Pejzaż z Aniołem

Pejzaż z Aniołem

Autorzy: Magdalena Kordel

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.99 zł

W tym roku w życiu Ady wszystko ma się zmienić!

Jeden wieczór, jedno spotkanie sprawiają, że marzy tylko o tym, by w te Święta wyjechać jak najdalej. Nie chce pamiętać o Wigilii i Bożym Narodzeniu, które od śmierci taty kojarzą jej się z niepewnością i odrzuceniem. Pragnie ciszy, samotności i spokoju gdzieś w górskiej chacie.

Na szczęście jej dawna znajoma Madeleine z radością przyjmie ją w swoim domu niemal na końcu świata…

 

Gdy zamykała drzwi, nie wiedziała, że właśnie za moment wydarzy się coś, co diametralnie odmieni całe jej życie. Czasem doprawdy niewiele trzeba. Ot, wino, korkociąg, koc i odrobina determinacji. No i szczypta szczęścia. Niby mało, a jednocześnie dla niektórych tak wiele.

 

Pejzaż z Aniołem to wzruszająca historia o tym, że warto szukać szczęścia i nigdy nie tracić wiary w lepsze jutro. O tym, że czasem przyda się szczypta magii. Może i ty odnajdziesz ją w Malowniczem?

 

Magdalena Kordel jest jedną z najpoczytniejszych polskich autorek. Jej powieści, m.in. Anioł do wynajęcia i cykl Malownicze sprzedały się w nakładzie 300.000 egzemplarzy

 

Moim rodzicom za to,

że w niczym nie przypominają

rodziców Nataszy.

budziła się z przejmującym poczuciem klęski. Z niechęcią otworzyła oczy i sięgnęła po leżący na szafce nocnej telefon. Spojrzała na wyświetlacz i skrzywiła się szpetnie. Przez noc nie wydarzył się żaden cud. Esemes, który wczoraj dostała, nie zniknął, a data wskazywała, że nadal jest początek grudnia i niestety, zgodnie z odwiecznymi prawami natury, za moment ów początek zmieni się w środek, po czym płynnie przejdzie w traumatyczny czas Bożego Narodzenia. I że znów, jak co roku, będzie miała uczucie, że jest jedynym człowiekiem na świecie, który w tych dniach nie ma co ze sobą począć.

– Gdybym przynajmniej była sierotą… – wymamrotała sama do siebie, gramoląc się z łóżka. – Ale oczywiście nawet to w moim przypadku musi być bardziej skomplikowane!

Z impetem odsłoniła zasłony i mimo woli jęknęła. Zamiast przyjemnej, ponurej szarości, która idealnie korespondowałaby z jej nastrojem, zobaczyła biały puch, który z podziwu godną dokładnością otulał bezlistne konary drzew i miękko układał się na parapecie.

– Hmm… no tak… Cudownie, po prostu cudownie! I nadal pada… – mruknęła, patrząc na białe, delikatnie wirujące płatki.

W tym samym momencie komórka, którą trzymała w dłoni, zawibrowała, a na wyświetlaczu pojawił się esemes od matki:

Nie dąsaj się, Pączusiu. Życie jest za krótkie na smutki. Tutaj jest przeuroczo i nareszcie czuję, że żyję. Karl obejrzał twoje zdjęcia i stwierdził, że jeżeli oddasz się w jego ręce, zrobi z ciebie ludzi. Cudów nie obiecuje, ale sama wiesz, jak jest – z pustego i Salomon nie naleje. Lovciam i łaskoczę pod podbródeczkiem.

PS Codzienne wklepywanie kremu pod bródkę powinno pomóc. Pamiętaj, że stara panna z drugim podbródkiem brzmi o wiele gorzej niż zwyczajna stara panna. To…

Adrianna nie zdążyła doczytać do końca, bo komórka rozdzwoniła się skoczną melodią.

– A powiadają, że przedmioty są martwe, choć złośliwe, i nie mają uczuć, tymczasem mój telefon właśnie się wzniósł na wyżyny empatii – prychnęła, zerkając na wyświetlacz.

Dzwoniła jej przyjaciółka Marlena.

– Wstałaś? Nie odpowiadaj, bo i tak wiem – sapnęła do słuchawki. – No więc z łaski swojej raz-dwa-trzy wyczołgaj się z łóżka i wyjrzyj przez okno. W takie poranki chce się żyć!

– A widzisz, i tu cię zaskoczę. Po pierwsze, wstałam już jakiś czas temu, po drugie, wolałabym nie wyglądać przez okno, bo jak doskonale wiesz, nienawidzę grudniowego śniegu…

– Dajże spokój – przerwała jej Marlena. – Ty nienawidzisz śniegu? Ty? W tym swoim małym, cieplutkim blokowym mieszkanku? A co ja mam powiedzieć? Od rana z łopatą w ręku! Ale motywację mam, a jakże. Jak nie odgarnę, to nie wyjadę. A jak nie wyjadę, to nie wywiozę Rafałka do żłobka. A jak nie wywiozę Rafałka, to nie będę mogła pracować. A mówili, że praca w domu jest błogosławieństwem dla matki z małoletnim potomstwem. Mogę się założyć, że ten, kto to powiedział, nigdy nie usiłował robić tłumaczenia z jednym dzieckiem uwieszonym przy cycku, a drugim bawiącym się pod biurkiem.

– Przynajmniej drugie, to podbiurkowe, ci odpuściło – roześmiała się w końcu Adrianna.

Marlena miała w sobie coś takiego, że człowiek nie mógł się przy niej zbyt długo martwić.

– Aha! Odpuściło! – zawołała. – Całe łydki miałam zaślinione, bo Andzia postanowiła pobawić się w psa ciotki Renaty.

– O matko, w tego obfaflunionego buldoga?

– Dokładnie, tego samego. Z dużym zaangażowaniem podeszła do zadania, naśladując Bąka.

– A właśnie, cały czas miałam cię zapytać o to imię. To z racji tego, że Bąk jest podobny do trutnia? Taki obły i obfity?

– Nie, niestety. Ciotka Renata ma specyficzne podejście do życia i Bąk swe imię zawdzięcza wiecznemu rozstrojowi żołądka i woniejącym wiatrom, które puszcza od szczeniaka. Cioteczka z rozczuleniem opowiadała, jak to za każdym razem zdumiony szukał tego czegoś, co mu wypadło spod ogona. A jak węszył, a jak wąchał, a jak tropił! – Marlena wyjątkowo udatnie naśladowała ciotkę. – Bardzo obrazowo to wypadało, mówię ci. Tak bardzo, że Andzia w przedszkolu odegrała tę scenkę na przedstawieniu.

– O matko, przedstawienie o… TAKICH wiatrach? – Adrianna zrobiła wielkie oczy.

– Nie, coś ty, o sierotce Marysi. Andzia uznała, że doda coś od siebie, a że wcieliła się w lisa, sama sobie dopowiedz, co ów zwierz w wolnych chwilach robił. Z miejsca zdobyła uznanie publiczności. Wszyscy rodzice pokochali postać lisa i pękali ze śmiechu, co niektórzy nawet do łez. Jedyną zdegustowaną osobą była pani, która to dzieło wyreżyserowała.

– Cóż, na jej miejscu raczej bym się cieszyła, że Andzia nie grała sierotki Marysi – zaśmiała się Adrianna. – Nawiasem mówiąc, wróżę twojej córce zawrotną karierę aktorską, nie sądzisz, że…

– Że niby lis z rozstrojem żołądka podbije tłumy? – sapnęła Marlena, Ada zaś oczami wyobraźni ujrzała, jak przyjaciółka mocuje się z łopatą pełną śniegu. – Wiesz, jako matka z dystansem jakoś tego nie widzę. Ale chwilowo zostawmy Andzię i jej świetlaną przyszłość, a zajmijmy się tobą. Co się dzieje?

– A co się ma dziać? – Adrianna momentalnie zmarkotniała. – To samo co zawsze w grudniu.

– Przecież jeszcze przedwczoraj mówiłaś, że wkrótce będzie inaczej, że coś drgnęło…

– Przedwczoraj było sto lat temu. – Adrianna żałośnie pociągnęła nosem.

– Oho! Mój niezawodny węch podpowiada mi, że na scenę znów wkroczyła Teresa. Chyba musimy pogadać. I że to nie jest rozmowa na telefon. – W słuchawce coś zgrzytnęło i zaszurało. – No dobra, dotarłam do bramy. Mogę wywieźć lube dziateczki i zaprosić cię na szybką kawkę. Ostatecznie to chyba nie ma wielkiego znaczenia, czy będziesz popadała w depresję samotnie, czy w towarzystwie, co?

– Raczej nie ma – odparła Ada na głos, a w skrytości serca podziękowała dobrym duchom, że przynajmniej pod tym względem jej się poszczęściło.

Miała najlepszą przyjaciółkę na świecie. I dlatego z jednej strony się cieszyła, że za chwilę będzie się mogła przy niej wygadać, z drugiej jednak ogarnął ją dojmujący smutek. Bo przyjaźń według Adrianny polegała przede wszystkim na tym, by swoim przyjaciołom przysparzać jak najmniej kłopotów. A wiedziała, że to, co miała Marlenie do powiedzenia, z całą pewnością jej nie ucieszy.

arlena bezwiednie przerzucała plik kartek leżących przed nią na stole. Za oknem rozszalała się zamieć. Wielkie, grube płaty śniegu leciały z nieba jak oszalałe, tworząc nieprzeniknioną białą ścianę.

– Przestań w kółko przekładać te papierzyska, bo potem za nic nie dojdziesz z nimi do ładu – odezwała się w końcu Adrianna.

– Nie bój nic, z tym akurat sobie poradzę – mruknęła przyjaciółka, odsuwając jednak przezornie plik kartek na bezpieczną odległość. – Natomiast zupełnie nie wiem, co zrobić z tą wiadomością. – Wskazała brodą na telefon Ady.

– Ucieszyć się, że to nie twoja komórka i nie twoja matka. Zawsze to jakiś plus – poradziła jej Adrianna, zagryzając dolną wargę.

– Ale ja nadal, mimo tylu lat, nie mogę tego pojąć! Jak ona ci to może robić?

– Zwyczajnie. – Ada wzruszyła ramionami. – Pamiętasz?… To chyba była czwarta klasa podstawówki?… Jak wróciłyśmy ze szkoły, a na mnie w domu czekała wetknięta w drzwi wejściowe kartka z informacją, że wypadł jej pilny wyjazd i żebym się nie martwiła, bo ona o wszystkim pomyślała? Śledzie w słoiczkach miałam w lodówce, a prezenty…

– W szafie – dokończyła za nią Marlena, kiwając głową. – Pamiętam i chyba do tej pory nie wyszłam z szoku, jaki wtedy przeżyłam. Jak się ten nagły wyjazd nazywał?

– Poznań. Ja ich imion za nic nie mogę spamiętać, za to nie wiedzieć czemu, pamiętam miasta, w których mieszkają. Na szczęście Tatiana spotyka się tylko z tymi, którzy są światowi i mieszkają w metropoliach. Mam ułatwione zadanie. Zresztą Poznań też przeżył potworny wstrząs, gdy się dowiedział, że zostawiła w domu nieletnią córkę, a sama pojechała z nim w góry. Porzucił ją tuż po tym, jak prawda wyszła na jaw. Do tej pory potrafi mi wypomnieć, że to przeze mnie nie ułożyła sobie życia.

– Biedactwo! Strasznie mi jej szkoda – westchnęła Lena. – Swoją drogą to ten Poznań mógł być całkiem przyzwoitym facetem.

– I dlatego absolutnie nie pasował do mojej matki – skwitowała Ada. – A wracając do rzeczy, to skoro wtedy, gdy byłam mała, nie widziała problemu i zostawiła mnie samą w wielkim domu na święta, to czemu teraz miałoby być inaczej? – zapytała i zaraz pomyślała, że to zostawienie w domu i tak nie było takie najgorsze. Potem, gdy była trochę większą dziewczynką, spotkało ją coś o wiele gorszego, ale o tym nigdy nie wspomniała Marlenie.

– No, ale przecież teraz się z tobą umówiła!

– Umówiła, owszem, a zaraz potem wysłała esemesa, że święta w tym roku nieaktualne, i tyle. Z nas dwóch to ja okazałam się głupia, że jej uwierzyłam. – Głos jej się na moment załamał. – Ale tak mnie przepraszała, tak płakała, tak roztaczała wizję wielkiej rodzinnej wigilii. Zanosząc się łkaniem, przysięgała, że zrozumiała, jak bardzo mnie skrzywdziła, i zapewniała, że widzi błędy i chce je naprawić. I wiesz, to by mnie może nawet nie ruszyło, bo w końcu trochę ją znam i wiem, na co ją stać, ale pierwszy raz od lat wyglądała jak normalny człowiek. I to mnie zmyliło. Wydawało mi się, że pozbyła się tych wszystkich masek i że mam przed sobą jej prawdziwą twarz. Wyobrażasz sobie, że siedziała wówczas na wersalce z podwiniętymi nogami, nos jej poczerwieniał i coś w nim bulgotało, a oko kompletnie się rozmazało! – Ada w roztargnieniu obracała w dłoniach pustą filiżankę.

– Nieee! Twoja matka i nieperfekcyjny makijaż! Niemożliwe. Nawet wytrawnego gracza wyprowadziłoby to w pole! – sarknęła Lena. – Na przyszłość trzeba zapamiętać, że Teresa, wybacz, ale ja nie zamierzam o niej mówić Tatiana, to zimna, wyrachowana…

– Nie kończ. – Adrianna gwałtownie odstawiła filiżankę na stół. – Jednak to moja matka.

– Matka, też coś! W kółko ci powtarzam, że na mój gust musieli cię w szpitalu podmienić. Nie ma innego wytłumaczenia na to, że znalazłaś się w tej rodzinie! A poza tym co to za przerywanie w pół zdania? Nie uciszaj mnie, miałam zamiar powiedzieć, że to zimna, wyrachowana wydra. Choć Bogiem a prawdą należałoby użyć innego określenia. To, co zrobiła, było… Co ja mówię! Nie było, a jest obrzydliwe! I wiesz dlaczego? – Marlena na moment zawiesiła głos i spojrzała jej prosto w oczy. – Bo ona cały czas żeruje na tej małej tęskniącej dziewczynce, którą nosisz w sobie. Wyhodowała ją na własny użytek i doskonale wie, którą strunę trącić i gdzie uderzyć, żeby osiągnąć zamierzony cel. Gdy pan, jak mu tam… Ten ostatni, listopadowy, jak mu było?

– Bydgoszcz.

– No właśnie, pan Bydgoszcz ją zostawił, to się nagle okazało, że olaboga, za pasem grudzień! I pan Bydgoszcz to Grinch we własnej osobie i świąt nie będzie! Więc poleciała do ciebie, wiedząc, że jej nie odmówisz.

– I nie odmówiłam. Ale, jak widzisz, pojawił się Karl vel Kraków i wszystko wróciło do normy. A świąt rzeczywiście nie będzie, tyle że nie dla niej, lecz dla mnie. – Na twarzy Ady pojawił się gorzki uśmiech.

– A właśnie, słuchaj, Aduś, skoro mowa o świętach, to przecież mówiłaś, że to miała być wielka rodzinna wigilia… I że Teresa zaprosiła ciotkę i wuja z rodziną i jakieś kuzynki z drugiego końca Polski…

– Okazało się, że to też wymyśliła na poczekaniu. Może nawet i zamierzała do nich zadzwonić, ale odłożyła to na później. Przypuszczam, że już wtedy na horyzoncie pojawił się pan Kraków, tyle że nie wiedziała, co z tego wyniknie. I wolała zostawić sobie furtkę. A teraz, widzisz, jest na Wyspach Kanaryjskich, a Karl obejrzał moje zdjęcia i w swojej łaskawości może się mną zająć. Jest chirurgiem plastycznym – dodała, odpowiadając na pytające spojrzenie przyjaciółki.

– Ludzki pan – mruknęła Lena i na moment zamilkła.

Widać było, że się nad czymś intensywnie zastanawia. Adrianna, patrząc na nią, mimo woli się uśmiechnęła. Doskonale wiedziała, co za chwilę usłyszy.

– No więc, zrobimy tak…

– Nie. – Ada nie zamierzała dopuścić jej do głosu.

– Ale co nie? Jeszcze nic nie powiedziałam, a ty już odmawiasz?

– Właśnie. Bo wiem, że za chwilę zaproponujesz mi, żebym pojechała z wami na wigilię do twoich rodziców, a w pierwszy dzień do twoich teściów, a w drugi do ciebie – wyrecytowała Ada.

– No i co złego w tym doskonałym, nieskomplikowanym planie? – Marlena uniosła pytająco brwi.

– A to, że to twoi rodzice, twoi teściowie i twój dom. Przepraszam cię, Lenko, ale właśnie do mnie dotarło, że w jednym punkcie moja matka ma absolutnie rację. Jeżeli czegoś w końcu w swoim życiu nie zmienię, to rzeczywiście skończę jako samotna, zgorzkniała stara panna.

– Przecież nikt ci nie zabrania zaczynać nowego życia, ale czy to nowe musi zaczynać się od traumy samotnej Gwiazdki?

– Nie musi. Coś wymyślę – odparła Ada, podnosząc się od stołu i kierując w stronę przedpokoju. – Będę się zbierać, robota czeka. Dostałam nowe zlecenie, mam pewnemu panu urządzić świeżo nabyte mieszkanie w starej kamienicy – dodała, sięgając po kurtkę.

Marlena tylko pokiwała głową. Cóż mogła poradzić, że się o Adę martwiła. Już dawno nie widziała Adrianny tak biednej i nieszczęśliwej. Choć, rzecz jasna, usiłowała nie dać tego po sobie poznać. Nie wszystko jednak dało się skryć za śmiechem i żartami. Nie mogła nie dostrzec kredowobiałej twarzy, z której wyzierały bezdennie smutne świetlistoszare oczy skrzywdzonego dziecka.

Uh, gdybym teraz dorwała Teresę w swoje ręce!, pomyślała ze złością. A swoją drogą nie rozumiem facetów! Taka pusta kokietka, taka rozkapryszona lalka…

Zajęta swoimi myślami, dopiero po chwili się zorientowała, że Adrianna coś do niej mówi.

– Przepraszam. Powtórzysz? Na chwilę się wyłączyłam.

– A tak się zastanawiam po prostu, co oni wszyscy w niej widzą – mruknęła Adrianna, okręcając szyję długim rudo-zielonym szalikiem.

Lena nawet nie musiała pytać, o kogo jej chodzi. Widać ich myśli biegły tym samym torem.

– Cóż, jeżeli rzecz dotyczyłaby faceta, to powiedziałabym, że pewnie ma czarodziejskiego penisa, ale w tym wypadku…

– Błagam, nie kończ. – Adrianna gwałtownie zamachała rękawiczką, której jeszcze nie zdążyła włożyć. – W ogóle zapomnij, że o to pytałam. O, zobacz, szczęście mi sprzyja. Śnieg przestał sypać – dodała, otwierając drzwi i wyglądając na zewnątrz.

– I w ten oto wysublimowany sposób zmieniłaś temat. Gadka o pogodzie jest zawsze spoko – uśmiechnęła się Marlena. – Ale zanim sobie pojedziesz, i tak muszę ci to powiedzieć. Wiesz, że ja serio mówiłam o świętach? Mój dom jest twoim domem, a moi rodzice traktują cię jak córkę.

– Wiem. Nie martw się, wszystko będzie dobrze – mruknęła Ada i na moment przytuliła się do Marleny, po czym szybciutko oczyściła ze śniegu przednią szybę samochodu i wskoczyła do środka.

dało jej się zachować pogodny wyraz twarzy aż do chwili, gdy skręciła w wąską, boczną uliczkę. Tam zjechała i zatrzymała się pod czyjąś bramą. Było to jedyne odśnieżone miejsce w zasięgu wzroku.

Cóż, może przez chwilę nikt nie będzie chciał stąd wyjechać ani wjechać, pomyślała i jej wzrok zahaczył o wiszącą na lusterku figurkę świętego Krzysztofa.

– Słuchaj, raczej nie od tego tu jesteś – powiedziała – ale błagam, wyjdź poza swoje kompetencje i ześlij mi dziesięć minut spokoju. A potem znów wrócisz do tego, do czego przywykłeś: opiekowania się podróżnymi, do przepisów bhp i co tam jeszcze leży w twojej gestii. Umowa stoi? – zapytała i w tym samym momencie poczuła, jak dwie wielkie łzy wymykają się spod jej powiek i spływają po policzkach.

Po chwili szlochała już na całego z głową opartą na kierownicy. Wcale nie wierzyła, że kiedykolwiek będzie dobrze. Mogła tak wmawiać Marlenie, żeby ją uspokoić, ale przed sobą samą nie umiała udawać. Czuła się podle. Nienawidziła grudnia i tego, że właśnie rok w rok w tym miesiącu znów stawała się małą, niechcianą, opuszczoną dziewczynką, zagubioną wśród choinkowych ozdób, siwobrodych Mikołajów i irytująco uśmiechniętych ludzi. I dzieci, które czekały z niecierpliwością na cud, który tak naprawdę miały na co dzień, a z którego w ogóle nie zdawały sobie sprawy. Pamiętała, jak któregoś razu postanowiła wziąć sprawy w swoje małe dziecięce rączki. Mikołajom nie ufała. To był czas, kiedy już podejrzewała, że coś z nimi jest nie w porządku, ale jeszcze nie całkiem straciła wiarę w to, że istnieją. Jednak do swojego planu potrzebowała kogoś pewnego, kogoś, kto nie budził wątpliwości. Po namyśle doszła do wniosku, że tylko w jednym miejscu może znaleźć osobę godną zaufania.

o był niewielki kościółek. Pasował do niej jak ulał, bo sama też była niewielka. Pamiętała, że powoli wchodziła po kamiennych schodkach. Było ślisko, zima tamtego roku była bardzo kapryśna. Siąpiła deszczem po to tylko, by znienacka zalać świat falą mrozu. Oblodzone schody wymuszały ostrożność nawet na bardzo energicznych dziewczynkach. Do kościoła weszła onieśmielona. Zatrzymała się w wejściu i niepewnie rozejrzała wokół. Z boku, w oświetlonej wnęce zobaczyła figurkę małego Jezuska. Siedział sam, samiuteńki, wyciągając małe pulchne rączki przed siebie. Zapatrzyła się na niego tak, że nie zauważyła, iż w głębi kościoła ktoś się poruszył i w jej stronę zmierza jakaś postać. Dopiero gdy poczuła lekkie trącenie w ramię, drgnęła przestraszona. W półmroku ujrzała jedynie sylwetkę, rysy twarzy ginęły w cieniu.

– Przyszłaś obejrzeć szopkę? – zagadnęła ją postać bez twarzy. – W takim razie dobrze trafiłaś… Zaprowadzić cię?

Kiwnęła głową, ale właściwie reakcja z jej strony nie była potrzebna, bo właściciel miłego głosu nie czekał na odpowiedź, tylko powiódł ją za sobą do nyży, gdzie w drewnianym żłóbku leżało Dzieciątko, nad którym troskliwie pochylała się Maria. Józef stał nieco z tyłu, w drzwiach imitujących wejście do stajenki. Wyglądał tak, jakby na kogoś czekał, i Ada, patrząc na niego, odnosiła wrażenie, że to ona jest tym wypatrywanym gościem. I z miejsca, mimo że w kościele panował chłód, poczuła, jak w okolicach serduszka robi jej się cieplej. Cudownie było sobie wyobrazić, że to drzwi jej domu się uchylają i widać w nich pełną wyczekiwania i miłości twarz. Po chwili jednak potrząsnęła z powątpiewaniem główką. Dawno zrozumiała, że taka miłość nie jest dla każdego, a w każdym razie nie dla niej. Za nią nikt nie tęsknił. Zresztą nie była to pora na smutki, przyszła tu wszak w konkretnej sprawie i jeżeli chciała ją załatwić, powinna się była jakoś do tego wziąć. Spojrzała z ukosa na mężczyznę, który przyprowadził ją do szopki i razem z nią spoglądał na Józefa. Jego twarz oświetlało ciepłe żółte światło znad żłobka.

Chyba może się nadać, pomyślała Ada.

Zanim jednak zdecydowała się wyłuszczyć sprawę, z którą przyszła, musiała jeszcze coś ustalić.

– Takie malutkie dziecko nie powinno być całkiem samo, prawda? – Wskazała rączką na maleńkiego Jezusa i hardo uniosła główkę, patrząc w twarz nieznajomego.

W jego oczach zamigotał słabo skrywany niepokój. Przez moment milczał, zastanawiając się, co odrzec. Podskórnie czuł, że odpowiedź, której udzieli, będzie dla małej ważna. Nie wiedział, czemu to wszystko ma służyć, ale z całą pewnością był to test.

– Żadne dziecko nie powinno być samo – przemówił w końcu.

– To czemu jego tam zostawiliście? – Jej głos brzmiał oskarżycielsko.

– Kogo? – Odruchowo rozejrzał się wokół siebie.

– Tego drugiego Jezuska, tego stojącego tuż przy wejściu! Jest samiuteńki, wyciąga do wszystkich rączki! Nikt go nie widzi, a przecież nie jest niewidzialny! Nie możecie go położyć koło tego tutaj? – Pokazała paluszkiem żłóbek. – Przecież starczy miejsca!

– Widzisz, on tam stoi od dość dawna, chyba przywykł… – usiłował nieudolnie wyjaśniać. – I wiesz…

– Tamten jest malutki i bardzo tęskni – przerwała mu gwałtownie, a w jej oczach zalśniły łzy.

I wtedy zrozumiał, że tutaj żadne tłumaczenia nie pomogą. Że tak naprawdę nie chodzi o figurkę maleńkiego chłopca, tylko o coś o wiele ważniejszego i delikatniejszego.

– Tak, masz rację. – Ostrożnie położył dłoń na ramieniu dziewczynki. – Jest dość miejsca nie tylko dla nich obu, ale dla nas wszystkich. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby tamten już nigdy nie czuł się samotny, w porządku?

Mała energicznie pokiwała głową. Przez moment oboje milczeli. Po chwili dziewczynka odchrząknęła i zacisnęła mocno rączki na barierce oddzielającej szopkę od reszty kościoła. Widać było, że zbiera się w sobie.

– A czy ty przypadkiem nie jesteś ksiądz? – zapytała w końcu szeptem.

– Nawet nie przypadkiem, wprawdzie jestem świeżo po święceniach, ale… – Tu przerwał, zdając sobie sprawę, że rozmawia z dzieckiem. Bez sensu było wtajemniczać małą w procedury.

– Czyli taki prawie ksiądz. – Ada zmarszczyła z namysłem brwi.

– No coś ty! Jakie prawie? – żachnął się nieznajomy. – Ksiądz ze mnie pełną gębą!

– Ale nie jesteś stary ani pomarszczony czy łysy – mruknęła wyraźnie nieprzekonana.

– A to! Drobiazg. Mogę cię zapewnić, że na to też przyjdzie czas. – Z trudem opanował podchodzący do gardła chichot.

Widać mała miała konkretne wyobrażenie prawdziwego kaznodziei i jemu brakowało nieco do wymarzonego ideału.

Ada tymczasem głęboko westchnęła i pomyślała, że bardzo żałuje, że nie ma z nią jej sąsiadki pani Dusi, bo ta z pewnością w try miga rozstrzygnęłaby jej wątpliwości.

Zdaniem Ady pani Dusia wiedziała wszystko, a na księżach znała się w szczególności. Czasem podczas wspólnych przechadzek w parku spotykały takiego jednego – starego, łysego i pomarszczonego. Pani Dusia powiadała o nim, że to ksiądz z prawdziwego zdarzenia.

– Dobry, serdeczny i serce ma na właściwym miejscu – przekonywała z przejęciem.

Ada też go lubiła, bo zawsze dobrotliwie głaskał ją po włosach i wyczarowywał dla niej z odmętów sutanny miętowe landrynki. Wprawdzie dziewczynka nie cierpiała niczego, co zawierało miętę, ale był to jedyny człowiek, pomijając panią Dusię, który po prostu chciał jej sprawić przyjemność. Jadła więc te cukierki bez najmniejszego grymasu.

Tak czy siak, w jej oczach prawdziwy ksiądz przypominał tamtego z parku. Szkopuł w tym, że ten tu był jego zupełnym przeciwieństwem. Nic dziwnego, że miała dylemat. Kto wie, czy taki niewprawiony w księdzowanie ksiądz nadawał się w ogóle do spełnienia poważnej misji.

Jeszcze raz omiotła taksującym wzrokiem stojącego obok niej mężczyznę. W końcu postanowiła zaryzykować.

– No dobrze – wzięła głęboki wdech. – Serce masz tam, gdzie trzeba? – Przypomniała sobie raptem, że to, zdaniem pani Dusi, była jedna z ważniejszych spraw.

– Serce? Z tego, co wiem, jest dokładnie tam, gdzie być powinno – odrzekł z powagą.

– To jedno mamy załatwione. – Ada z aprobatą pokiwała głową. – A czy taki mały ksiądz też ma znajomości? – wypaliła, wprawiając nowo poznanego w konsternację.

– A o jakie znajomości, młoda damo, ci chodzi? – z trudem zamaskował zaskoczenie.

– No, jak to jakie? Te księdzowe, tam, w niebie – wyjaśniła Ada, unosząc palec w górę.

– Ach, takie buty. – Uśmiechnął się i przysiadł na skraju ławki. – No wiesz, staram się zawsze być blisko tego, co tam się dzieje. – Wyjątkowo starannie dobierał słowa.

Za nic nie chciał jej spłoszyć. Zrozumiał, że przyszła tu z jakimś problemem, i z całego serca chciał jej pomóc go rozwiązać. Nie wiedział tylko, jak się do tego zabrać. Rozmowy z dziećmi nie były jego specjalnością. A poza tym ta dziewuszka wydawała się zupełnie inna niż dzieciaki, z którymi do tej pory miał do czynienia. Na nieszczęście nie potrafił wychwycić, na czym ta różnica polega, a to nie ułatwiało zadania.

– No, to chyba się nadasz – mruknęła. – Pani Dusia mówi, że znajomości to podstawa… Ona jest stara i mądra. Ma siwy kok, wiesz? – Z tonu, jakim to powiedziała, wywnioskował, że takie uczesanie jest dowodem na to, że Dusia, kimkolwiek była, posiadła mądrość całego świata. – To ja to zostawiam, tam jest wszystko napisane, trzeba tylko oddać komu trzeba. – Sięgnęła do kieszeni płaszczyka i wydobyła z niej złożoną na pół kopertę, którą bezceremonialnie wcisnęła mu w rękę. – I pamiętaj o tamtym Jezusku, obiecałeś, że tam nie zostanie – dodała.

Ksiądz na moment zapatrzył się w biały prostokąt na swojej dłoni, usiłując zebrać myśli. Gdy podniósł oczy, małej już nie było.

– Cholera jasna – wyrwało mu się zupełnie nie po księżowsku.

Zerwał się i wybiegł przed kościół. Zdążył tylko zobaczyć jej czerwoną czapeczkę znikającą za rogiem ulicy. I to by było na tyle, bo w tym samym momencie poślizgnął się na oblodzonych stopniach i z całych sił rymnął na cztery litery. Gdy udało mu się pozbierać, po dziewczynce nie było śladu. Przez chwilę rozważał, czyby nie spróbować jej dogonić, ale po krótkim namyśle zrezygnował. I tak zapewne by już jej nie znalazł. Z pociemniałego nieba zaczął prószyć grudniowy śnieg.

oże gdyby pobiegł, udałoby mu się ją dogonić.

Może zmieniłby tym bieg wydarzeń.

Może to odmieniłoby jego życie.

Albo życie dziewuszki w czerwonej czapeczce.

Ale nie zrobił tego.

Zwątpił.

rzez moment obracał w dłoniach kopertę, po czym z lekkim wahaniem zajrzał do środka i wyciągnął zwykłą kartkę wyrwaną z zeszytu w linie, zapisaną niewprawnym dziecięcym pismem:

Kochany panie Bogu, mama mówi, że cię nie ma, a nawet gdybyś był, to i tak nie masz czasu na słuchanie marudnych bachorów. Ale jest już choinka i pani Dusia, podobno ją znasz, bo ona mówi, że zna ciebie, ciekawe, prawda, że jak ktoś kogoś zna, to ten drugi ktoś też zna tego pierwszego… I znowu gadam, to moja największa wada to mówienie. Więc pani Dusia powiedziała mi, żebym napisała list do Świętego Mikołaja, bo to on przecież przynosi prezenty. Tylko że ja nie mogę do niego pisać. On po prostu nie da rady. A to przecież twoje narodzenie, kochany Bogu, to lepiej napisać od razu do ciebie. To tak:

Kochany Bogu, proszę cię o trzy rzeczy: żeby ktoś mnie pokochał i żebym tak bardzo się nie bała, gdy jestem sama w nocy, i żeby mamusia mnie przytuliła. Chociaż raz. I jeszcze, tak dodatkowo, gdyby się dało, żeby tatuś żył. Chociaż to podobno za trudne nawet dla ciebie. Twoja Ada.

Ksiądz stał jak skamieniały. Całym sobą czuł, że skrewił na całej linii. W ciągu kilku minut zrozumiał wszystko. Tak naprawdę to nie chodziło o Jezuska z oświetlonej wnęki tuż przy wejściu. Chodziło o nią. To ona była samotna i tęskniła. To ona czuła się niewidzialna. A on pozwolił jej odejść. Nie wiedział nawet, gdzie jej szukać.

Nie sprawdził się.

Zawiódł.

Potem każdego dnia usilnie wypatrywał, czy mała nie zjawi się w kościele. Mogła przecież chcieć odwiedzić Jezuska przy wejściu albo choć zajrzeć do szopki. Nie pojawiła się jednak już nigdy. Został po niej tylko list. I wielki, wielki smutek, który ilekroć przywoływał ją w pamięci, opanowywał całe jego serce, które, jak się okazało, rzeczywiście miał we właściwym miejscu. I pewnie dlatego gdy cierpiał – cierpiał każdą cząsteczką ciała, a gdy się radował, miał wrażenie, że cały świat śpiewa razem z nim.

czywiście Adrianna nie miała pojęcia, że nie tylko ona pamięta tamten zimowy, mroźny dzień i wizytę w kościele. Nie wiedziała też, ile zgryzoty przysporzyła młodziutkiemu księdzu.

Natomiast z całą pewnością wiedziała, że mimo iż minęło wiele lat, tamta samotna dziewczynka wciąż istnieje, nie rozpłynęła się w powietrzu. Tkwiła w niej uparcie, w każdą zimę stawała przed nią ubrana w śliczny czerwony płaszczyk podbity białym futerkiem i czerwoną czapkę z białym pomponem. Matka nigdy nie pozwoliłaby na to, by ktokolwiek mówił, że nie dba o córkę. I cały czas ten mały uparciuch z nadzieją czekał na cud, który – o tym Ada doskonale wiedziała – nigdy nie miał się ziścić.

Pociągnęła nosem i wierzchem dłoni wytarła mokre od łez policzki.

Koniec mazania, pomyślała, zerkając w stronę figurki świętego Krzysztofa. Dość! Już nigdy nie będę płakać przez matkę! Nigdy! Jadę do domu, a potem… Chyba muszę się napić…

– To mi na pewno dobrze zrobi na dorosłość – mruknęła i wydmuchała nos w koniec szalika. – Przecież małe dziewczynki nie piją. A już na pewno nie piją na mrozie, na ławce w parku.

I to jest plan – pokiwała głową, jednocześnie uruchamiając samochód. Będę grudniową niepokorną!

Taa, i z twoim szczęściem na pewno zamarzniesz albo w najlepszym razie dostaniesz zapalenia płuc, szepnęło jej coś w tyle głowy.

Postanowiła jednak zignorować ten głos. Ostatecznie niepokorni z rozsądkiem nie mają zbytnio po drodze.

Gdy wyjeżdżała na drogę, śnieg znów zaczął prószyć, a w radiu powiedzieli, że pada już w całym kraju. Grudniowy śnieg. Dla jednych magia, dla innych przekleństwo.

tym roku Stefan postanowił udawać, że w ogóle nie dostrzega padającego śniegu. Mógł sobie na to pozwolić, bo przecież tak naprawdę jego życie skończyło się czternaście miesięcy, trzy dni i – zerknął na zegarek – cztery godziny temu. A skoro tak, to mógł spokojnie ignorować wszelkie zjawiska pogodowe. Tak samo zresztą jak wszystko i wszystkich. Codziennie się budził i z nadzieją spoglądał na pustą połowę łóżka po prawej stronie. I codziennie przeżywał podwójne rozczarowanie. Pierwsze, bo jednak się okazywało, że ten cały koszmar nie był tylko snem, lecz rzeczywistością, drugie, bo jego modlitwy znów nie zostały wysłuchane.

Codziennie też prowadził swą prywatną rozgrywkę z Panem Bogiem. Właśnie nadeszła pora na pierwszą rundę. Wsunął gołe stopy w rozdeptane bambosze i poczłapał do okna, po czym otworzył je na całą szerokość, zrzucając przy tym poduszkę białego puchu z parapetu.

– Jak można być takim skurczybykiem?! – zawołał, patrząc w niebo. – Cholerny egoista! – dodał i z rozmachem zamknął okno, ignorując zdumione spojrzenia przechodzących chodnikiem dwóch podfruwajek. – Co one wiedzą o życiu – mruknął do siebie. – Ledwo to to od ziemi odrosło, ma może ze czternaście lat, to się i dziwi wszystkiemu! – Z zadowoleniem spostrzegł, że wstrząsnął nim dreszcz.

Może w końcu to zimno na coś się przyda, pomyślał. Takie zapalenie płuc na przykład. Byłoby jak znalazł. Ponoć w moim wieku już się z tego nie wychodzi.

Ale nie, oczywiście nie ma co liczyć na taki łut szczęścia. W końcu jego pokolenie nie tak łatwo było wykończyć. Ci, co przetrwali wojnę i dożyli sędziwego wieku, zazwyczaj na jego prywatne nieszczęście cieszyli się znakomitym zdrowiem i niebywałą odpornością.

A przecież postanowił, że skoro Helenka odeszła, on też umrze. Całe życie był uparty i stawiał

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Projekt okładki

Agnieszka Kucharz-Gulis

Fotografia na okładce

Shutterstock.com/Boiko Olha i Shutterstock.com/Coy_Creek

Opieka redakcyjna

Dorota Gruszka

Korekta

Małgorzata Biernacka

Barbara Gąsiorowska

Copyright © by Magdalena Kordel

© Copyright for this edition © by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5853-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pejzaż z Aniołem Serce w skowronkach 48 tygodni Serce z piernika Córka wiatrów Sezon na cuda 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy