującego życie, którego, jak mi się naiwnie wydawało, zawsze pragnęłam.

– Buongiorno, signorina – przywitał się formalnie mężczyzna.

Cieszyłam się, że nie musimy podawać sobie rąk. Jego byłaby z pewnością tak samo lepka jak spocone ze zdenerwowania czoło.

– Wszystko gotowe? – zapytał obcesowo da Silva.

– Certo, certo, tutto a posto!3

W kąciku ust nieznajomego mężczyzny dostrzegłam zaschniętą ślinę. Był naprawdę nakręcony.

Da Silva zamienił parę słów z kierowcą, który po chwili odjechał samochodem za budynek, my zaś we trójkę ruszyliśmy wręcz pedantycznie wybrukowaną ścieżką do obszernego, otoczonego murem dziedzińca. W jednym rogu stała huśtawka dla dzieci, a pośrodku fontanna z plastikowym łabędziem. Resztę dekoracji stanowiły: plastikowy stolik z krzesłami, kilka starych mercedesów oraz klęczący mężczyzna z rękami wykręconymi na plecach przez dwóch łysych, wytatuowanych wykidajłów w dżinsach. Kiedy mężczyzna zobaczył da Silvę, zaczął błagalnie krzyczeć, próbując wyjaśnić po włosku, że zaszła pomyłka, że to nie jego wina, że on nigdy… Jakby tłumaczeniem mógł zyskać na czasie. Nie dowiedziałam się, czego nigdy nie zrobił, gdyż inspektor wyminął mnie szybko, wyciągając po drodze broń, i trzykrotnie strzelił tamtemu w pierś.

Gospodarz przeżegnał się ostentacyjnie i skinął da Silvie głową. Ciało zabitego, którego serce przeżyło kilka sekund dłużej niż mózg, osunęło się na ziemię pomiędzy ponurymi ochroniarzami, bryzgając na asfalt krwią. Czułam przyprawiający o mdłości, żelazisty zapach krwi i woń prochu na dłoni da Silvy, który prowadził mnie teraz do domu. Patrząc na jego twarz, można by pomyśleć, że przed chwilą strzepnął szczyptę popiołu ze spodni swojego munduru.

Wyczułam między nami delikatne, niewidzialne przyciąganie, gdyż w tym samym momencie oboje bez słowa uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy ulepieni z jednej gliny.

Zerknęłam przez ramię i zobaczyłam, jak osiłki ładują ciało do obszernego bagażnika jednego z samochodów. Chudy mężczyzna pojawił się u mego boku. Jego ziemista twarz była blada i zroszona potem. Wyglądał, jakby za chwilę miał zwymiotować, ale zmusił się do uśmiechu.

– Proszę tędy, signorina – oznajmił chrapliwie. – Lunch jest gotowy.

3.

– Nie chcę żadnego lunchu.

Tak naprawdę umierałam z głodu, gdyż ostatnim moim posiłkiem była sucha bułka, którą zjadłam poprzedniego wieczoru, ale ta cała wyprawa zaczynała mnie wkurzać. Jednak paradoksalnie, pomimo tego, co właśnie zobaczyłam, resztki wzbudzonego na nowo lęku przed da Silvą ulotniły się wraz z zapachem prochu z dziewięciomilimetrowego naboju. Nie pierwszy raz widziałam przecież zwłoki. Gdyby da Silva naprawdę wiedział o mnie tyle, ile sugerował, że wie, bardziej by się przyłożył, by mnie zszokować i przestraszyć. Znudziło mnie już bycie przerzucaną z miejsca na miejsce jak jakaś paczka i niezależnie od tego, czego inspektor od mnie chciał, byłam gotowa zmierzyć się z tym i wypieprzyć go z mojego życia. A właściwie tego, co z tego życia zostało. Odsunęłam się od obu mężczyzn i zwróciłam do da Silvy.

– Czego chcesz, inspektorze? – zapytałam po angielsku. – Wyjaśnij mi, czego dokładnie ode mnie chcesz. Bo naprawdę mam gdzieś gościnność twojego przyjaciela i ten mały teatrzyk, który właśnie odstawiłeś. Jasne? Powiedz mi i już.

Da Silva wzruszył ramionami.

– W porządku. Po prostu myślałem, że możesz być głodna. W takim razie chodź ze mną.

– Nie. Ta gówniana scenka miała mnie przestraszyć?

Drugi mężczyzna majstrował nerwowo przy zastawie dla trzech osób przygotowanej na bogato zdobionym, mahoniowym stole ze szklanym blatem i udawał, że nie zwraca na nas uwagi. Wzięłam oddech i ściszyłam głos.

– Nie wiozłeś mnie taki szmat drogi, bym została świadkiem zabójstwa. Więc o co chodzi?

Na twarzy inspektora pojawiło się pełne znużenia rozbawienie, co spowodowało, że nagle gorąco zapragnęłam złamać mu jego kształtny nos.

– Nie wszystko zawsze kręci się wokół ciebie. To była wiadomość. Nie dla ciebie. Pójdziesz wreszcie ze mną? Pan Raznatović nie będzie czekał cały dzień.

– Jest tutaj?

– Cóż, miałaś rację: nie wiozłem cię taki szmat drogi, byś zobaczyła, jak kogoś zabijam. Proszę.

Podłużne pokoje willi umeblowano ohydnymi podróbkami antyków, przy czym stylizacja ta nie obejmowała podłóg, które, podobnie jak poplamione krwią podwórze, wylano z betonu. Da Silva poprowadził mnie obok stołu do salonu z wielkim, płaskim telewizorem, a następnie do pomieszczenia, które mogłoby być sypialnią, gdyby zawierało coś więcej niż trzy składane krzesła. Jedno z nich zajmowała potężna postać Dejana Raznatovicia.

Na jego widok boleśnie uświadomiłam sobie trzy rzeczy: że w pokoju jest przenikliwie zimno, że moje włosy są w tragicznym stanie i że gdyby tylko Raznatović wyciągnął rękę, mógłby zrobić sobie z mojego kręgosłupa naszyjnik.

– Mniemam, że już się znacie – zagaił da Silva, najwyraźniej przekonany, że wykazał się niezwykłym dowcipem.

Spojrzałam na niego obojętnie i usiadłam na jednym z krzeseł naprzeciwko Raznatovicia. Nasze ostatnie spotkanie było zbyt krótkie, bym formalnie mogła nazwać Serba swoim kochankiem, ale kiedy zobaczyłam jego ostre rysy i niemożliwie szerokie ramiona, poczułam ukłucie pożądania. Był wyjątkowo szczodrze obdarzonym przez naturę i utalentowanym mężczyzną. Nie wyglądał na ucieszonego moim widokiem, choć z drugiej strony pomyślałam, że gdyby był bardzo niezadowolony, nie ryzykowałby aresztowania na mocy różnych europejskich umów o ekstradycję, by się ze mną zobaczyć. Kazałby mnie po prostu zabić – jak mężczyznę na podwórzu.

– Pani Teerlinc… – zaczął.

– Cześć, Dejanie. Wspominałam ci chyba, że możesz mówić mi Judith.

– W takim razie… Witaj, Judith. Przejdziemy od razu do rzeczy? Wtedy, w Belgradzie, niestety mnie okłamałaś. Przekazałem twoją wiadomość Ivanowi Kazbichowi pod warunkiem, że tak jak to podobno planowałaś, zwrócisz… znany nam przedmiot. Obiecałaś, że przekażesz go mocodawcy pana Kazbicha w Szwajcarii. Jednak okazuje się, że pana Kazbicha nie ma już wśród nas, a przedmiot zaginął. Gdzie on jest?

„Przedmiotem” był pomysłowo wykonany rysunek na płótnie, rzekomy Caravaggio. Kazbich usiłował sprzedać go Pawłowi Jermołowowi, ale pomieszałam mu szyki. Miałam chyba do tego talent.

– Można powiedzieć, że go wyrzuciłam. A przynajmniej to, co z niego zostało. Był bezwartościowy, o czym bez wątpienia dobrze wiesz.

– W rzeczy samej. Tak czy inaczej, był bardzo przydatny. Przysporzyłaś mi wielu kłopotów. Prawdę mówiąc, gdyby nie pan inspektor – Raznatović spojrzał na da Silvę, który siedział obok mnie – mogłabyś skończyć jak pan Kazbich. Ale inspektor zaproponował lepsze rozwiązanie.

– Czego chcecie? – Zadawanie tego pytania zaczynało mnie szczerze nudzić.

– Kiedy przedmiot zniknął, zwróciłem się do pana da Silvy. Wiedział o tobie kilka rzeczy, o których ja nie miałem pojęcia, i jednomyślnie… Chyba tak się mówi? Tak, jednomyślnie uznaliśmy, że możesz pomóc nam obu wywiązać się ze wspólnego zobowiązania.

– Tak, a jeśli odmówię, to mnie zabijecie. Stara śpiewka.

Prawdę mówiąc, nie chciałam umierać. Nie miałam też ochoty rehabilitować się za podłe uczynki, spędzając resztę życia na pomaganiu trędowatym, ale naprawdę nie chciałam umierać. Ale ponieważ jeszcze nie zginęłam, wiedziałam, że dwóch siedzących przede mną mężczyzn nic w tym kierunku nie zrobi. Przynajmniej na razie. Próbowali mnie tylko zastraszyć, a ja zawsze źle na to reagowałam.

– Oczywiście – przytaknął Dejan. – Ale nie od razu. Najpierw zabijemy twoją matkę. Proszę, pokaż jej zdjęcia.

Da Silva wyjął swój telefon, wyszukał fotografie i podał mi komórkę. Rzeczywiście, była na nich moja matka. Wchodziła do pubu na naszym starym osiedlu. Chyba powinnam być wdzięczna, że nie sfotografowali jej, jak z niego wychodziła. Na kolejnym ujęciu matka pchała wózek w supermarkecie. Miała na sobie kurtkę, którą przysłałam jej z Włoch na ostatnie urodziny – granatową dwurzędową kurtkę marynarską z woskowanego lnu od MaxMary. Wiedziałam, że uzna ją pewnie za nudną, ale chciałam, by wyglądała bardziej elegancko. Zdziwiłam się, że w ogóle ją nosi. Ostatnie zdjęcie zrobiono przez okno kawiarni, gdzie piła cappuccino ze swoją przyjaciółką Mandy. Nigdy do końca nie przebolałam faktu, że cappuccino dotarło do Liverpoolu. Tym razem kurtkę marynarską zastąpiła ciężka kurtka ze sztucznego futra na zimniejszą pogodę, ale na wypadek, gdybym miała wątpliwości, kiedy zrobiono zdjęcia, szpieg Dejana umieścił na drugim planie egzemplarz „Mirrora” z aktualną datą. Delikatnie dotknęłam ekranu, a potem podniosłam wzrok i spojrzałam w głębokie, ciemne oczy Raznatovicia. Ostatnio miałam okazję kilka razy spojrzeć w wylot lufy, ale te oczy były o wiele bardziej przerażające. Chciałam odpędzić od siebie lęk, ale odkryłam, że się nie boję. W tym przypadku Dejan nie miał nade mną przewagi. Wszystko, co miałam kiedyś do stracenia, dawno straciłam. Wszystko oprócz własnego życia.

– Wiem tylko, że jesteś w stanie dotrzeć do mojej matki. Ale to, że potrafisz wysłać swojego zbira samolotem do Anglii, nie robi na mnie żadnego wrażenia. Mówiłam ci: stara śpiewka. Nie obchodzi mnie, czy zabijecie moją matkę. Mam to gdzieś.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ultima Domina Maestra 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer