Jej ciało i inne strony

Jej ciało i inne strony

Autorzy: Carmen Maria Machado

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Obyczajowe Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 19.50 zł

Fantastyczne opowieści o okropnościach seksizmu.
 
Najnowsze objawienie literackie z USA 

  Na podstawie książki powstaje serial o horrorze bycia kobietą, zapowiadany przez producentów jako „feministyczny BLACK MIRROR”

  W 2018 roku New York Times umieścił debiutancki tom opowiadań Machado Her Body and Other Parties na prestiżowej liście „Nowa awangarda”, jako jedną z 15 książek napisanych przez kobiety, które kształtują sposób, w jaki czytamy i piszemy fikcję w XXI wieku. 

Żona odrzuca prośby męża o usunięcie zielonej wstążki z szyi. Kobieta opowiada o swoich seksualnych doświadczeniach, podczas gdy kataklizm pochłania ludzkość. Sprzedawca w centrum handlowym dokonuje przerażającego odkrycia w szwach sukienek na studniówkę. Gwałtowna utrata masy ciała, wywołana zabiegami chirurgicznymi, skutkuje niechcianym gościem w domu bohaterki.   

Machado burzy granice między realizmem psychologicznym i science fiction, komedią i horrorem. Naginając prawa gatunków stwarza unikalny styl. Buduje zaskakujące historie o życiu kobiet, przemocy fizycznej i psychicznej, z jaką ciągle muszą się mierzyć. Ta proza jest ziemska i nie z tego świata, klasyczna i seksowna, queerowa i uszczypliwa, komiczna i śmiertelnie poważna, przechodzi od przerażającej przemocy do najbardziej wykwintnych uczuć.  

Carmen Machado jest pisarką i wykładowczynią the University of Pennsylvania, mieszka z żoną w Filadelfii. Jej eseje, opowiadania i teksty krytyczne publikowane są na łamach m. in. New Yorker,  New York Times, Granta, Tin House, VQR, McSweeney's Quarterly Concern, The Believer, Guernica, Best American Science Fiction & Fantasy.

Tytuł oryginału: Her Body And Other Parties

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Łukasz Ochnik

Projekt graficzny okładki: Jonathan Gray/gray318

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

© HER BODY AND OTHER PARTIES by Carmen Maria Machado

Copyright © 2017 by Carmen Maria Machado

By arrangement with the author. All rights reserved.

© copyright by Agora SA, 2018

© copyright for Polish translation by Dobromiła Jankowska

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2744-0 (epub), 978-83-268-2745-7 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Mężowski szew

Inwentarz

Matki

Wyjątkowo odrażające

Prawdziwe kobiety mają ciała

Osiem kęsów

Rezydentka

Towarzyskie trudności

Podziękowania

Przypis

Dla mojego dziadka

REINALDA PILARA MACHADY GORRINA

quien me contó mis primeros cuentos, y sigue siendo mi favorite

oraz dla

VAL

odwróciłam się i byłaś

Moje ciało jest nawiedzonym

domem, w którym się gubię.

Nie ma drzwi, ale są noże

i sto okien.

JACQUI GERMAIN

bóg powinien uczynić kobietę śmiercionośną

kiedy z mężczyzn uczynił potwory.

ELIZABETH HEWER

MĘŻOWSKI SZEW

(Jeśli czytasz to opowiadanie na głos, używaj proszę następujących głosów:

MÓJ: jako dziecka piskliwy, przeciętny; jako kobiety – taki sam.

CHŁOPCA, KTÓRY STANIE SIĘ MĘŻCZYZNĄ I MOIM MĘŻEM: z wielkim talentem do szczęśliwych odkryć.

MOJEGO OJCA: dobry, donośny; jak głos twojego ojca albo człowieka, którego widziałabyś w tej roli.

MOJEGO SYNA: jako dziecka delikatny, lekko sepleniący; jako mężczyzny – taki jak mojego męża.

WSZYSTKICH POZOSTAŁYCH KOBIET: wymienne z moim).

Od razu wiem, że mam ochotę, zanim on to wie. Nie tak się powinno robić, ale to właśnie zamierzam. Jestem z rodzicami na imprezie u sąsiadów, mam siedemnaście lat. Wypijam w kuchni pół kieliszka białego wina z nastoletnią córką gospodarzy. Mój ojciec nie zauważa. Wszystko traci ostrość jak świeży obraz olejny.

Chłopak nie stoi twarzą do mnie. Widzę mięśnie jego karku i pleców, to, że źle się czuje w koszuli z przypinanym kołnierzem, jak robotnik, który wystroił się na tańce, i robię się mokra. I nie chodzi o to, że nie mam z kogo wybierać. Jestem śliczna. Mam ładne usta. Mam ciężkie piersi wychylające się z sukienek w sposób jednocześnie niewinny i perwersyjny. Porządna ze mnie dziewczyna, z dobrej rodziny. Ale on jest chyba trochę niezdecydowany, jak to się zdarza mężczyznom, a ja mam ochotę. Wygląda, jakby też mógł ją mieć.

Słyszałam kiedyś historię o dziewczynie, która zażądała od swojego kochanka czegoś tak obrzydliwego, że poskarżył się jej rodzinie, a oni odwieźli ją do szpitala. Nie wiem, o jaką zboczoną przyjemność poprosiła, choć bardzo chciałabym wiedzieć. Jakiej magicznej rzeczy można pożądać tak bardzo, że zamykają cię z tego powodu przed światem?

Chłopak mnie zauważa. Jest uroczy, speszony. Mówi „cześć”. Pyta, jak mam na imię.

Zawsze chciałam wybrać właściwy moment i to jest moment, który wybieram.

Całuję go na tarasie. Oddaje pocałunek, na początku delikatnie, ale potem mocniej, nawet trochę rozpiera językiem moje usta, co mnie zaskakuje i chyba jego również. W ciemności, we własnym łóżku, pod ciężarem starej kołdry wyobrażałam sobie różne rzeczy, ale tego nigdy; jęczę. Kiedy się odsuwa, wygląda na zaskoczonego. Rozgląda się przez moment, w końcu spogląda na moją szyję.

– Co to jest? – pyta.

– Co, to? – dotykam wstążki na karku. – To tylko moja wstążka. – Przebiegam palcami połowę zielonej, lśniącej tasiemki i kładę je na ciasnej kokardce zawiązanej z przodu. Chłopak wyciąga rękę. Łapię ją i odsuwam.

– Nie powinieneś jej dotykać – mówię. – Nie wolno ci.

Zanim wejdziemy do środka, pyta, czy znowu się spotkamy. Odpowiadam, że chętnie. Tamtego wieczoru przed snem znowu go sobie wyobrażam, jego język rozchylający moje usta, gładzę się palcami, wyobrażam go sobie obok, mięśnie i przyjemność, i już wiem, że weźmiemy ślub.

I bierzemy. To znaczy weźmiemy. Ale najpierw zawozi mnie swoim autem, po zmroku, nad jezioro z bagnistym brzegiem, do którego trudno się zbliżyć. Całuje mnie i łapie za pierś, ściskając sutek między palcami.

Nie jestem całkiem pewna, co zamierza zrobić, zanim to robi. Jest twardy, gorący, suchy, pachnie jak chleb i kiedy mnie rozrywa, krzyczę i przyklejam się do niego jak tonący na morzu. Jego ciało zapiera się na moim i pcha, pcha, a przed końcem wysuwa się i dochodzi, śliski od mojej krwi. Fascynuje mnie i podnieca ten rytm, potrzeba do zaspokojenia, wyrazistość końca. Potem on opada na fotel, a ja słyszę dźwięki jeziora: nury i cykady, i coś jakby szarpanie bandżo. Znad wody zrywa się wiatr i chłodzi moje ciało.

Nie wiem, co teraz robić. Czuję serce bijące między nogami. Boli, ale mam pewność, że to może być miłe. Dotykam się i wiem, że gdzieś z daleka nadchodzi przyjemność. On zaczyna ciszej oddychać, dostrzegam, że mnie obserwuje. Moja skóra lśni w blasku księżyca wpadającym przez szybę. Kiedy widzę, jak patrzy, wiem, że mogę uchwycić tę przyjemność, jakbym czubkami palców łaskotała koniec sznurka trzymającego balon, który niemal uciekł z zasięgu. Wyciągam się, jęczę i dochodzę do końca tego uczucia powoli i rytmicznie, przez cały czas przygryzając język.

– Muszę więcej – mówi, ale nie unosi się, by cokolwiek zrobić. Wygląda przez okno, więc ja również. Z tej ciemności zaraz może coś wyjść, myślę. Człowiek z hakiem zamiast ręki. Wieczny autostopowicz bez końca przemierzający tę samą drogę. Stara kobieta wezwana znad zwierciadła rymowankami dzieci. Wszyscy znają te opowieści – to znaczy wszyscy je opowiadają, nawet jeśli ich nie znają – ale nikt w nie nie wierzy.

On zerka na wodę, a potem znowu na mnie.

– Opowiedz mi o swojej wstążce – mówi.

– Nie ma o czym mówić. To moja wstążka.

– Mogę jej dotknąć?

– Nie.

– Chcę jej dotknąć – mówi. Lekko porusza palcami, a ja zaciskam nogi i się prostuję.

– Nie.

Coś na jeziorze się wynurza i skręca nad wodą, a potem ląduje z pluśnięciem. On odwraca się, słysząc ten dźwięk.

– Ryba – mówi.

– Kiedyś – odpowiadam – opowiem ci o tym jeziorze i stworzeniach, które tu żyją.

Uśmiecha się do mnie, pociera szczękę. Odrobina mojej krwi rozmazuje mu się na skórze, ale tego nie zauważa, a ja nic nie mówię.

– Bardzo bym tego chciał – odpowiada.

– Odwieź mnie do domu – mówię. A on, dżentelmen, robi, o co proszę.

Wieczorem się podmywam. Jedwabiste mydliny między moimi nogami mają kolor i zapach rdzy, ale jestem nowsza niż kiedykolwiek przedtem.

Moi rodzice bardzo go lubią. To miły chłopak, mówią. Będzie z niego porządny mężczyzna. Pytają go o zawód, hobby, rodzinę. On mocno ściska dłoń mojego ojca i prawi matce komplementy, od których ona chichocze i czerwieni się jak dziewczynka. Wpada dwa razy w tygodniu, czasem trzy. Matka zaprasza go na kolację, a ja, jedząc, wbijam paznokcie w jego udo. Kiedy lody w salaterce się topią, mówię rodzicom, że idziemy we dwoje na spacer po ulicy. Wychodzimy w noc, trzymając się słodko za ręce, dopóki pozostajemy w zasięgu wzroku. Za rogiem ciągnę go przez drzewa, a kiedy znajdujemy kawałek pustej ziemi, próbując utrzymać równowagę, zsuwam rajstopy i oddaję mu się, na czworakach.

Słyszałam różne opowieści o dziewczynach takich jak ja i wcale nie boję się zostać przyczynkiem kolejnych. Słyszę, jak odpina klamrę paska od spodni, które cicho opadają na ziemię, czuję jak półtwardy opiera się o mnie. Błagam: „Tylko nie drażnij” – i robi, o co proszę. Jęczę, napieram na niego i parzymy się na tej polanie, a jęki mojej przyjemności i jęki jego szczęścia mieszają się i rozpływają w ciemności. Uczymy się, on i ja.

Są dwie zasady: nie może skończyć w środku i nie może dotykać mojej zielonej wstążki. Spuszcza się na ziemię – pac-pac-pacając jak pierwsze krople deszczu. Chcę się dotknąć, ale moje palce, wbite przed chwilą w grunt, są brudne. Podciągam majtki i rajstopy. On wydaje jakiś dźwięk, pokazuje palcem, że pod nylonem również kolana mam usmarowane ziemią. Ściągam rajstopy, otrzepuję się, wkładam z powrotem. Wygładzam spódnicę i poprawiam włosy. Pojedynczy kosmyk w zmęczeniu wyślizgnął się również spod jego zaczesanych do tyłu loków, więc przyklejam go do reszty. Schodzimy do strumienia i myję dłonie, póki nie są czyste.

Spacerem wracamy do domu, wstrzemięźliwie trzymając się pod rękę. Moja matka zrobiła kawę, siadamy więc, a ojciec pyta o jego pracę.

(Jeśli czytasz to opowiadanie na głos, dźwięki na polanie można najłatwiej odtworzyć, biorąc głęboki oddech i wstrzymując go przez długą chwilę. Potem wypuść całe powietrze naraz, by klatka piersiowa zapadła się jak wieża z klocków zrzucona na ziemię. Zrób to ponownie i znowu, skracając czas między wstrzymywanym oddechem i wypuszczeniem).

Zawsze opowiadałam historie. Kiedy byłam mała, matka musiała wynieść mnie ze sklepu spożywczego, bo w jednej z alejek zaczęłam krzyczeć coś o uszkach. Zatroskane klientki obracały się i gapiły, a ja wierzgałam, okładając szczupłe matczyne plecy.

– Pietruszka! – poprawiła mnie, kiedy wróciłyśmy do domu. – Pietruszka, nie uszka!

Kazała mi siedzieć w krzesełku – dziecięcym, zbudowanym specjalnie dla mnie – do powrotu ojca. Ale nie, przecież ja widziałam uszka, maleńkie uszy, blade i zakrwawione muszelki pomiędzy białymi korzeniami. Jedno z nich, którego dotknęłam czubkiem wskazującego palca, było zimne jak lód i ugięło się pod moim dotykiem, jak ugina się pęcherz. Kiedy wspomniałam matce o tym szczególe, coś w tle jej oczu mignęło jak u zaskoczonego kota.

– Nie ruszaj się stąd – powiedziała.

Wieczorem ojciec wrócił z pracy i wysłuchał mojej historii ze wszystkimi szczegółami.

– Poznałaś pana Barnsa, prawda? – zapytał, mając na myśli starszego pana, który prowadził sklep.

Raz go spotkałam, więc przytaknęłam. Miał włosy białe jak niebo przed śniegiem i żonę, która wypisywała produkty w sklepowej witrynie.

– Dlaczego pan Barns miałby sprzedawać uszy? – zapytał ojciec. – Skąd by je brał?

Byłam młoda, nie wiedziałam nic o cmentarzach i kostnicach, nie mogłam więc odpowiedzieć.

– A nawet gdyby skądś je zdobywał – ciągnął ojciec – to co by zyskał, sprzedając je razem z pietruszką?

One tam były. Widziałam na własne oczy. Ale w blasku logicznego rozumowania ojca poczułam, jak moje wątpliwości się rozwiewają.

– A co ważniejsze – ojciec triumfalnie zaserwował ostateczny dowód – dlaczego nikt oprócz ciebie nie zauważył tych uszu?

Będąc dorosłą, powiedziałabym wówczas ojcu, że na tym świecie istnieją rzeczy, które może zobaczyć tylko konkretna para oczu. Będąc dziewczynką, zgodziłam się z jego logiką i zaśmiałam, kiedy zgarnął mnie z krzesła, by pocałować i puścić w drogę.

Nie jest normalne, że dziewczyna uczy swojego chłopaka, ale ja tylko pokazuję mu, czego chcę, co pojawia się pod moimi powiekami, kiedy zasypiam. Zaczyna rozpoznawać zmianę mojego wyrazu twarzy, kiedy czuję pożądanie, niczego też przed nim nie ukrywam. Kiedy mówi, że pragnie moich ust, aż po gardło, uczę się nie krztusić i biorę go całego w siebie, jęczę, czując słonawy smak. Kiedy pyta o moją największą tajemnicę, mówię o nauczycielu, który chował mnie w szafie, dopóki wszyscy nie wyszli, i kazał mi się tam dotykać, a ja potem szłam do domu i szorowałam ręce drucianym czyścikiem, aż zaczynały krwawić. Mówię, choć to wspomnienie budzi we mnie gniew i wstyd i potem przez miesiąc mam koszmary. A kiedy prosi, bym za niego wyszła, tuż przed moimi osiemnastymi urodzinami, mówię tak, tak, proszę, i potem siedzę na jego kolanach na parkowej ławce, rozkładając dokoła spódnicę, by żaden przechodzień nie domyślił się, co się dzieje pod nią.

– Czuję, że znam tak wiele kawałków ciebie – mówi, wsuwając mi palce po kostki, i próbuje nie dyszeć. – A teraz będę znał je wszystkie.

Jest taka opowieść o dziewczynie, którą koledzy namawiają, by po zmroku poszła sama na miejscowy cmentarz. Głupio zrobiła: kiedy powiedzieli, że jeśli nocą stanie na czyimś grobie, jego mieszkaniec wyciągnie ręce i wciągnie ją pod ziemię – zakpiła sobie. A kpina to pierwszy błąd, jaki może popełnić kobieta.

– Życie jest za krótkie, żeby bać się takich głupot – powiedziała. – Udowodnię wam.

Duma to drugi błąd.

Zrobi to, twierdziła, bo przecież jej z pewnością zły los nie spotka. Dali więc dziewczynie nóż, który miała wbić w zmarzniętą ziemię jako dowód, że była tam i miała rację.

Poszła na ten cmentarz. Niektórzy mówią, że grób wybrała przypadkowo. Ja wierzę, że wybrała jeden z tych bardzo starych, mimo wszystko wątpiąc i podejrzewając, że gdyby nie miała racji, to nietknięte mięśnie i ciało świeżego trupa będą bardziej niebezpieczne niż tego, który nie żyje od wieków.

Uklękła na grobie i głęboko wbiła ostrze. Kiedy wstała, by uciec – nikt nie mógł bowiem zobaczyć jej strachu – okazało się, że nie jest zdolna się ruszyć. Coś trzymało ją za ubrania. Krzyknęła i upadła na ziemię.

Rankiem na cmentarzu pojawili się jej znajomi. Znaleźli ją na grobie, ostrze noża przybiło grubą wełnianą spódnicę do ziemi. Czy zmarła ze strachu, czy z zimna – bez znaczenia, kiedy przybyli jej rodzice. Nie myliła się, ale to też nie miało znaczenia. Potem wszyscy wierzyli, że dziewczyna chciała umrzeć, choć zmarła, dowodząc, że chce żyć.

Okazało się, że trzecim, najgorszym błędem jest mieć rację.

Moi rodzice są zadowoleni z tego małżeństwa. Matka mówi, że choć współczesne dziewczyny coraz później wychodzą za mąż, ona poślubiła mego ojca jako dziewiętnastolatka i dobrze zrobiła.

Kiedy wybieram suknię ślubną, przypomina mi się historia o młodej kobiecie, która chciała iść na tańce z ukochanym, ale nie miała pieniędzy na strój. Kupiła więc śliczną białą sukienkę w sklepie z używaną odzieżą, a niedługo później zachorowała i zmarła. Lekarz, który badał ją przed śmiercią, odkrył, że umarła z powodu płynu do balsamowania zwłok. Okazało się, że nieuczciwy pomocnik grabarza ukradł kieckę z ciała jakiejś panny młodej.

Morał z tej opowieści jest chyba taki, że bieda cię zabije. Wydaję na sukienkę więcej, niż zamierzałam, ale jest bardzo piękna – no i lepiej, że nie umarłam. Kiedy wkładam ją do mojej panieńskiej skrzyni, myślę o pannie młodej, która w dzień ślubu bawiła się w chowanego i ukryła na strychu, w starym kufrze – zatrzasnął się i nie otworzył. Uwięziona tam umarła. Ludzie myśleli, że uciekła, dopiero wiele lat później służąca znalazła szkielet w białej sukni złożony w ciemnym pudełku. Panny młode w takich historiach zawsze źle kończą. Historie wyczuwają szczęście i zdmuchują je jak świeczkę.

Ślub bierzemy w kwietniu, w zaskakująco zimne popołudnie. On przed ceremonią widzi mnie w sukience, nalega na namiętny pocałunek i wkłada rękę pod gorset. Twardnieje, a ja mówię, że może wykorzystać moje ciało, jak mu się podoba. Z tej okazji unieważniam mój pierwszy zakaz. On opiera mnie o ścianę i żeby się podtrzymać, kładzie dłoń na kafelku obok mojej szyi. Kciukiem muska wstążkę. Nie rusza ręką, kiedy pracuje we mnie i mówi „kocham cię, kocham cię, kocham”. Nie wiem, czy jestem pierwszą kobietą, która idzie do ołtarza kościoła Świętego Jerzego z nasieniem cieknącym po nogach, ale lubię myśleć, że tak.

Na miesiąc miodowy jedziemy w podróż po Europie. Nie jesteśmy bogaci, ale dajemy radę. Europa to kontynent opowieści, których uczę się w przerwach od konsumowania. Z głośnych, starych metropolii uciekamy do sennych wiosek w alpejskich kurortach i z powrotem, popijając alkohol i zębami odrywając pieczone mięso od kości, jedząc szpecle i oliwki, i ravioli, i kremowe ziarno, którego nie znam, ale na które mam ochotę każdego ranka. Nie stać nas na sypialny w pociągu, ale mąż przekupuje konduktora, by dał nam godzinę w pustym przedziale, dzięki czemu parzymy się nad Renem; mąż przyciska mnie do rozklekotanego łóżka i wyje jak stworzenie bardziej pierwotne od gór, które przekraczamy. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest cały świat, ale to pierwsza jego część, którą widzę. Elektryzuje mnie poczucie możliwości.

(Jeśli czytasz to opowiadanie na głos, naśladuj dźwięk łóżka zmęczonego pociągiem i uprawianiem miłości, naciskając na zawiasy metalowego składanego krzesła. Jeśli cię to zmęczy, śpiewaj kiepsko zapamiętane słowa starych piosenek osobie, którą masz obok, i myśl o kołysankach dla dzieci).

Wkrótce po powrocie z podróży zatrzymuje mi się miesiączka. Mówię o tym mężowi którejś nocy, kiedy zmęczeni leżymy w łóżku. Rozpromienia się prawdziwą radością.

– Dziecko – mówi. Kładzie się z rękami pod głową. – Dziecko. – Milczy tak długo, że zaczynam myśleć, że zasnął, ale kiedy patrzę, okazuje się, że ma oczy otwarte i wpatrzone w sufit. Przewraca się na bok i spogląda na mnie.

– Czy dziecko będzie miało wstążkę?

Zaciskam zęby, dłoń instynktownie zaczyna bawić się kokardką. W myślach mam wiele odpowiedzi, wybieram tę, która wzbudzi we mnie najmniejszy gniew.

– Teraz nie wiadomo – mówię w końcu.

Zaskakuje mnie wtedy, dotyka mojej szyi. Podnoszę ręce, by go powstrzymać, ale wykorzystuje swoją siłę, jedną dłonią łapie moje nadgarstki, drugą dotyka wstążki. Naciska jedwab kciukiem. Delikatnie dotyka kokardkę, jakby masował mnie t a m.

– Proszę – mówię. – Proszę, nie.

Udaje, że nie słyszy.

– Proszę – powtarzam głośniej, ale głos łamie się w środku.

Mógł to wtedy zrobić, rozwiązać kokardkę, gdyby chciał. Ale puszcza mnie i przewraca się na plecy, jakby nic się nie stało. Pocieram bolące nadgarstki.

– Muszę się napić – mówię. Wstaję, idę do łazienki. Odkręcam kran i nerwowo sprawdzam wstążkę; łzy zatrzymują się na rzęsach. Kokardka wciąż jest mocno zawiązana.

Jest taka historia o pionierach, mężu i żonie, których zabiły wilki. Sąsiedzi znaleźli ciała, poszarpane, rozrzucone po maleńkiej chacie, ale nigdy nie znaleziono ich córeczki, żywej ani martwej. Ludzie gadali, że widzieli dziewczynkę biegającą z wilczą sforą, skaczącą nad przeszkodami, dziką i niebezpieczną jak pozostałe zwierzęta.

Gdy tylko ktoś ją zauważył, wieści roznosiły się po okolicy. Zimą nastraszyła w lesie jakiegoś myśliwego – choć może mniej się bał, a bardziej zdziwił na widok małej nagiej dziewczynki szczerzącej zęby i wyjącej tak dziko, że dostał gęsiej skórki. Potem młoda kobieta, w wieku idealnym do małżeństwa, próbowała zabić konia. Ludzie widzieli nawet, jak rozrywa zębami kurczaka, aż pierze fruwało dokoła.

Wiele lat później widziano ją odpoczywającą w sitowiu nad rzeką, kiedy karmiła piersią dwa wilczęta. Lubię myśleć, że wyszły z jej ciała, pokolenie wilków ze śladem człowieka, jedyne takie. Na pewno poraniły jej piersi, ale nie narzekała, bo wilczęta należały do niej i tylko do niej. Wierzę, że kiedy ich pyski i zęby naciskały na kobiece ciało, czuła spokój, którego nie znalazłaby nigdzie. Na pewno lepiej jej było między nimi niż gdziekolwiek indziej. To wiedziałam na pewno.

Mijają miesiące, mój brzuch jest coraz większy. Wewnątrz nasze dziecko szaleńczo pływa, kopie, naciska i drapie. Dyszę w miejscach publicznych, zataczam się na boki, łapię za brzuch i przez zęby syczę do Małego, żeby przestał. Któregoś razu potykam się podczas spaceru w parku – tym samym, w którym rok wcześniej mąż mi się oświadczył; padam na kolana, ciężko oddycham, bliska płaczu. Jakaś kobieta pomaga mi wstać i usiąść, daje trochę wody, mówi, że pierwsza ciąża zawsze jest najgorsza, ale później robi się łatwiej.

Jest najgorsza, ale z wielu innych powodów niż zmienione ciało. Śpiewam dziecku, myśląc o bajaniach starych kobiet, że dziecko nosi się wysoko lub nisko. Czy noszę w sobie chłopca, podobnego do jego ojca? Czy dziewczynkę, córkę, ona zmiękczy synów, którzy pojawią się później? Nie mam rodzeństwa, ale wiem, że najstarsze dziewczynki zmiękczają swoich braci, ci zaś chronią je przed niebezpieczeństwami tego świata – taki układ uspokaja moje serce.

Ciało zmienia się w sposób, którego nie oczekiwałam – piersi mam duże i rozpalone, brzuch poznaczony rozstępami jak tygrysim pazurem. Czuję się ogromna, ale mąż zdaje się pałać świeżym pożądaniem, jakby mój nowy kształt odświeżył naszą listę perwersji. A moje ciało reaguje – w kolejce w supermarkecie, w kościele podczas przyjmowania komunii, czuję w sobie nowe ogniste pragnienie, od którego robię się wilgotna i nabrzmiała z byle powodu. Kiedy mąż wraca do domu, ma już w głowie listę rzeczy, których ode mnie chce, a ja chętnie daję mu to i więcej, bo odkąd rano kupowałam marchewki i chleb, jestem wciąż bliska finału.

– Nie ma szczęśliwszego faceta ode mnie – mówi, gładząc rękami mój brzuch.

Rankiem całuje mnie, pieści, a czasem bierze mnie przed kawą i tostami. Idzie do pracy pełen energii. Wraca do domu z awansem, potem kolejnym.

– Więcej pieniędzy dla mojej rodziny – mówi. – Więcej pieniędzy dla naszego szczęścia.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jej ciało i inne strony 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie