Powoli. Jak żyć we własnym rytmie

Powoli. Jak żyć we własnym rytmie

Autorzy: Brooke McAlary

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 27.22 zł

Powoli, nie pędź tak! Ciesz się życiem! Bestsellerowy poradnik dla wszystkich, którzy chcą odnaleźć swój rytm i delektować się każdą chwilą. Kontynuacja rewolucyjnej Prostoty. Siły codziennych rytuałów Brooke McAlary.

Masz wspaniałą rodzinę, odnosisz sukcesy w pracy i tyle osób zazdrości ci pięknego domu? Tylko dlaczego się tym nie cieszysz? Dlaczego źle sypiasz w nocy i wciąż nie możesz pozbyć się stresu? Masz tyle planów, tyle rzeczy do zrobienia i stale brakuje ci czasu. To nie jest dobry rytm. To nie jest TWÓJ rytm!

Aby się o tym przekonać, zwolnij i ogranicz aktywność. Oddziel zachcianki od potrzeb, uwolnij się od nadmiaru rzeczy, skoncentruj na tym, co tu i teraz, wybieraj świadomie. Poczuj zapach deszczu, wsłuchaj się w wiatr, chwyć za rękę ukochaną osobę. Być może sądzisz, że to kiepski pomysł i prosta droga do życiowej porażki?

Brooke też tak myślała, gdy pewnego dnia jej idealne życie straciło sens, a jednak podjęła to ryzyko. Teraz swoim doświadczeniami dzieli się z milionami słuchaczy i czytelników. Droga ku życiu we własnym rytmie nie jest łatwa, ale dzięki praktycznym radom zawartym w tej książce krok po kroku dotrzesz do celu.

Brooke McAlary – autorka dwóch bestsellerowych poradników, producentka i gospodyni jednego z najpopularniejszych podcastów w kategorii „Health/Self-Help” na iTunes. Jej program The Slow Home ma już ponad milion pobrań.

Spis treści

Karta redakcyjna

Od Autorki

Kiedyś

1. Zacznij od pytania: Dlaczego?

2. Porządkowanie

3. Przestań posiadać

4. Mindfulness

5. Wylogowani z sieci, zalogowani w życiu

6. Chata w lesie

7. Chwiejna równowaga

8. Sztuka błądzenia

Co dalej?

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału:

SLOW. LIVE LIFE SIMPLY

Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA

Redakcja: AGNIESZKA OLCZYK

Korekta: ANNA DOBOSZ, EWA KOCHANOWICZ, BARBARA TURNAU

Projekt wnętrza książki i ilustracje: ASTRED HICKS, Design Cherry

Zdjęcie na okładce: © Shutterstock

Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

Copyright © Brooke McAlary 2017

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2018

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06703-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Sześć lat temu pozornie byłam kobietą sukcesu, która realizuje się na wszystkich frontach. Miałam wspaniałego męża, zdrową i energiczną roczną córeczkę, spodziewałam się drugiego dziecka, z powodzeniem prowadziłam firmę specjalizującą się w ręcznie robionej biżuterii, nadzorowałam remont naszego domu i właśnie wróciłam z zagranicznych wakacji.

Życie obfitowało w to wszystko, do czego tak nieustannie dążymy. A mnie dopadło przygnębienie.

Tak, życie obfitowało w r z e c z y. Nasz podwójny garaż był ich tak pełny, że nie mieścił się w nim samochód. Szafy pękały od ubrań (choć wiecznie nie miałam co na siebie włożyć!), a szuflady od zabawek, których wystarczyłoby dla całego przedszkola.

Życie obfitowało też w inne r z e c z y, te niematerialne: długi, niepokoje, stres. Było nerwowe i pośpieszne. Zbyt sztywno zaplanowane i pełne różnych zobowiązań, dalekie od tego, co naprawdę się liczy, i ciągle na granicy frustracji.

Zamiast przemyśleć nasze priorytety albo zastanowić się, czemu jesteśmy nieszczęśliwi, stawaliśmy się coraz bardziej zajęci. Dodawaliśmy kolejne punkty do list zakupów, zadań do zrealizowania i celów do osiągnięcia. Ciągle kupowaliśmy rzeczy, na które nie było nas stać. Kopaliśmy pod sobą coraz głębszy dołek, żeby dotrzymać kroku sąsiadom, nie zdając sobie sprawy, że stopniowo zamieniamy się w szczury uczestniczące w konsumpcyjnym wyścigu.

Kiedy urodziło się nasze drugie dziecko, zdiagnozowano u mnie głęboką depresję poporodową. W lepszych okresach byłam jak robot – wydajny, zimny, zupełnie bez uczuć. W najgorszych byłam koszmarna – wściekła, zgorzkniała, smutna. Nieustannie żywiłam jakieś urazy i miałam myśli samobójcze.

Pamiętam, jak siedząc w gabinecie psychiatrycznym, opowiadałam o poprzednim dniu i o lęku, który mnie dopadał za każdym razem, kiedy przestawałam działać. Lekarka spojrzała na mnie i zapytała: – A nie pomyślała pani kiedyś, że można robić mniej? Trochę zwolnić?

Serio? Robić mniej? Zwolnić? Mniejsza aktywność i powolny tryb życia – przecież to dla rozlazłych, nudnych i pozbawionych ambicji miernot. Dla średniaków! Szaraczków! Zwykłych zjadaczy chleba. Ja nie należałam do żadnej z tych kategorii i, szczerze mówiąc, czułam się urażona, że lekarka miała o mnie tak niskie mniemanie.

Psychiatra zasiała jednak w mojej chaotycznej głowie ziarno wątpliwości. Dopiero wiele dni później, kiedy rozpaczałam nad tym wszystkim, co muszę jeszcze zrobić, kim muszę być i co posiadać, zastanowiłam się nad jej słowami. Robić mniej? Zwolnić? W porządku. Może. Tylko jak?

Zajrzałam do internetu i znalazłam blog Leo Babauty Zen Habits. Właśnie w ten sposób odkryłam człowieka, który całkowicie zmienił swoje życie, postanawiając robić mniej. Z pełnym przekonaniem twierdził, że pozbycie się nadmiaru przedmiotów, które jego ośmioosobowa rodzina nagromadziła przez lata, pozytywnie wpłynęło na jego zdrowie, szczęście, pracę, dom, więź z dziećmi, relacje międzyludzkie, finanse i pewność siebie. Nie ukrywał, że jest apostołem minimalizmu. Dalsze poszukiwania ujawniły, że ludzi, którzy podzielają jego system wartości, są miliony. To całe rzesze tych, którzy mówią „nie”, robią mniej, pozbywają się rzeczy. Twierdzą oni wręcz, że to ograniczenie – przedmiotów, stresów, zobowiązań i nacisków – paradoksalnie prowadzi do wzrostu: mają więcej energii, wolności, radości, częściej są tu i teraz, żyją chwilą, są zdrowsi.

Kiedy tak siedziałam późną nocą w zagraconym gabinecie, oświetlona niebieskim światłem ekranu komputera, z kubkiem kawy, a moi najbliżsi spali w sąsiednich pokojach, zdałam sobie sprawę, że chcę być jedną z tych osób. Chcę dzięki ograniczeniom osiągnąć pełniejsze życie.

W ciągu następnego roku razem z moim mężem, Benem, pozbywaliśmy się rzeczy z taką samą determinacją, z jaką przedtem je nabywaliśmy. Usunęliśmy z domu ponad dwadzieścia tysięcy przedmiotów (tak, liczyłam), a przez kolejne lata jeszcze więcej (przestałam liczyć, bo szybko zamieniło się to w nową, odwrotną obsesję).

Powoli zaczęliśmy wprowadzać też inne zmiany – opanowaliśmy sztukę mówienia „nie”, co pozwoliło nam odzyskać weekendy. Ograniczyliśmy aktywność i ponownie odkryliśmy uroki nicnierobienia. Oddzieliliśmy zachcianki od potrzeb i przestaliśmy bezmyślnie wydawać pieniądze. Zaczęliśmy się zastanawiać, czym jest dla nas dobre życie, i opracowywać długoterminowy plan samozatrudnienia. Dzięki praktykowaniu wdzięczności i bycia „tu i teraz” znów odczuwaliśmy satysfakcję i zadowolenie. Stopniowo dotarło do nas, że nie chcemy być jak nasi aspirujący sąsiedzi. Właściwie to niezbyt ich lubiliśmy. Zrezygnowaliśmy więc z wyścigu. I chociaż nadal daleko nam do doskonałości i ciągle się uczymy, nigdy nie byliśmy spokojniejsi.

Mamy znacznie mniej rzeczy, mniej stresu, mniej lęków i mniej frustracji. Za to więcej czasu, więcej przestrzeni, więcej radości i więcej pomysłów. Jesteśmy zdrowsi, łączą nas lepsze relacje, lepiej śpimy i gromadzimy ciekawsze przeżycia. Pracujemy teraz na własny rachunek i chociaż stwarza to pewne trudności, doceniamy swobodę, wolność, czas i satysfakcję, które daje nam ten układ.

Nie myślcie jednak, że chcę się chwalić. Czy to, że zwolniliśmy, ułatwiło nam życie? Raczej nie. Zwłaszcza na początku nie było różowo. Prościej, owszem, ale nie łatwiej. Zmiana polegała przede wszystkim na tym, że to, co najważniejsze, umieściłam w centrum. Teraz, przynajmniej przez większość czasu, możemy mieć pewność, że poświęcamy naszym priorytetom uwagę, miłość, czas i przestrzeń, na które zasługują. A przy okazji odkryliśmy, że „najważniejsze rzeczy” wcale nie są rzeczami.

Nie ma tygodnia, żebym nie dostała kilku maili z pytaniem, jak udało nam się osiągnąć to życie skoncentrowane na wartościach. Okazuje się, że wielu z was boryka się z tymi samymi problemami, co ja i mój mąż sześć lat temu. Wierzcie mi, rozumiem to.

Nasze domy stają się coraz większe, ogromne przechowalnie na przedmieściach rosną jak grzyby po deszczu, coraz częściej wpadamy w pułapkę obsesyjnego kupowania – chcemy mieć więcej rzeczy, prestiżu, aktywności, lajków, obserwujących, znajomych i pieniędzy. Katalogi przychodzą codziennie. Sklepy internetowe zawierają transakcje dniem i nocą.

Terapia zakupowa uzurpuje sobie miejsce tej prawdziwej. Media społecznościowe wykorzystuje się do sprzedawania nowych ubrań, nowego stylu życia, nowych możliwości biznesowych i trendów zdrowotnych. Reklamy bombardują nas nowościami, sprawiając, że bez najnowszego gadżetu czujemy się jak odmieńcy, ulegamy więc i kupujemy.

Jak stwierdził amerykański aktor Will Rogers: kupujemy rzeczy, na które nas nie stać, żeby zaimponować ludziom, których nie lubimy. I to codziennie.

Wypełniamy kalendarze spotkaniami, imprezami, kursami i treningami. Skarżymy się, jak bardzo jesteśmy zajęci, a równocześnie przyjmujemy kolejne zobowiązanie. Robimy tak, w głębi duszy wierząc, że to wszystko jakoś nas uszczęśliwi. Wydaje nam się, że jeśli znajdziemy odpowiednią kombinację rzeczy i prestiżu, wypełni to dziurę niezadowolenia w naszym życiu.

W rezultacie generuje to tylko coraz więcej stresu.

Każdego dnia przytłacza nas nieprzerwany natłok informacji. Mamy coraz większe długi. Domy tak wielkie, że nie jesteśmy w stanie ich utrzymać. Śniadania i kolacje jemy w samochodach. Weekendy planujemy kilka miesięcy naprzód. Zapomnieliśmy, jak to jest mieć mniej. Mniej przedmiotów. Mniej stresu. Mniej oczekiwań. Mniej do roboty. Mniej do osiągnięcia. Mniej do udowodnienia. Jesteśmy równocześnie superpołączeni i zupełnie odłączeni. Nawiązujemy kontakty z nieznajomymi w mediach społecznościowych, a sąsiadom nie mówimy nawet „dzień dobry”.

Ilekroć mam okazję porozmawiać z ludźmi twarzą w twarz na temat ograniczania liczby rzeczy i spowalniania tempa życia, kiwają głowami i wzdychają, a odpowiedź zawsze jest taka sama: „O tak, właśnie tego mi potrzeba”.

A później zwykle następuje pytanie: „Tylko jak to zrobić?”.

Ta książka jest próbą odpowiedzi na pytanie, dlaczego mniejszy konsumpcjonizm prowadzi do większego zadowolenia. Jest też praktycznym przewodnikiem, jak to zadowolenie osiągnąć.

Zdaję sobie bowiem sprawę, że trudno jest docenić prostotę i spokojne tempo życia, kiedy nasza rzeczywistość to niedomykające się z powodu nadmiaru rzeczy szafki, weekendy pełne aktywności i zapchany grafik. Wiem też, jak trudno przejść od teorii do praktyki bez konkretnej pomocy.

A tę zapewnia właśnie filozofia wolnego życia.

Ta książka ma pomóc ci wytyczyć własną ścieżkę do spokojniejszego życia. Wyrwać się z błędnego koła „chcieć – kupić – chcieć – wymienić na nowszy model”. Przestać się porównywać. Upychać planowane na miesiąc spotkania i aktywności w jeden weekend. Podążać za modą. Obciążać się zbędnym balastem. Jej celem jest to, żebyś po lekturze mogła wieść życie, które jest prostsze, spokojniejsze i które – co najbardziej istotne – pasuje do ciebie.

CZYM JEST WOLNE ŻYCIE?

Przez ostatnie dwa lata, przygotowując podcasty The Slow Home, przeprowadziłam ponad sto wywiadów – każdy z moich rozmówców inaczej postrzega „wolne życie”. Leśna idylla, życie miejskie, maleńkie domy, etyczna konsumpcja, samowystarczalność, jedzenie „slow” – nie ma jednego wyznacznika wolnego życia, bo nie ma jednego sposobu na jego przeżywanie.

Pisarka i zwolenniczka wolnego życia Erin Loechner powiedziała mi, że dla niej oznacza ono połączenie przejmowania się bardziej i przejmowania się mniej. Chodzi więc o to, żeby odkryć, o co warto bardziej się troszczyć, a resztę sobie odpuścić. Odkąd zaczęła żyć wolniej i świadomiej, znacznie bardziej dba o to, żeby mieć czas dla przyjaciół niż dla kłębków kurzu na podłodze. Innymi słowy, wolne życie niekoniecznie przybiera formę konkretnego typu mieszkania czy kolorystycznie dopasowanych strojów, jego częścią wcale nie musi być samodzielne pieczenie chleba czy uprawianie własnych warzyw. Szukając odpowiedzi na to, czym jest slow living, człowiek łatwo może nabrać przeświadczenia, że ten styl życia polega przede wszystkim na noszeniu spranych ubrań w neutralnych kolorach i spacerach po lesie. Według Twittera należy też posiadać dom z drewnianą podłogą, białymi ścianami i modnie zniszczoną ladą, na której leżą piękne, stare deski do krojenia i ładnie podana latte, a deszczowe dni spędzać w łóżku z artystycznie zmierzwioną pościelą.

Uważam, że to Erin ma rację. Wolne życie to dziwne połączenie bycia gotowym na coś i na rezygnację z czegoś. Przejmowania się więcej i przejmowania się mniej. Mówienia „tak” i mówienia „nie”. Bycia obecnym i odchodzenia. Robienia tego, co ważne, i zapominania o tym, co nieważne. Przywiązania i wolności. Ciężaru i lekkości. Dobrej organizacji i elastyczności. Skomplikowania i prostoty.

To życie podporządkowane temu, co najważniejsze. A konkretnie, życie podporządkowane temu, co najważniejsze dla ciebie.

To rozwijanie samoświadomości, pozbywanie się nadmiaru przedmiotów, nauka uważności, odkrywanie własnych priorytetów, wybór rad, które mają zastosowanie do naszej sytuacji, spokojna rezygnacja z tego, co nie pasuje do naszych domów, rodzin, pracy i wartości.

To życie. A w szczególności część związana z jego przeżywaniem. To zauważanie go i poświęcanie czasu, żeby je zauważać. Trzymanie za rękę, ślady łez, wschody słońca i niepewność. Miłość, złość, radość i zazdrość.

Zatem mimo że książka rozpoczyna się listem skierowanym do anonimowych sąsiadów, którym chcemy dorównać, tak naprawdę ma z nimi niewiele wspólnego, bo skupia się na tobie. Ponieważ to, co najważniejsze dla nich, prawie na pewno nie jest najważniejsze dla mnie ani dla ciebie.

Ta książka nie daje łatwych rozwiązań. Nie gwarantuje rezultatów w ciągu kilku dni czy tygodni. Zmiany w życiu naszej rodziny wprowadzam już od ponad sześciu lat i nadal nie jesteśmy na końcu tej drogi.

Bo ona nie ma końca. To nie jest wyścig, z linią startu i mety. To powolna, niedoskonała, świadoma i ewoluująca podróż.

Właśnie dlatego tu jesteś. Dlatego sama tu jestem. I cieszę się z tego.

JAK KORZYSTAĆ Z TEJ KSIĄŻKI

Podobnie jak nie ma jednego sposobu na szczęśliwe, spełnione, wartościowe życie, nie ma jednej ścieżki od miejsca, w którym jesteś, do miejsca, w którym chciałabyś się znaleźć. Nie warto tracić energii na porównywanie się z koleżanką, siostrą czy autorką poradnika o wolnym życiu. Porównywanie to gra bez zwycięzców i wolałabym, żebyś rywalizowała z samą sobą.

Własną podróż ku spokojniejszemu, prostszemu życiu rozpoczęłam od uporania się z nadmiarem rzeczy w domu. Sześć lat temu byłam w zbyt kiepskiej kondycji fizycznej, żeby analizować swoją pokiereszowaną duszę, zajęłam się więc tym, co uznałam za najłatwiejsze – pozbywaniem się przedmiotów, których nie używaliśmy, nie potrzebowaliśmy ani nawet nie chcieliśmy.

Była to powolna, energetyzująca praca, która stopniowo odciążyła zarówno mój dom, jak i głowę. Dopiero po wielu miesiącach oczyszczania przestrzeni wokół siebie byłam w stanie w ogóle pomyśleć o innych obszarach mojego życia, które wymagały uproszczenia. Wtedy zaczęłam analizować swoje myśli, kalendarz, opinie i system wartości. Z czasem nauczyłam się praktykować uważność, wyznaczać rytm naszego rodzinnego życia. Wdrożyłam proste pomysły w sferę wychowania i podróżowania, zmieniłam to, co jedliśmy i jak przyrządzaliśmy nasze potrawy, zaczęłam uprawiać jogę i ograniczyłam używanie jednorazowego plastiku. W ten sposób moja kondycja psychiczna zaczęła stopniowo odzwierciedlać moje otoczenie, co ostatecznie zaowocowało zupełnie nowym stylem życia całej naszej rodziny – dla nas właśnie ta droga okazała się najlepsza.

Jedna z moich najbliższych przyjaciółek też obrała ten kierunek. Żyje wolnym życiem, sama uprawia większość tego, co je, propaguje detoks cyfrowy i samowystarczalność oraz świadome i pełne macierzyństwo. Dotarła do tego jednak zupełnie inną drogą – po poważnym wypadku, który niemal przypłaciła życiem swoim i swojego nienarodzonego dziecka, nauczyła się medytować.

Dopiero wiele lat później uważność zaczęła przenikać do innych obszarów jej życia – pierwszym krokiem było uporządkowanie rzeczy po ojcu, który zmarł, kiedy była młoda. Przedmioty te symbolizowały dla niej ważną więź rodzinną i dopiero po wielu latach była w ogóle w stanie je przejrzeć. W końcu jednak się na to zdobyła. W swoim czasie. Kiedy była na to gotowa.

Zupełnie odwrotne trasy. Podobne mety. Inne cele. Podobne rezultaty.

Nie ma jednej słusznej drogi. Liczy się tylko to, co sprawdza się w twoim przypadku. Poświęć zatem czas na przeczytanie tej książki od początku do końca, żeby poznać różne elementy prostszego, spokojnego życia. A kiedy skończysz, proszę cię tylko o jedno: wróć do rozdziału pierwszego i odpowiedz na zamieszczone tam pytania. Reszta zależy od ciebie – sama zdecyduj, gdzie zaczniesz, czego się pozbędziesz i jak szybko (albo powoli) będziesz podążać nową drogą.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Powoli. Jak żyć we własnym rytmie Prostota 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy