Cud grudniowej nocy

Cud grudniowej nocy

Autorzy: Magdalena Majcher

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 27.48 zł

 

Dwa pokolenia.

Pięć kobiet.

Jedna noc, która może wszystko zmienić.

Magdalena nienawidzi świąt i próbuje uciec w pracę przed bolesnymi wspomnieniami. Teresa marzy tylko o jednym – by na chwilę przestać się martwić wszystkimi dookoła i móc zająć się sobą. Kamila musi poradzić sobie z nową rolą – partnerki i przyszłej matki. Kinga prowadzi szczęśliwe życie, które idealne okazuje się tylko na Instagramie. Maria pragnie tylko jednego – zgromadzić znów całą rodzinę przy wigilijnym stole.

Czy grudniowa noc sprawi, że stanie się cud?

Au­tor: Mag­da­le­na Maj­cher

Re­dak­cja: Mag­da­le­na Bin­kow­ska

Ko­rek­ta: Zu­zan­na Wie­rus

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: IMK

Zdję­cia na okład­ce: Shut­ter­stock (gra­phu­va­rov.ai, ka­ra­kot­sya.ai, Kon­stant­tin, Ro­mo­lo Ta­va­ni, Yuliya Kim); We­ro­ni­ka Smie­szek (zdję­cie Au­tor­ki)

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Maj­cher

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wyda­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­tor­ki bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-381-7

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Mo­jej Ro­dzi­nie, któ­ra spra­wia, że za­wsze z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kam na tych kil­ka gru­dnio­wych dni

ROZ­ŚWIE­TLO­NY FE­ERIĄ BARW RY­NEK ZA SPRA­WĄ ŚWIĄ­TECZ­NE­GO JAR­MAR­KU PRZE­MIE­NIŁ SIĘ W ZI­MO­WĄ WIO­SKĘ, któ­ra przy­cią­ga­ła przy­chod­niów za­pa­chem pier­ni­ków i grza­ne­go wina oraz skrzą­cy­mi się w mro­ku świa­teł­ka­mi. W cen­tral­nym miej­scu po­sta­wio­no ogrom­ną cho­in­kę, wo­kół któ­rej z za­chwy­tem bie­ga­ły dzie­ci, pod­czas gdy ich ro­dzi­ce ze smart­fo­na­mi w dło­niach pró­bo­wa­li uwiecz­nić swo­je po­cie­chy na fo­to­gra­fii.

Wro­cław, War­sza­wa, Kra­ków, a te­raz Ka­to­wi­ce. Zna­na i po­pu­lar­na w Eu­ro­pie tra­dy­cja, od lat kul­ty­wo­wa­na cho­ciaż­by w Wied­niu, Ber­li­nie czy Stras­bur­gu, z roku na rok zdo­by­wa­ła co­raz wię­cej zwo­len­ni­ków rów­nież na Ślą­sku.

Mag­da­le­na Wi­śniew­ska była praw­do­po­dob­nie jed­ną z nie­wie­lu osób, któ­rej nie udzie­li­ła się świą­tecz­na at­mos­fe­ra. Po­pra­wi­ła koł­nierz i wsu­nę­ła zmar­z­nię­te dło­nie do kie­sze­ni kurt­ki. Od­wró­ci­ła wzrok, ale i tak ze­wsząd ata­ko­wał ją świą­tecz­ny kli­mat. Za­mie­rza­ła uda­wać, że świę­ta wca­le nie zbli­ża­ją się wiel­ki­mi kro­ka­mi, jed­nak świat naj­wi­docz­niej nie za­mie­rzał jej w tym po­ma­gać.

Kie­dyś, daw­no temu, okres świą­tecz­ny roz­po­czy­nał się wraz z po­ja­wie­niem się na nie­bie pierw­szej gwiazd­ki. Mo­gła­by prze­spać te dwa i pół dnia, ewen­tu­al­nie, tra­dy­cyj­nie już, prze­pra­co­wać. Ale jak wy­rzu­cić z ka­len­da­rza cały mie­siąc?

Wy­szła ze szpi­ta­la kil­ka mi­nut po dzie­więt­na­stej. Mia­ła za sobą na­praw­dę dłu­gi i wy­czer­pu­ją­cy dzień. Prze­łom li­sto­pa­da i grud­nia przy­niósł przy­mroz­ki i opa­dy śnie­gu, dla­te­go przez SOR prze­wi­nę­ło się wie­lu pa­cjen­tów, głów­nie star­szych, ze stłu­cze­nia­mi i zła­ma­nia­mi. W szpi­ta­lu, w któ­rym pra­co­wa­ła od dzie­wię­ciu lat, bra­ko­wa­ło per­so­ne­lu. Trzy pie­lę­gniar­ki na izbę przy­jęć tak du­że­go ośrod­ka?!

Była wy­czer­pa­na i ma­rzy­ła już tyl­ko o tym, żeby po­ło­żyć się pod cie­płą koł­drą, za­mknąć oczy i za­snąć. Da­niel miał wró­cić ze służ­by póź­nym wie­czo­rem, więc w miesz­ka­niu cze­ka­ła na nią tyl­ko ci­sza, ale w tej chwi­li nie za­przą­ta­ła so­bie tym gło­wy. Chcia­ła jak naj­szyb­ciej opu­ścić cen­trum mia­sta i zna­leźć się w domu. Bez ko­lo­ro­wych świa­te­łek, bez cho­in­ki, bez oświe­tlo­nej, cią­gnię­tej przez re­ni­fe­ry ka­ro­cy, któ­ra jak co roku sta­nę­ła przed bu­dyn­kiem Te­atru Ślą­skie­go, i bez świą­tecz­nych szla­gie­rów, któ­re do­bie­ga­ły z usta­wio­nych na ryn­ku gło­śni­ków. Nie­ste­ty, na wy­so­ko­ści Ga­le­rii Skar­bek tram­waj się ze­psuł i wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że resz­tę dro­gi do domu bę­dzie mu­sia­ła po­ko­nać pie­szo.

Przy­spie­szy­ła i skie­ro­wa­ła się w stro­nę alei Kor­fan­te­go, rzu­ca­jąc okiem na przy­mo­co­wa­ne do la­tar­ni świe­cą­ce cho­in­ki, któ­re cią­gnę­ły się w stro­nę Spodka. Na ron­dzie usta­wio­no roz­świe­tlo­ną kon­struk­cję. Dla­cze­go wszy­scy, do­słow­nie wszy­scy upar­li się na to, by ob­wie­ścić świa­tu swo­ją ra­dość ze zbli­ża­ją­cych się świąt? Czy ce­le­bro­wa­nie tych kil­ku gru­dnio­wych dni prze­sta­ło być przy­wi­le­jem, a sta­ło się obo­wiąz­kiem?

Szła ze spusz­czo­ną gło­wą, pa­trząc pod nogi. Sta­wia­ła kro­ki po­wo­li, żeby się nie po­tknąć. Kie­dy we­szła do przej­ścia pod­ziem­ne­go, ode­tchnę­ła z ulgą. Od­dy­cha­ła szyb­ciej, by­naj­mniej nie z po­wo­du wy­sił­ku, bo prze­cież prze­szła le­d­wie kil­ka­set me­trów. Czu­ła się osa­czo­na szczę­ściem i ra­do­ścią.

Nie po­tra­fi­ła od­na­leźć ma­gii świąt, któ­re od ja­kie­goś cza­su ko­ja­rzy­ły jej się tyl­ko ze stra­tą. Mia­ła ocho­tę za­trzy­mać się i wy­krzy­czeć w twarz ro­ze­śmia­nym prze­chod­niom, że kom­plet­nie nie li­czą się z uczu­cia­mi in­nych, na od­chod­ne ży­cząc im, żeby się po­rzy­ga­li tym swo­im szczę­ściem, ale tyl­ko sku­li­ła się w so­bie i szyb­kim kro­kiem wspię­ła się po scho­dach.

Do blo­ku przy pla­cu Grun­waldz­kim, w któ­rym miesz­ka­ła z Da­nie­lem od dwóch lat, wbie­gła zdy­sza­na po szyb­kim mar­szu. Dłu­go nie mo­gła się przy­zwy­cza­ić do od­gło­sów cen­trum mia­sta, ale do­pie­ro tu­taj każ­dy kąt prze­stał jej bo­le­śnie przy­po­mi­nać o tym, co stra­ci­ła. Wcze­śniej miesz­ka­li w prze­stron­nym miesz­ka­niu w Pa­new­ni­kach, ale cały dom był prze­siąk­nię­ty obec­no­ścią tej, któ­ra ode­szła.

Mag­da­le­na uni­ka­ła miejsc, w któ­rych by­wa­ły ra­zem. Wie­dzia­ła, że ta ża­ło­ba ni­g­dy się nie skoń­czy, dla­te­go ro­bi­ła wszyst­ko, żeby nie do­da­wać so­bie bólu. To wła­śnie dla­te­go w każ­dą Wi­gi­lię bra­ła dy­żur w pra­cy. Cał­kiem moż­li­we, że gdy­by pra­co­wa­ła na od­dzia­le, świę­ta i tak by ją do­pa­dły, ale w te gru­dnio­we dni cie­szy­ła się, że jej miej­scem pra­cy jest izba przy­jęć. Na od­dzia­le do tych pa­cjen­tów, któ­rzy nie do­sta­wa­li prze­pust­ki na świę­ta, przy­cho­dzi­ła ro­dzi­na, żeby po­dzie­lić się opłat­kiem i stwo­rzyć cho­ciaż na­miast­kę świą­tecz­nej at­mos­fe­ry. Na SOR-ze ni­ko­mu na­wet nie prze­szło­by przez myśl, żeby or­ga­ni­zo­wać wi­gi­lię. Nie było na to cza­su. W taki wie­czór przy­wo­żo­no tyl­ko tych naj­bar­dziej po­trze­bu­ją­cych: ofia­ry wy­pad­ków, pa­cjen­tów z za­wa­ła­mi ser­ca czy uda­ra­mi mó­zgu. Nie­ustan­nie od­pę­dza­ła od sie­bie na­tręt­ną myśl, że ona też zo­sta­ła prze­trans­por­to­wa­na do szpi­ta­la w po­dob­ny gru­dnio­wy wie­czór, że inna pie­lę­gniar­ka nie­cier­pli­wie kle­pa­ła ją po ręce, szu­ka­jąc od­po­wied­niej żyły, że inny ze­spół ją re­ani­mo­wał, bez­sku­tecz­nie wal­cząc z tym, co mia­ło na­dejść…

Rzu­ci­ła klu­cze na szaf­kę i z wes­tchnie­niem ulgi zdję­ła ko­za­ki. Od­wie­si­ła kurt­kę na wie­szak i uda­ła się w głąb miesz­ka­nia. Naj­pierw opu­ści­ła ro­le­ty. Lu­bi­ła my­śleć, że w ten spo­sób od­gra­dza się od świa­ta. Roz­ma­so­wa­ła obo­la­łe skro­nie i włą­czy­ła wie­żę. Nie­wie­lu jej zna­jo­mych ko­rzy­sta­ło jesz­cze ze sprzę­tu gra­ją­ce­go, więk­szość z nich słu­cha­ła mu­zy­ki z YouTu­be’a, ale Mag­da­le­na wciąż ku­po­wa­ła pły­ty CD i nie po­tra­fi­ła się prze­ko­nać do od­twa­rza­nia pio­se­nek z apli­ka­cji. Z gło­śni­ków po­pły­nę­ły ko­ją­ce nuty The Walls of the World Ka­tie Me­luy. Uwiel­bia­ła głos tej wo­ka­list­ki, jej gru­ziń­ski ak­cent i ta­jem­ni­cę, jaką od­naj­do­wa­ła w jej utwo­rach. Ja­kież było jej zdu­mie­nie, kie­dy od­kry­ła, że pio­sen­kar­ka ob­cho­dzi uro­dzi­ny w tym sa­mym dniu co ona.

Lu­bi­ła pio­sen­ki Ka­tie chy­ba na­wet bar­dziej niż utwo­ry No­rah Jo­nes. W jej ży­łach pły­nął blu­es, cze­go nie ro­zu­miał Da­niel, wy­cho­wa­ny na ka­wał­kach Pak­to­fo­ni­ki. Z dumą opo­wia­dał, że po­cho­dzi z Bo­gu­cic, dziel­ni­cy Ka­to­wic, w któ­rej uro­dził się i wy­cho­wał le­gen­dar­ny „Ma­gik”.

Da­nie­la i jego spodnie z kro­kiem w ko­la­nach ko­ja­rzy­ła jesz­cze z li­ceum. Był ty­pem bun­tow­ni­ka: i w szko­le było gło­śno o jego wy­sko­kach. Kie­dy spo­tka­ła go po la­tach i do­wie­dzia­ła się, że zo­stał po­li­cjan­tem, nie mo­gła w to uwie­rzyć!

– Wiesz, naj­lep­szym gli­nia­rzem jest ten, kto kie­dyś był po tej dru­giej stro­nie – tłu­ma­czył jej wów­czas z szel­mow­skim uśmie­chem.

Nie pa­so­wa­li do sie­bie. Ona wraż­li­wa, em­pa­tycz­na, o roz­bu­do­wa­nym zmy­śle ob­ser­wa­cji. Ni­g­dy nie po­strze­ga­ła świa­ta w czar­no-bia­łych bar­wach, po­tra­fi­ła do­strzec ty­sią­ce od­cie­ni sza­ro­ści. Za­wsze czu­ła wię­cej. I on, jej kom­plet­ne prze­ci­wień­stwo. Do bólu prag­ma­tycz­ny, oschły, za­mknię­ty w so­bie, nie­oka­zu­ją­cy uczuć, któ­rych ona tak bar­dzo po­trze­bo­wa­ła. Świat był dla nie­go zero-je­dyn­ko­wy.

Byli zu­peł­nie róż­ni, a jed­nak w pew­nym mo­men­cie coś za­iskrzy­ło. Kie­dy przy­pad­kiem spo­tka­li się w szpi­ta­lu, od razu za­czę­li ze sobą roz­ma­wiać. Mag­da­le­na była w pra­cy, a Da­niel aku­rat przy­wiózł jed­ne­go z za­trzy­ma­nych na ba­da­nie. Kie­dy za­pro­sił ją na kawę, po­my­śla­ła, że to zwy­kłe spo­tka­nie sta­rych zna­jo­mych. Ow­szem, była sa­mot­na, przed kil­ko­ma mie­sią­ca­mi roz­sta­ła się z na­rze­czo­nym, ale nie trak­to­wa­ła Da­nie­la w ka­te­go­riach po­ten­cjal­ne­go part­ne­ra. Ot, ko­le­ga. A jed­nak za­iskrzy­ło.

Pierw­sze mie­sią­ce były bar­dzo uda­ne, ko­lej­ne nie­co mniej, ale prze­cież ni­g­dy nie jest ide­al­nie. Etap fa­scy­na­cji dru­gą oso­bą mija i przy­cho­dzi pro­za ży­cia. Było zwy­czaj­nie, może nie do­brze, ale nor­mal­nie. Nie mie­li już po osiem­na­ście lat, obo­je wie­dzie­li, że wiel­ka mi­łość i na­mięt­ność zda­rza­ją się głów­nie w fil­mach, zde­cy­do­wa­li się więc za­ło­żyć ro­dzi­nę, bo taka była ko­lej rze­czy.

Przez ja­kiś czas coś ich łą­czy­ło, na­wet cza­sem my­śle­li, że są szczę­śli­wi, speł­nie­ni, że wła­śnie o to im w ży­ciu cho­dzi­ło. Ale po­tem za­bra­kło spo­iwa, i nie wia­do­mo kie­dy od­da­li­li się od sie­bie. Naj­pierw byli dwo­ma nie­za­leż­ny­mi by­ta­mi, po­tem ro­dzi­ną, a te­raz znów wró­ci­li do punk­tu wyj­ścia. Uwa­ża­ła, że ro­dzi­na to mąż, żona i dziec­ko. Ko­niec krop­ka.

Na­la­ła so­bie kie­li­szek wina. Nie prze­pa­da­ła za słod­kim, lu­bi­ła czuć go­rycz na ję­zy­ku. Nie zwy­kła okła­my­wać sa­mej sie­bie, po co więc oszu­ki­wać kub­ki sma­ko­we, je­śli ży­cie jest jed­ną wiel­ką cza­rą go­ry­czy?

Po­gło­śni­ła mu­zy­kę. Tak, Ka­tie Me­lua była nie­za­wod­na na­wet w taki dzień jak ten, kie­dy nad­cho­dzą­ce świę­ta bo­le­śnie przy­po­mi­na­ły o tym, co naj­trud­niej­sze.

Kie­dy od­po­czy­wa­ła na ka­na­pie z kie­lisz­kiem wina, za­dzwo­nił te­le­fon. Pod­nio­sła się dość nie­chęt­nie, ale kie­dy zo­ba­czy­ła, kto pró­bu­je się z nią skon­tak­to­wać, uśmiech­nę­ła się sama do sie­bie.

Po­dob­no z ro­dzi­ną do­brze wy­cho­dzi się tyl­ko na zdję­ciach, ale nie w każ­dym przy­pad­ku. Mag­da­le­na da­rzy­ła Ka­mi­lę, swo­ją ku­zyn­kę, ogrom­ną sym­pa­tią. Żal ści­skał jej ser­ce na myśl o tym, że dziew­czy­na do­ra­sta­ła w prze­ko­na­niu, że jest gor­sza od swo­jej przy­rod­niej sio­stry Kin­gi. Mag­da­le­na sta­ra­ła się nie war­to­ścio­wać lu­dzi, ale gdy­by mia­ła oce­nić, któ­ra z ku­zy­nek jest po pro­stu lep­szym czło­wie­kiem, zde­cy­do­wa­nie wska­za­ła­by na Ka­mi­lę. Wciąż nie mo­gła zro­zu­mieć, dla­cze­go ciot­ka Te­re­sa nie po­tra­fi tego do­strzec. Czy nie­na­wiść do ojca Ka­mi­li aż tak ją za­śle­pi­ła?

– Cześć! My­śla­łam dziś o to­bie. Jak się czu­jesz? By­łaś u le­ka­rza?

W słu­chaw­ce usły­sza­ła prze­cią­głe wes­tchnie­nie.

– Wła­śnie od nie­go wró­ci­łam – przy­zna­ła Ka­mi­la. – Mu­szę po­roz­ma­wiać z kimś, kto nie jest moją mamą lub Kin­gą.

Mag­da­le­na nie mo­gła po­wstrzy­mać chi­cho­tu.

– Ro­zu­miem, że do­sta­łaś od nich mnó­stwo rad i wska­zó­wek?

– Oczy­wi­ście – prych­nę­ła Ka­mi­la. – Obie uwa­ża­ją, że sko­ro za­szłam w cią­żę, po­win­nam jak naj­szyb­ciej wyjść za Ada­ma i na­wet nie chcą sły­szeć o tym, że po­sta­no­wi­li­śmy naj­pierw się prze­ko­nać, jak nam ze sobą bę­dzie, po pro­stu po­być ra­zem, a po­tem ewen­tu­al­nie… – urwa­ła. – Po co mam się spie­szyć ze ślu­bem? Żeby po­tem rów­nie szyb­ko się roz­wieść? To nie jest dzie­więt­na­sty wiek, do cho­le­ry, a lu­dzie nie wy­ty­ka­ją pal­ca­mi pa­nien z dzieć­mi już od daw­na!

Mag­da­le­na po­ło­ży­ła się na ka­na­pie z te­le­fo­nem w dło­ni i z wy­so­ko unie­sio­ny­mi no­ga­mi. Po dwu­na­sto­go­dzin­nym dy­żu­rze czu­ła ból w łyd­kach.

– Nie przej­muj się, to two­je ży­cie i nikt go za cie­bie nie prze­ży­je – pod­su­mo­wa­ła wy­wód Ka­mi­li. Wie­dzia­ła, że za­brzmia­ło to pa­te­tycz­nie, ale nic lep­sze­go nie przy­szło jej do gło­wy.

– Wiem, ale zda­jesz so­bie chy­ba spra­wę z tego, że to ich glę­dze­nie jest tro­chę wku­rza­ją­ce. Chcia­ła­bym żyć po swo­je­mu, ale jak mam to zro­bić, sko­ro za­wsze je­stem po­rów­ny­wa­na do ide­al­nej sio­stry? Kie­dy po­in­for­mo­wa­łam mamę o cią­ży, od razu za­czę­ła bia­do­lić, że skoń­czę jak ona, i oczy­wi­ście wy­po­mnia­ła mi, że Kin­ga uro­dzi­ła Mi­ło­sza dzie­sięć mie­się­cy po ślu­bie, jak Pan Bóg przy­ka­zał… Od kie­dy ona jest taka kon­ser­wa­tyw­na? Za­po­mniał wół, jak cie­lę­ciem był! – Ka­mi­la naj­wi­docz­niej do­pie­ro się roz­krę­ca­ła. – Sama jest po roz­wo­dzie, a ja nie za­mie­rzam pójść w jej śla­dy! Je­śli mia­ła­bym wyjść za mąż, to tyl­ko z wiel­kiej mi­ło­ści i we­wnętrz­nej po­trze­by, a nie dla­te­go, że je­stem w cią­ży…

Mag­da­le­na nie chcia­ła opo­wia­dać się po żad­nej ze stron. Wie­dzia­ła, że Te­re­sa, Ka­mi­la i Kin­ga w koń­cu się do­ga­da­ją, a po jej in­ter­wen­cji mógł­by po­zo­stać tyl­ko nie­smak, dla­te­go się nie wtrą­ca­ła. Zda­wa­ła so­bie spra­wę z tego, że wina ni­g­dy nie leży tyl­ko po jed­nej stro­nie, i cho­ciaż ser­cem była z Ka­mi­lą, to jed­nak ro­zum pod­po­wia­dał jej coś in­ne­go.

– Daj cio­ci tro­chę wię­cej cza­su – po­wie­dzia­ła. – Musi się oswo­ić z nową sy­tu­acją.

Lu­bi­ła Ka­mi­lę za to, że jako jed­na z nie­licz­nych w tej ro­dzi­nie nie ob­cho­dzi­ła się z nią jak z jaj­kiem. Ma­ria, mama Mag­da­le­ny, przez dwa ty­go­dnie za­sta­na­wia­ła się, jak po­in­for­mo­wać cór­kę o cią­ży ulu­bio­nej ku­zyn­ki. Bała się jej re­ak­cji. Jak ognia uni­ka­ła roz­mów na te­ma­ty zwią­za­ne z ma­cie­rzyń­stwem. Tym­cza­sem Mag­da­le­na już o wszyst­kim daw­no wie­dzia­ła, wła­śnie od Ka­mi­li. Praw­dę mó­wiąc, była pierw­szą oso­bą, z któ­rą ku­zyn­ka po­dzie­li­ła się tą no­wi­ną. To do niej przy­szła w pierw­szej ko­lej­no­ści, jesz­cze przed roz­mo­wą z przy­szłym oj­cem. Sta­nę­ła w pro­gu i wy­buch­nę­ła pła­czem, po czym ob­wie­ści­ła, że spo­dzie­wa się dziec­ka. Mag­da­le­na jej nie zru­ga­ła, nie zwy­zy­wa­ła od idio­tek, któ­re nie po­tra­fią do­ce­nić tego bło­go­sła­wień­stwa, tyl­ko wpu­ści­ła do domu i cier­pli­wie po­cze­ka­ła, aż doj­dzie do sie­bie.

– Mnie się wy­da­je, że już za­wsze będą czar­ną owcą. Taką przy­pi­sa­no mi rolę w tej ro­dzi­nie i tak już zo­sta­nie – pod­su­mo­wa­ła Ka­mi­la.

– A jak Adam? Oswo­ił się już z my­ślą, że zo­sta­nie oj­cem? – Mag­da­le­na dość zręcz­nie zmie­ni­ła te­mat.

– Nie spo­dzie­wa­łam się, że to po­wiem, ale… jest do­brze – rzu­ci­ła ta­jem­ni­czo ku­zyn­ka. – Wiesz, kie­dy zo­ba­czy­łam dwie kre­ski na te­ście cią­żo­wym, po­my­śla­łam, że cze­ka mnie sa­mot­ne ma­cie­rzyń­stwo, a tym­cza­sem on na­praw­dę się sta­ra.

– Zo­ba­czysz, bę­dzie do­brze, a cio­cią się nie przej­muj! Po­ga­da tro­chę i jej przej­dzie!

Ma­ria otar­ła łzę. Czas nie był jej sprzy­mie­rzeń­cem. Im była star­sza, tym chęt­niej wra­ca­ła my­śla­mi do prze­szło­ści. Nie po­do­ba­ły jej się te wszyst­kie zmia­ny.

Wła­śnie oglą­da­ła zdję­cia z cza­sów, kie­dy Mag­da­le­na i Ka­mi­la były jesz­cze ma­lut­kie. O Kin­dze wów­czas na­wet pta­ki nie ćwier­ka­ły. Od wie­lu lat w tej ro­dzi­nie ro­dzi­ły się tyl­ko dziew­czyn­ki, do­pie­ro Kin­ga prze­ła­ma­ła tę bab­ską pas­sę, wy­da­jąc na świat dwóch sy­nów.

Ma­ria z no­stal­gią spo­glą­da­ła na fo­to­gra­fie, śle­dząc uchwy­co­ne na nich uśmie­chy, gry­ma­sy i wy­bu­chy ra­do­ści i smut­ku. Ile by dała, aby choć na chwi­lę wró­cić do cza­sów, kie­dy los tak okrut­nie nie do­świad­czał ich ro­dzi­ny i kie­dy wraz z sio­strą pa­trzy­ły w przy­szłość z na­dzie­ją… To były ostat­nie na­praw­dę szczę­śli­we mie­sią­ce w ich ro­dzi­nie. Nie­dłu­go póź­niej się za­czę­ło. Mąż Te­re­sy od­szedł do in­nej, zo­sta­wia­jąc ją bez środ­ków do ży­cia. Ro­bił wszyst­ko, żeby wy­mi­gać się od pła­ce­nia ali­men­tów. Przez wie­le lat pra­co­wał na czar­no, żeby ko­mor­nik nie mógł ścią­gnąć za­le­gło­ści z jego pen­sji. Nie in­te­re­so­wał się ani cór­ką, ani tym bar­dziej byłą żoną. Te­re­sa wpraw­dzie uło­ży­ła so­bie ży­cie, ale jej roz­wód był po­cząt­kiem pa­sma nie­szczęść. Póź­niej już ni­g­dy nic nie było ta­kie samo.

– A ty zno­wu oglą­dasz sta­re zdję­cia? – Ce­za­ry wszedł do po­ko­ju i po­ru­szył nie­spo­koj­nie wą­sem, któ­ry no­sił od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Wąs stał się jego zna­kiem roz­po­znaw­czym. – Ko­bie­to, za­drę­czysz się! Prze­stań ślę­czeć nad tymi al­bu­ma­mi i roz­pa­mię­ty­wać prze­szłość. Było, mi­nę­ło!

Ma­ria spoj­rza­ła na męża za­czep­nie.

– A co mi in­ne­go na sta­rość zo­sta­ło? Tyl­ko wspo­mnie­nia. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Za­ję­ła­bym się przy­go­to­wa­nia­mi do świąt, ale nie ma dla kogo, więc co mam ro­bić?

Ce­za­ry mach­nął ręką, usiadł na fo­te­lu i się­gnął po pi­lo­ta od te­le­wi­zo­ra, któ­re­go za­wsze miał w za­się­gu wzro­ku.

– Jest pierw­szy grud­nia – uświa­do­mił żonę. – Niby co mia­ła­byś przy­go­to­wy­wać? Pie­ro­gi le­pić czy barszcz go­to­wać?

Ma­ria zi­gno­ro­wa­ła uwa­gę męża. Co on tam mógł wie­dzieć! Za­pa­trzy­ła się w okno. W świe­tle ulicz­nych la­tar­ni wi­ro­wa­ły po­je­dyn­cze płat­ki śnie­gu, wpra­wia­ne w ruch przez po­dmu­chy wia­tru. Mo­gło­by już tak zo­stać przy­naj­mniej do koń­ca grud­nia, bo świę­ta po­win­ny być bia­łe, ale po­dej­rze­wa­ła, że na to, tak jak w po­przed­nich la­tach, nie ma więk­szych szans.

Po po­łu­dniu po­je­cha­ła do ap­te­ki w cen­trum. Ku­po­wa­ła w niej od lat, bo była naj­tań­sza, a wia­do­mo, że w pew­nym wie­ku czło­wiek zo­sta­wia w ap­te­kach po­ło­wę eme­ry­tu­ry. Jej uwa­gę przy­cią­gnę­ły cu­dow­ne ozdo­by świą­tecz­ne. Ilu­mi­na­cje w po­sta­ci cho­inek, bom­bek czy re­ni­fe­rów w po­łą­cze­niu z le­ni­wie sy­pią­cym śnie­giem przy­wo­dzi­ły jej na myśl ba­śnie An­der­se­na.

Ma­ria po­czu­ła się jak dziec­ko, kie­dy prze­cho­dzi­ła przez pod­świe­tlo­ną bra­mę usta­wio­ną przy urzę­dzie mia­sta, któ­ra przy­po­mi­na­ła jej ta­jem­ne przej­ście do świa­ta ma­gii. Każ­de­go roku z po­cząt­kiem grud­nia jej ser­ce prze­peł­nia­ła na­dzie­ja, że tym ra­zem bę­dzie ina­czej, że uda jej się po­now­nie ze­brać całą ro­dzi­nę przy świą­tecz­nym sto­le, ale szyb­ko oka­zy­wa­ło się, że po raz ko­lej­ny wi­gi­lij­ny wie­czór spę­dzi tyl­ko z Ce­za­rym.

– Roz­ma­wia­łam dzi­siaj z Mag­da­le­ną – ode­zwa­ła się nie­śmia­ło do męża.

Cór­ka przed laty po­pro­si­ła ro­dzi­ców, aby nie uży­wa­li skró­co­nej wer­sji jej imie­nia. Była wów­czas na­sto­lat­ką i upar­ła się, że ma na imię Mag­da­le­na, nie Mag­da. Uwa­ża­ła, że Mag­da­le­na brzmi bar­dziej doj­rza­le, a ona bar­dzo pra­gnę­ła być do­ro­sła. Po­bud­ki się zmie­ni­ły, jed­nak w świa­do­mo­ści ca­łej ro­dzi­ny Mag­da­le­na była dziś Mag­da­le­ną, nie Mag­dą.

Ce­za­ry cze­kał, aż żona po­now­nie po­dej­mie te­mat, jed­nak ona wbi­ła w nie­go znie­cier­pli­wio­ne spoj­rze­nie, cze­ka­jąc na ja­ką­kol­wiek re­ak­cję.

– I? – za­chę­cił ją.

– Oczy­wi­ście, za­mie­rza ten wie­czór spę­dzić w pra­cy – prych­nę­ła z iry­ta­cją Ma­ria. – Tak nie moż­na! Pró­bo­wa­łam ją prze­ko­nać, ale upar­ła się i zda­je się, że się na­wet zgło­si­ła się na ochot­ni­ka na dy­żur… Py­ta­łam, czy Da­niel też bę­dzie w pra­cy, ale po­wie­dzia­ła, że jesz­cze z nim o tym nie roz­ma­wia­ła. Ro­zu­miesz, nie roz­ma­wia­ła z nim o tym, jak za­mie­rza spę­dzić Wi­gi­lię! – Za­ci­snę­ła usta. – Co to za mał­żeń­stwo, no sam po­wiedz? Żyją ra­zem, a jak­by osob­no.

Za­pa­dła ci­sza. Ce­za­ry cze­kał w na­pię­ciu, ale w koń­cu zro­zu­miał, że żona wy­ma­ga od nie­go, żeby za­an­ga­żo­wał się w roz­mo­wę. Dla świę­te­go spo­ko­ju po­ki­wał ze zro­zu­mie­niem gło­wą. Byli mał­żeń­stwem od trzy­dzie­stu sied­miu lat. Miał wy­star­cza­ją­co dużo cza­su, aby zro­zu­mieć, że dla do­bra ro­dzi­ny cza­sem trze­ba przy­naj­mniej spra­wiać wra­że­nie, że słu­cha się z uwa­gą dru­giej po­łów­ki.

– Nie ma co się wtrą­cać – pod­su­mo­wał, li­cząc na to, że od­gadł, co przed chwi­lą za­ko­mu­ni­ko­wa­ła jego żona.

Wie­dział, że szan­se na po­mył­kę są nie­wiel­kie. Ma­ria mó­wi­ła dużo i mar­twi­ła się jesz­cze wię­cej, a po­wo­dem jej zmar­twień naj­czę­ściej była Mag­da­le­na. Tra­fił bez­błęd­nie, od­ga­du­jąc sens wy­gło­szo­ne­go przez żonę mo­no­lo­gu. Uda­ło się: Ma­ria na­dal tkwi­ła w prze­ko­na­niu, że mąż jej słu­cha.

– Ale jak to: nie ma co się wtrą­cać? Ja wiem, że ona jest do­ro­sła i ma swo­je ży­cie, ale po­peł­nia błąd! Tra­ge­dia, któ­ra ją spo­tka­ła… – Prze­łknę­ła gło­śno śli­nę. – Któ­ra spo­tka­ła nas wszyst­kich – po­pra­wi­ła się – spra­wi­ła, że prze­sta­ła być sobą. Mi­nę­ło już tyle lat. To zro­zu­mia­łe, że już ni­g­dy nic nie bę­dzie ta­kie samo, ale na­sza cór­ka musi zro­zu­mieć, że jesz­cze może być pięk­nie! Ina­czej, ale pięk­nie.

Ce­za­ry w koń­cu po­sta­no­wił włą­czyć się do roz­mo­wy. Za­mru­gał i spoj­rzał na żonę.

– Prze­cież nie zmu­sisz jej, żeby przy­szła do nas na świę­ta – rzu­cił, zmie­nia­jąc ka­nał. – Po­patrz, tyle pie­nię­dzy pła­ci­my za ka­blów­kę, a nie ma nic sen­sow­ne­go…

– A co mnie te­raz ob­cho­dzi ka­blów­ka!? – zi­ry­to­wa­ła się Ma­ria i z hu­kiem za­mknę­ła al­bum ze zdję­cia­mi. – Czy to ta­kie dziw­ne, że chcę, żeby cór­ka i zięć spę­dzi­li z nami świę­ta? Chcia­ła­bym, żeby było tak jak w in­nych ro­dzi­nach… Że­by­śmy wszy­scy usie­dli przy sto­le, po­dzie­li­li się opłat­kiem, wspól­nie po­śpie­wa­li ko­lę­dy. Są­siad­ka opo­wia­da­ła mi wczo­raj, że ma już pre­zen­ty dla wnu­ków i nie może się do­cze­kać, aż przy­ja­dą do niej na świę­ta. Na­wet so­bie nie wy­obra­żasz, jak jej za­zdro­ści­łam!

– Naj­wi­docz­niej na­sza ro­dzi­na nie jest taka jak inne – mruk­nął Ce­za­ry, strze­pu­jąc z ko­szu­li nie­wi­docz­ny pył.

Ma­ria i Te­re­sa za­wsze po ci­chu się z nie­go pod­śmie­wa­ły. Co­dzien­nie rano za­kła­dał czy­stą ko­szu­lę i de­ner­wo­wał się, kie­dy żona mu jej nie wy­pra­so­wa­ła. Było to o tyle za­baw­ne, że od kil­ku lat był na eme­ry­tu­rze i zda­rza­ły się dni, kie­dy w ogó­le nie wy­cho­dził z domu.

– No co ty nie po­wiesz! – fuk­nę­ła ze zło­ścią Ma­ria. – Po­żyt­ku z cie­bie żad­ne­go, wca­le a wca­le! Chcia­łam z tobą po­roz­ma­wiać, po­ra­dzić się, a tym­cza­sem cie­bie in­te­re­su­je tyl­ko te­le­wi­zor! Mru­czysz pod no­sem, uda­jąc, że mnie słu­chasz, że­bym dała ci spo­kój, a spra­wa jest na­praw­dę po­waż­na! Nie mamy już po dwa­dzie­ścia lat, nie chcę wię­cej tra­cić cza­su. Jaką mogę mieć pew­ność, że to nie bę­dzie moja ostat­nia Wi­gi­lia? Skąd mogę wie­dzieć, czy do­ży­ję ko­lej­nej?

Ce­za­ry, dość nie­sto­sow­nie do oko­licz­no­ści, za­chi­cho­tał pod no­sem.

– Mó­wisz tak każ­de­go roku – pod­su­mo­wał ze śmie­chem – a tym­cza­sem żad­ne z nas jesz­cze się na tam­ten świat nie wy­bie­ra. Nie wiesz, ko­cha­nie, że złe­go li­cho nie bie­rze? – Spoj­rzał na nią z czu­ło­ścią.

Iry­to­wa­ła go, to oczy­wi­ste. Od­kąd obo­je prze­szli na eme­ry­tu­rę, de­ner­wo­wa­ła go jesz­cze bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Byli na sie­bie ska­za­ni. Jed­no osa­cza­ło dru­gie. Po­trze­bo­wa­li dłuż­sze­go cza­su, żeby od­na­leźć się w eme­ry­tal­nej rze­czy­wi­sto­ści, ale ni­g­dy nie prze­stał jej ko­chać. Kłó­ci­li się, do­gry­za­li so­bie, ale nie po­tra­fi­li bez sie­bie żyć.

– A daj ty mi spo­kój! Z roku na rok je­stem słab­sza, dla­te­go albo te­raz zgro­ma­dzę całą ro­dzi­nę przy wi­gi­lij­nym sto­le, albo ni­g­dy! – po­wie­dzia­ła sta­now­czo Ma­ria, po czym nie­co słab­szym gło­sem do­da­ła: – Tym ra­zem na­praw­dę czu­ję, że to moja ostat­nia Wi­gi­lia…

Kin­ga ostat­kiem sił po­wstrzy­ma­ła się przed wy­rzu­ce­niem z sie­bie kil­ku prze­kleństw. Gdy­by mia­ła po­dać trzy rze­czy, któ­rych nie­na­wi­dzi­ła, bez za­sta­no­wie­nia wy­mie­ni­ła­by plot­ki na swój te­mat, nie­spo­dzie­wa­ne, wy­my­ka­ją­ce się pla­nom wy­da­rze­nia i bez­myśl­ni kie­row­cy.

Z mie­sią­ca na mie­siąc co­raz moc­niej utwier­dza­ła się w prze­ko­na­niu, że ko­bie­ty za­słu­ży­ły so­bie na mia­no naj­gor­szych kie­row­ców. Kie­dy wi­dzia­ła, że na dro­dze ktoś do­pusz­cza się głu­pich lub wręcz nie­bez­piecz­nych ma­new­rów, w dzie­wię­ciu na dzie­sięć przy­pad­ków oka­zy­wa­ło się, że za kie­row­ni­cą sie­dzi ko­bie­ta. Nie ina­czej było i tym ra­zem. Za­trą­bi­ła z wście­kło­ścią. Lewy pas to nie kół­ko ró­żań­co­we, na li­tość bo­ską!

Kin­ga cier­pia­ła na no­to­rycz­ny brak cza­su. Nic dziw­ne­go, była ko­bie­tą pra­cu­ją­cą, ko­bie­tą suk­ce­su, na­le­ży do­dać, a na do­da­tek mia­ła na gło­wie dwo­je dzie­ci i dom. No i była per­fek­cjo­nist­ką. Mo­gła się po­szczy­cić ide­al­nym ży­ciem, dzię­ki Bogu, nie to, co jej sio­stra.

Pra­co­wa­ła w kor­po­ra­cji, jed­nej z wie­lu w Ka­to­wi­cach. Zaj­mo­wa­ła sta­no­wi­sko hu­man re­so­ur­ces ma­na­ge­ra. Na po­trze­by jej mat­ki – kie­row­ni­ka dzia­łu per­so­nal­ne­go, bo Te­re­sa ni­g­dy nie uczy­ła się an­giel­skie­go i nie ro­zu­mia­ła wy­ma­gań współ­cze­sne­go świa­ta, aby na­zwę za­wo­du po­da­wać w tym ję­zy­ku. Zaj­mo­wa­ła się re­kru­to­wa­niem pra­cow­ni­ków i trze­ba przy­znać, że mia­ła nosa do lu­dzi. Za­zwy­czaj uda­wa­ło jej się traf­nie oce­nić kan­dy­da­ta już po pierw­szej roz­mo­wie. Rzad­ko się my­li­ła, dla­te­go już od ja­kie­goś cza­su do­sta­wa­ła ofer­ty pra­cy od kon­ku­ren­cyj­nych firm. Pod­kra­da­nie so­bie pra­cow­ni­ków wca­le nie na­le­ża­ło do rzad­ko­ści w kor­po­ra­cyj­nym świat­ku. Kin­ga wie­dzia­ła, że w koń­cu się ugnie i za­cznie pra­co­wać pod szyl­dem in­nej fir­my, ale cze­ka­ła na bar­dziej sprzy­ja­ją­cy czas. Li­czy­ła na wyż­szą pen­sję i wie­dzia­ła, że je­śli wy­star­cza­ją­co dłu­go po­trzy­ma po­ten­cjal­ne­go pra­co­daw­cę w nie­pew­no­ści, ten bę­dzie jadł jej z ręki.

Żyła w wiecz­nym pę­dzie, łą­cząc ka­rie­rę za­wo­do­wą z ma­cie­rzyń­stwem. Pra­ca, dom, szko­ła, przed­szko­le, do­dat­ko­we za­ję­cia chłop­ców. Bar­dzo am­bit­nie pod­cho­dzi­ła do wy­cho­wy­wa­nia dzie­ci. Ow­szem, po­ma­ga­ła jej mama, ale nie prze­sa­dzaj­my: wkład Te­re­sy w wy­cho­wa­nie Mi­ło­sza i Le­ona był ogra­ni­czo­ny. Nie mie­li nia­ni, bo mia­ła wra­że­nie, że jej obec­ność wy­sła­ła­by dość ja­sny sy­gnał: nie ra­dzę so­bie. A prze­cież ra­dzi­ła so­bie zna­ko­mi­cie, o czym bez­u­stan­nie in­for­mo­wa­ła resz­tę świa­ta przez me­dia spo­łecz­no­ścio­we.

Świe­tli­ca była otwar­ta tyl­ko do szes­na­stej trzy­dzie­ści, więc od razu po pra­cy je­cha­ła po Mi­ło­sza. Po­tem pę­dzi­ła do mat­ki, u któ­rej cze­kał na nią młod­szy Leon. Wpraw­dzie tuż obok szko­ły Mi­ło­sza, oczy­wi­ście nie­przy­pad­ko­wej, było przed­szko­le, ale Kin­ga po­sta­wi­ła na pla­ców­kę ar­ty­stycz­ną, któ­ra edu­ko­wa­ła po­przez sztu­kę, co sta­no­wi­ło wy­zwa­nie lo­gi­stycz­ne, bo to przed­szko­le znaj­do­wa­ło się po dru­giej stro­nie mia­sta. Na szczę­ście na tyle bli­sko osie­dla, na któ­rym miesz­ka­li ro­dzi­ce Kin­gi, że Te­re­sa zgo­dzi­ła się od­bie­rać młod­sze­go wnu­ka.

Po tym, jak Kin­ga od­bie­ra­ła Mi­ło­sza ze szko­ły i Le­ona od bab­ci, wspól­nie pę­dzi­li na do­dat­ko­we za­ję­cia któ­re­goś z sy­nów. Wpraw­dzie młod­szy cho­dził tyl­ko na an­giel­ski, bo miał do­pie­ro czte­ry lata, ale star­szy oprócz za­jęć ję­zy­ko­wych miał jesz­cze spor­to­we i mu­zycz­ne. Gra­fik był na­praw­dę na­pię­ty. Dzie­ci czę­sto za­sy­pia­ły w sa­mo­cho­dzie w dro­dze po­wrot­nej do domu, ale nie było jej ich żal. Wie­dzia­ła, że tak trze­ba. Chcia­ła przy­go­to­wać sy­nów na wy­ma­ga­nia, ja­kie sta­wia współ­cze­sny świat. Mu­sie­li być sil­ni. I ide­al­ni, tak jak mat­ka i oj­ciec.

– Ma­mu­siu, je­steś zła? – za­py­tał Mi­łosz, z za­in­te­re­so­wa­niem przy­pa­tru­jąc się mat­ce. – Kie­dy bę­dzie­my w domu? Je­stem głod­ny.

– Za­raz bę­dzie­my na miej­scu, nie jęcz! – zi­ry­to­wa­ła się.

Rzad­ko zda­rza­ło jej się krzy­czeć na dzie­ci, ale dziś mia­ła na­praw­dę okrop­ny dzień. Kon­ku­ren­cja sprząt­nę­ła jej sprzed nosa spe­cja­li­stę, któ­re­go pla­no­wa­ła za­trud­nić, a na do­da­tek mia­ła pa­skud­ną mi­gre­nę. Chcia­ła już tyl­ko zna­leźć się w domu, po­ło­żyć dzie­ci do łó­żek i może po­czy­tać książ­kę, ale od kil­ku mi­nut wlo­kła się za srebr­ną fie­stą, któ­ra blo­ko­wa­ła lewy pas.

– Nie krzycz na mnie – bąk­nął pod no­sem Mi­łosz.

– Prze­pra­szam – wes­tchnę­ła z re­zy­gna­cją Kin­ga. – Leon śpi?

– Tak, śpi – po­twier­dził sy­nek. – A, mamo, za­po­mnia­łem… Na ju­tro mamy przy­nieść do szko­ły pa­ste­le olej­ne.

– Niech to szlag! – Kin­ga ude­rzy­ła dło­nią w kie­row­ni­cę. – I do­pie­ro te­raz mi o tym mó­wisz?! Bę­dzie­my mu­sie­li jesz­cze pod­je­chać do skle­pu… Albo cze­kaj, za­dzwo­nię do taty i po­pro­szę, żeby on to za­ła­twił.

Za­czę­ła wy­bie­rać nu­mer Tom­ka, co chwi­la zer­ka­jąc na to­czą­cą się przed nią fie­stę. Nie ufa­ła ko­bie­cie, któ­ra pro­wa­dzi­ła sa­mo­chód, i bar­dzo słusz­nie, gdyż po chwi­li ostro za­ha­mo­wa­ła. Kin­ga uwa­ża­ła, że do­bre­go kie­row­cę po­zna­je się po tym, jak za­cho­wu­je się w nie­zbyt sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach at­mos­fe­rycz­nych. Każ­dy głu­pi po­tra­fi pro­wa­dzić, kie­dy na­wierzch­nia jest su­cha, a śnieg, deszcz czy gę­sta mgła nie utrud­nia­ją wi­docz­no­ści. Zima we­ry­fi­ku­je umie­jęt­no­ści kie­row­ców.

Na pra­wym pa­sie w koń­cu się roz­luź­ni­ło, dla­te­go Kin­ga zde­cy­do­wa­ła się na wy­ko­na­nie ma­new­ru wy­prze­dza­nia. Kie­dy zrów­na­ła się z ko­bie­tą w fieś­cie, za­trą­bi­ła, po­sła­ła jej nie­na­wist­ne spoj­rze­nie i wci­snę­ła pe­dał gazu.

Kie­dy wy­bra­ła nu­mer męża, na­tych­miast ode­zwa­ła się pocz­ta gło­so­wa: „Dzień do­bry, tu To­masz Smo­liń­ski. Nie mogę te­raz ode­brać te­le­fo­nu, pro­szę zo­sta­wić wia­do­mość”. Roz­łą­czy­ła się i ze zło­ścią ci­snę­ła te­le­fon na miej­sce pa­sa­że­ra.

– Cóż, chy­ba jed­nak bę­dzie­my mu­sie­li pod­je­chać do skle­pu sami… Po­trze­bu­jesz cze­goś oprócz tych pa­ste­li olej­nych? – Zmu­si­ła się do sztucz­ne­go uśmie­chu i zła­pa­ła w lu­ster­ku spoj­rze­nie syna.

– Nie, wszyst­ko inne mam – za­pew­nił.

Za­ła­twie­nie spra­wun­ków za­ję­ło jej nie­wie­le po­nad kwa­drans, co moż­na było uznać za duże osią­gnię­cie, bio­rąc pod uwa­gę, że za­ku­py ro­bi­ła w to­wa­rzy­stwie dwoj­ga dzie­ci, z któ­rych młod­sze mia­ło wy­raź­ne pre­ten­sje o to, że zo­sta­ło wy­rwa­ne ze snu.

Kin­ga cza­sem ła­pa­ła się na my­śli, że jej co­dzien­ność to praw­dzi­wy dzień świ­ra, ale tłu­ma­czy­ła so­bie, że nie jest w tym sama. Licz­ba jej obo­wiąz­ków do­wo­dzi­ła tego, że jest do­brą mamą dla swo­ich sy­nów. Nie za­nie­dby­wa­ła ich, nie po­zwa­la­ła zbyt dłu­go bez­pro­duk­tyw­nie bie­gać po pla­cu za­baw, tak jak inne mat­ki, któ­re go­dzi­na­mi prze­sia­dy­wa­ły w par­kach. Za bar­dzo ko­cha­ła swo­ich sy­nów, żeby im na to po­zwo­lić. Za­le­ża­ło jej, żeby byli kimś, żeby coś w ży­ciu osią­gnę­li, a prze­cież cha­rak­ter kształ­tu­je się od naj­młod­szych lat.

Ona sama czę­sto mu­sia­ła wal­czyć ze swo­imi sła­bo­ścia­mi. Do­brze wspo­mi­na­ła dzie­ciń­stwo, uwa­ża­ła, że ma wspa­nia­łych ro­dzi­ców, ale w głę­bi ser­ca czu­ła żal. Moż­na było zro­bić wię­cej. Mat­ka i oj­ciec nie za­dba­li o jej edu­ka­cję, nie wy­sy­ła­li jej na lek­cje an­giel­skie­go, przez co już jako do­ro­sła ko­bie­ta mia­ła kom­plek­sy i sta­ra­ła się szyb­ko nad­ra­biać za­le­gło­ści. Rze­czy­wiś­cie, an­giel­skie­go na­uczy­ła się nie­mal per­fek­cyj­nie, co po­dob­no nie było ta­kie ła­twe w jej wie­ku, ale uda­ło się. Wy­pra­co­wa­ła so­bie na­wy­ki zdro­we­go od­ży­wia­nia, wciąż wal­czy­ła z wro­dzo­nym le­ni­stwem z cał­kiem nie­złym skut­kiem. Było do­brze, ale uwa­ża­ła, że mo­gło­by być le­piej, gdy­by ro­dzi­ce od­po­wied­nio wcze­śnie za­czę­li sty­mu­lo­wać jej roz­wój.

W domu przy­wi­ta­ła ją mar­twa ci­sza. Ni­g­dy by się do tego nie przy­zna­ła, ale To­mek ją iry­to­wał. De­ner­wo­wał ją, kie­dy pra­co­wał za dużo, bo wte­dy nie było go z ro­dzi­ną, ale draż­nił ją rów­nież wte­dy, kie­dy za dłu­go sie­dział w domu, bo prze­cież mu­siał za­ra­biać. Sta­ra­ła się nie oka­zy­wać emo­cji. Ani tych do­brych, ani tych złych.

Za­nio­sła śpią­ce­go Le­ona do łóż­ka. Na­wet się nie obu­dził, kie­dy ścią­ga­ła mu czap­kę, rę­ka­wicz­ki, sza­lik, kurt­kę i ko­lej­ne war­stwy ubrań. Spoj­rza­ła na nie­go i po­czu­ła roz­le­wa­ją­cą się po ca­łym cie­le falę cie­pła. Wi­dok śpią­cych dzie­ci, jej dzie­ci, ją roz­czu­lał. Cza­sem mia­ła wszyst­kie­go dość, czu­ła zmę­cze­nie i znie­chę­ce­nie, mia­ła ocho­tę za­dzwo­nić do pra­cy i oznaj­mić, że dzi­siaj nie przyj­dzie, bo nie ma siły, by wstać z łóż­ka, ale wte­dy po ci­chut­ku, na pal­cach, wcho­dzi­ła do po­ko­ju sy­nów, któ­rzy naj­czę­ściej jesz­cze spa­li, i za­po­mi­na­ła o wszyst­kich wąt­pli­wo­ściach. Zer­ka­ła na nich i przy­po­mi­na­ła so­bie, dla kogo to wszyst­ko robi. Dla nich. I dla sie­bie tro­chę też. Chcia­ła mieć ide­al­ne ży­cie. Czy to coś złe­go?

– Mi­łosz­ku, idź się, pro­szę, ką­pać, bo ju­tro nie wsta­niesz – po­wie­dzia­ła do star­sze­go syna.

– Ale mamo… – za­czął nie­pew­nie chło­piec.

– Tak?

– Pra­ca do­mo­wa – przy­po­mniał jej.

No tak. Pra­ca do­mo­wa.

Spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Dwu­dzie­sta pięt­na­ście. Kie­dyś o tej po­rze do­pie­ro za­czy­na­ła funk­cjo­no­wać, ale to było daw­no temu, w po­przed­nim ży­ciu, za­nim na świe­cie po­ja­wi­ły się dzie­ci. Te­raz naj­chęt­niej koń­czy­ła­by swój dzień już o dwu­dzie­stej.

To­mek wró­cił do domu, kie­dy już upo­ra­li się z Mi­ło­szem z pra­cą do­mo­wą i chło­piec brał prysz­nic. Jako geo­de­ta pro­wa­dzą­cy z dwo­ma ko­le­ga­mi spół­kę cy­wil­ną To­masz miał nie­nor­mo­wa­ne go­dzi­ny pra­cy. Zda­rza­ło mu się wra­cać do domu za­rów­no o czter­na­stej, jak i o dwu­dzie­stej dru­giej. Kin­ga przy­zwy­cza­iła się już do try­bu pra­cy męża, cho­ciaż cza­sem ła­pa­ła się na my­śli, że wo­la­ła­by, żeby wra­cał do ro­dzi­ny po ośmiu go­dzi­nach, jak zwy­kły czło­wiek. Szyb­ko jed­nak się za to ru­ga­ła. Oni nie byli zwy­kli.

– Jak w pra­cy? – za­py­ta­ła, szo­ru­jąc blat.

To­mek zer­k­nął do kuch­ni i jęk­nął, kie­dy zro­zu­miał, że w domu nie ma nic do je­dze­nia.

– Je­stem głod­ny – rzu­cił, igno­ru­jąc jej py­ta­nie.

– To so­bie coś zrób – oznaj­mi­ła z uśmie­chem Kin­ga.

– Nie­daw­no wró­ci­łam z dzieć­mi do domu, a mu­sia­łam jesz­cze od­ro­bić z Mi­ło­szem lek­cje. Chy­ba że… może coś za­mó­wi­my? Sama je­stem głod­na.

– Do­bry po­mysł. Na co masz ocho­tę?

Zmarsz­czy­ła nos, za­sta­na­wia­jąc się przez chwi­lę.

– Może ja­kiś ma­ka­ron? Coś wło­skie­go? – za­su­ge­ro­wa­ła, igno­ru­jąc upo­rczy­wy gło­sik w gło­wie, któ­ry pod­szep­ty­wał, że wło­ska pa­sta nie jest naj­lep­szym po­my­słem o tak póź­nej po­rze.

To­mek ski­nął gło­wą i wy­co­fał się do sa­lo­nu, gdzie le­żał ich wspól­ny lap­top. Kin­ga szczy­ci­ła się tym, że nie mają przed sobą żad­nych ta­jem­nic.

Kie­dy kuch­nia błysz­cza­ła, a Mi­łosz słod­ko spał, do­łą­czy­ła do Tom­ka, któ­ry zdą­żył się roz­siąść na ka­na­pie. Od­ru­cho­wo wy­gła­dzi­ła koc. Ścią­ga­ła go z sofy za każ­dym ra­zem, kie­dy spo­dzie­wa­li się goś­ci. Uwiel­bia­ła słu­chać po­chlebstw: „Ale wy ma­cie czy­sto! To nie­wia­ry­god­ne, przy dwój­ce dzie­ci taki po­rzą­dek…”.

Po­zo­ry. Ko­cha­ła pła­wić się w ich bla­sku. To nic, że ca­ły­mi dnia­mi prze­by­wa­li poza do­mem, a w miesz­ka­niu tyl­ko sy­pia­li. Nie­waż­ne, że więk­szość me­bli – wszyst­kie łóż­ka, ka­na­py, fo­te­le – przy­kry­wa­ła na co dzień ko­ca­mi, żeby się nie bru­dzi­ły. Naj­waż­niej­sze, że inni my­śle­li, że jest ide­al­na i ma per­fek­cyj­nie wy­sprzą­ta­ny dom.

– Wy­czer­pu­ją­cy dzień? – za­py­ta­ła, ze­zu­jąc na męża.

– Yhm – po­twier­dził.

– Może chciał­byś, że­bym zro­bi­ła ci ma­saż? – za­su­ge­ro­wa­ła, za­lot­nie okrę­ca­jąc ko­smyk wło­sów wo­kół pal­ca.

Nie, nie mia­ła ocho­ty na seks, była zbyt zmę­czo­na, ale chcia­ła zo­ba­czyć w oczach męża błysk za­in­te­re­so­wa­nia. Nie po­tra­fi­ła za­ak­cep­to­wać upły­wu cza­su. Pierw­sze zmarszcz­ki, wor­ki pod ocza­mi, wol­niej­sza prze­mia­na ma­te­rii – to wszyst­ko spra­wia­ło, że czu­ła się co­raz go­rzej w swo­jej skó­rze, a prze­cież chcia­ła być za­wsze pięk­na, za­wsze ide­al­na. Przy­wią­zy­wa­ła ogrom­ną wagę do swo­je­go wy­glą­du i jesz­cze więk­szą do zda­nia in­nych. Chcia­ła, żeby jej za­zdro­ści­li, żeby my­śle­li, że jej się uda­ło.

W oczach Tom­ka zo­ba­czy­ła tyl­ko wiel­kie znu­że­nie, więc szyb­ko się wy­co­fa­ła.

– My­śla­łeś już o Wi­gi­lii? Gdzie ją spę­dzi­my?

– Pew­nie naj­pierw po­je­dzie­my do two­ich ro­dzi­ców, a po­tem do mo­ich, jak za­wsze – pod­su­mo­wał, nie si­ląc się na en­tu­zjazm.

Kin­ga nie zdą­ży­ła mu od­po­wie­dzieć, bo ktoś za­dzwo­nił do drzwi. Do­staw­ca przy­wiózł je­dze­nie.

KA­MI­LA UBO­LE­WA­ŁA NAD TYM, ŻE TRA­DY­CJA WY­SY­ŁA­NIA KAR­TEK ŚWIĄ­TECZ­NYCH ZA­NI­KA. Pa­mię­ta­ła, że kie­dy były z Kin­gą dzieć­mi, wy­sy­ła­ły z mamą ży­cze­nia do ro­dzi­ny i przy­ja­ciół. Same też do­sta­wa­ły mnó­stwo kar­tek. Sio­stra ra­czej ni­g­dy nie przy­wią­zy­wa­ła do tego więk­szej wagi, ale Ka­mi­li nie umknął fakt, że z roku na rok do­cie­ra­ło do niej co­raz mniej świą­tecz­nych ży­czeń. W ich miej­sce po­ja­wi­ły się roz­sy­ła­ne naj­pierw w SMS-ach, a po­tem przez Mes­sen­ger iden­tycz­ne wier­szy­ki. Ni­ko­mu nie chcia­ło się na­wet per­so­na­li­zo­wać ży­czeń.

Ka­mi­la cią­gle kul­ty­wo­wa­ła ro­dzin­ną tra­dy­cję wy­sy­ła­nia kar­tek świą­tecz­nych. Mało tego: co roku przy­go­to­wy­wa­ła je wła­sno­ręcz­nie. Mia­ła swój ulu­bio­ny sklep, w któ­rym za­opa­try­wa­ła się w nie­zbęd­ne ma­te­ria­ły: scrap­ki, drew­nia­ne ozdo­by, ce­ki­ny, bro­kat, ta­siem­ki.

Taka pra­ca ją od­prę­ża­ła. Za­po­mi­na­ła wte­dy o wszyst­kich pro­ble­mach, a cała jej uwa­ga była sku­pio­na na cu­dach, któ­re wy­cho­dzi­ły spod jej rąk. Każ­da kart­ka była ma­lut­kim dzie­łem sztu­ki. Wy­ko­rzy­sty­wa­ła głów­nie kla­sycz­ne mo­ty­wy, ta­kie jak cho­in­ka, świę­ty mi­ko­łaj czy pre­zen­ty, ale ro­bi­ła to w nie­kon­wen­cjo­nal­ny spo­sób – cho­in­ka na kart­ce była geo­me­trycz­na, a świę­ty zgo­lił bro­dę i wąsy.

Ka­mi­la prze­ko­na­ła się, że do­bro wra­ca. Wcze­śniej w okre­sie przed­świą­tecz­nym na próż­no wy­pa­try­wa­ła li­sto­no­sza, a od­kąd sama za­czę­ła wy­sy­łać kart­ki, z roku na rok znaj­do­wa­ła w skrzyn­ce pocz­to­wej co­raz wię­cej ko­lo­ro­wych ko­pert. Cie­szy­ły ją wszyst­kie ży­cze­nia, nie­waż­ne, czy spi­sa­ne na zwy­kłej pocz­tów­ce, bo­ga­to ozdo­bio­nej kart­ce, czy spi­sa­ne na skraw­ku pa­pie­ru. Uzna­wa­ła je za swój mały suk­ces – w koń­cu zmo­ty­wo­wa­ła ro­dzi­nę i zna­jo­mych. W ubie­głym roku do­sta­ła rów­nież kil­ka kar­tek z wy­mia­ny zor­ga­ni­zo­wa­nej przez ad­mi­ni­stra­to­rów jed­nej z grup na Fa­ce­bo­oku. Uwa­ża­ła, że to bar­dzo miłe – ni­g­dy nie wi­dzia­ła tych lu­dzi na oczy, a jed­nak wło­ży­li w ży­cze­nia mnó­stwo ser­ca.

Te drob­ne od­ru­chy życz­li­wo­ści były jej bar­dzo po­trzeb­ne, szcze­gól­nie te­raz, w tym trud­nym mo­men­cie ży­cia.

De­li­kat­nie, aby nie uszko­dzić ozdo­by, przy­kle­iła ko­ron­ko­wą śnie­żyn­kę na błę­kit­nym pa­pie­rze. Uśmiech­nę­ła się do swo­ich my­śli. Tę kart­kę po­sta­no­wi­ła wy­słać do Na­ta­lii, przy­ja­ciół­ki, któ­ra przed pię­cio­ma laty wy­emi­gro­wa­ła do Szko­cji. Na­ta­lia uwiel­bia­ła sub­tel­ne do­dat­ki.

Wła­śnie przy­go­to­wy­wa­ła ostat­nią kart­kę, kie­dy w zam­ku za­zgrzy­tał klucz. Wciąż nie mo­gła się przy­zwy­cza­ić do tego, że dzie­li z kimś miesz­ka­nie. I to nie z byle kim, bo ze swo­im męż­czy­zną.

Mia­ła swo­je przy­zwy­cza­je­nia, na­wy­ki, któ­re te­raz mu­sia­ła do­pa­so­wać do jego zwy­cza­jów. Dłu­go miesz­ka­ła sama, i lu­bi­ła tę swo­ją sa­mot­nię. A te­raz wszyst­ko sta­nę­ło na gło­wie.

Bar­dzo wcze­śnie wy­pro­wa­dzi­ła się z ro­dzin­ne­go domu. Nie czu­ła się w nim ak­cep­to­wa­na. Wie­dzia­ła, że za każ­dym ra­zem, kie­dy mat­ka na nią pa­trzy, przy­po­mi­na się jej męż­czy­zna, któ­ry tak bar­dzo ją skrzyw­dził, oj­ciec Ka­mi­li. Ale to prze­cież to nie była jej wina, że była tak do nie­go po­dob­na!

Te­re­sa za­ło­ży­ła nową ro­dzi­nę, a Ka­mi­la prak­tycz­nie od za­wsze czu­ła, że do niej nie pa­su­je. Oj­czym sta­rał się trak­to­wać obie cór­ki na rów­ni, ale nie po­tra­fił oszu­kać bio­lo­gii. Kin­ga za­wsze mo­gła li­czyć na bar­dziej ulgo­we trak­to­wa­nie nie tyl­ko ze stro­ny taty, ale tak­że mamy. Te­re­sa pod­świa­do­mie prze­no­si­ła nie­chęć do ojca Ka­mi­li na star­szą cór­kę.

– Po­szedł do in­nej i na­wet o to­bie nie pa­mię­ta! Nie łoży na two­je utrzy­ma­nie, wszyst­ko jest na mo­jej gło­wie! – po­wta­rza­ła, a z każ­dym jej sło­wem Ka­mi­la utwier­dza­ła się w prze­ko­na­niu, że coś musi być z nią nie w po­rząd­ku, sko­ro za­po­mniał o niej na­wet ro­dzo­ny oj­ciec.

Mia­ła za­le­d­wie kil­ka lat, kie­dy do­szła do wnio­sku, że to ona jest win­na wszel­kim nie­szczę­ściom, któ­re spo­tka­ły jej mat­kę. Do­ra­sta­ła w po­czu­ciu winy. Za­zdro­ści­ła Kin­dze, że o niej ta­tuś nie za­po­mniał, że nie zo­sta­wił jej w spad­ku tyl­ko nie­chę­ci mamy.

Te­re­sa ni­g­dy nie przy­zna­ła­by się do tego gło­śno, ale obec­ność cór­ki przy­po­mi­na­ła jej o naj­więk­szej po­mył­ce w ży­ciu. Da­riusz był jej zgu­bą. Od po­cząt­ku zda­wa­ła so­bie spra­wę, że ten zwią­zek nie ma przy­szło­ści, ale bar­dzo chcia­ła, żeby było ina­czej. Uda­wa­ła, że nie wi­dzi bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia w jego spoj­rze­niu, nie chcia­ła przy­znać, że wo­dzi wzro­kiem za jej ko­le­żan­ką. Była wte­dy w trze­ciej kla­sie li­ceum, on w ma­tu­ral­nej. Ma­rzy­ła o tym wy­so­kim, pew­nym sie­bie, po­pu­lar­nym wśród dziew­cząt chło­pa­ku i za­sta­na­wia­ła się, co zro­bić, żeby wy­brał wła­śnie ją.

Oka­zja nada­rzy­ła się na jed­nej z pry­wa­tek. Da­rek był bar­dzo pi­ja­ny, więc za­cią­gnię­cie go do łóż­ka nie spra­wi­ło jej żad­ne­go pro­ble­mu. Nie, nie mia­ła tego w zwy­cza­ju, on był jej pierw­szym męż­czy­zną. Wie­dzia­ła, że nie tak po­wi­nien wy­glą­dać jej pierw­szy raz, ale była bez­na­dziej­nie za­ko­cha­na i uzna­ła, że za­pła­ci każ­dą cenę, byle tyl­ko ten fa­cet był jej. Li­czy­ła na to, że zmie­ni swój sto­su­nek do niej, ale nie zmie­nił. Na­dal jej nie za­uwa­żał. Je­dy­na róż­ni­ca po­le­ga­ła na tym, że za­czął jej mó­wić „cześć”.

Czu­ła się po­ni­żo­na: była za­ła­ma­na, ale wie­dzia­ła, że nie może się pod­dać, a wiel­ka mi­łość wy­ma­ga wy­rze­czeń. Nie po­tra­fi­ła, a może nie chcia­ła zro­zu­mieć, że on nie jest dla niej. Prze­ły­ka­ła łzy go­ry­czy, kie­dy się do­wie­dzia­ła, że nie jest je­dy­ną, któ­rą tak po­trak­to­wał. Że sy­pia­nie na pry­wat­kach z przy­pad­ko­wy­mi dziew­czy­na­mi nie jest dla nie­go ni­czym no­wym. Trud­no, nie była pierw­sza, ale po­sta­no­wi­ła być ostat­nia. Chcia­ła być tą je­dy­ną. Oka­zja po­ja­wi­ła się dość szyb­ko.

Dla Dar­ka ży­cie było nie­koń­czą­cą się pry­wat­ką. Na jed­nej z nich upił się do nie­przy­tom­no­ści, a ko­le­dzy go zo­sta­wi­li. Mu­sia­ła mu po­móc, ura­to­wać go. Wie­dzia­ła, gdzie miesz­ka. Po­pro­si­ła przy­pad­ko­we­go chło­pa­ka o po­moc i we dwo­je do­tar­ga­li Dar­ka do domu.

– Twój chło­pak chy­ba dzi­siaj tro­chę prze­sa­dził – sko­men­to­wał jej to­wa­rzysz.

Te­re­sa uśmiech­nę­ła się pod no­sem. Ktoś na­zwał Dar­ka jej chło­pa­kiem!

Po­dzię­ko­wa­ła za po­moc i za­dzwo­ni­ła do drzwi, ale nie ode­szła. Cze­ka­ła, aż mat­ka Dar­ka otwo­rzy. Za­mie­rza­ła uświa­do­mić tej ko­bie­cie, jak wie­le Da­rek jej za­wdzię­cza.

– Ko­le­dzy zo­sta­wi­li go w ta­kim sta­nie. Ba­łam się, że coś może mu się stać, dla­te­go go przy­pro­wa­dzi­łam. Tak nie może być, trze­ba ja­koś na nie­go wpły­nąć, za chwi­lę ma­tu­ra, a on, za­miast się uczyć, ba­lu­je bez koń­ca… – bia­do­li­ła, z każ­dym sło­wem zy­sku­jąc sym­pa­tię po­ten­cjal­nej te­ścio­wej.

Chcia­ła mieć w niej sprzy­mie­rzeń­ca, chcia­ła, żeby mat­ka otwo­rzy­ła Dar­ko­wi oczy, uświa­do­mi­ła go, jaki skarb ma w za­się­gu ręki.

Ko­bie­ta zła­pa­ła przy­nę­tę.

– Zna­cie się z Dar­kiem? Ni­g­dy o to­bie nie opo­wia­dał – za­wa­ha­ła się. – Cho­dzi­cie ra­zem do kla­sy?

– Nie, je­stem o rok młod­sza, ale bar­dzo go lu­bię i wiem, że stać go na wię­cej – wy­tłu­ma­czy­ła jej Te­re­sa, zer­ka­jąc po­dejrz­li­wie na pół­przy­tom­ne­go chło­pa­ka.

Na szczę­ście nie był w sta­nie uczest­ni­czyć w tej roz­mo­wie i za­prze­czyć jej sło­wom.

Na­stęp­ne­go dnia pod­szedł do niej w szko­le. Po­dzię­ko­wał i prze­ka­zał po­zdro­wie­nia od mamy. Tak to się za­czę­ło. Te­re­sie trud­no było uwie­rzyć, że jest pod tak sil­nym wpły­wem mat­ki. Wi­dzia­ła w nim bun­tow­ni­ka, a tym­cza­sem on za­czął się z nią uma­wiać, bo po­lu­bi­ła ją mama. A może w koń­cu przej­rzał na oczy? Nie­waż­ne. Te­re­sa kuła że­la­zo, póki go­rą­ce. Była za­chwy­co­na, że Da­rek wy­brał wła­śnie ją i z za­do­wo­le­niem od­no­to­wy­wa­ła za­zdro­sne spoj­rze­nia ko­le­ża­nek.

Ale on szyb­ko za­czął się jej wy­my­kać. Sy­pia­ła z nim re­gu­lar­nie, więc re­ali­za­cja pla­nu nie spra­wi­ła jej pro­ble­mu. Cią­ża nie była wy­ni­kiem wpad­ki, była ra­czej sta­ran­nie za­pla­no­wa­nym przed­się­wzię­ciem. Wie­dzia­ła, że je­śli w nią zaj­dzie, Da­rek bę­dzie mu­siał się z nią oże­nić. Tak też się sta­ło.

Ka­mi­lę uro­dzi­ła dwa mie­sią­ce po ma­tu­rze. Ro­dzi­ce jej i Dar­ka tro­chę ma­ru­dzi­li, że to za szyb­ko, że mło­dzi nie mają środ­ków do ży­cia, ale kie­dy wnucz­ka przy­szła na świat, osza­le­li na jej punk­cie. Nie­ste­ty, nie moż­na było tego sa­me­go po­wie­dzieć o świe­żo upie­czo­nym ta­tu­siu.

Da­rek zdra­dzał Te­re­sę i na­wet spe­cjal­nie się z tym nie krył. Tak jak i z tym, że do ślu­bu zo­stał po­nie­kąd zmu­szo­ny. Wiel­ka mi­łość po­wo­li za­mie­nia­ła się w wiel­ką nie­na­wiść. Te­re­sa nie mo­gła uwie­rzyć, że była taka głu­pia, ale otrzeź­wie­nie nie­ste­ty przy­szło za póź­no. Jesz­cze mia­ła na­dzie­ję, że on do­ro­śnie, że się zmie­ni, ale każ­da ko­lej­na nie­prze­spa­na noc, kie­dy on nie wra­cał do domu, a ona cho­dzi­ła od okna do okna, utwier­dza­ła ją w prze­ko­na­niu, że zmar­no­wa­ła so­bie ży­cie. Gdy­by nie Ka­mi­la…

– Głu­pia je­steś, na­wet tak nie ga­daj. Dziec­ko się samo nie pcha­ło na ten świat – ru­ga­ła ją star­sza sio­stra Ma­ria, któ­ra sama była już mat­ką. – Po­goń Dar­ka, po­ra­dzisz so­bie sama. Na co ci taki chłop?

Ale Te­re­sa nie po­tra­fi­ła z nie­go zre­zy­gno­wać. Ko­cha­ła go i nie­na­wi­dzi­ła jed­no­cze­śnie. Wie­dzia­ła, że mu­siał­by stać się cud, żeby on się zmie­nił, ale ona wie­rzy­ła w cuda. On tyl­ko mu­siał zro­zu­mieć, że ją ko­cha i że ona i Ka­mi­la są dla nie­go naj­waż­niej­sze…

Gro­zi­ła, pła­ka­ła, pro­si­ła, tłu­ma­czy­ła. Kłót­niom mię­dzy mło­dy­mi mał­żon­ka­mi nie było koń­ca. Da­rek w koń­cu od­szedł. Po­wie­dział, że ma dość i nie o ta­kim ży­ciu dla sie­bie ma­rzył.

Ka­mi­la pa­mię­ta­ła ojca jak przez mgłę. Mia­ła za­le­d­wie czte­ry lata, kie­dy znik­nął z jej ży­cia, i już ni­g­dy wię­cej go nie zo­ba­czy­ła. Te­raz już sama nie wie­dzia­ła, czy rze­czy­wi­ście pa­mię­ta twarz ojca, czy ją so­bie po pro­stu wy­my­śli­ła. Te­re­sa wy­rzu­ci­ła wszyst­kie zdję­cia. Wpraw­dzie u ciot­ki Ma­rii za­cho­wa­ło się kil­ka fo­to­gra­fii ze ślu­bu Te­re­sy i Dar­ka czy chrzcin Ka­mi­li, ale mat­ka nie po­zwa­la­ła jej ich oglą­dać.

– Po co? – iry­to­wa­ła się, kie­dy cór­ka py­ta­ła o ojca. – Po co chcesz roz­dra­py­wać sta­re rany? Te­raz mamy nową ro­dzi­nę, jest do­brze, po co to zmie­niać?

Nie ro­zu­mia­ła po­trze­by Ka­mi­li, żeby po­znać swo­je ko­rze­nie. Li­czy­ła, że cór­ka, tak jak i ona, bę­dzie nie­na­wi­dzić Da­riu­sza. Bo na to za­słu­żył. Na nie­na­wiść i po­gar­dę. Ale Ka­mi­la wciąż upar­cie o nie­go do­py­ty­wa­ła.

W koń­cu dziew­czyn­ka zro­zu­mia­ła, że nie po­win­na drą­żyć. Roz­mo­wy pro­wa­dzo­ne szep­tem przez mamę i cio­cię tyl­ko utwier­dza­ły ją w prze­ko­na­niu, że jej oj­ciec był po pro­stu złym czło­wie­kiem. Czu­ła wstyd, bo Kin­ga mia­ła ta­kie­go wspa­nia­łe­go ojca. Cio­cia Ma­ria czę­sto mó­wi­ła, że tyl­ko wy­jąt­ko­wy męż­czy­zna może zwią­zać się z ko­bie­tą, któ­ra ma dziec­ko, i po­ko­chać je jak swo­je. Ka­mi­la mia­ła wra­że­nie, że to nie do koń­ca tak – w koń­cu do­strze­ga­ła ogrom­ną róż­ni­cę w trak­to­wa­niu jej i Kin­gi – ale i tak za­zdro­ści­ła sio­strze. O jej ta­cie nikt nie mó­wił, że jest wy­jąt­ko­wy. Cała ro­dzi­na go nie­na­wi­dzi­ła.

Ka­mi­la opu­ści­ła ro­dzin­ny dom już moc­no po­kie­re­szo­wa­na przez ży­cie. Ro­dzi­na wca­le nie ko­ja­rzy­ła jej się ze sta­bi­li­za­cją i bez­pie­czeń­stwem, a ra­czej z nie­chę­cią i wsty­dem. Mia­ła ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści, w koń­cu za­wsze była tą gor­szą. Mat­ka za­szcze­pi­ła w niej nie­na­wiść do ojca, a ona sama roz­bu­do­wa­ła ją do nie­chę­ci wo­bec wszyst­kich męż­czyzn. Ja­cek, jej oj­czym, też nie był taki ide­al­ny. Miał od­mie­nić ich ży­cie, a nie­świa­do­mie nisz­czył Ka­mi­lę drob­ny­mi ge­sta­mi, fa­wo­ry­zo­wa­niem swo­jej bio­lo­gicz­nej cór­ki i wy­no­sze­niem jej na pie­de­stał, pod­czas gdy Ka­mi­la za­wsze po­zo­sta­wa­ła w cie­niu. Pod­czas imie­ni­no­wych przy­jęć chwa­lił się osią­gnię­cia­mi Kin­gi, po­mi­ja­jąc prze­cięt­ne oce­ny Ka­mi­li. Wia­do­mo, tyl­ko młod­sza z có­rek mo­gła być ide­al­na. Star­sza mia­ła wa­dli­we geny po ojcu.

Do­ro­sła Ka­mi­la dość nie­chęt­nie pod­cho­dzi­ła nie tyl­ko do in­sty­tu­cji mał­żeń­stwa, ale i sa­mej ro­dzi­ny. Nie za­mie­rza­ła jej za­kła­dać. Nie chcia­ła się wią­zać z ni­kim na sta­łe: nie­zo­bo­wią­zu­ją­ce zna­jo­mo­ści były tym, cze­go chcia­ła od ży­cia. Bała się wcho­dzić w głęb­sze re­la­cje, a uczu­cia ta­kie jak mi­łość i przy­wią­za­nie bu­dzi­ły w niej lęk. Wo­la­ła uni­kać roz­cza­ro­wań.

Adam był dla niej part­ne­rem ide­al­nym. Sam nie chciał się an­ga­żo­wać, tłu­ma­czył, że nie ma do tego gło­wy, ale pew­nie jak każ­dy miał w so­bie de­mo­ny, któ­re nie po­zwa­la­ły mu wejść w zwią­zek ca­łym sobą. Cza­sem wy­ska­ki­wa­li ra­zem do kina czy re­stau­ra­cji, ale zde­cy­do­wa­nie naj­wię­cej cza­su spę­dza­li w łóż­ku. Ka­mi­la lu­bi­ła my­śleć, że ma z nim ro­mans. Po­do­ba­ło jej się to sło­wo. Ko­ja­rzy­ło się z na­mięt­no­ścią, oce­anem emo­cji i do­znań. Było do­brze. Nie czu­ła po­trze­by, aby co­kol­wiek zmie­niać. Wy­łą­czy­ła uczu­cia, bo tak było ła­twiej. I wca­le nie uwa­ża­ła, że w jej ży­ciu cze­goś bra­ku­je. Oczy­wi­ście wie­dzia­ła, skąd się bio­rą dzie­ci. Za­bez­pie­cza­li się z Ada­mem, ale naj­wy­raź­niej nie dość sku­tecz­nie, bo w li­sto­pa­dzie zro­bi­ła test cią­żo­wy i prze­ży­ła szok, kie­dy zo­ba­czy­ła dwie kre­ski. Naj­pierw za­czę­ła się gło­śno śmiać, a po­tem pła­kać. Co ona zro­bi? A Adam? Jak za­re­agu­je?

Od razu po­je­cha­ła do Mag­da­le­ny, je­dy­nej oso­by w ro­dzi­nie, na któ­rej dys­kre­cję mo­gła li­czyć. Bar­dzo lu­bi­ła ku­zyn­kę i uwa­ża­ła za nie­spra­wie­dli­we, że tak do­brą i cie­płą oso­bę los do­świad­czył w tak pa­skud­ny spo­sób. Wie­dzia­ła, że może na niej po­le­gać, i nie po­my­li­ła się. Póź­niej o cią­ży do­wie­dział się Adam. Kie­dy szła na spo­tka­nie z ko­chan­kiem, bała się, że za­kwe­stio­nu­je swo­je oj­co­stwo. Nie uma­wia­li się na wy­łącz­ność, nie obie­cy­wa­li so­bie wier­no­ści, Ka­mi­la jed­nak nie po­tra­fi­ła so­bie wy­obra­zić, że mia­ła­by sy­piać z in­ny­mi męż­czy­zna­mi. Ow­szem, nie wią­za­ła się na sta­łe, nie przy­się­ga­ła wier­no­ści, uczci­wo­ści i mi­ło­ści aż po grób, ale uwa­ża­ła, że wy­ma­ga tego zwy­kła przy­zwo­itość. Gdy­by Adam jej nie uwie­rzył, by­ło­by to dla niej cio­sem pro­sto w ser­ce.

Kie­dy po­wie­dzia­ła mu, w czym rzecz, prze­łknął gło­śno śli­nę i po­wo­li pod­niósł wzrok, któ­ry wcześ­niej za­trzy­mał na fi­li­żan­ce kawy.

– No cóż – mruk­nął. – Je­ste­śmy do­ro­sły­mi ludź­mi, więc chy­ba mo­gli­śmy się spo­dzie­wać, że tak to się może skoń­czyć.

Po jego sło­wach za­pa­dła ci­sza. Ka­mi­la nie wie­dzia­ła, jak ma to ro­zu­mieć. Ruga ją za to, że za­bez­pie­cze­nie za­wio­dło? A może po pro­stu chce odejść?

– Co za­mie­rzasz? – Adam w koń­cu prze­rwał prze­dłu­ża­ją­cą się ci­szę i spoj­rzał na nią uważ­nie.

Pró­bo­wa­ła ukryć emo­cje, ale strach i nie­pew­ność mia­ła wy­pi­sa­ne na twa­rzy.

– Nie wiem – bąk­nę­ła, ba­wiąc się bran­so­let­ką. Nie chcia­ła na nie­go pa­trzeć. Jesz­cze nie te­raz. – To zna­czy… abor­cja nie wcho­dzi w grę, je­śli o tym my­ślisz. Chcę uro­dzić to dziec­ko. Uwa­żam, że ko­bie­ta po­win­na mieć pra­wo wy­bo­ru, ale mój wy­bór w tej kwe­stii jest ja­sny…

– Na­wet o tym nie po­my­śla­łem – wszedł jej w sło­wo. – Py­ta­łem ra­czej, czy… no wiesz. Czy chcesz wy­cho­wy­wać to dziec­ko sama, czy ze mną?

Unio­sła wy­so­ko brwi i w koń­cu zmu­si­ła się do tego, aby na nie­go spoj­rzeć. Nie przy­pusz­cza­ła, że po­zo­sta­wi jej wy­bór.

Lu­bi­ła go. Miał pięk­ną twarz i moc­no za­ry­so­wa­ną szczę­kę. W łóż­ku po­tra­fił ro­bić cuda. Był jed­nym z lep­szym ko­chan­ków, ja­kich mia­ła, cho­ciaż nie było ich zno­wu aż tak wie­lu. Ale czy to wy­star­czy, aby zbu­do­wać zwią­zek, za­ło­żyć ro­dzi­nę?

– A ty cze­go chcesz? – za­py­ta­ła za­chryp­nię­tym z emo­cji gło­sem.

Chcia­ła unik­nąć sy­tu­acji, w któ­rej to ona po­wie: „Bądź ze mną”. Jej mat­ka zmu­si­ła ojca do związ­ku, i co z tego wy­szło? Nie za­mie­rza­ła po­wta­rzać jej błę­dów. Ale z dru­giej stro­ny… Prze­cież było dziec­ko. Może war­to cho­ciaż spró­bo­wać? Ono za­słu­ży­ło na peł­ną ro­dzi­nę.

– Na pew­no nie chcę, żeby moje dziec­ko na­wet nie wie­dzia­ło, kim je­stem. Za­mie­rzam być obec­ny w jego ży­ciu – za­de­kla­ro­wał Adam.

– Nie wiem, na­praw­dę… Może mo­gli­by­śmy spró­bo­wać? Tyl­ko spró­bo­wać – za­su­ge­ro­wa­ła nie­pew­nie.

I wła­śnie to „tyl­ko spró­bo­wać” sta­ło się pod­wa­li­ną ich wspól­ne­go ży­cia. Zgod­nie uzna­li, że le­piej bę­dzie, je­śli on wpro­wa­dzi się do jej odzie­dzi­czo­ne­go po bab­ci miesz­ka­nia w blo­ku przy Ście­gien­ne­go. Było bar­dziej prze­stron­ne od jego ka­wa­ler­ki na Ty­siąc­le­ciu. Ka­wa­ler­ki, któ­rą po­sta­no­wił wy­na­jąć, a nie sprze­dać, bo na ra­zie prze­cież „tyl­ko pró­bo­wa­li”.

Ży­cie sta­nę­ło na gło­wie. Ka­mi­la nie po­go­dzi­ła się jesz­cze z my­ślą, że zo­sta­nie mat­ką, a już mu­sia­ła za­ak­cep­to­wać ko­lej­ną zmia­nę – po­ja­wie­nie się w jej miesz­ka­niu męż­czy­zny. Sama nie po­tra­fi­ła okre­ślić swo­ich uczuć do Ada­ma. Cie­szy­ła się, że był, ale de­ner­wo­wał ją cha­os, któ­ry wpro­wa­dzał. Na­uczy­ła się sa­mot­no­ści, udo­mo­wi­ła ją. Po­dej­rze­wa­ła, że oswo­je­nie męż­czy­zny może być o wie­le trud­niej­sze.

– Co ro­bisz? – Adam z za­in­te­re­so­wa­niem zer­k­nął jej przez ra­mię.

– Kart­ki świą­tecz­ne.

Aż gwizd­nął z po­dzi­wem.

– Ra­czej małe ar­cy­dzie­ła, a nie kart­ki świą­tecz­ne! To jest bar­dzo do­bre – rzu­cił, bez py­ta­nia sia­da­jąc obok niej. – Nie my­śla­łaś, żeby za­cząć je sprze­da­wać?

– Praw­dę mó­wiąc, zna­jo­mi mnie o to py­ta­li – przy­zna­ła – ale nie je­stem prze­ko­na­na, czy ktoś by je ku­pił… Poza tym przy­go­to­wy­wa­nie ich jest bar­dzo cza­so­chłon­ne, a nie­dłu­go będę mia­ła o wie­le mniej cza­su.

Adam wziął do ręki pierw­szą z brze­gu kart­kę.

– Są na tyle do­bre, żeby sprze­da­wać je lu­dziom – za­wy­ro­ko­wał – ale to twój wy­bór, do ni­cze­go cię nie zmu­szam. Słu­chaj… – za­wa­hał się, krę­cąc się nie­spo­koj­nie na krze­śle.

Spoj­rza­ła na nie­go z za­in­te­re­so­wa­niem. Ostat­nio co­raz czę­ściej ła­pa­ła się na tym, że lubi mu się przy­glą­dać.

– Tak?

Odło­żył de­li­kat­nie kart­kę, żeby jej nie znisz­czyć.

– Wiem, że je­stem bez­na­dziej­ny i po­wi­nie­nem sam wy­brać dla cie­bie pre­zent pod cho­in­kę, ale może byś mnie cho­ciaż na­pro­wa­dzi­ła? – po­pro­sił, po­sy­ła­jąc jej bła­gal­ne spoj­rze­nie.

Szcze­rze się za­śmia­ła. Od­kąd za­czę­ła so­bie po­zwa­lać na odro­bi­nę swo­bo­dy w jego to­wa­rzy­stwie, cał­kiem nie­źle się do­ga­dy­wa­li. Na­dal nie była prze­ko­na­na, czy to na tyle moc­ny fun­da­ment, aby zbu­do­wać na nim ro­dzi­nę, ale nie pod­da­wa­ła się. Chcia­ła dla swo­je­go dziec­ka lep­sze­go dzie­ciń­stwa niż jej wła­sne.

– Mó­wi­łam, że nie pój­dzie ci ze mną tak ła­two – po­wie­dzia­ła ta­jem­ni­czo i jak gdy­by ni­g­dy nic wró­ci­ła do przy­go­to­wy­wa­nia kar­tek.

– Zro­bisz jed­ną dla mnie? – za­py­tał dość nie­spo­dzie­wa­nie.

Zmarsz­czy­ła brwi i za­trzy­ma­ła wzrok na jego twa­rzy. Nie żar­to­wał.

– Kart­kę?

– Tak, kart­kę.

– Ale… po co? Niby co mia­ła­bym w niej na­pi­sać?

– Nie wiem, ale li­czę, że przy­go­tu­jesz coś spe­cjal­nie dla mnie i na­pi­szesz mi coś… oso­bi­ste­go. – Za­to­pił spoj­rze­nie w jej oczach, aż prze­szedł ją dreszcz. – To jak bę­dzie?

– Coś wy­my­ślę – wy­szep­ta­ła.

Te­re­sa nie­na­wi­dzi­ła kil­ku­pię­tro­wych ga­le­rii han­dlo­wych. Ni­g­dy nie po­tra­fi­ła za­pa­mię­tać, na któ­rym pię­trze znaj­du­je się dany sklep, przez co tra­ci­ła dużo cza­su na błą­ka­nie się mię­dzy po­zio­ma­mi. Mimo że był do­pie­ro dru­gi grud­nia, w Ga­le­rii Ka­to­wic­kiej czuć było już przed­świą­tecz­ny szał za­ku­po­wy. Zresz­tą co się dzi­wić – jesz­cze w paź­dzier­ni­ku w jed­nym z mar­ke­tów Te­re­sa ze zdu­mie­niem od­kry­ła świą­tecz­ne ozdo­by i sło­dy­cze. Przed dniem Wszyst­kich Świę­tych! Świat sta­nął na gło­wie.

Co ci wszy­scy lu­dzie tak ku­pu­ją? A po­dob­no Po­la­cy nie mają pie­nię­dzy! Za­mie­rza­ła już te­raz po­szu­kać pre­zen­tów, żeby po­tem unik­nąć sta­nia w ko­lej­kach, ale naj­wy­raź­niej nie ona jed­na wpa­dła na taki po­mysł. Do skle­pu z za­baw­ka­mi na­wet nie było po co wcho­dzić. Wia­do­mo, za czte­ry dni mi­ko­łaj­ki. Po­sta­no­wi­ła, że ro­zej­rzy się za pre­zen­ta­mi dla có­rek, ale osta­tecz­nie, jak co roku, nie po­tra­fi­ła się zde­cy­do­wać. Za­wsze za­czy­na­ła świą­tecz­ne za­ku­py w oko­li­cach li­sto­pa­da, a ko­niec koń­ców wszyst­ko i tak ku­po­wa­ła dzień przed Wi­gi­lią.

Wy­szła ze skle­pu nie­za­do­wo­lo­na. Na­cią­gnę­ła czap­kę na uszy i owi­nę­ła się sta­ran­nie sza­li­kiem. Mróz szczy­pał ją w po­licz­ki. Ze znaj­du­ją­ce­go się nie­opo­dal ryn­ku do­bie­ga­ły tak­ty pio­sen­ki Ade­le One and Only, któ­rą śpie­wa­ła mło­da pio­sen­kar­ka z obie­cu­ją­cym gło­sem. Jar­mark bo­żo­na­ro­dze­nio­wy trwał w naj­lep­sze, przy­cią­ga­jąc tłu­my miesz­kań­ców i przy­jezd­nych.

Z roku na rok czer­pa­ła co­raz mniej­szą przy­jem­ność ze świąt. Ko­ja­rzy­ły jej się z przy­krym obo­wiąz­kiem, a nie z ra­do­ścią. Nie mia­ła naj­mniej­szej ocho­ty na pu­co­wa­nie miesz­ka­nia na błysk tyl­ko po to, żeby po wi­zy­cie wnu­ków wy­glą­da­ło tak, jak­by prze­szedł przez nie taj­fun, ubie­ra­nie dwu­me­tro­wej cho­in­ki, pa­ko­wa­nie w ozdob­ny pa­pier pre­zen­tów, za któ­ry­mi wcze­śniej trze­ba się nie­źle na­cho­dzić, przy­go­to­wy­wa­nie ko­la­cji dla ca­łej ro­dzi­ny… Barszcz z uszka­mi, karp, pie­ro­gi z ka­pu­stą i grzy­ba­mi, ka­pu­sta z gro­chem, ma­ków­ki, kom­pot z su­szu, a po­tem i tak się oka­zu­je, że nie ma kto tego zjeść.

Chcia­ła cho­ciaż raz spę­dzić świę­ta ina­czej. Po pro­stu od­po­cząć, na­cie­szyć się bli­sko­ścią uko­cha­nej oso­by, za­miast stać przy ga­rach i de­ner­wo­wać się, czy po­sił­ki będą sma­ko­wać go­ściom. Per­spek­ty­wa prze­ży­wa­nia ko­lej­nych świąt w ten spo­sób wca­le jej nie od­po­wia­da­ła.

Roz­my­śla­ła o tym w dro­dze po­wrot­nej do domu. Tram­waj su­nął po szy­nach, a ona ob­ser­wo­wa­ła mia­sto przez szy­bę. Po­kry­te kil­ku­cen­ty­me­tro­wą war­stwą śnie­gu, roz­świe­tlo­ne bla­skiem ulicz­nych lamp i świą­tecz­nych świa­te­łek, przy­cią­ga­ło wzrok.

To nie były Ka­to­wi­ce z lat jej mło­do­ści. Te­raz mia­sto pre­zen­to­wa­ło się no­wo­cze­śnie, szy­kow­nie i ele­ganc­ko. Ale wy­star­czy­ło zje­chać z głów­nej dro­gi, aby od­kryć sza­re od­cie­nie co­dzien­no­ści. Ta­kie wła­śnie było jej ży­cie.

Nie pa­mię­ta­ła, kie­dy po raz ostat­ni zro­bi­li z Jac­kiem coś tyl­ko dla sie­bie. Naj­pierw po­chło­nę­ły ich obo­wiąz­ki ro­dzi­ciel­skie i pra­ca, póź­niej dzie­ci do­ro­sły, a na świe­cie po­ja­wi­ły się wnu­ki i bra­ko­wa­ło cza­su na speł­nia­nie ma­rzeń i re­ali­za­cję pla­nów.

Czu­ła znu­że­nie. Kie­dy uro­dzi­ła Ka­mi­lę, nie mia­ła na­wet dwu­dzie­stu lat. Nie zdą­ży­ła się wy­sza­leć, na­cie­szyć mło­do­ścią. My­śla­ła, że za­cznie żyć peł­nią ży­cia, gdy dzie­ci do­ro­sną, ale oka­za­ło się, że jest już za póź­no, że siły już nie te i w pew­nym wie­ku po pro­stu nie wy­pa­da już my­śleć o głu­po­tach. Tę­sk­ni­ła za bez­tro­ską i swo­bo­dą, któ­rych tak na­praw­dę nie do­świad­czy­ła. Za ten stan rze­czy mo­gła wi­nić tyl­ko sie­bie, w koń­cu nie za­szła w cią­żę przy­pad­kiem. Wszyst­ko so­bie sta­ran­nie za­pla­no­wa­ła, na­wet to, że uro­dzi już po ma­tu­rze.

Ja­cek przy­wi­tał ją w pro­gu miesz­ka­nia. Spoj­rzał na jej pu­ste ręce i na­wet się spe­cjal­nie nie zdzi­wił. Znał ją na tyle, że wie­dział, iż z za­ku­pów wró­ci bez pre­zen­tów, ale za to w kiep­skim hu­mo­rze. Te­re­sa nie była ty­pem ko­bie­ty, któ­ra od­naj­du­je ra­dość w bie­ga­niu po skle­pach.

– Nie było nic cie­ka­we­go?

Mach­nę­ła ręką, su­ge­ru­jąc, że nie ma co strzę­pić ję­zy­ka.

– Kie­dyś lu­dzie mie­li pro­blem, bo w skle­pach ni­cze­go nie było. Te­raz też mają pro­blem, bo wy­bór jest za duży i nie wia­do­mo, na co się zde­cy­do­wać – stwier­dzi­ła, wal­cząc z ko­za­ka­mi. – Znasz mnie. – Prze­wró­ci­ła ocza­mi. – Za­wsze mu­szę się za­sta­no­wić, za­nim coś ku­pię.

– Na pew­no zdą­żysz z pre­zen­ta­mi, do świąt zo­stał pra­wie mie­siąc – po­wie­dział Ja­cek, bio­rąc od niej płaszcz i od­wie­sza­jąc go na wie­szak.

Te­re­sa po­szła pro­sto do kuch­ni, żeby wsta­wić wodę na her­ba­tę. Nie czu­ła pal­ców i po­trze­bo­wa­ła cze­goś, co ją roz­grze­je. Zi­mo­wa her­ba­ta z im­bi­rem i so­kiem ma­li­no­wym wy­da­ła się jej do­brym roz­wią­za­niem.

– Wi­dzia­łaś coś, co cię za­in­te­re­so­wa­ło? – za­py­tał Ja­cek, wcho­dząc za żoną do kuch­ni.

– Chłop­com pew­nie ku­pię kloc­ki Lego – po­wie­dzia­ła, wrzu­ca­jąc to­reb­kę her­ba­ty do kub­ka z re­ni­fe­rem. – Wiem, że to nic ory­gi­nal­ne­go, ale znasz ich, naj­bar­dziej ucie­szą się z kloc­ków. Mi­łosz wzno­si na­praw­dę im­po­nu­ją­ce bu­dow­le, a Leon chce we wszyst­kim na­śla­do­wać bra­ta! – Uśmiech­nę­ła się do swo­ich my­śli. – Kin­dze chcia­ła­bym ku­pić ja­kiś mod­ny sza­lik, wiesz, jak ona lubi ta­kie do­dat­ki, Tom­ko­wi pla­nu­ję po­da­ro­wać książ­kę, a Ka­mi­li… – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Z nią jak za­wsze mam pro­blem. Ona jest taka… – Zmarsz­czy­ła nos, szu­ka­jąc od­po­wied­nie­go sło­wa. – Al­ter­na­tyw­na. Ni­g­dy nie wiem, co mam jej ku­pić. Nie wspo­mi­na­jąc o tym jej fa­ce­cie, któ­re­go tyl­ko raz wi­dzia­łam na oczy!

– Przy­je­dzie z nim na ko­la­cję wi­gi­lij­ną? – za­in­te­re­so­wał się Ja­cek. – No tak, w koń­cu ra­zem miesz­ka­ją…

Te­re­sa za­la­ła her­ba­tę wrząt­kiem.

– Wła­śnie chcia­łam z tobą po­roz­ma­wiać o Wi­gi­lii – oświad­czy­ła.

Ja­cek roz­siadł się wy­god­nie przy sto­le, nie spusz­cza­jąc oczu z żony.

– Co masz na my­śli?

– Nie wiem, czy chce mi się po raz ko­lej­ny przy­go­to­wy­wać wi­gi­lię – przy­zna­ła, sia­da­jąc z kub­kiem her­ba­ty na­prze­ciw męża. – Je­stem po pro­stu zmę­czo­na. Myśl o spę­dza­niu ko­lej­nych świąt w ten sam spo­sób prze­ra­ża mnie, za­miast cie­szyć.

– Mogę ci po­móc.

– To nie o to cho­dzi – wy­ja­śni­ła Te­re­sa. – Za­uważ, że ni­g­dy nie spę­dzi­li­śmy tego dnia tak jak chcie­li­śmy, na­wet jak by­li­śmy mło­dzi. Go­ni­twa od mat­ki do te­ścio­wej, wy­rzu­ty su­mie­nia, wy­słu­chi­wa­nie wy­mó­wek, bo u ko­goś dłu­żej… Te­raz nie jest le­piej, bo za­miast od­po­cząć, na­cie­szyć się sobą, uwi­ja­my się jak w ukro­pie, żeby wszyst­kich za­do­wo­lić, żeby je­dze­nie sma­ko­wa­ło, a miesz­ka­nie lśni­ło czy­sto­ścią. Wy­da­je mi się, że nie tędy dro­ga – Te­re­sa gło­śno wes­tchnę­ła i po­pa­trzy­ła na męża.

Ja­cek po­wo­li ski­nął gło­wą.

– Co za­tem pro­po­nu­jesz?

– Pa­mię­tasz, jak by­li­śmy mło­dzi i ma­rzy­li­śmy, żeby za­mknąć się w świę­ta w domu, nie wy­słu­chi­wać żali i pre­ten­sji, że za krót­ko, że za szyb­ko, że nie zje­dli­śmy wszyst­kie­go?

Ką­ci­ki jego ust drgnę­ły.

– Ja­sne, że pa­mię­tam. Każ­de­go roku obie­cy­wa­liś­my so­bie, że na­stęp­nym ra­zem bę­dzie ina­czej, ale kie­dy nad­cho­dził gru­dzień, bra­ko­wa­ło nam od­wa­gi – po­wie­dział.

– Otóż to! Je­stem zmę­czo­na za­spo­ka­ja­niem ocze­ki­wań in­nych. Może dla od­mia­ny spę­dzi­li­by­śmy Wi­gi­lię, jak chce­my? Nie wiem, jak ty, ale ja do peł­ni szczę­ścia wca­le nie po­trze­bu­ję dwu­na­stu po­traw, dwu­me­tro­wej cho­in­ki i góry pre­zen­tów. Wy­star­czy barszcz z uszka­mi, a naj­lep­szym po­da­run­kiem bę­dzie dla mnie wie­czór w spo­ko­ju, tyl­ko we dwo­je, bez żad­nych zmar­twień. Pre­zen­ty mo­że­my dać dzie­ciom i wnu­kom w pierw­szy dzień świąt. Nic się nie sta­nie, je­śli do­sta­ną je dzień póź­niej – za­su­ge­ro­wa­ła. – Co ty na to?

Ja­cek po­dra­pał się po bro­dzie, za­sta­na­wia­jąc się na jej sło­wa­mi.

– Praw­dę mó­wiąc, po­do­ba mi się ten po­mysł. Je­ste­śmy mał­żeń­stwem od pra­wie trzy­dzie­stu lat, a ni­g­dy nie spę­dzi­li­śmy Wi­gi­lii tyl­ko we dwo­je. Może naj­wyż­szy czas, żeby to zmie­nić?

Te­re­sa aż kla­snę­ła w dło­nie. W jed­nej chwi­li zrzu­ci­ła z bar­ków ogrom­ny cię­żar. Już od dłuż­sze­go cza­su za­sta­na­wia­ła się, jak zor­ga­ni­zo­wać te­go­rocz­ne świę­ta, i czu­ła nie­chęć na myśl o tym, że bę­dzie tak jak za­wsze.

– Wspa­nia­le! Na­wet nie wiesz, jak bar­dzo się cie­szę! – Wsta­ła z krze­sła, obe­szła stół i moc­no po­ca­ło­wa­ła męża. – Bę­dzie cu­dow­nie, zo­ba­czysz!

Ja­cek ob­jął ją w ta­lii i skrzy­żo­wał dło­nie za jej ple­ca­mi. Spoj­rzał na żonę. Te­re­sa nie na­le­ża­ła do osób, któ­re ukry­wa­ją przed świa­tem swo­je praw­dzi­we sa­mo­po­czu­cie, wręcz prze­ciw­nie – ma­ru­dzi­ła dużo i czę­sto, więc zda­wał so­bie spra­wę, że żona już od dłuż­sze­go cza­su od­czu­wa­ła znu­że­nie, ale wie­dział też, że jest szczę­śli­wa i nie za­mie­ni­ła­by swo­je­go ży­cia na żad­ne inne. On czuł tak samo. Cie­szył się, że wła­śnie tę ko­bie­tę spo­tkał na swej dro­dze. Jego mi­łość do niej nie osła­bła przez te wszyst­kie lata. Ow­szem, prze­szła wie­le trans­for­ma­cji, od za­uro­cze­nia i na­mięt­no­ści po­przez za­ko­cha­nie i sta­bi­li­za­cję, aż po doj­rza­łe uczu­cie, ale nie osła­bła. Nie, dziś ko­chał ją jesz­cze bar­dziej niż wte­dy, kie­dy pro­sił ją o rękę, jesz­cze bar­dziej niż wte­dy, kie­dy skła­da­li przy­się­gę mał­żeń­ską, jesz­cze bar­dziej niż wte­dy, kie­dy na świat przy­szła ich cór­ka. Każ­dy dzień spę­dzo­ny ra­zem po­tę­go­wał to uczu­cie.

– A co z dziew­czy­na­mi? Jak so­bie po­ra­dzą?

– To już do­ro­słe ko­bie­ty. Kin­ga ma ro­dzi­nę, a Ka­mi­la… Cóż, Ka­mi­la też naj­wy­raź­niej za­kła­da swo­ją. Je­stem prze­ko­na­na, że da­dzą so­bie radę bez kar­pia i barsz­czu u ma­mu­si – po­wie­dzia­ła ze śmie­chem Te­re­sa.

KIN­GA MIA­ŁA WIE­LE DO­BRYCH WSPO­MNIEŃ ZWIĄ­ZA­NYCH Z WRO­CŁA­WIEM. W cza­sach stu­denc­kich przy­jeż­dża­ła do sto­li­cy Dol­ne­go Ślą­ska do ko­le­żan­ki, któ­ra wy­naj­mo­wa­ła ka­wa­ler­kę w blo­ku przy Le­gnic­kiej. Czu­ła żal na myśl o tym, że tam­te sza­lo­ne im­pre­zy i nie­prze­spa­ne noce już nie wró­cą. Mia­ła ogrom­ny sen­ty­ment do Wro­cła­wia, zwłasz­cza że to wła­śnie w mie­ście stu mo­stów prze­ży­ła swo­ją pierw­szą mi­łość. Kon­takt z chło­pa­kiem się urwał, ale sym­pa­tia do miej­sca zo­sta­ła. Nic więc dziw­ne­go, że kie­dy ana­li­zo­wa­ła opcje week­en­du z ro­dzi­ną, jej wy­bór padł wła­śnie na Wro­cław.

Su­nę­li au­to­stra­dą w stro­nę sto­li­cy Dol­ne­go Ślą­ska, a z każ­dym prze­by­tym ki­lo­me­trem kra­jo­braz się zmie­niał. Zo­sta­wi­li za sobą za­sy­pa­ne śnie­giem Ka­to­wi­ce. Za Opo­lem po bia­łym pu­chu nie zo­stał już na­wet ślad, a Wro­cław przy­wi­tał ich do­dat­nią tem­pe­ra­tu­rą.

Kin­ga w mil­cze­niu ob­ser­wo­wa­ła pro­wa­dzą­ce­go Tom­ka. Nie lu­bi­ła, kie­dy to on sia­dał za kół­kiem. Twier­dzi­ła, że jeź­dzi jak eme­ryt, a on od­gry­zał się, że w prze­ci­wień­stwie do niej nie za­mie­rza zo­sta­wać daw­cą or­ga­nów. Cza­sy, kie­dy ro­zu­mie­li się bez słów, ode­szły w za­po­mnie­nie, a jed­nak Kin­ga nie wy­obra­ża­ła so­bie bez nie­go ży­cia. Czy to już tyl­ko przy­wią­za­nie, czy jesz­cze mi­łość? A może kło­pot z przy­zna­niem się do po­raż­ki?

To­mek wy­czuł, że jest ob­ser­wo­wa­ny. Ode­rwał na chwi­lę wzrok od dro­gi i spoj­rzał py­ta­ją­cym wzro­kiem na żonę.

– Dla­cze­go mi się przy­glą­dasz? – za­py­tał.

Kin­ga wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Co mia­ła mu od­po­wie­dzieć? Że za­sta­na­wia się, dla­cze­go w ogó­le z nim jest?

– Po pro­stu, bez po­wo­du – pod­su­mo­wa­ła.

Mi­łosz i Leon kłó­ci­li się w naj­lep­sze na tyl­nej ka­na­pie. Star­szy z chłop­ców był obu­rzo­ny, że brat za­brał mu ta­blet. Kin­ga rzad­ko po­zwa­la­ła ko­rzy­stać sy­nom ze smart­fo­na czy ta­ble­tu, ale w po­dró­ży chcia­ła mieć po pro­stu świę­ty spo­kój.

Od­wró­ci­ła się z gło­śnym wes­tchnie­niem.

– Daj mu ten ta­blet – po­pro­si­ła. – Niech te­raz on przez chwi­lę po­gra.

– To nie­spra­wie­dli­we! – obu­rzył się Mi­łosz. – On ma swój ta­blet!

To­mek moc­niej za­ci­snął dło­nie na kie­row­ni­cy. Miał dość ha­ła­sów. Wca­le nie miał ocho­ty na ten wy­jazd, ale Kin­ga się upar­ła. Obie­ca­ła, że przy­pil­nu­je, żeby chłop­cy byli grzecz­ni i mu nie prze­szka­dza­li.

– Ale mój się roz­ła­do­wał! – za­wył Leon, wy­ry­wa­jąc bra­tu sprzęt.

– To moje! – Mi­łosz nie zwykł ła­two od­pusz­czać.

W in­nej sy­tu­acji Kin­ga za­pew­ne by­ła­by dum­na z syna.

– Mi­łosz­ku, pro­szę cię, je­steś star­szy, mą­drzej­szy… – Uży­ła ar­gu­men­tu, któ­re­go mia­ła ni­g­dy nie wy­ko­rzy­sty­wać. Zresz­tą zro­bi­ła to nie po raz pierw­szy.

Kie­dy za­szła w dru­gą cią­żę, obie­ca­ła so­bie, że bę­dzie spra­wie­dli­wie trak­to­wać dzie­ci. Mia­ła nie fa­wo­ry­zo­wać żad­ne­go z nich, ale ży­cie zwe­ry­fi­ko­wa­ło to po­sta­no­wie­nie. Nie, nie mia­ła ulu­bio­ne­go dziec­ka, broń Boże. Po pro­stu z Mi­ło­szem moż­na było wię­cej za­ła­twić. Leon był młod­szy i mniej ro­zu­miał, a ra­czej po­tra­fił umie­jęt­nie wy­ko­rzy­stać swo­ją po­zy­cję w ro­dzi­nie, ale Kin­ga nie mia­ła już sił, żeby roz­trzą­sać tę kwe­stię.

– To nie fair! – upie­rał się Mi­łosz. – Za­wsze mu­szę mu ustę­po­wać!

– Ży­cie nie za­wsze jest fair – mruk­nął To­masz pod no­sem.

Po jego sło­wach w sa­mo­cho­dzie za­pa­dła ci­sza. Suv z ro­dzi­ną Smo­liń­skich na po­kła­dzie wje­chał na par­king Ga­le­rii Do­mi­ni­kań­skiej. Wy­glą­da­ło na to, że nie tyl­ko Kin­ga i To­mek do­szli do wnio­sku, że cen­trum han­dlo­we bę­dzie naj­lep­szą bazą wy­pa­do­wą.

Jar­mark we Wro­cła­wiu na­le­żał do naj­po­pu­lar­niej­szych i naj­bar­dziej lu­bia­nych nie tyl­ko w Pol­sce, ale tak­że w Eu­ro­pie, więc każ­de­go roku przy­cią­gał tłu­my. Miał nie­po­wta­rzal­ną at­mos­fe­rę. Nie po­trze­ba było śnie­gu i mro­zu, aby po­czuć kli­mat zbli­ża­ją­cych się świąt.

Dzie­ci nie­mal na­tych­miast rzu­ci­ły się na ka­ru­ze­le i opa­no­wa­ły Po­lar­ny Eks­pres. Kin­ga ob­ser­wo­wa­ła sy­nów z uśmie­chem. Chcia­ła im stwo­rzyć bez­piecz­ną, szczę­śli­wą ro­dzi­nę. To dla nich ro­bi­ła to wszyst­ko, mu­sia­ła o tym pa­mię­tać.

– Chy­ba im się po­do­ba – ode­zwa­ła się.

Od dłuż­sze­go cza­su się za­sta­na­wia­ła, co po­wie­dzieć, żeby prze­rwać tę nie­zno­śną ci­szę. Nie­sa­mo­wi­te. W któ­rym mo­men­cie zwy­kła roz­mo­wa z mę­żem za­czę­ła spra­wiać jej trud­ność? Nie wie­dzia­ła. Nie za­uwa­ży­ła, że nie ma z nim o czym roz­ma­wiać, że bra­ku­je im wspól­nych te­ma­tów.

– Na to wy­glą­da – bąk­nął, roz­glą­da­jąc się wo­kół.

Spoj­rza­ła na nie­go i nie­mal na­tych­miast po­czu­ła wście­kłość. Dla­cze­go tak wszyst­ko utrud­niał? Dla­cze­go był wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­ny? Czy na­praw­dę tak dużo od nie­go wy­ma­ga­ła? Chcia­ła po pro­stu, żeby ko­chał ją i dzie­ci. Żeby był za­an­ga­żo­wa­nym, ko­cha­ją­cym mę­żem, bo tak przed­sta­wia­ła go świa­tu. Dla­cze­go za cho­le­rę nie po­tra­fił się do­sto­so­wać?

– A to­bie? – za­py­ta­ła, mru­żąc oczy.

Mi­łosz i Leon zsie­dli z ka­ru­ze­li, bła­ga­jąc mat­kę, żeby ku­pi­ła im jesz­cze po że­to­nie. Bez sło­wa sta­nę­ła we wca­le nie­ma­łej ko­lej­ce. Jar­mark był oku­po­wa­ny od go­dzin po­ran­nych, a Kin­ga po­dej­rze­wa­ła, że naj­więk­sze ob­lę­że­nie prze­ży­je o zmro­ku.

Ku­pi­ła sy­nom jesz­cze po dwa że­to­ny na prze­jazd ko­lej­ką i wrę­czy­ła je Mi­ło­szo­wi.

– Masz, pil­nuj bra­ta – na­ka­za­ła.

Ro­zej­rza­ła się, żeby na­mie­rzyć Tom­ka. Stał w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym go zo­sta­wi­ła. Znu­dzo­ny prze­su­wał pal­cem po ekra­nie smart­fo­na.

– Tak ci się nu­dzi? – rzu­ci­ła do nie­go ze zło­ścią.

– I po co te ner­wy? – Po­krę­cił gło­wą. – Scho­dzę ci z dro­gi od rana, że­byś na mnie nie war­cza­ła, a ty i tak znaj­dziesz po­wód do kłót­ni…

Wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze.

– To ra­czej ty od rana je­steś ob­ra­żo­ny – za­uwa­ży­ła. – Nie chcia­łeś tu­taj z nami przy­jeż­dżać?

– Mo­głaś za­py­tać mnie o zda­nie, za­nim pod­ję­łaś de­cy­zję. – Osten­ta­cyj­nie od­wró­cił wzrok.

Kin­ga za­ci­snę­ła wsu­nię­te do kie­sze­ni płasz­cza dło­nie w pię­ści.

– Chcia­łam, żeby dzie­ci mia­ły ja­kąś roz­ryw­kę – bąk­nę­ła na­bur­mu­szo­na.

– I mają – skwi­to­wał, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

– Dla­cze­go ty mnie tak nie­na­wi­dzisz?

Eks­pres Po­lar­ny za­trzy­mał się, ale Mi­łosz i Leon nie wy­sie­dli. Star­szy z chłop­ców po­dał męż­czyź­nie ob­słu­gu­ją­ce­mu ka­ru­ze­lę dwa że­to­ny.

– Nie­na­wi­dzę cię? Skąd ci to przy­szło do gło­wy? – To­masz uniósł brwi.

– Trak­tu­jesz mnie obo­jęt­nie…

– Od obo­jęt­no­ści do nie­na­wi­ści da­le­ka dro­ga – stwier­dził, od­wra­ca­jąc wzrok. – Wła­śnie tego chcia­łaś, praw­da? Ide­al­nej ro­dzi­ny, pięk­nych, zdro­wych dzie­ci, męża speł­nia­ją­ce­go każ­dą two­ją za­chcian­kę… O co ci cho­dzi? Czy nie za­pew­niam ci wszyst­kie­go, o czym ma­rzy­łaś?

Kin­ga przy­gry­zła dol­ną war­gę. Nie, nie mo­gła się te­raz roz­pła­kać. Szko­da tu­szu na tego kre­ty­na. Nie jest tego wart.

– Czy ty mnie jesz­cze ko­chasz?

– Od kie­dy to cię in­te­re­su­je? – prych­nął. – Ni­g­dy nie przej­mo­wa­łaś się uczu­cia­mi.

– Idą świę­ta – bąk­nę­ła pod no­sem. – Chcia­ła­bym usiąść przy ro­dzin­nym sto­le z męż­czy­zną, któ­ry da­rzy mnie mi­ło­ścią i sza­cun­kiem.

– Prze­cież przy lu­dziach ci je oka­zu­ję, a tyl­ko o to ci cho­dzi. – To­mek prze­stą­pił z nogi na nogę. – Wrzu­ci­łaś już zdję­cie z Wro­cła­wia na In­sta­gram?

– Jesz­cze nie – wy­ce­dzi­ła, po czym zo­sta­wi­ła go i ode­szła na kil­ka me­trów, sta­jąc przy schod­kach, któ­ry­mi za chwi­lę mie­li scho­dzić z ka­ru­ze­li jej sy­no­wie.

Nie miał ra­cji. Oczy­wi­ście, że nie miał ra­cji! Ow­szem, li­czy­ła się z opi­nią in­nych, ale nie była dla niej naj­waż­niej­sza. Chy­ba nie… Czy to źle, że chcia­ła, aby lu­dzie ją po­dzi­wia­li? Żeby jej za­zdro­ści­li?

Od­kąd tyl­ko Kin­ga się­ga­ła pa­mię­cią, czu­ła na kar­ku od­dech star­szej sio­stry. Z mar­szu do­sta­ła lep­szą po­zy­cję – mia­ła praw­dzi­wą ma­mu­się i praw­dzi­we­go ta­tu­sia, nie to co Ka­mi­la – ale sta­le mu­sia­ła ją umac­niać. Ka­mi­la w su­mie nie ro­bi­ła nic, żeby za­im­po­no­wać in­nym, a i tak mia­ła mnó­stwo ko­le­ża­nek i ko­le­gów. Na­wet Mag­da­le­na, w któ­rą Kin­ga była wpa­trzo­na jak w ob­ra­zek, chcia­ła się ba­wić tyl­ko z nią. Ow­szem, Kin­ga mia­ła po­klask ro­dzi­ców, ale prze­cież świat nie koń­czy się na mat­ce i ojcu. Kie­dy tyl­ko prze­stę­po­wa­ła próg ro­dzin­ne­go domu, czu­ła strach.

Czy ró­wie­śni­cy ją za­ak­cep­tu­ją? Czy będą chcie­li się z nią ba­wić?

Ta­tuś za­wsze był w nią wpa­trzo­ny. Kin­ga była jego oczkiem w gło­wie, co zresz­tą umie­jęt­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ła. Na­ma­wia­ła tatę na za­kup mar­ko­wych za­ba­wek, po­tem ubrań i ko­sme­ty­ków. Za­wsze mu­sia­ła być naj­lep­sza.

Do­sta­ła w spad­ku po bab­ci ze stro­ny ojca do­bre geny. Ka­mi­la wro­dzi­ła się w Te­re­sę, któ­rej do­dat­ko­we ki­lo­gra­my osa­dza­ły się w oko­li­cach bio­der i ud. Kin­ga wła­ści­wie mo­gła jeść bez opa­mię­ta­nia, a i tak była szczu­pła. Jej twarz za­pa­da­ła w pa­mięć, wy­star­czy­ło umie­jęt­nie pod­kre­ślić uro­dę. Do per­fek­cji opa­no­wa­ła sztu­kę na­kła­da­nia ma­ki­ja­żu i ubie­ra­nia się w taki spo­sób, aby ukryć drob­ne nie­do­sko­na­łoś­ci. Była pięk­na. Kie­dy jako na­sto­let­nia dziew­czy­na su­nę­ła szkol­nym ko­ry­ta­rzem, sku­pia­ła na so­bie wszyst­kie spoj­rze­nia. Ko­le­żan­ki jej za­zdro­ści­ły, a ona bar­dzo do­brze się z tym czu­ła.

Już wte­dy wie­dzia­ła, że nie może do­pu­ścić do żad­nej ska­zy na swo­im ide­al­nym wi­ze­run­ku. Uni­ka­ła im­prez, z mar­szu spła­wia­ła chłop­ców, któ­rzy od­bie­ga­li od jej wy­obra­żeń o ide­al­nym part­ne­rze, i nie pa­ko­wa­ła się w żad­ne skan­da­le, cze­go nie moż­na było po­wie­dzieć o Ka­mi­li. Raz czy dwa sły­sza­ła od star­szych ko­le­gów, że jej sio­stra się nie sza­nu­je, że zda­rza się jej pójść do łóż­ka z kum­plem na im­pre­zie.

– Co ty wy­pra­wiasz? – zru­ga­ła ją pew­ne­go dnia. – Bę­dziesz mia­ła opi­nię pusz­czal­skiej, na tym ci za­le­ży?

– Nie two­ja spra­wa – prych­nę­ła Ka­mi­la. – W prze­ci­wień­stwie do cie­bie je­stem już do­ro­sła, miesz­kam sama i mogę ro­bić, co chcę.

– Po­tem bę­dziesz tego ża­ło­wać – pod­su­mo­wa­ła Kin­ga. – Mam tyl­ko na­dzie­ję, że two­je za­cho­wa­nie nie od­bi­je się na mnie. Nie za­mie­rzam pła­cić za two­je błę­dy!

Kin­ga do­sko­na­le się czu­ła, kie­dy ko­le­żan­ki pa­trzy­ły na nią z po­dzi­wem i mó­wi­ły: „Ty to masz szczę­ście: je­steś ład­na, szczu­pła, mą­dra, masz faj­nych sta­rych i wszy­scy ko­le­sie sza­le­ją na two­im punk­cie!”. Nie­waż­ne, że po po­wro­cie do domu Kin­ga za­my­ka­ła się w domu i pła­ka­ła nad swo­ją sa­mot­no­ścią. Nie­istot­ne, że w głę­bi du­cha po­dzi­wia­ła Ka­mi­lę, któ­ra mia­ła od­wa­gę tup­nąć nogą, wy­pro­wa­dzić się z domu i żyć na wła­snych za­sa­dach. Li­czy­ło się tyl­ko to, że inni my­śle­li, że to wła­śnie ona pro­wa­dzi ide­al­ne ży­cie. Wte­dy sama jesz­cze mo­gła w to wie­rzyć.

Tro­chę od­pu­ści­ła, kie­dy po­szła na stu­dia. Wia­do­mo, w ży­ciu każ­de­go czło­wie­ka przy­cho­dzi czas na za­ba­wę, i naj­czę­ściej przy­pa­da on wła­śnie na lata stu­denc­kie. Kin­ga, jako jed­na z nie­licz­nych, za­cho­wy­wa­ła jed­nak zdro­wy roz­są­dek. W prze­ci­wień­stwie do ró­wie­śnic wie­rzy­ła, że nie po­zna war­to­ścio­we­go męż­czy­zny na dys­ko­te­ce i na wszyst­kich pa­trzy­ła z góry. To nie tak, że cho­wa­ła cno­tę dla męża, ale sta­ran­nie do­bie­ra­ła part­ne­rów, z któ­ry­mi się uma­wia­ła, wie­dząc, że ża­den z nich nie jest tym na za­wsze. Bo jaką ro­dzi­nę mo­gła zbu­do­wać z ab­sol­wen­tem so­cjo­lo­gii czy stu­den­tem kul­tu­ro­znaw­stwa?

Ka­mi­la odzie­dzi­czy­ła po mat­ce fi­gu­rę, a Kin­ga wy­ra­cho­wa­nie. Te­re­sa dość nie­for­tun­nie wy­bra­ła so­bie part­ne­ra, ale nie moż­na było jej od­mó­wić jed­ne­go – po­tra­fi­ła ma­ni­pu­lo­wać nim tak, aby do­pro­wa­dzić go do oł­ta­rza. Ta umie­jęt­ność zo­sta­ła udo­sko­na­lo­na w na­stęp­nym po­ko­le­niu. Kin­ga po­lo­wa­ła na męża ide­al­ne­go, któ­ry do­peł­ni jej ide­al­ny wi­ze­ru­nek, i kie­dy tyl­ko taki po­ja­wił się na ho­ry­zon­cie, od razu przy­stą­pi­ła do dzia­ła­nia. Nie, nie po­ni­ży­ła­by się tak jak mat­ka, na­cią­ga­jąc fa­ce­ta na dziec­ko. Uwa­ża­ła, że mą­dra ko­bie­ta po­tra­fi wy­móc na męż­czyź­nie ślub w bar­dziej ele­ganc­ki spo­sób.

To­mek był star­szy od niej o pięć lat, czy­li pod­sta­wo­wy wa­ru­nek zo­stał speł­nio­ny. Nie wy­obra­ża­ła so­bie, że mia­ła­by się zwią­zać z któ­rymś ze swo­ich ko­le­gów ze stu­diów, któ­rzy do­pie­ro za­czy­na­li swo­ją za­wo­do­wą dro­gę. Szu­ka­ła męż­czy­zny z usta­bi­li­zo­wa­ną sy­tu­acją. Był rów­nież bar­dzo przy­stoj­ny, co oczy­wi­ście nie po­zo­sta­wa­ło bez zna­cze­nia. Wpraw­dzie Mark Zuc­ker­berg zdą­żył już uru­cho­mić na Ha­rvar­dzie pro­jekt, któ­ry miał zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wać in­ter­net i wpro­wa­dzić świat w zu­peł­nie nową erę Fa­ce­bo­oka, ale kie­dy Kin­ga po­zna­ła Tom­ka, do­pie­ro przy­mie­rza­no się do uru­cho­mie­nia pol­skiej wer­sji ję­zy­ko­wej, co nie zmie­nia­ło fak­tu, że chcia­ła, żeby ko­le­żan­ki za­zdro­ści­ły jej ta­kie­go chło­pa­ka. Nie po­trze­bo­wa­ła kon­ta w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych, żeby za­im­po­no­wać zna­jo­mym. Za­mie­rza­ła bry­lo­wać z Tom­kiem w to­wa­rzy­stwie, i to jak naj­czę­ściej.

Mło­dy i zdol­ny geo­de­ta był wy­ma­rzo­nym part­ne­rem. Wie­dzia­ła, jak go zdo­być. Bo To­mek, ow­szem, był Kin­gą za­in­te­re­so­wa­ny, ale nie do koń­ca w taki spo­sób, w jaki by so­bie ży­czy­ła. Trak­to­wał ją bar­dziej jak ko­le­żan­kę, z któ­rą może po­roz­ma­wiać. Po­zna­ła go na we­se­lu, na któ­rym był z na­rze­czo­ną, ale po­tem coś mię­dzy nimi za­czę­ło się psuć, więc sko­rzy­sta­ła z oka­zji.

– Wiesz, ja ją na­praw­dę ko­cha­łem, oświad­czy­łem się jej, my­śla­łem, że to ko­bie­ta na całe ży­cie, a na­gle ona mi mówi, że po­trze­bu­je cza­su na za­sta­no­wie­nie się, bo nie jest pew­na, ro­zu­miesz? – tłu­ma­czył jej.

– Nie jest war­ta tego, że­byś o niej tyle my­ślał, spró­buj za­po­mnieć – ra­dzi­ła mu, a w du­chu do­da­wa­ła: „I zwróć na mnie w koń­cu uwa­gę”.

Była cier­pli­wa. Po­ka­zy­wa­ła mu się z jak naj­lep­szej stro­ny, raz czy dwa ode­bra­ła go z im­pre­zy, bo upił się do nie­przy­tom­no­ści. Brzy­dzi­ła się pi­ja­ka­mi, ale za­pew­nia­ła, że nic się nie sta­ło, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Raz, kie­dy od­wio­zła go pod blok, pró­bo­wał ją po­ca­ło­wać, ale mu na to nie po­zwo­li­ła.

– Na trzeź­wo – za­żą­da­ła.

Chcia­ła, żeby wie­dział, że ona za­wsze jest w po­bli­żu, że za­wsze może na nią li­czyć, ale kie­dy w koń­cu za­czął do niej ro­bić ma­śla­ne oczy, ona się wy­co­fa­ła. Wie­dzia­ła, że to naj­lep­sza tak­ty­ka. To­mek zgłu­piał. Sam nie mógł dojść do ładu ze swo­imi uczu­cia­mi wo­bec Kin­gi, nie ro­zu­miał, co się dzie­je, ale nie po­do­ba­ła mu się nowa sy­tu­acja. Naj­pierw wy­da­wa­ło mu się, że jest nim za­in­te­re­so­wa­na, a po­tem prze­sta­ła zwra­cać na nie­go uwa­gę. To ura­zi­ło jego mę­ską dumę. Im bar­dziej ona ucie­ka­ła, tym bar­dziej miał ocho­tę ją go­nić.

– Co się dzie­je? Dla­cze­go na­gle nie masz dla mnie cza­su? – do­py­ty­wał.

– Po pro­stu je­stem za­ję­ta – tłu­ma­czy­ła z szel­mow­skim uśmie­chem, czym tyl­ko pod­no­si­ła mu ci­śnie­nie.

Była bez­czel­na! Miał wra­że­nie, że so­bie z nie­go kpi i nie po­do­ba­ło mu się to. Po­sta­wił so­bie za punkt ho­no­ru zdo­być tę małą i utrzeć jej nosa. Udo­wod­nić so­bie i jej, że jesz­cze żad­na ko­bie­ta mu się nie opar­ła.

Kil­ka razy po­zwo­li­ła mu się po­ca­ło­wać, ale kie­dy jego ręce błą­dzi­ły za­chłan­nie po jej cie­le, po­wie­dzia­ła „dość”.

– Nie na­le­żę do ko­biet, któ­re sy­pia­ją z ko­le­ga­mi – stwier­dzi­ła chłod­no.

– Ale… – Co­raz bar­dziej mu się to wszyst­ko nie po­do­ba­ło. – My prze­cież nie… To zna­czy nie tyl­ko, i…

– Więc kim dla sie­bie je­ste­śmy? – Przy­par­ła go w koń­cu do muru.

Już nie miał od­wro­tu.

– No… parą… chy­ba… – wy­du­kał.

Nie za­mie­rzał się wią­zać. Nie, kie­dy jesz­cze nie zdą­żył ode­tchnąć po nie­uda­nym związ­ku. Ale ona do­pro­wa­dza­ła go do sza­leń­stwa. Zro­bił­by wszyst­ko, żeby była jego. Cała.

Kie­dy Kin­ga uzy­ska­ła od Tom­ka de­kla­ra­cję, nie­co od­pu­ści­ła, ale na­dal trzy­ma­ła rękę na pul­sie. Mu­sia­ła. Staw­ka była zbyt wy­so­ka. Chcia­ła, żeby po­pro­sił ją o rękę, chcia­ła, żeby ko­chał tyl­ko ją. Czy ona go ko­cha­ła? Tak, chy­ba tak. A może ko­cha­ła tyl­ko wi­zję ide­al­ne­go ży­cia?

Była z nim, ale jak­by obok. Wciąż trzy­ma­ła go na dy­stans.

– Tak zo­sta­łam wy­cho­wa­na – wy­tłu­ma­czy­ła mu, kie­dy py­tał, co się dzie­je.

Miał jej cia­ło, ale nie tak czę­sto, jak by chciał, a wciąż pra­gnął wię­cej. Zdo­był ją, ale jak­by nie cał­kiem. Z tą ko­bie­tą moż­na było osza­leć! Oświad­czył się, bo co miał zro­bić?

I tak przy­pie­czę­to­wał swój los. Kin­ga osza­la­ła ze szczę­ścia i za­czę­ła pla­no­wać ide­al­ny ślub. Fa­ce­bo­ok był już do­stęp­ny w Pol­sce, więc mo­gła bez ogra­ni­czeń pu­bli­ko­wać zdję­cia z we­se­la i po­dró­ży po­ślub­nej. Wy­bra­ła tyl­ko naj­lep­sze uję­cia. Nie po­ka­zy­wa­ła zna­jo­mym ca­łe­go ży­cia, a tyl­ko jego naj­lep­sze mo­men­ty. Jaki jest sens we wrzu­ca­niu trzy­dzie­stu zdjęć z wa­ka­cji? Kto w ogó­le zada so­bie tyle tru­du, żeby je wszyst­kie obej­rzeć? Le­piej opu­bli­ko­wać jed­no a do­bre, któ­re na dzień do­bry zdo­bę­dzie sto laj­ków.

Kin­ga do per­fek­cji opa­no­wa­ła kre­owa­nie wi­ze­run­ku w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych. Była jed­ną z pierw­szych użyt­kow­ni­czek In­sta­gra­ma, któ­ry jej skrom­nym zda­niem bił Fa­ce­bo­oka na gło­wę. Mak­si­mum tre­ści, mi­ni­mum słów…

Z za­my­śle­nia wy­rwał ją na­gle ra­do­sny okrzyk.

– Mamo, było eks­tra! Te­raz chciał­bym watę cu­kro­wą, ku­pisz mi? – Leon aż pod­ska­ki­wał z eks­cy­ta­cji.

– Naj­pierw obiad – oświad­czy­ła z prze­ko­na­niem. – Po­tem może do­sta­nie­cie ja­kieś sło­dy­cze, ale mu­si­cie być grzecz­ni.

Po­wo­li za­czął za­pa­dać zmierzch. Tam­te­go roku jar­mark ob­jął swym za­się­giem nie tyl­ko Ry­nek i uli­ce Świd­nic­ką i Oław­ską, ale tak­że plac Sol­ny. Wśród prze­chod­niów nie bra­ko­wa­ło spa­ce­ro­wi­czów, a tak­że osób, któ­re przy­by­ły na jar­mark z kon­kret­nym ce­lem – ku­pie­nia bli­skim pre­zen­tu świą­tecz­ne­go. A cze­góż na tym kier­ma­szu nie było! Cie­płe koce i odzież zi­mo­wa, bi­żu­te­ria z ka­mie­ni szla­chet­nych, musz­ki i spin­ki do man­kie­tów, a na­wet ce­ra­mi­ka z Ukra­iny czy in­stru­men­ty mu­zycz­ne z Taj­lan­dii. Wzrok Kin­gi przy­ku­ły ozdob­ne tor­by fil­co­we i po­dusz­ki z mo­ty­wa­mi lu­do­wy­mi. Leon ko­niecz­nie chciał obej­rzeć drew­nia­ne za­baw­ki, ale Mi­łosz pod­su­mo­wał, że to do­bre dla ma­lu­chów.

Smo­liń­scy za­trzy­ma­li się na pla­cu Sol­nym. Chłop­cy ubła­ga­li mat­kę, żeby we­szła z nimi do Zi­mo­we­go La­bi­ryn­tu. To­mek tra­dy­cyj­nie oświad­czył, że po­cze­ka na ze­wnątrz, i nie­mal na­tych­miast wy­cią­gnął z kie­sze­ni te­le­fon. Kin­ga ob­ser­wo­wa­ła go z mie­sza­ni­ną nie­do­wie­rza­nia i stra­chu. Z dnia na dzień co­raz bar­dziej się od niej od­gra­dzał. A co, je­śli pew­ne­go dnia po pro­stu odej­dzie? Na­tych­miast od­pę­dzi­ła od sie­bie te my­śli. To­mek nie był męż­czy­zną, któ­ry po­rzu­ca ro­dzi­nę, dzię­ki Bogu. Ilu­zja może trwać, co nie zmie­nia fak­tu, że bę­dzie mu­sia­ła na nie­go ja­koś wpły­nąć. Tak nie może być. Co on so­bie wy­obra­ża? Że do wi­gi­lij­nej ko­la­cji za­sią­dzie ze smart­fo­nem?

Wę­drów­ka po krę­tych ko­ry­ta­rzach Zi­mo­we­go La­bi­ryn­tu spo­tka­ła się z umiar­ko­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem chło­pa­ków. Cza­sem my­śla­ła, że wi­dzie­li już za dużo i sta­li się przez to zbyt rosz­cze­nio­wi. Ona w wie­ku Mi­ło­sza po raz pierw­szy zo­ba­czy­ła mo­rze! A oni? Week­end w Pra­dze, w Wied­niu, wa­ka­cje na eg­zo­tycz­nych wy­spach. Kie­dy usły­sze­li, że jadą nad Bał­tyk, jęk­nę­li z za­wo­dem. Jak to nad Bał­tyk? Tam jest nud­no! A woda? Nie da się w niej za­nu­rzyć sto­py, taka jest lo­do­wa­ta! Czy to moż­li­we, że dała im zbyt wie­le?

Kie­dy wy­szli z la­bi­ryn­tu, To­mek tak­tow­nie scho­wał smart­fon do kie­sze­ni.

– Co ty ro­bisz na tym te­le­fo­nie? – za­py­ta­ła w koń­cu.

– Prze­glą­dam wia­do­mo­ści na por­ta­lach in­for­ma­cyj­nych – rzu­cił non­sza­lanc­ko. – Je­stem głod­ny, a wy?

Mi­łosz i Leon na­tych­miast przy­tak­nę­li. Star­szy za­ży­czył so­bie ko­łacz wę­gier­ski, a młod­szy watę cu­kro­wą.

– O nie! Mie­li­śmy naj­pierw zjeść obiad – przy­po­mnia­ła im Kin­ga. – Je­śli do­trzy­ma­cie sło­wa, ku­pię wam to, na co bę­dzie­cie mieć ocho­tę.

Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że to nie jest zbyt wy­cho­waw­cze, ale mia­ła dość prze­py­cha­nia się z nie­sfor­ny­mi sy­na­mi. W ich wy­cho­wa­niu już daw­no prze­sta­ły się spraw­dzać inne me­to­dy niż szan­taż.

– Tu­taj jest ja­kiś punkt ga­stro­no­micz­ny – za­uwa­żył To­mek, wska­zu­jąc na lewo.

I rze­czy­wi­ście, z jar­marcz­ne­go sto­iska uno­sił się aro­ma­tycz­ny za­pach. Kin­ga spoj­rza­ła na menu i zmarsz­czy­ła nos, za­sta­na­wia­jąc się, co za­mó­wić sy­nom. Bra­cia byli wy­jąt­ko­wo wy­bred­ni, wie­dzia­ła, że wzgar­dzą żur­kiem czy bi­go­sem, ale szasz­łyk z gril­la po­win­ni zjeść. To­mek za­ży­czył so­bie pie­ro­gi, a ona zde­cy­do­wa­ła się na kar­to­fle z gzi­kiem.

Oświe­tlo­na cho­in­ka wy­róż­nia­ła się na tle za­chod­niej wie­ży za­byt­ko­we­go ra­tu­sza, jed­nak uwa­gę Kin­gi przy­cią­gnął bu­dy­nek daw­nej Miej­skiej Kasy Oszczęd­no­ści, w któ­rym dziś mie­ści­ła się sie­dzi­ba jed­ne­go z naj­więk­szych ban­ków w Pol­sce. Nie po­tra­fi­ła po­wie­dzieć dla­cze­go, ale kie­dy my­śla­ła o wro­cław­skim Ryn­ku, oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzia­ła wła­śnie ten gmach. Wie­lu tu­ry­stów twier­dzi­ło, że ten bu­dy­nek nie pa­su­je do za­byt­ków Sta­re­go Mia­sta, jed­nak dla niej sta­no­wił jego in­te­gral­ną część i przy­po­mi­nał o tym, jak bar­dzo zło­żo­na jest hi­sto­ria mia­sta. Uwa­ża­ła, że po­stęp jest rze­czą nie­unik­nio­ną. Nowe mie­sza­ło się ze sta­rym i ab­so­lut­nie nie na­le­ża­ło w te pro­ce­sy in­ge­ro­wać. Spoj­rza­ła na Tom­ka. Czy w ich przy­pad­ku ist­nia­ło jesz­cze ja­kieś „nowe”?

To­mek i Kin­ga przy­cią­ga­li uwa­gę. Ona była zja­wi­sko pięk­na, on przy­stoj­ny i nie­do­stęp­ny. Ko­bie­ty lu­bią ta­jem­ni­czych męż­czyzn, przy­cią­ga je w nich mrok. To­mek tak jak­by no­sił w so­bie ciem­ną, nie­od­kry­tą ta­jem­ni­cę. Tak atrak­cyj­na para nie mo­gła spło­dzić in­nych dzie­ci niż te, któ­re naj­ła­twiej okreś­lić przy­miot­ni­kiem „ślicz­ne”. Sta­li całą ro­dzi­ną przy nie­wiel­kim sto­li­ku. Chłop­cy roz­grze­wa­li się go­rą­cą cze­ko­la­dą, Kin­ga grzań­cem w kub­ku w kształ­cie świą­tecz­nej skar­pe­ty. Pa­trzy­ła gdzieś da­le­ko, jak­by nie­obec­na, aż na­gle się zre­flek­to­wa­ła i wy­ję­ła z to­reb­ki smart­fon. To­mek jęk­nął, ale wie­dział, że nie unik­nie obo­wiąz­ko­we­go ro­dzin­ne­go sel­fie. Na­wet nie pro­te­sto­wał, bo wie­dział, że Kin­ga się ob­ra­zi, a nie miał za­mia­ru zno­sić jej fo­chów. Dla świę­te­go spo­ko­ju wo­lał się zgo­dzić.

Mi­łosz i Leon od razu usta­wi­li się do zdję­cia. Szcze­gól­nie star­szy lu­bił po­zo­wać. „Po ma­mu­si”, jak czę­sto my­ślał z prze­ką­sem To­masz.

Kin­ga usta­wi­ła te­le­fon pod od­po­wied­nim ką­tem. Chwi­lę przy nim ma­new­ro­wa­ła, tak aby w ka­drze było wi­dać świą­tecz­ną cho­in­kę. Do­sko­na­le. Za­pre­zen­to­wa­ła ide­al­nie pro­ste i bia­łe zęby, cier­pli­wie cze­ka­jąc, aż mąż i sy­no­wie za­po­zu­ją do zdję­cia. Cho­ciaż na fo­to­gra­fii mo­gła mieć ide­al­ną ro­dzi­nę.

Zro­bi­ła kil­ka zdjęć, aby wy­brać to naj­ko­rzyst­niej­sze. Po­zo­sta­łe od razu usu­nę­ła. Opu­bli­ko­wa­nie fo­to­gra­fii na Fa­ce­bo­oku i In­sta­gra­mie za­ję­ło jej mniej niż trzy­dzie­ści se­kund. Opa­no­wa­ła to do per­fek­cji. Nie­mal na­tych­miast po­sy­pa­ły się ko­men­ta­rze: „Pięk­nie wy­glą­da­cie”, „Wspa­nia­ła ro­dzin­ka!”. Sa­mo­po­czu­cie Kin­gi od razu się po­pra­wi­ło. Zna­jo­mi na­dal ją po­dzi­wia­li, na­dal nie od­kry­li ilu­zji.

– W po­rząd­ku, idzie­my da­lej. Za­raz ma się roz­po­cząć pa­ra­da z udzia­łem świę­te­go mi­ko­ła­ja. Chy­ba nie chcie­li­by­śmy jej prze­oczyć, praw­da?

MAG­DA­LE­NA WSTA­ŁA Z ŁÓŻ­KA Z BÓ­LEM GŁO­WY. Pierw­szym, co zro­bi­ła, jesz­cze za­nim skie­ro­wa­ła kro­ki do ła­zien­ki, było po­łknię­cie prosz­ków prze­ciw­bó­lo­wych, cho­ciaż do­sko­na­le wie­dzia­ła, że nie po­win­no się przyj­mo­wać ta­ble­tek na pu­sty żo­łą­dek. Sta­ra­ła się za­cho­wy­wać ci­cho, żeby nie obu­dzić Da­nie­la, któ­ry wró­cił z pra­cy wcze­śnie rano.

Mia­ła wol­ny dzień i za­sta­na­wia­ła się, co z nim zro­bić. Osta­tecz­nie do­szła do wnio­sku, że daw­no nie od­wie­dza­ła ro­dzi­ców i po­sta­no­wi­ła to na­pra­wić. Naj­chęt­niej za­szy­ła­by się na cały gru­dzień pod koł­drą, scho­wa­ła przed ca­łym świa­tem, ale nie mo­gła być aż taką ego­ist­ką. Szyb­ko, aby się nie roz­my­ślić, za­dzwo­ni­ła do Ma­rii i za­py­ta­ła, czy za­sta­nie w domu ją i ojca.

– Oczy­wi­ście, je­ste­śmy, za­pra­sza­my! Przy­je­dziesz z Da­nie­lem?

– Eee… – bąk­nę­ła pod no­sem. Nie chcia­ła, aby mat­ka się do­my­śli­ła, że od dłuż­sze­go cza­su pro­wa­dzą wła­ści­wie osob­ne ży­cia. – Da­niel do­pie­ro nie­daw­no wró­cił z pra­cy, nie chcia­ła­bym go bu­dzić – po­wie­dzia­ła. – Chy­ba przyj­dę sama.

– W po­rząd­ku, niech tak bę­dzie – po­wie­dzia­ła Ma­ria. – Ni­cze­go nie go­tuj, ja zro­bię obiad i za­pa­ku­ję na wy­nos dla Da­nie­la, żeby zjadł, jak już się wy­śpi.

– Do­brze, mamo – zgo­dzi­ła się Mag­da­le­na.

Umó­wi­ła się z Ma­rią, że wpad­nie za dwie go­dzi­ny, więc mia­ła jesz­cze chwi­lę dla sie­bie. Po­ło­ży­ła się na łóż­ku i z nu­dów się­gnę­ła po smart­fon. Prze­glą­da­jąc Fa­ce­bo­ok, na­tra­fi­ła na zdję­cie Kin­gi z ro­dzi­ną do­da­ne przed dwo­ma dnia­mi.

Tra­dy­cyj­nie już cała czwór­ka pre­zen­to­wa­ła się le­piej niż do­brze. Mag­da­le­na po ci­chu za­zdro­ści­ła ku­zyn­ce tego szczę­ścia. Za­wsze uwa­ża­ła młod­szą z có­rek ciot­ki Te­re­sy za wred­ną i roz­piesz­czo­ną dzie­wu­chę. Jako dziec­ko nie­chęt­nie się z nią ba­wi­ła, wy­bie­ra­jąc to­wa­rzy­stwo Ka­mi­li. Zresz­tą dzie­li­ła je spo­ra róż­ni­ca wie­ku, któ­ra wów­czas wy­da­wa­ła jej się nie do prze­sko­cze­nia. Nie­chęć z bie­giem cza­su się roz­my­ła, ale po­zo­sta­ła nie do koń­ca zro­zu­mia­ła dla Mag­da­le­ny za­zdrość.

Już daw­no się prze­ko­na­ła, że los nie daje po rów­no. Kin­ga mia­ła wszyst­ko: przy­stoj­ne­go, ko­cha­ją­ce­go i cza­ru­ją­ce­go męża, zdro­we, szczę­śli­we dzie­ci, do­brze płat­ną pra­cę, wiel­kie, no­wo­cze­śnie wy­po­sa­żo­ne miesz­ka­nie… Stop. Za­pę­dzi­ła się. Pie­nią­dze, apar­ta­ment czy sa­mo­chód to rzecz na­by­ta. Ale ro­dzi­na… Mag­da­le­na prze­ko­na­ła się już, że ro­dzi­na jest naj­waż­niej­sza na świe­cie. Zwy­kle czło­wiek do­wia­du­je się o tym, kie­dy już ją stra­ci. Tak było w jej przy­pad­ku.

Ile by dała, żeby cho­ciaż przez je­den dzień być po pro­stu szczę­śli­wa, tak jak Kin­ga! Pa­trzy­ła na tę ide­al­ną ro­dzi­nę i żal ści­skał jej ser­ce. Ona też mia­ła taką ro­dzi­nę… Może nie taką samą, ale prze­cież mia­ła! A te­raz? Ci­sza, czte­ry ścia­ny i mąż, któ­ry już daw­no prze­stał z nią roz­ma­wiać. Co w ogó­le go przy niej trzy­ma­ło? Bo to, dla­cze­go ona od nie­go nie odej­dzie, było prze­cież ja­sne. Nie mia­ła sił ani ocho­ty na prze­py­chan­ki w są­dzie. Bra­ko­wa­ło jej ener­gii, aby co­kol­wiek zmie­nić.

Kie­dyś jesz­cze pró­bo­wa­ła z nim roz­ma­wiać.

– Słu­chaj, nie mo­że­my uda­wać, że nic się nie sta­ło, że jej nie było – mó­wi­ła. – To nie może być te­mat tabu. Ona za­słu­gu­je na to, żeby o niej mó­wić!

Ale Da­niel tłu­ma­czył, że nie po­tra­fi, że nie może, że to dla nie­go zbyt dużo. Obo­je rzu­ci­li się w wir pra­cy. Sku­pi­li się na obo­wiąz­kach, żeby nie zwa­rio­wać. Od­da­li­li się od sie­bie. Mag­da­le­na mia­ła wra­że­nie, że zna­leź­li się w miej­scu, z któ­re­go nie ma po­wro­tu.

Po­lu­bi­ła zdję­cie Kin­gi i wy­łą­czy­ła smart­fon. Jesz­cze przez chwi­lę le­ża­ła, wpa­tru­jąc się w su­fit i cze­ka­jąc, aż ta­blet­ka za­dzia­ła. Wzdry­gnę­ła się, kie­dy usły­sza­ła, że drzwi od dru­gie­go po­ko­ju się otwo­rzy­ły. Rzad­ko sy­pia­li w jed­nym po­miesz­cze­niu, a co do­pie­ro mó­wić o jed­nym łóż­ku.

Da­niel był dy­żur­nym w szó­stym ko­mi­sa­ria­cie. Po­li­cjan­ci za­zwy­czaj mają ośmio­go­dzin­ne służ­by, ale w przy­pad­ku dy­żur­nych spra­wa ma się ina­czej. Pra­cu­ją po dwa­na­ście go­dzin, tak jak pie­lę­gniar­ki. Rzad­ko pra­co­wa­li w tym sa­mym cza­sie. Za­zwy­czaj się mi­ja­li. Ona przy­cho­dzi­ła do domu, kie­dy on z nie­go wy­cho­dził, i od­wrot­nie. Sy­pia­li w róż­nych go­dzi­nach. Utrzy­my­wa­li, że chcą mieć ci­szę pod­czas snu, dla­te­go prze­nie­śli się do osob­nych po­koi.

– Już nie śpisz? – zdzi­wi­ła się, kie­dy zo­ba­czy­ła Da­nie­la w drzwiach swo­jej sy­pial­ni.

– Wsta­łem, żeby się na­pić, i za­raz wra­cam do łóż­ka. Masz dziś wol­ne?

„Je­steś moim mę­żem, po­wi­nie­neś to wie­dzieć”, po­my­śla­ła, ale na głos po­wie­dzia­ła:

– Tak. Wy­bie­ram się do ro­dzi­ców.

– Po­zdrów ich ode mnie – mruk­nął i już miał się wy­co­fać, kie­dy na­gle so­bie o czymś przy­po­mniał. – Słu­chaj… W pra­cy py­ta­ją, czy mają mnie wpi­sy­wać na dy­żur w Wi­gi­lię.

– Jak za­wsze. – Aż cała ze­sztyw­nia­ła.

Wie­dzia­ła, że to nie świę­ta za­bra­ły jej cór­kę, że to tyl­ko cho­ler­nie nie­szczę­śli­wy zbieg oko­licz­no­ści, iż Ola zgi­nę­ła wła­śnie w Wi­gi­lię, ale nic nie po­tra­fi­ła po­ra­dzić na to, że od tam­tej pory tak bar­dzo nie­na­wi­dzi­ła Bo­że­go Na­ro­dze­nia.

– W po­rząd­ku, idę się na­pić i spać. – Mach­nął tyl­ko ręką i już go nie było.

Mag­da­le­na scho­wa­ła się pod koł­drę. Mo­gła so­bie po­zwo­lić na chwi­lę le­ni­stwa.

Po­czu­ła bo­le­sny skurcz w pod­brzu­szu. To była czy­sta fi­zjo­lo­gia, po­trze­ba sek­su. Skrzy­żo­wa­ła nogi, żeby uspo­ko­ić cia­ło. Za­wsze tak było w dni płod­ne. Ste­ro­wa­ły nią hor­mo­ny.

Nie po­tra­fi­ła so­bie przy­po­mnieć, kie­dy upra­wia­ła seks, a prze­cież była mę­żat­ką! A Da­niel? Jak on so­bie ra­dził? Miał ko­chan­kę? Sam się za­do­wa­lał? Mag­da­le­nie prze­szło przez myśl, żeby w po­je­dyn­kę roz­wią­zać pro­blem, ale osta­tecz­nie stwier­dzi­ła, że sko­ro żyje bez sek­su od wie­lu mie­się­cy, nic się nie sta­nie, je­śli jesz­cze raz zlek­ce­wa­ży li­bi­do i od­wró­ci swo­ją uwa­gę.

Pla­no­wa­ła pójść do ro­dzi­ców na pie­cho­tę, ale kie­dy tyl­ko wy­szła z klat­ki scho­do­wej, zre­zy­gno­wa­ła. Mia­ła wra­że­nie, że chłód prze­ni­ka ją do szpi­ku ko­ści. Po­sta­no­wi­ła pod­je­chać je­den przy­sta­nek au­to­bu­sem, ale nie­mal na­tych­miast tego po­ża­ło­wa­ła.

Kie­dy tyl­ko ska­so­wa­ła bi­let, od razu za­uwa­ży­ła daw­no nie­wi­dzia­ną i wy­jąt­ko­wo nie­lu­bia­ną ko­le­żan­kę. Syl­wia mia­ła nie­zno­śną ten­den­cję do wty­ka­nia nosa w nie swo­je spra­wy, a na do­da­tek pa­pla­ła bez koń­ca. Je­śli ją do­strze­że, to ko­niec. Mag­da­le­na opa­dła szyb­ko na wol­ne sie­dze­nie, ale czuj­na zna­jo­ma od razu ją na­mie­rzy­ła. Kie­dy usły­sza­ła prze­cią­głe „Mag­da­aa!”, wie­dzia­ła, że tym ra­zem jej się nie upie­cze.

Syl­wia wy­cho­wy­wa­ła się w blo­ku obok i przez całe ży­cie lek­ce­wa­ży­ła proś­by Mag­da­le­ny, aby nie mó­wić do niej „Mag­da”.

– Co za spo­tka­nie! – Sia­dła obok i moc­no, ku prze­ra­że­niu Mag­da­le­ny, ją uści­ska­ła. – Sto lat cię nie wi­dzia­łam! Co tam u cie­bie?

Mag­da­le­na bar­dzo nie lu­bi­ła ta­kich przy­pad­ko­wych spo­tkań. W jej gło­wie za­wsze ro­dzi­ło się py­ta­nie, ile jej roz­mów­ca wie. Nie epa­to­wa­ła swo­ją stra­tą, więc wie­le no­wych ko­le­ża­nek w ogó­le nie wie­dzia­ło o śmier­ci jej dziec­ka. Nie czu­ła po­trze­by roz­ma­wia­nia o ża­ło­bie, nie cho­dzi­ła ubra­na na czar­no, ale wie­dzia­ła, że jej mama zu­peł­nie ina­czej prze­ży­ła śmierć Oli. Mia­ła po­trze­bę, by mó­wić o stra­cie; opo­wia­da­ła są­siad­kom, jak bar­dzo jej cięż­ko, że jej świat się za­wa­lił po śmier­ci uko­cha­nej wnucz­ki.

Syl­wia mia­ła mnó­stwo oka­zji, aby usły­szeć o tym, co spo­tka­ło Mag­da­le­nę. Pocz­ta pan­to­flo­wa dzia­ła­ła cał­kiem spraw­nie. Ta­kie wie­ści szyb­ko się roz­cho­dzą. Tra­ge­die przy­cią­ga­ją nie­zdro­we za­in­te­re­so­wa­nie, zwłasz­cza, gdy ofia­rą jest dziec­ko, dla­te­go nie wie­dzia­ła, co od­po­wie­dzieć na py­ta­nie Syl­wii. Mi­nę­ło już spo­ro cza­su od śmier­ci Oli, a ona wciąż nie mia­ła po­ję­cia, jak roz­ma­wiać z ludź­mi. Stra­ta dziec­ka wy­da­wa­ła się za­raź­li­wa. Ci, któ­rzy wie­dzie­li, od­su­wa­li się, nie mie­li po­ję­cia, jak się za­cho­wać, jak z nią roz­ma­wiać. A ona nade wszyst­ko po­trze­bo­wa­ła nor­mal­no­ści.

– Nic cie­ka­we­go – od­po­wie­dzia­ła po pro­stu.

Pa­mię­ta­ła, że Syl­wia była bar­dzo ko­mu­ni­ka­tyw­ną ego­cen­trycz­ką, li­czy­ła więc, że się nie zmie­ni­ła. Nie po­my­li­ła się.

– Och, a ja wła­śnie wra­cam do domu zmie­nić męża przy cór­ce, bo mała zła­pa­ła w przed­szko­lu gry­pę żo­łąd­ko­wą… Kosz­mar! Na­wet so­bie nie wy­obra­żasz!

Mag­da­le­na zmru­ży­ła oczy i spoj­rza­ła na Syl­wię. A więc nie wie­dzia­ła o Oli… Dziw­ne. Taka plot­ka­ra?

Po­tra­fi­ła so­bie wy­obra­zić, czym jest gry­pa żo­łąd­ko­wa. Jej dziec­ko też kie­dyś cho­ro­wa­ło. Ale… to na­praw­dę pro­blem? Za trzy dni cór­ka Syl­wii bę­dzie zdro­wa. Chwi­la i po stra­chu.

Trze­ba przy­znać, że po śmier­ci Oli Mag­da­le­na prze­sta­ła przej­mo­wać się dro­bia­zga­mi i od­kry­ła w so­bie po­kła­dy spo­ko­ju. Skoń­czy­ła z przej­mo­wa­niem się nie­waż­ny­mi spra­wa­mi.

– Przy­kro mi – bąk­nę­ła ci­cho.

– Nasz przy­sta­nek – za­uwa­ży­ła Syl­wia, a Mag­da­le­na spoj­rza­ła na nią zdzi­wio­na. – Nie wy­sia­dasz? Nie je­dziesz do ro­dzi­ców?

– Nie – skła­ma­ła.

Wo­la­ła za­wró­cić, niż przejść kil­ka­set me­trów w to­wa­rzy­stwie Syl­wii. Ode­tchnę­ła z ulgą, kie­dy zna­jo­ma wy­sia­dła z au­to­bu­su. Nie lu­bi­ła prze­by­wać w to­wa­rzy­stwie emo­cjo­nal­nych pi­ja­wek. Już daw­no zwe­ry­fi­ko­wa­ła swo­je gro­no zna­jo­mych. Wo­la­ła być sama niż z ludź­mi, któ­rzy wy­sy­sa­ją z niej ener­gię.

– Z ty­go­dnia na ty­dzień je­steś co­raz chud­sza! – za­cmo­ka­ła z nie­za­do­wo­le­niem Ma­ria, kie­dy otwo­rzy­ła drzwi.

– Też się cie­szę, że cię wi­dzę, mamo. – Mag­da­le­na de­li­kat­nie ob­ję­ła mat­kę.

– Sama skó­ra i ko­ści, nie­dłu­go nic z cie­bie nie zo­sta­nie! – bia­do­li­ła Ma­ria, bacz­nym wzro­kiem przy­glą­da­jąc się cór­ce. – Czy ty się od­chu­dzasz?

Z po­mo­cą nie­mal na­tych­miast przy­szedł Ce­za­ry.

– Daj­że jej spo­kój, niech się roz­bie­rze, wej­dzie do miesz­ka­nia! – Po­słał mał­żon­ce ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie. – My­ślisz, że to miło już od pro­gu wy­słu­chi­wać two­ich wy­mó­wek?

Mag­da­le­na się uśmiech­nę­ła. Ro­dzi­ce czę­sto so­bie do­gry­za­li, ale i tak byli naj­szczę­śliw­szą i naj­bar­dziej do­pa­so­wa­ną parą, jaką zna­ła. Prze­ży­li ra­zem trzy­dzie­ści sie­dem lat i, jak sami po­wta­rza­li, ni­g­dy nie po­ło­ży­li się spać, nie po­go­dziw­szy się po kłót­ni.

– Jak miło wi­dzieć, że u was wszyst­ko po sta­re­mu – za­uwa­ży­ła.

Ma­ria mach­nę­ła ręką, w któ­rej trzy­ma­ła szmat­kę. Ku prze­ra­że­niu Ce­za­re­go już za­czę­ła przed­świą­tecz­ne po­rząd­ki. Nie chcia­ła słu­chać, że za­nim świę­ta się za­czną, wszyst­ko trze­ba bę­dzie myć dru­gi albo trze­ci raz.

– Wejdź, dziec­ko, co tak bę­dziesz w pro­gu sta­ła! – za­chę­ci­ła cór­kę.

Mag­da­le­na po­wie­si­ła kurt­kę na wie­sza­ku i zdję­ła ko­za­ki. Po­wo­li po­ru­szy­ła pal­ca­mi u stóp. Cien­kie poń­czo­chy nie były naj­lep­szym wy­bo­rem, ale czu­cie w pal­cach stop­nio­wo wra­ca­ło.

– Kawy, her­ba­ty? – za­py­ta­ła Ma­ria.

– Zde­cy­do­wa­nie kawy – po­pro­si­ła Mag­da­le­na. – Od rana boli mnie gło­wa. Wzię­łam ta­blet­kę prze­ciw­bó­lo­wą, ale nie­wie­le mi po­mo­gła.

– Ci­śnie­nie gwał­tow­nie spa­dło – za­uwa­ży­ła Ma­ria, po czym znik­nę­ła w kuch­ni.

Mag­da­le­na po­szła za oj­cem do więk­sze­go z po­koi. Ce­za­ry wy­łą­czył te­le­wi­zor, wy­gła­dził ga­ze­tę z pro­gra­mem te­le­wi­zyj­nym i po­ło­żył na niej pi­lot.

– Sia­daj, cór­ciu. Chy­ba nie mu­szę ci mó­wić, że­byś się czu­ła jak u sie­bie w domu.

Mag­da­le­na po­wo­li usia­dła na ka­na­pie, któ­ra cza­sy świet­no­ści zde­cy­do­wa­nie mia­ła już daw­no za sobą. Ro­dzi­ce żyli skrom­nie. Obo­je mie­li nie­wiel­kie eme­ry­tu­ry, dla­te­go ich miesz­ka­nie od lat się nie zmie­ni­ło. Zresz­tą byli sta­rej daty i uwa­ża­li, że nie ma sen­su wy­rzu­cać cze­goś, co jest do­bre. A że sta­re i nie­ład­ne? Cóż, do­ra­sta­li w cza­sach, kie­dy naj­waż­niej­sza była uży­tecz­ność.

– Co u was sły­chać, tato? – za­gad­nę­ła, wdy­cha­jąc do­brze zna­ny za­pach miesz­ka­nia.

Już daw­no za­uwa­ży­ła, że każ­dy dom ma swój cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach. Każ­dy, tyl­ko nie jej. Miesz­ka­nie ro­dzi­ców pach­nia­ło mor­skim od­świe­ża­czem po­wie­trza, któ­re­go mama uży­wa­ła nie­zmien­nie od lat, i nie­śmier­tel­ny­mi ko­tle­ta­mi scha­bo­wy­mi, któ­rych Ce­za­ry ży­czył so­bie na obiad tak czę­sto, że ich za­pach zdą­żył już wsiąk­nąć w fi­ran­ki. Dom Mag­da­le­ny nie pach­niał ni­czym.

– A co może być sły­chać? – za­py­tał Ce­za­ry. – W pew­nym wie­ku naj­więk­szą atrak­cją dla czło­wie­ka jest wyj­ście do pie­kar­ni po chleb. Ty le­piej opo­wia­daj, co tam u was, bo to pew­nie dużo cie­kaw­sze od ży­cia eme­ry­tów…

Mag­da­le­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– U nas też bez więk­szych zmian – stwier­dzi­ła za­cho­waw­czo. – Mamy dużo pra­cy.

Pech chciał, że w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym wy­po­wia­da­ła ostat­nie sło­wa, do po­ko­ju we­szła Ma­ria z kawą dla cór­ki. Mę­żo­wi nie zro­bi­ła, bo prze­cież tego dnia wy­pił już dwie, a le­karz po­wie­dział, że mu nie wol­no z uwa­gi na pro­ble­my z ci­śnie­niem.

– Nie samą pra­cą żyje czło­wiek – obu­rzy­ła się od razu. – Kie­dy ma­cie czas na nor­mal­ne ży­cie?

Mag­da­le­na za­śmia­ła się ner­wo­wo.

– Mó­wisz, jak­by­śmy ro­bi­li za­wrot­ne ka­rie­ry i za­ra­bia­li kro­cie, a tym­cza­sem my po pro­stu pró­bu­je­my się utrzy­mać.

– A jak jest mię­dzy wami? – Ma­ria po­sta­wi­ła ku­bek z kawą na nie­wiel­kim sto­li­ku i usia­dła na­prze­ciw cór­ki, ści­ska­jąc w dło­niach tacę.

– A jak ma być? – Mag­da­le­na od­waż­nie spoj­rza­ła jej w oczy. – Nor­mal­nie.

– Na pew­no? Wy­bacz, że cię tak wy­py­tu­ję, cór­ciu, ale po pro­stu się o was mar­twię… Kie­dy Da­niel był u nas ostat­nio? Dla­cze­go z nim nie przy­cho­dzisz? Prze­cież to twój mąż! Czy wy w ogó­le spę­dza­cie ra­zem czas?

– Oczy­wi­ście – skła­ma­ła Mag­da­le­na. – Mamo, wszyst­ko jest w po­rząd­ku. Mó­wi­łam ci, że Da­niel wró­cił z pra­cy i śpi.

– Sko­ro twier­dzisz, że jest do­brze… – Ma­ria nie­co roz­luź­ni­ła za­ci­śnię­te na tacy dło­nie. – Po­wiedz mi, za­sta­na­wia­li­ście się już, jak w tym roku spę­dzi­cie Wi­gi­lię?

Mag­da­le­na kil­ka razy za­mru­ga­ła. My­śla­ła, że wszyst­ko jest już usta­lo­ne…

– Tak jak w ubie­głych la­tach, nic się nie… – za­czę­ła, ale Ma­ria jej prze­rwa­ła.

– Naj­wyż­sza pora z tym skoń­czyć! – Za­sta­na­wia­łaś się, jak my się z oj­cem czu­je­my, kie­dy na sta­re lata przy­cho­dzi nam spę­dzać Wi­gi­lię tyl­ko we dwo­je? Mamy cór­kę, ro­dzi­nę, a jak­by ni­ko­go nie było… – W jej oczach po­ja­wi­ły się łzy.

Mag­da­le­na wes­tchnę­ła znie­cier­pli­wio­na. Łzy mat­ki dzia­ła­ły na nią draż­nią­co. Nie po­tra­fi­ła być wo­bec nich obo­jęt­na.

– Mamo, mo­że­my spę­dzić ze sobą każ­dy dzień w roku, tyl­ko nie ten – po­wie­dzia­ła ła­god­nie.

– Kie­dy mnie wła­śnie o ten wy­jąt­ko­wy dzień cho­dzi! – Ma­ria pod­nio­sła głos, ale bły­ska­wicz­nie się zre­flek­to­wa­ła i do­da­ła już nie­co ci­szej: – Dziec­ko, my z oj­cem je­ste­śmy sta­rzy. Nie wia­do­mo, co bę­dzie za rok, kto ze skra­ju… Nie mo­żesz cią­gle uda­wać, że dwu­dzie­sty czwar­ty grud­nia to dzień jak każ­dy inny! Wi­gi­lię spę­dza się w gro­nie naj­bliż­szych, z ro­dzi­ną, a nie w pra­cy. No jak to tak? Cór­ciu, ja­kie war­to­ści za­szcze­pisz swo­im dzie­ciom, je­śli kie­dyś bę­dziesz je mieć?

Mag­da­le­na za­sty­gła w bez­ru­chu. Za­czę­ła szyb­ciej od­dy­chać. Nie, nie, to nie­moż­li­we. Mat­ka tego nie po­wie­dzia­ła, praw­da? Nie za­su­ge­ro­wa­ła, że ona bę­dzie kie­dyś mieć dzie­ci!

– Nie będę mieć wię­cej dzie­ci – oświad­czy­ła z fu­rią w gło­sie. – Ja już jed­no mia­łam.

Po jej sło­wach za­pa­dła ci­sza. Ma­ria sku­li­ła się, przez cały czas ści­ska­jąc tę nie­szczę­sną tacę. Ce­za­ry po­ru­szył wą­sem i spoj­rzał na cór­kę z nie­po­ko­jem.

– Mama nie mia­ła nic złe­go na my­śli. Cho­dzi­ło jej o to, że war­to pójść przed sie­bie, za­miast tkwić w miej­scu – ode­zwał się nie­śmia­ło.

Ma­ria po­wo­li pod­nio­sła gło­wę i z nie­do­wie­rza­niem zer­k­nę­ła na męża. Po­parł ją? Nie­sły­cha­ne!

Mag­da­le­na rów­nież mu­sia­ła od­no­to­wać ten nie­co­dzien­ny fakt, gdyż z po­wąt­pie­wa­niem po­krę­ci­ła gło­wą.

– Wi­dzę, że za­war­li­ście prze­ciw­ko mnie ko­ali­cję – pod­su­mo­wa­ła.

– Nikt cię nie ata­ku­je, broń Boże! My się po pro­stu o cie­bie mar­twi­my – za­pew­ni­ła Ma­ria. – A poza tym… wiesz do­brze, że to mogą być moje ostat­nie świę­ta – do­da­ła sła­bym gło­sem.

– Rów­nie do­brze to mogą być ostat­nie świę­ta ojca, a nie bia­do­li tak jak ty – żach­nę­ła się Mag­da­le­na. – Prze­pra­szam, tato, ja cię na tam­ten świat nie wy­sy­łam! – Po­sła­ła ojcu uspo­ka­ja­ją­ce spoj­rze­nie.

Ma­ria po­wo­li po­krę­ci­ła gło­wą.

– Nie, nie, Ma­dziu… – ode­zwa­ła się, a przez cia­ło Mag­da­le­ny prze­szedł dreszcz. Je­śli zwra­ca­ła się do niej „Ma­dziu”, coś mu­sia­ło być na rze­czy. Coś złe­go. – Nie zro­zu­mia­łaś. Ja wiem, że co roku mó­wię, że nad­cho­dzą­ce świę­ta mogą być tymi ostat­ni­mi, ale tym ra­zem – prze­łknę­ła śli­nę – mam pod­sta­wy, aby przy­pusz­czać, że tak bę­dzie.

W pierw­szej chwi­li Mag­da­le­na par­sk­nę­ła śmie­chem. Wszy­scy w ro­dzi­nie zda­wa­li so­bie spra­wę z hi­po­chon­drii Ma­rii, ale tym ra­zem mó­wi­ła tak, jak­by… jak­by rze­czy­wi­ście coś wie­dzia­ła. I ta „Ma­dzia”. Mat­ka nie zwra­ca­ła się tak do niej bez wy­raź­ne­go po­wo­du.

Śmiech za­stygł na jej twa­rzy. Wcią­gnę­ła gwał­tow­nie po­wie­trze.

– Nie ro­zu­miem, co masz na my­śli.

Ce­za­ry pró­bo­wał ścią­gnąć na sie­bie uwa­gę Ma­rii, wy­ma­chu­jąc rę­ka­mi i ro­biąc dziw­ne miny, ale żad­na z ko­biet nie zwró­ci­ła na nie­go naj­mniej­szej uwa­gi. Żona, bo nie chcia­ła do­strzec jego wy­mow­nych ge­stów, a cór­ka, bo sło­wa mat­ki ją zszo­ko­wa­ły.

– Cóż, po świę­tach cze­ka mnie te­ra­pia. Ubła­ga­łam le­ka­rza, żeby nie kładł mnie do szpi­ta­la przed Wi­gi­lią…

– Ma­rio! – Ce­za­ry nie wy­trzy­mał. Nie mie­ści­ło mu się to wszyst­ko w gło­wie. Co ta ko­bie­ta wy­pra­wia!

– Spo­koj­nie, Czar­ku, Ma­dzia chy­ba po­win­na o wszyst­kim wie­dzieć, nie są­dzisz? – Po­sła­ła mu miaż­dżą­ce spoj­rze­nie.

Co miał po­cząć, no co? Za­dzwo­nić pod sto dwa­na­ście i po­pro­sić, żeby wy­sła­no na Waj­dy ka­ret­kę wy­po­sa­żo­ną w ka­ftan bez­pie­czeń­stwa, bo jego żona zwa­rio­wa­ła? Uznał, że to kiep­ski po­mysł. Ma­ria ni­g­dy by mu tego nie wy­ba­czy­ła. Wo­lał sie­dzieć ci­cho.

– Ale o czym? – Mag­da­le­na za­mru­ga­ła ner­wo­wo.

Pró­bo­wa­ła od­pę­dzić od sie­bie złe my­śli.

– Chcia­ła­bym, że­by­ście z Da­nie­lem spę­dzi­li z nami Wi­gi­lię, bo ja… bo ja je­stem cho­ra – do­koń­czy­ła Ma­ria dra­ma­tycz­nym to­nem.

– Czy to rak? – za­py­ta­ła Mag­da­le­na drżą­cym gło­sem.

– Je­zus Ma­ria! – krzyk­nął Ce­za­ry, ła­piąc się za gło­wę, ale i tak nie zwró­cił na sie­bie uwa­gi żony i cór­ki, zbyt po­chło­nię­tych roz­mo­wą.

– Cór­ciu, nie chcia­łam ci o ni­czym mó­wić, że­byś się nie mar­twi­ła, ale w tej sy­tu­acji… – urwa­ła zna­czą­co.

Mag­da­le­na nie mo­gła uwie­rzyć w to, co wła­śnie usły­sza­ła. W jed­nej chwi­li ru­nę­ła cała na­miast­ka świa­ta, któ­rą zbu­do­wa­ła po śmier­ci Oli.

– Mamo, może nie ma sen­su cze­kać? Może po­win­naś jak naj­szyb­ciej pójść do szpi­ta­la? – po­wie­dzia­ła. Tak bar­dzo się bała o mamę! Wie­dzia­ła, że obo­je z tatą nie są już pierw­szej mło­do­ści, ale na­wet nie do­pusz­cza­ła do sie­bie my­śli, że kie­dyś mo­gło­by ich za­brak­nąć. – Co to w ogó­le za le­karz?

– Bar­dzo do­bry – za­pew­ni­ła Ma­ria. – Nie ma po­trze­by, że­bym już te­raz szła do szpi­ta­la. Sy­tu­acja jest po­waż­na, ale nie… aż tak po­waż­na.

– Do­bry Boże, co to zna­czy? – Mag­da­le­na za­sło­ni­ła usta dło­nią. – Po­waż­na, ale nie aż tak po­waż­na?

Ce­za­ry już za­mie­rzał się wtrą­cić, ale Ma­ria sku­tecz­nie po­wstrzy­ma­ła go ge­stem.

– Je­stem pod do­brą opie­ką – po­wie­dzia­ła. – Ko­cha­nie, po­ra­dzę so­bie, na­praw­dę. O nic in­ne­go cię nie pro­szę, tyl­ko… Spędź z nami świę­ta, do­brze?

Ta proś­ba była cio­sem po­ni­żej pasa. Mag­da­le­na nie mia­ła naj­mniej­szej ocho­ty sia­dać przy wi­gi­lij­nym sto­le, dzie­lić się opłat­kiem, wy­mie­niać pre­zen­ta­mi i ko­lę­do­wać. Jesz­cze kil­ka lat temu w tym po­ko­ju… Ro­zej­rza­ła się wo­kół. Tak, do­kład­nie w tym po­ko­ju i przy tym sto­le cała ro­dzi­na za­sia­da­ła do wi­gi­lij­nej ko­la­cji. W tym ką­cie sta­ła ogrom­na cho­in­ka. Ola nie mo­gła się do­cze­kać, aż roz­pa­ku­je pre­zen­ty, ale Mag­da­le­na jej na to nie po­zwo­li­ła. Ka­za­ła cze­kać. Dla­cze­go, u li­cha, ka­za­ła jej cze­kać? Dla­cze­go nie była dla swo­jej cór­ki mniej su­ro­wa?

Dom roz­brzmie­wał gło­śnym dzie­cię­cym śmie­chem. Ser­ca prze­peł­nia­ła praw­dzi­wa ra­dość ze świę­to­wa­nia w ro­dzin­nym gro­nie. Mia­ła po­wód, aby usiąść przy wi­gi­lij­nym sto­le, po­dzię­ko­wać za ko­lej­ny, jak się po­tem oka­za­ło – ostat­ni – wspól­nie spę­dzo­ny rok. Mia­ła co świę­to­wać. A te­raz?

Już chcia­ła od­mó­wić, ale spoj­rza­ła na zmę­czo­ną twarz mat­ki. Ile cza­su jej jesz­cze zo­sta­ło? Chy­ba mo­gła spra­wić ma­mie tę drob­ną przy­jem­ność, na­wet kosz­tem sie­bie, na­wet kosz­tem wła­sne­go stra­chu i bólu?

Wes­tchnę­ła z re­zy­gna­cją.

– Po­roz­ma­wiam o tym z Da­nie­lem…

Nie za­uwa­ży­ła obu­rze­nia na twa­rzy ojca.

Ide­al­na rand­ka? Jesz­cze do nie­daw­na Ka­mi­la mia­ła w gło­wie go­to­wą wi­zję: do­bra re­stau­ra­cja, jesz­cze lep­sze je­dze­nie, na­stro­jo­wa mu­zy­ka, wy­traw­ne wino, a może na­wet coś moc­niej­sze­go. Ewen­tu­al­nie te­atr, może kino, ale am­bit­ne, nie ma­sów­ka. Miesz­kań­cy Ka­to­wic na szczę­ście nie mie­li z tym pro­ble­mu, mie­li kino Ko­smos, kul­to­we wręcz miej­sce na ma­pie Ko­szut­ki. Ale gry plan­szo­we czy wspól­ne kli­ka­nie w Wi­ki­pe­dię? Nuda.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

1 grud­nia

2 grud­nia

3 grud­nia

5 grud­nia

6 grud­nia

8 grud­nia

10 grud­nia

12 grud­nia

14 grud­nia

15 grud­nia

16 grud­nia

18 grud­nia

19 grud­nia

20 grud­nia

21 grud­nia

22 grud­nia

23 grud­nia

24 grud­nia

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cud grudniowej nocy W cieniu tamtych dni Wszystkie pory uczuć. Lato Wszystkie pory uczuć. Wiosna Wszystkie pory uczuć. Zima Wszystkie pory uczuć. Tom 2 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy