Dziecko z Kalkuty

Dziecko z Kalkuty

Autorzy: Wanda Wajda

Wydawnictwo: Media Rodzina

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 18.99 zł

Scholka to imię niewidomego i autystycznego niemowlęcia z domu Matki Teresy w Kalkucie. Autorka, wówczas też niewidoma, wraz z polskimi zakonnicami zaopiekowała się dziewczynką. Pokonała wiele przeszkód, przywiozła ją do Polski i została jej adopcyjną mamą. Wtedy też w ich życiu zaczęły dziać się rzeczy trudne i wspaniałe.

Książka ta pokazuje krzepiącą drogę ku światłu, gdzie słabi potrafią robić rzeczy niezwykłe.

Spis treści

Dedykacja

Przedmowa

Moja młodość

Bangalore

Polska

Dorosłość

Zakończenie

Podziękowania

Aneksy

Przypisy

Zdjęcia

Copyright © by Wanda Wajda 2018

Copyright © for this edition by Media Rodzina Sp. z o.o. 2018

Projekt okładki

Agata Wodzińska-Zając

Zdjęcia na froncie okładki

iStock

Skład i łamanie

Scriptor s.c.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-520-6

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 60

mediarodzina@mediarodzina.pl

www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Książkę tę poświęcam Monice Skoczek – naszemu aniołowi stróżowi z krwi i kości oraz wszystkim naszym dobroczyńcom – jesteście piękną częścią naszej historii.

Przedmowa

Nazywam się Wanda Wajda, jestem niewidomą matką niewidomej i autystycznej dziewczynki, którą zaadoptowałam w Indiach, przywiozłam do Polski i tutaj tworzymy małą, dwuosobową rodzinę. Jestem z mojej córki dumna, mimo że nie widzi, prawie nie słyszy, nie mówi i żyje w świecie, do którego nie mamy wstępu. Dookoła Scholi dzieje się jednak tak wiele niezwykłych rzeczy, że wydaje mi się, że powinnam się nimi z Wami podzielić.

Od razu też muszę tu przytoczyć pytanie, z którym spotykam się na co dzień:

– Dlaczego, mając tak niewielkie perspektywy życiowe jako osoba samotna i niewidoma, wzięłam dziecko wymagające stałej opieki i chore? Przecież to jest niemożliwe i z pewnością mi się nie uda.

I od razu odpowiem tak, jak odpowiadam wszystkim, którzy o to pytają:

– Jak mogłam Scholi nie wziąć? Opiekowałam się nią kilka lat, pokochałam ją i nie umiałam się z nią rozstać. A czy jest to możliwe? Tak, dopóki będę miała siłę, będę opiekować się Scholą. Moja córka ma dwadzieścia jeden lat. Już jej ofiarowałam dwadzieścia jeden lat dobrego życia rozświetlonego jej uśmiechem. Czy uważacie, że nam się nie udało?

Siostra Agata, moja przyjaciółka, powtarzała mi zawsze, że to miłość – ta szczególna relacja matki z dzieckiem – utrzymuje je przy życiu. Zawsze będę walczyć o życie mojego dziecka jako o pełnego człowieka posiadającego swoje miejsce na ziemi. Nie urodziłam Scholki, ale nasze losy splotły się ściśle, tworząc tę szczególną relację miłości między dzieckiem i matką.

Nie będzie to opowieść o poświęceniu i litości, tylko o miłości, spełnieniu, dawaniu i braniu. Będzie to też opowieść o Bogu, bo czy bez świadomości Jego bezwzględnego wsparcia miałabym odwagę wziąć na siebie taką odpowiedzialność? W centrum wydarzeń będą też niezwykłe miejsca: Bieszczady, z których pochodzę, Kraków, Laski, Bangalore, Kotagiri, Jeevodaya w Indiach i wreszcie Warszawa. Miejsca te są niezwykłe dla mnie i tej opowieści nie dlatego, że mają wielką historię, piękne widoki czy zabytki, tylko dlatego, że mieszkają w nich wyjątkowi ludzie, od których nauczyłam się, jaką wartość ma najmniejszy z nas i ile potrafimy dokonać, jeśli w to uwierzymy.

Moje życie bez Scholi byłoby z pewnością łatwiejsze, ale nie byłoby pełne. Nie wiem, czy czułabym taką miłość i sens każdego swojego dnia. Wiedzcie, że nigdy nie żałowałam tej decyzji, nawet po kolejnej nieprzespanej nocy, kiedy musiałam iść do pracy, a w domu czekały na mnie stosy nieuprasowanych ubrań i perspektywa wielogodzinnego usypiania mojej córki.

Po pięknej stronie naszego losu są ludzie, którzy nam towarzyszyli i towarzyszą. W centrum tej opowieści są Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża z Lasek, Siostry Misjonarki Miłości Matki Teresy z Kalkuty. Bez nich moje życie byłoby inne, a Scholi z pewnością nigdy bym nie spotkała. Opowiem Wam też o tych, którzy wspierają nas, którzy nie boją się włączyć do naszego życia, wiedząc, że od razu wciągamy ich w swoją niełatwą orbitę.

Wspaniale jest też, że istnieje grono osób, które potrafią w najpiękniejszy sposób powiedzieć, że cenią to, co robię, o nic nie pytają, tylko cieszą się z naszych sukcesów. W końcu jestem 930. osobą, której przyznany został Order Uśmiechu, obok Heleny Pyz, Matki Teresy czy Edmunda Niziurskiego – mojego ulubionego pisarza z lat dziecinnych – i wielu innych ludzi wielkiego serca. Po tej stronie jest też nasz labrador – suczka Rumba, która z racji uratowania tonącego dziecka została „Psem Bohaterem roku 2009”!

Jedną z ważniejszych chwil w moim życiu było też wręczenie mi Złotego Krzyża Zasługi przez Prezydenta Rzeczpospolitej Lecha Kaczyńskiego, dzięki czemu mogłam poznać jego i panią prezydentową Marię Kaczyńską.

Nie będę też ukrywać trudnej strony naszych losów, przede wszystkim konieczności walki z chorobami i wiążącymi się z tym problemami. Najtrudniejsza jednak dla mnie jest obojętność i zła wola wielu państwowych instytucji. Spotkałyśmy też wiele bezmyślności i braku akceptacji dla innych: kalekich, brzydkich, śniadolicych. Ale ja nie jestem bezradna i bezbronna, potrafię zabrać głos w razie bezpośredniego konfliktu, myślę, że ta opowieść powie ludziom nieczułym i okrutnym, że możemy w ich trudne dni wprowadzić trochę światła z naszej widnej strony istnienia, w końcu miejsce, w którym spotkałam Scholkę, nazywa się „Jyothi Seva”, co w sanskrycie oznacza „Służba światłu”.

Zapraszam Was w podróż, którą jest moje i Scholi życie. Po przeczytaniu naszej historii z pewnością zrozumiecie, ile można dostać od małego, autystycznego, niewidomego, niedosłyszącego dziecka z mnóstwem innych ciężkich chorób. Spróbuję też pokazać Wam obecność Boga w naszym życiu – uwierzyliśmy Mu, a On pokazał nam, kim jesteśmy, a kim możemy być. Poznacie wspaniałych ludzi, którzy swoją postawą pokazują nam dobrą drogę, gdzie słabi potrafią robić wielkie rzeczy, a sukcesy nie są mierzone wysokością pensji, ślubem opisywanym w gazetach czy obecnością na czerwonym dywanie w telewizji kablowej. Moja córka nigdy nie będzie lekarzem ani aktorką, nie założy rodziny, ale będę się nią chwalić, bo przebyłyśmy już długą drogę, a mamy jeszcze przed sobą wiele pięknych i dobrych dni.

Jean Vanier mówił o dzieciach niepełnosprawnych, że „to te dzieci będą prowadzić nas do nieba”, dlatego dobrze jest w swoim życiu je spotkać. Historia ta będzie więc też spotkaniem z tymi, którzy prowadzą nas do nieba i tymi, którzy pomagając im na różne sposoby, idą ich śladami prosto w światło.

Na początku opowiem Wam, jak wyglądało moje życie w domu rodzinnym i przedstawię krótko losy naszej rodziny. Potem pokażę, jak z rodzinnego gniazda na Podkarpaciu znalazłam się w Krakowie, a potem w Laskach i na Piwnej w Domu Generalnym Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Warszawie. Opowiem, jak kupiłam sobie mieszkanie, jak pojechałam do Indii, gdzie poznałam wielu fascynujących ludzi, w tym nawet laureatkę Nagrody Nobla – Matkę Teresę z Kalkuty, Helenę Pyz – polską lekarkę ze szpitala dla trędowatych w Jeevodaya, Jeana Vaniera – kanadyjskiego pisarza i filantropa oraz miłość mojego życia – Scholkę. Na koniec podzielę się z Wami tym, jak żyjemy ze Scholą w Warszawie i jak nasze losy nadal splatają się z losami niewidomych dzieci z Kalkuty i Bangalore.

Największą radość sprawiłoby mi to, gdyby choć drobna cząstka z tego, co napisałam, przydała się terapeutom integracji sensorycznej, rehabilitantom oraz rodzicom i opiekunom dzieci z zaburzeniami i sprzężeniami, szczególnie jeśli dzieci są niewidome. Wiem z własnego doświadczenia, że kiedy miałam problem z błędnikiem, nawet szpitalni terapeuci z ośrodków klinicznych nie potrafili mi pomóc, mimo że – jak się okazało – była taka możliwość, skoro dziś siedzę i chodzę samodzielnie. Zaznaczam jednak, żeby nie korzystać z moich rad bezkrytycznie, bo to, co jest dobre dla jednego dziecka, nie zawsze musi skutkować w rehabilitacji innego, warto jednak podnieść te sprawy w czasie spotkań z lekarzami czy terapeutami.

Od dziewięciu lat w każdy piątek po szkole jeździłyśmy ze Scholą na integrację sensoryczną, zwaną w skrócie SI. Jej terapeutką była Anna Sieradzka-Borkowska – neurologopeda, psycholog, terapeuta SI, terapeuta Johannesa. Żeby pokazać, jak ważną rolę odgrywa w Scholi życiu terapia SI, pozwolę sobie przytoczyć fragmenty artykułu napisanego przez terapeutkę mojego dziecka.

„Jest maj 2012 roku, Warszawa. Dziś, jak w każdy piątek już od czterech lat, spotykam się z niezwykłą dziewczynką – Scholą. Jak zawsze, tak i tego dnia Schola przyjeżdża na zajęcia z mamą. Witamy się, zamieniamy kilka zdań i kierujemy się w stronę sali. Dziewczynka jest poddawana terapii metodą Integracji Sensorycznej. Co tydzień spotykamy się na sali i ciężko pracujemy, mama dziecka bardzo czynnie uczestniczy w zajęciach oraz ściśle współpracuje ze mną. Uważam, że współpraca Pani Wandy jest nieoceniona i to dzięki determinacji matki Scholi osiągamy pozytywne rezultaty terapeutyczne”.

Dlatego pozwolę sobie do mojej opowieści dołączyć aneks, którym jest analiza dokumentacji medycznej Scholki, napisana przez panią Annę Sieradzką-Borkowską, oraz kilka wskazówek dotyczących diety i rehabilitacji dzieci niewidomych ze sprzężeniami, które to wskazówki udało mi się zastosować z powodzeniem w rehabilitacji mojego dziecka. Nie zalecam stosowania tych wszystkich metod bez konsultacji z lekarzami i terapeutami, ale może to być inspiracja do przedyskutowania dodatkowych elementów terapeutycznych, które standardowo nie są włączane do leczenia dzieci niewidomych ze sprzężonymi niepełnosprawnościami.

Moja młodość

Bieszczady i moja rodzina

Moja rodzina zarówno ze strony ojca, jak i matki pochodzi z Bieszczad. Był to region mlekiem i miodem płynący, w którym katolicy, grekokatolicy i żydzi żyli w dostatku, przechodząc wspólnie liczne wojny, najazdy tatarskie i inne kataklizmy. Kres cywilizacji współistnienia wielokulturowego położyła druga wojna światowa, kiedy to prawie wszyscy żydowscy mieszkańcy zostali wywiezieni przez Niemców do getta w Przemyślu, a stamtąd do obozów śmierci w Bełżcu, Auschwitz i Szebniach, a część stracono na miejscu w forcie Łętownia lub w forcie Helicha. Koniec wojny nie przyniósł pokoju na tych terenach. Razem z wycofywaniem się oddziałów niemieckich w 1944 roku rozpoczęły się regularne akcje oddziałów UPA, których celem było przyłączenie „Zakierzońskiego Kraju” (czyli ziem za linią Curzona) do Ukrainy. Polacy masowo uciekali z terenów opanowanych przez UPA, a wielu straciło życie z rąk banderowców.

Porozumienie pod auspicjami władz radzieckich stanowiło najpierw o dobrowolnym, potem obowiązkowym przesiedleniu Ukraińców do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, a następnie w 1947 roku o przymusowym przesiedleniu zamieszkałej na terenach wschodniej Polski ludności ukraińskiej na tereny Polski zachodniej i północnej. W tak zwanej „Akcji Wisła” przesiedlono prawie całą ludność ukraińską zamieszkałą na terenach wschodniej Polski, a w czasie tych działań zginęło wiele ukraińskiej ludności cywilnej. Wsie i przysiółki zarosły lasem, w rejonie Krzywczy i Ruszelczyc zostały niedobitki mieszkańców, a wieś, z której pochodzi moja mama, zniknęła prawie cała. Do dzisiaj ludność Ruszelczyc nie osiągnęła skali tej z 1921 roku, kiedy to w 140 domach mieszkało 782 mieszkańców, z czego większość to byli Ukraińcy (469), poza tym Polacy (287) i 26 Żydów.

Moja matka Maria z domu Stadnik pochodzi z polskiej rodziny, która mieszkała w wiosce Huta Brzuska koło Birczy. Była to wioska, która mimo multikulturowego charakteru całej okolicy miała większość polskich mieszkańców i dlatego akcje banderowców w 1945 roku zniszczyły ją niemal całkowicie, a mieszkańcy, którzy ukrywali się w lasach, razem z rodzinami i inwentarzem, musieli szukać dla siebie innego miejsca do osiedlenia. Moi dziadkowie, Agnieszka i Paweł, budowali sobie tymczasowe schronienia w lesie, zależnie od tego, jak przemieszczały się oddziały UPA. Kiedy przesiedlenia Ukraińców na polskie ziemie zachodnie zwolniły wiele domów we wsi Ruszelczyce, wówczas rodzina Stadników z moją kilkuletnią matką zajęła jeden z nich – zgodnie z polityką władz w tamtym okresie.

Moja matka uczyła się bardzo dobrze, ale mając sześcioro rodzeństwa, musiała dużo pracować w domu, tym bardziej że dziadkowie chorowali na astmę i nie mogli wykonywać ciężkich prac. Dlatego edukacja mamy skończyła się na siedmiu klasach szkoły podstawowej. Jej rodzeństwo wyjechało z Ruszelczyc, został tylko starszy brat, który pomagał dziadkom uprawiać ziemię. Mama opowiadała, że jeszcze zanim postanowiła się związać z moim ojcem, miała innego narzeczonego, który chciał wyjechać z Ruszelczyc i zabrać ją ze sobą. Mama jednak nie chciała porzucić chorych rodziców i została w domu.

Rodzice ojca – Katarzyna i Marcin – pochodzili z samych Ruszelczyc. Mój ojciec Mieczysław był jednym z sześciorga dzieci z pierwszego małżeństwa ojca, który ze swoją drugą żoną miał jeszcze sześcioro dzieci.

Ślub moich rodziców był skromny, po uroczystości w kościele w Krzywczy zorganizowane było wesele dla rodziny i sąsiadów w domu rodzinnym mamy. Rodzice zajmowali się gospodarstwem, a ojciec podejmował dodatkową pracę jako stróż nocny, żeby w dzień móc pracować w polu. Urodziło się siedmioro dzieci: pierwszy był mój starszy brat Wiesław, ja byłam druga, urodziłam się w 1966 roku. Potem pojawiło się moje młodsze rodzeństwo: Bogdan, Staszek, Zbyszek, Agnieszka i najmłodsza Beata.

„Ruszelczyce – piękna okolica, żeby nie stodoły, byłaby stolica”, jak żartowali sobie ruszelczyczanie. Wieś leży na trasie międzynarodowej prowadzącej do przejść granicznych w Krościenku i Medyce. Jest położona malowniczo w dolinie Sanu, a domy tworzą półkole, co jeszcze dodaje wiosce uroku. Cerkiew drewniana pod wezwaniem Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, z cennym starym ikonostasem i dużym zestawem dobrze zachowanych starych ikon, w 1962 roku została rozebrana przez władze państwowe. Obecnie najciekawszym zabytkiem we wsi jest grekokatolicki cmentarz, na którym już nie wiadomo, kto jest pochowany. Poza przodkami Ukraińców mieszkających obecnie na północy Polski, są tam mogiły żołnierskie i mogiły Polaków, którzy zginęli w czasie wojny i walk z UPA.

Nasz dom był mały i niefunkcjonalny, ponieważ domy ukraińskie nie odznaczały się wysokim standardem, i pomimo że moja rodzina nie miała wiele wymagań, długo w nim nie dało się mieszkać. Miał jednak stajnię, która była dla nas ważna, kiedy rodzice kupili konia. Kupno to wprowadziło znaczną zmianę w życiu – nie tylko ułatwiło uprawianie pola, ale nie trzeba już było pożyczać konia i potem tego odpracowywać, na przykład pasąc krowy, co spadało na mamę. Rodzice zamierzali postawić nowy dom dla rozwijającej się rodziny.

Kiedy się urodziłam, mój dziadek mówił rodzicom, że nie widzę, bo nie wodzę za nikim oczami. Mama nie wierzyła, ale jak skończyłam osiem miesięcy, zawiozła mnie do Przemyśla do prywatnego lekarza okulisty, doktora Jana Witkiewicza. On potwierdził diagnozę dziadka, mama była załamana. „Myślałam, że jak niewidoma, to upośledzona. Nie wiadomo, co to będzie. Ale bardzo szybko zrozumiałam, że niezależnie od tego, co się będzie działo, będę musiała ci pomóc” – napisała do mnie po wielu latach, gdy już podjęłam decyzję o adopcji Scholi. Rzadko dziękuję mojej mamie za to, co dla mnie zrobiła, ale chcę, żeby wiedziała, że od niej nauczyłam się przyjmowania tego, co nieuchronne i brania odpowiedzialności za sytuacje i osoby, które zostały nam powierzone.

Doktor Witkiewicz bardzo się mną zajął, wytłumaczył rodzicom, że potrzebuję operacji, poza tym lubił mnie i nawet chodził ze mną na spacery. Rodzice odwdzięczali mu się jak mogli, ale myślę, że on i tak by się mną zajmował.

Przez pierwsze trzy lata byłam zupełnie niewidoma, a rodzice wiedzieli, że muszę sobie dawać radę w normalnym świecie i próbowali przygotować mnie do życia, bez taryfy ulgowej. Nie widzi? Trudno, musi sobie dawać radę mimo to. Nie mieli żadnej wiedzy dotyczącej opieki nad niewidomym dzieckiem, więc próbowali wychowywać mnie tak, jak potrafili. Dla dziecka niewidomego przestrzeń jest abstrakcją. Skąd może wiedzieć, czym jest przestrzeń, skoro nie widzi? A to, czego się nigdy nie widziało, trudno jest sobie wyobrazić. Ojciec wszedł ze mną na stertę siana i powiedział „skacz” – byłam ciekawa, skoczyłam i wtedy nareszcie zrozumiałam, co to jest przestrzeń.

Ojciec nauczył mnie też biegać, jeździć rowerem, pływać w Sanie. Od wczesnych lat jeździłam też na nartach zrobionych z jesionu własnym sumptem, czyli rękami taty. Szliśmy siedem kilometrów na górkę pod lasem, a później z niej razem zjeżdżaliśmy. Ojciec był wysoki, ja miałam dwa i pół roku i trzymałam go kurczowo za rękę, bo przecież nic nie widziałam. Ufałam mu jednak bezgranicznie, toteż kiedy powiedział do mnie „puść się”, to go puściłam i już było wiadomo, że mogę bez przeszkód zjeżdżać.

W wieku trzech lat miałam pierwszą operację, po dwóch kolejnych latach – drugą. Zaćmę usunięto, ale nie oznaczało to, że widziałam dobrze. Nosiłam okulary +22, później trochę mi się poprawiło i miałam +10. W tamtym okresie nie wszczepiało się soczewek po usunięciu zaćmy, więc soczewkę trzeba było zastąpić okularami. Dopóki nie poszłam do szkoły, słaby wzrok mi nie przeszkadzał, przecież i tak widziałam więcej niż przed operacją. Przez pierwsze trzy lata wyrobiłam sobie dobrą orientację w przestrzeni, mogłam więc biegać, pływać i chodzić po drzewach bez większych przeszkód. Czułam się dumna, że w wieku sześciu lat umiałam już pływać pod prąd w Sanie!

To było szczęśliwe dzieciństwo, mimo że byliśmy biedni, a jeszcze trzeba było wybudować nowy dom. Praca na gospodarstwie zajmowała prawie cały dzień, bo nawet drewno na opał trzeba było przynosić z lasu. W 1971 roku zmarła moja babcia Agnieszka, a w następnym roku rodzice wzięli kredyt i zaczęli budować dom. Wzięcie kredytu spowodowało potrzebę zwiększonego obciążenia pracą całej rodziny. Mama chowała byczki i świnie na sprzedaż, a pieniądze szły na spłatę kredytu. Ale w końcu zamieszkaliśmy w nowym domu, moja najmłodsza siostra Beata już się w nim urodziła. Moje rodzeństwo uczyło się w Ruszelczycach, a potem w Przemyślu, ale cały czas pomagało w domu.

Dla mnie kłopoty rozpoczęły się wcześniej, kiedy po raz pierwszy poszłam do zwykłej szkoły podstawowej w mojej rodzinnej wsi. Wtedy już odrobinę widziałam, więc przy pewnym wysiłku z mojej strony i ze strony kadry nauczycielskiej mogłabym tam sobie poradzić. Jednak po miesiącu okazało się, że nie daję sobie rady. Zbyt słabo widziałam, dzieci się ze mnie śmiały, płatały mi różne psoty, wykorzystując moje kalectwo. Nauczyciele nie potrafili lub nie chcieli mi pomóc i po miesiącu ciągłego nękania przez koleżanki i kolegów nie wytrzymałam. Miałam niecałe siedem lat, nie czułam żadnego wsparcia, gdy miałam jakieś problemy. A ciągłe szukanie tornistra lub innych rzeczy chowanych przez złośliwych kolegów przy uciesze całej klasy było dla mnie nie do wytrzymania. Codziennie wracałam do domu z płaczem.

– Ja więcej do tej szkoły nie pójdę, bo nie chcę być tak traktowana – zbuntowałam się w końcu.

I tata powiedział:

– Więcej do szkoły nie pójdziesz.

Rodzice poważnie potraktowali mój problem, nie zlekceważyli moich emocji, choć ich to drogo kosztowało. Ojciec dowiedział się w Przemyślu, gdzie są szkoły dla dzieci niewidomych i tak trafiłam do Szkoły Podstawowej nr 73 w Krakowie, jedynej w Małopolsce szkoły dla dzieci mających problemy z widzeniem. Mama bardzo żałowała, że wyjadę z domu, ale zawsze powtarzała, że „muszę wyjść na ludzi”. Rodziców nie zniechęcił fakt, że stracę cały rok, ponieważ szkoła przyjmowała dzieci tylko od początku roku szkolnego.

Utrzymanie mnie w szkole kosztowało moich rodziców dużo wysiłku. Między Ruszelczycami a Krakowem było 250 kilometrów, a reguła szkoły była taka, że na wszystkie święta państwowe i kościelne, ferie i wakacje musiałam wracać do domu, co dla mamy oznaczało drogę z Ruszelczyc do Krakowa, co najmniej siedem razy w roku, i powrót tego samego dnia do Ruszelczyc. Oczywiście była to podróż z przesiadkami, przy bardzo nieskoordynowanych rozkładach jazdy. Mama często spędzała długie nocne godziny na stacjach w oczekiwaniu na następny środek lokomocji. Było to szczególnie uciążliwe, gdy mój ojciec zachorował i leżał wiele tygodni w szpitalu w Rzeszowie, wtedy mama musiała kursować między Rzeszowem, Ruszelczycami a Krakowem.

Śmierć mojego ojca w 1979 roku wszystko zmieniła. Była dla nas ciosem, nie tylko dlatego, że go kochaliśmy i zawsze mogliśmy na nim polegać, a on pomagał nam wszystkim, jak tylko potrafił, ale również z tego powodu, że był podstawą bytu naszej rodziny. To on uprawiał pole, z czego się utrzymywaliśmy, i przynosił do domu zarobek ze swoich dodatkowych etatów w mieście, mama pracowała tylko w domu na gospodarstwie i nie zajmowała się uprawą. W tym czasie Wiesiek, Bogdan, Staszek i Zbyszek chodzili jeszcze do szkoły, starsi do zawodówki w Przemyślu, młodsi do szkoły podstawowej, ja byłam w Krakowie. Po śmierci taty zmienił się stosunek mieszkańców do nas. Kiedy żył, sąsiedzi pomagali nam, a my im, robiliśmy razem przedsięwzięcia dla dobra wspólnego. Jednak kiedy ojciec zmarł, cała wieś przestała nas zauważać, wszystko musieliśmy robić sami. Wówczas wróciła do naszego domu bieda, bo przyznana nam renta rodzinna była bardzo mała. Powróciły też wyprawy do lasu po drewno. Szczęśliwie, że ojciec, kiedy jeszcze żył, oddał pole w dzierżawę, bo mama nie byłaby już w stanie sama go uprawiać, a tak był z tego niewielki wprawdzie, ale stały dochód. Dobrze też, że umorzono nam kredyt wzięty na budowę domu. Mama opowiadała, że kiedy ojciec umierał, to bardzo płakał, że nas wszystkich zostawia. Prosił mamę, żeby sobie koniecznie znalazła drugiego męża, który zaopiekowałby się nią i dziećmi. Ponadto błagał, żeby zapewniła mi szkołę. Tłumaczył, że pozostałe dzieci dadzą sobie radę w życiu, ale ja, ponieważ mam trudniejszy start, muszę zdobyć lepsze wykształcenie.

Prośby te nie były proste do spełnienia. Mama musiała najmować się do pracy, żeby mieć pieniądze na zboże, którym karmiła kury, indyki i kaczki. To ich sprzedaż pozwalała na wyżywienie rodziny. Mimo kłopotów finansowych, mama umożliwiła nam wszystkim ukończenie szkół średnich. Po zakończeniu nauki bracia poszli pracować do kopalni i pomagali rodzinie w utrzymaniu. Mama nie wyszła drugi raz za mąż.

Mój najstarszy brat Wiesław mieszka teraz w Katowicach z żoną i czwórką dzieci. Prowadzi własną firmę, a obecnie zatrudnił w niej syna. Bogdan mieszka i pracuje w Warszawie, ale rodziny jeszcze nie założył. Staszek jest w Chicago, tam kupił dom i mieszka razem z żoną i synem. Zbyszek mieszka z żoną i trójką dzieci we wsi Huwniki w stronach rodzinnych mamy, jednak pracuje za granicą. Agnieszka jest w Anglii z mężem i dwoma synami. Beata wyszła za mąż i mieszka w Ornecie koło Olsztyna – ma siedmioletniego syna i czeka na następne dziecko. Jej mąż pracuje w Warszawie.

W Ruszelczycach została tylko mama, jednak jak przyjdą chłody, to nie ma już siły gospodarować w domu i przyjeżdża na zimę do mnie do Warszawy. Koleżanka zapytała kiedyś mamę, jakie ma marzenia, a ona odpowiedziała tak:

– Chciałabym, żeby dzieci były zdrowe, żeby Wanda mogła jak najdłużej opiekować się Scholką, żeby dzieci i wnuki bezpiecznie wracały z podróży. Chciałabym długo żyć, żeby jak najdłużej dzieci mogły spotykać się w rodzinnym domu w Ruszelczycach. Bo jak mnie nie będzie, to kto tam pojedzie?

Kraków

Straciłam rok i trochę bardziej dojrzała rozpoczęłam naukę w pierwszej klasie Szkoły Podstawowej Specjalnej nr 73 w Krakowie. Niezależnie od tego, jakie były koszty umieszczenia mnie w tej placówce, była to dobra decyzja. Szkoła była miejscem wspomagania zrównoważonego rozwoju dzieci niewidomych i niedowidzących. Mieściła się w samym centrum Krakowa, naprzeciwko Wawelu, po drugiej stronie Wisły. Mimo swojego centralnego położenia miała duży ogród i sporo miejsca dla swoich podopiecznych.

Nauczyciele w Krakowie byli wyjątkowi. Uczyli nas poznawania świata tymi zmysłami, które mieliśmy do dyspozycji. Na przykład, jeśli lekcja dotyczyła chleba, to były przynajmniej dwie wycieczki: jedna do Tyńca do gospodarstwa w czasie żniw, druga do piekarni, gdzie piekarze pokazywali, jak od podstaw tworzą ciasto, wkładają na blachy i pieką, a na odchodne dali nam świeży, ciepły i pachnący chleb. Lekcje o zwierzętach wiązały się z wycieczkami do gospodarstwa, nauka o roślinach odbywała się w parku, a lekcje o bocianach to było poszukiwanie żab.

W szkole działały kółka zainteresowań: moje ulubione fotograficzne, kółka matematyczne i biologiczne. Jedna z nauczycielek, pani Wojnarowska, pasjonowała się teatrem i kilka razy w miesiącu zabierała nas na przedstawienia. Częste były wizyty w muzeach, gdzie specjalnie dla niewidomych dzieci prowadzono zajęcia w taki sposób, żeby mogły zapoznawać się z eksponatami. Dotykaliśmy przedmiotów, które zwykle znajdują się w gablotach. Dotknęłam kiedyś prawdziwej mumii egipskiej, mało kto ma taką możliwość!

W szkole w Krakowie naukę uzupełniał sport. To był świat dla mnie, zawsze byłam sprawna fizycznie i fakt, że mogę uczestniczyć w treningach i zawodach w różnych dyscyplinach, pozwalał mi na wszechstronny rozwój i był przyczyną wielu sukcesów.

Mieliśmy świetnego nauczyciela pływania, pana Józefa Serafina – mówiliśmy na niego „papa” – spod jego ręki wyszło wielu pływaków. Docenił to, że umiałam pływać, gdy przyszłam do szkoły, i poprowadził mnie dalej. Będąc nastolatką, odnosiłam sukcesy jako pływaczka zarówno w grupach juniorów, jak seniorów w zawodach dla niewidomych i niedowidzących.

Inne dyscypliny też otwierały przede mną możliwości wygrywania. Jako czternastolatka pobiłam rekord świata w skoku w dal wśród słabowidzących juniorów, skacząc 5,20 m.

Oprócz sportu na serio, byliśmy zabierani na zajęcia rekreacyjne, głównie na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Jest to miejsce chętnie odwiedzane przez turystów i wspinaczy, my tam szaleliśmy na wrotkach. Wyglądało to tak: ja z przodu jako słabowidząca, a za mną czterech chłopaków całkowicie niewidomych, na końcu chłopak słabowidzący. Zjeżdżaliśmy po pochyłym terenie, w lesie, drogą z zakrętami, ponad kilometr. Byliśmy zawsze najszybsi – szybsi od widzących. Na naszą korzyść działała grawitacja: jako kilkuosobowy „pociąg” z górki mogliśmy jechać szybciej niż pojedyncze osoby. Wszyscy komentowali z podziwem nasze wyczyny. Patent z „pociągiem” próbowaliśmy również zastosować na nartach, ale to nam się nie udawało. Za to świetnie opanowaliśmy grę w piłkę nożną. Te wszystkie ćwiczenia polepszały moją – i tak już niezłą – orientację przestrzenną.

Nauczyciele w krakowskiej szkole kładli szczególny nacisk na integrację. Wychowawcy mieli dzieci w naszym wieku, więc uczniowie chodzili do nich do domu i razem się bawiliśmy. Prężnie działało harcerstwo. Na obozach harcerskich połowę stanowili widzący, a połowę słabowidzący i niewidzący. Słabo- i niewidzący najlepiej radzili sobie z alfabetem Morse’a i wygrywaliśmy wszystkie konkursy.

W Krakowie wszystko było łatwiejsze, integracja była wspierana nawet przez położenie naszej szkoły. Za płotem podstawówki dla niewidomych i słabowidzących była szkoła dla dzieci niemających problemów ze wzrokiem. Dzieci z tej szkoły często przeskakiwały przez nasz płot i przychodziły do nas na plac zabaw, a my z kolei przemykaliśmy się do nich na gruszki, kwitła więc współpraca bez uprzedzeń. Nasi nauczyciele przymykali oko na te zachowania, widząc przydatność naszych przyjaźni z widzącymi kolegami. Kontakt dzieci niewidomych i niedowidzących z widzącymi rówieśnikami był świetny, a przypadki dyskryminacji zdarzały się rzadko i były tłumione w zarodku przez same dzieci.

Raz się zdarzyło, że widzący chłopak powiedział do któregoś z niewidomych „Ty ślepaku!”, gdy ten nie chciał mu ustąpić miejsca na huśtawce. Dzieci sprawę załatwiły po swojemu. Spytały się go, czego się boi, odpowiedział, że ciemności, więc wsadziły go do skrzyni, żeby posiedział tam trochę i zobaczył, jak to jest. Nie było to może eleganckie, ale skuteczne i zakończyło się przyjaźnią.

Po śmierci ojca wiedziałam, że muszę się szybko usamodzielnić, żeby nie być ciężarem dla rodziny. Za moich czasów w Krakowie dla dzieci słabowidzących i niewidzących była tylko szkoła podstawowa, nie mogłam więc kontynuować tam nauki.

Chciałam zdobyć zawód, żeby jak najszybciej odciążyć mamę finansowo i iść do pracy. Pierwszym moim wyborem było liceum ekonomiczne w Przemyślu. Pojechałyśmy tam z mamą na rozmowę kwalifikacyjną, ale dyrektor, kiedy mnie zobaczył, od razu odmówił przyjęcia, obawiając się kłopotów z osobą niepełnosprawną. Idea szkół integracyjnych jeszcze wówczas do Przemyśla nie dotarła. Jednakże kiedy z rozmowy wynikło, że odnoszę jakieś sukcesy sportowe, lody zostały przełamane i dyrektor zgodził się mnie przyjąć, lecz ja już nie skorzystałam z tej szansy, tylko zdecydowałam się na szkołę w Laskach.

Do podjęcia nauki w tej najbardziej chyba znanej w Polsce szkole dla niewidomych i niedowidzących w Laskach koło Warszawy namawiali mnie i moją mamę wszyscy, a mnie najbardziej zachęciło to, że miała tam być otwarta szkoła masażu razem z liceum. Okazało się jednak, że do liceum były egzaminy wstępne, na które nie byłam przygotowana. Nie dostałam się, mimo piątki z matematyki, bo okazało się, że moja ortografia jest zbyt słaba. Zostałam więc skierowana do szkoły zawodowej. Nie rozpaczałam, rozumiałam, że są rzeczy, którymi nie warto się przejmować, a po śmierci taty największe znaczenie miało to, że mogłam nauczyć się zawodu. A ortografię, na której poległam na egzaminie wstępnym, opanowałam z czasem dzięki świetnej polonistce, pani Kasi Łańcuckiej. Wybór Lasek był też dobry dla mamy, ponieważ mój najstarszy brat Wiesiek był wtedy w wojsku w Modlinie i mama mogła odwiedzać nas oboje.

Dojazd do Lasek był wygodniejszy, mimo że było to dalej niż do Krakowa. Postanowiłam nauczyć się dojeżdżać sama, żeby trochę mamę odciążyć. Musiała tylko podpisać zgodę na moje samodzielne podróże, i pomimo wielu przygód, od tego czasu jeździłam sama i stałam się naprawdę bardzo samodzielna. Miałam siedemnaście lat.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dziecko z Kalkuty 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy