Nanga Dream

Nanga Dream

Autorzy: Mariusz Sepioło

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.19 zł

Miał swoje „fazy”: muzyka, używki, wreszcie góry. Jedna była najważniejsza, nazywa się Nanga Parbat. Chciał zdobyć ją zimą jako pierwszy. W 2017 zmierzyli się siódmy raz.

 

Mówili o nim: punk, hipis, outsider. Chodził własnymi ścieżkami. Na wsi, gdzie się wychowywał, nauczył się, czym jest wolność. Potem szukał jej w mieście między blokami, w grupie chłopaków w kapturach. Odnalazł ją w Indiach, potem w podróżach i adrenalinie. Dom miał tam, gdzie właśnie był: w Polsce, w Irlandii, w Pakistanie, w busie, w namiocie na stokach ośmiotysięcznika. W realizacji himalajskich celów nie wspierali go wielcy sponsorzy ani środowisko wysokogórskie. Mimo to walczył o swoje marzenia, a pomagała mu cała Polska.

 

Tomek Mackiewicz – Czapa, Czapkins, Wegeta – był człowiekiem wymykającym się schematom. Książka o nim to nie tylko relacja z podróży po miejscach, do których trafiał. To także zapis rozmów z tymi, którzy pojawiali się w jego życiu – na chwilę albo na dłużej, z rodziną i przyjaciółmi. Oni również, tak jak Tomek, są wyjątkowi. Jako pierwsi otrzymywali sygnały, że dzieje się z nim coś złego. Akcję ratunkową, w której brali udział wspinacze spod K2, śledziła cała Polska. Książka po raz pierwszy odsłania jej kulisy z perspektywy bliskich Mackiewiczowi osób.

 

Mariusz Sepioło – reporter. Autor bestsellera Himalaistki. Publikuje w największych tytułach prasowych, m.in. „Tygodniku Powszechnym”, „Polityce”. Nominowany do I edycji nagrody dziennikarskiej im. Zygmunta Moszkowicza

„I za każdym razem niech twe życie

Promieniuje słońcem, słońcem”

Grubson, Koniec

fot. Michał Dzikowski

WSTĘP

Zmrużone oczy, krótki oddech i głos, w którym nie ma strachu.

Dziś jest ten dzień, w którym pójdą na szczyt.

Nanga Parbat to kamienie, lód i śnieg. Nad nią niebo. Jeszcze niebieskie, rozświetlone, piękne. Chwilę później lekko się zarumieni.

Nad Himalajami zacznie się zachód słońca.

Francuska himalaistka Élisabeth Revol kieruje obiektyw na siebie, mikrofon nagrywa jej słowa w doskonałej jakości. Barwy są nasycone, a kadr szeroki. Przerażający. Na drugim planie ciemna kropka, której kształt niewyraźnie się zmienia: raz przybiera ludzką postać, raz wygląda jak kamień1.

Kropką jest Polak Tomasz Mackiewicz.

Do szczytu pozostaje prawie sto metrów w pionie. Jest piąta po południu, niebo wpada w czerwień. Godzina walki ze sobą, z wiatrem, z rakami, z ciężarem, ze strachem, zwątpieniem, z górą. O 18.00 czasu lokalnego 25 stycznia 2018 roku Élisabeth Revol i Tomasz Mackiewicz stają na szczycie Nanga Parbat.

Co wtedy czują?

Ona dokonała tego jako pierwsza kobieta w historii. Zapewne czuje radość, dumę, ale i strach – wiemy to z opowieści wielu innych himalaistek i himalaistów – bo teraz trzeba jeszcze bezpiecznie zejść, a robi się zimno, miękną nogi, serce wali jak młot.

On z tą górą zmagał się po raz siódmy. Tym razem wygrał. Choć może o swoim wyczynie myślał inaczej: że to Nanga w końcu pozwoliła mu siebie zdobyć.

Czy mamy prawo myśleć, że poczuł spokój?

„Eli, nie widzę twojej czołówki” – powiedział, a wtedy jej radość zamieniła się w strach.

***

W dół, najszybciej jak się da. W tych warunkach nie jest to jednak sprint do bazy. Muszą iść powoli, ostrożnie, bo jeden zły ruch może oznaczać śmierć. Eli daje Tomkowi leki, pokazuje drogę, prowadzi. On wspiera się na jej ramieniu. Ma odmrożony nos, ręce i nogi. Po brodzie spływa mu krew.

O 23.00 czasu miejscowego Eli wysyła wiadomość do trzech osób: swojego męża, przyjaciela Ludovica Giambiasiego i partnerki Tomka Anny. O 19.00 we Francji i 18.00 w Irlandii adresaci odczytują tekst: „Tomek potrzebuje pomocy. Ma odmrożenia i nic nie widzi. Proszę, wymyślcie coś, skontaktujcie się z Alim. Najszybciej jak się da – helikoptery”. Chodzi o Alego Muhammada, agenta Tomka w Pakistanie. Współpracownicy Eli zaczynają organizować pomoc.

Anna przez kolejne piętnaście godzin wymienia wiadomości z działającym z Francji Ludovikiem i samą Eli. Francuzka zapewnia ją, że robi wszystko, by pomóc Tomkowi. Annie udaje się też skontaktować z ambasadą Polski w Pakistanie. Prosi o pilną pomoc. Na łączach z dyplomatami pozostanie przez całą noc. Dowie się, ile pieniędzy potrzeba, by zorganizować akcję ratunkową z udziałem helikopterów2.

Zaskakuje ją odzew, z jakim spotyka się prośba o wsparcie akcji na portalu crowdfundingowym. Tomek za jego pośrednictwem zbierał środki na swoją wyprawę, teraz ten sam link służy do zbierania funduszy na jego ratunek. Pakistańczykom nie wystarczają gwarancje bankowe, oni oczekują gotówki. A czas nieubłaganie ucieka. Ostatecznie pieniądze wypłaca polska ambasada. Upłynęły dwa dni.

Liczy się każda minuta, ale ciągle nie ma konkretnych decyzji dotyczących przebiegu akcji ratunkowej. Udział w niej decydują się wziąć uczestnicy polskiej wyprawy narodowej na K2, którzy chcą właśnie po raz pierwszy w historii zdobyć drugą górę świata zimą. Himalaiści nie mają wątpliwości, czy pomagać dwojgu z Nangi. Kilku z nich zna Tomka osobiście. Adam Bielecki i Denis Urubko zgłaszają gotowość do wzięcia udziału w akcji na Nanga Parbat. Ciągle jednak nie wiadomo, kiedy i skąd dokładnie mogą ruszyć helikoptery ze wspinaczami.

W tym czasie Eli otrzymuje wiadomość, że pakistańska armia może wysłać w górę swoje śmigłowce. Takie deklaracje z pakistańskiej strony spływają do organizatorów akcji ratunkowej, między innymi do Ludovica Giambiasiego.

Eli rusza w dół.

Schodzi, zatrzymuje się, znowu schodzi. Traci siły. Nie spała od trzech nocy. Widzi jakąś postać, której w zamian za wodę oddaje but.

W Polsce akcję ratunkową z udziałem Adama Bieleckiego, Denisa Urubki, Jarosława Botora i Piotra Tomali relacjonują wszystkie media. Dziennikarze czasem mylą nazwiska, daty i rodzinne koligacje, jeszcze dobrze nie znają Tomka, nie wiedzą, jak o nim opowiadać.

Googlują hasło: „Tomek Mackiewicz”. Wyłania się tajemnicza postać z trudną przeszłością i niecodziennym podejściem do świata, która by zebrać pieniądze od darczyńców, opublikowała teledysk o Nanga Parbat nakręcony zimą 2012/2013.

Gdy trwa akcja ratunkowa, bliscy Tomka pozostają przykuci do telefonów, telewizorów i komputerów. Zaklinają los, modlą się, myślą, wspominają, płaczą.

Mają sny, w których z Tomkiem wszystko jest dobrze. Wstają z bolącą głową, kamieniem w żołądku.

Zastygają, czytając relacje z akcji Bieleckiego i Urubki.

Tuż przed wylotem w kierunku Nanga Parbat Denis nagrywa wideo, w którym Adam mówi:

„Mamy nadzieję, że piloci wyrzucą nas na 6500 m n.p.m., żebyśmy mogli pomóc Élisabeth Revol”.

Po dwóch sekundach dodaje:

„I Tomkowi Mackiewiczowi, ale on jest bardzo wysoko, więc zobaczymy”.

***

„Będziesz gwiazdą” – mówi Denis do Eli, kiedy w ścianie Nanga Parbat razem z Adamem podają jej wodę i osłaniają ją przed wiatrem.

Tomek zostaje wyżej.

Ksiądz, który go znał, kilka miesięcy później powie jego ojcu:

„Ja ci nawet nie będę składał kondolencji. Tomek pozostał tam, gdzie ulokował swoją wielką miłość – na Nandze. Ja się, Witold, zawsze modlę: jeśli śmierć, to tylko przy ołtarzu”.

* * *

1 Szczegóły dot. ostatnich chwil przed zdobyciem szczytu przez Élisabeth Revol i Tomasza Mackiewicza, o ile nie zaznaczono inaczej, za rozmową Darii Górki z Élisabeth Revol w programie Czarno na białym, TVN24, data emisji: 12.02.2016 (fragmenty 9.02.2016).

2 https://www.facebook.com/czapkins/posts/szanowni-państwo-chciałabym-wyrazić-moją/1610941525665157/.

ROZDZIAŁ 1

BARWY

„Mam poczucie, że ktoś nam pomaga. Mistyczne wrażenie. Wyczuwam obecność kogoś pomocnego”3 – mówił w wywiadzie.

Kiedy opowiadał o górach, z jego ust nie schodził uśmiech. A opowiadać potrafił. Ludzie lubili go słuchać, bo nie był herosem, gwiazdą, człowiekiem z innej planety, tylko Tomkiem, facetem, z którym w przerwie od pracy idzie się na kawę. Ale który zamiast o rzeczach błahych opowiada o odległych krajach, innych ludziach, innym życiu.

Podczas wystąpień publicznych trochę się denerwował. Prywatnie był duszą towarzystwa i kopalnią historyjek.

Nie od razu nawiązywał znajomości, nie był łatwy, miał swoje humory i „fazy”. Jeśli się z kimś jednak zaprzyjaźnił, to na zabój. Z przyjacielem, z którym potem zerwał kontakt, potrafili spędzać długie godziny na robieniu głupot. A kiedy się kłócili, to wokół fruwały meble.

Pochodził z małego miasteczka. Tam się wychował i tam czuł się dobrze, po swojemu. Przez całe życie szukał wolności i spokoju, którego zaznał przez kilka pierwszych lat tam, w Działoszynie. Mówił, że spokój czuje w górach, nie na nizinach. W mieście go traci, gubi w chaosie. Codzienność go zawodziła. Nie była dla niego atrakcyjna.

Chwytał się wielu rzeczy, ale do wielu tracił zapał. Angażował się na całego, po czym często zawracał w połowie drogi.

Wyremontował łódź, wypłynął na Śniardwy i omal nie utonął. Wiadomo: cały Tomek.

***

Środek Częstochowy, osiedle starych bloków przy głównej ulicy. Chodzę po mieszkaniu, w którym Tomek spędził wiele lat życia. Dziś pomieszkuje w nim jego tata Witold. Zanim obejrzymy zdjęcia, na których zobaczę prywatną twarz himalaisty, będę miał chwilę, żeby poszukać jego śladów.

Na ścianie kilka zdjęć w jednej antyramie. Rodzinne spotkania, czarno-białe sceny z życia rodziców, ale też Tomek w młodości i w okresie „indyjskim”, kiedy wyjechał z Polski, żeby pomagać w ośrodku dla trędowatych. Muskularne, choć szczupłe, blade ciało. Włosy wydają się jeszcze jaśniejsze niż później. Na każdym zdjęciu uśmiech.

Na półce portret z czasów szkolnych. Pozujący obrócił się w prawo, odsłonił lewe ucho. Tym razem ma krótkie włosy, jakby ledwo odrosły od czaszki. Już wtedy się buntował, pewnie w geście sprzeciwu wobec świata poszedł do fryzjera i kazał się ostrzyc „na zero”.

W tym pokoju spał, w tej kuchni jadł, w tej łazience się kąpał.

Na tej kanapie leżał, obolały, spocony, zwinięty, kiedy znowu wrócił do domu z mętnym, nieswoim wzrokiem. I kiedy dostał od ojca ultimatum.

Wychodzę na mały balkon i patrzę na podwórko. W jednym z tych garaży spędzał godziny, remontując stary wóz. Zrobił go wtedy na cacko, wszyscy mu tego auta zazdrościli.

Gdzieś między budynkami zaczął jednak poznawać niewłaściwych ludzi i nabierać niewłaściwych nawyków.

Kim byłby dziś, gdyby któregoś dnia w Irlandii ktoś nie zaproponował mu wypadu w skałki?

Mógłby skończyć szkołę i z praktycznym fachem w rękach zatrudnić się w prywatnym zakładzie. Po kilku latach zacząć myśleć o czymś własnym. Ale nie myśleć wiele, raczej się nie wychylać. Żyć powoli. O wielkich czynach czytać w gazetach. Karcić się za marzenia.

Nie, taki los nie mógł być jego udziałem.

***

W Działoszynie życie toczy się wolno. To bardziej wieś niż małe miasto. Codziennie rano i po południu autobusy zapełniają się pracownikami państwowych cementowni Warta I i Warta II. Z połączenia tych dwóch przedsiębiorstw powstaje zresztą jedno, główny żywiciel okolicy: Łódzki Kombinat Cementowo-Wapienniczy. A sam Działoszyn włączony zostaje do województwa sieradzkiego.

„Powierzchnia: 4,9 tys. km2, 388 tys. mieszkańców, 9 miast i 43 gminy, 79 osób na 1 km2 – opisuje to województwo magazyn »Dookoła Świata«, który wychwala rodzimy socjalizm, ale poza tym publikuje reportaże z dalekich krajów i stara się trochę polskie społeczeństwo edukować. – Z rolnictwa utrzymuje się 52 proc. ludności, na 10 tys. osób przypada 8 lekarzy”4.

W okolicach Działoszyna określenia „jechać do miasta” używa się, mając na myśli Częstochowę.

Lokalnych nowości ludzie dowiadują się z „Trybuny Robotniczej”, organu prasowego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Tylko sukcesy, podnoszenie wydajności i oklepane propagandowe hasło: „Oby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”.

Na długo przed epoką internetu, GPS-u, tanich linii lotniczych i podróżowania, na które stać niemal każdego – jest Polska Rzeczpospolita Ludowa ze swoją prowincjonalnością i patrzeniem na świat przez dziurkę w żelaznej kurtynie.

Więc szarzyzna i znój. Ale i kolor, od czasu do czasu.

Tomek Mackiewicz na szkolnym zdjęciu

archiwum Witolda Mackiewicza

Odrobina barw do szarej peerelowskiej rzeczywistości wpada między innymi przez okno uchylane przez ludzi, którzy już niedługo staną się herosami, półbogami, lodowymi wojownikami – teraz zaś cudem zdobywają środki, by zapakować wielkiego jelcza i ruszyć daleko na wschód, w rejony zapierające dech w piersiach, przez większość oglądane tylko na widokówkach albo czarno-białych fotografiach w gazetach.

To polscy himalaiści.

Środowisko górskie w Polsce – nie tylko środowisko himalaistów – stanowi odrębny świat. Chociaż zanurzony w realiach socjalistycznej Polski epoki Gierka, to jednak skupiony na własnych osiągnięciach, straconych szansach i wielkich wizjach przyszłości. Ludzie gór spędzają czas we własnym towarzystwie, wzajemnie się dopingują, ale też panuje wśród nich coś w rodzaju naturalnej selekcji. Najważniejszymi instytucjami są kluby wysokogórskie.

Wtedy – opowiadają ludzie tamtych czasów – w góry szło się dla kontaktu z przyrodą, dla widoków i powietrza, po to, żeby pobyć samemu ze sobą i przede wszystkim z innymi. Nie było mowy o tym, by wspinać się z kimś, kogo się nie lubi, tylko dlatego, że wspina się dobrze. Góry były dla ludzi, którzy szli, żeby w nich żyć, żeby to życie w nich smakować.

Wielkim osiągnięciem polskich alpinistów jest wyprawa w Pamir w 1970 roku pod dowództwem przyszłego lidera wielu wypraw i w ogóle polskiego himalaizmu tamtej epoki – Andrzeja Zawady. W 1971 roku polscy wspinacze zdobywają Kunyang Chhish (7852 m n.p.m.), a w 1974 roku osiągają wierzchołek Shispare (7611) w Karakorum.

Są zbudowani i pewni siebie. Wybierają coraz to nowe cele: Kanczendzonga, Lhotse. Jeszcze w roku 1974 na tym ostatnim Andrzej Zawada i Andrzej Heinrich osiągają rekordową wysokość 8250 metrów, choć szczytu nie zdobywają. Wyprawa staje się jednak krokiem milowym polskiego himalaizmu i powodem, dla którego po raz pierwszy robi się o nim głośno na świecie.

W 1975 roku o swoją pozycję chcą zawalczyć również wspinające się kobiety. Wanda Rutkiewicz czy Halina Krüger-Syrokomska już wcześniej pokazały, że nie tylko potrafią ciągnąć w górę, ale też mogą to robić w czysto kobiecych zespołach – najpierw w Tatrach, potem w Alpach i w końcu w górach wysokich.

Kiedy polskie środowisko górskie żyje osiągnięciami na Lhotse i planami zdobycia Gaszerbrumów, pewna drobna kobieta o delikatnym uśmiechu w ogóle nie myśli o ośmiotysięcznikach.

Bogusława Mackiewicz oczekuje narodzin drugiego dziecka. Tym razem będzie to syn, z czego dumny jest tata, pracownik branży remontowo-budowlanej, Witold Mackiewicz.

Dziecko przychodzi na świat 13 stycznia 1975 roku, ma jaśniutkie włosy i niebieskie oczy. Otrzyma imię Tomasz.

* * *

3 Sen o Nanga Parbat. Tomasz Mackiewicz: Nie zwariuję, obiecuję, rozm. Dominik Szczepański, http://off.sport.pl/off/1,111379,13752788,Sen_o_Nanga_Parbat__Tomasz_Mackiewicz__Nie_zwariuje_.html.

4 Nowa mapa Polski, „Dookoła Świata”, nr 25 (1121), 22 czerwca 1975.

ROZDZIAŁ 2

TOMASZ CIEKAWSKI

Z Witoldem Mackiewiczem spotykam się w Urzędzie Stanu Cywilnego w Częstochowie. Na piętrze charakterystycznego okrągłego budynku w centrum miasta mieści się Ogólnopolskie Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Dziennikarstwa Obywatelskiego.

Pan Witold jest jego prezesem i kieruje pracą zespołu, którego celem jest zachęcanie zwykłych ludzi do wyrażania swoich opinii na forum gazety internetowej: www.dziennikarzobywatelski.pl.

Od lat angażuje się w działalność społeczną. Najpierw była Boża Kuchnia – mobilna jadłodajnia dla najuboższych, później Częstochowski Bank Żywności, a potem dziennikarstwo obywatelskie. W Działoszynie pan Witold założył Uniwersytet Trzeciego Wieku.

W stowarzyszeniu stara się promować i tłumaczyć rolę dziennikarza obywatelskiego. Nie waha się pisać o rzeczach, które mu przeszkadzają, ale też o sprawach dobrych i pozytywnych, bo najważniejsze w tej pracy, jego zdaniem, jest promowanie dobra.

Odrywam go od obowiązków. Członkowie stowarzyszenia mają zebranie i ważne rzeczy do omówienia. Witold Mackiewicz zgadza się jednak wyjść na chwilę. Jak się okazuje, chwila może się rozciągnąć na wiele godzin.

Mówi spokojnym głosem. Starannie dobiera słowa. Imponuje szczerością i erudycją. Gruntownie zna Pismo Święte, do którego często się odnosi.

Widzowie w całej Polsce usłyszeli wiersz, którego fragmenty wygłosił w programie Uwaga! TVN, a który napisał dla swojego syna:

Śpij, synku, na Nagiej Górze, wtulony w puszysty śnieg biały

Niestraszne Ci już srogie burze broniące wejścia do chwały

Śnij, synku, o naszych dysputach, które niejedną noc trwały

Teraz już Ty znasz odpowiedź, jak wielki jest Bóg,

jak wspaniały (…)5.

Spotykamy się w momencie, w którym – jak sam przyznaje – próbuje się już pogodzić z faktem, że Tomek z Nangi nie wróci. Przez pierwsze tygodnie po akcji ratunkowej czterech polskich himalaistów miał jeszcze nadzieję, że uda się zebrać pieniądze na ponowną akcję, tym razem w poszukiwaniu samego Tomka. Jest wdzięczny Michałowi Maciejowi Lisieckiemu, wydawcy tygodnika „Wprost”, który zorganizował zbiórkę środków. Uformowała się wtedy grupa osób, które nie uwierzyły, że Tomka nie można było uratować jeszcze w styczniu. Wykonały tytaniczną pracę, nie zważając na zakłócone do granic wytrzymałości relacje rodzinne i wydolność własnych organizmów ani na powszechnie panującą opinię o beznadziejności dalszych prób ratunku. Wierzyły, że Tomek jest niebywale odporny i świetnie przystosowany do przetrwania w ekstremalnych warunkach killer mountain – „góry zabójcy”. Inicjatywie przewodzili Michał Lisiecki i Bartłomiej Czarnecki. Wymieniali się opiniami, wspierali i zbierali pieniądze. Grupa nawiązała kontakt z najwyższymi przedstawicielami władzy w Polsce i nie tylko. Media mówiły o akcji Lisieckiego w większości negatywnie, jako o próbie zbudowania wizerunku na tragedii. Ale Witold Mackiewicz wtedy ciągle wierzył, że ratunek jest możliwy.

– Tomek był samotnym białym żaglem – mówi mi dzisiaj. – Zawsze wolał działać samodzielnie.

– Nawet pieniądze na swoje wyprawy zawsze zbierał inaczej niż inni – wtrącam.

– Tak. Był kiedyś taki fajny projekt: opowiedz nam o swoim pomyśle, a my damy ci pieniądze na jego sfinansowanie. Powiedzmy: dwadzieścia tysięcy złotych. Tomek w tym konkursie wystartował. Każdy, kto tylko ma szansę zdobyć takie pieniądze, będzie opowiadał o swoim projekcie, jaki on wspaniały, najlepszy, inny niż wszystkie. A Tomek wyszedł i zaczął mówić, jak wspaniały jest ten konkurs i jak się cieszy, że może w nim uczestniczyć. Wszystkim życzył powodzenia, niech zwycięży najlepszy. Mówił to z uśmiechem na twarzy, jak to Tomek. „Jeśli komuś podoba się to moje wspinanie na górkę, niech mnie poprze. Ale wiem, że są wśród nas inni, którzy również mają ciekawe pomysły” – powiedział.

Otwartość Tomka na innych, świadomość, że nie jest pępkiem świata, według Witolda Mackiewicza wzięły się z jego głębokich przemyśleń.

– W dzieciństwie miał miejsca, do których się wyrywał: skałki, górki, jamy – wspomina ojciec himalaisty. – Dużo czasu spędzał samotnie. I rozmyślał.

Są lata sześćdziesiąte. Witold Mackiewicz jest studentem i nie do wszystkiego podchodzi przesadnie poważnie. Towarzystwo spotyka się na prywatkach. Najpierw w Warszawie, bo Witold przez chwilę studiuje w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Szybko przenosi się jednak na Politechnikę Częstochowską, na metalurgię. Studia zaczyna w październiku 1968 roku, kiedy w studenckiej pamięci żywe są ciągle wspomnienia wydarzeń marcowych.

– W nocnych Polaków rozmowach było nie tylko wino, kobiety i śpiew, ale i polityka – mówi dzisiaj Mackiewicz. – Gadało się o aktualnych wydarzeniach, krytykowało, a przy okazji grało w brydża z kolegami.

Ni z tego, ni z owego przychodzi wezwanie do wojska.

„Gdzie chciałby pan służyć?” – pytają grzecznie na komisji.

„Panie majorze, ja przecież studiuję” – dziwi się młody Witold Mackiewicz.

„Studiowałeś, synu”.

Jak chce się walczyć o wolność słowa polskiego – słyszy od wojskowych – to najlepiej u nas, z bronią w ręku.

– Nauczeni doświadczeniem z Marca ’68, komuniści mieli wszędzie „swoich” – miernych, biernych, ale wiernych. Ci w zamian za „przyjazny” tok studiów donosili, o czym się rozmawia w środowisku studenckim. Na mnie też jakaś szuja doniosła.

„No to gdzie chcesz iść, synu? Bliżej czy dalej?” – pytają wojacy.

„Jak już muszę, to wolałbym bliżej”.

„Pani Basiu, proszę pisać: Koszalin”.

W wojsku Witold choruje na zapalenie oskrzeli i płuc, w końcu zwalniają go do cywila po dziewięciu miesiącach.

Trzeba zaczynać normalne życie.

Po studiach pójdzie do pracy. Na początku w hucie, potem w cementowni. Później w kilku częstochowskich zakładach będzie kierownikiem zespołu budów. Żeby cokolwiek załatwić, nieraz trzeba sprawę „oprzeć o bufet”.

– Moja dzielnica była wtedy – i jest do dzisiaj – specyficzna – mówi Witold Mackiewicz. – Taki konglomerat.

W dzielnicy Raków w Częstochowie w latach pięćdziesiątych powstały bloki, w których mieszka ojciec Witolda. Do nowych budynków przeniesiono wówczas mieszkańców baraków z Pekinu – owianej złą sławą części dzielnicy Stradom, gdzie panoszyły się wszelkie społeczne dysfunkcje (nazwa wzięła się od mieszkających tam podczas pierwszej wojny światowej robotników z Azji) – oraz repatriantów z dawnej polskiej ściany wschodniej (dla miejscowych „ruscy”).

– Najpierw mieszkańcy Pekinu uciekli z nowych bloków z powrotem do baraków – opowiada Mackiewicz. – Nie chcieli mieszkać na nowym. Dopiero za drugim razem, kiedy baraki zostały spalone, nie mieli gdzie wracać – i musieli zostać.

W ten sposób powstało skupisko ludzi o różnym pochodzeniu i różnych losach. Inżynierowie z państwowych zakładów mieszali się z wiecznie bezrobotnymi pijaczkami. Prym na dzielnicy wiedli potomkowie baciarów (lub „batiarów”), przesiedleńców ze Lwowa, królów ulicy, za których popularność w międzywojniu odpowiadali Szczepcio i Tońcio, bohaterowie lubianej serii filmów.

– Życie towarzyskie kręciło się wokół baru Przystanek i kawiarni Szarotka – wspomina Mackiewicz. – Picie było wpisane w folklor tej dzielnicy. Łatwo było tam „popłynąć”. Mnie się udało przetrwać, skończyłem szkołę średnią i zahaczyłem o politechnikę. Później wojsko. Kiedy wróciłem, to już mnie baciary próbowały w swoje szeregi wciągnąć.

– Ale pan się nie dał – zauważam.

– Nie to, że nie dał. Ja bardzo chętnie. Tyle że w porę poznałem swoją żonę.

Po powrocie z wojska Witold ma dwa tygodnie wolnego, a potem pracuje niezwykle ciężko, bez jednego dnia urlopu. Trzy razy zmienia zakłady pracy. Już w pierwszym – Hucie im. Bolesława Bieruta, w dziale automatyki urządzeń kontroli pomiarowych poznaje kolegę, który wynajmuje pokój pewnej nieśmiałej dziewczynie z Działoszyna.

Na imię ma Bogusia, ale wołają na nią Jola. Jola od razu wpada Witkowi w oko, a później – jak dzisiaj mówi – w serce.

Pani Bogumiła nie zdecyduje się opowiedzieć mi o sobie, rodzinie i Tomku. Ciągle nie może się pogodzić z losem syna. Nie udzieliła wywiadu żadnemu dziennikarzowi. Podobnie całą sytuację przeżywa Agnieszka, starsza siostra Tomka.

Na początku rodzina mieszka krótko w Częstochowie. Kiedy rodzi się Agnieszka, Mackiewiczowie przeprowadzają się do Działoszyna. Tam mieszkają w domku jednorodzinnym z rodzicami Bogusi. Jest rok 1972. Miasteczko ma sześć tysięcy mieszkańców, dwie szkoły podstawowe, jedną średnią – i leży tylko czterdzieści kilometrów od Częstochowy.

Witold zaczyna pracę w firmie remontowej przy działoszyńskiej cementowni. Jest kolejno mistrzem, starszym mistrzem i kierownikiem wydziału. Więcej możliwości widzi jednak w Częstochowie. Podejmuje jedną z najtrudniejszych decyzji w życiu: wraca do ojca, do miasta. Jego żona postanawia zostać z dziećmi u rodziców w Działoszynie. Też pracuje w Częstochowie, ale co drugi dzień. Kiedy wypada jej zmiana, rano w Działoszynie wsiada w autobus, pracuje w restauracji i wieczorem wraca.

W sylwestra 1978 roku Witold odbiera telefon.

„Jutro Nowy Rok, nie mam autobusu do Działoszyna – mówi żona. – Muszę przenocować”.

Zostaje i teraz oboje stają się rodzicami „weekendowymi”. Witold po pracy remontuje mieszkanie w Częstochowie przy alei Pokoju, w niedziele wpada do Działoszyna. Żona do dzieci zagląda częściej. Ufa mamie, która dogląda Tomka i Agnieszki. A dzieci babcię uwielbiają.

Babcia ma na imię Teodozja. Ma silną osobowość, charakterek – jak to określa Witold. Potrafi powiedzieć wprost, jeśli coś jej się nie podoba.

Historia babci Todzi jest niezwykła i przekazywana z pokolenia na pokolenie. Pokazuje jej zadziorny charakter i odwagę, która lata później ujawni się też w działaniach Tomka.

W młodości, jak wszyscy jej rówieśnicy, Todzia lubiła chadzać na wiejskie zabawy. Ale na co dzień, oprócz tego, że się uczyła, musiała też pomagać w gospodarstwie. Któregoś dnia koledzy wyciągają Todzię na potańcówkę, ojciec mówi jednak: „Nie pójdziesz”. Trzeba wyrzucić obornik z szopy.

Todzia się buntuje. Rzuca widły, przebiera się i rusza na zabawę. Kiedy wraca, ojciec czeka wściekły i podnosi na nią rękę.

Na drugi dzień Todzia już postanowiła. Trwają przymusowe werbunki do pracy dla okupanta. Todzia ma szesnaście lat, zgłasza się do pracy zamiast swojej siostry i rusza w nieznane. Jest rok 1942 – z Działoszyna odjeżdża ciężarówka wioząca ludzi za granicę. Todzia z pewnością nie zna swojej przyszłości, nie wie, gdzie trafi, czym będzie się zajmowała, jak wróci do Polski i czy w ogóle kiedyś jeszcze zobaczy rodzinny dom.

Nieważne. Teraz chodzi o to, żeby pokazać rodzicom, że nie da sobie w kaszę dmuchać.

Zabiera drewniaki i jedną zapasową sukienkę, wsiada na pakę i rusza przed siebie. Ciężarówka dowiezie ją aż do Francji, gdzie Todzia znajdzie pracę i będzie całkiem nieźle zarabiać.

Babcia Teodozja ma więc pieniądze, nie martwi się o przyszłość. Może sobie pozwolić na wiele.

Tomek jest leworęczny. W tamtych czasach na prowincji wciąż pokutuje mit, że mańkut jest mniej zdolny. Babcia Todzia każe wnukowi pisać prawą ręką i bardzo tego pilnuje. Tomek uczy się przez to pisać oboma rękami i staje się bardzo sprawny manualnie.

Kiedy jest mały, babcia zabiera go ze sobą na pole. Robota sama się nie zrobi, a dziecka trzeba pilnować. Tomek leży więc zawinięty w becik, a babcia spogląda na niego co chwilę.

Kiedy chłopiec trochę podrośnie, odkryje rzekę, przepływającą przez Działoszyn Wartę. Będzie ją często wspominał, nawet wiele lat później. Opowie o niej bliskim i przyjaciołom. Warta stanie się dla niego synonimem sielanki, beztroski, przygody, może nawet to ona zapoczątkuje jego pasję i pociąg do życia w otoczeniu natury.

Okolica jest piękna i trochę dzika. Dzieciaki biegną nad rzekę po szkole, w wakacje mają tu raj. Na drzewach rosnących nad brzegiem wiążą sznury, a do sznurów przymocowują opony – huśtają się i skaczą, aż mama zawoła na kolację. Czasem woda występuje z brzegów i podmywa okolice. Powodzie nie zdarzają się jednak często, za to wielki łuk Warty jest w okolicy jedną z nielicznych atrakcji turystycznych, powodem do dumy.

Tomek sam uczy się pływać. Jeden z jego kolegów podczas skoku do wody łamie kręgosłup. Ale wypadki nie zdarzają się często, dzieciaki znają w Warcie każde zakole, każdy kamień, każdy metr dna.

Drobny i chudziutki chłopak ma nad rzeką swój tajemny świat. Jest na niej wyspa jak z przygodowych książek, gdzie zawsze dzieją się rzeczy niezwykłe. Czas tam spędzony Tomek będzie później wspominał jako błogi. Wyjazdy i powroty rodziców – trochę mniej.

Joanna, przyszła żona:

– Tomek nie był grzeczną dziewczynką, był ruchliwy, więc zawsze do czegoś można się było przyczepić.

Witold Mackiewicz:

– Proszę sobie wyobrazić młodego chłopaka, który w Działoszynie był totalnie wolny. Babcia specjalnego nadzoru nad nim nie miała. On z chłopakami gdzieś po łąkach w okolicach sobie krążył. I był szczęśliwy. Był też trochę rozrabiaką. Od czasu do czasu babcia mówiła: „No, jutro przyjeżdża ojciec”. I wtedy on… Nie, nie można powiedzieć, że się bał. Raczej czuł autorytet. Obawę przed tym wielkim ojcem, który przyjdzie i o wszystkim się dowie.

– Nigdy go nie uderzyłem – zapewnia ojciec Tomka. – Nawet przez myśl mi nie przyszło, żeby stosować kary cielesne. Ale wystarczyło, że o coś zapytałem. Widać było w nim napięcie.

Pewnego razu nauczycielka przyłapuje Tomka wraz z kolegami na paleniu papierosów.

Witold Mackiewicz kroczy przez Działoszyn. Obok niego drepcze syn – dziarski chłopiec z rumieńcami na buzi. Drepcze niepewnie, bo wie, że nabroił.

– Tomek był wtedy chyba w trzeciej albo w czwartej klasie podstawówki – wspomina dziś Mackiewicz. – Zostałem wezwany do szkoły. Chłopcy, w tym Tomek, popalali sobie za śmietnikiem. Szliśmy więc do domu. Powiedziałem mu: „Słuchaj, ja nic mamie ani babci nie powiem, tylko pamiętaj – papierosy to nie jest dobra rzecz. Obiecaj, że już nigdy nie weźmiesz papierosa do ust”. Obiecał.

Pan Witold zapomniał o jednym: że historia lubi się powtarzać.

– Kiedy byłem mniej więcej w wieku Tomka, o szkodliwości papierosów mówił mi pewien ksiądz. Tłumaczył, jaki to straszny grzech, wystąpienie przeciw piątemu przykazaniu. „Zabijasz swoje ciało” – mówił. Przyrzekłem sobie, że nigdy nie wezmę papierosa do ust. Zdążyłem wyjść z religii i widzę, jak mój ksiądz z drugim stoją za firaną i kopcą jak z komina Batorego. O, wy dranie! – myślę. Pierwsza okazja z chłopakami i tak się napaliłem, że się w końcu porzygałem i miałem papierosów dość na długi, długi czas.

Wrócił jednak do palenia i teraz idzie przez Działoszyn z małym Tomkiem przy boku, tłumacząc, jakie to palenie jest szkodliwe.

– Tłumaczę i palę papierosa – dopowiada Mackiewicz i uśmiecha się do wspomnień.

W reportażu TVP Katowice z 2016 roku Tomek opowie:

„Wychowali mnie babcia i dziadek, którzy generalnie niespecjalnie nakładali na mnie jakieś ramy, dyscyplinę. Ja byłem swobodny, spędzałem cały czas nad rzeką: czy to zima, czy wiosna, poznawanie co roku tego nurtu od nowa”6.

Taka sytuacja trwa pięć lat.

– Nie chcieliście jej zakończyć? – pytam.

– Oczywiście, że chcieliśmy – mówi Witold Mackiewicz. – Ja dostałem nawet z firmy propozycję mieszkania: trzy pokoje z kuchnią. Ale żony nie mogłem przekonać do samodzielnego życia z dala od mamy. Tomek chodził wtedy do przedszkola, a Agnieszka do podstawówki. Żona obawiała się, że sobie z tym wszystkim nie poradzi. Przyznam szczerze, byłem pracoholikiem. Jak się angażowałem, to do spodu. Może też dlatego tak szybko awansowałem. Często do domu wracałem o szóstej, ósmej wieczorem. Czasami lekko „trafiony”. I żona się obawiała, że nie udźwignie ciężaru obowiązków. Tam, w Działoszynie, dzieci miały ciągłą opiekę. Przyjeżdżałem w niedzielę. Pierwsza rzecz: raniutko do kościoła. A z kościoła do kina. Dzieciaki na dole na sali kinowej oglądały swoje bajki, a ja na górę, do kabiny operatora. Zawsze jakąś flaszeczkę przed obiadem się wypijało.

Jeszcze w Działoszynie stworzyliśmy z Tomkiem własną ciemnię fotograficzną. W małym pomieszczeniu wszystko urządziliśmy profesjonalnie: trzy pojemniki, czerwone światło i sznury, na których rozwieszaliśmy zdjęcia. Wywoływanie zdjęć było wtedy sztuką – wystarczył źle przygotowany utrwalacz i zdjęcie nie wychodziło. Bardzo lubiliśmy spędzać tam czas, a Tomek do fotografii też miał smykałkę. Taką ciemnię zrobiliśmy też sobie potem w Częstochowie. To była nasza mała wspólna pasja.

Kończy się epoka Gierka. Mała stabilizacja znowu przeradza się w wielką szarość, groszoróbstwo, stanie w kolejkach, niedostatek, kartki na żywność i wódkę. Trzeba pracować dwa razy ciężej, trzeba uważać, co się mówi. Na życie prywatne czasem braknie przestrzeni.

Po Sierpniu ’80 w siłę rośnie Solidarność. W państwowych zakładach mogą powstawać niezależne, samorządne związki zawodowe. Robotnicy czują nagle, że mają swoją reprezentację. Instancję, do której mogą się odwołać. Do związku zapisuje się prawie dziesięć milionów osób, które po raz pierwszy zobaczyły, że przywództwo nie musi oznaczać przywództwa partii. Po raz pierwszy poczuły, że są na świecie siły większe niż „bratnia Moskwa”.

W 1978 roku na papieża zostaje wybrany Karol Wojtyła. Na lidera walki o godność wyrasta prosty robotnik z charyzmą, mąż, ojciec i katolik Lech Wałęsa. Tym się żyje, o tym się rozmawia w pracy i na spotkaniach towarzyskich. Ale w domu Tomka – jak opowiada jego ojciec – nie ma politykierstwa.

Wiosną 1981 roku Witold Mackiewicz, będąc kierownikiem zespołu budów, zakłada związek zawodowy.

– To tak, jakby podcinać gałąź, na której się siedzi – komentuje dziś. – Ale wówczas w to wierzyłem.

Opowiada:

– Związki założyliśmy w kwietniu. Już wtedy zaczął się w kraju paraliż. W czerwcu powiedziałem: „Nie zdziwiłbym się, gdyby Jaruzelski wprowadził stan wyjątkowy. Bo to, co się dzieje w kraju, jest nie do przyjęcia”.

Stan wojenny zastał Mackiewicza w kabinie operatora kina w Działoszynie.

Dzieciaki tymczasem grają w piłkę, biegają po podwórkach, lubią zajęcia w świetlicy, podążają tam, gdzie można spotkać swoich.

Marta Patocka, również absolwentka Szkoły Podstawowej nr 2 w Działoszynie, pamięta Tomka z kółka teatralnego, które prowadziła jej mama.

– To był typ chłopaka, który nie usiedzi w miejscu. Wszędzie było go pełno – wspomina. – Do wszystkiego był chętny i gotowy. Nie dało się go nie zauważyć.

Przedstawienie: prawdopodobnie Szewczyk Dratewka. Stroje trzeba szyć w domu, scenografię rysować na płótnach. Mama Marty prawie do każdego przedstawienia pożyczała dzieciakom czerwone szpilki. I Tomek sobie je upatrzył.

– On w tych szpilkach, biegający po korytarzu i stukający obcasami w podłogę – opowiada Patocka – to jedno z moich pierwszych wspomnień o nim.

Niedługo później Tomek wyprowadzi się z Działoszyna do Częstochowy, do rodziców.

Po latach, dopiero po tragedii na Nanga Parbat, okaże się, że Marta wyszła za jego kuzyna.

– Świat jest mały – mówi Patocka. – Nawet pan nie wie, jak bardzo.

Pozytywna postać. Aktywny, otwarty i przyjacielski. Wszędzie czujący się jak u siebie. Pewny siebie. Czego się nie nauczy, to dowygląda. Z takimi dzieciakami dobrze się pracuje. Tomka nie trzeba do niczego zmuszać – Tomek po prostu chce. Coś się musi dziać, cały czas – akcja!

I do tego wszystkiego ma dłuższe niż inni, rude włosy.

Do szkoły biega z domu dziadków. Po lekcjach nie czekają na niego rodzice. Jego sytuacja nie jest jednak wyjątkowa: wiele dzieci mieszka wtedy razem z dziadkami, starsze pokolenie angażuje się w wychowanie najmłodszych.

Marta Patocka:

– Spędzaliśmy czas na dworze. Piłka, trzepaki, woda i boisko. Czasem nie wiedzieliśmy, co robią mama z tatą i gdzie są. To nie było ważne. Do domu wpadało się na chwilę, rzucało plecak, jadło i leciało się dalej.

Tomek ma tej swobody jeszcze więcej. Działoszyn jest mały, nie ma strachu, że wejdzie się pod tramwaj – bo ich nie ma, albo pod samochód – bo jest ich tu niewiele. Dzieciaki, kiedy mają wolność, są jak swobodne, szczęśliwe ptaki.

– Pamiętam nasze pierwsze przejażdżki samochodem – wspomina Witold Mackiewicz. – Tomek pierwsze szlify jako kierowca zdobywał, siedząc na moich kolanach, gdzieś na bocznych drogach w Działoszynie. Kierowanie sprawiało mu niezwykłą frajdę i był w tym dobry. Już jako mały chłopiec miał smykałkę do samochodów. Później to w jego życiu zaprocentowało. Kiedy zdał na prawo jazdy, od razu świetnie jeździł.

Jak wygląda w tych latach Działoszyn? Rozwija się cementownia. Powstaje osiedle bloków dla robotników z państwowego zakładu. Pracownicy przybywają z całej Polski. W cementowni pracuje się na zmiany, na osiem godzin znika się z domu i dzieci – „w pozytywnym sensie”, jak mówi Marta Patocka – wychowuje ulica.

– W wolnym czasie bawiliśmy się w chowanego, zdzieraliśmy kolana, łokcie i głowy, biegaliśmy po szkolnym boisku i nad Wartę – opowiada działoszynianka. – Chodziło się też „na jaskinie”. Do miejsca w Załęczańskim Parku Krajobrazowym, do którego jedzie się rowerem parę kilometrów.

No i była wyspa. Trzeba przejść przez mały mostek i jest się na zielonym terenie, z boiskiem, gdzie do późnych godzin biega się z językiem do pasa.

– Jakie było to pokolenie? – pytam. – Pokolenie pani i Tomka?

– Byliśmy odporni. Na choroby, prawdziwe i wymyślone alergie, ale i na negatywne bodźce z zewnątrz. Jak się pokłóciliśmy, to wiedzieliśmy, że za godzinę nam przejdzie – bo musieliśmy się trzymać razem w szkole i po szkole. Czasy uczyły nas samodzielności. Kto miał te nasze rany opatrzyć? Rozwalone kolano zacierało się i biegło się dalej.

Już niedługo Tomek, nauczony luzu i wolności, wejdzie w nowe środowisko, w którym nie będzie się mógł odnaleźć. Odporność z lat dzieciństwa ustąpi miejsca pogubieniu, potrzebie akceptacji, niepewności i kompleksom.

Marta Patocka:

– To był grzeczny rozbójnik. Ciągle coś broił, ale nie robił tego złośliwie. Po prostu taki był: nagle okazywało się, że to, co sobie wymyślił, nie jest wcale takie dobre. Nie był łobuzem, był łobuziakiem. Pamiętam jak dziś: w świetlicy był telewizor. Dorośli powtarzali, że nie można go samodzielnie włączać, bo się spali. Tomek, jeśli ktoś mu mówił, że czegoś nie wolno, to właśnie to robił. Klik – i telewizor wybuchł żywym ogniem. Zajęła się drewniana podłoga. Oczywiście, Tomek nie chciał niczego złego. Wszystko wynikało z tej jego ciekawości. Złamał zakaz, bo chciał sprawdzić, co będzie.

Chwilę po wydarzeniach na Nanga Parbat organizowałam w naszej szkole spotkanie z kolegami Tomka z klasy. I wszyscy wspominali go podobnie: „żywe srebro”. Fajny, miły chłopak. Niektórzy wręcz boją się oddychać, a on wszystko musiał sprawdzić na własnej skórze, przetestować. Taki Tomasz Ciekawski. Odnalazłam jego wychowawczynię. Bardzo to przeżywa, ciężko jej o Tomku mówić. Wspomina go jednak podobnie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* * *

5 http://www.dziennikarzobywatelski.pl/autorskie/spij-synku/; nagranie programu Uwaga! TVN (data emisji: 21.03.2018), w którym Witold Mackiewicz prezentuje fragmenty tego wiersza: https://www.youtube.com/watch?v=1KiR4Ifqla4.

6 Reportaż Barbary Jendrzejczyk w programie Magazyn reporterów, TVP Katowice, data emisji: 6.07.2016.

ROZDZIAŁ 3

CZŁOWIEK PIERWOTNY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 4

KABEL

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 5

DOM

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 6

KANCIASTY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 7

ŚWIT

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 8

BŁOGOSŁAWIONY

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 9

NA SKRZYDŁACH

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 10

PULS

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 11

NA UBOCZU

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 12

BOGINI

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 13

CAŁY VINCENT

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 14

ALCHEMIK

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 15

BĘDZIE WSPANIALE, CZŁOWIEKU

Dostępne w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 16

EKRAN

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

Projekt graficzny okładki

Paweł Panczakiewicz

PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

Michał Obrycki / Forum

Opieka redakcyjna i wybór zdjęć

Damian Warszawski

Konsultacja merytoryczna dotycząca tematyki górskiej

Kacper Tekieli

Adiustacja

Katarzyna Węglarczyk

Korekta

Katarzyna Onderka

Copyright © by Mariusz Sepioło

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5564-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Anna Jakubowska

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nanga Dream Himalaistki Ludzie i gady 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze