Widzi mi się

Widzi mi się

Autorzy: Zadie Smith

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 39.99 zł

Widzi mi się powstawało osiem lat. Przez ten czas świat zmienił swoje oblicze, a Zadie Smith z cenionej i nagradzanej brytyjskiej autorki stała się również osobą publiczną, wypowiadającą się w sprawach najistotniejszych, budzących emocje po obu stronach Atlantyku. Głos autorki Białych zębów, dzielącej swoje życie między Londyn i Nowy Jork, jest ostry i autentyczny, a obok jej zdecydowanych poglądów nie sposób przejść obojętnie. Światopogląd pisarki poznajemy dzięki tekstom pisanym czasem z kpiną, czasem z oburzeniem, ale zawsze szczerze i poruszająco. Jej przenikliwe, świeże i ożywcze spojrzenie jest kluczem do zrozumienia współczesności.

 

Pożaru niepodobna gasić powietrzem. Ale nie sposób też walczyć o wolność, co do której zapomniało się, jak ją rozpoznawać. Eseje te ofiarowuję czytelnikom wciąż zaciekawionym tą wolnością – niech je wykorzystują, przerabiają, demontują, destruują albo ignorują – wedle własnego widzimisię!

[ze wstępu]

 

Jedne z najlepszych tekstów Zadie Smith

„The Independent”

Dla Kita i Hala

oraz

Roberta B. Silversa, in memoriam

Ludzie potrafią być chodzącymi statkami niewolników.

Zora Neale Hurston

Oczy nie są oknami. Istnieją impulsy nerwowe, ale nikt ich nie czyta, nie liczy, nie tłumaczy ani o nich nie rozmyśla. Możesz szukać w nieskończoność, ale i tak nikogo nie będzie w domu. Świat zawiera się w tobie, lecz ciebie tam nie ma.

Daniel Kehlmann

SŁOWO WSTĘPNE

Pewnego razu w Rzymie, kiedy jadłam kolację ze starymi przyjaciółkami, jedna z nich odwróciła się do mnie i powiedziała: „Twoje dotychczasowe pisanie to trwająca od piętnastu lat psychodrama”. Wszyscy wybuchli śmiechem – ja też. Myśl ta trochę jednak mnie ukłuła i przez kilka tygodni nie dawała spokoju. I oto dziś wracam do niej w tej przedmowie. To prawda: od lat zajmuję się myśleniem na głos – często zastanawiając się, czy w taki czy inny sposób nie narażam się na śmieszność. Ten niepokój wyrasta, jak sądzę, ze świadomości, że nie mam żadnych konkretnych kwalifikacji do tego, by pisać tak, jak piszę. Nie jestem filozofką ani socjolożką, dyplomowaną wykładowczynią literatury czy filmoznawstwa, politolożką, zawodową krytyczką muzyczną ani dziennikarką z prawdziwego zdarzenia. Jestem zatrudniona na studiach magisterskich w zakresie sztuki, ale sama nie mam ani magistra, ani doktoratu. Moje podstawa dowodowa niemal zawsze jest intymna. Mam takie a takie odczucie – a wy? Uderzyła mnie taka oto myśl – a was? Eseje traktujące o przeżyciach emocjonalnych autora z natury rzeczy pozbawione są jakiegokolwiek ugruntowania. Jedyne, co mają, to swoboda. A czytelnik także ma niezwykłą swobodę, w żaden bowiem sposób ponad nim nie stoję i nie mam nad nim żadnej władzy. W każdej chwili może odrzucić moje odczucia i powiedzieć: „Nie, nigdy nie odniosłem / odniosłam takiego wrażenia”, albo: „Dobry Boże, nawet nie przeszło mi to przez myśl!”.

Pisanie (w moim odczuciu) sytuuje się w miejscu, w którym krzyżują się trzy mgławicowe i niepewne elementy: język, świat i „ja”. Pierwszy nigdy nie jest w pełni mój; drugi mogę poznać tylko w jakiejś części; trzeci jest elastyczną i spontaniczną reakcją na pierwszy i drugi. Jeśli moje pisanie jest psychodramą, to nie sądzę, iż dzieje się tak dlatego, że – jak napisaliby w internecie – potrafię dawać niezłego kopa, ale dlatego, że właściwa miara i ciężar, jakie należy nadać każdemu z tych elementów, nigdy nie są dla mnie zrozumiałe same przez się. To właśnie owo „ja” – którego granice są niepewne, którego język nigdy nie jest czysty, którego świat nigdy nie jest „zrozumiały sam przez się” – jest źródłem i adresatem mojego pisania. Liczę na czytelnika, który podobnie jak autorka często zastanawia się, w jakim stopniu jest naprawdę wolny, i dla którego jest rzeczą oczywistą, że czytanie niesie ze sobą takie same swobody i wymogi jak pisanie.

Jedna uwaga: zdaję sobie sprawę, że moje cokolwiek ambiwalentne spojrzenie na ludzkie „ja” jest zupełnie niemodne. Eseje, które trzymacie państwo w ręku, powstały w Anglii i Ameryce za ośmioletniej prezydentury Obamy, toteż są wytworem minionego świata. Rzecz jasna, w sytuacji, z którą mierzymy się dziś, trudno zachowywać – po obu stronach Atlantyku – jakiekolwiek ambiwalentne odczucia. Miliony mniej lub bardziej amorficznych „ja” nieuchronnie zaczną krystalizować się teraz w protestujących, aktywistów, demonstrantów, wyborców, agitatorów, oskarżycieli, lobbystów, bojowników, obrońców, historyków, ekspertów, krytyków. Pożaru niepodobna gasić powietrzem. Ale nie sposób też walczyć o wolność, jeśli się zapomniało, jak ją rozpoznawać. Eseje te ofiarowuję czytelnikom wciąż zaciekawionym tą wolnością – niech je wykorzystują, przerabiają, demontują, destruują albo ignorują wedle własnego widzimisię!

Zadie Smith

Nowy Jork

18 stycznia 2017

CZĘŚĆ I

NA ŚWIECIE

BLUES Z PÓŁNOCNO-ZACHODNIEGO LONDYNU

Bawiąc ostatnio w Willesden Green, zabrałam córkę w odwiedziny do mojej matki. Był słoneczny dzień. Przeszłyśmy przez Brondesbury Park do drogi głównej. Właśnie odbywał się „targ francuski” – trochę niespodziewany w tym miejscu kiermasz towarów francuskich, sprzedawanych w wybetonowanym zaułku między ozdobionym wieżyczkami urokliwym budynkiem dawnej Willesden Library (1894) a wyrzuconym na brzeg topornym wycieczkowcem z czerwonej cegły znanym pod nazwą Willesden Green Library Centre (1989) – sporą lokalną atrakcją, notującą blisko pięćset tysięcy odwiedzin rocznie. Rozświetloną słońcem ulicą doszłyśmy do betonowego skwerku – placu targowego. Nie przypominało to spaceru ocienioną wiejską ścieżką kończącą się na znakomicie zachowanym osiemnastowiecznym placyku w urokliwym miasteczku targowym. Nie było w tym nawet podobieństwa do wyprawy na jeden z tych miejskich zieleniaków, które niczym grzyby po deszczu wyrastają na skrzyżowaniach w całym Londynie, gdzie wysoka stopa życiowa zbiega się z modą na małe serowarnie.

Mimo to było bardzo sympatycznie. Na targu francuskim w Willesden Green można kupić tanie torby, płyty CD z klasyką jazzu i rock and rolla, parasolki i sztuczne kwiaty, ozdóbki, bibeloty i wihajstry, których wygląd bądź zastosowanie nie zawsze automatycznie kojarzy się z Francją. Sprzedają tu pistolety na wodę, francuskie pieczywo i ciasta – po cenach niewiele wyższych niż w sklepiku sieci Gregg’s na Kilburn High Road. Na targu możemy też zaopatrzyć się w sery, ale te z wyższej półki cenowej i znanych gatunków – brie, owcze, pleśniowe – jakby to targowisko zostało żywcem przeniesione na drugi brzeg kanału La Manche z jakiegoś zapuszczonego paryskiego przedmieścia. Zresztą kto wie, czy tak istotnie nie było. W targu francuskim w Willesden Green najważniejsze jest to, że uwydatnia i zwraca uwagę na ten betonowy placyk przed Willesden Green Library Centre, który na co dzień służy za miejsce spotkań, choć nigdy w takim stopniu jak właśnie w dzień targowy. Zgromadzeni tu goście stoją, rozmawiają, kupują albo tylko oglądają sery, słowem: robią to, co dyktuje im ochota. Jest bardzo przyjemnie. Można by wręcz zapomnieć, że zaledwie dziesięć metrów dalej biegnie główna w tej okolicy arteria – High Road. A to jest nie bez znaczenia. Kiedy znajdujesz się na targu, to nie idziesz do pracy czy szkoły ani nie czekasz na autobus. Nie podążasz do metra ani nie robisz sprawunków. Nie przebywasz na tej głównej ulicy, gdzie odbywają się wszystkie powyższe czynności. Jesteś zaledwie o parę kroków od niej, niespiesznie spędzając czas pod gołym niebem miasta – a więc robiąc właśnie to, co zaczęły uniemożliwiać mieszkańcom te ruchliwe miejskie ulice.

Każdy wie, że jeśli ludzie przebywają bez celu przez jakiś czas w przestrzeni miasta, to mogą stać się „antyspołeczni”. I rzeczywiście, na jednym z dziwacznych architektonicznych wypustów biblioteki siedziało czterech bezdomnych pijaczków raczących się Special Brew. Na wsi być może siedzieliby pod drzewem, chyba że jakiś rolnik przepędziłby ich widłami. Nie twierdzę, że wiem, co się dzieje na wsi. Jednak tu, w Willesden, siedzieli na swoim murku, a cała reszta nas gromadziła się bez żadnego pożytecznego celu w brzydkim zaułku, po prostu stojąc w słońcu, podobna do jakiejś wspólnoty. Z tego miejsca mogliśmy skierować wzrok przed siebie na wieżyczki, w lewo na wiktoriański komisariat policji (1865) albo na prawo na nieco upiorną fasadę pubu Spotted Dog (1893).

Mogliśmy zyskać jakieś poczucie ciągłości z tym, co było wcześniej. Oczywiście nie takie, jakie mieli zapewne mieszkańcy Hampstead albo urokliwych miasteczek targowych w całym kraju, niemniej gdzieniegdzie w Willesden przeszłość wciąż trwa. Co nas cieszy. I co nie oznacza, że architektura napawa nas nadmierną melancholią (spójrzmy tylko na bibliotekę!), ale miło jest pamiętać, że do lokalnej historii mamy takie same prawo jak inni, nawet jeśli wielu z nas przybyło tu niedawno i z najróżniejszych zakątków świata.

W dzień targowy dajemy sobie prawo do przeświadczenia, że nasza dzielnica, przy całej swojej bogatej mieszaninie ludzi i stylów architektonicznych, pozostaje miejscem niepozbawionym piękna, zasługującym na minimalną choćby ochronę i troskę. Chcę po prostu powiedzieć, że mamy ładny dzień na świeżym powietrzu. Lecz małe dziecko nie będzie wiecznie bezczynnie stać i obserwować, jak jego babcia wita się z liczną rzeszą znajomych z Willesden. Zabrałam córkę na przechadzkę. Przechadzka główną ulicą w zasadzie jest niemożliwa, toteż cofnęłyśmy się, wchodząc do budynku biblioteki. Siłą rzeczy cofnęłyśmy się w czasie, choć nie chciałam – i nie mogłam – zanudzać córki swoimi wspomnieniami: jest jeszcze za mała, zbyt mała, by mogła ją dosięgnąć nostalgia. Ponudzę więc was. Tu, przy tym biurku, zakuwałam. Tam, gdzie stały budki telefoniczne, poznałam pewnego chłopca. Tam byłam z koleżankami ze szkoły na Pianiście i Liście Schindlera (kino zostało zamknięte), a później poszłyśmy na kawę (kawiarnia została zamknięta) i stoczyłyśmy prawdziwą kłótnię na temat sztuki, dzięki której zaczęła w nas świtać świadomość, że między filmem nakręconym z dobrymi intencjami a dobrym filmem może istnieć różnica.

Tymczasem moja córka, z innym szkrabem, który wpadł na ten sam pomysł, biega jak szalona po holu biblioteki. Wtem robi zwrot i kieruje się prosto w stronę Willesden Green Book Shop, niezależnej księgarni, która wynajmuje lokal od gminy i świadczy – cokolwiek by twierdziła rada gminy miejskiej Brent – ważną usługę publiczną. Prowadzi ją Helen. Helen to modelowa tutejsza. Jej modelowość opisałabym w ten sposób: „Dawanie ludziom tego, czego nie wiedzieli, że chcą”. Ważna kategoria. Odmienna od koncepcji spopularyzowanej przez pana Murdocha: dawać ludziom to, czego chcą. Wszyscy znamy dziś promowaną przez Dirty Diggera[1] wersję dobra społecznego – doświadczamy jej od trzydziestu lat. Wersja Helen jest inna i z konieczności może być urzeczywistniana na daleko mniejszą skalę.

Helen daje mieszkańcom Willesden to, czego nie wiedzieli, że chcą. Książki mądre, książki dziwne, książki o kraju, z którego pochodzą, albo o kraju, w którym mieszkają. Książki dla dzieci, w których dzieci przynajmniej trochę przypominają te czytające je. Książki radykalne. Książki klasyczne. Książki niesamowite. Helen jest oczytana, potrafi doradzić. Mam nadzieję, że w swojej lokalnej księgarni macie swoją Helen i wiecie, o czym mówię. W 1999 roku nie wiedziałam, że chcę przeczytać Davida Mitchella, aż Helen poleciła mi Widmopis. I dokładnie pamiętam, jak kupiłam u niej książkę Sartre’a dlatego, że była na półce i ją zobaczyłam. Nie wiem, jak mogłabym się dowiedzieć, że chcę Sartre’a, nie ujrzawszy go na tamtej półce – czyli gdyby nie umieściła go tam Helen. Wiele lat później odbyła się tu promocja mojej pierwszej książki, a kiedy zrobiło się za ciasno (widownia składała się głównie z miejscowych znajomych mojej matki), wszyscy przeszliśmy ulicą do jej mieszkania, by kontynuować spotkanie.

I właśnie kiedy narastała we mnie silna nostalgia za całą tamtą historią z Helen i gdy rozważałam możliwość zorganizowania w tym miejscu następnej promocji swojej książki, po raz pierwszy usłyszałam o powziętym przez radę dzielnicy zamiarze wyburzenia biblioteki wraz z księgarnią, dziewiętnastowiecznymi wieżyczkami, betonowym zaułkiem i murkiem, na którym rozłożyło się owych czterech pijaczków. W jej miejsce przewidziano luksusowy apartamentowiec, wydatnie uszczuploną bibliotekę i „przestrzeń handlową”, pomijając księgarnię. (Steve, właściciel, nie mógł pozwolić sobie na płacenie czynszu na zasadach komercyjnych. Taki sam los spotkał prowadzoną przez niego księgarnię Kilburn Bookshop, która niedawno zawiesiła działalność po trzydziestu latach istnienia). Dołączyła do nas moja mama, przynosząc trochę sera. Pobiadaliśmy we troje nad tą zmianą i kulturowym wandalizmem, jaki naszym zdaniem przedstawiała. Czy też, jeśli spojrzeć na to ze strony przeciwnej, niczym zieloni w sprawach ekonomii luddystyczni liberałowie siedzieliśmy z założonymi rękami, utyskując na nieuniknione.

Kilka dni później wróciłam samolotem do Nowego Jorku, gdzie uczę przez część każdego roku. Logika podpowiada, że kiedy człowiek jest daleko od domu, powinien lepiej radzić sobie ze złymi wiadomościami z kraju, ale każdy, kto spędził jakiś czas w środowisku ekspatów, wie, że sprawy mają się akurat odwrotnie: wydarzenia w Rzymie nikogo nie wpędzą w większą wściekłość niż włoskiego chłopaka serwującego cappuccino na Broadwayu. Bez zapewniającej właściwą miarę scenerii życia codziennego skazani jesteśmy na wiadomości, a te z natury rzeczy na ogół są złe. Przez to człowiek w krótkim czasie popada w histerię. I dlatego nie mam pojęcia, czy docierające z mojego kraju wiadomości rzeczywiście są tak złe, jak się wydaje, czy też obiekty oglądane z odległości pięciu tysięcy kilometrów jawią się w przerysowanych barwach i rozmiarach. Czy zdominowana przez członków Partii Pracy rada dzielnicy rzeczywiście posłała osiłków, by o świcie dokonali nalotu na Kensal Rise Library i ogołocili ją z księgozbioru oraz naściennej tablicy upamiętniającej Marka Twaina? Czy mieszkańcy Willesden Green naprawdę mają utracić swoją księgarnię i dostać mniejszą bibliotekę (obsługującą też użytkowników innych zamykanych przez radę dzielnicy bibliotek, mieszczącą się w szpetnym klocu z luksusowymi apartamentami), wysłuchując, że na tym polega „kultura”?

Tak, to się dzieje naprawdę. Ograniczone do minimum konsultacje społeczne, zastraszanie, niejawność i odrobina widocznych gołym okiem oszustw. Niewątpliwie miejscowi radni znaleźli się w trudnej sytuacji: narzucone przez władze centralne cięcia budżetowe w gminie Brent należą do największych w kraju. Ale notoryczna niegospodarność była już widoczna za poprzednich rządów Partii Pracy, toteż wzajemnemu przerzucaniu winy nie widać końca. W chwili obecnej plan zagospodarowania przestrzennego Willesden Green daje deweloperom bajecznie zyskowne możliwości nabywania gruntów – zarazem zwalniając ich z obowiązku budowania lokali socjalnych – w sposób tak rażący, że zwracając na to uwagę, człowiek czuje się jak dziecko. W panującej sytuacji gospodarczej kto poza dzieckiem oczekiwałby czegoś innego?

Czytanie tych lokalnych historii równolegle z ogólnokrajowymi wywołuje tak zwany efekt lustra, który może być zaledwie kolejnym rodzajem złudzenia optycznego. Oto bowiem w śledztwie komisji Levesona badającej „etykę prasy brytyjskiej” wychodzą na jaw dokładnie te same grzechy, tyle że w powiększeniu: ograniczone do minimum konsultacje społeczne, zastraszanie, niejawność i widoczne gołym okiem oszustwa. Czy jedne z najważniejszych decyzji brytyjskiego życia politycznego rzeczywiście zapadają w jadalniach wąskiej elity? Dlaczego Jeremy Hunt, sekretarz stanu „do spraw kultury, igrzysk olimpijskich, mediów i sportu”, esemesuje do Murdocha? Dlaczego Rebekah[2] składa obietnice premierowi, a premier składa obietnice Rebece w uroczym miasteczku targowym Chipping Norton? Podczas mojego innego pobytu na obczyźnie, we Włoszech, siedziałam w rzymskiej kawiarni na renesansowym placu, otwierając szeroko oczy na widok przypominającego telenowelę włoskiego życia politycznego: podsłuchiwanie polityków, piłkarzy i celebrytów, zakulisowe transakcje medialne, rażące konflikty interesów, rozpanoszona kultura brukowców, politycy siedzący w kieszeniach gazet. Nieraz chichotałam nad „La Repubbliką”, drocząc się ze swoimi włoskimi przyjaciółmi na temat problemów, od których nasza zasadniczo zdrowa brytyjska demokracja parlamentarna była wolna.

Uważam więc, że byłam bardzo naiwna. Zresztą jak większość powieściopisarzy, pomimo ich częstych pretensji do głębokiej refleksji społeczno-politycznej. I zachowuję pewną naiwność w stosunku do państwa brytyjskiego, co wielu osobom, szczególnie młodym, może się wydać komiczne. W zasadzie mogę to wytłumaczyć, jedynie cofając się na chwilę w czasie. To krótka historia o długu – gdyż mam wobec państwa dług, i to spory. Niektórzy wszystko, co mają, zawdzięczają kontom bankowym rodziców. Ja zawdzięczam to państwu. Ujmując rzecz najprościej: państwo wykształciło mnie, wyleczyło moją złamaną nogę, przyznało mi stypendium, dzięki któremu mogłam studiować. Dbało (bez przesady) o moje zęby i znalazło lokum dla mojego dotkniętego starczym zdziecinnieniem ojca kombatanta. Kiedy mój najmłodszy brat wpadł pod ciężarówkę, uratowało mu życie, w tym zmiażdżoną prawą rękę, której leczenie trwało pół roku i na wolnym rynku, jak powiedział mi wtedy lekarz, kosztowałoby milion funtów. To duże sprawy, ale było też mnóstwo mniejszych: mój dotowany ośrodek sportu i moja przychodnia lekarska, moje szkolne lekcje muzyki, za które płaciło się pensy, moje czesne za studia. Moje finansowane z kasy chorych okulary, kiedy miałam dziewięć lat, mój poród w państwowym szpitalu, gdy miałam trzydzieści trzy lata. Moja biblioteka rejonowa. Zapożyczając tytuł pewnej książki: stworzyła mnie Anglia[3]. Nigdy nie miałam oporów w regulowaniu podatków, gdyż rozumiem je jako spłacanie ogromnego, właściwie niemal nie dającego się oszacować długu.

Fortuna kołem się toczy. Nie potrzebuję już państwa w takim stopniu jak kiedyś, a państwo nie jest już tym, czym było dawniej. Zamieszało się w tę nową wspólną globalną rzeczywistość, w której państwa „deregulują się”, by prywatyzować zyski, jednocześnie wracając do regulacji, by uspołeczniać straty. Proces zainicjowany z rozmachem przez rząd laburzystów jest dziś udoskonalany przez koalicję torysów i Liberalnych Demokratów pod wodzą Davida Camerona. Przytoczona wyżej miła opowiastka o łagodnym państwowym interwencjonizmie jest dziś spychana do rzędu klechd: uznawana nie tylko za naiwną, ale wręcz zmyśloną. Udziałem całego pokolenia Brytyjczyków jest sytuacja, w której ich osobiste historie raptownie i gwałtownie stają się nierzeczywiste, a oni sami, niczym liczne ongiś wędrowne dziady, muszą teraz poniewierać się po świecie, zanudzając cudzoziemców o tym, jak to dawno, dawno temu mieli darmowe studia, a na swojej głównej ulicy – państwowego dentystę.

Sama się nudzę, opowiadając te historie. A najbardziej nudna w bronieniu bibliotek jest insynuacja, że argument na rzecz bibliotek siłą rzeczy jest argumentem socjalliberalnym. Dopiero niedawno zorientowałam się, że nawet stosunek danej osoby do bibliotek – nie szkół albo szpitali, ale bibliotek – może powodować ideologiczny rozłam. Myślałam, że biblioteki są jednym z tych nielicznych miejsc, w których przywiązanie do tradycji i pęd do ulepszania – dwa bieguny naszej umysłowości politycznej – bezproblemowo i naturalnie współistnieją. Zresztą co to za liberał, co nie ma już partii, na którą mógłby głosować, a wobec państwa czuje nie tyle wdzięczność, ile raczej niechęć, a niekiedy strach?

Najbliższe mi dziś stanowisko bądź imperatyw polityczny wyraził stary socjaldemokrata Tony Judt: „Musimy na nowo przemyśleć państwo”[4]. Przede wszystkim powinnam być mniej naiwna. Pieniądze się skończyły i jest mało prawdopodobne, by za mojego życia, jeśli kiedykolwiek, powtórzyły się warunki, które otrzymało w spadku pokolenie Judta i które następnie odziedziczyła moja generacja. Oto owe złe wiadomości z kraju. W wymiarze politycznym jedyne, co zostało socjalliberałowi, to zdolność do przypominania sobie, że fatalizm jest tylko kolejnym rodzajem pułapki i że naiwnym można być na więcej sposobów. Posłuchajmy znów Judta:

Wyzwoliliśmy się z założenia – które w połowie dwudziestego wieku co prawda nie było uniwersalne, ale z pewnością mocno rozpowszechnione – że państwo gwarantuje zwykle najlepsze rozwiązanie wszystkich problemów. Obecnie musimy się wyzwolić z przeciwnego przekonania, że państwo – z definicji i zawsze – jest rozwiązaniem najgorszym.

Jakiego rodzaju problemem jest biblioteka? Wyraźnie widać, że dla wielu ludzi w ogóle nie jest problemem, lecz jedynie jakimś przeżytkiem. Na drugim biegunie opinii sytuuje się bezbrzeżna wiara technokraty: gdy wszystkie książki na świecie są w internecie, do czego może jeszcze być potrzebna rzeczywistość fizyczna? Taki argument traktuje bibliotekę jako funkcję, a nie zbiór indywidualnych przestrzeni. Ale każda biblioteka stanowi osobny problem, a „internet” jest dla nich wszystkich tyleż rozwiązaniem, co grabarzem.

Każdego ranka mam problem ze znalezieniem miejsca w wypełnionej po brzegi uczelnianej bibliotece, w której piszę ten tekst, mimo iż każdy przebywający tu student mógłby siedzieć w domu przed ekranem swojego macbooka, przeglądając Google Books. Kilburn Library – także administrowana przez radę gminy Brent, lecz wbrew nazwie zlokalizowana w zamożnym Queen’s Park – nie dość, że ma się znakomicie, to jeszcze przechodzi remont. Biblioteka w Kensal Rise zostanie zamknięta nie dlatego, że jest zbyt rzadko uczęszczana, ale z powodu nierentowności, i to mimo iż jej sympatycy są skłonni przejąć jej prowadzenie (jeśli pozwoli im na to właściciel biblioteki, oksfordzki All Souls’ College). Jednocześnie nietrudno dojść do wniosku, że biblioteka w Willesden Green jest zarzynana właśnie dlatego, iż miejscowi radni liczą na kokosy ze sprzedaży tej nieruchomości.

Każda biblioteka ma właściwy sobie charakter i warunki lokalowe. Jedna może być przeznaczona dla dzieci, inna dla uczniów i studentów, jeszcze inna może mieć charakter ogólnodostępny; niektóre posiadają głównie książki bądź mikrofilmy tudzież zasoby cyfrowe, bywają takie, w których przyziemiu znajdziemy kawiarenkę, i takie, przed którymi mieści się targ. Biblioteki nie kuleją „dlatego, że są bibliotekami”. Zaniedbywane biblioteki popadają w jeszcze większe zaniedbanie i z czasem ten zaklęty krąg staje się pretekstem do ich likwidowania. Umiejętnie prowadzone biblioteki są pełne ludzi, ponieważ to, co oferuje dobra biblioteka – krytą przestrzeń publiczną, w której można przebywać, niczego nie kupując – trudno znaleźć gdzie indziej.

We współczesnym państwie niełatwo o miejsca, gdzie coś takiego jest możliwe. Poza bibliotekami na gorąco przychodzi mi do głowy tylko jedno, ale w nim członkostwo wymaga wiary we wszechmogącego stwórcę. Oczywiste jak dwa razy dwa wydawałoby się stwierdzenie, że w przypadku bibliotek rynek nie jest skutecznym rozwiązaniem, ponieważ rynek nie ma z nich żadnego pożytku. Wydaje się jednak, że właśnie teraz musimy uparcie przypominać o oczywistościach. Niewiele pozostało instytucji, które tak ściśle ilustrowałyby keynesowskie twierdzenie, że pewne usługi może wziąć na siebie tylko państwo. Doświadczenia biblioteki nie sposób też odtworzyć w internecie. Nie chodzi tylko o darmowe książki. Biblioteka to odmienny rodzaj rzeczywistości społecznej (trójwymiarowy), który samym swoim istnieniem uczy systemu wartości wykraczającego poza pieniądz.

Nie uważam, by argument na rzecz bibliotek był szczególnie ideologiczny albo etyczny. Zgodziłabym się nawet z tymi, którzy twierdzą, że jest niespecjalnie logiczny. Myślę, że dla większości ludzi to argument natury emocjonalnej. Nie logos ani etos, ale patos. W niczym nie umniejsza to jego wartości: emocje także mają swoje miejsce w polityce publicznej. Jesteśmy ludźmi, a nie robotami. Ludzie protestujący przeciwko zamknięciu Kensal Rise Library kochają tę bibliotekę. Byli otwarci na każde rozwiązanie z lewej bądź prawej strony, które uratowałoby to miejsce. Byli gotowi wymodzić z niego tak modelowy przykład Big Society[5], że szczena opada. Biblioteka jest jednym z tych wyjątkowych dóbr, które mają znaczenie dla osób różnych orientacji politycznych. W całym kraju sympatycy Kensal Rise i Willesden Library oraz podobnych usług chcą powiedzieć tylko i aż to: te miejsca są dla nas ważne. Doskonale rozumiemy, że z pieniędzmi jest krucho, że istnieje hierarchia potrzeb i że targ francuski lub tablica pamiątkowa z Markiem Twainem to nie to samo co szpitalne łóżka czy liczba uczniów przypadających na klasę. Mimo to są istotną częścią naszej rzeczywistości społecznej, ostatnim pozostałym na głównej ulicy miejscem, w którym nikt nie żąda od nas ani naszej duszy, ani naszych pieniędzy.

Skoro straty przedsiębiorstw prywatnych mają być zrzucane na i tak zaciskające już pasa społeczności lokalne, to możemy przynajmniej słuchać ludzi próbujących powiedzieć nam, gdzie w hierarchii ich potrzeb sytuują się takie rzeczy jak przestrzeń publiczna, dostęp do kultury i ochrona środowiska. „Ale ja nigdy nie korzystam z tego cholerstwa”, pisze pan Niezmoichpodatków w rubryce listów do redakcji. Szanowny panie, wierzę panu. Tyle tylko że: w zeszłym roku brytyjskie biblioteki zanotowały trzysta milionów odwiedzin, i to pomimo powszechnego braku dbałości ze strony nadzorujących je rozmaitych organów samorządowych. W północno-zachodnim Londynie ludzie gotowi są nawet tworzyć przed nimi „żywe łańcuchy”. Wiele osób postanowiło pisać w ich obronie sążniste listy do gazet. Powtarzając w kółko to samo: brońcie naszych bibliotek, lubimy biblioteki, nie zabierajcie nam naszych bibliotek, porozmawiajmy o bibliotekach. Zanudzając prośbami niczym dzieci. Czy naprawdę jest tak źle?

Postscriptum:

Niedługo po ukazaniu się tego tekstu na łamach „New York Review of Books” wspomniana biblioteka i księgarnia zostały wyburzone. Wrzawa, jaką wokół tej sprawy podnieśli aktywiści, przyniosła jednak skutek: wybudowana w ich miejsce biblioteka posiada wprawdzie mniej książek, ale przy jej oświetlonych półkach tłumnie zbierają się studenci, rodziny i czytelnicy, z kolei na jej drugim piętrze niewielkie, lecz urokliwe lokalne muzeum pozbawiło deweloperów kilku tysięcy stóp kwadratowych najbardziej atrakcyjnych gruntów inwestycyjnych.

[1] Ang. świntuch – przydomek nadany przez dziennikarzy magnatowi prasowemu Rupertowi Murdochowi (przyp. tłum.).

[2] Chodzi o brytyjską dziennikarkę Rebekę Brooks, byłą naczelną „News of the World” (2000–2003), naczelną „The Sun” (2003–2007), dyrektor wykonawczą koncernu prasowego News International Rebekah (2009–2011), podejrzaną i ostatecznie uniewinnioną w aferze podsłuchowej 2006 roku (związanej z podsłuchami stosowanymi przez dziennikarzy „News of the World”), w wyniku której powołano komisję Levesona (przyp. tłum.).

[3] Chodzi o powieść Grahama Greene’a England Made Me (1935) (przyp. tłum.).

[4] Tłum. pol. tego i kolejnego ustępu za: Tony Judt, Źle się ma kraj. Rozprawa o naszych współczesnych bolączkach, przełożył Paweł Lipszyc, Wołowiec 2011 (przyp. tłum.).

[5] Big Society (pol. Wielkie Społeczeństwo) to flagowy projekt brytyjskich konserwatystów, zakładający zmniejszenie roli sektora publicznego na rzecz aktywizacji społeczności lokalnych i wspierania społeczeństwa obywatelskiego (przyp. tłum.).

ELEGIA NA ZMIANY PÓR ROKU NA WSI

Choć istnieje naukowy i teoretyczny język opisujący zjawiska pogodowe, to w materii tej niemal nie znajdziemy słów o zabarwieniu intymnym. Czy to dziwne? Ludzie pogrążeni w żałobie mają w zwyczaju używać eufemizmów – podobnie jak osoby odczuwające winę i zawstydzenie. Najbardziej melancholijny ze wszystkich eufemizmów: „to już normalka”. „To już normalka”, myślę sobie, gdy moja ukochana grusza na skutek podtopienia traci przyczepność do podłoża i przewraca się. Na linii kolejowej w kierunku Kornwalii doszło do podmycia torów – normalka. Nie możemy nawet wymówić na głos słowa „anormalny”: przypomina nam, jak było wcześniej. Lepiej zapomnieć, co niegdyś było „normalką” – następstwo pór roku z jego łagodnym urokiem, docenianym jedynie przez poetów.

Wspominanie tego, co „było dawniej”, jest bolesne. Wbijanie szpikulcowatych fajerwerków w suchą zimną ziemię. Podziwianie szronu na owocach ostrokrzewu w drodze do szkoły. Długi dobroczynny spacer w oślepiającym świetle zimy w Boxing Day. Skrzypiące pod stopami boiska piłkarskie. Odrobina słońca w zapustny wtorek, nieco więcej w dniu gonitwy Grand National. Kwietniowe ulewy, ciepło Wimbledonu. Lipcowe śluby z gwarantowaną pogodą. Duże prawdopodobieństwo opalenizny w Glastonbury. Przynajmniej w sierpniu, mówimy sobie, przynajmniej w sierpniu z nieba wciąż niezawodnie leje się żar – w Kornwalii, choć nie w karnawale. I miło, że wracając z wakacji, Szkoci mogą zapakować do walizek trochę więcej ciepła.

Kto wie, może przywykniemy do tej nowej Anglii i – jak nastolatki i świeżo upieczeni emigranci – uznamy za rzecz najnormalniejszą w świecie, że kwiecień to czas na szorty i sandały albo że Nowy Rok tradycyjnie obwieszcza swoje nadejście biblijnym potopem. Mówi się, że w niektórych rejonach kraju zaczną pojawiać się motyle i że ptaki będą wcześniej przylatywać i odlatywać – być może taka zmiana okaże się interesująca, świeża i niekoniecznie zła. Może błędnie zapamiętaliśmy przeszłość! Tamiza nie zamarzała od pokoleń, a marzenia o białej Gwiazdce są tylko zbiorowym dickensowskim urojeniem. Zresztą zdaje się, że ten kraj od zawsze był wilgotny…

Te boczne drogi, na które decydujemy się zjechać, by uniknąć czteropasmowej autostrady, są niesamowite. Anglia nigdy nie była tak wilgotna, jak sugerują sławne rodzime powieści ani jak wyobrażają sobie nasi amerykańscy kuzyni. Pogoda zmieniała się i stale się zmienia, pociągając za sobą ginięcie całej masy rzeczy pozornie niepozornych – a więc nie tylko torów kolejowych, domów, sposobów zarobkowania i samych ludzi. Przywykliśmy na przykład zakładać, że w zakamarku angielskiego ogrodu zawsze bez problemu znajdziemy jakiegoś jeża, którego będziemy mogli ująć w złożone w miseczkę dłonie i poczekać, aż pokaże naszym dzieciom pyszczek – albo że podczas pikniku zawsze będziemy oglądać baryłkowate trzmiele obsiadające krawędź otwartego słoika z dżemem. Każdy kraj ma swoją własną wersję tego lokalnego smutku. (I każdy kraj ma swoją wersję naszych argumentów, gdy idzie o związki przyczynowe. Zmiana klimatu czy samochody? Zmiana klimatu czy nadajniki telefonii komórkowej?) O mało istotnych stratach masz nie wspominać, nie są godne wzmianki – zwłaszcza w porównaniu z roztaczanymi przez klimatologów i filmowców wizjami apokalipsy. A do tego dochodzą ludzie twierdzący, że w ogóle nic wielkiego się nie dzieje.

Choć dziecinna reakcja opinii publicznej na zbliżający się kryzys spotyka się z ostrą krytyką, wcale nie wydaje mi się zaskakująca. Trudno bez ustanku rozmyślać o apokalipsie, zwłaszcza gdy chce się każdego ranka wstawać z łóżka. W kwestii tej pomija się to, jak dalece nasza reakcja jest emocjonalna. Gdyby nie była, cały klimat tej dyskusji byłby inny. Bez trudu możemy na przykład wyobrazić sobie świat, w którym „klimatyczni sceptycy” w ogóle nie są sceptykami, ale zwykłymi bezwzględnymi pragmatykami, kategorią ludzi mówiących: „Doskonale rozumiem, co się święci, ale nie martwię się o swoje wnuki, martwię się o siebie, swoich akcjonariuszy i chińską konkurencję”. I rzeczywiście taka grupka istnieje, ale nie jest tak liczna, jak można by się było spodziewać.

Kolejna reakcja, jaka mogłaby wydawać się naturalna, harmonijnie łączy głęboką religijność i troskę o środowisko, na zdrowy rozum bowiem tym, którzy uważają Ziemię za dar Pana, najbardziej chyba powinno zależeć na jej ochronie. Paru takich też wokół siebie uświadczymy, ale ich także jest o niebo mniej, niż myślałam. Tymczasem w dowody należy „wierzyć” bądź „powątpiewać”, jakby naukowe opracowania były czymś na kształt tez, jakie swego czasu Luter przybił do drzwi katedry. W Ameryce odkryto nawet osobliwą „lukę” w hierarchii boskiego stworzenia. Słychać głosy, że ponieważ Bóg wyniósł człowieka ponad wszystkie inne „rzeczy” – zwierzęta, rośliny i wody – to z czystym sumieniem możemy pozwolić, by wszystkie te „rzeczy” trafił szlag. (W Anglii tradycyjna chrześcijańska miłość do ziemi łatwiej zamienia się w świadomość ekologiczną, szczególnie wśród zamieszkałych na wsi arystokratów, trzymających w ręku rozległe połacie miejscowych gruntów).

Nie sądzę jednak, że sprawy nauki uczyniliśmy kwestiami wiary z czystej głupoty. Wiara na ogół zawiera komponent emocjonalny – jest pragnieniem, tyle że ukrytym. Rzecz jasna, u naszych polityków upolitycznienie w przeważającym stopniu jest cyniczną złą wiarą, w dodatku motywowaną ekonomicznie, lecz tu w świecie maluczkich tym, co nas napędza, jest pragnienie niewinności. Obie „strony” są bowiem przepełnione winą i samoodrazą – czymś, co swego czasu Martin Amis nazwał „gatunkowym wstydem” (species shame) – które projektujemy na świat zewnętrzny. W ten sposób dolewamy oliwy do ognia naszych małostkowych sporów, i to w samym środku kryzysu.

Podczas „megahuraganu” Sandy pokonałam piętnaście pięter w dół, w siódmym miesiącu ciąży i po ciemku, po to tylko, żeby złapać bezprzewodowy internet i wysłać negującemu zmianę klimatu znajomemu maila z tymi świeżymi dowodami na jego idiotyzm. Tyle że do zapchania skrzynki mailowej radosnymi faktami alternatywnymi nadsyłanymi przez prawicowych krewnych wystarczy jeden front arktyczny – jakby to była jakaś gra, w której chodzi jedynie o to, kto wyjdzie na „panikarza” – ty czy może twój szurnięty wujek z Florydy – a kto na „realistę”. Tymczasem dla Jamajczyków, którzy jako pierwsi padli ofiarą Sandy, coraz częstsze tropikalne depresje, burze, huragany, susze i lawiny błotne nie podpadają pod kategorię dowodu ontologicznego.

Śpiewajmy elegię dla wszystkiego, co przegrywa z żywiołem wody! Dla cyklu życia, słonych mokradeł, domów, ludzi – całych wysp ludzi. Znikających niczym piłka wybita poza ogrodzenie stadionu podczas meczu bejsbolowego: Going, going, gone![6]. Ale dopiero kiedyś. Apokalipsa dla wygody zawsze jest odsuwana w przyszłość – chyba że akurat mieszkasz na Mauritiusie, Jamajce lub w jednym z wielu innych newralgicznych zakątków świata. Najświeższe raporty wskazują, że „jeśli emisje gazów cieplarnianych pozostaną na niezmienionym poziomie”, to koło 2050 roku zrobi się naprawdę groźnie – akurat na siódme przyjęcie urodzinowe mojej wnuczki. (W tego typu elegiach często przywołuje się późnych wnuków). Niekiedy globalny i powtarzalny charakter tej elegii jest tak przeraźliwie smutny – i tak oderwany od jakichkolwiek prób sensownego działania – że nie sposób nie zauważyć u owych elegistów fatalistycznej liberalnej świadomości, która, gdy się jej dokładnie przyjrzeć, ujawnia w sobie tyle samo perwersyjnego pragnienia apokalipsy co u rzekomo pogardzanych przez nas ewangelikan.

W ostatnim czasie można było zaobserwować, jak obie strony nadstawiają uszu na optymistyczne argumenty technokratów. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczynamy przechodzić od rozmowy o zwalczaniu i zapobieganiu do dyskusji o sekwestracji dwutlenku węgla, wyższych zaporach przeciwpowodziowych, elektrowniach wiatrowych na dachach i przygotowywaniu się na trudne czasy. Obie strony zgadzają się, że doszło do zaniedbań. „Tak, być może powinniśmy byli spierać się inaczej, wcześniej, ale teraz jest już za późno i trzeba się liczyć z realiami”.

Nie ulega wątpliwości, że mojej siedmioletniej wnuczce to wszystko wyda się bardzo dziwne. Nie przypuszczam, że mi wybaczy, ale wejrzenie w mój sposób myślenia może okazać się dla niej użyteczne, choćby w celu zrozumienia mnie. Co jej wtedy powiem? Z pewnością będzie już wiedzieć od nauczycieli, że to, co działo się z pogodą w 2014 roku, było niewygodną prawdą, niewygodną w wymiarze finansowym i politycznym – mimo że jest jasne jak słońce, nawet dziś. Globalny ruch ludzi dobrej woli mógł starać się narzucić tę kwestię politykom bez względu na koszty. Moja wnuczka będzie chciała wiedzieć, dlaczego ten ruch tak późno nabrał realnych kształtów. I wtedy powiem jej tak: słuchaj, musisz uświadomić sobie to, że dopiero co przeżyliśmy stulecie relatywizmu i dekonstrukcji, w którym mówiono nam, że najdroższe nam zasady w większości albo są niepewne, albo stanowią pobożne życzenia, a w wielu obszarach naszego życia zachęcano nas do pogodzenia się z tym, że nic nie jest absolutne i wszystko się zmienia – a to poniekąd odebrało nam wolę walki.

A trzeba też pamiętać, że nieubłagane uwarunkowania naszego życia – wszystko to, co, jak nam się wydaje, zachodzi w sposób nieunikniony – nie tylko są dyskutowane przez fizyków i filozofów, ale też istnieją, nieracjonalnie, w głowach całej tej reszty, czyli nas, być może mizernych intelektualnie, lecz mimo to doświadczających ich jako niezmiennych faktów. Jednym z tych faktów był klimat. Nie przypuszczaliśmy, że mógłby się zmieniać. To znaczy zawsze wiedzieliśmy, że możemy wyrządzić ogromne szkody naszej planecie, ale nawet najbardziej aroganccy spośród nas nie wyobrażali sobie, że kiedykolwiek będziemy w stanie fundamentalnie zmieniać jej rytmy i charakter, tak jak mała dziewczynka, która przez cały dzień zapłakiwała się w obecności taty, nie spodziewa się, że ten padnie plackiem na kuchenną podłogę i zaniesie się szlochem. Czy uważacie, że to obroni mnie w oczach mojej „późnej” (nieco nudnej i krytykanckiej) wnuczki? Obawiam się, że nie.

„Cośmy dobrego zrobili!” Oto biblijne pytanie; i wydaje się, że nie jesteśmy w stanie wyrwać się z tego dobrze znanego – z gruntu religijnego – pasma wstydu, negacji i samobiczowania. To dlatego (powiem swojej wnuczce) apokaliptyczne scenariusze nie pomagały – brutalna prawda jest taka, że odczuwaliśmy głęboki historyczny pociąg do apokalipsy. Ostatecznie jedyną rzeczą, która potrafiła wzbudzić w naszych głowach niezbędną wolę działania, była osobista utrata tego, co było nam drogie. Na przykład kiedy na naszej ukochanej wysepce zmieniły się pory roku albo kiedy na piętnastym piętrze zgasło światło, albo tamtego dnia na początku lipca, kiedy przebywając w pewnym włoskim ogrodzie w towarzystwie jego osiemdziesięcioparoletniej właścicielki, ujrzałam wyprażoną słońcem pożółkłą ziemię i uschłe róże, i na dźwięk słów, które mogą paść z ust jedynie naprawdę starych ludzi – „Jak żyję, czegoś takiego nie widziałam” – w końcu moja głowa zaczęła porzucać elegijne „Cośmy dobrego zrobili!” na rzecz praktycznego „Co możemy zrobić?”.

[6] Sławne słowa spikera drużyny bejsbolowej Cincinnati Reds Harry’ego Hartmana, które stały się określeniem home runu. Można je oddać jako: „Leci, leci, ulotniła się” (przyp. tłum.).

PŁOTY: DZIENNIK CZASU BREXITU

Kiedy po długiej nieobecności w rodzinnych stronach, czyli w północno-zachodnim Londynie, przechodziłam obok miejscowej podstawówki, zauważyłam pewną zmianę. W szkole tej uczyła się spora część moich najstarszych przyjaciół, a niedawno – gdy choroba w rodzinie sprowadziła nas na rok z powrotem do Anglii – zapisałam do niej swoją córkę. Placówka mieści się w nieprzeciętnej urody wiktoriańskim budynku z czerwonej cegły i przez długi czas była oznaczana kategorią: „Wymaga środków nadzwyczajnych”, najniższą, jaką państwowa szkoła może otrzymać w klasyfikacji sporządzanej przez urząd kontroli jakości instytucji oświatowych w skrócie nazywany Ofstedem[7]. Wielu rodziców, dowiadując się o tak niskich notowaniach, w naturalny sposób wpadnie w panikę i przepisze swoje dziecko do innej szkoły; inni, na własne oczy widząc to, czego Ofsted – opierający się głównie na suchych danych – nijak nie jest w stanie zobaczyć, zwątpią w mądrość urzędu i zachowają spokój. Jeszcze inni mogą mieć problemy z czytaniem po angielsku albo nie używają internetu, albo nigdy nie słyszeli o Ofstedzie ani tym bardziej nigdy nie wpadli na pomysł, by obsesyjnie zaglądać na jego witrynę internetową.

W moim przypadku pomocna okazała się lokalna historia: przez długie lata mój brat prowadził tam zajęcia w świetlicy dla dzieci z rodzin emigranckich, toteż doskonale wiedziałam, jak dobra jest – była od zawsze – ta szkoła, jak przyjazna dla miejscowej wielokulturowej społeczności, której sporą część stanowiły rodziny niedawno osiadłe w Anglii. Teraz, rok później, Ofsted wystawił szkole ocenę „dobrą”, co, jak znam tę okolicę, oznacza, że więcej rodzin z klasy średniej, przeważnie białych, poważy się na ryzykowny (w swoim mniemaniu) krok: przeprowadzi się w okolicę szkoły i pośle do niej swoje pociechy.

Jeśli proces ten potoczy się w tym samym kierunku co w Nowym Jorku, biała klasa średnia będzie tu coraz liczniejsza, co wpisze się w ogólną gentryfikację dzielnicy, a w parze z kurczeniem się granic „rejonu” szkoły sprawi, że za parę lat placówka ta stanie się niemal jednorodna, z nielicznymi śladami dawnej różnorodności, i wtedy wspomniany organ kontrolny w końcu wystawi jej najwyższą ocenę. W mojej dawnej okolicy nic podobnego jeszcze się nie stało i być może nigdy się nie stanie – zważywszy, że od dawna jest dumną ostoją wszelkich dających się wyobrazić form różnorodności – i nie tę zmianę zauważyłam, przechodząc obok szkoły.

W tamtym czasie moja szczególna odmiana liberalnej paranoi była wyczulona na co innego: zauważyłam ogrodzenie. Ta wiktoriańska szkoła, przez sto lat uznająca żeliwny płot za wystarczająco dobre ograniczenie jej terenu, postanowiła zamontować między ogrodzeniowymi prętami coś, co wyglądało jak długie bambusowe listwy obrośnięte niemal dwumetrową roślinnością zasłaniającą widok z ulicy na plac zabaw, a więc i na bawiące się tam dzieci. Kiedy wróciłam do domu, wystosowałam ostry list do kilkorga członków rady rodziców:

Przechodząc (wczoraj) koło szkoły, po raz pierwszy od powrotu do kraju, zauważyłam, że wokół niej wyrosła, z braku lepszego słowa, drewniana zasłona. Bardzo mnie zasmuciła. Mieszkałam w tej okolicy czterdzieści lat. Dziesięć lat temu widziałam, jak przy szkole żydowskiej budowano mur, a kilka lat później na to samo zdecydowała się szkoła muzułmańska. Nigdy jednak nie myślałam, że któregoś dnia podobna konstrukcja stanie przed budynkiem ________. Jestem bardzo ciekawa, jak do tego doszło, kto o to prosił, jak podjęto tę decyzję, czy rodzice są z niej zadowoleni i jakie jest jej oficjalne uzasadnienie. „Bezpieczeństwo”? „Prywatność”? A może coś innego?

Mój ostry w tonie, przepełniony liberalną paranoją mail spotkał się z wyważoną i grzeczną odpowiedzią. Decyzję argumentowano takimi względami jak „prywatność i zanieczyszczenie powietrza”, przy czym szczególnie to drugie stanowiło „poważną sprawę”, którą szkoła zajęła się na prośbę rady dzielnicy. Poza tym na placu zabaw było dużo betonu, roślinność dodaje okolicy przytulności i prawdę mówiąc, członkom rady rodziców nie przyszło do głowy, że nowa aranżacja może wydać się przechodniom dziwna bądź nieprzystępna. Przeczytałam swojego maila po raz drugi i zrobiło mi się głupio, że go wysłałam. Jaki stan umysłu pchnął mnie do tak negatywnego odczytania tej prostej, kosmetycznej zmiany?

Ze zmianami byłam obyta: w tych stronach zmiana jest regułą. Dawna szkoła średnia zamieniła się w jedną z największych szkół muzułmańskich w Europie, była synagoga służy dziś za meczet, a w niegdysiejszym kościele urządzono mieszkania. Fale imigracji i gentryfikacji przetaczają się przez tutejsze ulice niczym autobusy. Sądzę jednak, że ta miejscowa szkoła była dla mnie pewnym symbolem. I jeśli w ostatnim czasie dowiedzieliśmy się czegoś o Wielkiej Brytanii, to pewnie tego, że nam, Brytyjczykom, zdarza się zachowywać dziwnie, gdy pozwolimy, by elementy świata materialnego zamieniały się w symbole.

Tę niewielką szkołę szczególnie ceniłam, w wymiarze symbolicznym, jako placówkę koedukacyjną, w której uczniowie z rodzin zarówno stosunkowo majętnych, jak i ubogich, dzieci muzułmanów, hindusów, sikhów, protestantów, katolików, ateistów, marksistów i wyznawców pilatesu uczą się w tych samych klasach, bawią się na tym samym placu zabaw, opowiadają sobie o swoich wiarach – lub niewiarach, a ja, przechodząc obok, mogę zerknąć w ich stronę, otrzymując istotne symboliczne zapewnienie, że świat mojego dzieciństwa jeszcze zupełnie nie zniknął. Dziś żydowska szkoła to istna forteca. Szkoła muzułmańska niewiele jej ustępuje. Czy nasza mała lokalna szkoła także miała stać się miejscem odgrodzonym od świata i osób niepowołanych, paranoicznym, skoncentrowanym na własnym bezpieczeństwie, odwróconym plecami do reszty społeczności?

Dwa dni później Brytyjczycy zagłosowali za Brexitem. Przebywałam wówczas w Irlandii Północnej w towarzystwie swoich teściów, dwojga dobrotliwie i umiarkowanie konserwatywnych północnoirlandzkich protestantów, łapiąc się na tym, że po raz pierwszy w historii naszej znajomości podzielam z nimi jakiś pogląd w kwestii politycznej. Szok, jaki poczułam przy wejściu do tamtej szkoły, teraz powrócił do mnie przed ich ogromnym telewizorem, w którym wspólnie oglądaliśmy, jak Anglia odgradza się od reszty Europy, niemal nie zastanawiając się, co to oznacza dla jej szkockich i irlandzkich kuzynów na północy i zachodzie.

Od tamtego czasu wiele napisano o wstrząsająco nieodpowiedzialnym zachowaniu zarówno Davida Camerona, jak i Borisa Johnsona, ale nie sądzę, bym tak mocno skupiała się na Borisie i Davidzie, gdybym obudziła się w swoim łóżku w Londynie. Nie, moje pierwsze myśli byłyby zasadniczo natury hermeneutycznej. Co to głosowanie oznacza? O co tak naprawdę w nim chodziło? Imigrację? Nierówność? Historyczną ksenofobię? Suwerenność? Unijną biurokrację? Rewolucję antyneoliberalną? Wojnę klasową?

W Irlandii Północnej było jednak jasne, że w najmniejszym stopniu nie chodziło w nim o Irlandię Północną, i to kazało mi myśleć o niezwykłym akcie egocentryzmu, w wyniku którego ten od dawna trapiony przemocą niewielki kraj stał się przypadkową ofiarą rozłamu w łonie Partii Konserwatywnej. A do tego dochodzi Szkocja! Nie do wiary. To, że dwaj rzekomo wykształceni mężczyźni, którzy zapewne czytali to i owo o historii swojego kraju, potrafili tak lekkomyślnie narazić na szwank z wielkim trudem wywalczoną i trwającą od trzech stuleci unię – i to dla zaspokojenia zawodowych ambicji – wydawało mi się tamtego ranka zbrodnią cięższą niż zerwanie istniejącego od dziesięcioleci europejskiego sojuszu.

Żadnego z nich nie nazwałabym już dziś „konserwatystą”: słowo to konotuje przynajmniej troskę i pielęgnowanie dziedzictwa. Właściwsze określenie to „podpalacz”. Prawdziwymi prawicowymi ideologami są Michael Gove i Nigel Farage, dysponujący jasnym programem politycznym, który od wielu lat próbują realizować. Pierwszy postawił sobie za cel trojańskiego konia „suwerenności”, z którego miał wyskoczyć pusty symbol niczym nie skrępowanego, pozbawionego jakichkolwiek uregulowań sektora finansowego. Drugi (który 4 lipca podał się do dymisji) sprawiał wrażenie człowieka ogarniętego prawdziwą obsesją na punkcie rasy, połączoną z determinacją, by odgrodzić Wielką Brytanię od europejskiego głównego nurtu nie tylko w kwestii swobody przemieszczania się, ale też w wielu innych sprawach, jak zmiana klimatu, dostęp do broni czy deportowanie imigrantów[8].

Referendum potęguje najbardziej negatywne aspekty i tak już niedoskonałego systemu – demokracji – przepychając oszałamiająco szerokie spektrum zagadnień przez niezwykle wąską furtkę. Na pozór niesie wzmocnienie – „Prawdziwa demokracja: kciuk w górę lub w dół!” – w praktyce jednak dokonuje niebezpiecznie bałamutnej redukcji. Nawet wielu tych, którzy głosowali za wyjściem z Unii, miało wrażenie, że ich głos niezbyt precyzyjnie wyraził to, co czują. Głosowali tak, a nie inaczej z wielu różnych pobudek – w podobnej rozterce była spora część obozu prounijnego.

Niektóre przesłanki były niemal groteskowo oderwane od postawionego w referendum pytania alternatywnego. Znajoma opisała mi rozmowę, jaką jej matka – wciąż mieszkająca w okolicy – przeprowadziła nad ogrodowym płotem z podzielającą jej lewicowe sympatie mieszkanką północno-zachodniego Londynu, wyjaśniającą jej, że głosowała za Brexitem, żeby „pozbyć się tego cholernego ministra zdrowia!”. Jak wielu innych członków tego wielkiego narodu i ja marzę o przepędzeniu na cztery wiatry tego noszącego niemal idealne nazwisko Jeremy’ego Hunta[9], lecz referendum okazuje się mało skutecznym młotkiem, gdy mamy do wbicia tysiąc powykrzywianych gwoździ.

W pierwszym odruchu wielu tych, którzy głosowali za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii, myślało, że chodzi jedynie o imigrację. Kiedy jednak zaczęły napływać powyborcze statystyki z podziałem na grupy wiekowe i klasy społeczne, stopniowo coraz wyraźniej zarysowywała się robotnicza populistyczna rewolucja, aczkolwiek z gatunku takich, które zawsze wprawiają w zakłopotanie liberalną klasę średnią, skłonną do spoglądania na warstwy pracujące z polityczną naiwnością i sentymentalizmem. Przez cały dzień wydzwaniałam i słałam maile do kraju, próbując – razem ze znaczną częścią Londynu, a przynajmniej tego Londynu, który znałam – pozbierać się po ciężkim szoku, jakiego doznaliśmy. „Co oni zrobili?”, pytaliśmy się nawzajem, czasem mając na myśli liderów, co do których czuliśmy, że musieli wiedzieć, co robią, czasem zaś lud, którego o tę wiedzę nie posądzaliśmy.

Dziś jestem skłonna sądzić, że było odwrotnie. W jakiś mglisty sposób celem było działanie dla samego działania – jakiegokolwiek. Znamienną cechą neoliberalizmu jest stwarzanie wrażenia, że nie można nic zrobić, by go zmienić, tymczasem w tym referendum przewidziano rzadko spotykaną nagrodę: możliwość wybicia chaotycznej wyrwy w systemie, który zazwyczaj niczym walec taranuje wszystko, co spotyka na swojej drodze. Ale nawet ta najbardziej optymistyczna lewicowa interpretacja – zakładająca, że była to gwałtowna, mniej lub bardziej przemyślana reakcja na krach neoliberalnej ekonomii i wywołane nim zaciskanie pasa – nie pozwala nam przymykać oczu na zwyczajny rasizm, który, jak się wydaje, został rozpętany za sprawą kampanii referendalnej i samego głosowania.

Do wielu krążących dziś anegdotek dorzucę dwie, które opowiedziała mi moja urodzona na Jamajce matka. Tydzień przed referendum w Willesden podbiegł do niej na ulicy jakiś skinhead i krzyknął jej prosto w twarz: „Über Alles Deutschland!”, budząc najgorsze wspomnienia z końca lat siedemdziesiątych. Z kolei dzień po głosowaniu paniusia kupująca obrusy i ręczniki przy Kilburn High Road stanęła obok mojej matki i półtuzina innych osób mających korzenie poza Anglią i oznajmiła wszem wobec: „No i co, teraz wszyscy będziecie musieli wrócić do siebie!”.

Boris, Dave, coście dobrego narobili? Lecz w tej historyjce o naszych egocentrycznych liderach bezmyślnie podpalających lont na beczce prochu kryje się jeszcze mniej przyjemna opowieść o naszym londynocentryzmie, który wydaje mi się równie realny, a tworzy inny rodzaj zasłony, być może tak samo nieprzejrzystej jak oślepiająca osobista ambicja ludzi pokroju Borisa. Głęboki wstrząs, jaki odczułam po ogłoszeniu wyników referendum – który, zdaje się, był udziałem wielu innych londyńczyków – wskazuje, że musieliśmy żyć za swoistą zasłoną, uniemożliwiającą nam dostrzeżenie prawdziwego oblicza naszego kraju.

Wieczorem w przeddzień wyjazdu do Irlandii Północnej wybrałam się na kolację ze starymi przyjaciółmi, północnolondyńskimi intelektualistami, z gatunku ludzi, których laburzystowski poseł Andy Burnham symbolicznie wywołał do tablicy stwierdzeniem, że Partia Pracy dała się wyprzedzić UKIP-owi, gdyż było w niej „za dużo Hampsteadu, a za mało Hull”, choć, rzecz jasna, w rzeczywistości wszyscy dawno temu zostaliśmy wyparci z Hampstead przez wykupujących wszystko dookoła bankierów i rosyjskich oligarchów. Zastanawialiśmy się nad Brexitem. Zapewne tym samym zajmowano się przy wszystkich innych stolikach w północnym Londynie. Jak się jednak okazało, nie zastanawialiśmy się nad nim wystarczająco dobrze, gdyż nikt z nas ani przez chwilę nie wierzył, że może do niego dojść. Był tak oczywistą pomyłką, a my w oczywisty sposób mieliśmy rację – to, co się stało, wydawało się niemożliwe!

Ustaliwszy tę kwestię, wszyscy przeszliśmy do utyskiwania na osobliwą skłonność lewicowców z młodego pokolenia do cenzurowania bądź uciszania wypowiedzi albo opinii, które z jakiegoś powodu uznają za niewłaściwe, przejawiającą się w polityce no-platforming, „bezpiecznych przestrzeniach” i tym podobnych zjawiskach[10]. W tych wszystkich kwestiach też wszyscy mieliśmy rację. Wtedy jednak najinteligentniejsza z nas, siedząca w kącie na sofie i karmiąca swoje niemowlę, poczekawszy, aż skończymy swoje perory, oznajmiła: „Hmmm, oni nauczyli się tego od nas. Zawsze chcieliśmy uchodzić za tych, co mają słuszność. Co mają słuszne spojrzenie na tę lub inną sprawę. To było nawet ważniejsze niż działanie dla samego działania. Mieć słuszność zawsze było najważniejsze”.

Po ogłoszeniu wyników referendum przez następne dni sporo myślałam o tej uwadze. Wciąż niestrudzenie czytałam teksty pisane przez dumnych londyńczyków dumnie opowiadających o swoim wielokulturowym, otwartym na świat mieście, tak odmiennym od ciasnych ksenofobicznych miejscowości na północy. Wszystko to wydawało się słuszne i chciałam, żeby było prawdziwe, ale dowody, jakie miałam przed oczami, opowiadały zgoła odmienną historię. Prawdziwie wielokulturowe życie wiodą bowiem w tym mieście ludzie, których dzieci uczą się w mieszanym rasowo otoczeniu lub którzy żyją w mieszanych rasowo środowiskach, w budynkach socjalnych lub w nielicznych okolicach z wielokulturowymi tradycjami. Ale grupa ta nie jest już tak liczna, jak zwykliśmy uważać.

W chwili obecnej te rzekomo międzykulturowe i międzyklasowe aspekty życia wielu mieszkańców Londynu w istocie sprowadzają się do kontaktów z ludźmi im usługującymi: nianiami, sprzątaczkami, osobami, które nalewają im kawę i wożą ich taksówkami, ewentualnie z garstką wszechobecnych nigeryjskich książątek, jakie spotyka się w szkołach prywatnych. Bolesna prawda jest taka, że w całym Londynie wyrastają bariery – wokół rejonów szkolnych, wokół dzielnic, wokół stylów życia. Jedynym korzystnym efektem Brexitu jest to, że w końcu ukazał w pełnym świetle głębokie, powiększające się od trzydziestu lat pęknięcie brytyjskiego społeczeństwa. Przepaść między północą i południem, między grupami społecznymi, między londyńczykami i resztą świata, między bogatymi i biednymi mieszkańcami miasta, między białymi, brązowymi i czarnymi jest realna. Dlatego wszyscy – a nie tylko ci, którzy głosowali za Brexitem – powinniśmy stawić jej czoła.

W samym środku całej tej histerycznej nagonki na zwolenników Brexitu, jaka rozpętała się po referendum – w której miałam walny udział – w przypływie refleksji pomyślałam o młodej kobiecie, która zwróciła moją uwagę na placu zabaw tamtego roku, gdy moja córka chodziła do wspomnianej objętej „środkami nadzwyczajnymi” szkoły. Jak my wszystkie była matką, tyle że piętnaście lat młodszą. Po tym, jak parę razy zdarzyło mi się iść za nią pod górkę w drodze do domu, uświadomiłam sobie, że mieszka na tym samym osiedlu budynków komunalnych, na którym się wychowałam. Tak w ogóle to zauważyłam ją dlatego, że, jak się okazało, moja córka przepada za jej synem. Naturalnym następnym krokiem było umówienie naszych dzieci na wspólną zabawę.

Nigdy jednak ani ja, ani ona nie zrobiłyśmy tego następnego kroku. Nie wiedziałam, jak przebić się przez jej strach i odrazę, jakimi, w moim odczuciu, darzyła mnie nie dlatego, że mam czarną skórę – byłam świadkiem sytuacji, w których miło rozmawiała z innymi czarnoskórymi matkami – ale dlatego, że pochodzę z klasy średniej. Widziała, jak otwieram lśniące czarne drzwi do domu naprzeciwko jej budynku socjalnego, tak jak ja widziałam, jak każdego dnia wchodzi po schodach do swojego mieszkania. Przypomniałam sobie przykre sytuacje z czasów, kiedy sprawy miały się na odwrót. Czy mogę zaprosić dziewczynkę z wielkiego pięknego domu przy parku do naszego ciasnego mieszkanka komunalnego? A później, kiedy przeprowadziliśmy się do idealnego mieszkania po właściwej stronie Willesden: czy mogę odwiedzić przyjaciółkę mieszkającą w nędznym lokalu po niewłaściwej stronie Kilburn?

Przeważnie odpowiedź brzmiała: „tak”. Nie obywało się bez napięć, żenujących scenek żywcem wyjętych z komedii społecznej czy też namiastek rodzinnych kryzysów ocierających się o tragedię – ale kończyło się na „tak”. W tamtym czasie wszyscy wciąż byliśmy gotowi podejmować „ryzyko”, jeśli „ryzyko” to właściwe słowo na oznaczenie wchodzenia w życie innych ludzi, nie tylko symbolicznego, ale i rzeczywistego. Jednak w tej nowej Anglii wydawało się to niemożliwe. Przynajmniej mnie, ale jej pewnie też. Dzieląca nas przepaść stała się zbyt duża.

Choć wysoki wąski dom w stylu wiktoriańskim, który kupiłam piętnaście lat temu, stanowi wierną kopię domów moich należących do klasy średniej przyjaciół z dzieciństwa, to dziś jest wart nieprzyzwoite pieniądze i dlatego martwiłam się, że matka tamtego chłopca myśli sobie, iż zapłaciłam za niego nieprzyzwoite pieniądze. W wymiarze symbolicznym dystans między jej mieszkaniem a moim domem – w rzeczywistości wynoszący niespełna dwieście jardów – jest większy niż kiedykolwiek wcześniej. Potencjalna zabawa naszych dzieci sytuowała się gdzieś nad tą przepaścią – nigdy nie doszła do skutku, nigdy bowiem nie odważyłam się jej zaproponować.

Skrajna nierówność rozsadza społeczności, a z czasem pęknięcia stają się tak szerokie, że cały gmach rozpada się w gruzy. W wyniku tego procesu od jakiegoś czasu wszyscy coś tracą, przy czym bodaj nikt nie traci tyle co białe warstwy pracujące, które de facto pozostały z niczym, nie mając nawet tej rzekomej otuchy, jaką przynosi powszechnie uznana trauma bądź status ofiary. Lewica bez reszty się ich wstydzi, prawica widzi w nich jedynie poręczne narzędzie swoich partykularnych ambicji. Tej niewygodnej robotniczej rewolucji, jakiej jesteśmy właśnie świadkami, zarzuca się bezmyślność – sama przeklinałam ją w dniu, w którym się wydarzyła – ale im dłużej się jej przyglądam, tym mocniej uświadamiam sobie, że w pewnym sensie ma ona w sobie coś genialnego, gdyż intuicyjnie przejrzała słabości swoich wrogów i skutecznie je wyzyskała. Lewicowa klasa średnia wprost lubuje się w posiadaniu racji! Tymczasem ogromna część zmarginalizowanej klasy robotniczej postanowiła karygodnie i bezwstydnie nie mieć racji.

W Wielkiej Brytanii mamy tradycję wyśmiewania biedoty za to, że „daje się rolować” i „głosuje wbrew swoim interesom”. Tymczasem neoliberalna klasa średnia i wyższa klasa średnia też dają się rolować, mieszkając w tych swoich londyńskich złotych klatkach. Jeśli uważacie, że przesadzam, przejdźcie się do Notting Hill i poobserwujcie opłacane przez mieszkańców okolicy samochody prywatnych firm ochroniarskich, niespiesznie patrolujące ulice zabudowane rezydencjami za dwadzieścia milionów funtów, zapewne z obawy przed wciąż tkwiącymi w tej okolicy mieszkańcami budynków socjalnych po drugiej stronie Portobello Road. Albo zajrzyjcie do hotelu Savoy i rzućcie okiem na kartę tradycyjnych koktajli, gdzie za najtańszy drink trzeba zapłacić sto funtów (na drink o nazwie sazerac – ponoć najdroższy na świecie – wydamy, bagatela, pięć tysięcy funtów). Przyszło nam żyć w dziwnych czasach.

Rzecz jasna, tamta oferta koktajli to tylko kolejny głupi symbol, ale odzwierciedla realia czasu i miejsca. Od jakiegoś czasu w Londynie panuje swoisty szał na punkcie bogactwa i nam wszystkim, którzy przyglądamy się temu z boku, trudno dopatrzeć się w tych symbolach jakiejś oznaki pięknego, harmonijnego czy choćby szczęśliwego życia (który szczęśliwy człowiek czuje potrzebę zamówienia sobie koktajlu za pięć tysięcy funtów?), aczkolwiek kiedy jesteś tak bogata, możesz wygodnie wmawiać sobie, że jesteś szczęśliwa, korzystając z dobrodziejstwa czegoś, co swego czasu starzy marksiści z północnego Londynu nazywali „fałszywą świadomością”. To grubo ciosane słowo wytrych nie nadaje się już do opisu ekonomicznie i społecznie zmarginalizowanych obywateli tego kraju – srogo doświadczanych przez życie, nieszczęśliwych i w pełni tego świadomych.

Jestem jednak przekonana, że większość tych, którzy głosowali za Brexitem – pomijając autentycznych wyznawców ideologii prawicy oraz idealistycznych lewicowców zwalczających Unię Europejską jako narzędzie w ręku globalnego kapitalizmu – była powodowana złością, urazą i rozczarowaniem podsycanymi przez trwające latami wyrachowane polityczne i medialne manipulowanie niskimi instynktami oraz złymi skłonnościami. Ciężko nawet o tym pisać: kiedy Google podaje, że w pierwszych godzinach po referendum wielu Brytyjczyków wklepało w wyszukiwarkę pytanie: „Czym jest Unia Europejska?”, to bardzo trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że 23 czerwca znaczna część naszych rodaków rażąco zaniedbała swój demokratyczny obowiązek.

Jakkolwiek ludzie głosują, musimy ich słuchać, co nie znaczy, że należy wychwalać czy nieszczerze bronić ignorancji przy urnie wyborczej. A niezależnie od ignorancji to zwyczajnie nie fair, kiedy decydujesz się na poważny krok, nie zastanawiając się poważnie nad skutkami, jakie może on przynieść innym, w tym przypadku całym suwerennym narodom na północ i zachód od twojego kraju, nie mówiąc już o reszcie Europy. Nie uważam jednak, by ludzi, którzy zagłosowali za Brexitem, cechowały jakoś szczególnie niskie pobudki. Gdy tak głośno i słusznie potępiamy rasowe uprzedzenia, pod wpływem których miliony postanowiły zakomunikować „im”: zostawcie „nas”, wynocha z naszych miejsc pracy, państwowych mieszkań, szpitali, szkół i kraju, dobrze by było, gdybyśmy spojrzeli na minione trzy dekady i zapytali, jakie postawy pozwalały jednej kategorii ludzi tak manewrować, dyskretnie i za kulisami, by „oni” i „my” nigdzie się ze sobą fizycznie nie spotykali. Bogaty Londyn, zarówno lewicowy, jak i konserwatywny, zawsze potrafił nadawać swoim stosunkom międzykulturowym i klasowym wygodny dla siebie kształt i besztać resztę kraju za jej ciasnotę umysłową, jednocześnie chowając pod korcem swoje dyskretne korzyści. Być może często mijamy „ich” na ulicy i wsiadamy do ich taksówek, i zajadamy ich specjały w ich etnicznych restauracjach, ale prawda jest taka, że w większości przypadków „oni” nie chodzą do naszych szkół, nie obracają się w naszym towarzystwie i niezwykle rzadko przekraczają progi naszych domów – zazwyczaj podczas remontów naszych nieustannie przerabianych kuchni.

We wszystkich innych rejonach Wielkiej Brytanii ludzie naprawdę stykają się na co dzień z nowymi imigrantami i widzą, jak z powodu nowych przybyszów maleją im zarobki. Naprawdę muszą rywalizować o coraz to bardziej ograniczane przez zaciskający pasa rząd zasoby, co sprawia, że bardzo łatwo za brak wolnego łóżka w szpitalu obwinić mieszkającą po sąsiedzku rodzinę imigrantów albo zawiłą biurokrację po drugiej stronie kanału La Manche, przez którą, jak wmawiają nam w telewizji durni demagodzy, brakuje pieniędzy w służbie zdrowia. Czy w tej atmosferze hipokryzji i fałszu, gdy wszędzie dookoła plenią się korupcja i malwersacje, pracująca biedota miała „być mądrzejsza”? Czy w sytuacji kiedy wszyscy wznoszą mury, ten, kto żyje w świecie bez płotów, nie jest ciężkim głupcem?

W tej chwili informacyjna karuzela kręci się z taką prędkością, że ma się wrażenie, jakby za chwilę miała wypaść z osi – wiele mówi się dziś o drugim referendum, które, rzecz jasna, jedynie wzmocniłoby fundamentalne podejrzenia sporej rzeszy zmarginalizowanych grup społecznych, że tak naprawdę liczą się wyłącznie decyzje podejmowane przez nas – mających właściwe poglądy dobrze sytuowanych zwolenników pozostania w Unii. Co to, to nie: nawarzyliśmy piwa i wygląda na to, że teraz musimy je wypić. Ale przyznawanie, że wszyscy odegraliśmy tu jakąś rolę, nie powinno usuwać z pola widzenia tych, którzy w tym haniebnym koncercie promenadowym kończącym sezon brytyjski w Europie grali pierwsze skrzypce. Cameron i Johnson odeszli – lub zostali wysłani – na zieloną trawkę, po nich głowę pod topór położył Gove, natomiast żałośnie nieudolny Jeremy Corbyn – pomimo dziesiątków ciosów w plecy, jakie otrzymał w ostatnim czasie – nie zamierza ustępować. Jeśli to prawda, że w kampanii na rzecz pozostania w Unii Corbyn nie tylko wykazał się nieudolnością, ale wręcz dopuścił się „rozmyślnego sabotażu” – co zarzuca mu Phil Wilson, poseł do Izby Gmin i przewodniczący parlamentarnej kampanii Labour in for Britain – to polityk ten haniebnie zdradził młodych wyborców, którzy tak niedawno wynieśli go do władzy[11]. Corbyn musi odejść.

Kiedy w Anglii klasyfikujemy jakąś szkołę jako wymagającą „środków nadzwyczajnych”, niektóre z bardziej optymistycznie nastawionych do świata mam z klasy średniej – do której to grupy zaliczam też siebie – wybąkują nad poranną kawą: „Cóż, środki nadzwyczajne to w sumie dobra rzecz, teraz będą musieli coś w tej sprawie zrobić”. Dziś cała Wielka Brytania wymaga „środków nadzwyczajnych” – w końcu wyszedł na jaw od dawna istniejący kryzys – i zamiast po raz kolejny zamiatać ten bałagan pod dywan, równie dobrze moglibyśmy spróbować budować na tym, co mamy. Pierwszym krokiem powinno być trzęsienie ziemi na górze – wie o tym każda wychodząca z dołka szkoła – a następnym przygotowanie niedobitków lewicy do walki. Prawa i zabezpieczenia, jakie – jakkolwiek niedoskonale – zapewniała Brytyjczykom Europa, trzeba teraz zastąpić tą nonsensowną Farage’owską wizją brytyjskiej suwerenności zakładającą, że okaleczony święty Jerzy, z dwiema kończynami obciętymi, chwyta za miecz i kuśtyka do boju z unijnym smokiem, by renegocjować ze znacznie słabszej pozycji wszystkie umowy, których wdrażaniem byliśmy zajęci przez ostatnie dekady.

Gdy przystępowałam do pisania tego eseju, tryumfujący Farage był widziany w butach z nadrukiem flagi brytyjskiej na prywatnym przyjęciu w ogrodzie, gdzie w towarzystwie Ruperta Murdocha, Aleksandra Lebiediewa, którego syn jest właścicielem „London Evening Standard” i „The Independent”, oraz Liama Foxa, ubiegającego się wówczas o przywództwo Partii Konserwatywnej, za zamkniętymi drzwiami dyskutował o sprawach publicznych. Zanim ukończyłam tekst, Farage podał się do dymisji, oświadczając: „Chcę odzyskać swoje życie”. W Wielkiej Brytanii Farage’owie przychodzą i odchodzą, za to Murdochowie są wieczni. Życiem moim i moich rodaków przez cały czas rządzi, przynajmniej w jakimś stopniu, nieusuwalna, nie wyłaniana w demokratycznych wyborach klasa miliarderów, która kontroluje gazety codzienne i znaczną część rynku telewizyjnego i z pomocą której można bez trudu robić reklamę absurdalnym figurom pokroju Farage’a, w efekcie wpływając na wyniki wyborów i politykę państwa. Kolejna niezwykle pożyteczna lekcja: powojenna brytyjska umowa między rządem a narodem nie jest niepodważalna i może zostać rozwiązana przez zbiorowość bądź podeptana przez kilku ludzi złej woli. Dlatego też cywilizujące liberalne argumenty, które na powojennych ruinach ustanowiły powszechny system opieki zdrowotnej, państwową oświatę i budownictwo socjalne, dziś potrzebują partii gotowej odnawiać te argumenty w dobie globalnego kapitalizmu, choć to, czy partia ta w ogóle będzie jeszcze mieć w swojej nazwie słowo „praca”, dopiero się okaże.

Nowych przybyszów przyciągnął do tego kraju właśnie ów dorobek – edukacja, służba zdrowia, mieszkalnictwo – i niewątpliwie część z nich przybyła tu tylko po to, by z niego korzystać. Zdecydowana większość osiedliła się tu jednak, by stać się częścią społeczeństwa: ludzie ci zapisują swoje dzieci do naszych państwowych szkół, płacą brytyjskie podatki, próbują coś w życiu osiągnąć. Na pewno nie jest zbrodnią ani grzechem szukać lepszego życia za granicą czy też uciekać z krajów wstrząsanych wojnami, w których w wielu wypadkach sami maczaliśmy palce. Wielką niewiadomą jest dziś to, czy tu, w Wielkiej Brytanii, wciąż wiemy, czym jest lepsze życie, jakie są jego niezbędne warunki i jak je stworzyć.

Kilka dni po referendum przyjechałam do Francji, by uczyć swoich nowojorskich studentów w ramach paryskiej szkoły letniej, co, jak przypuszczam, w niedalekiej przyszłości przestanie być takie łatwe. Zaraz po tym, jak wysiadłam z pociągu, poszłam na obiad, usiadłam w restauracji naprzeciwko jednego z moich kolegów, urodzonego w Bośni pisarza Aleksandara Hemona, zamówiłam coś do picia i melodramatycznym tonem obwieściłam, że Brexit to „totalna katastrofa”. Pisarze mają skłonność do melodramatyzowania. Hemon westchnął, uśmiechnął się smętnie i powiedział: „Nie, po prostu »katastrofa«. Totalną katastrofą jest wojna”. Kiedy przeżyło się krwawy rozpad Jugosławii, ma się wyczucie proporcji. Wielka Brytania już od przeszło półwiecza nie doświadczyła na sobie europejskiej wojny na taką skalę, zresztą Unia Europejska powstała między innymi właśnie po to, by do takiej wojny nie dopuścić. To, czy będziemy dalej podążać drogą z napisem „katastrofa”, zależy tylko od nas.

[7] Urząd ds. Standardów Kształcenia, Usług Edukacyjnych i Wyników w Nauce (Office for Standards in Education, Children’s Services and Skills) (przyp. tłum.).

[8] Farage uważa, że pokrywa lodowa Morza Arktycznego znów powiększa się i że doniesienia o jej zanikaniu są świadomym nadużyciem działaczy ekologicznych, naturalnie będących w zmowie z „unijnymi federalistami”. Według niego rygorystyczne uregulowania w zakresie dostępu do broni wprowadzone po masakrze w Dunblane powinny zostać uchylone. Farage uważa też za słuszne podstawowe założenia sławnej „mowy o rzekach krwi” Enocha Powella, który przekonywał, że proponowane przez laburzystów przepisy imigracyjne i antydyskryminacyjne doprowadzą do aktów przemocy.

[9] Hunt to po angielsku polowanie (przyp. tłum.).

[10] No-platforming (dosł. „żadnej trybuny [dla]”) to stosowana w środowiskach lewicowych i uniwersyteckich zasada niedopuszczania do wystąpień publicznych osób głoszących poglądy uznawane za niewłaściwe bądź obraźliwe, z kolei „bezpieczna przestrzeń” (safe space) oznacza miejsce, w którym nie wolno wyrażać poglądów stygmatyzujących mniejszości (przyp. tłum.).

[11] Jonathan Freedland, The Young Put Jeremy Corbyn In, But He Betrayed Them Over Brexit, „The Guardian”, 27 czerwca 2016.

O OPTYMIZMIE I ROZPACZY[12]

Chciałabym zacząć od stwierdzenia, że moja pozycja jest nieco absurdalna. Może przyjmowanie nagrody literackiej zawsze zakrawa na lekki absurd, ale w takich czasach jak dzisiejsze podobna impreza budzi nie tylko w laureacie, lecz również we wręczającym poczucie pewnego zakłopotania. A jednak spotykamy się tutaj. Za oceanem wschodzi prezydent Trump, za horyzontem zachodzi zjednoczona Europa – a my spotykamy się tutaj w celu wręczenia i odebrania nagrody literackiej. Wydarzenia z 8 listopada nadały absurdalny wymiar tylu innym ważnym sprawom, że swoje pisarstwo dodaję do listy z pewnym wahaniem, a wspominam o nim teraz tylko dlatego, że pytanie, jakie ostatnio najczęściej słyszę w związku z tym, co robię, dość bezpośrednio łączy się z obecną sytuacją.

Pytanie to brzmi: „Twoje pierwsze powieści były bardzo optymistyczne, a w ostatnich słychać nutę rozpaczy. Można tak powiedzieć?”. Zadawane jest zwykle z przesadzonym napięciem – tonem, który państwo znacie, jeśli słyszeliście kiedyś dziecko proszące o pozwolenie na coś, co tak naprawdę już zrobiło.

Bywa też formułowane zdecydowanie bardziej jednoznacznie: „Byłaś wielką orędowniczką »multikulturalizmu«. Przyznasz chyba, że poniósł porażkę?”. Słysząc te pytania, uświadamiam sobie na nowo, że dorastanie w homogenicznym środowisku kulturowym, w jakimś odludnym zakątku, na przykład w Anglii czy we Francji, czy w Polsce, w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jest równoznaczne z postrzeganiem siebie jako kogoś, kto po prostu żyje i zmiany zachodzące w historii go nie dotyczą, zaś dorastanie w tym samym okresie w Londynie, z muzułmanami z Pakistanu za ścianą, induskimi wyznawcami hinduizmu piętro niżej i łotewskimi żydami naprzeciwko, uważane jest – przez osoby z zewnątrz – za przykład pewnego historycznego eksperymentu społecznego, obecnie zdyskredytowanego.

Jako dziecko oczywiście nie zdawałam sobie sprawy z tego, że inni uważają moje życie za prowizoryczne w jakikolwiek sposób lub za eksperyment – dla mnie było to zwyczajnie moje życie. Kiedy napisałam powieść o tym Londynie, w którym się wychowałam, nadal nie zdawałam sobie sprawy, że opisując miejsce, gdzie ludzie pochodzący z różnych stron świata stosunkowo zgodnie żyli obok siebie, „orędowałam” za stanem rzeczy wprowadzonym na próbę, który w każdej chwili można było odwołać. Jak z tego wynika, jako dwudziestojednolatka byłam bardzo niewinna. Myślałam, że siły historii, które czarną część mojej rodziny uniosły na fali niewolnictwa z zachodniej Afryki na Karaiby, a potem na fali kolonializmu i postkolonializmu do Wielkiej Brytanii, są tak samo niewzruszone i realne jak na przykład te, wskutek których jakaś wioska we Włoszech została doszczętnie oczyszczona z Żydów i dzięki fizycznej odległości, jaka dzieli ją Mediolanu, jej mieszkańcami przez długie lata byli głównie biali katolicy – w tym samym okresie, kiedy w moim zakątku Anglii zapanowały rasowy pluralizm i wielowyznaniowość. Myślałam, że moje życie jest równie reprezentatywne dla większości ludzi jak życie mieszkańców tej przykładowej włoskiej wioski i że w obu wypadkach czas historyczny płynie w jedynym możliwym kierunku: naprzód. Nie rozumiałam, że przez sam fakt opisywania multikulturalizmu i przedstawiania go inaczej niż jako tragedii w zalążku stawiam się w roli jego „orędowniczki”.

Nie sądzę jednocześnie, że nawet w wieku dwudziestu jeden lat byłam aż tak naiwna, by wierzyć, że społeczeństwa rasowo homogeniczne są szczęśliwsze czy bardziej zgodne niż nasze wyłącznie dzięki homogeniczności. Przecież nawet dzieci o połowę młodsze ode mnie wiedziały, jak traktowali siebie nawzajem starożytni Grecy czy Rzymianie, czy mieszkańcy Wysp Brytyjskich w siedemnastym wieku czy Amerykanie w dziewiętnastym wieku. Mój najlepszy przyjaciel z młodości – mój mąż – pochodzi z Irlandii Północnej, gdzie ludzie, którzy wyglądają identycznie, jedzą to samo, modlą się do tego samego Boga, czytają to samo Pismo Święte, noszą takie same ubrania i obchodzą takie same święta, mimo tych wszystkich podobieństw przez czterysta lat toczyli wojnę o stosunkowo niewielką różnicę między doktrynami wiary i dopuścili, by rozrosła się ona we wszechogarniający spór o ziemię, sposób rządzenia i tożsamość narodową. Homogeniczność rasowa nie jest bynajmniej gwarantem pokoju, tak jak i rasowa heterogeniczność nie jest z góry skazana na klęskę.

Zauważyłam, że w polityce, zarówno po prawej, jak i po lewej stronie sceny, uporczywie powtarza się ostatnio motyw nostalgicznego powrotu do przeszłości. „New York Times” w wydaniu z 10 listopada donosi, że prawie siedemdziesiąt procent Republikanów wolało Amerykę taką, jaka była ona w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku. Jest to oczywiście nostalgia obca komuś takiemu jak ja – nie miałabym prawa głosu, nie mogłabym poślubić mojego męża, zostać matką swoich dzieci, pracować na uniwersytecie, na którym pracuję, ani mieszkać w okolicy, w której mieszkam. Podróżowanie w czasie to zajęcie o względnym stopniu atrakcyjności – dla jednych czysta przyjemność, dla innych koszmar. Na lewicy tymczasem pojawiają się fantazje o innego rodzaju podróży w czasie: wyobrażenia, że te same sztywne zasady ideologiczne, które zastosowano kiedyś do regulacji praw robotników, opieki społecznej i handlu, można w niezmienionej formie zastosować do świata płynnego kapitału w dobie globalizacji.

Jednak pytanie o porażkę pewnego projektu – zadawane w związku z małym, nieprawdziwym światem moich powieści – nie jest całkiem bezzasadne. To prawda, że moje książki były kiedyś bardziej słoneczne, a teraz się w nich zachmurzyło. Częściowo przypisuję to po prostu doświadczeniu starzenia się – Białe zęby napisałam jako dziecko i potem wspólnie dorastałyśmy. Twórczość wieku średniego chyba zawsze jest bardziej pochmurna od młodzieńczej, bo samo życie zaciąga się chmurami. Byłabym jednak nieszczera, podając ten powód jako jedyny. Jestem nie tylko jednostką, ale

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

CZĘŚĆ II

NA WIDOWNI

Dostępne w wersji pełnej.

POKOLENIE „DLACZEGO?”

Dostępne w wersji pełnej.

PAN HOVA DOM ZBUDOWAŁ

Dostępne w wersji pełnej.

PRZYSZYWANI BRACIA

Dostępne w wersji pełnej.

KILKA UWAG O NASTROJENIU

Dostępne w wersji pełnej.

ZWIERCIADŁO WOLI: ANOMALISA

Dostępne w wersji pełnej.

LEKCJE TAŃCA DLA PISARZY

Dostępne w wersji pełnej.

CZĘŚĆ III

W GALERII

Dostępne w wersji pełnej.

UŚMIERCAJĄC O PÓŁNOCY ORSONA WELLESA

Dostępne w wersji pełnej.

PŁONĄCY CZERWIEC

Dostępne w wersji pełnej.

CRAZY THEY CALL ME.

OGLĄDAJĄC FOTOGRAFIE BILLIE HOLIDAY AUTORSTWA JERRY’EGO DANTZICA

Dostępne w wersji pełnej.

ALTE FRAU BALTHASARA DENNERA

Dostępne w wersji pełnej.

NIAGARA MARKA BRADFORDA

Dostępne w wersji pełnej.

„PTAK Z NATURY MILKLIWY”: NARRACYJNE TAJEMNICE OBRAZÓW LYNETTE YIADOM-BOAKYE

Dostępne w wersji pełnej.

PORWANE RUINY MAPY: O WIRÓWCE SARAH SZE

Dostępne w wersji pełnej.

WCHODZENIE I WYCHODZENIE

Dostępne w wersji pełnej.

CZĘŚĆ IV

NA PÓŁKACH KSIĘGARSKICH

Dostępne w wersji pełnej.

KRAKSA J.G. BALLARDA

Dostępne w wersji pełnej.

BUDDA Z PRZEDMIEŚCIA HANIFA KUREISHIEGO

Dostępne w wersji pełnej.

UWAGI O LONDYNIE NW

Dostępne w wersji pełnej.

FELIETONY Z „HARPER’S MAGAZINE”[66]

Dostępne w wersji pełnej.

JA, KTÓRE NIE JEST MNĄ[74]

Dostępne w wersji pełnej.

CZĘŚĆ V

WIDZI MI SIĘ

Dostępne w wersji pełnej.

ŻYCIOPISANIE

Dostępne w wersji pełnej.

ŁAZIENKA

Dostępne w wersji pełnej.

CZŁOWIEK KONTRA TRUP

Dostępne w wersji pełnej.

POZNAJCIE JUSTINA BIEBERA!

Dostępne w wersji pełnej.

MIŁOŚĆ W OGRODACH

Dostępne w wersji pełnej.

CIEŃ IDEI

Dostępne w wersji pełnej.

ZNAJDŹ SWOJĄ PLAŻĘ

Dostępne w wersji pełnej.

RADOŚĆ

Dostępne w wersji pełnej.

POSŁOWIE

Dostępne w wersji pełnej.

Spis fotografii

Dostępne w wersji pełnej.

Wykaz dzieł cytowanych

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Tytuł oryginału

Feel Free. Essays

Copyright © 2018 Zadie Smith

Projekt okładki

Michał Pawłowski

www.kreskaikropka.pl

Opieka redakcyjna

Dorota Gruszka

Adiustacja

Katarzyna Węglarczyk

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Copyright © for the translation by Justyn Hunia

z wyjątkiem:

„Budda z przedmieścia” Hanifa Kureishiego

Copyright © for the translation by Jerzy Kozłowski

O optymizmie i rozpaczy, Miłość w ogrodach, Radość

Wydawca dziękuje spółce Agora SA za udzielenie zgody na wykorzystanie esejów On Optimism and Despair, Love in the Gardens oraz Joy w przekładzie Agnieszki Pokojskiej, które ukazały się wcześniej na łamach „Magazynu Świątecznego” „Gazety Wyborczej” i „Książek. Magazynu do Czytania”.

Copyright © for the Polish translation of essays ‘On Optimism and Despair’, ‘Love in the Gardens’ and ‘Joy’ by Agora SA

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5527-2

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Widzi mi się Swing Time Białe zęby Lost and Found. Opowiadania 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie