Głód zabijania

Głód zabijania

Autorzy: Alice Blanchard

Wydawnictwo: HarperCollins

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.99 zł

Kiedy już raz wejdziesz w mrok, mrok wejdzie w ciebie

Samobójstwo pacjenta to dla każdego psychoterapeuty zawodowa klęska. Dla doktor Kate Wolf tym boleśniejsza, że przywołuje wspomnienia, od których od dawna próbuje się uwolnić. Mimo upływu szesnastu lat wciąż wini się za śmierć młodszej siostry, zamordowanej z wyjątkowym okrucieństwem. Teraz straciła pacjentkę, chociaż była pewna, że terapia miała na Nikki zbawienny wpływ.

 Rozmowa z detektywem badającym śmierć Nikki McCormack rzuca nowe światło na sprawę. Dodając dwa do dwóch Kate zaczyna wątpić, czy jej siostrę zabił człowiek skazany za morderstwo i czy Nikki naprawdę popełniła samobójstwo. Jeżeli jej podejrzenia są słuszne, morderca uderzy po raz kolejny, bo napędza go głód zabijania, a ukojenie przynoszą mu jedynie cierpienie i śmierć wybranych ofiar.

Alice Blanchard

GŁÓD ZABIJANIA

Tłumaczenie:

Ewa Godycka

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

W progu stanęła pacjentka umówiona z doktor Kate Wolfe na piętnastą. Miała na sobie niewiarygodnie krótką minispódniczkę, jasnoniebieską koszulkę, podkolanówki w szkocką kratę i masywne buty na platformie. Piętnastoletnia Nikki McCormack cierpiała na chorobę dwubiegunową. Uważała, że jest centrum wszechświata. Żyła w świecie, który sama sobie stworzyła.

– Cześć, Nikki – powiedziała ciepło Kate. – Wejdź.

Nastolatka postąpiła trzy małe kroczki do przodu i rozejrzała się po obszernym gabinecie, jakby go nie poznawała. Wszystko to stanowiło część rytuału. Nikki zatrzymała wzrok na grafitowym dywanie, błękitnoszarych ścianach, na dyplomach Kate, jej obrotowym fotelu i dużym dębowym biurku, jakby coś podczas jej nieobecności mogło się tu zmienić. Przychodziła na terapię już od siedmiu miesięcy, a jedyną rzeczą, jaka się zmieniała, była aura za oknem – pochmurna, słoneczna czy jaka tam jeszcze – ale Nikki chciała, by to miejsce wyglądało zawsze tak samo. Jeszcze jedno dziwactwo wynikające z jej choroby.

– Hmm – mruknęła dziewczyna, wsuwając palec wskazujący między błyszczące wargi.

– Hmm dobrze czy hmm źle?

– Po prostu hmm.

Okej, dziś będzie kolejny taki dzień.

Wszystkie prognozy pogody zapowiadały opady śniegu. Według jednych miały być większe, według innych mniejsze. Był luty, w Bostonie panowała ostra zima, jednak Nikki nie ubrała się odpowiednio do pogody. Swoim strojem chciała wywrzeć wrażenie. Oprócz kusej spódniczki miała na sobie cienką winylową kurteczkę i czerwoną jedwabną apaszkę, za to nie miała rękawiczek ani legginsów, w ogóle żadnych innych warstw ubrania. Jej blade szczupłe ciało pokrywała gęsia skórka, sutki prześwitywały przez cieniutką koszulkę. Kate wiedziała jednak, że nie należy poruszać tematu ubierania się odpowiednio do pogody. Nikki mogłaby wypaść z pokoju jak burza, co zdarzyło się już nieraz, więc tego rodzaju uwaga przyniosłaby efekt przeciwny do zamierzonego. Kate zignorowała swój instynkt macierzyński i nie spuszczała wzroku z oczu Nikki – błękitnych, zdradzających błyskotliwą inteligencję.

– Usiądź.

Nikki wahała się. Kate stwierdziła, że emocje przebiegają po jej twarzy niczym informacje na pasku na Times Square – ta dziewczyna wątpiła, by ktokolwiek mógł powitać ją z otwartymi ramionami. Nie czuła się kochana. Uważała, że ludzie się z niej śmieją. Kate ze smutkiem skonstatowała, że ta inteligentna, zdrowa i obiecująca młoda osoba ma bardzo niskie poczucie własnej wartości. Było to bardziej niż niepokojące.

– Czekałam na ciebie. – Kate namawiała ją do wejścia tonem, jakim ludzie zwracają się do kotka. – Usiądź, Nikki.

Dziewczyna weszła do gabinetu z niezdarną godnością nastolatki, usiadła w skórzanym fotelu o barwie karmelowej i skrzyżowała chude nogi. Masywne buty na koturnie wyglądały na nich śmiesznie, na śniegu były zapewne niebezpieczne. Wszystkie palce u rąk Nikki zdobiły emaliowane pierścionki, na szyi widniał cienki złoty łańcuszek. Miała mocny makijaż: jej skrzywione w sceptycznym wyrazie wargi były grubo pomalowane brzoskwiniową szminką, a rzęsy tuszem.

Poruszała się w czarująco niezgrabny sposób, ale Kate dostrzegła w niej coś niepokojąco pasywno-agresywnego.

– No to – zaczęła Kate – jak się masz?

Dziewczyna była rozkojarzona. Studiowała wzrokiem oprawione w ramki reprodukcje dzieł sztuki, przeładowany pojemnik na papiery stojący na biurku, wreszcie samą Kate.

– No, okej. Więc zastanawiałam się, jak pani radzi sobie z pacjentami i całą resztą.

– Z pacjentami? – powtórzyła Kate.

– No bo… my jesteśmy tacy zakręceni. Jak pani daje sobie radę? I to tak dzień po dniu? Bo siedzi pani tu i wysłuchuje, jak jęczymy, narzekamy, biadolimy. Jak pani sobie z tym wszystkim radzi?

Kate uśmiechnęła się. Dopiero niedawno rozpoczęła praktykę. Jej oprawione w ramki dyplomy zajmowały niespełna metr szerokości ściany za biurkiem. Zrobiła magisterium z psychiatrii i neurobiologii na Uniwersytecie Bostońskim oraz doktorat z nauk medycznych na Harvardzie. Na półkach regału z brzozy stały dziesiątki pism naukowych zawierających artykuły, których była współautorką. Na jej biurku leżała biblia psychiatrów, DSM-V, piąta edycja klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, do której nieustannie sięgała[1].

– A konkretnie z czym?

– Ze stresem? Z tym, że musi się pani spotykać z nami wariatami?

– No cóż, po pierwsze nie uważam swoich pacjentów za „wariatów”. Każdy z nas ze stresem radzi sobie inaczej. Ja na przykład, żeby uwolnić się od stresu, biegam, wędruję po górach albo wspinam się na skały.

– Serio? – Dziewczyna przewróciła oczami. – Jakoś nie wyobrażam sobie pani w maratonie bostońskim albo w czymś podobnym, pani doktor.

– A czy ja użyłam słowa maraton? Nie, maratony to nie dla mnie. – Kate zaśmiała się. – Ale ćwiczenia fizyczne redukują stres. – Tylko trochę bagatelizowała temat. W istocie uwielbiała bieganie, wędrówki i wspinaczkę skałkową. Te czynności przynosiły jej największą ulgę, oprócz spania ze swoim chłopakiem.

– Dlaczego więc została pani psychiatrą? – zapytała Nikki, zmieniając temat.

– To był długi proces. Zrobiłam magisterium i doktorat, potem odbyłam staż, rezydenturę i dostałam etat naukowo-dydaktyczny. Wreszcie, w zeszłym roku, zaczęłam spotykać się z prywatnymi pacjentami, takimi jak ty.

– Aha. – Nikki uśmiechnęła się znacząco. – Więc jestem świnką doświadczalną?

– Tego bym nie powiedziała.

– A co by pani powiedziała?

Kate uśmiechnęła się. Podobało jej się, jak Nikki patrzy na świat – na poły z dojrzałym sceptycyzmem, na poły z naiwną brawurą.

– Hm, uważam, że jesteś inteligentną, wrażliwą i pełną intuicji istotą ludzką, która, tak się składa, ma zaburzenia dwubiegunowe i trzeba jej pomóc nad tym zapanować.

Nikki niecierpliwie potrząsała nogą.

– Ile ma pani lat?

Okej, to pytanie z kosmosu.

– Niedługo skończę trzydzieści dwa.

– A niedługo to jest ile?

W zrelaksowanym uśmiechu Kate pojawił się cień frustracji, robiła jednak, co mogła, by nie zapomnieć o bezdennej studni cierpliwości, jaką zbudowała sobie w szpitalu McLeana w Belmont, gdzie pracowała jako rezydentka i miała do czynienia z największymi szaleńcami. Przypadkami naprawdę ciężkimi. Z ludzką tragedią w skali epickiej. Nawet na Nikki zrobiłoby to wrażenie.

– No, za parę dni.

– Wow, trzydzieści dwa. I nie ma pani jeszcze męża?

– Nie.

– Dlaczego?

– To pytanie ciągle zadaje mi mój chłopak.

– Naprawdę? – Nikki się zaśmiała. – James ma rację. Powinna pani wyjść za niego.

James. Kate napomknęła o nim kilka razy, ale poczuła się dziwnie, gdy to imię wróciło do niej w tym kontekście, jak gdyby ona i James byli postaciami z jakiegoś telewizyjnego serialu komediowego.

– Ładnie się śmiejesz – zauważyła, zmieniając temat rozmowy. – I masz fantastyczny uśmiech.

Nikki ironicznie wydęła usta.

– Należy pani do niewielkiej grupy uprzywilejowanych, pani doktor. Ja się nie uśmiecham często.

– Wiem. A dlaczego?

Nikki wzruszyła ramionami.

– Może dlatego, że życie jest do dupy?

– Czasami jest do dupy. A czasami nie.

– No no. Pani jest uczciwa. Dorośli rzadko używają tego słowa.

– No cóż, chcę, żebyś mi ufała, jestem więc uczciwa.

– Ufam pani. Nawet pani nie wie jak.

– To dobrze.

– A więc wyjeżdża pani na wakacje i zostawia mnie samiutką? – Nikki zrobiła marsową minę. – Proszę nie wyjeżdżać, pani doktor. Nie teraz. Wiem, wiem. Jestem samolubna.

– Cóż – zaczęła Kate z wahaniem, po czym uśmiechnęła się. – Każdemu od czasu do czasu należą się wakacje, nie uważasz?

– Żartowałam. Kupa śmiechu. Ha, ha, ha.

Obie jednak wiedziały, że to nieprawda.

– Czy James z panią jedzie? Na te wakacje?

Ta sesja zaczynała przybierać niebezpieczny obrót, bo dziewczyna pytaniami uciekała od terapii. Kate próbowała skierować rozmowę na właściwe tory, ale dziś nie była w szczytowej formie. Ją i Jamesa czekało jeszcze pakowanie.

– Dlaczego o to pytasz? – chciała wiedzieć. – W jaki sposób mój wyjazd na wakacje ma związek z tobą?

Nikki podrapała się w policzek polakierowanym paznokciem i utkwiła wzrok w czymś poza ramieniem Kate.

– Co to jest? Peanutsy?[2] – Wskazała palcem regał. – Czy próbuje mi pani coś przekazać? Na przykład że jestem szurnięta?

Kate ze zdumieniem spostrzegła na regale słoik z nalepką Planters Roasted Peanuts. Na pewno zostawił je tutaj Ira. Doktor Ira Lippencott był jej mentorem, znakomitym psychiatrą z dyplomem Harvardu, obdarzonym niekonwencjonalnym poczuciem humoru oraz nietypowym podejściem do psychoterapii.

– Nie – odrzekła spokojnym tonem. – To przypadek.

– Jest pani tego pewna? Bo właściwie, jak wiadomo, jestem świrem.

Kate musiała się uśmiechnąć.

– Zapewniam cię, że jest to całkowicie niezamierzone.

– Aha! Nic nie jest niezamierzone. – Nikki oskarżycielsko wycelowała w nią palec i uśmiechnęła się szeroko. – Kiedyś mi pani coś takiego powiedziała, nie pamięta pani?

– Aha. – Kate usiłowała przybrać mądrą minę, ale zastanawiała się, czy Ira przypadkiem nie zostawił tych orzeszków w jej gabinecie celowo, dokonując swego rodzaju testu.

A ona nawet ich nie zauważyła. Od kiedy tutaj stoją, pokrywając się kurzem? Ira pewnie zachodzi w głowę, co jest nie tak z jego ulubioną byłą rezydentką, że nie zauważyła „orzeszków” na regale.

– A co to jest? – zapytała Nikki, wskazując na biurko Kate. – To coś nowego?

– Ach to? To przycisk do papieru. Trylobit.

– No no. Jaki duży. – Nikki McCormack interesowała się paleontologią i bardzo dobrze wiedziała, co to jest trylobit. – Coltraenia oufatensis. Z gromady Phacopida. – Zmieniła pozycję i obciągnęła obcisłą minispódniczkę. – Właśnie coś przyszło mi do głowy. A jeśli skończę tak jak to?

– Jak co?

– Jak trylobit. Może za jakieś tysiąc lat? A może pozostanie po mnie tylko czaszka do stawiania na papierach, żeby nie fruwały? Mogłabym tak skończyć, prawda?

– Bardzo w to wątpię.

– Dlaczego pani wątpi? Dlaczego nie mogłabym skończyć jak skamielina na czyimś biurku?

– Czy właśnie to cię martwi? Że będą cię badać jak skamielinę?

Usta Nikki zacisnęły się w długą prostą kreskę.

Kate sięgnęła po trylobita.

– Czy tak właśnie myślisz, Nikki? Że cię badam? Że znaczysz dla mnie tylko tyle, co ten trylobit?

Niespokojne oczy Nikki zrobiły się szkliste. Uciekła wzrokiem w bok.

– Nic nie jest dalsze od prawdy. Jesteś dla mnie bardzo prawdziwa, pełna życia, i mam wielką nadzieję, że któregoś dnia, już niedługo, nauczysz się kochać siebie tak, jak kochają cię wszyscy.

W pięknych oczach Nikki pojawiły się łzy i spłynęły po policzkach. Osiem miesięcy wcześniej Kate diagnozowała ją podczas decydującego czterotygodniowego pobytu na oddziale psychiatrycznym dla dzieci w szpitalu Tillmanna-Stafforda. Doszła wtedy do wniosku, że dziewczyna cierpi na chorobę dwubiegunową i depresję, toteż trudno było zakładać, że kilka dekad później będzie jeszcze żyła. Czy dożyje do trzydziestu dwóch lat? Kate żywiła taką nadzieję, ale statystyki są bezwzględne. Jej zadaniem było zwiększyć jej szanse.

– Nikki – powiedziała miękko. – Już o tym rozmawiałyśmy, ale chciałabym teraz to uściślić. Ponieważ w przyszłym tygodniu mnie nie będzie, terapię z tobą podejmie z chęcią doktor Lippencott. Czy mogłabym cię z nim umówić?

– Nie.

– Jesteś pewna?

– Zaufanie – wyjaśniła dziewczyna drżącym głosem.

– Zaufanie?

– Ja nie ufam ludziom. Lepiej by było, gdybym ufała, prawda? No cóż, nie ufam. – Szybkim ruchem wyjęła chusteczkę z pudełka w kwiaty stojącego strategicznie na stoliku z jasnego drzewa obok fotela i wytarła nos.

– Nie przejmuj się. Trochę to trwa, zanim człowiek zacznie ufać ludziom. Ale doktorowi Lippencottowi możesz zaufać. Czy mogę was umówić na następny wtorek? O tej samej porze?

Na twarzy Nikki pojawiło się zwątpienie.

– Pani mówi, że powinnam mu zaufać, ale to nie znaczy, że mogę mu zaufać lub to zrobię.

– No tak… ale wiesz, ja mu ufam. A ty ufasz mnie.

– Jeden dodać jeden nie zawsze równa się dwa.

– To prawda, ale…

– Chwila. Omal nie zapomniałam. – Dziewczyna podniosła z podłogi swój obskurny plecak, położyła go na kolanach i zaczęła w nim grzebać. – Przyniosłam pani parę rzeczy – oznajmiła z przejęciem.

W umyśle Kate zapaliło się światełko ostrzegawcze.

– Nikki, nie wolno mi przyjmować prezentów od pacjentów. Już o tym rozmawiałyśmy…

– Ale tak naprawdę to nie są prezenty. – Wyjęła garść podniszczonych przedmiotów i ułożyła je na skraju biurka. Były tam obrosłe skorupiakami okulary z lat pięćdziesiątych XX wieku, półprzezroczysty grzebień szylkretowy i zardzewiały kompas. – Na plaży można znaleźć zdumiewające rzeczy. Ludzie pozbywają się ich, te rzeczy lądują na jakiejś barce na śmieci pośrodku oceanu albo ludzie wyrzucają je za burtę, a po jakimś czasie fale zaśmiecają nimi plaże. Niektóre z tych przedmiotów są bardzo stare – ciągnęła zdyszanym głosem. – Proszę popatrzeć, na koniec zachowałam najlepsze. – Sięgnęła do ukrytej kieszonki w plecaku i wyjęła okrągły kawałek metalu, który włożyła Kate do ręki. – To jest z ołowiu. Proszę zgadnąć, co to jest, doktor Wolfe. No, proszę.

Kate przyjrzała się przedmiotowi w dłoni.

– Guzik bez dziurek? – spytała niepewnie.

– To obciążnik do spódnic z lat dwudziestych. Chore, prawda? Kobiety wszywały je w obrąbek sukienki, żeby wiatr nie podwiewał spódnicy. Dobre, nie?

– Bardzo interesujące – odrzekła Kate z uśmiechem.

– W tamtych czasach kobiety były bardzo skromne – dodała Nikki tęsknie.

Palce Kate zacisnęły się na obciążniku.

– To były inne czasy – powiedziała.

– To byli bahdzo skhomni panie i panowie – rzekła Nikki, imitując brytyjski akcent i szarpiąc rąbek minispódniczki.

Kate chciała oddać prezenty, ale Nikki potrząsnęła głową.

– Proszę je zatrzymać. Odbiorę je podczas naszej następnej sesji. Dzięki temu będzie pani musiała wrócić. – Jej uśmiech był nieco wymuszony. – Gdzie jedziecie na ten urlop?

Kate postanowiła nie ciągnąć tematu.

– Nie martw się. Wrócę za dwa tygodnie.

– Dwa tygodnie – szepnęła Nikki, dotykając swych zaczerwienionych policzków. – A jeśli… będę czegoś potrzebowała? To znaczy jeśli coś wyskoczy?

– Zawsze możesz zadzwonić do doktora Lippencotta albo do mnie – odrzekła Kate. – Masz numery moich telefonów, prawda? Dzwoń do mnie o każdej porze, Nikki. Naprawdę. W dzień czy w nocy. – Ze stojącego na biurku drewnianego pojemnika wyciągnęła wizytówkę i ponownie zapisała swój prywatny numer. – Wszystko będzie dobrze. Chciałabym, żebyś to zrozumiała.

– Dziękuję. – Nikki wzięła wizytówkę i położyła ją na kolanach.

– Obiecaj, że zadzwonisz, jeśli będziesz czegoś potrzebowała. Mówię serio. Dobrze?

– Dobrze – odparła Nikki łagodnie.

Kate uśmiechnęła się, by dodać jej otuchy.

– Wiesz, ja i moja siostra, kiedy byłyśmy małe, grałyśmy w taką grę, która polegała na tym, że zaznaczałam jej wzrost na ścianie w kuchni. Raz w tygodniu ona stawała w tym samym miejscu, żeby sprawdzić, czy urosła. Savannah była dosyć niska, ale za to bardzo niecierpliwa. Nie mogła się doczekać, aż urośnie. No więc żeby sprawić jej przyjemność, trochę oszukiwałam, rysując kreskę odrobinę wyżej. Myślała, że przez tydzień urosła, i bardzo się cieszyła. To była taka nasza gra. – Kate pochyliła się nad biurkiem. – Ale tutaj nie wolno mi tego robić. Na twoim wykresie nie mogę narysować kreski wyżej. Nie wolno mi fałszować prawdy. Muszę być absolutnie uczciwa. Żadnych oszustw. Okej? Przed nami długa droga, ale obiecuję, że razem ją pokonamy. Nie jesteś sama.

Nikki sztywno skinęła głową.

– I wróci pani za dwa tygodnie?

– Za dwa krótkie tygodnie – odrzekła Kate z uśmiechem.

2

Chłopak Kate nie mógł się doczekać, aż parująca pizza ostygnie, i odgryzł kawałek.

– Ojej! – Doktor James Hill pomachał dłonią tuż przy ustach i wypił trochę piwa.

James był psychiatrą na oddziale zamkniętym dla dorosłych w tym samym szpitalu, w którym pracowała Kate. Na co dzień miał do czynienia z najtrudniejszymi przypadkami, z dotąd nieleczonymi chorymi psychicznie, w tym ze schizofrenikami, często ludźmi bezdomnymi i pozbawionymi nadziei. Radził sobie z napięciem, reagując cynicznym uśmiechem na niewydolny system opieki psychiatrycznej, który tym ludziom wcale nie pomagał. Opowiadał swoje historie Kate i śmiał się z niektórych nieszczęśliwych wypadków swych pacjentów. Czarny humor to sposób na łagodzenie stresów, a nawet psychiatrzy muszą czasem sobie pomóc.

– Okej, możesz się teraz ze mnie śmiać – powiedział, wycierając usta papierową serwetką.

– Ja? Nigdy się z ciebie nie śmieję.

– Ha, ha. Śmiejesz się ze mnie każdego dnia. Gdybyś tego nie robiła, pewnie by mi tego brakowało.

– Okej. Daj mi sekundę.

Roześmiał się.

– Zaraz coś wymyślisz.

– Tak czy owak – uśmiechnęła się promiennie – dzięki za to, że zabrałeś mnie do mojego najbardziej ulubionego miejsca w świecie, a nie upierałeś się, żeby pójść do jakiejś modnej knajpy. – Słowo „modnej” wymówiła tak, jakby chciała je umieścić w cudzysłowie.

– Modny szmodny. Komu zależy na czymś modnym? Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, dziecinko. Jak twoja pizza?

– Lubię tę pieprzoną pizzę.

– To naprawdę najlepsza pizza na świecie. – Z przyjemnością wciągnął w usta pasek mozzarelli i otarł brodę z tłuszczu.

Tulili się do siebie w swej ulubionej knajpie Duke’s w bostońskiej dzielnicy Back Bay. Był wtorkowy wieczór i właściwie mieli cały lokal tylko dla siebie.

– A więc zgadnij, co moja pacjentka z piętnastej miała dziś na sobie. – Kate mówiła cichym głosem, mimo że nikt nie siedział na tyle blisko, by ich podsłuchiwać. Udało im się zająć swoje ustronne miejsce, poza tym zawsze niemal szeptem wymieniali się uwagami na temat pacjentów. Dzielili się z sobą wszystkim, ale robili to dyskretnie. – Ubrała się wyjątkowo skąpo. Buty na koturnie, minispódniczka i kurteczka winylowa. W taką pogodę, rozumiesz? Bez płaszcza, bez wysokich butów, bez rękawiczek. Musiałam zadać sobie pytanie, gdzie jest matka. Jestem zdziwiona, że dziewczyna nie dostała hipotermii.

– Uhm. Rodzice babrzą się we własnym syfie.

– Serce mi się kraje, jak myślę o tym wszystkim. Powinnam była pójść na prawo.

Spojrzał jej w oczy.

– Kate, oboje wiemy, dlaczego zajęłaś się psychiatrią.

– No taak, a skoro już o tym mowa, to dziś znowu o niej napomknęłam. Chodzi mi o Savannah.

– No, słucham.

– Nikki jest bardzo dociekliwa. Co zrobię, jeśli zacznie zadawać pytania?

– Poradzisz sobie. – Wzruszył ramionami.

Kate pokręciła głową.

– To było głupie z mojej strony. Wreszcie zaczyna mi wierzyć. Powiedziałam jej, że zawsze będę wobec niej uczciwa. Nie jestem jednak pewna, czy poradzę sobie, kiedy zacznie pytać o moją siostrę.

– Poradzisz sobie znakomicie. Pomoże ci profesjonalizm.

– Może. W każdym razie Nikki chciała mi dać pewne rzeczy, a ja musiałam jej przypomnieć, że żadnych prezentów.

– A jakie to były prezenty?

– Przedmioty, które znalazła na plaży. Obciążnik do spódnic z lat dwudziestych. Słyszałeś kiedyś o tym?

– Obciążnik do spódnic? Nie, ale to intrygujące. Dlaczego Nikki podarowała mojej dziewczynie obciążnik do spódnic? Czy ona wie o czymś, o czym ja nie mam pojęcia?

– Ha, ha. Ależ mój chłopak jest zabawny! Najwyraźniej nowoczesne dziewczyny z lat dwudziestych wszywały je w spódnice, żeby wiatr ich nie uniósł i nie pokazał nóg. – Potrząsnęła głową. – Jakie to smutne. Siedzi przed tobą błyskotliwa, zabawna, odważna i naiwna nastolatka i mówi o dawnych czasach, kiedy kobiety były o wiele skromniejsze. Ciągle poprawiała tę spódniczkę. I to ma wzmacniać wiarę w siebie. – Pokręciła głową. – Nie sądzę.

– To wszystko bierze się z presji wywieranej przez rówieśników i brak kontroli rodzicielskiej.

– Już ci powiedziałam, patrzę na to z bólem serca.

Ręka Jamesa z kawałkiem pizzy zatrzymała się parę centymetrów od jego ust.

– Nie możesz reagować emocjonalnie na pacjentów – powiedział. – To im nie pomaga. Nic a nic.

– Ale jeśli ich zawiodę? Czego to dowodzi, że po tylu latach studiów i praktyki nie mogę im pomóc?

– Niektórym pomożesz. Innym nie. – James wzruszył ramionami. – Nikt ci nie obiecywał manny z nieba.

Zmarszczyła czoło.

– Ile jeszcze tych kąśliwości w moje urodziny?

– Ile tylko chcesz.

Kate odchyliła się do tyłu.

– Pewnie nigdy nie przeżyłeś chwili zwątpienia w siebie, prawda?

– Nie, ale chyba to właśnie we mnie lubisz, prawda? Tę moją ślepą pewność siebie.

– No tak, chyba – przyznała ze śmiechem.

– No widzisz.

– Chcę tylko powiedzieć…

– Ale, ale, nie zgadniesz. Coś dla ciebie mam.

– Przepraszam, ale od pacjentów nie wolno mi przyjmować prezentów – zażartowała.

– Zamknij oczy. – Odłożył kawałek pizzy, wytarł ręce w pogniecioną serwetkę i czekał, aż Kate go posłucha. Potem wyjął coś z kieszeni marynarki. – Okej, możesz otworzyć. – Trzymał w ręku pudełeczko od jubilera.

– James, nie – powiedziała zawstydzona. – Naprawdę?

– Rozluźnij się. To nie to, co myślisz.

Z zakłopotaniem ukryła twarz w dłoniach. Obchodziła dziś trzydzieste drugie urodziny, ale zdecydowanie zapowiedziała Jamesowi: żadnych przyjęć, żadnych gości, żadnych prezentów. Tylko ty i ja, i pizza z bekonem i mozzarellą w Duke’s.

– Wszystkiego najlepszego – powiedział, wręczając jej pudełeczko.

Ważyło tyle, ile powinno. Gdy je otworzyła i zobaczyła delikatny srebrny pierścionek z olśniewającym ametystem, na jej twarzy pojawił się zachwyt oraz przestrach.

– Och… – wyszeptała.

– To tylko pierścionek – powiedział James. – Nic specjalnego.

– Jest przepiękny.

– Pasuje do twoich oczu.

– Hm… Niezupełnie.

Oczy Kate miały barwę lawendy. Łatwo się czerwieniła, teraz też jej twarz zmieniła kolor. Wyjęła pierścionek z wyłożonego atłasem pudełeczka i włożyła go na palec.

– James, nie wiem, co powiedzieć.

– To tylko pierścionek, na litość boską – odrzekł łagodnym tonem. – Bo w drodze do pracy mijałem sklep jubilera i ten pierścionek przypominał mi o tobie każdego cholernego dnia. Taki sam kolor jak twoje oczy. Choć teraz, skoro już mnie upomniałaś, ty psuju, to przyznam ci rację. To niezupełnie taki sam kolor, ale bardzo zbliżony. Odpuść trochę, niewdzięcznico.

– Jest piękny.

– Wszystkiego najlepszego. – Przysunął głowę, by ją pocałować.

Pocałowała go czule, z wdzięcznością, a potem zademonstrowała pierścionek na ręce.

– No więc jak ci się podoba mój pierścionek niezaręczynowy?

– Taa – odrzekł z sarkastycznym uśmiechem. – Twój pierścionek typu nigdy-nie-wyjdę-za-mąż.

– Och, to tylko prezent od mojego chłopaka.

– Chryste. Ależ ty się boisz zaangażowania. Panicznie.

– Możesz za to winić moje nieszczęśliwe dzieciństwo.

– Wyluzuj. To zwykły pierścionek typu prezent. Okej? Bo cię kocham.

– Ja też cię kocham.

Kate rzadko nosiła pierścionki lub naszyjniki, o czym zapewne setki razy mu mówiła. Jej wrażliwa skóra nie tolerowała biżuterii. Nawet tej drogiej, wyrafinowanej. James jednak jako psychiatra zakładał, że wysypkę powodowała raczej myśl o małżeństwie, a nie sam pierścionek. Ten prezent zapewne był testem, czy też, jak kto woli, „ślepą próbą”, by przekonać się, jak długo Kate będzie go nosiła, zanim go zdejmie i schowa do pudełka. Choć może James nie tyle poddawał ją próbie – to byłaby już manipulacja – ile poszukiwał odpowiedzi.

Kate nie chciała wychodzić za mąż, ale była w nim szaleńczo zakochana. Co doprowadzało ją do tego samego bolesnego miejsca w mózgu, do punktu w szarej materii, którą nieustannie poszturchiwała i odpytywała: „Co się, do diabła, z tobą dzieje? Dlaczego nie chcesz wyjść za niego? On jest fantastyczny. Jest wszystkim, czego kiedykolwiek chciałaś. Na czym polega ten twój kretyński problem?”. Uważała, że rozwiązanie tego wewnętrznego konfliktu ułatwiłoby jej podjęcie wreszcie decyzji i zakochanie się w pomyśle zamążpójścia. A w Jamesie już się zakochała.

Prawdę powiedziawszy, Kate miała problem z zaufaniem. Miała problem z porzuceniem. Ona i jej siostra, Savannah, wcześnie straciły matkę, a ich ojciec był człowiekiem zamkniętym w sobie. Doktor Bram Wolfe, lekarz rodzinny starej daty, posiadał osobliwą zdolność znikania emocjonalnie, psychicznie i mentalnie, nawet jeśli siedział tuż przed tobą. Jego oczy stawały się szklane, zaciskał usta i w ciągu paru sekund oddalał się o miliony kilometrów. W takim stanie pozostawał długo – był obojętny, niedosiężny. Kate zawsze to zdumiewało, ten niesamowity akt znikania. Nazywała Brama „ojcem lukstorpedą”, ponieważ znikał w ciągu sekundy niczym strzała.

A ciosy nadchodziły jeden po drugim. Sześć lat po śmierci matki zaginęła siostra Kate. Skończyło się to strasznie, a po tym wszystkim ojciec w sensie psychicznym zniknął na dobre. Gdy Kate kończyła siedemnaście lat, nie miała już rodziny. Matka zmarła, siostra nie żyła, ojciec był emocjonalnie niedostępny. Ta potrójna trauma leżała u podstaw wszystkich głęboko zakorzenionych lęków Kate i niewiary w siebie, ale okazała się również źródłem siły. To był główny powód, który skłonił ją do studiowania psychiatrii, a nie prawa czy medycyny.

– Cieszę się, że pierścionek ci się podoba – odezwał się James, tym razem ze śmiertelną powagą.

– Bardzo mi się podoba.

Dziesięć minut później nadal miała go na palcu.

Przy kasie zapłacili rachunek i otworzyli ciężkie drzwi frontowe, śmiejąc się z ręcznie napisanego na kartce polecenia: „Pchać mocno”. Za każdym razem Kate niezmiennie żartowała: „Mocniej, James, mocniej”, on zaś niezmiennie odpowiadał: „No przecież pcham, pcham”.

– Boże, jak łatwo nas rozśmieszyć – powiedziała, gdy wzięli się pod rękę i wyszli skuleni na zimne wieczorne powietrze.

Zima w Bostonie. Ciemne ulice i parujące oddechy. Wkrótce nadejdzie wiosna, ale jeszcze trochę trzeba poczekać. Przeszli dwie i pół przecznicy dzielące ich od srebrnego lexusa Jamesa. Drżąc z zimna, Kate usiadła w fotelu w pachnącym nowością samochodzie i podejrzliwie popatrzyła na swego chłopaka.

– Co? – Włączył podgrzewanie foteli i zapalił silnik.

– Uwielbiam ten pierścionek. Uwielbiam pizzę w Duke’s. I uwielbiam ciebie.

– W tej kolejności?

– Ha. Mój chłopak jest…

– Zabawny, wiem. – Ujął jej rękę, odwrócił ją i ucałował stare blizny na nadgarstku. Czule i łagodnie. – Kocham cię, Kate. Cieszę się, że pierścionek ci się spodobał.

Czuła wagę ich trzyletniego związku i podczas jazdy do placu Harvarda pławiła się w jego cieple i zażyłości.

Zaczął padać śnieg. Przed przednią szybą wirowały grube białe płatki. Skrzące miasto przywodziło na myśl baśniową magię, toteż Kate postanowiła niczym się nie martwić. Nikki McCormack poradzi sobie, ona zaś nie powinna czuć się winna z powodu pierwszego od lat urlopu. Każdy ma prawo do własnego życia.

Spojrzała na pierścionek. Może powinna wyjść za Jamesa? W czym problem? Był przystojny, inteligentny, to najbardziej wesoły facet, jakiego znała – sprawiał, że śmiała się z głębi serca, na cały głos – i chciała spędzić z nim resztę życia. Ale nie potrafiła się przełamać i zmusić do następnego kroku, bo… jej siostra, jej matka… Ogrom tych tragedii przytłaczał ją i nie pozwalał oderwać się od przeszłości.

Lexus wjechał na wyjazd z garażu i skierował się w stronę placu Harvarda, który był pokryty śniegiem i jarzył się światłami. Jechali aleją Massachusetts, minęli zatłoczony kampus uniwersytecki z czterema wiekowymi akademikami, po czym skierowali się w stronę Arlington, obskurnego siostrzanego miasta Cambridge w aglomeracji bostońskiej. Tuż przed granicą miasteczka skręcili w lewo w cichą uliczkę mieszkalną – nadal w granicach Cambridge, co dla Jamesa miało znaczenie z powodu prestiżowego kodu pocztowego – i zaparkowali w najnowszej części dzielnicy.

James położył pachnącą nowością kartę parkingową na desce rozdzielczej, wysiedli i odetchnęli ożywczym zimowym powietrzem. Wkrótce wyruszą na wspinaczkę skałkową w Southwest, będą wędrowali po czerwonych kanionach Sedony, podziwiali widowiskowe zachody słońca i tulili się w hotelowych łóżkach.

Dziś jednak padał śnieg, a oni znajdowali się w zimnym intelektualnym Cambridge. Księżyc ledwo prześwitywał przez chmury, płatki śniegu przyklejały się do rzęs. James chwycił Kate za rękę i razem pokonywali śliską nawierzchnię z kocich łbów, mijając domy w stylu wiktoriańskim i gotyckim, w których samotni i anonimowi absolwenci Harvardu pisali doktoraty i kończyli studia podyplomowe. Na ulicach panowała niesamowita cisza, której nie zakłócał padający śnieg, a jedynie szum opon rozchlapujących od czasu do czasu breję.

Na końcu przecznicy skręcili w liczącą ponad sto lat ulicę. W świetle staromodnych latarni widać było gęste płatki. Świeżo odnowiona kamienica, w której mieszkali, została zbudowana w 1915 roku. Miała granitowe schody, na dachu sterczały gargulce. Kilka miesięcy temu wpłacili depozyt na rachunek zastrzeżony na niesamowite trzypokojowe mieszkanie w tej bardzo prestiżowej lokalizacji, po czym ostatnie pięć czy sześć weekendów spędzili na malowaniu ścian w modnych odcieniach bieli oraz instalowaniu oświetlenia. Kilka dni temu poustawiali meble po swojemu i byli gotowi na spędzenie reszty życia razem. Było to nieco przytłaczające.

Pierścionek. Mieszkanie własnościowe. Dwutygodniowe wakacje. Równie dobrze można by wziąć ślub.

James otworzył przed nią drzwi i weszli do holu o ścianach wyłożonych bejcowanym drewnem, o elegancko przyćmionych światłach. Ciepłe lepkie powietrze wypełniał dziwny zapach wyprawionych skórek zwierzęcych i popękanych starych skórzanych obić.

– Czy tylko mi się wydaje – odezwał się James – czy jesteśmy jedynymi mieszkańcami tego budynku?

– Prawda? – zgodziła się z nim. – Gdzie oni wszyscy się podziali?

– Czy to możliwe, żebyśmy nigdy nikogo nie spotkali? No i co z przyjęciem powitalnym?

Kate spojrzała na sklepiony sufit.

– Przecież w końcu ich poznamy.

– Przecieżżżżż – zasyczał jej w ucho, po czym zaczął nucić piosenkę z filmu „Rodzina Addamsów”.

Gdy objął ją w pasie, poczuła jakiś nieuchwytny zapach, jakby dymu. James był dobrze zbudowanym mężczyzną po trzydziestce, miał gęste ciemne włosy i ciepłe brązowe oczy. Latem jego włosy wyglądały na bardziej złote niż brązowe. Był typowym Amerykaninem – męski, pasjonujący się sportem i grami wideo, czasami głośnym i zadufanym, czasami roztargnionym i zamyślonym, zawsze dobrze wychowanym i pełnym szacunku. W jego obecności czuła się niezniszczalna. Uważała, że w tego rodzaju odczuciu jest coś niebezpiecznego.

Wcisnęła guzik windy.

– Jesteś gotów? – zapytała, wskazując pierścionek. – Na mieszkanie razem?

– Bardziej gotów niż ty, jak widać. – Położył rękę na sercu jak skaut. – Nigdy więcej nie użyję pierwszej osoby liczby pojedynczej.

Kate zaśmiała się. W tej samej chwili zadzwonił jej telefon, gdy jednak odnalazła go w torebce, dzwoniący się rozłączył. Spojrzała na ekran. Numer prywatny.

– No wiesz – powiedział z udaną podejrzliwością. – Czy to ten twój drugi chłopak?

– Taa, jest bardzo irytujący.

– Jestem zazdrosny. Bo to ja powinienem cię irytować.

– I to robisz. Bezapelacyjnie.

Winda zatrzymała się z trzaskiem. Była to jedna z tych staromodnych mosiężnych klatek, które trzeba obsługiwać, otwierając na zewnątrz oporne drzwi na zawiasach. Weszli do lekko kołyszącej się klatki, zamknęli niesforne drzwi i wcisnęli guzik ósmego piętra. Gdy tylko winda ruszyła, zaczęli namiętnie się całować, obmacując się jak napalone nastolatki. Wydawało się, że winda będzie jechać na górę całą wieczność. Gdy wreszcie zachybotała się na trzeszczących linach, James znieruchomiał. Miał głęboko zakorzeniony lęk przed tymi urządzeniami, o czym Kate wiedziała. Jako dziecko utknął w windzie między piętrami, gdy odwiedzał swoją babkę. Naciskał guzik dzwonka, walił pięściami w drzwi i głośno wzywał pomoc, a w tym czasie winda wypełniała się dymem ze spalonego na dole silnika. Długa historia, szczęśliwe zakończenie.

Teraz jego usta były chłodne i z powodu świeżego śniegu miały smak jakby ozonu. Na palcu ręki z pierścionkiem nie czuła swędzenia. Cud nad cudy. Jadą na górę do własnego mieszkania znajdującego się o rzut kamieniem od placu Harvarda. Ona ma trzydzieści dwa lata i jest po uszy zakochana. Chciała, by ta chwila trwała wiecznie.

Winda zatrzymała się, podskakując na zardzewiałej linie.

– Będę musiał się do tego przyzwyczaić. – James się wzdrygnął.

– Ostatni przystanek, wszyscy wysiadają.

Otworzyli ciężkie mosiężne drzwi.

– Jak na siłowni, tyle że za darmo – zażartował, otaczając Kate ramieniem.

Ruszyli dusznym korytarzem do swego mieszkania, na fioletoworóżowym dywanie zostawiając ślady brei z zaśnieżonych butów. Dyskretne oświetlenie ukrywało skazy na eleganckim tynkowanym suficie. Przystanęli przed polakierowanymi drzwiami z mosiężnym szyldem, na którym widniał napis 8D.

– Wreszcie w domu – rzekła Kate z westchnieniem.

Gdy James szukał kluczy, w mieszkaniu zadzwonił telefon stacjonarny.

– Okej – powiedziała. – Wyjaśnij mi jeszcze raz, dlaczego twojej mamie daliśmy ten numer.

– Cholera. Niech odpowie sekretarka.

James bez problemu potrafił ignorować swą bogatą, mającą dużo wolnego czasu matkę, Kate jednak nie przychodziło to tak łatwo. Vanessa Hill była niczym paznokieć na tablicy – poruszając nim, skrzypiała. Często dzwoniła po to, by pochwalić się bostońskimi akcjami dobroczynnymi, w których brała udział, oraz organizacjami non-profit, w których zarządzie zasiadała, rzadko jednak pytała Jamesa o jego życie, co drażniło Kate bardziej niż jego. Wzruszał wtedy ramionami z taką samą rezygnacją, jaką demonstrował na lotniskach oraz przy wypełnianiu formularzy ubezpieczeniowych.

Teraz otworzył drzwi i wtoczyli się do środka. Podłogę z twardego drewna przeciął promień światła. Poza tym ciemność rozjaśniała błękitna mgiełka emanująca z lamp ulicznych w dole. James po omacku szukał na ścianie włącznika. Po chwili wnętrze zalało światło.

Telefon przestał dzwonić.

– Och! – westchnęła z ulgą Kate.

– Jak przyjemnie – zgodził się James.

Czekali na nieuniknioną wiadomość głosową, ale Vanessa widocznie się rozłączyła. Aż taka lakoniczność była do niej niepodobna.

Zdejmowali z siebie kolejne warstwy ubrania – rozpinając zamki, odpinając guziki i rozwiązując szaliki.

– Rany bosskie! – jęknął James. – Tu jest jak w piekarniku.

Mimo panującej wszędzie duchoty Kate uwielbiała to mieszkanie. Było to pierwsze miejsce, które stało się jej własnością, i napawało ją to uczuciem szczęścia. Za salon służyło duże otwarte pomieszczenie z marmurowym kominkiem i łukowatym przejściem do sporej i widnej jadalni. Kate uwielbiała główną sypialnię w stonowanych barwach, z subtelnymi akcentami. Piękne też były w swej stylowej prostocie kuchnia i łazienka. Kate podobała się zwłaszcza głęboka wanna na lwich łapach, w której po długich dniach w szpitalu zamierzała wylegiwać się godzinami. Olbrzymie okna w kuchni wspaniale nadawały się na ziołowy ogród.

– Spociłem się jak mysz. – James zdjął płaszcz, rękawiczki oraz szalik i rzucił wszystko na kanapę.

– Myszy się nie pocą.

– Naprawdę? Czy tylko ja tutaj się rozpływam? – Zaczął walczyć ze swetrem, który w końcu zdjął przez głowę przy akompaniamencie trzasków ładunków elektrycznych, po czym wyłowił wzrokiem winnego, czyli syczący grzejnik w kącie salonu. Podszedł do niego i zaczął mocować się z pokrętłem termostatu.

– Ostrożnie, bo…

– Auu!

– …się oparzysz.

James włożył palec do ust i spojrzał na nią skruszony. Para nadal uwalniała się z pokrętła, miedziane rury grały w ścianach.

– Biedactwo. – Kate do niego podeszła. – Taki rozgrzany i tak dalej. – Sięgnęła do klamry paska, wsunęła w nią palec i przyciągnęła Jamesa do siebie. Otarła się o niego brzuchem i pocałowała go namiętnie.

Objął ją mocno i okręcił się z nią dokoła, a ona roześmiała się z całego serca. Gdy niósł ją do sypialni, mało brakowało, by zimowymi butami zabrudziła ściany.

– Uważaj! – rzuciła z chichotem.

Rzucił ją na łóżko, zdjął jej buty jeden po drugim, ściągnął skarpetki i rozpiął zamek w dżinsach.

– Boże, jesteś taka wspaniała. – Rozpiął guziki jej bluzki i pochylił się, by pocałować małe, niemal już niewidoczne blizny rozsiane na jej skórze.

Kate się kiedyś cięła. Brzytwą, spinaczami do papieru, pinezkami, nożyczkami. To, co rozpoczęło się jako ekstremalna reakcja na śmierć siostry, przeszło w wyniszczającą psychozę lękową. Robiła malutkie cięcia na brzuchu, udach oraz ramionach, i nosiła długie rękawy, by ukryć je przed światem, lecz głównie dlatego, by ojciec ich nie zauważył. Samookaleczanie uważała za zemstę za jego lekceważenie. Pomagało jej to także przynajmniej częściowo rozładować napięcie z okresu, kiedy jako absolwentka z wyróżnieniem próbowała dostać się do prestiżowego college’u. Cięła się przez kilka lat, aż wreszcie trafiła na terapię i nauczyła się sobie z tym radzić. Jej mentor, doktor Ira Lippencott, uratował jej życie. Pomógł okiełznać destruktywne nawyki i skierował ją na drogę wiodącą do zdrowia psychicznego.

Telefon znów zadzwonił.

– O Boże! – jęknęła. – Musimy ustalić jakieś zasady dla twojej matki. Żadnych telefonów przed południem albo po ósmej wieczór.

– Po prostu ją zignoruj – powiedział James zdyszanym głosem, wsuwając dłonie pod jej bluzkę. – Ja tak zawsze robię.

– Och, proszę. – Powstrzymała jego rękę. – Ostatnią rzeczą, jaką pragnęłabym usłyszeć, jest głos Vanessy, kiedy się kochamy.

Wyobraziła sobie matkę Jamesa, jak stuka długimi lakierowanymi paznokciami w marmurową powierzchnię wyspy kuchennej, zerka na zegar i zastanawia się, dlaczego nie odbierają telefonu. Ale przynajmniej mieszka na drugim krańcu miasta, z godzinę jazdy samochodem.

James opadł na nią.

– Odbierz, James – poprosiła.

Gdy włączyła się sekretarka, odwrócili głowy w stronę salonu.

– Kate? – Przez drzwi napłynął głos Iry Lippencotta. – Mam złą wiadomość. Nikki McCormack nie żyje. Zadzwoń do mnie jak najszybciej.

3

Nikki McCormack znaleziono wiszącą na belce nośnej salonu jej rodziców. Pod nią leżało przewrócone krzesło. Powiesiła się na starym sznurze od bielizny znalezionym w garażu, choć nikt nie miał pojęcia, jakim cudem zdołała umocować go tak wysoko. Rodzice znaleźli ciało po powrocie z przyjęcia charytatywnego w Isabella Stewart Gardner Museum. Ojczym chwycił Nikki w pasie, podczas gdy matka zadzwoniła na 911. Umieścili ciało na podłodze. Dziesięć minut później ratownicy medyczni stwierdzili, że Nikki nie żyje. Była ubrana w paradny strój gotycki. Jej szyja i twarz były spuchnięte, oczy czarne i lśniące jak oliwki.

Spotkanie z rodziną – ich smutkiem, zagubieniem – oraz jej własny szok i żal trwające przez całą noc i ranek wywołały w Kate tak potworny ból głowy, że żadna ilość tylenolu nie potrafiła go złagodzić. Policjanci byli uprzejmi, ale drobiazgowi. Rozmowa z nimi trwała na szczęście krótko. Reszta personelu szpitalnego była przygnębiona, lecz wszyscy mieli zbyt wiele zajęć, by długo się tym zajmować. Osiem miesięcy temu Nikki została przyjęta na oddział stanów ostrych, więc niektórzy ją pamiętali i dobrze wspominali, ale na tym koniec. Samobójstwa zdarzały się tu co jakiś czas, ale Kate jeszcze nie miała z czymś takim do czynienia.

Przez cały ranek odbywała spotkania z różnymi osobami z personelu, a o dziesiątej trzydzieści Ira Lippencott znalazł ją w pokoju wypoczynkowym. Kate trzęsła się tak bardzo, że nie potrafiła utrzymać w ręce dzbanka z kawą.

– Uhh. Wyglądasz upiornie – stwierdził Ira. – Gdzie jest James?

– Mocuje się z własnym problemem. Agatha zupełnie się rozsypała.

Ira kiwnął głową. Wszyscy w szpitalu słyszeli o najtrudniejszym przypadku na oddziale Jamesa.

– Chodź. – Poprowadził ją do swojego gabinetu, kazał usiąść, a potem podał jej filiżankę kawy ze swego ekspresu marki Breville. Gabinet Iry składał się z mebli modułowych w stonowanych barwach. Rośliny już dawno wyrosły ze szklanych donic i napierały liśćmi o ściany, jakby domagały się wolności.

Ira był kiedyś lekarzem prowadzącym Kate i znał wszystkie tragedie, jakie ukształtowały jej życie. Podczas studiów licencjackich przeszła u niego psychoanalizę. To był warunek wstępny.

– Powinnaś wiedzieć, co to znaczy siedzieć na krześle naprzeciwko, zanim zajmiesz moje miejsce – tłumaczył.

Ten człowiek znał ją bardzo dobrze.

– Siadaj – powiedział, podając jej filiżankę espresso. – No i mów.

Kate tak drżały ręce, że omal nie rozlała kawy na kolana, toteż wypiła łyk i odstawiła filiżankę.

– O czym tu mówić – odparła bezbarwnym głosem. – Zawiodłam ją.

– Zrobiłaś wszystko, co mogłaś, Kate. Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?

– Jestem jej psychiatrą i nie zauważyłam, że coś się dzieje. A więc… zawiodłam ją.

– Nie pora użalać się nad sobą.

– Użalać się nad…? – powtórzyła.

– Rozczulanie się nad sobą do ciebie nie pasuje. – Jej mentor nie tolerował czczej gadaniny. – Posłuchaj mnie, Kate. Nie jesteś z tym wszystkim sama. Ja codziennie rano budzę się z kilkoma nowymi siwymi włosami.

– Wiem, ale…

– Ale nic.

To załatwiło sprawę. Przez cały długi poranek usiłowała się trzymać, teraz jednak poczuła się przytłoczona samobójstwem Nikki. Z pudełka w kwiatki wyjęła chusteczkę, przyłożyła ją do oczu i się rozpłakała.

– Wiem, wiem – powiedział Ira kojącym tonem. – To się zdarza. Każdy z nas miał pacjenta, który popełnił samobójstwo. To jest druzgocące. Uwierz mi jednak, że nauczysz się z tym żyć.

Kiwnęła głową i wzięła się w garść.

– Dobra. Zastanówmy się, co mogłaś zrobić nie tak – zasugerował. – Powiedz mi, jak szła terapia Nikki.

– Robiłyśmy postępy. Reagowała dobrze na nowe leki.

– Jak wyglądały sesje rodzinne?

– Jej rodzice zaczęli dopuszczać do siebie myśl, że mogli przyczynić się do niektórych problemów Nikki.

– A co z jej uzależnieniami?

– O ile wiem, przestała pić i brać narkotyki. Powoli zaczęła kierować swoim życiem.

– Wspaniale. A więc? Co jeszcze mogłaś zrobić? Zrezygnować z urlopu? Nieszczęścia się zdarzają, Kate. To część naszego zawodu.

– No cóż, teraz muszę zrezygnować z urlopu. – W nocy męczyły ją okropne sny. Potwory ścigały małe dziewczynki, które z trzaskiem łamały się na pół jak gałązki. – Elizabeth McCormack chce, żebym przyszła na pogrzeb.

– Dobrze. Zalecamy utrzymywanie bliskiego kontaktu z rodziną, przynajmniej do czasu pogrzebu, a już na pewno do chwili otrzymania wyników sekcji.

Sekcja. To chłodne słowo ją otrzeźwiło.

– Łamałam sobie głowę, próbując wyobrazić sobie, jak to się stało.

– Kate, proszę. – Ira westchnął i potarł grzbiet nosa. – Przecież doskonale wiesz. Nie było w tym twojej winy. Czasami mrok zwycięża.

Obrzuciła go sceptycznym spojrzeniem. Znali się już dosyć długo.

– Serio? Czasami mrok zwycięża? I to ma mnie uspokoić?

– Nie należy do moich zadań uspokajanie kogokolwiek.

– Oczywiście. Naszym zadaniem nie jest uspokajanie ani pocieszanie pacjentów, my mamy skierować ich na drogę samouzdrowienia… bla, bla, bla.

– Właśnie.

– To była ironia.

– Wiem.

Poczuła, jak wracają do niej dawne wyrzuty sumienia. Były niczym cicha zapowiedź nadchodzącej burzy z piorunami. Wydarzenia, które ukształtowały jej życie, nigdy nie pójdą w zapomnienie, ale przynajmniej przez jakiś czas udawało jej się trzymać je w ukryciu… schować do pudełka, psychicznie zamknąć wieko i umieścić pudełko w zamkniętej garderobie. Ale śmierć Nikki McCormack przypominała wybuch, który wyrwał z zawiasów drzwi do tej garderoby.

– Popatrz, Kate, umiesz sobie z tym poradzić. Przeżyłaś więcej ciężkich chwil niż większość ludzi w ciągu całego życia. – Ira położył ręce na biurku. – Ale tak to wygląda. Śmierć Nikki obciąża także mnie. Kładzie się cieniem na całym oddziale. Wiem, o czym myślisz, dlatego proszę, żebyś uświadomiła sobie, że to, co się stało wczoraj wieczorem, nie ma nic wspólnego z twoją siostrą. Czy przyjmujesz to do wiadomości?

– Do wiadomości tak.

– Okej, ale musisz przyjąć to także tutaj. – Ira poklepał się po piersi. – Całkowicie.

Savannah Wolfe, dziewczynka o falujących złotych włosach, o delikatnych szmaragdowych oczach i zaraźliwym śmiechu, była tak szczęśliwą i ufną dwunastolatką, że każdy gad z sąsiedztwa mógł ją wykorzystać. Była jednym z tych przedsiębiorczych dzieci, które ratują mrówki z podjazdu i pielęgnują pisklęta o złamanych skrzydełkach. Wzruszały ją nawet najsłodsze reklamy psiej karmy. Była gotowa pospieszyć z pomocą każdemu – przyjaciołom, sąsiadom, obcym – a nawet dorosłemu facetowi o przekrwionych oczach. Wystarczyło poprosić: „Cześć, miła panienko, mogłabyś poświęcić mi sekundkę?”. Kate poczuła bolesny ból za oczami.

– Słuchaj, rozumiem, że te dawne uczucia związane z moją siostrą nie mają z tym nic wspólnego, ale…

– Odsuń uczucia na bok. – Złożył ramiona. – Masz się z tym zmierzyć jak profesjonalistka.

– Oczywiście, dam sobie radę – odparła defensywnym tonem.

– Jedyną liczącą się rzeczą jest to, czy zastosowałaś standardową procedurę odpowiednią dla jej symptomów. To właśnie szpital zechce wiedzieć. Zastosowałaś standardową procedurę?

Dopiero po chwili dotarł do niej sens tych słów.

– Standardową procedurę?

– Z prawnego punku widzenia to wszystko, czym szpital się zainteresuje. Czy użyłaś właściwych kwantyfikatorów do postawienia dokładnej diagnozy?

Mechanicznie pokiwała głową.

– Władz szpitala nie interesuje, co mogłaś zrobić inaczej, Kate. Musisz przestać sobie coś zarzucać. To nikomu nie pomoże. Jesteś znakomitym psychiatrą, masz bardzo dobre kwalifikacje, świetne referencje. Leczyłaś u Nikki chorobę dwubiegunową. Nadzorowałaś stosowanie przez nią leków, a podczas sesji terapeutycznych próbowałaś zmienić jej zachowania. Pacjentka sprawiała wrażenie ustabilizowanej, dokumentowałaś poprawę jej stanu zdrowia. Cała reszta jest bez znaczenia. A więc – powiedział, pochylając się do przodu – poradzisz sobie z tym?

– Tak – odparła bez przekonania. Po raz pierwszy straciła pacjenta. Była to dla niej zupełnie nowa sytuacja. A Ira nie był sobą. Nigdy go takim nie widziała. Zachowywał się, jakby bronił swojego tyłka.

– Kiedy będziesz rozmawiała z Działem Zarządzania Ryzykiem, masz im podać swoje kliniczne obserwacje, kropka. Zapomnij o emocjach. Czy potrzebujesz adwokata?

– Adwokata? – zapytała, czując galopujące bicie serca. Pozew o błąd w sztuce to najgorszy koszmar każdego lekarza.

– Dla szpitala obrona własnych interesów to sprawa podstawowa. Robi się to tak na wszelki wypadek, gdyby doszło do sprawy o odszkodowanie. To jest normalna procedura. Musisz o siebie zadbać.

Sąd? Sprawa o odszkodowanie?

– Proszę, to nazwisko mojego adwokata. Bardzo go polecam. – Otworzył szufladę biurka i wręczył jej wizytówkę. – Powiedz mu, że cię do niego skierowałem.

– Dzięki.

– I nie martw się. Będzie dobrze. Wszyscy mieliśmy już z czymś takim do czynienia. A teraz wybacz, ale mam za sobą ciężką noc i całą górę roboty papierkowej. Przepraszam, że tak jęczę. Muszę uzupełnić karty choroby i wracać do domu. Tobie radziłbym to samo.

Kate zauważyła, że jego spojrzenie zobojętniało.

– Ira, czy to ty zostawiłeś orzeszki w moim gabinecie?

Popatrzył na nią z lekkim zdziwieniem.

– Jakie orzeszki?

– Na regale ktoś zostawił słoik Planters Peanuts.

– Ja nie. Może James?

– Już go pytałam. Nie zrobił tego.

– No cóż, nie przykładałbym do tego zbyt wielkiej wagi. Zapewne ktoś sobie zażartował. Tak czy owak, pogadajmy o tym jutro rano, dobrze?

Wstała i uściskała jego rękę.

– Dziękuję, Ira.

– Nie martw się. Poradzisz sobie. Potraktuj to jak rytuał przejścia.

Szybkim krokiem pokonała korytarz, wpadła do swojego gabinetu, złapała płaszcz, owinęła się szalikiem i włożyła ciepłe rękawiczki. Zjechała windą na dół, przecięła zatłoczone lobby szpitala i pchnęła szklane drzwi, jakby były gigantycznymi poduszkami. Wyszła na dwór i wycyganiła papierosa od jednego z rezydentów. Wciągnęła nikotynę głęboko w płuca i przypomniała sobie ostatnie słowa siostry.

– Ile muszę czekać?

– Tylko kilka minut. Zaraz wrócę – obiecała Kate.

– Gdzie idziesz?

– Tam. Widzisz te drzewa? Nie bój się.

– Nie boję się.

– Wiem, jesteś moim malutkim dzielnym kwiatuszkiem.

– Niczego się nie boję, Katie.

Stłumiła łkanie, lecz i tak kilka osób odwróciło się w jej stronę. Odkaszlnęła kilka razy, ukrywając ból, palacze zaś dyskretnie odwrócili głowy. Stała przez chwilę, kaszląc i jednocześnie paląc, oraz obserwując swój skraplający się w mroźnym powietrzu oddech.

[1] James N. Butcher, Jill M. Hooley, Susan Mineka “Psychologia zaburzeń”, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, 2017 (przyp. tłum.).

[2] Peanuts, nuts (ang.) – orzeszki; w języku potocznym słowo to jest używane w znaczeniu „wariat”, „świr” (przyp. tłum.).

Tytuł oryginału:

A Breath After Drowning

Pierwsze wydanie:

Titan Books. A division of Titan Publishing Group Ltd, Londyn 2018

Opracowanie graficzne okładki:

Emotion Media

Redaktor prowadzący:

Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne:

Jakub Sosnowski

Korekta:

Urszula Gołębiewska

© 2018 by Alice Blanchard

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o. Warszawa, 2018

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane licencji Harlequin Books, S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

HarperCollins jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce: Shutterstock.com .Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 9788327639646

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi S.A.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Głód zabijania 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer