Wojenna burza

Wojenna burza

Autorzy: Victoria Aveyard

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.74 zł

Zdrada nieomal zniszczyła Mare i zagroziła rebelii. Teraz – by chronić Czerwonych i Nowych – Czerwona Królowa musi poświęcić swoje szczęście i zawiązać sojusz, który sprawi, że Norta się podda, a Maven razem z nią.

 

Potężni Srebrni, sprzymierzeńcy Cala, wraz z Mare i Szkarłatną Gwardią mają szansę na zwycięstwo. Jednak ogarnięty obsesją Maven nie cofnie się przed niczym, by odzyskać Mare – nawet jeśli będzie musiał zniszczyć wszystko na swojej drodze. Buntowniczka władająca piorunami może stracić swoją pozycję na zawsze.

 

Gdy powstaną po raz ostatni – Czerwoni niczym świt – korona trafi w samo serce burzy. Nadciąga wojna, która odmieni królestwo. Wszyscy staną do walki, ale nie wszyscy przetrwają. Bo za zwycięstwo trzeba zapłacić najwyższą cenę.

Moim rodzicom, moim przyjaciołom, mnie i Tobie

ROZDZIAŁ 1

MARE

Przez długą chwilę toniemy w ciszy.

Corvium jest senne, pełne ludzi, ale jakieś puste.

„Dziel i rządź”.

Następstwa są jasne, granice wyraźnie zaznaczone. Zarówno Farley, jak i Davidson intensywnie się we mnie wpatrują, a ja odwzajemniam ich spojrzenia.

Cal pewnie nie ma bladego pojęcia, że Szkarłatna Gwardia i Montfort absolutnie nie zamierzają pozwolić mu, by zatrzymał tron, który sobie wywalczy. Podejrzewam, że bardziej przejmuje się koroną niż tym, co myślą sobie Czerwoni. I podejrzewam też, że nie powinnam już dłużej nazywać go Calem.

„Tyberiasz. Calore. Król Tyberiasz. Tyberiasz Siódmy”.

Z takim imieniem się urodził, to imię nosił, gdy go poznałam.

Nazwał mnie wtedy złodziejką. To było moje imię.

Chciałabym móc zapomnieć ostatnią godzinę. Odrobinę cofnąć się w czasie. Zatoczyć. Przewrócić. Jeszcze przez sekundę cieszyć się istnieniem w tym dziwnie błogim miejscu, w którym jedyną rzeczą, jaką czułam, był ból zmęczonych mięśni i kości. Pustka po adrenalinie, którą wyzwoliła bitwa. Pewność jego miłości i wsparcia. I mimo że mam złamane serce, nie znajduję w sobie nienawiści do niego z powodu wyboru, którego dokonał. Wściekłość przyjdzie później.

Przez moment widzę troskę na twarzy Farley. To do niej nie pasuje. Niewzruszona determinacja lub płonąca furia są u Diany Farley bardziej naturalnymi emocjami. Wyczuwa mój uporczywy wzrok i blizna na jej twarzy drga.

– Przekażę decyzję Cala Dowództwu – mówi niskim, wyważonym tonem, przerywając ciche napięcie. – Tylko Dowództwu. Ada dostarczy wiadomość.

Premier Montfortu kiwa głową, zgadzając się.

– Dobrze. Możliwe, że generałowie Dobosz i Łabędź są już świadomi rozwoju zdarzeń. Monitorowali posunięcia królowej Lerolan, odkąd zaczęła mieszać się w sprawę.

– Anabel Lerolan była na dworze Mavena wystarczająco długo, przynajmniej kilka tygodni – odpowiadam. Jakimś cudem nie drży mi głos. Słowa wydobywają się ze mnie miarowym tonem, pełne mocy. Muszę sprawiać wrażenie silnej, nawet jeśli teraz tego nie czuję. To kłamstwo, ale dobre kłamstwo. – Pewnie ma więcej informacji, niż ja kiedykolwiek wam przekazałam.

– Prawdopodobnie – odpowiada Davidson, z zamyśleniem kiwając głową. Przymruża powieki i spogląda za mury, na ziemię w dole. Nie rozgląda się, tylko koncentruje.

Przed nami roztacza się wielkie pole. Droga nie będzie prosta. Nawet dziecko by się tego domyśliło.

– I dlatego muszę wracać na górę – dodaje, niemal przepraszającym tonem.

Jak gdybym mogła być na niego zła za to, że ma obowiązki.

– Oczy i uszy otwarte, jasne?

– Oczy i uszy otwarte. – Farley i ja odpowiadamy jednym głosem, zaskakując siebie nawzajem.

Davidson odwraca się i wychodzi z zaułka. Słońce lśni na jego błyszczących srebrnych włosach. Oporządził się po bitwie, zmywając z siebie pot oraz popiół i zmieniając poplamiony krwią mundur na świeży. Wszystko po to, by zaprezentować swoje zwyczajowe spokojne, opanowane, codzienne oblicze. Mądra decyzja. Srebrni poświęcają tyle swojej energii wyglądowi zewnętrznemu, fałszywej dumie z widocznej gołym okiem siły i władzy. A w szczególności król Samos i rodzina w wieży nad nami. Przy Volvo, Evangeline, Ptolemejuszu i syczącej królowej Viper Davidsona łatwo przeoczyć. Gdyby chciał, mógłby się wtopić w ścianę. „Nawet nie zauważą, jak nadchodzi. Nawet nie zauważą, jak my wszyscy nadchodzimy”.

Wciągam w płuca niepewny oddech i przełykam, wymuszając kolejną myśl. „Cal też nie”.

„Tyberiasz”, poprawiam samą siebie. Jedna pięść się zaciska, paznokcie wżynają się w ciało z satysfakcjonującym ukłuciem. „Mów na niego »Tyberiasz«”.

Czarne ściany Corvium po zakończonym oblężeniu wydają się dziwnie ciche i nagie. Odwracam wzrok od oddalającego się Davidsona i patrzę na przedpiersia otaczające wewnętrzną część fortecy. Przeszywająca zimnem strategiczna zamieć dawno minęła, ciemność się rozproszyła i wszystko wydaje się teraz jakieś mniejsze. Mniej imponujące. Kiedyś Czerwoni żołnierze przemaszerowywali przez to miasto, większość w drodze ku nieuniknionej śmierci w okopie. Teraz Czerwoni patrolują mury, ulice, bramy. Czerwoni siedzą wraz ze Srebrnymi królami i rozmawiają o wojnie. Kilku wojskowych ze szkarłatnymi chustami chodzi tam i z powrotem, rzucając na boki nerwowe spojrzenia i trzymając w gotowości wysłużoną broń. Szkarłatna Gwardia nie da się wziąć z zaskoczenia, choć nie mają zbyt wielu powodów, by tak się denerwować. A przynajmniej nie teraz. Armie Mavena się wycofały. I nawet Volvo Samos nie jest na tyle śmiały, by przypuścić atak od wewnątrz Corvium. Nie wtedy, kiedy potrzebuje Gwardii, Montfortu i nas. I nie przy Calu – „Tyberiaszu, głupia” – i całej tej jego pustej gadce na temat równości. Volvo potrzebuje go tak samo jak nas. Potrzebuje jego nazwiska, jego korony i przeklętej ręki w przeklętym małżeństwie z jego przeklętą córką.

Robię się cała czerwona. Jestem zażenowana kiełkującą we mnie zazdrością. Jego strata powinna być najmniejszym z moich problemów. Jego strata nie powinna boleć tak bardzo jak możliwość śmierci, przegrania tej wojny, utraty wszystkiego, o co walczyliśmy. Ale boli. Mogę jedynie spróbować jakoś to ścierpieć.

„Dlaczego powiedział »tak«?”

Odrzuciłam jego ofertę. Tak jak jego. Rozdzierała mnie kolejna zdrada – zdrada Cala, ale także moja. „Kocham cię” to obietnica, którą oboje złożyliśmy i oboje złamaliśmy. Powinna oznaczać: „Wybieram cię ponad wszystko. Pragnę ciebie bardziej. Bezwzględnie cię potrzebuję. Nie mogę bez ciebie żyć. Zrobię wszystko, by nasze drogi nigdy się nie rozeszły”.

Ale on tego nie zrobił. I nie zrobi.

Znaczę dla niego mniej niż jego korona, a on znaczy mniej niż moja walka.

I mniej, o wiele mniej niż mój lęk przed kolejną klatką. „Kochanka”, zasugerował, proponując mi niemożliwą koronę. Zrobiłby ze mnie królową, gdyby Evangeline dało się odsunąć na bok. Po raz kolejny. Wiem już, jak wygląda świat z perspektywy prawej ręki króla. Nie tęsknię do tamtego życia. Choć Cal to nie Maven, tron pozostaje ten sam. Zmienia ludzi, mąci im w głowach.

Jakie dziwne byłoby to życie. Cal ze swoją koroną, królową Samos i mną. Nie mogę nic na to poradzić, że część mnie żałuje, że się nie zgodziłam. To byłoby proste. Miałabym szansę odpuścić, zrobić krok wstecz, wygrać – i cieszyć się światem, o którym nawet mi się nie śniło. Mogłabym zapewnić swojej rodzinie najlepsze możliwe życie. Zapewnić nam bezpieczeństwo. I zostać z nim. Stać u boku Cala, Czerwona dziewczyna ze Srebrnym królem u swojego ramienia. Miałabym moc, by zmienić świat. Zabić Mavena. Nigdy więcej nie mieć koszmarów, żyć bez strachu.

Ostro zagryzam wargę, by zdusić w sobie to pragnienie. Ma w sobie coś nieodpartego i prawie rozumiem jego wybór. Nawet rozdzieleni pasujemy do siebie.

Farley zaczyna się wiercić, czym przykuwa moją uwagę. Wzdycha, opierając się plecami o mur zaułka, i krzyżuje ręce na piersi. W przeciwieństwie do Davidsona nie zdjęła jeszcze zakrwawionego munduru. Nie jest tak obrzydliwy jak mój, nie ma na nim błota ani brudu. Oczywiście jest poplamiony srebrną krwią, która po zaschnięciu wygląda na czarną. Minęło zaledwie kilka miesięcy, odkąd Farley urodziła Clarę, i z dumą nosi dodatkowy ciężar, który pozostał jej wokół bioder. Wszelkie współczucie, które może miała względem mnie, zniknęło, zastąpione przez gniew błyszczący w jej niebieskich oczach. Nie jest jednak skierowany do mnie. Generał spogląda do góry, na wieżę nad nami. Tam, gdzie rada Srebrnych i Czerwonych decyduje o naszym losie.

– Widziałam go tam. – Nie czeka, aż zapytam kogo. – Srebrne włosy, gruby kark, idiotyczna zbroja. I jakimś cudem nadal oddycha, choć władował kulę w serce Shade’a.

Mocniej wbijam w siebie paznokcie na myśl o Ptolemejuszu Samosie. Księciu Rowów. Zabójcy mojego brata. Podobnie jak Farley czuję nagły gniew. I równie silne poczucie wstydu.

– Tak.

– Bo dogadałaś się z jego siostrą. Twoja wolność za jego życie.

– Za moją zemstę – dopowiadam pod nosem. – I owszem, dałam Evangeline swoje słowo.

Farley szczerzy do mnie zęby z wyraźnym obrzydzeniem.

– Dałaś słowo Srebrnej. Ta obietnica jest warta mniej niż garść prochu.

– Ale to nadal obietnica.

Farley wydaje z siebie niskie gardłowe warknięcie. Prostuje szerokie barki i odwraca się tak, by w pełni widzieć wieżę. Zastanawiam się, jak bardzo musi się hamować, by nie pomaszerować na górę i nie wydłubać Ptolemejuszowi oczu z czaszki. Nie powstrzymałabym jej, gdyby postanowiła to zrobić. Znalazłabym sobie krzesło i się przyglądała.

Nieco rozluźniam pięść i odpuszczam ból. Po cichu robię krok w stronę Farley. Przez chwilę się waham, ale w końcu kładę jej dłoń na ramieniu.

– To ja złożyłam tę obietnicę. Nie ty. Ani nikt inny.

Farley nieco się uspokaja, jej opryskliwa mina zamienia się w ironiczny uśmiech. Staje do mnie twarzą w twarz, a pod światło jej niebieskie oczy przybierają jasny, jaskrawy odcień.

– Raczej bardziej nadajesz się do polityki niż do wojny, Mare Barrow.

Rzucam jej smutny uśmiech.

– To jedno i to samo. – Chyba w końcu przyswoiłam tę trudną lekcję. – Myślisz, że możesz to zrobić? Zabić go?

Kiedyś spodziewałabym się, że Farley się oburzy i rzuci mi pogardliwe spojrzenie, słysząc sugestię, że mogłoby być inaczej. To twarda kobieta, o jeszcze twardszej zewnętrznej skorupie. Jest taka, jaka musi być. Ale coś – może Shade, a na pewno Clara oraz więź, jaka nas teraz łączy – pozwala mi zajrzeć pod to zazwyczaj niewzruszone i pewne siebie oblicze. Generał nieco się waha, a jej butny uśmiech blednie.

– Nie wiem – mamrocze. – Ale nigdy nie będę w stanie spojrzeć na siebie ani Clarę, jeśli nie spróbuję.

– Ja też nie będę mogła na nią spojrzeć, jeśli pozwolę, byś zginęła, próbując. – Mocniej zaciskam dłoń na jej ramieniu. – Proszę, nie zrób niczego głupiego.

Jej uśmiech wraca z pełną siłą, jak za przyciśnięciem guzika. Farley nawet puszcza mi oko.

– A od kiedy to ja jestem głupia, Mare Barrow?

Gdy odwzajemniam jej spojrzenie, czuję dreszcze przebiegające po bliznach na moim karku, o których prawie całkiem zapomniałam. Ten ból wydaje się niewielki w porównaniu z innymi rzeczami.

– Po prostu zastanawiam się, kiedy to wszystko się skończy – mruczę pod nosem, licząc, że mnie zrozumie.

Farley kręci głową.

– Nie mogę odpowiedzieć na pytanie, na które istnieje zbyt wiele odpowiedzi.

– Chodzi mi o… Shade’a. Ptolemejusza. Zabijesz go i co dalej? Evangeline zabije ciebie? Ja zabiję Evangeline? I tak dalej, bez końca?

Śmierć nie jest mi obca, ale w pewien dziwny sposób to wydaje się zupełnie czymś innym. Zaplanowane morderstwa. Mam wrażenie, że to w stylu Mavena, nie naszym. Mimo że Ptolemejusz trafił na czarną listę Farley, znacznie wcześniej, w czasach, gdy udawałam Mareenę Tytaniusz, znalazł się tam z powodu Gwardii. Z powodu naszej wspólnej sprawy, czegoś większego niż ślepa i krwawa zemsta.

Farley robi wielkie oczy. Pobłyskuje w nich energia i niedowierzanie.

– Mam dać mu żyć?

– Oczywiście, że nie – odpowiadam z oburzeniem. – Nie wiem, czego chcę. Nie wiem, o czym mówię. – Słowa wypadają ze mnie jedno po drugim. – Ale nadal mogę się zastanawiać, Farley. Wiem, co pragnienie zemsty i furia potrafią zrobić z człowiekiem, z ludźmi wokół ciebie. I nie chcę, żeby Clara wychowywała się bez matki.

Farley gwałtownie się ode mnie odwraca, by ukryć twarz. Nie jest jednak na tyle szybka, żebym nie dostrzegła łez, które napłynęły jej do oczu. Nie spływają po policzkach. Szarpnięciem ramienia generał odrzuca moją rękę.

Drążę temat. Nie mam innego wyjścia. Ona musi to usłyszeć.

– Clara już straciła Shade’a, a gdyby miała wybierać pomiędzy zemstą za ojca a życiem matki… wiem, co by wybrała.

– A skoro już mowa o wyborach – cedzi przez zęby Farley, wciąż na mnie nie patrząc. – Jestem dumna z tego, którego dokonałaś.

– Nie zmieniaj tematu…

– Czy ty mnie słyszałaś, dziewuszko od błyskawic? – Pociąga nosem i odwraca się do mnie, siląc się na uśmiech, przez co widzę jej zaczerwienioną, pokrytą plamami twarz. – Powiedziałam, że jestem z ciebie dumna. Zapisz to sobie. Wyryj w pamięci. Pewnie więcej tego nie usłyszysz.

Choć nie jest mi do śmiechu, wyduszam z siebie ponury rechot.

– Niech ci będzie. A dokładnie z czego dumna?

– Cóż, pomijając twoje nienaganne wyczucie stylu – strzepuje mi z ramion zabarwiony krwią pył – i oczywiście miłe i spokojne usposobienie…

Znów rechoczę.

– … jestem z ciebie dumna, bo wiem, jak to jest stracić kogoś, kogo kochasz. – Tym razem to ona chwyta mnie za ramię, pewnie po to, żebym nie uciekła od rozmowy, na którą raczej nie jestem gotowa.

„Mare, wybierz mnie”. Te słowa padły zaledwie godzinę temu. Prześladują mnie z taką łatwością.

– Miałam wrażenie, że to zdrada – szepczę.

Wlepiam wzrok w podbródek Farley, żebym nie musiała patrzeć jej w oczy. Blizna przy lewym kąciku ust jest głęboka i nieco ciągnie wargi do boku. Czyste cięcie nożem. Nie miała jej, kiedy się poznałyśmy, przy świetle niebieskiej świecy, w starym wozie Willa Pukawki.

– Z jego strony? Oczywiście…

– Nie. Nie z jego strony.

Przez niebo przepływa chmura, rzucając nam na twarze ruchome cienie. Letni wiatr nagle staje się dziwnie chłodny. Aż przeszywa mnie dreszcz. Niemal instynktownie myślę o tym, jaka szkoda, że nie ma tu Cala i jego ciepła. Nigdy nie pozwalał, żebym marzła. Na tę myśl czuję ucisk w żołądku i nagłe mdłości, bo uświadamiam sobie, z czego oboje zrezygnowaliśmy.

– Złożył mi pewne obietnice – ciągnę – ale ja jemu też. Złamałam je. A on ma do spełnienia jeszcze kilka innych. Złożonych sobie, swojemu zmarłemu ojcu. Kochał koronę, zanim pokochał mnie, choć może nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. I ostatecznie uważa, że postępuje słusznie, robi coś dobrego dla nas wszystkich. Jak mogę mieć o to do niego pretensje?

Zmuszam się, by spojrzeć Farley w oczy. Generał nie ma dla mnie odpowiedzi, a przynajmniej nie taką, jaką chciałabym usłyszeć. Przygryza wargę, powstrzymując się od powiedzenia, co naprawdę o tym myśli. Mało skutecznie.

Parska prześmiewczo, sądząc chyba, że zachowuje się łagodniej niż normalnie. Ale jest kąśliwa jak zwykle.

– Nie przepraszaj za niego ani za to, jaki jest.

– Nie przepraszam.

– Ale tak to brzmi. – Wzdycha z poirytowaniem. – Inny król to nadal król. Może i jest idiotą, ale tyle na pewno wie.

– Zapewne dla mnie to też mogło być dobre wyjście. Dla wszystkich Czerwonych. Kto wie, co zdołałaby osiągnąć Czerwona królowa.

– Bardzo mało, Mare. Jeśli w ogóle cokolwiek – odpowiada Farley z dziwną pewnością. – Zmiana, która a nuż wyniknęłaby z przyjęcia przez ciebie korony, byłaby za wolna i za słaba. – Jej głos łagodnieje. – I zbyt łatwa do cofnięcia. Nie utrzymałaby się. To, co byśmy osiągnęli, umarłoby razem z tobą. Nie zrozum mnie źle, ale świat, który chcemy zbudować, musi przetrwać dłużej niż my.

„Dla tych, którzy przyjdą po nas”.

Farley wpatruje mi się w oczy z niemal nadludzką koncentracją. Clara ma oczy Shade’a, nie Farley. Koloru miodu, nie oceanu. Ciekawe, jakie jeszcze cechy odziedziczyła po ojcu lub matce.

Wiatr porusza świeżo przystrzyżonymi włosami generał, ciemnozłotymi w cieniu chmur. Mimo tylu blizn nadal jest młoda, to kolejne dziecko wojny i zniszczeń. Widziała więcej niż ja, zrobiła więcej niż ja. Więcej poświęciła i wycierpiała. Jej matka, jej siostra, mój brat i jego miłość. Kobieta, na którą pragnęła wyrosnąć, gdy była małą dziewczynką. To wszystko przepadło. Jeśli ona może brnąć do przodu, nadal wierząc w to, co robimy, to ja też. Bo choć często bierzemy się za łby, ufam Farley. Jej słowa są nieoczekiwanym, ale potrzebnym mi pocieszeniem. Już i tak zbyt długo biję się z myślami i użalam nad sobą, aż zaczynam mieć tego dość.

– To prawda. – Coś we mnie pęka i dziwne marzenie o przyjęciu propozycji Cala spada w mroczną przepaść, z której nie ma powrotu.

Nie będę Czerwoną królową.

Farley mocno ściska mnie za ramię, prawie robiąc mi krzywdę. Mimo pomocy Uzdrowicieli nadal jestem obolała, a ona nadal ma potwornie mocny uścisk.

– A zresztą – dorzuca – to nie ty siedziałabyś na tronie. Królowa Lerolan i król Rowów wyrazili się jasno. To będzie ona, ta mała Samos.

Parskam zdumiona, myśląc o tym. Evangeline Samos jasno dała do zrozumienia, jakie są jej intencje, kiedy wszyscy byliśmy w sali obrad. Jestem zaskoczona, że Farley tego nie zauważyła.

– O ile Evangeline temu nie zaradzi.

– Hmm? – Przymruża oczy w skupieniu, a ja wzruszam ramionami.

– Widziałaś, co tam zrobiła, jak cię prowokowała.

Przez głowę przebiega mi wciąż świeże wspomnienie tego, jak Evangeline potraktowała Czerwoną służącą na oczach wszystkich, jak rozbiła kielich z winem, dla zabawy zmuszając biedną dziewczynę, by posprzątała bałagan. Zrobiła to, by rozjuszyć każdego na sali, w którego żyłach płynie czerwona krew. Nietrudno zrozumieć, co nią powodowało albo co chciała osiągnąć.

– Ona nie chce być częścią tego sojuszu. Nie, kiedy oznacza to, że musi poślubić… Tyberiasza.

Przynajmniej raz Farley wygląda na zaskoczoną. Szybko mruga powiekami, zbita z tropu. Ale jest zaintrygowana.

– Myślałam, że dostała to, czego od początku chciała. Dobra, nie będę udawać, że choć trochę rozumiem zachowanie Srebrnych, ale mimo wszystko…

– Evangeline ma teraz tytuł księżniczki, który zawdzięcza tylko sobie. To wszystko, czego pragnęła. Nie musi go osiągać przez małżeństwo. Jedynie temu miał służyć ten związek. Jemu też – dodaję, czując ukłucie w sercu. – Wymianie władzy. Władzy, którą ona już ma lub – głos nieco mi słabnie – której już nie potrzebuje.

Wracam myślami do czasu, który spędziłam z Evangeline w Pałacu Białego Ognia. Poczuła ulgę, gdy Maven ożenił się z Iris Cygnet zamiast z nią. I nie tylko dlatego, że Maven to potwór. Wydawało mi się, że… jest ktoś inny, na kim jej zależało. Bardziej niż na koronie Calore.

„Elane Haven”. Pamiętam, że gdy jej dom zbuntował się przeciw Mavenowi, ten nazwał ją dziwką Evangeline. Nie zauważyłam jej wśród zgromadzonych w wieży, ale dom Haven popiera dom Samos i jest z nimi związany sojuszem. To Cieniści, którzy potrafią zniknąć, kiedy mają na to ochotę. Elane mogła być tam cały czas, a ja nawet jej nie zauważyłam.

– Myślisz, że spróbowałaby zniweczyć dzieło ojca? Gdyby mogła? – Farley wygląda teraz jak kot, który złapał na kolację bardzo grubą mysz. – Gdyby ktoś jej… pomógł?

Cal nie zrezygnował z korony dla miłości. A co w takiej sytuacji zrobiłaby Evangeline?

Coś mi podpowiada, że by mogła. Wszystkie jej manipulacje, potajemne stawianie oporu, igranie z ogniem.

– Możliwe. – Te słowa teraz nabierają dla nas nowego znaczenia. Nowej wagi. – Ma własne motywy. I wydaje mi się, że to daje jej pewną przewagę.

Usta Farley prawie przybierają kształt prawdziwego uśmiechu. Mimo tego wszystkiego, czego się dowiedziałam, czuję nagły przypływ nadziei. Farley szturcha mnie w ramię, a jej uśmiech się rozszerza.

– No, Barrow, znów to sobie zapisz. Jestem z ciebie cholernie dumna.

– Od czasu do czasu jednak się przydaję.

Farley parska śmiechem i zaczyna iść, dając mi znak, żebym ruszyła za nią. Widzę ulicę za zaułkiem, bruk błyszczy od topniejących w świetle letniego słońca resztek śniegu. Waham się, nie chcę opuszczać swojej bezpiecznej kryjówki. Świat za tą wąską przestrzenią wciąż wydaje się zbyt wielki. W oddali wyłania się wewnętrzny dziedziniec Corvium, na którego środku stoi wieża rządowa. Oddychając niepewnie, zmuszam się do wykonania kroku. Boli. Tak jak następny.

– Nie musisz wracać na górę – burczy Farley, idąc koło mnie. Wlepia wzrok w wieżę. – Powiadomię cię, jak wygląda sytuacja. Davidson i ja damy sobie radę.

Nie wiem, czy jestem w stanie znieść powrót na salę obrad i siedzenie tam, podczas gdy Tyberiasz będzie deptał wszystko, co wspólnie osiągnęliśmy. Ale muszę. Zauważam rzeczy, które inni przeoczają. Wiem o rzeczach, o których inni nie wiedzą. Muszę tam wrócić. Dla naszego wspólnego celu.

I dla niego.

Nie mogę zaprzeczyć temu, jak bardzo pragnę wrócić tam dla niego.

– Chcę wiedzieć wszystko to co ty – szepczę do Farley. – O wszystkim, co zaplanował Davidson. Nie mam zamiaru władować się na kolejną minę.

Szybko się zgadza. Niemal za szybko.

– Jasne.

– Możesz mnie wykorzystać. W dowolny sposób. Ale pod jednym warunkiem.

– Mów.

Spowalniam krok, a Farley dopasowuje się do niego.

– On ma przeżyć. Gdy dobrniemy do końca.

Przechyla głowę na bok jak zdezorientowany pies.

– Rozłamcie jego koronę, zniszczcie mu tron, rozerwijcie na strzępy jego królestwo. – Wpatruję się w nią z całą siłą, na jaką jestem w stanie się zdobyć. Błyskawica w mojej krwi zaczyna się burzyć, błagając, bym dała jej ujście. – Ale Tyberiasz przeżyje.

Farley zasysa powietrze i prostuje się, prezentując swój imponujący wzrost. Mam wrażenie, jakby widziała przeze mnie na wylot. Przez moje niedoskonałe serce. Ale nie odpuszczam. Zasłużyłam sobie, by o to prosić.

Odpowiada mi niepewnym tonem.

– Nie mogę ci tego obiecać. Ale się postaram. Na pewno się postaram, Mare.

Przynajmniej mnie nie okłamuje.

Czuję się tak, jakby ktoś przeciął mnie na pół, rozerwał. W mojej głowie wisi oczywiste pytanie. Kolejny wybór, którego może będę musiała dokonać. „Jego życie czy nasze zwycięstwo?” Nie wiem, którą możliwość wybiorę, jeśli nastanie taka konieczność. Którą stronę zdradzę. Ta świadomość jest jak nóż wbijający się we mnie głęboko, tak że krwawię w miejscu, którego nikt nie widzi.

Podejrzewam, że właśnie o to chodziło jasnowidzowi. Jon mówił niewiele, ale wszystko, co powiedział, miało konkretne znaczenie. Choć bardzo nie chcę, chyba muszę zaakceptować los, który przewidział.

„Powstać”.

„Sama przeciwko wszystkiemu”.

Widzę pod stopami kamienie brukowe zmieniające się z każdym krokiem. Wiatr znów się wzmaga, tym razem wiejąc z zachodu. Niesie ze sobą niemożliwy do pomylenia ostry zapach krwi. Wzbiera we mnie fala wymiotów, gdy wszystko sobie przypominam. Oblężenie. Ciała. Krew w obu kolorach. Trzask swoich łamanych nadgarstków w uścisku Twardoskórego. Pękające karki, miażdżone żebra, eksplodujące ciała, lśniące organy i przebijające się przez skórę kości. W walce łatwo się odciąć od takich okropieństw. To wręcz konieczne. Zginęłabym, gdybym pozwoliła, by zawładnął mną lęk. Ale walka się skończyła. Serce zaczyna mi bić trzy razy szybciej, a po plecach spływa zimny pot. Choć przeżyliśmy i wygraliśmy, strach przed przegraną zrobił we mnie wielką wyrwę.

Nadal je czuję. Nerwy, elektryczne nici, którymi błyskawica przeszyła każdą moją ofiarę. Cienkie żarzące się gałęzie, każda inna, ale też taka sama. Zbyt wielu martwych, by ich zliczyć. W czerwonych i niebieskich mundurach, Nortańczycy, Lakelandczycy. Wszyscy Srebrni.

„Mam nadzieję”.

Nagle do głowy wpada mi pewna potworna myśl. Maven już wcześniej wykorzystywał Czerwonych jako mięso armatnie lub ludzkie tarcze. Nawet nie przyszło mi to do głowy. Ani mnie, ani żadnemu z naszych – a może nikt się tym nie przejął. Davidson, Cal, a nawet Farley, jeśli uznała, że skutek był wart poniesionych kosztów.

– Hej – mruczy do mnie, chwytając mnie za nadgarstek.

Zrywam się przestraszona, czując dotyk jej skóry i palców zaciskających się jak kajdany. Gwałtownie wyrywam się z uścisku, wydając z siebie dziwne warknięcie. Czerwienieję zawstydzona, że nadal reaguję w ten sposób.

Farley cofa się z uniesionymi rękami, robiąc wielkie oczy. Ale nie ma w nich strachu ani osądu. Nawet politowania. Czy ja widzę wyrozumiałość?

– Przepraszam – mówi szybko. – Zapomniałam o nadgarstkach.

Ledwie zauważalnie kiwam głową i wpycham dłonie do kieszeni, żeby ukryć fioletowe iskry na koniuszkach palców.

– Nie szkodzi. To nawet nie…

– Wiem, Mare. Tak się dzieje, kiedy zwalniamy. Ciało zaczyna więcej przyswajać. Czasem to po prostu zbyt wiele, nie trzeba się wstydzić. – Farley skinieniem głowy pokazuje w stronę przeciwną do wieży. – To też nie wstyd, żeby zrobić sobie przerwę. Koszary są…

– Czy tam byli Czerwoni? – Pokazuję dłonią w stronę pola bitwy i przerwanych murów Corvium. – Czy Maven i Lakelandczycy posłali ze swoimi Czerwonych żołnierzy?

Farley mruga, szczerze zaskoczona moim pytaniem.

– Nic mi o tym nie wiadomo – odpowiada w końcu i słyszę pobrzmiewający w jej głosie dyskomfort.

Ona też nie wie. Nie chce wiedzieć i ja też nie. Nie mogę tego znieść.

Odwracam się na pięcie, przynajmniej raz zmuszając ją, by to ona biegła za mną. Znów zapada cisza, po części wypełniona złością i wstydem. Pogrążam się w niej, torturując samą siebie. Abym pamiętała to obrzydzenie i ten ból. Przyjdą kolejne bitwy. Umrze jeszcze więcej ludzi, bez względu na kolor krwi. To wojna. To rewolucja. Następni także zginą w walce. Zapomnieć oznacza znów skazać ich na straszny los, tak jak tych, którzy przyjdą po nas.

Gdy wchodzę na stopnie wieży rządowej, wkładam dłonie do kieszeni i zaciskam je w pięści. Czuję ukłucie sztyftu kolczyka, a czerwony kamień wydaje się ciepły w mojej dłoni. Powinnam wyrzucić go przez okno. Jeśli jest coś, o czym powinnam zapomnieć, to właśnie o tym.

Ale kolczyk zostaje.

Razem z Farley znów wkraczamy na salę obrad. Wzrok nieco mi się rozmazuje, ale staram się szybko wrócić do robienia tego, co umiem. Obserwowania. Zapamiętywania. Szukania dziur w wypowiadanych zdaniach, doszukiwania się sekretów i kłamstw w tym, czego nie wyrażają. To cel i jednocześnie sposób na rozproszenie uwagi. I wtedy zdaję sobie sprawę, dlaczego tak się rwałam, by tu wrócić, mimo że miałam wszelkie prawo, by stąd uciec.

Nie dlatego, że to ważne. Nie dlatego, że pewnie się na coś przydam.

Ale dlatego, że jestem samolubna, słaba i przestraszona. Nie mogę być ze sobą sama. Nie teraz, jeszcze nie.

Siadam więc, słucham i obserwuję.

I mimo tych wszystkich zajęć czuję jego spojrzenie.

ROZDZIAŁ 2

EVANGELINE

Byłoby tak łatwo ją zabić.

Na szyi Anabel Lerolan wrzeciona w kolorze różowego złota przeplatają się z czerwonymi, czarnymi i pomarańczowymi klejnotami. Jeden ruch i mogłabym przeciąć żyłę tej Niwecznicy. Pozwolić, by wraz z krwią rozlał się cały ten jej spisek. Zakończyć jej życie i te zaręczyny na oczach wszystkich tu zebranych. Mojej matki, ojca, Cala – nie wspominając o Czerwonych przestępcach i dziwadłach z zagranicy, z którymi najwyraźniej jesteśmy teraz sprzymierzeni. Ale nie Barrow. Ona jeszcze nie wróciła. Pewnie nadal gdzieś wypłakuje sobie oczy, że straciła swojego księcia.

Oczywiście oznaczałoby to kolejną wojnę, rujnującą sojusz, który i tak pokrywa już pajęczyna pęknięć. Czy mogłabym zrobić coś takiego – oddać swoją lojalność w zamian za szczęście? Czuję wstyd, zadając to pytanie, nawet jeśli tylko w myślach.

Starsza kobieta musi czuć moje spojrzenie. Na moment na mnie zerka i na jej ustach pojawia się uśmieszek wyższości, gdy opiera się wygodnie na krześle tronowym, odziana w olśniewające czerwień, czerń i pomarańcz.

To barwy rodu Calore, nie tylko domu Lerolan. Jej lojalność jest wręcz irytująco wyraźna.

Cała drżąc, spuszczam wzrok i skupiam się na swoich dłoniach. Jeden z paznokci jest paskudnie pęknięty. Złamany w walce. Robiąc wdech, formuję pazur z jednego z tytanowych pierścionków i naciągam go na czubek palca. Wygląda teraz jak ptasi szpon. Stukam nim o ramię krzesła, nawet jeśli tylko po to, by zirytować matkę. Zerka na mnie z ukosa, co jest jedynym dowodem jej pogardy.

Fantazjuję o zabiciu Anabel odrobinę za długo i tracę orientację co do przebiegu obrad i tego, co knuje każda ze stron. Jesteśmy mniej liczni, w naradzie uczestniczą tylko przedstawiciele naszych naprędce zjednoczonych frakcji. Generałowie, lordowie, kapitanowie i monarchowie. Przemawia przywódca Montfortu, potem ojciec, potem Anabel i znów od nowa. Wszyscy powściągliwym tonem, wymuszając sztuczne uśmiechy i puste obietnice.

Żałuję, że nie ma tu Elane. Powinnam była wziąć ją ze sobą. Prosiła mnie, bym pozwoliła jej jechać. Szczerze mówiąc, nawet błagała. Elane zawsze chce być blisko mnie, nawet w obliczu zagrożenia. Staram się nie myśleć o naszych ostatnich wspólnych chwilach, jej ciele w moich objęciach. Jest chudsza niż ja, ale ma takie miękkie ciało. Ptolemejusz stał przed moimi drzwiami i pilnował, by nikt nam nie przeszkodził.

– Pozwól mi ze sobą jechać – szepnęła mi do ucha kilkanaście, a może kilkaset razy.

Ale jej ojciec tego zabronił, i mój też.

„Wystarczy, Evangeline”.

Teraz przeklinam samą siebie. Nigdy by się nie dowiedzieli przy całym tym zamieszaniu. Elane jest przecież Cienistą, a niewidzialną dziewczynę łatwo przemycić. Toli by nam pomógł. Nie zabroniłby żonie, by mu towarzyszyła, nie, gdybym poprosiła go o pomoc. Ale nie mogłam. Najpierw należało zwyciężyć bitwę – bitwę, w której wygrana nie była dla mnie taka oczywista. A nie miałam zamiaru podejmować tego ryzyka razem z nią. Elane Haven jest utalentowana, ale to nie wojowniczka. A w zarzewiu walki tylko by mnie dekoncentrowała i przysparzała powodów do zmartwień. Wtedy nie mogłam sobie pozwolić ani na jedno, ani na drugie. Ale teraz…

„Przestań”.

Zaciskam palce na ramionach krzesła tronowego, pragnąc roztrzaskać na strzępy kawałek żelaza. W Grani liczne metalowe galerie stanowią dla mnie łatwą formę terapii. Mogłam niszczyć w spokoju. Wyładować świeży gniew na stale zmieniających kształty posągach, nie musząc się martwić o to, co pomyślą inni. Zastanawiam się, czy tu, w Corvium, znajdę podobne ustronne miejsce. Perspektywa takiej ulgi pomaga mi nie zwariować. Drapię po krześle pazurowatym pierścieniem tak cicho, że słyszy to tylko matka. Nie może mnie za to zrugać, a przynajmniej nie na oczach tej dziwnej rady. Jeśli mam być na świeczniku, to przynajmniej mogę coś z tego uszczknąć.

W końcu odwracam myśli od kruchej szyi Anabel i nieobecności Elane. Jeśli zamierzam znaleźć sposób, jak wyplątać się z tego, co zaplanował dla mnie ojciec, to muszę przynajmniej uważać.

– Ich armia jest w odwrocie. Nie możemy dać królowi Mavenowi czasu na reorganizację – mówi chłodno.

Za jego plecami przez wysokie okna wieży widać, jak słońce zaczyna schodzić za chmury wiszące nad zachodnim horyzontem. Nad obróconymi w proch polami wciąż unosi się dym.

– Wylizuje rany.

– Chłopak wkracza już do Duszni – odpowiada szybko królowa Anabel.

„Chłopak”. Mówi o Mavenie, jakby nie był jej wnukiem. Podejrzewam, że nie będzie się już do tego przyznawać. Nie po tym, jak pomógł zabić jej syna, króla Tyberiasza. Maven nie jest jej rodziną, tylko Elara i nikt inny.

Anabel nachyla się do przodu, podpierając się na łokciach, i składa razem pomarszczone dłonie. Jej stara obrączka, wysłużona, ale błyszcząca, połyskuje na palcu. Kiedy zaskoczyła nas w Grani i oznajmiła, że zamierza wesprzeć wnuka, nie miała na sobie ani grama metalu. Wiedziała, co mogą z nim zrobić Żeleźcy tacy jak my. Teraz nosi ją bez skrępowania, wręcz rzucając nam wyzwanie, byśmy spróbowali wykorzystać przeciw niej jej koronę lub biżuterię. Każdy element stroju Anabel to przekalkulowany wybór. Nie jest też bezbronna. Była wojowniczką, zanim została królową, oficerem na froncie wojny z Lakelandią. Jest Niwecznikiem, ma śmiercionośny dotyk, potrafi nim unicestwiać i wysadzać – zarówno przedmioty, jak i ludzi.

Gdyby nie to, do czego próbuje mnie zmusić, przynajmniej szanowałabym jej determinację.

– O tej porze większość jego wojsk będzie za Wodospadami Dziewiczymi i po drugiej stronie granicy – dorzuca. – Teraz są już w Lakelandii.

– Lakelandzka armia też poniosła spore straty i jest równie podatna na atak. Powinniśmy uderzyć, póki możemy, nawet jeśli tylko po to, żeby rozprawić się z niedobitkami. – Ojciec przenosi wzrok z Anabel na jednego ze Srebrnych arystokratów. – Flota domu Laris może być gotowa w ciągu godziny, czyż nie?

Wielmożny generał Laris prostuje się pod spojrzeniem ojca. Jego piersiówka jest pusta i teraz delektuje się już tylko stanem zwycięskiego zamroczenia. Laris odchrząkuje. Czuję bijący od niego alkohol, choć siedzę po drugiej stronie sali.

– Oczywiście, Wasza Królewska Mość. Proszę tylko wydać rozkaz.

Przerywa mu czyjś niski głos:

– Będę temu przeciwny.

Pierwsze słowa Cala, odkąd zakończył kłótnię z Mare Barrow, są zdecydowanie nie byle jakie. Tak jak jego babcia, jest ubrany w czerń z czerwonymi dodatkami – już dawno pozbył się munduru, który miał na sobie podczas walk. Poprawia się na krześle tronowym obok Anabel, przyjmując przydzielone mu role: króla i jej zabawki. Jego wuj, Julian z domu Jacos, znajduje się po lewej stronie siostrzeńca, a królowa Lerolan po jego prawej. W obstawie szlachetnych i wpływowych krewnych Cal tworzy spójny wizerunek. Szlachetny król godny naszego wsparcia.

Nienawidzę go za to.

Cal mógł zakończyć moją niedolę, zerwać nasze zaręczyny, odmówić mojej ręki w małżeństwie, którą zaproponował mu ojciec. Ale dla korony odtrącił Mare. Dla korony wtrącił mnie do klatki.

– Co? – Ojciec mówi tylko tyle. Nie jest zbyt rozmowny i nie znosi pytań. Już samo to, że je zadaje, jest niepokojące.

Aż cała nieruchomieję.

Cal ściąga ramiona, prezentując imponującą sylwetkę. Wspiera podbródek na knykciach, marszcząc brwi w zamyśleniu. Wydaje się większy, starszy, mądrzejszy. Jest poważną konkurencją dla króla Rowów.

– Powiedziałem, że będę przeciwny wysłaniu floty powietrznej czy jakiegokolwiek odłamu naszej koalicji w pogoni na wrogie terytorium – odpowiada Cal miarowym tonem.

Muszę przyznać, że nawet bez korony ma w sobie coś z monarchy. Coś, co wymusza uwagę, jeśli nie szacunek. Nic w tym zaskakującego, skoro uczył się tego całe życie, a zawsze był wzorowym uczniem. Jego babka ściąga usta w wąski, ale szczery uśmiech. Jest z niego dumna.

– Dusznia właściwie wciąż jest polem minowym, a mamy bardzo niewiele informacji wywiadowczych, dzięki którym przedostalibyśmy się na drugą stronę Polany. To może być pułapka. Nie zaryzykuję życia swoich żołnierzy.

– Wojna na każdym etapie jest ryzykowna – odzywa się Ptolemejusz, który siedzi po drugiej stronie ojca. Napręża się tak jak Cal, prostuje na tronie tak bardzo, jak tylko może.

Zachodzące słońce nadaje włosom Toliego rudawe zabarwienie, przez co jego wygładzone srebrne loki błyszczą nad książęcą koroną. To samo światło zalewa Cala kolorami jego domu, podczas gdy za jego plecami ciągną się czarne cienie. Dziwnie mierzą się wzrokiem, jak to mężczyźni mają w zwyczaju. „We wszystkim rywalizują”, myślę sobie z kpiną.

– Wnikliwa uwaga, książę Ptolemejuszu – odpowiada Anabel oschłym tonem. – Ale Jego Królewska Mość król Norty doskonale wie, jaka jest wojna. I zgadzam się z jego oceną.

„Już nazywa go królem”. Nie tylko ja zauważam jej dobór słów.

Cal spuszcza wzrok, zaskoczony. Szybko wraca do siebie, zaciskając zęby ze zdecydowaniem. Już dokonano wyboru. „Teraz już nie możesz się cofnąć, Calore”.

Premier Montfortu Davidson kiwa głową z miejsca przy swoim stole. Bez generał Szkarłatnej Gwardii i Mare Barrow łatwo nie zwracać na niego uwagi. Prawie całkiem o nim zapomniałam.

– Popieram – mówi. Nawet jego głos jest nijaki, bez modulacji czy akcentu. – Nasze armie potrzebują czasu, żeby się zregenerować, a ta koalicja, by znaleźć… – Na moment urywa, żeby pomyśleć.

Nadal nie jestem w stanie rozszyfrować jego miny, co potwornie mnie irytuje. Zastanawiam się, czy Szeptacz byłby w stanie przebić się przez ochronne tarcze otaczające jego umysł.

– … równowagę.

Matka nie jest równie opanowana jak ojciec i przeszywa Nowego przywódcę czarnym spojrzeniem. Jej wąż naśladuje jej zachowanie i mruga, rozglądając się na boki.

– Czyli nie ma żadnych szpiegów ani informacji wywiadowczych z drugiej strony granicy? Proszę wybaczyć, ale odniosłam wrażenie, że Szkarłatna Gwardia – wymawia tę nazwę z obrzydzeniem – ma złożoną siatkę szpiegowską zarówno w Norcie, jak i w Lakelandii. Z pewnością można by ją wykorzystać, chyba że Czerwoni przeceniają siebie i swoją „siłę”. – Jej słowa ociekają pogardą jak kły trucizną.

– Nasi agenci są na swoich pozycjach, Wasza Wysokość.

Czerwona generał, blondynka z zarozumiałym uśmieszkiem, który nie schodzi jej z twarzy, wkracza na salę, ciągnąc za sobą Mare. Obie przechodzą od głównych drzwi, znajdujących się na obrzeżach pomieszczenia, na jego drugą stronę, aby usiąść z Davidsonem. Poruszają się szybko i po cichu, jak gdyby w jakiś sposób były w stanie uniknąć ściągnięcia na siebie uwagi wszystkich obecnych.

Gwardzistka siada na krześle, a Mare patrzy przed siebie i ze wszystkich obecnych wybiera właśnie mnie, by zatrzymać wzrok. Ku mojemu zaskoczeniu czuję pod jej spojrzeniem nieznane emocje. „Czy to wstyd? Nie, to niemożliwe”. Moje policzki stają się gorące. Mam nadzieję, że nie robię się srebrna na twarzy, nieważne, czy ze złości, czy z zażenowania. Te wszystkie emocje kotłują się we mnie nie bez powodu. Odwracam wzrok i spoglądam na Cala, nawet jeśli tylko po to, aby rozproszyć uwagę jedyną osobą, która jest bardziej godna pożałowania niż ja.

Widać, że stara się wyglądać na niewzruszonego jej obecnością. Ale Cal nie jest swoim bratem. W przeciwieństwie do Mavena ma niewielką wprawę w maskowaniu emocji. Spod jego skóry przebija srebrny rumieniec, oblewający mu policzki, szyję, a nawet brzegi uszu. Temperatura w pomieszczeniu nieco się podnosi i drga od emocji. „Co za głupiec – drwię w duchu. – Podjąłeś decyzję, Calore. Podpisałeś wyrok na nas oboje. Mógłbyś przynajmniej udawać, że nad sobą panujesz. Jeśli ktoś ma tu stracić rozum z powodu złamanego serca, to jestem to ja”.

Prawie spodziewam się, że zacznie żałośnie miauczeć jak zagubiony kociak. On jednak zaczyna gwałtownie mrugać powiekami i odrywa wzrok od dziewuszki od błyskawic. Zaciska dłoń na ramieniu krzesła, a bransoleta krzesząca iskry jaśnieje na czerwono w świetle zachodzącego słońca. Cal bierze się w garść. Bransoleta przygasa tak samo jak jego emocje.

Mare jest jak kamień w porównaniu z Calem. Sztywna, nieugięta, pozbawiona uczuć. Nie puści ani iskry. Tylko dalej się na mnie gapi. Działa mi to na nerwy, ale nie stanowi wyzwania. Jej oczy są dziwnie pozbawione zwyczajowej złości. Oczywiście nie ma w nich nic życzliwego, ale nie przepełnia ich też obrzydzenie. Podejrzewam, że dziewuszka od błyskawic nie ma teraz zbyt wielu powodów, aby mnie nienawidzić. Czuję ucisk w piersi – czy ona wie, że to nie był mój wybór? „Na pewno wie”.

– Dobrze, że wróciłaś, panno Barrow – mówię do niej, i to szczerze.

Zawsze skutecznie rozprasza uwagę książąt Calore.

Nie odpowiada, tylko krzyżuje ręce na piersi.

Jej towarzyszka, generał Szkarłatnej Gwardii, nie jest taka skora do milczenia. Niestety. Spogląda z grymasem niezadowolenia na moją matkę, igrając z losem.

– Obecnie nasi agenci zmieniają pozycje, śledząc armię króla Mavena podczas odwrotu. Poinformowano nas, że jego oddziały w szybkim tempie maszerują w stronę Detraonu. Maven wraz z kilkoma generałami wsiadł na statek na jeziorze Eris, który najprawdopodobniej również zmierza do stolicy Lakelandii. Krążą pogłoski o rychłym pogrzebie lakelandzkiego króla. Nasi wrogowie mają też znacznie więcej uzdrowicieli niż my. Ci, którzy przeżyli bitwę, zregenerują siły przed kolejnym starciem szybciej od nas.

Anabel robi kwaśną minę, rzucając ojcu ostre spojrzenie.

– Tak, dom Skonos nadal pozostaje podzielony na dwa obozy. Większość Uzdrowicieli opowiada się po stronie uzurpatora.

„Jak gdyby to była nasza wina. Zrobiliśmy, co mogliśmy. Przekonaliśmy, kogo się dało”.

– Nie wspominając o tym, że Lakelandczycy mają własne domy Uzdrowicieli.

Machając ręką, z wąskim uśmiechem na ustach Davidson przechyla głowę. W kącikach jego oczu formują się zmarszczki zdradzające wiek. Podejrzewam, że ma około czterdziestu lat, ale trudno powiedzieć na pewno.

Zbliża palce do skroni, w geście dziwnego salutu lub obietnicy.

– Zaradzi temu Montfort. Mam zamiar złożyć wniosek o użyczenie nam Uzdrowicieli, zarówno Srebrnych, jak i Żarliwych.

– Wniosek? – pyta ojciec szyderczo.

Pozostali Srebrni są równie zmieszani, a ja odwracam się do Toliego i pochwytuję jego spojrzenie. Marszczy brew. Nie wie, co Davidson ma na myśli. Czuję niepokój w żołądku, aż przygryzam wargę, by się uspokoić. Zwykle jedno z nas dostarcza to, czego brakuje drugiemu. Ale w tym wypadku oboje jesteśmy zagubieni. „Ojciec też”. Choć jestem na niego ogromnie zła, nic nie przeraża mnie bardziej. Ojciec nie ochroni nas przed tym, czego nie rozumie.

Mare także nie wie, o czym mowa, i z konsternacją marszczy nos. „Co za ludzie”, złorzeczę do siebie. Zastanawiam się, czy uśmiechająca się szyderczo kobieta z blizną wie, o co Davidsonowi chodzi.

Premier wydaje z siebie cichy rechot. „Staruch dobrze się przy tym bawi”. Spuszcza wzrok, a jego ciemne rzęsy muskają policzki. Gdyby chciał, mógłby być przystojny.

– Jak wszyscy wiecie, nie jestem królem. – Znów podnosi wzrok i spogląda najpierw na ojca, potem na Cala, a na końcu na Anabel. – Służę z woli swojego narodu, a mój naród ma innych wybranych w głosowaniu polityków, którzy reprezentują jego interesy. Muszą dojść do porozumienia. Kiedy wrócę do Montfortu, by poprosić o dodatkowe wsparcie wojsk…

– „Wrócę”? – powtarza Cal, przerywając Davidsonowi. – Kiedy zamierzałeś nam powiedzieć?

Po chwili Davidson wzrusza ramionami.

– Teraz.

Mare wykrzywia usta. Nie wiem, czy próbuje zapanować nad grymasem, czy nad uśmieszkiem zadowolenia. Pewnie to drugie.

Nie tylko ja to zauważam. Cal spogląda to na nią, to na premiera, ze wzbierającą podejrzliwością.

– A co będziemy robić pod twoją nieobecność, premierze? – dopytuje. – Czekać? Czy walczyć jedną ręką?

– Wasza Wysokość mi schlebia, uważając Montfort za tak ważnego sprzymierzeńca – odpowiada Davidson, uśmiechając się od ucha do ucha. – Przykro mi, ale prawo mojego kraju musi być przestrzegane, nawet podczas wojny. Nie zdradzę zasad Montfortu i będę bronił praw swoich rodaków. Koniec końców, wielu z nich pomoże wam odzyskać wasz kraj. – Ostrzeżenie w jego słowach staje się równie jasne, jak uśmiech przyklejony do twarzy.

Ojciec jest w tym lepszy niż Cal. On też przybiera pusty uśmiech.

– Nigdy nie zażądalibyśmy od władcy, by odwrócił się od własnych ludzi.

– Oczywiście, że nie – odpowiada oschle Czerwona z blizną.

Ojciec przyjmuje tę zniewagę ze spokojem, ale tylko dla dobra koalicji. Podejrzewam, że gdyby nie nasz sojusz, zabiłby ją, by udzielić wszystkim lekcji dobrych manier.

Cal stara się zachować spokój i nie tracić głowy.

– Jak długo cię nie będzie, premierze?

– To zależy od mojego rządu, ale spodziewam się przewlekłej debaty – odpowiada Davidson.

Królowa Anabel klaszcze z rozbawieniem. Śmieje się, przez co zmarszczki na jej twarzy się pogłębiają.

– Bardzo interesujące. A co twój rząd uznaje za przewlekłą debatę, premierze?

Czuję się tak, jakbym oglądała sztukę graną przez kiepskich aktorów. Żaden z nich – ojciec, Anabel, Davidson – nie ufa ani jednemu słowu z ust pozostałych.

– Lata. – Davidson wzdycha z tym samym wymuszonym rozbawieniem co ona. – Demokracja to zabawna rzecz. Choć żadne z was jeszcze o tym nie wie.

Ostatni cios ma boleć, i boli. Uśmiech Anabel robi się mroźny. Królowa stuka dłonią o blat stołu, co jest kolejnym ostrzeżeniem. Dzięki swojej umiejętności potrafi z łatwością zabijać. Tak jak reszta z nas. Wszyscy jesteśmy śmiertelnie niebezpieczni, wszyscy mamy swoje ukryte motywy. Nie wiem, ile jeszcze będę w stanie to wytrzymać.

– Z chęcią sama się przekonam.

Temperatura wzrasta, zanim słowa opuszczają usta Mare. Tylko ona nie spogląda na Cala. On przeszywa ją rozpalonym wzrokiem, jednocześnie przygryzając wargę. Mare pozostaje niewzruszona, jej mina niczego nie zdradza. Chyba pobierała lekcje u Davidsona.

Szybko zasłaniam usta dłonią, tłumiąc spontaniczny śmiech. Mare Barrow ma diabelny talent wyprowadzania z równowagi mężczyzn z rodu Calore. Zastanawiam się, czy ona to sobie planuje. Nie śpi po nocach i obmyśla, jak najlepiej namieszać w głowie Mavenowi lub rozproszyć uwagę Cala.

„Ale czy na pewno? Byłaby w stanie?”

Instynktownie próbuję zdusić w sobie iskrę nadziei, która wybucha w mojej piersi. Po chwili pozwalam jej jednak rozkwitnąć.

„Zrobiła to Mavenowi. Dostarczała mu zajęć. Zaburzała jego równowagę. Trzymała go z dala od ciebie. Dlaczego nie miałaby zrobić tego samego z Calem?”

– W takim razie będziesz świetnym wysłannikiem Norty. – Udaję znudzoną, niezainteresowaną. Niezbyt chętną. Nie chcę, aby ktokolwiek zdał sobie sprawę, że rzucam daleko kość, bo wiem, że szczeniak za nią pobiegnie.

Mare gwałtownie na mnie spogląda, jej brwi unoszą się o centymetr. „No dalej, Mare”. Dobrze, że nikt z tutaj obecnych nie potrafi czytać w moich myślach.

– Absolutnie nie, Evangeline – odpowiada szybko Cal, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby. – Proszę nie uznać tego za brak szacunku, premierze, ale nie wiemy na tyle dużo na temat waszego kraju…

Mrugam i patrzę na swojego narzeczonego, lekko przechylając głowę. Srebrne włosy ześlizgują się po łuskowej zbroi zasłaniającej mój obojczyk. Elektryzuje mnie moc, jaką teraz mam, choćby była niewielka.

– Ale czy istnieje lepszy sposób, by go poznać? Mare zostanie dobrze przyjęta, jak bohaterka. Montfort to kraj Nowych. Jej obecność pomoże naszej sprawie, prawda, premierze?

Davidson wlepia we mnie swoje puste oczy. Mam wrażenie, że przeszywa mnie nimi na wylot. „Patrz, ile chcesz, Czerwony”.

– Niewątpliwie.

– Ufasz, że doniesie nam o wszystkim, czego się tam dowie? Bez koloryzowania i pomijania faktów? – Anabel prycha z niedowierzaniem. – Pamiętaj, księżniczko Evangeline, że Czerwona dziewczyna nie ma powodów, by być lojalna wobec kogokolwiek ze srebrną krwią.

Cal i Mare w tym samym momencie opuszczają wzrok, jak gdyby oboje powstrzymywali się od tego, by na siebie spojrzeć.

Wzruszam ramionami.

– W takim razie wyślijcie z nią Srebrnego. Na przykład lorda Jacosa.

Starszy, chudy mężczyzna w żółtych szatach robi zlęknioną minę na dźwięk swojego nazwiska. Wygląda na umęczonego, jak sfatygowany kawałek materiału.

– Jeśli dobrze pamiętam, jesteś uczonym, prawda?

– Zgadza się – odmrukuje.

Mare podrywa głowę. Jej policzki są czerwone, ale reszta jej ciała wydaje się opanowana.

– Wyślijcie z nami, kogo tylko chcecie. Pojadę do Montfortu i żaden król nie ma prawa mnie powstrzymywać. Choć może spróbować.

„Doskonale”. Calore nieruchomieje na swoim miejscu. Jego babka przysuwa się bliżej. Siedząc przy nim, wydaje się od niego o wiele mniejsza, jednak ich podobieństwo nadal jest wyraźne. Te same oczy w kolorze brązu, szerokie ramiona, prosty nos. To samo żołnierskie serce. I koniec końców ta sama ambicja. Obserwuję go, gdy przemawia, obawiając się jego odpowiedzi.

– A więc lord Jacos i Mare Barrow będą reprezentować prawdziwego króla Norty wraz…

Z bransolety Cala podnoszą się iskry, rodząc mały czerwony płomień. Powoli przemieszcza się po jego knykciach.

– Prawdziwy król będzie reprezentował samego siebie – mówi Cal, z rozpalonymi oczami.

Mare zaciska zęby. Muszę użyć całej swojej siły, by spokojnie usiedzieć na krześle, ale w środku tańczę i skaczę. „To była łatwizna”.

– Tyberiaszu – syczy Anabel.

Ale on nie zaszczyca jej odpowiedzią, a ona nie może na niego naciskać. „Sama to sobie zrobiłaś, starucho. Mianowałaś go królem. Teraz musisz się podporządkować”.

– Przyznaję: po wujku Julianie i swojej matce mam w sobie pewną wrodzoną ciekawość – wyjaśnia Cal. Łagodnieje, gdy wspomina matkę.

Cóż, niewiele o niej wiem. Coriane Jacos nie była podwładną, którą dobrze znosiła królowa Elara.

– Chcę odwiedzić Wolną Republikę i przekonać się, czy wszystkie opowieści o niej są prawdziwe. – Głos Cala się obniża. Spogląda na Mare z taką intensywnością, jak gdyby siłą woli próbował zmusić ją, by odwzajemniła jego spojrzenie, ale ona tego nie robi. – Chcę to zobaczyć na własne oczy.

Davidson odpowiada skinieniem głowy i z błyskiem w oku. Jego bezpłciowa maska nieco się osuwa, ale tylko na sekundę.

– Wasza Królewska Mość będzie bardzo mile widziana.

– Świetnie. – Cal strzepuje ogień z palców, zanim postuka nimi o stół. – W takim razie ustalone.

Jego babka ściąga usta, jakby zjadła coś kwaśnego.

– Ustalone? Musisz wbić swoją flagę w Delphie, ogłosić swoją stolicę. Musisz zdobyć terytorium, zdobyć zasoby, zjednać sobie ludzi, skłonić więcej wysokich domów do przejścia na twoją stronę…

Cal nie daje się zniechęcić.

– Rzeczywiście potrzebuję zasobów, babciu. Żołnierzy. Montfort ich ma.

– Oczywiście masz rację – odpowiada ojciec gromkim tonem, który wznieca w moim sercu dawny lęk.

„Czy jest na mnie zły, że to sprowokowałam? Czy może jest zadowolony?” Przekonałam się, co znaczy rozgniewać Volvo Samosa, kiedy jeszcze byłam dzieckiem. Stajesz się wtedy duchem. Ignorowanym, niechcianym. Do czasu, aż zasłużysz sobie z powrotem na jego miłość dzięki osiągnięciom i inteligencji.

Spoglądam na ojca kątem oka. Król Rowów siedzi wyprostowany na krześle tronowym, blady i doskonały. Pod jego misternie przystrzyżoną brodą zauważam cień zadowolonego uśmieszku. Wypuszczam z płuc krótkie, ciche westchnienie ulgi.

– Prośba wystosowana przez samego prawowitego króla Norty może zrobić wrażenie na rządzie Montfortu – ciągnie ojciec. – I dodatkowo wzmocni nasz sojusz. Jedynym słusznym krokiem będzie więc, jeśli wyślę i swojego emisariusza, by reprezentował królestwo Rowów.

„Tylko nie Toliego!”, krzyczę w swojej głowie. Mare Barrow obiecała go nie zabić, ale nie ufam jej słowu, zwłaszcza przy tak sposobnych okolicznościach. Już to widzę. To nie byłby nieszczęśliwy wypadek. A poza tym Elane, jego posłuszna żona, musiałaby mu towarzyszyć. Jeśli ojciec wyśle Toliego, mój brat wróci z tej wyprawy jako trup.

– Evangeline pojedzie z wami.

W okamgnieniu ulgę, którą czuję, wypierają mdłości.

Nie wiem, czy kazać podać sobie kolejny kieliszek wina, czy zwymiotować na podłogę. W mojej głowie przekrzykują się głosy, z których każdy mówi to samo.

„Sama jesteś sobie winna, ty głupia dziewczyno”.

ROZDZIAŁ 3

MARE

Mój śmiech niesie się echem po wschodnich murach i nad ciemnymi polami. Zginam się wpół, podpierając o gładkie przedpiersie i próbując złapać oddech. Nie mogę nad sobą zapanować. Obezwładnia mnie prawdziwy śmiech, pochodzący głęboko z wnętrza brzucha. Dźwięk jest pusty, ostry i trochę obcy, bo tak dawno się nie śmiałam. Szczypią mnie blizny na karku, ale nie potrafię się powstrzymać. Śmieję się, aż zaczynają mnie boleć żebra. Muszę usiąść i oprzeć plecy o zimny kamień. I tak nie przestaję, i nawet kiedy przygryzam zaciśnięte wargi, nadal co chwila wymyka mi się parsknięcie.

Słyszą mnie tylko patrolujący żołnierze, ale wątpię, żeby zwracali uwagę na dziewczynę śmiejącą się samotnie w ciemności. Zasłużyłam sobie na to, by móc się śmiać, płakać albo krzyczeć, kiedy tylko będę mieć ochotę. Jakaś część mnie chce robić wszystkie te rzeczy. Śmiech ostatecznie wygrywa.

Zachowuję się jak wariatka, a może nawet nią jestem. Mam wymówkę po tym, co się dziś wydarzyło. Ludzie nadal znoszą ciała z przeciwnej strony Corvium. Cal wybrał swoją koronę zamiast wszystkiego, o co walczyliśmy. Oboje mamy świeże rany, których nie może uleczyć żaden Uzdrowiciel. Rany, o których muszę zapomnieć, żeby nie zwariować. Jedyne, co mogę, to schować twarz w dłoniach, zacisnąć zęby i walczyć z piekielnym, idiotycznym śmiechem.

„To jakieś kompletne szaleństwo”.

Evangeline, Cal i ja pojedziemy razem do Montfortu. Genialny żart.

Dokładnie tyle przekazałam w wiadomości do Kilorna, który nadal jest bezpieczny w Piedmoncie. Chciałby dowiedzieć się wszystkiego, co tylko mogę przekazać dalej. Po tym, jak przekonałam go, żeby został, jedyną rzeczą, którą mogę zrobić, to przynajmniej na bieżąco go informować. I oczywiście chcę, by był poinformowany. Chcę, żeby ktoś śmiał się ze mną i przeklinał to, co się wydarzy.

Po raz kolejny wydaję z siebie mroczny rechot, przechylam głowę w tył i opieram ją o kamień. Gwiazdy nade mną są jak białe ziarenka, przytłumione przez światła Corvium oraz wschodzący księżyc. Gwiazdy zdają się z góry obserwować fortecę. Dumam o tym, czy bogowie Iris Cygnet śmieją się razem ze mną. Jeśli w ogóle istnieją.

Zastanawiam się, czy Jon też się śmieje.

Na myśl o nim zamarza mi krew w żyłach, zabijając resztki maniakalnego śmiechu. Ten przeklęty przepowiadający przyszłość Nowy gdzieś się chowa po tym, jak się nam wymknął. Tylko po co uciekł? By siedzieć na wzgórzu i nas obserwować? Przerzucać swoimi czerwonymi oczami w prawo i w lewo, podczas gdy my będziemy się nawzajem wybijać? Czy to jakiś mistrz gry rozstawiający nas według swoich upodobań i rozgrywający nami przyszłość, którą przewidział? Gdyby istniały na to choć małe szanse, spróbowałabym go znaleźć. Zmusić go, by uchronił nas przed tragicznym losem. Ale to absurd. Przewidzi, że nadchodzę. Znajdę Jona, tylko jeśli będzie chciał być znaleziony.

Z frustracją drapię się po twarzy i głowie, pozwalając paznokciom poharatać skórę. Ich ostry dotyk powoli przywraca mnie do rzeczywistości. Podobnie jak chłód. Kamienie przedpiersia wraz z zapadaniem zmroku tracą swoje ciepło. Tkanina mojego munduru jest cienka i wkrótce zaczynam drżeć, a ostre i twarde krawędzie muru nie stanowią najwygodniejszego oparcia. Mimo to się nie ruszam.

Opuszczenie tego miejsca oznacza sen, ale także zejście na dół. Do pozostałych, do koszar. Nawet jeśli przykleję do ust uśmiech i będę biec, nie ominie mnie spotkanie z Czerwonymi, Nowymi i Srebrnymi. A na pewno z Julianem. Potrafię sobie wręcz wyobrazić, jak siedzi na mojej pryczy, czekając z kolejnym wykładem. Nie wiem jednak, co mógłby mi powiedzieć.

Myślę, że stanie po stronie Cala. Gdy to wszystko dobiegnie końca. Kiedy stanie się jasne, że nie pozwolimy mu zachować miejsca na tronie. Srebrni są lojalni wobec krwi. A Julian jest lojalny wobec swojej nieżyjącej siostry. Cal jest ostatnią cząstką, która po niej została. Julian nie odwróci się od tego, choć tyle mnie uczył o rewolucji i historii. Nie zostawi Cala samego.

„Tyberiasza. Nazywaj. Go. Tyberiaszem”.

Nawet myślenie o jego imieniu boli. Jego prawdziwym imieniu. Jego przyszłości. Tyberiasz Calore Siódmy, król Norty. Płomień Północy. Wyobrażam go sobie na tronie brata, bezpiecznego w klatce z Cichego Kamienia. A może wyciągnie monstrum z diamentowego szkła, na którym siedział jego ojciec? Zniszczy każdy ślad Mavena, usunie go z kart historii. Odbuduje pałac ojca. Królestwo Norty wróci do stanu z przeszłości. Poza królem Samosem w Rowach wszystko będzie tak jak w dniu, w którym stanęłam na arenie.

Tym samym sprawię, że wszystko, co wydarzyło się od tamtego dnia, wydarzyło się na próżno.

Nie pozwolę, by do tego doszło.

I na szczęście nie będę musiała robić tego sama.

Światło księżyca pada na czarny kamień, tak że złote akcenty na każdej wieży i podpiersiu błyszczą na srebrno. W dole widzę patrole, strażników ubranych na czerwono i zielono, czuwających na warcie. Szkarłatna Gwardia i Montfort. Ich odpowiedniki, Srebrni w barwach swoich domów, pojawiają się rzadziej i trzymają się w grupkach. Dom Laris na żółto, Haven na czarno, Iral na czerwono i niebiesko, Lerolan na czerwono i pomarańczowo. Bez domu Samos. Dzięki ambicji Volvo i sprzyjającym okolicznościom stali się teraz rodziną królewską. Nie ma potrzeby marnować ich czasu na coś tak banalnego jak nocny obchód.

Zastanawiam się, co myśli o tym Maven. Tak bardzo fiksował na punkcie Tyberiasza, że mogę sobie tylko wyobrazić ciężar kolejnego króla rywala w postaci Volvo. Wszystko kręciło się wokół jego brata, mimo że Maven pozornie miał to, czego chciał. Koronę, tron, mnie. Nadal czuł jego cień. Sprawka Elary. Powykrzywiała go i uformowała stosownie do swoich potrzeb, niektóre jego cechy wyrzucając, inne wzmacniając. Jego obsesja pomogła napędzić jego pragnienie władzy i wzmocniła jej własną żądzę. Czy król Volvo stanie się kolejnym celem Mavena? A może jego najciemniejsze i najbardziej niebezpieczne pragnienia ograniczają się do nas? Zabić Tyberiasza, zabrać mnie?

Czas pokaże. Kiedy znów uderzy, a wiem, że to na pewno się stanie.

Mam jedynie nadzieję, że będziemy gotowi.

Oddziały Davidsona, Szkarłatna Gwardia i nasza rozprzestrzeniająca się siatka szpiegowska – damy radę. Musimy.

Ale to nie znaczy, że nie możemy się przygotować.

*

– Kiedy wyjeżdżamy?

Choć nie miałam ochoty na interakcję z innymi, udało mi się dowiedzieć, jak dojść do kwatery Davidsona. Zajął dużej wielkości połączone gabinety w sektorze administracyjnym, które teraz wypełniają dowódcy montforckiej armii oraz przedstawiciele Szkarłatnej Gwardii, chociaż Farley nie ma wśród nich. Oficerowie przyjmują moje pojawienie się ze spokojem i przepuszczają głębiej osobę, którą wciąż nazywają dziewuszką od błyskawic. Większość jest zajęta pakowaniem. Głównie dokumentów, teczek, wykresów. Nie zabierają niczego, co należy do kogoś z tu obecnych. Wszystko to są dane, którymi zajmą się ludzie inteligentniejsi niż ja. Prawdopodobnie to pozostałości po Srebrnych oficerach, którzy jako ostatni korzystali z tego miejsca.

Ada, jedna z moich Nowych rekrutek, znajduje się w centrum całej tej aktywności. Przegląda każdą kartkę pozostawioną przez obce oddziały. Zapamiętuje wszystkie treści, wykorzystując swój dar doskonałej pamięci. Pochwytuję jej wzrok, gdy ją mijam, i witamy się skinieniem głowy. Kiedy wrócimy do Montfortu, Ada zostanie na rozkaz Farley wysłana do Dowództwa. Podejrzewam, że nie zobaczymy się przez bardzo długi czas.

Davidson podnosi wzrok znad pustego biurka. W kącikach jego lekko skośnych oczu pojawiają się zmarszczki – jedyna oznaka uśmiechu. Mimo ostrego, bezwzględnego światła gabinetu jest przystojny jak zawsze. Dystyngowany. Onieśmielający. Rządzący monarcha, nawet jeśli nie z tytułu. Kiedy przywołuje mnie skinieniem ręki, ciężko przełykam ślinę, przypominając sobie, jak wyglądał podczas oblężenia. Zakrwawiony, wyczerpany, przestraszony. I zdeterminowany. Tak jak reszta z nas. To mnie trochę uspokaja.

– Dobrze się tam spisałaś, Barrow – mówi. Odrzucając głowę, wskazuje w niezbyt konkretnym kierunku wieży rządowej.

Prycham, mrugając powiekami w odpowiedzi.

– Chodzi ci o to, że trzymałam język za zębami?

Ktoś przy oknie zaczyna się śmiać. Odwracam wzrok i widzę Tytona, który opiera się o szybę ze skrzyżowanymi rękami. Jak zwykle, pasemko włosów opada mu na jedno oko. Też ma na sobie czysty mundur w kolorze leśnej zieleni, choć nieco za krótki przy nadgarstkach i kostkach. Nie ma żadnych insygniów, które świadczyłyby o tym, że jest Elektrykonem jak ja. Bo to nie jego mundur. Kiedy ostatnio go widziałam, był od stóp do głów umazany srebrną krwią. Bębni palcami o ramię, prezentując je niczym broń, którą naprawdę są.

– A to w ogóle możliwe? – pyta niskim tonem, nie spoglądając na mnie.

Davidson przygląda mi się i lekko kręci głową.

– Właściwie to jestem zadowolony z tego, co powiedziałaś pozostałym, Mare. Na temat wyjazdu wraz ze mną do domu.

– Tak jak mówiłam, ciekawi mnie…

Premier wystawia rękę, przerywając mi w pół zdania.

– Daruj sobie. Podejrzewam, że lord Jacos jest jedyną osobą, która robi cokolwiek z powodu zaciekawienia.

„Cóż, nie myli się”.

– Czego tak naprawdę chcesz z Montfortu?

Stojący przy oknie Tyton w końcu uracza mnie spojrzeniem, a w jego oczach odbija się światło.

Unoszę podbródek.

– Tylko to, co obiecałeś.

– Relokację? – Przynajmniej raz Davidson wygląda na naprawdę zaskoczonego. – Chcesz…

– Chcę, żeby moja rodzina była bezpieczna. – Mój głos ani na moment nie drgnie. Stosuję w swojej postawie nieco z tego, czego na temat etykiety uczyła mnie nieżyjąca Srebrna.

„Plecy prosto, ramiona równo. Utrzymaj kontakt wzrokowy”.

– Toczymy prawdziwą wojnę – mówię. – Norta, Piedmont, Lakelandia i twoja republika także. Nigdzie nie jest bezpiecznie, z żadnej strony. Ale wy jesteście najdalej i wydajecie się najsilniejsi, a przynajmniej najlepiej chronieni. Myślę, że powinnam sama odwieźć tam swoją rodzinę. Zanim wrócę, by dokończyć to, co zaczęli więksi ode mnie.

– Ta obietnica była dla Nowych, panno Barrow – odpowiada cicho Davidson.

Panujący wokół nas ruch niemal zagłusza jego słowa.

Czuję ucisk w żołądku, ale przybieram nieprzejednaną minę.

– Nie wydaje mi się, premierze.

Rozciąga usta w jeden ze swoich mdłych uśmiechów, kryjąc się za zwyczajową maską.

– Naprawdę uważasz, że jestem tak okrutny? – Dziwny żart, ale Davidson jest dziwnym człowiekiem. Przelotnie pokazuje w uśmiechu równe zęby. – Oczywiście, twoja rodzina jest mile widziana. Montfort z dumą przyjmie ich jako swoich obywateli. Pozwól, Ibarem – dodaje, wołając mi przez ramię.

Z jednego z pokoi przybiega mężczyzna i na jego widok aż podskakuję zlękniona. Wygląda kropka w kropkę jak Rash i Tahir, Nowe bliźniaki. Gdybym nie wiedziała, że Tahir nadal jest w Piedmoncie, a Rash stacjonuje w Archeonie i obaj przekazują między sobą informacje, pomyślałabym, że to któryś z nich. „Trojaczki”, szybko zdaję sobie sprawę i usta wypełnia mi gorycz. Nie lubię niespodzianek.

Tak jak jego bracia Ibarem ma ciemnobrązową skórę, czarne włosy i starannie przystrzyżoną brodę. Ledwie zauważam bliznę na jego podbródku, skrytą pod zarostem: pojedynczą szramę zgrubiałej tkanki. Nie tak dawno temu został, podobnie jak Rash i Tahir, naznaczony blizną, by Srebrny lord był w stanie odróżnić go od pozostałych.

– Miło mi poznać – mamroczę, przymrużając oczy, gdy spoglądam na Davidsona.

Wyczuwa mój dyskomfort.

– No tak, poznaj brata Rasha i Tahira.

– Wcale niepodobni – odpowiadam oschle.

Ibarem unosi usta w nieznacznym uśmiechu i wita mnie skinieniem głowy.

– To dla mnie zaszczyt, panno Barrow. – Następnie odwraca się do premiera z wyczekującą miną. – W czym mogę pomóc?

Davidson spogląda mu w oczy.

– Skontaktuj się z Tahirem. Niech poinformuje rodzinę Barrowów, że jutro przyjedzie po nich córka. Zostaną przesiedleni do Montfortu.

– Tak jest – odpowiada. Jego oczy na moment zachodzą mgłą, kiedy nadaje wiadomość ze swojej głowy do umysłu brata. – Przekazane, panie premierze. Tahir przesyła gratulacje i pozdrowienia, panno Barrow.

Mam jedynie nadzieję, że rodzice przyjmą tę propozycję. Nie, żeby mieli powody, by tego nie robić. Gisa chce się przenieść, a mama pojedzie za nią wszędzie. Bree i Tramy pojadą za mamą. Ale co do ojca nie mam pewności. Nie, jeśli będzie wiedział, że z nimi nie zostanę. „Proszę, pojedź. Pozwól mi to sobie ofiarować”.

– Podziękuj mu w moim imieniu – odburkuję, wciąż nieco zakłopotana jego obecnością.

– Przekazane – mówi Ibarem. – Tahir odpowiada, że nie ma za co.

– Dziękuję wam obojgu – wtrąca się Davidson i ma ku temu powody.

Bracia rozmawiają ze sobą z oszałamiającą prędkością, choć kiedy przebywają w jednym pomieszczeniu, jest jeszcze gorzej. Ibarem kiwa głową i odwraca się na pięcie, by wrócić do swoich zadań.

– Czy istnieją kolejni, o których chciałbyś mi powiedzieć? – syczę, nachylając się nad biurkiem i wyszczerzając zęby.

Przyjmuje moją irytację ze spokojem.

– Nie, choć chciałbym mieć więcej takich jak on do swojej dyspozycji. – Wzdycha. – Śmieszni są ci bracia. – Zwykle Żarliwi mają swych odpowiedników wśród Srebrnych, ale nigdy nie widziałem nikogo o podobnych zdolnościach, kto nie byłby naszej krwi.

– Jego mózg wydaje się inny – mruczy Tyton.

Rzucam mu ostre spojrzenie.

– Niepokoi mnie to, w jaki sposób to mówisz.

Tyton jedynie wzrusza ramionami.

Odwracam się do Davidsona, nadal poirytowana, ale nie potrafię ignorować tego, co właśnie mi ofiarował.

– Dziękuję, że to robisz. Wiem, że rządzisz krajem i dla ciebie może to nie mieć większej wartości, ale dla mnie to bardzo wiele znaczy.

– Oczywiście, że ma – odpowiada. – I mam nadzieję, że wkrótce będziemy mogli zrobić to samo dla innych rodzin podobnych do twojej. Mój rząd obecnie debatuje nad tym, w jaki sposób zmierzyć się z sytuacją, która szybko przeradza się w kryzys migracyjny, jak również nad tym, jak relokować wysiedlonych Czerwonych i Nowych. Ale ty, za to, co zrobiłaś i co nadal robisz, stanowisz dla nas wyjątek.

– A co ja właściwie takiego zrobiłam? – Słowa wymykają mi się, zanim zdołam się ugryźć w język. Czuję ciepło, które rozlewa mi się po policzkach.

– Zrobiłaś pęknięcia w czymś nie do przebicia. – Davidson mówi takim tonem, jak gdyby stwierdzał coś oczywistego. – Wgięcia w zbroi. Doszczelniłaś pokrywę słoika, panno Barrow. Teraz ją ściągniemy. – Jego uśmiech jest szczery, szeroki i biały. Kojarzy mi się z kotem. – Nie bez znaczenia jest też to, że dzięki tobie Republikę odwiedzi pretendent do tronu Norty.

Na te słowa przeszywa mnie dreszcz. „Czy to jest groźba?” Chwytam blat i nachylam się nad biurkiem.

– Masz mi dać słowo, że nic mu się nie stanie – mówię niskim, ostrzegawczym tonem.

Davidson ani na moment nie wstrzymuje odpowiedzi.

– Daję słowo – odpowiada tym samym głosem. – Nie zrobię nic, by spadł mu choć włos z głowy. Ani ja, ani nikt inny, póki Calore jest w moim kraju. Masz moją solenną obietnicę. Nie działam w ten sposób.

– Cieszę się – odpowiadam. – Bo to byłby idiotycznie głupi ruch pozbyć się buforu pomiędzy naszym sojuszem a Mavenem Calore. – A nie jesteś głupim człowiekiem, prawda, premierze?

Koci uśmiech się poszerza. Premier kiwa głową.

– Mały książę tylko skorzysta na tej wizycie. – Davidson unosi jedną idealnie zaczesaną siwą brew. – Zobaczy królestwo bez króla.

„Niech zobaczy, że to możliwe. Że korona i tron nie są jego obowiązkiem. Nie musi być królem ani księciem. Nie, jeśli tego nie chce”.

„Ale myślę, że on chce”.

– Tak. – To jedyne, co jestem w stanie powiedzieć. I wszystko, na co mogę mieć nadzieję. W końcu czy nie poznałam Tyberiasza w ciemnej tawernie, kiedy udawał kogoś innego, by móc zobaczyć, jak naprawdę wygląda świat? Zobaczyć, co powinno się zmienić.

Davidson odchyla się na krześle, dając znak, że spotkanie skończone.

– Możesz uważać swoją prośbę za spełnioną – mówi. – I masz szczęście, że i tak musimy najpierw wrócić do Piedmontu, bo inaczej nie byłbym taki skory, by transportować stamtąd stado twoich krewnych.

Prawie puszcza mi oko.

Prawie się uśmiecham.

*

W pół drogi do baraków zdaję sobie sprawę, że ktoś idzie za mną przez miasto-fortecę. Kroki pobrzmiewające na krętej ulicy wydają się bliskie, zwinne i miarowe. Fluorescencyjne światła rzucają dwa cienie – mój i kogoś innego. Napinam mięśnie z niepokojem, ale nie ze strachem. W Corvium roi się od żołnierzy koalicji, a jeśli którykolwiek z nich jest na tyle głupi, by próbować zrobić mi krzywdę, to proszę bardzo, może spróbować. Potrafię się bronić. Czuję biegnące pod skórą iskry, gotowe, by wystrzelić. Gotowe działać.

Odwracam się gwałtownie, licząc, że wezmę tego, kto się za mną skrada, z zaskoczenia. Nic z tego.

Evangeline zatrzymuje się spokojnie, krzyżuje na piersi swoje ciemne ramiona, unosi idealne brwi. Nadal jest ubrana w wystawną zbroję, która bardziej pasuje na dwór królewski niż na pole walki. Nie ma jednak korony. Kiedyś to było jej hobby: mierzyć korony i diademy z wszelkich kruszców, jakie tylko wpadły jej w ręce. Ale teraz, kiedy ma pełne prawo włożyć którąś z nich, jej głowa jest goła.

– Śledziłam cię przez dwa sektory miasta, Barrow, a ty nic – mówi, odrzucając głowę w tył. – A podobno byłaś złodziejką.

Znów uruchamia mi się nieopanowany rechot i nie mogę nic na to poradzić, ale uśmiecham się pod nosem, robiąc głośny wydech. Jej kąśliwa uwaga jest czymś znajomym, a wszystko, co znajome, przynosi mi teraz otuchę.

– Nie zmieniasz się, Evangeline.

Jej uśmiech błyska jak nóż.

– Oczywiście, że nie. Po co zmieniać ideał?

– No to nie będę cię odrywać od twojego idealnego życia, Wasza Wysokość – odpowiadam. Nadal uśmiechając się zadziornie, schodzę jej z drogi. Sprawdzam jej blef.

Evangeline Samos nie szukała mnie po to, by trochę sobie ze mną popyskować. To, jak się zachowywała podczas narady, sprawiło, że jej motywy są dla mnie jasne.

Evangeline mruga kilka razy, a jej buta nieco słabnie.

– Mare – mówi teraz łagodniejszym tonem. Proszącym. Duma nie pozwoli jej jednak błagać. Ten przeklęty Srebrny kręgosłup. Nie wie, jak się ugiąć. Nikt jej tego nie nauczył i nikt nie pozwoli jej spróbować.

Mimo wszystkiego, co między nami zaszło, czuję w sercu odrobinę litości. Evangeline wychowano na Srebrnym dworze, urodziła się, by spiskować i awansować, nauczyła się walczyć z tą samą zaciętością, z jaką strzeże swojego umysłu. Ale jej maska nie jest taka doskonała, zwłaszcza w porównaniu z maską Mavena. Po wielu miesiącach interpretowania każdego cienia w jego spojrzeniu myśli Evangeline odzwierciedlone w jej oczach są dla mnie banalnie proste do odczytania. Bije od niej cierpienie. Tęsknota. Sprawia wrażenie drapieżnika w klatce, który nie ma szansy na ucieczkę. Część mnie chce ją tam pozostawić. By zdała sobie sprawę, o jakim życiu kiedyś marzyła. Chcę wierzyć, że nie jestem taka okrutna. I nie jestem też taka głupia. Evangeline Samos będzie bardzo wpływowym sojusznikiem i jeśli muszę ją sobie zjednać tym, czego ode mnie chce, to trudno.

– Jeżeli szukasz współczucia, to idź dalej – mówię pod nosem, pokazując raz jeszcze na pustą ulicę.

To słaba groźba, a mimo to Evangeline się obrusza. Jej oczy, już i tak czarne, ciemnieją jeszcze bardziej. Docinka działa, popycha pod ścianę, zmusza do mówienia.

– Nie potrzebuję twojego współczucia – warczy w odpowiedzi. Ostre jak igły krawędzie jej zbroi wyostrzają się wraz z jej gniewem. – Zresztą wiem, że na to nie zasługuję.

– Zdecydowanie nie – prycham. – Czyli chcesz pomocy? Wymówki, żeby nie jechać do Montfortu z resztą naszej wesołej wycieczki?

Twarz Evangeline wykrzywia się z kolejnym cierpkim uśmiechem.

– Nie jestem na tyle głupia, żeby być ci cokolwiek winna. Nie, chodzi mi o wymianę.

Kontroluję swoją mimikę i wpatruję się jej prosto w oczy. Staram się zachowywać z godną Davidsona spokojną, nieprzeniknioną pustką.

– Tak sądziłam.

– Dobrze wiedzieć, że nie jesteś taka tępa, jak mówią ludzie.

– No to z czym przychodzisz? – pytam, chcąc przyspieszyć sprawę.

Już jutro wyjeżdżamy do Piedmontu, a potem do Montfortu. Nie mamy tego luksusu, by bez ograniczeń oddać się naszym zwyczajowym utarczkom.

– Czego chcesz?

Słowa grzęzną jej w gardle. Przejeżdża zębami po wargach, zdrapując odrobinę fioletowego barwnika. W bezlitosnym świetle ulicznym jej makijaż wydaje się ostry, bardziej przypomina barwy wojenne. Pewnie tak jest. Fioletowe cienie pod jej policzkami miały nadać jej rysom niemożliwą ostrość, ale w ciemności wyglądają niezdrowo. Nawet połyskujący biały puder na jej skórze, wygładzający srebrnawą cerę, jest niedoskonały. „Ślady łez”. Próbowała je zamaskować, ale nadal widać dowody. Nierówny kolor i strużka czarnego tuszu z rzęs i tak ją zdradziły. Jej fasada piękna i śmiertelnej wspaniałości ma głębokie pęknięcia.

– Ale to łatwe, prawda? – odpowiadam sobie na własne pytanie i podchodzę krok bliżej.

Evangeline prawie odskakuje.

– Tyle czasu, tyle intryg. Masz Tyberiasza. Masz trzecią szansę, by wyjść za króla Calore. Zostać królową Norty, osiągnąć wszystko, na co kiedykolwiek pracowałaś.

Evangeline ciężko przełyka – najprawdopodobniej niegrzeczną odpowiedź. Nie mamy zbyt wiele wprawy w zachowywaniu się wobec siebie z kulturą.

– Chcesz się z tego wyplątać – szepczę. – Nie chcesz przyjąć roli, do której zostałaś przeznaczona. Skąd ta nagła zmiana? Czemu chcesz odrzucić coś, czego kiedyś tak bardzo pragnęłaś?

Evangeline puszczają hamulce.

– Nie muszę przed tobą tłumaczyć ani siebie, ani swoich powodów.

– Twój powód ma rude włosy i nazywa się Elane Haven.

Zamiera, zaciska pięści, a łuski jej zbroi prężą się w reakcji na nagłe emocje swojej władczyni.

– Nie waż się o niej mówić – warczy, ujawniając swój słaby punkt, który łatwo będziemy mogli później wykorzystać.

Podchodzi do mnie. Jest wyższa ode mnie o dobre kilka centymetrów i teraz stara się wykorzystać tę niewielką przewagę. Gdy trzyma ręce na biodrach, przeszywa mnie wzrokiem i stoi idealnie wyprostowana plecami do ulicznej lampy, całkowicie zasnuwa mnie cieniem.

Patrzę na nią, mrugając powiekami, i przechylam głowę na bok.

– Czyli chcesz do niej wrócić. I co, myślisz, że jestem w stanie powstrzymać Tyberiasza przed tym, by się z tobą ożenił?

– Nie schlebiaj sobie – odpala, przewracając oczami. – Potrafisz skutecznie odwrócić uwagę królów Calore, ale nie mam złudzeń. Cal nie zerwie naszych zaręczyn. Maven może by tak zrobił. Z pewnością wpłynęłaś na jego decyzję, aby mnie odrzucić.

– Jak gdybyś kiedykolwiek naprawdę zamierzała wyjść za Mavena – mówię powoli.

Widziałam więcej, niż jej się zdaje, kiedy byłam na dworze Mavena. Jej rodzina zbyt dobrze przyjęła monumentalny afront. Powstanie królestwa Rowów zostało zaplanowane na długo, zanim ja podsunęłam Mavenowi jakikolwiek pomysł.

Evangeline wzrusza ramionami.

– Po śmierci Elary i tak nie miałam zamiaru zostać jego królową. Przepraszam: po tym, jak ją zabiłaś – dorzuca szybko. – Ona przynajmniej trzymała go na krótkiej smyczy. Teraz nie potrafi tego zrobić chyba nikt z żyjących, nawet ty.

Kiwam głową, przyznając jej rację. Nikt nie panuje nad Mavenem Calore.

Choć nie ma wątpliwości, że próbowałam. Żółć podchodzi mi do gardła, gdy wspominam swoje próby manipulowania młodocianym królem, wykorzystywania jego słabości wobec mnie. A potem Maven przehandlował dom Samos za pokój, za Lakelandię, za niebezpieczną i prawdopodobnie dwa razy bardziej przebiegłą księżniczkę niż Evangeline. Zastanawiam się, czy znalazł w Iris Cygnet, cichej, wyrachowanej Wodniaczce, równą sobie partnerkę.

Próbuję go sobie teraz wyobrazić, jak ucieka z Corvium do Lakelandii. Jego blada twarz nad czarno-czerwonym mundurem, iskrząca cichą furią. Ucieka do obcego królestwa, na obcy dwór, gdzie nie chroni go Cichy Kamień. Nie ma czym się poszczycić, przynosi tylko zwłoki króla Lakelandii. Trochę mnie to pociesza, że poniósł taką spektakularną porażkę. Może królowa Lakelandii od razu go zabije, aby ukarać go za to, że poświęcił życie jej męża podczas oblężenia.

Nie potrafiłam utopić Mavena, kiedy miałam szansę. Może ona to zrobi.

– Nad Calem też nie panujesz. Nie na tyle, żebym mogła osiągnąć to, czego pragnę. – Evangeline atakuje, jej słowa są jak obracający się w ciele nóż. – On ze mnie nie zrezygnuje dla ciebie, nie, jeśli od tego będzie zależeć korona. Wybacz, Barrow. Abdykacja jest wbrew jego naturze.

– Znam jego naturę – odgryzam się, czując jej cios równie mocno, jak ona odczuwa mój. Jeśli moje życie będzie płynąć w ten sposób i ktoś co chwila będzie celować w tę ranę, to wątpię, żebym kiedykolwiek miała czas się pozbierać.

– On dokonał wyboru – mówi Evangeline. Zarówno po to, by mnie zranić, jak i po to, by coś udowodnić. – Kiedy odzyska Nortę, a na pewno ją odzyska, wyjdę za niego. Scementuję sojusz, zapewnię Rowom przetrwanie. Będę kontynuować dziedzictwo Volvo Samosa i jego królów ze stali. – Patrzy mi za plecy, na ciemną uliczkę.

Sąsiednią alejką, niespełna dziesięć metrów od nas, przechodzi patrol. Głosy żołnierzy są niskie i miarowe, tak samo jak ich kroki. Szkarłatna Gwardia, oceniając po mundurach w kolorze rdzy. Większość z nich szyje się z czerwonych mundurów armii Norty i zdziera ich insygnia. Wątpię, żeby Evangeline to zauważyła. Jej oczy zachodzą mgłą, myśli o czymś bardzo odległym. O czymś, co wcale jej się nie podoba, oceniając po jej zaciśniętej szczęce.

– A jeśli za niego nie wyjdziesz? – dopytuję, przywołując ją z powrotem do tu i teraz.

Łatwe, oczywiste pytanie. Jej oczy robią się wielkie, usta otwierają z zaskoczenia.

– To niemożliwe – prycha. – Nie ma jak tego obejść. Musiałabym uciec do Tiraksu lub Cironu, lub jeszcze gdzie indziej, gdzie diabeł mówi dobranoc, żeby nie znalazł mnie tam ojciec – dorzuca, śmiejąc się ponuro na tę myśl. – Nawet to będzie za mało. Znajdzie mnie, gdziekolwiek bym pojechała, zaciągnie mnie do domu i zrobi ze mnie odpowiedni użytek. Jedyna droga, jaką widzę, jedyna możliwość, którą mam, jest bardzo prosta.

„Oczywiście, że tak, Evangeline”.

Nasze cele są takie same, choć motywacje bardzo się różnią. Daję jej mówić, wyciągając z niej dokładnie to, co chcę usłyszeć. Będzie łatwiej, jeśli pomyśli, że to wszystko jej własny pomysł.

– Jeśli Cal poniesie klęskę, nie dojdzie do małżeństwa. – Evangeline patrzy przeze mnie na wylot. Z trudem wymawia te słowa. To zdrada jej domu, jej kolorów, jej ojca, jej krwi. Rani ją to aż do szpiku kości. – Jeśli nie będzie królem Norty, mój ojciec mnie na niego nie zmarnuje. A jeśli przegra wojnę o koronę, jeśli wszyscy przegramy, ojciec będzie zbyt zajęty utrzymaniem własnego tronu, żeby sprzedawać mnie komuś innemu. A przynajmniej komuś bardzo daleko.

„Daleko od Elane”. Znaczenie jej słów jest dla mnie jasne.

– Chcesz, abym uniemożliwiła Calowi odzyskanie jego królestwa?

Evangeline rzuca mi szyderczy uśmiech i robi krok w tył.

– Sporo się nauczyłaś na dworach Srebrnych, Mare Barrow. Jesteś mądrzejsza, niż się wydaje. Odtąd nie będę cię już lekceważyć i lepiej, żebyś ty przestała lekceważyć mnie. – Gdy mówi, jej zbroja zaczyna się ruszać i zmieniając kształt, oplata jej nogi i ręce. Łuski kurczą się i przemieszczają. Jak robactwo pod kontrolą jej matki, każda z nich jest jak błyszcząca kropka czerni i srebra. Evangeline zmienia ubranie na coś solidniejszego, z mniejszym rozmachem. Prawdziwą zbroję, przeznaczoną do walki. – Kiedy mówię, że chcę, żebyś powstrzymała Cala, mam na myśli twoje małe towarzystwo. Choć nie wiem, czy Szkarłatną Gwardię i Montfort można uznać za „małe”. Ostatecznie nie mają chyba zamiaru wesprzeć kolejnego Srebrnego królestwa. Nie bez poważnych konsekwencji.

– Aha. – Czuję lekki zawód. Wolałabym, aby nie dostrzegła tej karty.

– No tak, nie trzeba być politycznym geniuszem, żeby wiedzieć, że koalicja Czerwonych i Srebrnych nie obędzie się bez zdrady. Jestem przekonana, że wszyscy władcy wiedzą, że lepiej sobie nie ufać. – Oczy Evangeline błyskają, gdy odwraca się ode mnie, by odejść. – Może z wyjątkiem jednego aspirującego króla – rzuca przez ramię.

Wiem o tym aż nazbyt dobrze. Tyberiasz jest ufny jak mały szczeniak, łatwo daje sobą wodzić tym, których kocha. Mnie, swojej babce, a przede wszystkim swojemu nieżyjącemu ojcu. To z jego powodu próbuje przejąć koronę: by wypełnić niedotrzymane przyrzeczenie. Choć jego pewność siebie, jego odwaga i zawzięta koncentracja przydają mu siły, sprawiają też, że poza polem bitwy jest ślepy. Potrafi przewidzieć nadciągające wojska, ale nie zauważyć knujących przeciw niemu ludzi. Nie chce lub nie potrafi dostrzec otaczających go intryg. Tak było wcześniej i tak będzie teraz.

– Zdecydowanie nie jest jak Maven – mamroczę pod nosem, nawet jeśli tylko do siebie.

Odpowiedź Evangeline odbija się echem od kamiennych murów Corvium.

– Zdecydowanie nie.

W jej głosie słyszę to, co sama czuję.

Ulgę. I żal.

ROZDZIAŁ 4

IRIS

Wody zatoki, ożywcze i odświeżające, opływają moje nagie kostki. Przed świtem jest zimno, ale ledwie czuję chłód. Znajduję ucieczkę w tym prostym wrażeniu. Znam te wody równie dobrze, jak własną twarz. Czuję je dalej niż moje stopy: pulsowanie najdelikatniejszego prądu, najmniejsze fale rzeki karmiącej zatokę i zatoki karmiącej jezioro. Przybywające światło świtu rozlewa się po gładkiej powierzchni. Lustrzane odbicie zniekształcają smugi błękitu i pastelowego różu. Ten spokój pozwala mi zapomnieć, kim jestem, ale nie na długo. Jestem Iris Cygnet, urodzona księżniczką, uczyniona królową. Nie mam tego luksusu, by móc zapomnieć o czymkolwiek, bez względu na to, jak bardzo bym tego pragnęła.

Czekamy razem – moja matka, siostra i ja – wpatrując się w skupieniu w południowy horyzont. Mgła wisi nisko nad wąskim wpływem Zatoki Clear, zasłaniając półwysep usiany wieżami strażniczymi oraz znajdujące się dalej Eris. Kilka latarni mruga przez mgłę niczym nisko wiszące gwiazdy. Kiedy mgła unosi się wraz z wiatrem dmącym od jeziora, widać coraz więcej wież. Wysokich, kamiennych budowli ulepszanych i przebudowywanych setki razy przez setki lat. Wieże widziały więcej wojen i zniszczenia, niż potrafią powiedzieć historycy. Jak na tak bliską świtu godzinę w zbyt wielu z nich pali się światło. Latarnie pozostaną tak jednak cały dzień, pochodnie rozpalone, reflektory włączone. Flagi łopoczące na wietrze wyglądają inaczej od zwyczajowych lakelandzkich sztandarów. Każda wieża wywiesiła kobaltową flagę przeciętą czarną wstęgą. By uczcić pamięć poległych w Corvium, by ich opłakiwać.

By pożegnać się z naszym królem.

Wiele godzin poprzedniej nocy upłynęło mi na płaczu. Nie powinnam mieć już więcej łez, ale wciąż napływają nowe. Moja siostra Tiora lepiej nad sobą panuje. Unosi podbródek, jej diadem lśni nad brwiami. To warkocz ciemnych szafirów i gagatów, wiszący nisko na jej czole. Choć jestem teraz królową, moja korona wygląda skromniej: to zaledwie cienki sznur niebieskich diamentów, rozdzielonych czerwonymi klejnotami symbolizującymi Nortę.

Mamy taką samą zimną skórę w kolorze brązu, taką samą twarz, wysokie kości policzkowe i ostro zarysowane brwi, ale jej ciemne mahoniowe oczy odziedziczyła po matce. Ja mam szare, po ojcu. Tiora ma dwadzieścia trzy lata i jest cztery lata starsza ode mnie. To następczyni tronu Lakelandii. Kiedyś mówiłam, że urodziła się ponura i milcząca, nielubiąca płakać, niezdolna do śmiechu. Jej poważne usposobienie służy jej dobrze jako następczyni matki. Ma znacznie większą wprawę w kontrolowaniu swoich emocji niż ja, choć robię, co w mojej mocy, by na wzór jezior zachować spokój. Tiora uporczywie patrzy przed siebie, plecy ma proste od dumy, której nie potrafi złamać nawet pogrzeb. Mimo jej stoickiej natury nawet ona płacze za naszym zmarłym ojcem. Jej łzy są mniej widoczne, szybko skapują do wód zatoki obmywających nam stopy. Jest Wodniaczką jak reszta naszej rodziny i wykorzystuje swoją umiejętność, by ronić łzy bez śladu. Zrobiłabym to samo, gdybym miała siłę, ale teraz nie jestem w stanie niczego z siebie wykrzesać.

W przeciwieństwie do naszej matki Cenry, panującej królowej Lakelandii.

Jej łzy utrzymują się w powietrzu, tworząc chmurę kryształowych kropel, które pochwytują i rozpraszają światło dnia. Kropla po kropli chmura rośnie, rzucając blade tęcze na jej brązową skórę. Diamenty zrodzone ze złamanego serca.

Stoi dalej niż my, po kolana w wodzie, jej żałobna suknia unosi się za nią na powierzchni. Podobnie jak Tiora i ja, matka jest ubrana niemal całkiem na czarno, pomijając drobne akcenty naszej królewskiej barwy. Jej suknię zrobiono z kunsztownych warstw cienkiego jedwabiu, ale nie ma żadnego kształtu, wisi na niej, jakby należała do kogoś innego. Podczas gdy Tiora i ja dopilnowałyśmy, by przygotować odpowiednie stroje, dobrać odpowiednią biżuterię i suknie, matka zupełnie tego zaniechała. Wygląda zwyczajnie, a jej rozpuszczone włosy przypominają kruczoczarną burzę. Nie ma bransolet, nie ma kolczyków ani korony. Tylko jej postawa świadczy o tym, że jest królową. I to wystarczy. Mam ochotę chwycić się jej spódnicy, tak jak to robiłam, gdy byłam dzieckiem. Mogłabym się jej trzymać i nigdy nie puścić. Nigdy więcej nie wyjechać z domu. Nigdy nie wrócić na sypiący się dwór króla, który sam jest w rozsypce.

Myśl o moim mężu sprawia, że staję się zimna. I stanowcza.

Łzy na moich policzkach wysychają.

Maven Calore to dziecko bawiące się naładowaną bronią. Dopiero się przekonamy, czy umie strzelać. Mam jednak dla niego pewne cele, osoby, w których stronę chętnie go skieruję. Oczywiście w stronę Srebrnego, który zabił mojego ojca. Jakiegoś lorda spośród Iralów. Poderżnął mu gardło. Zaatakował od tyłu jak pies, bez honoru. Ale Iral służył innemu królowi. Samosowi. Volvo. Kolejny, któremu obce są honor i godność. Zbuntował się z powodu tak błahego jak korona, by móc nazywać się monarchą jakiegoś nic nieznaczącego zakątka świata. Nie jest w tym sam. Popierają go inne rody z Norty, gotowe wymienić Mavena na innego brata Calore, wygnańca. Przed śmiercią ojca nie miałoby dla mnie znaczenia, gdyby Maven nagle stracił koronę lub życie. Gdyby utrzymano pokój pomiędzy Nortą a Lakelandią, jaką czyniłoby mi to różnicę? Ale nie teraz. Orrec Cygnet zginął. Mój ojciec umarł z powodu ludzi takich jak Volvo Samos i Tyberiasz Calore. Czego bym nie zrobiła, by utopić ich wszystkich za pomocą swojego gniewu?!

„Czego nie zrobię?!”

Z mgły wyłaniają się powoli płynące łodzie. Są znajome, ich dzioby srebrne i niebieskie. Każda z nich ma jeden pokład. Takie barki buduje się nie do walk na wojnie, ale dla prędkości i ciszy, i sterowania wolą mocarnych Wodniaków. Ich kadłuby są specjalnie żłobione, by wychwytywały najdelikatniejsze wywołane prądy wody, tak jak teraz.

Wysłanie łodzi było moim pomysłem. Nie mogłam znieść myśli o tym, że wojska wleką ze sobą ciało ojca podczas długiego marszu z Mouru, który Nortańczycy nazywają Dusznią. Musiałyby pokonać po drodze wiele miast, a wiadomość o jego śmierci wyprzedzałaby pojawienie się tego makabrycznego orszaku. Nie, chciałam, aby wrócił do domu, żebyśmy pierwsze mogły się pożegnać.

I żebym nie oszalała.

Wodniacy w lakelandzkim odcieniu niebieskiego, nasi kuzyni z linii Cygnetów, tłoczą się na pokładzie płynącej przodem barki. Ich ciemne twarze przysłania cień żalu, są w żałobie tak jak my. Ojciec był bardzo kochany w naszym rodzie, choć pochodził z jego mniej znaczącej gałęzi. To matka ma królewski tytuł, pochodzi z długiej, nieprzerwanej linii monarchów. Z tego powodu nie wolno jej przekraczać granic naszego kraju, z wyjątkiem najpoważniejszych wypadków. Tiorze nie wolno wyjeżdżać w ogóle, nawet w czasie wojny, aby zachować linię następców tronu.

Przynajmniej nigdy nie podzielą losów ojca i nie umrą na polu bitwy. Ani mojego. I nie będą żyć z dala od domu.

Mojego męża nietrudno zauważyć na tle ciemnoniebieskich mundurów. Pilnuje go czterech wartowników, ich płomienne szaty zostały zastąpione mundurami bojowymi. Nadal mają jednak na sobie maski wyłożone klejnotami, równie piękne, co przerażające. Maven jest ubrany w zwyczajową czerń i zdecydowanie wyróżnia się w tłumie, choć nie ma na sobie orderów, korony ani żadnych insygniów królewskich. Żaden monarcha nie jest na tyle głupi, by wkraczając na pole walki, robić z siebie ruchomy cel. Nie sądzę jednak, by w ogóle walczył. Maven nie jest wojownikiem – a przynajmniej nie na wojnie. Przy swoich i moich żołnierzach wydaje się taki mały. Słaby. Takie odniosłam wrażenie, kiedy się poznaliśmy, mierząc się wzrokiem z przeciwnych stron pawilonu na środku pola minowego. Wciąż jest nastolatkiem, ledwie przestał być dzieckiem. Jest o rok młodszy ode mnie. Mimo to wie, jak wykorzystać swój wygląd. Manipuluje tym, co sądzą o nim ludzie. W jego kraju, wśród ludu karmionego jego kłamstwami i pozorowaną niewinnością, przynosi to rezultaty. Czerwoni i Srebrni poza jego dworem łykają bez zastanowienia historie o jego bracie, złotym księciu uwiedzionym przez szpiega i nakłonionym do morderstwa. Soczysta bajeczka, urocza plotka, której poddani mogą się uchwycić. W połączeniu z osiągniętym przez Mavena pokojem pomiędzy naszymi krajami obecny król zyskał na popularności. I stawia go to w dziwnym położeniu. Jest królem mającym poparcie poddanych, ale nie najbliższych sobie ludzi. Nie arystokracji, która teraz pada mu do stóp. Pozostają przy nim, bo muszą zachować królestwo, które stało się kruche.

Kolejny powód jest taki, choć bardzo nie chcę tego przyznać, że Maven to wytrawny intrygant. Dobrze żongluje arystokratami, nastawiając różne domy przeciw sobie i jednocześnie trzymając resztę narodu w żelaznym uścisku.

Królewski dwór Norty to dwór węży, których jest tam teraz więcej niż kiedykolwiek.

Intrygi Mavena nigdy jednak na mnie nie podziałają. Dobrze wiem, że nie mogę go lekceważyć. Zwłaszcza teraz, kiedy jego obsesją zdaje się posiadanie władzy. Jego umysł jest rozszczepiony jak jego

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 5

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 6

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 7

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 8

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 9

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 10

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 11

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 12

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 13

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 14

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 15

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 16

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 17

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 18

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 19

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 20

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 21

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 22

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 23

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 24

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 25

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 26

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 27

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 28

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 29

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 30

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 31

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 32

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 33

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 34

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 35

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 36

Dostępne w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 37

Dostępne w wersji pełnej.

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej.

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Tytuł oryginału: War Storm

Copyright © 2018 by Victoria Aveyard

Copyright © for the translation by Joanna Dziubińska,

Maria Borzobohata-Sawicka

Opieka redakcyjna: Natalia Karolak

Mapa: © & ™ 2017 Victoria Aveyard. All rights reserved.

Map illustrated by Amanda Persky

Adiustacja, korekta: d2d.pl

Jacket art © 2018 by John Dismukes

Jacket design by Sarah Nichole Kaufman

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Eliza Luty

ISBN 978-83-7515-605-8

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wojenna burza Królewska klatka Przeklęta korona Szklany miecz Czerwona Królowa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha