Boniecki

Boniecki

Autorzy: Adam Boniecki Anna Goc

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 34.99 zł

Dlaczego nie przywiązuje wagi do rzeczy i miejsc? Kim są jego mistrzowie? Czego żałuje, co zrobiłby inaczej? Co mu się nie podoba w polskim Kościele?

 

Niezwykły ksiądz w inspirującej rozmowie z dziennikarką "Tygodnika Powszechnego" Anną Goc odsłania swoje życie i opowiada o doświadczeniach, które go uformowały. Wraca pamięcią do czasów okupacji, powojennej biedy, początków kapłaństwa, pobytu we Francji i w Rzymie, znajomości z Janem Pawłem II. Wspomina chwile, które zmieniły wszystko: pożegnanie z ojcem w wieku dziewięciu lat, powojenną Polskę i władzę, która pozbawiła go domu. Lekcje, które płyną z tych doświadczeń, są ważne dla każdego. Tak osobistej książki ks. Bonieckiego jeszcze nie było.

 

Tam, gdzie rozbiję swój namiot, jestem w domu. Kiedy się przeprowadzę, znów będę w domu. Wolność od złudzenia stałego domu na tym świecie. Trzeba mieć duszę koczownika. Rozstawiam namiot, jutro go zwijam, idę dalej. Wtedy też nie da się mieć za wiele rzeczy.

fragment książki

WSTĘP

1. Mało znany fakt: ksiądz Adam Boniecki nie znosi wywiadów rzek. Kiedy jakaś książka z tego gatunku trafia na jego redakcyjne biurko, ogląda ją z politowaniem, a jeśli zdarza się, że autorem jest ktoś z jego znajomych, kąśliwym uwagom nie ma końca. „Tak zostałem wychowany – tłumaczy. – Mówienie o sobie, jakikolwiek ekshibicjonizm, nawet lekki, był u nas w domu uważany za coś w bardzo złym stylu”. Jeżeli się więc zgadza wziąć udział w przedsięwzięciach typu: „książka złożona z wywiadów”, to pod warunkiem, że będzie to książka o czymś – na przykład o encyklikach Jana Pawła II, o których opowiadał Katarzynie Kolendzie-Zaleskiej, albo, jak w przypadku niniejszego tomu, nad którym prace rozpoczęły się wkrótce po wizycie papieża Franciszka w Krakowie, o uczynkach miłosierdzia.

Nie mają więc Państwo przed sobą autobiografii Adama Bonieckiego, lecz rozmowę z odwołującym się do własnych doświadczeń starym, mądrym księdzem – właśnie z księdzem przede wszystkim, nie komentatorem życia publicznego ani świadkiem wielu najważniejszych wydarzeń w Polsce czy Watykanie drugiej połowy dwudziestego i początków dwudziestego pierwszego wieku. Zarazem jednak jest to książka najbardziej osobista ze wszystkich, które ksiądz Boniecki dotąd wydał: nawet ludzie znający go od kilkudziesięciu lat o wielu historiach z dzieciństwa – choćby o tym, jak dramatycznie wyglądało życie rodziny po rozstrzelaniu ojca przez gestapo i rozpadzie bezpiecznego ziemiańskiego świata – dotąd nie słyszeli. Nigdy wcześniej nie dostaliśmy tylu kluczy do znalezienia odpowiedzi na pytanie, skąd jest ksiądz Adam Boniecki, co go ukształtowało, komu zawdzięcza ten dar nieprzywiązywania się do miejsc i rzeczy, a zarazem przywiązywania się do spraw, które w życiu uważa za najważniejsze. Jak to zrobiła Anna Goc, jak potrafiła słuchać, jak dyskretnie, ale konsekwentnie dopytywała, jest w pierwszym rzędzie powodem do wdzięczności, w drugim zaś (autor niniejszego wstępu jest jednak dziennikarzem) – do zawodowej zawiści.

2. Zawsze kiedy przypominam sobie tę modlitwę, przypisywaną ponoć świętemu Tomaszowi z Akwinu, mam wrażenie, że tak naprawdę napisał ją ksiądz Boniecki. Tyle w niej przenikliwej inteligencji i spokojnej mądrości równocześnie. Tyle ciepłego humoru i morderczej ironii. Tyle poczucia własnej wartości i trzeźwego dystansu do siebie samego. Tyle pozbawionego złudzeń realizmu i tyle wiary. Tyle pogodzenia z tym, co było, jest i będzie… Cały ksiądz Adam, naprawdę. Zobaczcie Państwo zresztą sami:

Panie, Ty wiesz lepiej, aniżeli ja sam,

że się starzeję i pewnego dnia będę stary.

Zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania,

że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji.

Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek.

Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym;

czynnym, lecz nie narzucającym się.

Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam,

ale Ty, Panie, wiesz, że chciałbym

zachować do końca paru przyjaciół.

Wyzwól mój umysł od niekończącego się brnięcia w szczegóły

i daj mi skrzydeł, bym w lot przechodził do rzeczy.

Zamknij mi usta w przedmiocie mych niedomagań i cierpień,

w miarę jak ich przybywa,

a chęć wyliczania ich staje się z upływem lat coraz słodsza.

Nie proszę o łaskę rozkoszowania się opowieściami o cudzych cierpieniach,

ale daj mi cierpliwość wysłuchania ich.

Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć,

ale proszę Cię o większą pokorę i mniej niezachwianą pewność,

gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi.

Użycz mi chwalebnego poczucia,

że czasami mogę się mylić.

Zachowaj mnie miłym dla ludzi,

choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać.

Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy

to jeden ze szczytów osiągnięć szatana.

Daj mi zdolność dostrzegania dobrych rzeczy w nieoczekiwanych miejscach

i niespodziewanych zalet w ludziach;

daj mi, Panie, łaskę mówienia im o tym.

3. Niezwykłe są te, powracające co jakiś czas w Rozmowach o życiu, rozliczenia księdza Adama Bonieckiego z samym sobą: że kiedyś tam, pół wieku temu, powiedział niemądre kazanie. Że jako młody kleryk zamknął klasztorną furtę przed jakimś mężczyzną, który mógł być prowokatorem, ale mógł też naprawdę potrzebować pomocy. Że nie przyjął na wigilijnej wieczerzy we wspólnocie zakonnej nieproszonego gościa, choć intencje tego ostatniego mogły być dalekie od krystalicznych. Ale też, że przez całe życie za bardzo się trapił tym, jak wypadnie, a za mało tym, kim jest.

Trzeba niemałej wolności wewnętrznej, żeby zdobyć się na podobne wyznania – i wolność nie bez powodu jest jednym z najczęściej powracających tematów tych rozmów. Wszystko jedno, czy chodzi o nieszczęsny dar wolności, z jakim wciąż zmagają się Polacy, czy o wolny wybór wiary, a choćby i zgromadzenia zakonnego, które swojemu dawnemu przełożonemu ogranicza swobodę wypowiedzi. „Jeśli się żenię albo jeśli wybieram zakon, w którym składam ślub posłuszeństwa… tracę wolność czy robię z niej użytek?” – pyta ksiądz Adam, przypominając, że każde zaangażowanie jest, w jakimś sensie, rezygnacją z wolności, ale jest też jej aktem.

Tak, Anna Goc rozmawia z człowiekiem wolnym. Z kimś, kto dziś rozstawia namiot, jutro go zwija i idzie dalej, zabierając ze sobą (i – dodajmy – ofiarowując innym, bo robi to w tej książce hojnie) obrazy, chwile spędzone z ludźmi, zapachy miejsc. „Trzeba mieć duszę koczownika” – podsumowuje ksiądz Adam Boniecki. Piękna propozycja.

Michał Okoński,

dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”

Wątpisz?

Bywa i tak, choć się pilnuję, by o tym nie mówić.

Dlaczego?

Ludzie chyba nie tego oczekują od księdza. Zdarza się jednak, że ci wielcy potrafią mądrze mówić o swoich wątpliwościach. Czytałem tekst ojca Joachima Badeniego, w którym wyznał, że zdarzały mu się podczas mszy chwile zwątpienia w rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii.

Wątpisz przy ołtarzu?

W ciągu pięćdziesięciu siedmiu lat kapłaństwa zostało mi to oszczędzone. Ale są inne zwątpienia. Weźmy na przykład słowa Jezusa: „Proście, a będzie wam dane” – obietnica, wręcz niebezpieczne zapewnienie o skuteczności naszych modlitw. Przecież prosimy i nie zawsze otrzymujemy. Wyjaśnienie, na które można natrafić w tradycji Kościoła: „źli źle o złe rzeczy proszą albo dobrzy źle proszą” – „mali petunt: vel quia mala petunt; vel quia bona malè petunt” – chyba nie wyczerpuje problemu.

Znam małżeństwo, które przez lata modliło się o dziecko, a potem straciło je po kilku dniach życia. Tuż po pogrzebie zaczął padać deszcz. Matka chciała wrócić na cmentarz, by osłonić trumnę przed zimnem. Co można powiedzieć rodzicom, którzy znaleźli się w takiej sytuacji?

Jeśli pytają, mogę powiedzieć prawdę, że nie wiem. Mogę powiedzieć to, co mówi mi moja wiara: że Bóg z pewnością wie. Jeśli nie pytają, wolę nic nie mówić. Jedyne, co na pewno można wtedy ofiarować, to bliskość.

„Bóg z pewnością wie” – ta odpowiedź może sprawdzić się u wierzących. Co powiedziałbyś pozostałym?

Dla mnie w takich sytuacjach, własnych czy cudzych, jedyną sensowną odpowiedzią jest nadzieja, że „Bóg z pewnością wie” i że On nawet ze spowodowanego przez nas, czyli przez ludzi, zła potrafi wyprowadzić dobro. Choć może zabrzmi to dziwnie, uważam, że w takich sytuacjach jak śmierć kogoś bliskiego potrzebne bywa wsparcie w przekonaniu, że trzeba dalej żyć z tym, co się stało, że nie można dać się zgnieść nieszczęściu.

fot. Beata Zawrzel / Reporter

Kiedy umiera ktoś bliski, wierzący pytają: „Dlaczego Bóg nam go zabrał?”.

„Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!” – to Księga Hioba. Wracamy do niej, gdy dzieje się coś złego w naszym życiu i nie potrafimy tego przyjąć. W krańcowych sytuacjach, kiedy człowiek jest uderzony, łatwo o zwątpienie. Bóg to z pewnością rozumie. Wiara to nie jest coś załatwionego raz na zawsze. Podobnie jak miłość.

Mój przyjaciel – amerykański dziennikarz – stracił córkę w zamachu na rzymskim lotnisku. Do poczekalni pełnej ludzi wpadł terrorysta, zaczął strzelać, kilka osób zabił, wiele ranił. Przyjaciel opowiadał mi, że chcąc znaleźć sens tego, co się stało, całą noc czytał Księgę Hioba.

Tam jest odpowiedź?

Nie. Biblia jest książką, która też pozostawia wątpliwości. Hiob, domagający się wyjaśnienia sensu doświadczeń, które Bóg nań zesłał, otrzymuje nie odpowiedź, lecz pytanie. Streszczając: kim ty jesteś, żebym ja, Bóg, się przed tobą tłumaczył? „A Hiob odpowiedział Panu: »Jam mały, cóż Ci odpowiem? Rękę przyłożę do ust. Raz przemówiłem, nie więcej, drugi raz niczego nie dodam«” (Hi 40, 3–5).

Co mógł zrozumieć?

Że człowiek nie może pojąć Boga. Że pozostaje ufność mimo wszystko.

Znasz takiego starotestamentowego Boga?

Kiedy miałem dziesięć lat, mojego ojca aresztowało gestapo. Gdy się ze mną żegnał, wiedziałem, że więcej go nie zobaczę. Nie potrafię wyjaśnić, skąd miałem taką pewność, ale to było bardzo silne. Tamtego wieczoru my, dzieci i domownicy, zaczęliśmy odmawiać nowennę w intencji jego uwolnienia. Dziewięć razy dziennie przez dziewięć dni. Ostatniego dnia dostaliśmy wiadomość, że został rozstrzelany.

Zadawałeś wtedy Bogu pytania?

Nie zadawałem Mu pytań. Nie obwiniałem Go. Nie On zabił mego ojca, tylko Niemcy. Jeśli gestapo kogoś zabierało, rzadko się zdarzało, by wracał. Wiedzieliśmy o tym. Zostaliśmy – nas pięcioro – z mamą, a ona właściwie do końca życia czuła jego obecność, była absolutnie pewna, że się nami opiekuje. Dziś, wspominając tamte czasy, myślę, że się opiekował rzeczywiście. Na przykład kończyły się pieniądze i wydawało się, że nie będzie za co kupić jedzenia. I niespodziewanie w ostatniej chwili przychodziła pomoc, pełna jedzenia paczka z UNRRA. W takich sytuacjach mama powtarzała, że to ojciec się nami opiekuje.

Wtedy, w 1944 roku, cierpienie mamy było jednak ogromne. Mój młodszy brat oświadczył, że nigdy się nie ożeni, żeby kiedyś jego żona nie cierpiała tak jak mama.

Modliliście się razem, gdy ojciec żył?

Pamiętam, jak rodzice przychodzili do nas wieczorem, by wspólnie odmówić pacierz. Ojciec był człowiekiem głębokiej, spokojnej wiary. Podobnie mama. Kiedy się urodziłem, ofiarowali mnie Matce Boskiej Częstochowskiej. To mógł być jakiś napisany akt, msza święta przed cudownym obrazem w mojej intencji. Ja – na znak ofiarowania – nosiłem do siódmego roku życia ubrania w kolorach Matki Bożej: białym i niebieskim. Na siódme urodziny dostałem czerwone. Usiłowałem dowiedzieć się czegoś na temat tej praktyki i mojego ofiarowania u paulinów na Jasnej Górze. Nic nie wiedzieli.

Czy to tradycja w Waszym domu?

Tak, to była tradycja w rodzinie mojego ojca. Mam nawet zdjęcie siedmioletniego ojca w czerwonym ubranku. Pewnie był ofiarowany w Ostrej Bramie, jako że się urodził w Wilnie. Moja siostra dostała sukienkę nie czerwoną, ale białą w czerwone kropy – duża czerwona kropa i wokół niej małe, też czerwone.

Pamiętam wyprawy do kościoła na niedzielną mszę. Ojciec jechał na rowerze, my czasem jechaliśmy powozem, czasem szliśmy piechotą. Kościół nie był daleko: ze dwa–trzy kilometry. Ale jedna z kuzynek, które wtedy z nami mieszkały, twierdzi, że tata był na mszy codziennie. Jest ode mnie starsza, może lepiej pamięta. Mogłem o tym nie wiedzieć. Wtedy takie dzieci jak ja, z tak zwanego dobrego domu, nie mieszkały z rodzicami w jednej izbie czy w jednym mieszkaniu. Pokoje rodziców, ich rozkład dnia, to był niejako inny świat niż pokoje dziecinne i nasz plan dnia. Nie należy z tego wnosić, że nie było między nami silnej więzi uczuciowej. Była.

Obserwowałem nieraz, jak ojciec modli się w kościele w czasie mszy. Oboje mieli też mszaliki, zwane „rzymskimi”, opracowane przez benedyktynów i siostry niepokalanki. Były w nich wydrukowane w dwóch kolumnach teksty liturgii na każdy dzień, po polsku i po łacinie. Kiedy nie było ministranta, ojciec wychodził z naszej kolatorskiej ławki stojącej blisko ołtarza. I z tym mszałem w ręku, z okularami, które to wkładał do czytania, to zdejmował, służył do mszy. Wtedy służenie było dość skomplikowane: dwa razy się przenosiło mszał, wszystkie modlitwy i czytania były po łacinie.

Obraz modlącego się ojca zapisuje się głęboko w pamięci. Mój przyjaciel Stanisław Kracik opowiadał, że zawsze ma przed oczami widok ojca, który idzie za pługiem, a w ręku trzyma różaniec.

Powiedziałeś, że ojciec był człowiekiem spokojnej wiary.

Tak, dużą rolę w jego życiu odegrało dość straszne doświadczenie. W czasie I wojny światowej dostał się do niewoli rosyjskiej. Rosjanie załadowali związanych jeńców na statek i, jak się potem okazało, ten statek zatopili. Ojca i jego kolegę uratował pewien Rosjanin, wcześniej ordynans ojca. Ojciec chyba złożył wtedy ślub, że do końca życia będzie co dzień odmawiał cząstkę Różańca.

Hanna Krall w jednym z wywiadów przyznała, że już jako młoda reporterka czuła, iż czyjaś śmierć jej tak bardzo nie dziwi. Straciła tę umiejętność dziwienia się w czasie wojny, kiedy co jakiś czas ktoś znajomy nie wracał do domu.

Wojna zmieniła porządek świata. Ludzie, którzy mają w pamięci jej okropności, albo zwątpili w Boga kochającego, albo odkryli lub pogłębili swoją wiarę.

Nie można uciec od innej perspektywy – wielu zwątpiło, że Bóg istnieje.

Rozumiem te wątpliwości. Spotykałem ludzi, którzy przeszli przez obozy koncentracyjne, wrócili z łagrów, stracili najbliższych. Niektórzy całe życie niosą w sobie egzystencjalną rozpacz lub głęboki pesymizm. Taka osoba przychodzi do księdza i pyta, gdzie był wtedy Bóg. A ja wiem, że był.

Skąd ta pewność?

Na tym chyba polega wiara, że nie zawsze się wie, skąd się wie. Dla mnie to jednak pewność. Ale przekazanie jej komuś innemu nigdy nie będzie skuteczne. Nie podjąłbym się dyskutowania z człowiekiem, który mówi, że nie było Boga w Auschwitz.

Bo nie masz argumentów, które potwierdziłyby, że był.

Nie mam. Znam jedynie ludzi, którzy tam Boga odnaleźli, dzięki Niemu wytrzymali. Tych, którzy mówią, że nie było tam Boga, nie należy szarpać, mówić im: „Chodź, ja ci udowodnię, że jednak był”. Takie rozmowy mogą prowadzić ci, którzy tam byli.

Kiedy wracamy do wojennych wspomnień, możemy zadać inne pytanie: kim jest Bóg, w którego wierzę. Jaki jest sposób i zakres Jego działania w świecie? Czy jest wielkim mechanikiem, siedzącym za konsolą wszystkich wydarzeń, który ma widok z góry na cały świat – to tu naciśnie, kierując gdzieś wojska, to tam ześle burzę? Ja w takiego Boga nie wierzę.

To jaki jest Bóg, w którego wierzysz?

Wiem tylko, że jest miłosierny. Że otacza mnie swoją miłością. Zwątpienie rodzi się wtedy, kiedy człowiek wymyśli sobie takiego Boga, który spełnia wszystkie jego oczekiwania. „Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi” (Iz 55, 9). To, co jest dla mnie bolesne, może w oczach Bożych nie jest złem.

Co odpowiadasz ludziom, którzy – doznając zła – zwątpili?

Nie mam gotowej odpowiedzi. Czasem mówię, że ze zła popełnianego przez ludzi Bóg może wyprowadzić dobro. Często nie odpowiadam, milczę, słucham. Jestem blisko. Proszę Boga, żeby On sam odpowiedział.

A gdy pytają, dlaczego Bóg na to pozwolił?

Tak, pytanie o interweniującego Boga wciąż powraca. Ludzie pytają, dlaczego tym, którzy są dobrzy, przytrafia się coś złego. Dlaczego na biednych spadają kolejne nieszczęścia. Pytam ich, czego się spodziewali od Boga. Mnóstwo zła pochodzi od człowieka. To konsekwencja wolności. Czemu Bóg nie interweniuje? Nie wiem. Jesteśmy bezradni wobec tajemnicy pogodzenia wolności człowieka i wszechmocy Boga. Karl Rahner pisał, że to są dwie nierównoległe, które się przecinają poza zasięgiem naszego wzroku.

Opracowując kalendarium życia Karola Wojtyły, przeglądałem między innymi kazania wygłaszane przez niego na mszach dla przyjaciół, którzy – w po ludzku absurdalny sposób – stracili najbliższych. Na mszy za drugiego syna Antoniego Gołubiewa – który, podobnie jak nieco wcześniej pierwszy syn, utonął – kardynał nie udzielał żadnych odpowiedzi, nie próbował pocieszać, nie tłumaczył Boga. Dzielił z ludźmi ich ból. Z cmentarza zawsze wychodził ostatni. Po odmówieniu liturgicznych modlitw zostawał i dalej się modlił. Wiedział, że cierpiącym potrzebna jest jego obecność. Chciał, by mieli pewność, że z pytaniami, na które teraz próbują sobie odpowiedzieć, nie są sami.

Czy czujesz się w takich sytuacjach bezsilny?

Dziś wiem, że wobec tragedii jestem bezsilny, i nie kombinuję, co powiedzieć, co zrobić. Staram się iść za odruchem serca. To są sytuacje, w których można tylko oddać cierpiących Bogu. Można im towarzyszyć, być obok, zresztą nie zawsze. Później można poradzić, by się rozejrzeli, by próbowali dostrzec w swoim życiu także ślady obecności dobrego Boga.

A jeśli nie mają już na to siły? Albo nie chcą Go odnaleźć?

Można wątpić, ale nie trzeba się spieszyć z odchodzeniem od Boga. Tomasz Apostoł wątpił, ale został i Jezus specjalnie do niego się pofatygował. Wątpiącym można radzić, by przynajmniej byli wierni jak Tomasz. Bo on nie jest „niewiernym Tomaszem” w sensie braku wierności. Określenie pochodzi od jego trudności w wierze.

Między wiarą w coś, wiarą komuś a wiernością udawaną, hipokryzją jest wiara wbrew zwątpieniu. Także w relacjach ludzkich, ziemskich. Coś takiego się stało, że „nie wierzę już w żonę”, nie wierzę, że mnie kocha. Nie odchodzę jednak, wbrew zwątpieniu przetrzymuję kryzys. Taka wiara, czy raczej wierność wbrew zwątpieniu, czyni cuda. Czasem. Po przejściu kryzysu odnaleziona miłość może być znacznie głębsza niż ta sprzed kryzysu.

W Dekalogu I Krzysztofa Kieślowskiego jedna z bohaterek mówi: „Bóg jest, to bardzo proste, jeśli się wierzy”.

Genialne zdanie. Ono pokazuje dramat tych, którzy wątpią.

Albo dramat tych, którzy nie mają żadnych wątpliwości.

Zawsze odnosiłem wrażenie, że Karol Wojtyła – Jan Paweł II był człowiekiem wiary pewnej. Chyba nie przeżywał dramatów wątpienia. Dokonując wyborów, kierował się Ewangelią. Wiedział zwyczajnie, że to jedyna właściwa droga. Dlatego jako papież był w stanie podejmować czasem decyzje wbrew ważnym doradcom z kurii rzymskiej.

Kościół był i jest otwarty na wątpliwości właśnie od czasów apostoła Tomasza. Jezus pyta Piotra, któremu nie za bardzo się udało chodzenie po wodzie: „Słabej wiary, czemuś zwątpił?”. Bo istotnie: po przejściu kilku kroków Piotr zwątpił, „na widok silnego wiatru uląkł się i zaczął tonąć”. Trudno się dziwić. W tym zwątpieniu wołał jednak do Jezusa: „Panie, ratuj mnie!”. Jezus natychmiast wyciągnął rękę, wyłowił Piotra i potem, jakby z żalem, mówił o zwątpieniu, o tym, że tym razem nie całkiem się udało. Ale się nie dziwił i nie potępiał. To dobry obraz wiary. Taka jest: zawieszona między szaleństwem zawierzenia i zwątpieniem. Człowiek wierzy, na słowo Jezusa podejmuje wyzwanie niemożliwe, stawia kilka kroków – i wystarczy silniejszy podmuch wiatru, by sobie uświadomił, że po tym, po czym idzie, chodzić się nie da. Zginie, jeśli nie wezwie pomocy.

Jezus najpierw Piotrowi podał rękę, a dopiero potem go upomniał: gdybyś nie zwątpił, mógłbyś dalej iść.

Mówisz o darze wiary. Kto nim obdarowuje?

Bóg. Przyjęcie tego daru wiary oznacza ryzyko.

Załóżmy, że pyta niewierzący: kto obdarowuje wiarą?

Dar wiary pochodzi od Boga. Trudno mówić, jak On działa. Powiem, jak ja to rozumiem. Każdy człowiek otrzymuje zdolność do wyjścia myślą poza rzeczywistość materialną. Przejawia się to na przykład w pytaniach o sens życia albo w zdolności do czystej bezinteresowności. Dary Boga mają swoją dynamikę. Człowiek może tę zdolność, niekoniecznie z własnej winy, zamknąć w jakimś wewnętrznym sejfie, ale może też ją rozwijać. Dar przyjęty się powiększa. Czasem sejf, nie wiadomo czemu, nagle sam się otwiera. To są te przedziwne nawrócenia, których wielokrotnie byłem świadkiem.

Różne są drogi rozwoju wiary, poznawania Boga, Chrystusa, Kościoła. Od strony człowieka akt wiary to zawsze decyzja zaufania. Nie jest łatwo całkowicie zaufać człowiekowi, a co dopiero Bogu, którego nie widać. Zaufanie jest narażone na kryzysy, załamania i powroty. Tego nie da się wyjaśnić, jeśli się wykluczy interakcję działania Boga i odpowiedzi człowieka. Działanie Boga zawsze wymaga ludzkiej zgody na przyjęcie daru wiary.

Dlaczego wiara jest ryzykiem?

Bo pociąga za sobą życiowe decyzje. Jeśli wierzę Chrystusowi, to poważnie, w konkretnym moim życiu, traktuję Ewangelię.

Jest oczywiście wiara „anonimowa”. Człowiek po prostu działa zgodnie z sumieniem, a to jego sumienie bezwiednie odczytuje myśl Boga. Mówimy czasem o kimś niewierzącym czy agnostyku, że to „święty człowiek”, bo jego życie jest ewangeliczne. Święty Jan napisał, że „każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością” (1 J 4, 7b–8). Ktoś może miłować i nie wiedzieć, że „zna Boga”.

Nasza rola jest podobna do roli Jana Chrzciciela – on przygotował drogę. Ale potem przyszedł Pan Bóg. To, co może zrobić człowiek, to wydobyć się z ignorancji, z uprzedzeń. Wychowując dziecko w wierze katolickiej, nie ma co zakładać, że będzie wierzące. Ostatecznie wiara to tajemnicza część działania łaski Bożej, którą człowiek może przyjąć. Działanie Boga, który daje o sobie znać człowiekowi. Chodzi o to, że jest w człowieku dyspozycja, by przyjąć wiarę. Pełne wykształcenie religijne wcale nie gwarantuje jednak wiary, a jego brak nie oznacza, że ktoś nie może wierzyć.

Inna nazwa wiary to zaufanie. Chodzi o więź ufności z Bogiem, który jest niewyobrażalny. Jest… nie wiem jaki. Jak przejdziemy na drugą stronę, to nie zobaczymy Boga, który powie: „No to jesteś”. Tam pewnie człowieka ogarnia jakiś stan. Szczęście. Bliskość. Wszelakie studia, filozofia, która przygotowuje do teologii, kosmologia – to wszystko otwiera człowieka, wytycza drogę do spotkania. Ale sama wiara to – jak mówiłem – egzystencjalna decyzja przyjęcia daru Boga.

A Ty, gdyby ktoś przyszedł do Ciebie do spowiedzi i powiedział, że nie ma wiary, co byś takiemu człowiekowi powiedziała?

Że może być dobrym człowiekiem.

Jest też odpowiedź Tomasza, który nie wierzył w zmartwychwstanie. Takiemu człowiekowi można powiedzieć, żeby się nie spieszył z odejściem. I można też prosić Boga, by nie „trzymał” go za długo. Mówię to spokojnie, bo jako ksiądz mam ten przywilej, że widzę ludzi nawracających się, powracających do Boga. Z przyczyn nieadekwatnych. Pan Bóg ich gdzieś spotkał. Inaczej tego nie potrafię wytłumaczyć.

Stanisław Jerzy Lec: „Czy jestem wierzący? Bóg jedyny raczy wiedzieć. A może Bóg sobie mnie upatrzył na ateistę”.

Lubię Leca, ale myślę, że nie ma ludzi, którzy nie otrzymali daru wiary.

Co z nim zrobili ci, którzy mówią, że go nie mają? Stracili?

To za mocne słowo. Wiara to jest – mówiąc słowami Ewangelii według świętego Jana – „światłość, która oświeca każdego człowieka na ten świat przychodzącego”. To zdolność wyjścia poza rzeczywistość materialną, poza, a może raczej: ponad, biologię. To tęsknota za miłością, za sensem, za życiem wbrew oczywistości śmierci.

Łaska wiary to zdolność poznawcza istniejąca poza poznaniem spekulatywnym i doświadczalnym, którą Leszek Kołakowski określił jako „poznanie mityczne”. To coś wcześniejszego niż przyjęcie credo jakiegokolwiek Kościoła czy religii w ogóle. Dlatego wątpienie może być drogą wiary. Bywa też rewizją treści, które się przyjmuje z wiarą. Racjonalność wiary prowadzi przez zwątpienia, kryzysy, nawet odejścia. Nie trzeba nikogo pozbawiać wątpliwości, czasem nawet należy je prowokować.

A gdybyśmy spróbowali wyjaśnić ten język: „człowiek małej wiary” – co to znaczy?

Przypominam: do Piotra, który idąc po wodzie, zwątpił, Jezus mówi: „Człowieku małej wiary! Dlaczego zwątpiłeś?”.Przerażonych burzą apostołów, którzy budzą Go, błagając o ratunek, pyta: „Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?”. Kobiecie kananejskiej, która mimo dość twardej odmowy nadal prosiła o uzdrowienie opętanej córki, oznajmia: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz!”. W języku Ewangelii miarą wielkości wiary jest jej odporność na zagrożenia. Piotr wierzył, póki nie dmuchnął wicher. Apostołowie w łodzi wierzyli w moc Jezusa, ale nie w moc Jezusa śpiącego. A matka błagająca o uwolnienie córki wierzyła, że w Jezusie od zasady wykluczania pogan ze społeczności nabożnych Żydów silniejsze jest miłosierdzie, współczucie i dobroć. W ustach Jezusa „wielka wiara” oznacza wielką ufność. Dodajmy, że Jezus był wierzącym Żydem, a ta kobieta nie była wierzącą Żydówką.

Jeśli po jednej stronie jest zwątpienie, to co jest po drugiej? Prawda? Nadzieja?

Jeszcze należałoby dodać pewność. Pewność wiary nie wyklucza wątpliwości, nawet zwątpień. Akceptuje jednak istnienie pytań, na które nie ma adekwatnej odpowiedzi.

Ale po drugiej stronie zwątpienia może stać także zadowolona z siebie pycha. Pewność wiary to stan serca, oczywiście bez wyłączania intelektu. Bo wiara nie jest stanem czysto rozumowym, nawet czysto wolitywnym. Wiara to stan egzystencjalny. Czyli sposób istnienia.

A zatem pojęcie „drugiej strony” nie jest tu przydatne?

Można być po obu stronach. Wiara, nawet wstrząsana wątpliwościami, daje mimo wszystko pokój w sercu.

Znasz to uczucie albo ten stan?

Myślę, że znam, ale na pewno nie wiem. To można poznać po tym, jak o nim mówię.

Na początku naszej rozmowy powiedziałeś, że od księdza oczekuje się, by nie wątpił.

Nie całkiem tak. Uważam, że nie oczekuje się od księdza, iż będzie opowiadał o swoich wątpliwościach. Z pewnością nie powinien udawać, odgrywać jedynie roli świadka wiary. Musi być prawdziwy, co nie znaczy, że ma się przed wiernymi wybebeszać. Gdyby wątpliwości i rozterki kompletnie go wytrąciły z drogi wiary, powinien wziąć urlop i porozmawiać z ojcem duchownym. Jednak normalnie księdzu z wątpliwościami pozostaje wiele przestrzeni dla uczciwego realizowania jego misji. No i przy okazji lepiej zrozumie wątpiących.

Kiedyś ojciec Jacques Loew miał wygłosić cykl pogadanek o wierze dla rosyjskiej sekcji Radia Watykańskiego, więc adresowanych do obywateli ZSRR. Doradzałem mu z zapałem, żeby podjął tematy apologetyczne, takie jak historyczność Chrystusa, powstanie Ewangelii, coś w tym duchu z historii Kościoła. Żeby – przekonywałem – rozbić propagandowe radzieckie klisze na temat wiary i Kościoła. Ale on, stary, mądry i świątobliwy, przez wiele lat ksiądz robotnik, nie zgodził się ze mną. Słuchacze – tłumaczył – najpierw muszą się zachwycić Jezusem, odkryć, że jest im bliski.

Dziś to rozumiem. To tak jak w relacjach ludzkich: najpierw trzeba się zakochać, żeby potem naprawdę poznawać cechy osoby ukochanej. Nie na odwrót. Bez zachwytu możliwe jest poznanie, ale zimne, nieangażujące. Utkwiło mi to w pamięci.

Na Rynku Głównym w Krakowie, 2017

fot. Beata Zawrzel / Reporter

Rozmawiamy w Warszawie, na Stegnach, gdzie mieszkasz. Obok jest kościół Dominikanów i Wasz, mariański. Kto do Was przychodzi?

Do nas miejscowi. Do kościoła dominikańskiego ciągną ludzie z całego miasta, w tym wielu młodych. Podobnie jest w innych miejscach, gdzie pracują dominikanie. Dlaczego ci bardziej wymagający, poszukujący idą tam? Czy sądzą, że u nas ich głód nie zostanie zaspokojony? Być może jest jakaś nieadekwatność naszych działań i ich potrzeb.

Na czym ta nieadekwatność może polegać?

Mówi się o spadku frekwencji w kościołach, o tym, że coraz mniej ludzi przystępuje do sakramentów, że coraz więcej przestaje się modlić. Te obserwacje potwierdzają kolejne badania. Dla mnie – księdza, który od prawie sześćdziesięciu lat stale spotyka się z ludźmi, zwłaszcza w konfesjonale – oczywiste jest, że wchodzimy w nową epokę przeżywania wiary i przynależności do Kościoła.

Według najnowszych badań Pew Research Center Polska jest najszybciej sekularyzującym się krajem na świecie.

To brzmi tak, jakby proces sekularyzacji zaczynał się dopiero teraz. Mam wrażenie, że raczej ujawnia się coś, co działo się od dawna. Przez wiele lat w Polsce zewnętrzna religijność, chodzenie do kościoła i udział w religijnych manifestacjach, takich jak na przykład procesja na Boże Ciało, były często formą zaangażowania politycznego. Kościół był przestrzenią wolności. Pełnił wiele funkcji zastępczych. Kiedy to się skończyło, przyszedł czas próby.

Czyjej?

Zacznijmy od księży. Nie byliśmy pieszczeni przez władze PRL, ale mieliśmy zaufanie mas. Kościół zagrożony to Kościół bardziej zwarty, solidarny. Teraz nie ma zadekretowanego ateizmu, szykan, ograniczeń działalności. Istnieją katolickie organizacje, redakcje, w szkole jest religia. Więcej: uważa się – słusznie czy niesłusznie to inna sprawa – że cieszymy się wieloma przywilejami. W czasach PRL Kościół dawał jedną z nielicznych propozycji słusznego zaangażowania. Dziś jest mnóstwo innych możliwości przyzwoitego, a nawet heroicznego życia. Jest także całkiem realna i pociągająca perspektywa osiągnięcia dobrobytu, dorobienia się, znalezienia szczęścia. Kościół, postrzegany jako instytucja mająca się materialnie dobrze, a do tego jako uczestnik politycznych rozgrywek, Kościół z koncernem medialnym Radia Maryja na sztandarze, ma kłopot ze skutecznym głoszeniem ideałów ewangelicznych królestwa „nie z tego świata”.

Do tego dochodzą jeszcze skandale, w których opisywaniu media nas nie oszczędzają. Mamy kryzys komunikowania Ewangelii. Często ci, którzy się oddalają od Kościoła, nie chodzą na niedzielną mszę, nie przystępują do sakramentów i nie święcą dnia świętego, nadal wierzą w Boga, pozostają religijni. I osobny problem: ci, którzy dziś zbliżają się do środowisk – mówiąc umownie – parafialnych, nie zawsze trafiają na miłujących się świadków wiary, na ludzi, którzy nią żyją.

Eucharystia u dominikanów pociąga – słowem, rytem, tym, że rytuał staje się wehikułem tajemnicy.

Pewnie tak. W naszych mszałach najbardziej wytarte są strony z drugą modlitwą eucharystyczną. Tą najkrótszą. Wygląda na to, że ksiądz chce jak najszybciej odprawić co trzeba. Nie pomoże żadna reforma liturgii, jeśli msza będzie odprawiana nie z miłością, lecz rutynowo.

A inne formy modlitwy? Pielęgnujemy stare nabożeństwa. Kiedy ponad sześćdziesiąt lat temu byłem ministrantem, wieczorne nabożeństwa majowe cieszyły się wielkim powodzeniem. Pamiętam kaplicę Sióstr Szarytek w Chylicach pełną rozśpiewanych ludzi. Melodia litanii. W kościele unosi się słodki zapach kadzidła, wszyscy są lekko oderwani od realnego świata, przez witraże wpada słońce. Psychodeliczny stan. Dziś jednak księża odprawiają takie nabożeństwa po mszy wieczornej, bo się obawiają, że inaczej nikt nie przyjdzie. Tam, gdzie mogłem to widzieć, uczestniczą w nich głównie ludzie starsi. Konserwujemy te formy pobożności – kiedyś bardzo żywe, dziś jakby zabytkowe. Czy mamy nowe? Czy mamy ludzi, którzy potrafią mówić o Ewangelii tak, żeby porywała swoim pięknem? Coś takiego było w kazaniach księdza Jana Ziei albo biskupa Jana Pietraszki. Ludzie na kazania biskupa Jana ciągnęli czasem z dalekich stron. To nie była kwestia retoryki – chodziło o to, że on żył tym, o czym mówił. Był świadkiem wiary. Jak papież Franciszek, który trafnie uchwycił problem: źle komunikujemy Dobrą Nowinę.

Ksiądz Tomáš Halík pisał, że Franciszek wybiera Kościół, który jest odwrotnością tryumfalizmu.

Tak jest. Niestety my, księża, przez wiele lat uczyliśmy się tę tryumfalistyczną machinę obsługiwać. Tryumfalistyczną nie w sensie pałaców czy złocistych szat. Broniliśmy obrazu Kościoła jako instytucji niepodlegającej słabościom, stojącej zawsze po słusznej stronie, Boskiej. A Kościół – jak wierzymy – jest „sakramentem obecności Boga” złożonym w ludzkie ręce. Ta ludzka strona może błądzić i podlega doskonaleniu. „Święty Kościół grzesznych ludzi”…

Jest też chyba inny problem: trwonienia zaufania. Niedbałości o sprawy ważne, ukrywanej pedofilii, ostrych, raniących głosów w sprawach, które dla wielu ludzi są ważne, jak choćby dyskusja o in vitro.

Wierzę w Kościół, to znaczy w sakramenty, w przechowywane i wciąż zgłębiane słowo Boże, w moc rodzenia świętych, a nie w księży czy nawet biskupów. Jeśli jednak ci, którzy reprezentują Kościół i są z nim utożsamiani, zawiodą zaufanie, to do całej tej Bosko-ludzkiej instytucji.

A sprawa raniących głosów, na przykład w sprawie in vitro?

Wymagania stawiane przez Jezusa tym, którzy chcą iść za Nim, są określane jako „krzyż”: „kto chce iść za Mną, niech weźmie swój krzyż”. Ale jak przypomina papież Franciszek – jedyna hermeneutyka słów Jezusa to hermeneutyka miłosierdzia. A my bywamy niemiłosierni.

Jeśli podczas dyskusji w 2015 roku arcybiskup Andrzej Dzięga zwraca się do dzieci poczętych dzięki metodzie in vitro słowami: „To nie jest wasza wina, że aby się jedno z was narodziło, to kilkadziesiąt innych dzieci musiało zamrzeć albo być zabitych”, jako przedstawiciel Kościoła czujesz się zobowiązany, by zareagować?

Ta retoryka jest okrutna, problem moralny jednak istnieje. Jeśli człowiekiem jest się od poczęcia, a przy technikach in vitro podejmuje się decyzję, które zarodki transferować, i wybiera się do transferu tylko te o najwyższym potencjale rozwojowym, nasuwa się pytanie o nadliczbowe zarodki. Transplantolodzy twierdzą, że zdolne do życia zarodki nigdy nie są zabijane. Chroni je zresztą prawo. Episkopat, o ile wiem, jest innego zdania i z pewnością ma do tego podstawy. Zamrażanie embrionów jest według nauki Kościoła nie do pogodzenia z szacunkiem należnym ludzkim embrionom, bo naraża je na poważne niebezpieczeństwo śmierci lub naruszenia integralności fizycznej. Znaczący ich procent nie przeżywa zamrożenia lub rozmrożenia.

Z punktu widzenia Kościoła rzecz nie sprowadza się zresztą do ochrony nadliczbowych zarodków, ale dotyczy w ogóle moralnej oceny in vitro, gdyż – zacytuję dokument Kongregacji Nauki Wiary Dignitas personae – „Kościół uważa za etycznie nie do przyjęcia oddzielanie prokreacji od całkowicie osobistego kontekstu aktu małżeńskiego: przekazywanie ludzkiego życia jest aktem osobistym mężczyzny i kobiety jako pary, nie dopuszczającym żadnego rodzaju zastępczego działania”. O ile mi wiadomo, problemy bioetyczne związane z in vitro nie tylko w ocenie Kościoła są niezmiernie skomplikowane. Ponieważ jednak zbyt mało wiem na ten temat, nie będę na tyle szalony, żeby tu coś twierdzić lub czegoś nie twierdzić.

Wszystko to nie zmienia faktu, że człowiek poczęty in vitro jest tak samo człowiekiem jak każdy inny, a więc tak samo jest dzieckiem Bożym. Nie słyszałem też, żeby rodzice, którzy mają dziecko dzięki tej metodzie, byli z tego powodu wykluczeni z Kościoła.

Wyklucza ich język – właśnie taki jak słowa arcybiskupa Dzięgi.

To bardzo smutne. Spotykam takich ludzi w konfesjonale. Ujmę to w schemat domniemanej rozmowy. Ja: „Żałujesz?” (w spowiedzi do otrzymania rozgrzeszenia konieczny jest żal za grzechy). On: „Prawdę mówiąc, cieszę się z naszego dziecka”. „Nie żałujesz, że nie zaufałeś Bogu, który nie obdarzył was darem płodności?” „Ależ zaufałem Bogu, to On dał ludziom rozum, dzięki któremu znaleźli sposób zaradzenia naszemu nieszczęściu”. „Nie zaufałeś Kościołowi?” „To prawda. Nie rozumiem stanowiska, jakie w tej sprawie zajmuje Kościół”. „Czy znasz uzasadnienia przedstawione przez kardynała Ratzingera w Donum vitae z 1987 roku, czy czytałeś dokument Dignitas personae z roku 2008, sięgałeś po jakieś kościelne opracowania na ten temat?” „Nie”. „Jeśli Kościół w tak kontrowersyjnej sprawie zajął niezwykle niepopularne stanowisko, musiał wcześniej sytuację poważnie przestudiować i przemyśleć. Nikt nie chce powtórki z procesu Galileusza”.

To nie jest zapis rzeczywistej spowiedzi, ale schemat, który w takich rozmowach zwykle można dostrzec. Wiem, że publikację dokumentu Ratzingera poprzedziły długie konsultacje. O obawie przed powtórką przypadku Galileusza usłyszałem od poważnego księdza, pracownika Kongregacji Nauki Wiary. Co ważne: język tych kościelnych dokumentów nie jest agresywny. Wyrażone jest w nich zrozumienie dla niespełnionych uczuć rodzicielskich.

Kościół ma sens, jeśli głosi Ewangelię i przybliża do Chrystusa, cała reszta ma temu służyć. Rozmawiam czasem z katolikami, którzy się przenieśli do Kościoła ewangelickiego. To osoby religijne, które nie wytrzymały u nas i odnalazły się we wspólnocie mniejszościowej. Mam wrażenie, że dla nich nie są ważne różnice doktrynalne: to, czy Pan Jezus jest w konsekrowanym chlebie cały czas, czy tylko w czasie sprawowania Wieczerzy, czy papież jest następcą Piotra i tak dalej. Dla nich jest ważna wspólnota ludzi wierzących.

Dlaczego stworzenie wspólnoty w Kościele katolickim jest trudniejsze?

Mówimy o Polsce. Tam, gdzie katolicy są mniejszością, o doświadczenie wspólnoty łatwiej. A u nas? Obawiam się, że jesteśmy zbyt pochłonięci „obsługą” instytucji i zapominamy, po co ona istnieje. Poniekąd wymusza to masowość katolicyzmu. Z instytucjami dobrze zorganizowanymi jest tak, że będą działały, nawet kiedy już nie będą nikomu potrzebne. Przedmiotem tęsknoty, na którą ma odpowiedzieć Kościół, jest jednak Bóg, a nie dobrze funkcjonująca organizacja pozarządowa. Może dlatego tendencja jest taka, że spada liczba kandydatów do seminarium?

Według mnie porywający może być ideał księdza, który z miłości do Boga służy ludziom. Nie funkcjonariusza. Tworzenie wspólnot w Kościele katolickim nie jest trudniejsze niż gdzie indziej, tylko czy my w ogóle próbujemy je tworzyć? Wspólnoty wokół Jezusa, a nie kluby sierot epoki kryzysu ojcostwa…

Jestem przekonany, że proces laicyzacji będzie postępował, ale to nie znaczy, że Kościół zaniknie.

Co pojawi się w zamian za istniejące kościelne struktury?

To miejsce już zajmują ruchy, jak choćby neokatechumenat czy charyzmatycy. Ludzie poszukujący, z dużymi potrzebami religijnymi idą właśnie do nich. Można się obawiać o sekciarskie zapędy typu „poza naszym ruchem nie ma zbawienia”, ale przecież jest tam autentyczna religijność. Jedni księża w to wchodzą, inni patrzą z niepokojem. Kardynał Ratzinger, wyczulony na problemy naszej epoki, doszedł do wniosku, że Kościół zostanie zredukowany do nielicznej grupy zaangażowanych wspólnot. Twierdził, że konstrukcja, którą znamy, nie może przetrwać. Potem, już jako papież Benedykt XVI, przyznał, że jego wizja mogła być zbyt pesymistyczna. Coś z niej zaczyna się jednak spełniać.

Spotykam coraz więcej ludzi tęskniących za miejscem, w którym byliby u siebie. Takim, gdzie ze swoją wiarą nie czuliby się sami. Do którego mogliby przyjść ze swoimi niepokojami, pytaniami. Szukają zaspokojenia nie zawsze dla nich klarownych potrzeb religijnych. Ale wielu po prostu szuka spotkania z Bogiem.

A Ty jak rozumiesz religijność?

Moja historia nie jest wzniosła i, jak dziś widzę, rozpoczyna się poszukiwaniami raczej z tego świata. Wyrosłem w rodzinie religijnej, a decydując o związaniu mojego życia z Kościołem, kierowałem się chyba właśnie tym, że widziałem w tej instytucji przestrzeń wolności i sposób na sensowne życie. Nie sądzę jednak, by te motywy były wystarczające na sześćdziesiąt pięć lat, które upłynęły od moich pierwszych ślubów zakonnych. Motywacja z czasem się pogłębia albo nie. Stopniowo odkrywałem, że moje związanie z Kościołem ma sens, jeśli szukam Boga. Że największą miłością może być tylko Bóg. Pociągała mnie także wspólnota zakonna marianów: konkretni, wspaniali ludzie. Cóż… tych, których poznałem przed wstąpieniem do zgromadzenia, już nie ma. Niektórzy zmarli, inni odeszli z zakonu.

Jak mówili o odejściu?

Zakon w nich został. Jak blizna… Z niektórymi współbraćmi byłem w kontakcie do końca ich życia. Przynajmniej dwóch – jednego, który wystąpił, drugiego, który zmarł w zgromadzeniu – uważam za świętych.

Z instytucją Kościoła więź czuje blisko dziewięćdziesiąt procent Polaków. Modli się dużo mniej.

Bywa, że człowiek przestaje chodzić do kościoła motywowany swoją religijnością. Religijność jest czymś bardzo intymnym. Nie można jej zmierzyć, obliczając, ile razy ktoś był na mszy. To jest pewien wskaźnik, ale nie religijności.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Projekt graficzny okładki i makiety

Paweł Panczakiewicz

PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na pierwszej stronie okładki

Maciej Zienkiewicz

Opieka redakcyjna i wybór zdjęć

Damian Warszawski

Redakcja

Michał Okoński

Adiustacja

Katarzyna Węglarczyk

Korekta

Aurelia Hołubowska

Cytaty z Pisma Świętego podano w książce za Biblią Tysiąclecia, wyd. 4.

Copyright © by Adam Boniecki & Anna Goc

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5849-5

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Boniecki Połączenie odebrane W Ziemi Świętej Medytacje Drogi Krzyżowej Zakaz palenia Trzeba czasem zażartować 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana