Strażacy

Strażacy

Autorzy: Rafał Pasztelański Joanna Pasztelańska

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 23.09 zł

Nikomu nie ufamy tak bardzo, jak strażakom. Nic w tym dziwnego. Jeśli twój dom stanie w płomieniach, jeśli ucierpisz w wypadku albo zostaniesz uwięziony przez powódź, oni zjawią się na miejscu jako pierwsi. Zawsze gotowi nieść pomoc.

Docierają do miejsc, z których zwykli ludzie chcą jak najszybciej uciec. Są świetnie wyszkoleni, odważni i swoją pracę traktują jak służbę, ale też największą życiową pasję.

 

Przeczytaj o największych i najgłośniejszych akcjach polskich strażaków. Dowiedz się, jak naprawdę wyglądają ich codzienna praca oraz życie. Poznaj ludzi, których wolałbyś nie potrzebować, ale na których zawsze możesz liczyć.

Wszystkim strażakom

w podzięce za ich służbę

Bogu na chwałę,

bliźniemu na ratunek.

WSTĘP

Lipiec 2018. „Albo się zaczadzimy, albo utoniemy. Módlcie się za nas”. Tak mają brzmieć jej ostatnie słowa. Beata K. z Wysokiej pod Wadowicami z kilkuletnim synkiem ginie podczas pożaru na greckiej wyspie Mati. W tym pożarze, o ironio, śmiercionośny nie okazuje się sam ogień, ale woda. Łódź, którą razem z innymi próbuje uciec z hotelu, tonie podczas ewakuacji. Poza Beatą i jej dzieckiem, lipcowe pożary w Grecji zabijają blisko 100 osób. Kilkadziesiąt tysięcy hektarów płonie w Kalifornii, zmuszając do ucieczki blisko 40 tysięcy mieszkańców. Co najmniej pięcioro z nich ginie. Silny wiatr sprawia, że dochodzi do śmiertelnie niebezpiecznego zjawiska – tzw. ognistego tornada. Wiry powietrza, pyłu i ognia krążą na wysokości nawet 10 metrów niczym palące się pociski.

Niemal w tym samym czasie ogień zaczyna trawić rejony uchodzące za chłodne o tej porze roku. Tak wysokich temperatur nie pamiętają tam najstarsi mieszkańcy. Na zdjęciach NASA neutralna zazwyczaj Szwecja staje w czerwieni. Prawie jednocześnie wybucha kilkadziesiąt pożarów, które pochłaniają kilkadziesiąt tysięcy hektarów. Od dalekiej północy aż na południe. Skala żywiołu staje się tak gigantyczna, że Szwedzi proszą o pomoc. Z Polski wyrusza blisko 140 strażaków z województw zachodniopomorskiego, wielkopolskiego i mazowieckiego. Niemal na każdym mijanym wiadukcie spontanicznie witają ich tłumy Szwedów. Wielu trudno uwierzyć, że sprzęt, jaki Polacy mają w 44 samochodach gaśniczych, nie jest tylko na pokaz.

Grecja, Kalifornia, Szwecja, a w ubiegłym roku także Portugalia, Teneryfa, Japonia i Kanada. Tysiące spalonych na popiół domów, wypalonych do cna hektarów ziemi. W ciągu dwóch lat kilkaset ofiar.

Z żadnym innym żywiołem i jego skutkami człowiek nie walczy od tak dawna. I wobec mało którego bywa równie bezradny.

Rok 2018 jeszcze bardziej niż poprzedni jest rokiem ognia. Nigdy wcześniej żywioł nie atakował tak gwałtownie i bezlitośnie. Nie ma godziny, żeby gdzieś na świecie z powodu ognia ktoś nie stracił życia i dorobku.

Kim są więc ludzie, którzy nie bacząc na wszystko, za wszelką cenę próbują go ujarzmić? Bohaterami, pasjonatami, a może zwykłymi wariatami?

Joanna: Spędziliśmy z nimi wiele miesięcy. Podpatrywaliśmy, jak pracują, jak odpoczywają po służbie, jak próbują choć w małym stopniu oddzielić życie zawodowe od prywatnego. Rozmawialiśmy godzinami, byliśmy świadkami niezwykłej więzi łączącej wiele strażackich pokoleń. Skromność, z jaką nasi bohaterowie mówili o rzeczach wielkich, których w swoim życiu dokonali, za każdym razem chwytała za serca.

Jako pierwsi docierają na miejsce zdarzenia. Wydostają rannych ze zgniecionych pojazdów, poszukują ocalałych pod gruzami, uspokajają matkę, której dziecko zostało przygniecione przez trzepak. Wyciszają ogień, ale też udzielają pierwszej pomocy i zabezpieczają miejsce katastrofy w ruchu lądowym.

Za każdym razem, gdy jadą na zgłoszenie, ryzykują, że już nie wrócą. A mimo to ponad połowa z nich wybiera służbę dla podtrzymania rodzinnej tradycji.

Strażakami są synowie, bracia, wnukowie strażaków.

W sumie w Polsce w Ochotniczej, Zawodowej czy Zakładowej Straży Pożarnej służy około 140 tysięcy osób.

Od kilkudziesięciu lat strażak to najbardziej poważany zawód w Polsce. I wciąż jeden z najmniej docenianych.

Rafał: Byliśmy w miejscach największych akcji z ostatnich 40 lat. Nasi bohaterowie pamiętają najdrobniejsze szczegóły. Gdzie trzeba było zostawić samochód, bo dalej już nie dało się dojechać, w którym miejscu hali tylko centymetry dzieliły od wybuchu zbiorników z gazem. Pokazywali nam wgłębienia w ścianach, blizny na rękach i młodnik, w którym znaleziono ciało ich druha. Takich spotkań i rozmów były w ostatnim roku setki. Na podstawie wywiadów, a niekiedy także osobistych wspomnień Asi (HUSAR i trzęsienie ziemi w Turcji), chcemy pokazać istotę tego zawodu, odwagę, siłę i ofiarność strażaków.

Bez nadmiernego lukrowania. Z potem, krwią i tym charakterystycznym zapachem spalenizny we włosach. Z niespokojną drzemką i zeschniętymi kanapkami pod koniec dwudziestoczterogodzinnej zmiany.

Joanna i Rafał Pasztelańscy

CZĘŚĆ I

W OGNIU

Rozdział 1

KULE OGNIA SPADAJĄ Z NIEBA

Ćwierć wieku po wielkim pożarze w Kuźni Raciborskiej

Nadleśnictwo Rudy Raciborskie

Las, całe połacie lasu ciągnące się aż po horyzont. Blisko 50 tysięcy hektarów na pograniczu województw katowickiego i opolskiego, pomiędzy Gliwicami, Kędzierzynem i Rybnikiem. Samo serce tego lasu, trochę na złość naturze, tną na części linie kolejowe tras Racibórz–Kędzierzyn-Koźle, Gliwice– Kędzierzyn-Koźle oraz magistrala Kopalni Piasku „Kotlarnia”.

26 sierpnia 1992 roku, środa, około godziny 13. Jeden z pociągów przejeżdżających przez sam środek lasu w pobliżu Solarni musi nagle hamować. To prawdopodobnie właśnie w tym momencie jedna jedyna iskra leci w złym kierunku. I z powodu tej pojedynczej iskry trzy osoby stracą życie, a tysiące hektarów drzew i żyjące wśród nich zwierzęta pójdą z dymem.

Jak na razie rodzący się dopiero pożar widzą tylko zwierzęta. Wysuszona słońcem trawa wokół nasypu kolejowego zaczyna się tlić, zmuszając do ucieczki jeże, kuny i tysiące owadów. Zaniepokojone nabierającym mocy ciepłem ptaki wzlatują wysoko ponad konary drzew. Chwilę później języki ognia będą już przeskakiwać z gałązki na gałązkę, jakby znacząc teren, którym zaraz zawładną.

Pół godziny później. Dyspozytor oddziału 109 leśnictwa Kiczowa nadleśnictwa Rudy Raciborskie w pobliżu Solarni i niedaleko linii kolejowej 151 – tej łączącej Racibórz z Kędzierzynem-Koźlem – jeszcze nie wie, że za kilkanaście godzin czarny popiół pokryje wszystko w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Pracuje jak zwykle, sprawdza rozkład, komunikaty od kolegów, obserwuje okolicę. Cisza i upał dopiekają do żywego. Przez głowę przebiega mu myśl, że kiedyś w końcu musi spaść deszcz. Dochodzi 13:50, gdy między drzewami zauważa pierwszą smużkę dymu.

Już jest źle. Dwie godziny później ktoś zacznie przebąkiwać, że żywiołu nie da się opanować. Nie w taki jak zwykle sposób. Nie tym sprzętem co zwykle. Gdyby wtedy ktoś powiedział strażakom z Kuźni Raciborskiej i okolic, że dogaszanie potrwa do połowy września, zbledliby, a potem popukaliby się w czoła. Ale tamtego sierpnia odnotowano aż trzy rekordy termiczne, a w samych Rudach Raciborskich deszcz ostatni raz spadł w maju. W środę 26 sierpnia termometry pokazują ponad 32 stopnie Celsjusza. Dwa dni później temperatura będzie jeszcze wyższa, w Kaliszu słupek rtęci zatrzyma się na 38 stopniach. W dodatku w dniu pożaru wieje zmienny, porywisty wiatr o prędkości około 13,5 m/s z kierunku południowo-zachodniego. Sytuacji nie poprawia fakt, że znaczną część leśnego kompleksu pokrywa warstwa niezmineralizowanej ściółki o grubości kilkunastu centymetrów, a w wielu miejscach także pokłady torfu.

W środku lasu to bomba z opóźnionym zapłonem.

Błyskawicznie rozprzestrzeniającym się płomieniom próbują przeciwstawić się drzewa, ale z ogniem walczą też strażacy. Te zmagania na śmierć i życie amatorską kamerą VHS rejestruje Henryk Szymura z Kędzierzyna-Koźla. Mężczyzna uwiecznia na filmowej taśmie dramatyczne godziny z sierpnia 1992 roku. Dokument Szymury miesiąc po pożarze w całości wyemituje osiedlowa telewizja kablowa Vector w programie „Echa miasta”, a kilka lat później materiał trafi do sieci i pozostanie w niej przez dwadzieścia kilka lat1. Widać na nim, jak ogień pochłania kolejne połacie lasu w kierunku północnym, jak miejscowi rolnicy z przerażeniem obserwują kłęby dymu i jęzory ognia kilkadziesiąt metrów od zabudowań. Szymura kręci wszystko. Przede wszystkim pokazuje pracę strażaków.

Wody nie ma.

Cieki, rowy melioracyjne i zbiorniki wodne na terenie lasu – wszystko wyschnięte. To naturalny skutek wybierania piasku przez znajdującą się w Dziergowicach kopalnię piasku i żwiru, efekt tzw. leju depresyjnego. Wozy strażackie muszą zaopatrywać się w wodę w samej kopalni. Stare, wysłużone pompy z trudem nadążają z zaopatrywaniem beczkowozów. Akcję utrudnia niedostateczna sieć dróg – w wielu częściach lasu dróg po prostu nie ma, są tylko ścieżki i ślepe leśne zaułki. Nie ma jak się mijać, wozy muszą wjeżdżać na wstecznym.

Walka z ogniem w samym sercu płonącego lasu. 27 sierprnia 1992 roku.

Fot. Mirosław Noworyta / Agencja Gazeta

Kłęby szarego dymu i przelatujące nad drzewami kule ognia widać z odległości kilku kilometrów od lasu. Co kilkadziesiąt sekund podjeżdżają do Dziergowic kolejne wozy bojowe. Ogromny słup dymu powiększa się z minuty na minutę. Z powietrza pożar próbują zdusić dwa śmigłowce zaopatrzone w specjalne zbiorniki o pojemności około tysiąca litrów wody. Mogą być napełniane bez lądowania, ale wobec rozpętanego żywiołu są mało skuteczne. W materiale filmowym słychać przestraszonego Szymurę mówiącego o rosnącym zagrożeniu dla CPN-u i Zakładów Chemicznych „Blachownia”. Zdaniem strażaków wypowiadających się przed kamerą niemal każda próba gaszenia pożaru jeszcze bardziej go rozdmuchuje. Wykorzystywane są wszystkie możliwe środki. Przy każdym innym pożarze lasu dawno już przyniosłyby oczekiwany efekt. Dlatego o akcji w Kuźni strażacy będą później mówić jak o piekle na ziemi. Czymś, co zaprzecza i zdrowemu rozsądkowi, i prawom fizyki.

St. ogn. Hubert Dziedzioch w 1992 roku jest kierowcą wozu, który spłonie do ostatniej śruby. Wozu, w którym zginie jego dowódca, a on sam cudem ujdzie z życiem.

– To był normalny dzień, rozpoczęliśmy służbę o 8 rano – mówi, oprowadzając nas po odradzającym się lesie 25 lat później. – Dowódca był przy zmianie służby. Jak zawsze trzymał pieczę nad jej rozpoczęciem. Mieliśmy codzienne zajęcia z uzupełnianiem sprzętu, szkolenia. W tzw. międzyczasie wybuchł pożar torfowiska. Takie pożary zdarzały się tego lata prawie codziennie. Tym razem paliło się torfowisko w miejscowości Nędza. To już był kolejny dzień poważnej suszy, bardzo niska wilgotność i upał. Na dodatek było wyjątkowo wietrznie. Przy takich niesprzyjających warunkach zawsze padały zalecenia, żeby nie wracać samochodem bojowym na pusto do jednostki. Stare jelcze miały dużą pojemność, bo aż 6 tysięcy litrów wody, ale uzupełnianie nie trwa długo, wydajność pompy to jakieś 800 litrów na minutę. Parę minut i zbiornik jest pełny.

St. ogn. Dziedzioch wraca z Nędzy z dowódcą, st. asp. Andrzejem Kaczyną. Po drodze, zgodnie z zaleceniami, zahaczają o odlewnię metalu „Rafamet”, gdzie znajduje się pokaźny hydrant. Przy napełnianiu beczki widzą już duże kłęby dymu. Jest 13:50. Jeszcze na terenie „Rafametu” wywołuje ich przed radio dyspozytor straży. Mówi szybko i nerwowo, że w lesie się pali i żeby nie wracać do jednostki, tylko z napełnioną beczką jechać na miejsce.

Wiatr wzmaga ogień, który błyskawicznie przenosi się z miejsca na miejsce. Już zaczyna uciekać na wierzchołki. Z daleka, między kłębami dymu, widać ogniska zapalne – jakby ktoś zawiesił na drzewach setki latarenek.

Godzina 14:15. Pali się już na całej długości oddziału 109, wzdłuż toru kolejowego. Pożar rozprzestrzenia się zgodnie z kierunkiem wiatru, na północny wschód. Na drodze, między oddziałami 109 i 125, z ogniem walczą trzy zastępy (JRG Racibórz, czyli Jednostka Ratowniczo-Gaśnicza z Raciborza, OSP Rudy i Ruda Kozielska) pod dowództwem st. asp. Kaczyny. Co chwila dojeżdżają kolejne zastępy OSP z całego województwa.

Asp. sztab. Stefan Kaptur, emerytowany dowódca JRG, dzisiaj prezes Zarządu Oddziału Powiatowego ZOSP RP2 w Raciborzu, tak jak st. ogn. Dziedzioch był przy pożarze od początku.

– Żeby sobie uzmysłowić, jak to wszystko wyglądało: mieliśmy oddział lasu, około 400–500 metrów, potem biegła szeroka droga asfaltowa z Kuźni Raciborskiej do Kędzierzyna-Koźla, a zaraz obok były tory kolejowe. I to właśnie przy tych torach wszystko się zaczęło – opowiada nam asp. sztab. Kaptur, pokazując newralgiczne miejsca akcji sprzed lat.

– Pierwsza beczka poszła w trymiga. Od razu podjechał drugi samochód – GCBA3, też o pojemności sześciu tysięcy litrów wody. Przepięliśmy węże, a sami pojechaliśmy na uzupełnienie zbiornika. Jak wracaliśmy, to już zostaliśmy na tym asfalcie, bo pożar był zbyt blisko – dodaje st. ogn. Dziedzioch.

Od kolegów dostają sygnały, żeby nigdzie nie iść, bo druga strona lasu już w ogniu. Kilkaset metrów od asfaltu widziane były przerzuty. I że nie jest to zwykły pożar wierzchołkowy, odrywają się całe kępy sosen, wiatr niesie je daleko w głąb lasu. Wygląda to tak, jakby ktoś strzelał kulami ognia. Dla lasu, którego drzewostan stanowią głównie sosny i świerki (85%), to wyrok śmierci.

Asp. sztab. Kaptur:

– Gdyby nie było tych przerzutów, to by się na asfalcie skończyło, jak w klasycznej akcji, gdzie pożar idzie po trawie, ale dochodzi do asfaltu i tam się przygasza. Owszem, był taki moment, że pożar zbliżał się do drogi i poczuliśmy ulgę. Jakby kamień z serca spadł. Droga była na tyle szeroka, że wydawało się, że nie ma siły, żeby ogień się przez nią przedarł. Nawet z działek gasiliśmy, bo wydawało się, że to już naprawdę będzie koniec. I wtedy krzyk, że ogień „przeszedł” i jest już po drugiej stronie drogi. Palące się gałęzie wiatr przerzucał 200 metrów dalej. Wtedy dotarło do nas, że to nie będzie standardowy pożar. Że to będzie walka do upadłego.

Front ognia jest nie do opanowania. Brakuje wody, nie można dostać się do wozów. Zapada zmrok. Strażacy próbują zatrzymać żywioł, czyli, w ich żargonie, „złapać język” ognia.

Tyle że to już nic nie da.

Gdy ogień dociera do szerszej drogi, strażakom zdaje się, że sytuacja jest opanowana. Że górą nie przejdzie. Ale to nie jest zwykły pożar. Gaszenie z działek nie powstrzyma żywiołu.

Fot. Mirosław Noworyta / Agencja Gazeta

Suche jak wiór

W sierpniu 1992 roku przez kilka tygodni temperatura nie schodzi poniżej 30 stopni. Ściółka jest wyschnięta na wiór. Wszystko jest zresztą wyschnięte. Większość drzew w nadleśnictwie raciborskim ma kilkadziesiąt lat i jest w złym stanie – zniszczona emisjami z pobliskich zakładów, szkodnikami. Zanika tradycyjne runo leśne, drzewa porastają rośliny, jak to strażacy mówią, „łatwopalne”, czyli trawy, turzyce i paprocie. To dlatego pożary nękają raciborskie lasy cyklicznie. A to od upału torfowisko zapłonie samo, a to ogień zaprószą nieodpowiedzialni turyści. W rejonie zdarza się od kilku do kilkudziesięciu pożarów rocznie, w zależności od temperatur. Ostatnio największy pożar dotknął okoliczne lasy w maju 1989 roku, z dymem poszło wówczas 300 hektarów. Z ogniem walczyli ochotnicy i mieszkańcy, państwowej straży jeszcze wtedy nie było. Ta powstaje dopiero półtora miesiąca przed pożarem w Kuźni. 1 lipca 1992 roku wchodzi w życie ustawa, na mocy której do życia powołana zostaje PSP4. 26 sierpnia wciąż jest w fazie tworzenia. Raciborscy strażacy nadal jeżdżą na akcje w umundurowaniu moro przypisanym ochotnikom, bo nowych przydziałów jeszcze nie dostali. Te mundury były lekkie, nie blokowały ruchów, paradoksalnie to dzięki nim większości strażaków udało się przed ogniem uciec.

St. ogn. Dziedzioch:

– Przeżyłem dużo pożarów, bo w tamtych latach naprawdę wiele się jeździło, a pożar lasu to był prawie codziennie, ale na taką siłę zabrakło wszystkiego. Nawet nie wiem, jak to określić. W pewnym momencie pożar po prostu poszedł do góry i rozprzestrzeniał się równolegle do ustawionych jednostek. Tak szybko, że nie można się było ewakuować. Na pewno nie ze sprzętem i pojazdami.

A potem wiatr gwałtownie zmienia kierunek, powstaje ściana ognia, która odcina ich ze wszystkich stron, nawet od góry. Od nieba. Godzina 16:10. Sytuacja się pogarsza, zwłaszcza w rejonie zastępów na drodze między oddziałami 107–91. Pożar młodników zmusza do natychmiastowej ewakuacji, ale nie wszyscy zdążą przed żywiołem.

St. ogn. Dziedzioch:

– Trzeba było uciekać, nawet kosztem sprzętu. Nie wiem, ile ogień miał metrów, ale był ogromny. I huk. Temperatura była taka, że części silnika się topiły, tak samo jak łączniki z wężami.

Asp. sztab. Kaptur dodaje:

– W naszym aucie przód był zwęglony na popiół, tył za to został nienaruszony – tylko dlatego, że był mocno zroszony z działka.

Mjr Jacek Dziewit, wówczas dowódca akcji ratowniczej, mówił w materiale Szymury:

W lewo od szosy Kędzierzyn–Gliwice mamy najbardziej wysunięty jęzor pożaru. Czoło pożaru pędzi w kierunku Rudzińca. Strażacy robili wszystko, aby nie poszedł z powrotem na Korzonek. Trwa zraszanie szerokiego na 20–30 metrów pasa, aby ogień po zmoczonym pasie nie poszedł dalej. Póki co wciąż posuwa się do przodu.

A ogień szaleje, targany wiatrem raz w jedną, raz w drugą stronę. Jakby zniewoliły go jakieś złe moce. Nie dopuszcza do siebie nikogo, trawi do cna drzewa, trawy, paprocie.

Widok z lotu ptaka na akcję strażaków. W głębi lasu drogi okażą się tak ciasne, że wozy bojowe nie będą mogły nawet zawrócić.

Nadleśnictwo Rudy Raciborskie

St. ogn. Dziedzioch:

– Kilka razy w życiu gasiłem pożar wierzchołkowy. Zawsze paliło się naturalnie, w górę lub w dół. A wtedy powietrze się w ogień zmieniło. Nie było widać ani początku, ani końca. Nie było żadnego punktu odniesienia.

Bryg. Andrzej Charuk, naczelnik Wydziału Operacyjnego Komendy Powiatowej PSP w Raciborzu, w 1992 roku miał za sobą pięć lat służby. Do pożaru jechał z kolegami zwykłym żukiem, zabrakło czasu na zmianę wozu na bojowy. Nie pamięta już dziś, która to była godzina. Chyba 17, chociaż szarówka od tego ognia panowała jak o 21. A dym taki, że ledwo co na oczy widzieli. I właśnie jakoś tak o tej 17 po południu wszystkim wydaje się, że już jest spokojnie. Że pożar zaraz zostanie opanowany, bo z obu stron jakby przestało się palić. I dosłownie chwilę później z wieży przychodzi informacja, że pali się 150 metrów za torami. Że górą poszło, przez szyszki.

– Musimy pamiętać, że teraz mamy piękne drogi w lasach, wręcz autostrady. Kiedyś było tak wąsko, że auto dosłownie ocierało się o drzewa – wspomina bryg. Charuk, spacerując 25 lat później wśród miejscami wciąż pustych połaci lasu. – Ani samochód nie mógł swobodnie się dostać, ani człowiek za bardzo nie miał którędy uciekać.

Widoczność na 10–20 metrów. Łzy lecą, w gardle dusi. Wszyscy powinni pracować w aparatach, ale praktycznie ich nie ma, góra cztery na każdym wozie. Nie ma szans, żeby dla wszystkich starczyło. Poza tym aparaty powietrzne wytrzymywały najwyżej 30–40 minut. Potrzebne byłyby aparaty tlenowe, takie jak mają górnicy, wytrzymujące nawet do czterech godzin, ale zawsze wychodziło się z założenia, że przecież strażakom niepotrzebne, bo oni „działają krótko”.

St. ogn. Dziedzioch:

– Sytuacja była niemal beznadziejna, zapadła decyzja o samoratowaniu, zaczęliśmy polewać i siebie, i samochód. Chciałem się z węża polewać, ale powietrze było już tak nagrzane, że aż oddech parzył. Już wtedy nie widziałem dowódcy. Pomyślałem, że pewnie schował się w samochodzie. Na tamtą chwilę to było logiczne, bo nigdzie indziej schować się nie dało. Ogień miał sobie przejść. Nikt nie wiedział, że aż taka temperatura będzie. Pamiętam, że chciałem jeszcze samochód zgasić, żeby nie był na chodzie. Ale jak otworzyłem drzwi kabiny, to miałem wrażenie, jakbym już w tym ogniu stał. Dowódcy nie widziałem. Zacząłem biec w kierunku przeciwnym do ognia. Tyle że on zmienił kierunek. Jak się zatrzymałem w ogromnej paproci, to dotarło do mnie, że teraz to już koniec, że nie mam gdzie uciekać. Na krawędzi ognia widziałem młodnik, po lewej i prawej stary las. Tam powinno się uciekać, bo tam drzewa są bardzo wysokie. W starym lesie są szanse na przetrwanie. Niektórzy, jak i ja, w tym dymie pobiegli w kierunku młodnika. I to niestety był błąd. Bo młodnik pali się ekspresem. W młodniku nikt nie ma szans. Ale było zadymienie, był stres, wszyscy byli zdenerwowani.

Kilkadziesiąt metrów od st. ogn. Dziedziocha w kierunku młodnika biegnie dh Malinowski. Sam st. ogn. Dziedzioch przeczekuje najgorsze w koleinie, a potem starym lasem próbuje wrócić pod palące się wozy. Szuka dowódcy, miota się w kółko między drzewami, ale ogień z nim igra. A to zaczyna zawracać, a to znowu zbliża się do niego. Zmienia front, jakby specjalnie chciał wrócić do tych samochodów. Do niego. Dopiero po przejściu gigantycznej ściany ognia oczom strażaków po drugiej stronie drogi ukazują się wraki czterech wypalonych do cna wozów. Najbardziej wysunięte i narażone na ogień było auto z OSP Sławięcice. To tam, w oparach dymu, Zygmunt Sitko z „Kotlarni” znajdzie ciało trzydziestoośmioletniego st. asp. Kaczyny.

„Znalazłem pierwszego człowieka spalonego, przy samochodzie w środku lasu. Ogień poszedł górą. Wszyscy się wycofywali, ale on nie zdążył. Wskoczył do samochodu, najprawdopodobniej rozerwało zbiornik. Są duże przerzuty ognia górą. Zamknięto wszystkie drogi” – powie w materiale Szymury. A potem w młodniku strażacy natrafią na ciało trzydziestotrzyletniego dh. Andrzeja Malinowskiego. Tego, który jak st. ogn. Dziedzioch skręcił do młodnika. Gdy go znajdują, leży na brzuchu, pod spodem ma kawałki munduru w moro, a całe plecy spalone. Prawdopodobnie upadł i już nie zdążył wstać.

Krajobraz księżycowy – kłęby dymu, wypalone wraki wozów bojowych i kikuty drzew po przejściu ściany ognia. W jednym z aut odkryte zostają zwłoki st. asp. Andrzeja Kaczyny.

Fot. Mirosław Noworyta / Agencja Gazeta

W tym czasie całe pogorzelisko spowija gęsty, duszący dym. Od tego dymu pożar w Kuźni się zaczął. I na dymie się skończy. Do dzisiaj, gdy raciborscy strażacy poczują zapach palonych liści, przechodzi ich dreszcz.

Bryg. Charuk:

– Tam ciągle było ciemno od dymu, a niby cały czas byliśmy na powietrzu. Nie można było odetchnąć, nie wiadomo było, czy to dzień, czy noc. Nikt nie myślał o tym, że wdychamy dym, czyli to, co najgorsze – produkty spalania.

St. ogn, Dziedzioch:

– Kilka godzin później już w aparatach próbowaliśmy wejść na to pogorzelisko. Dym, taka temperatura, że się nie dało. Widzieliśmy nasze samochody, ale jeszcze nie mogliśmy tam dojść. Przez buty dosłownie paliło w nogi. Temperatura wynosiła co najmniej 800 stopni. Jak w piecu. Biegli robili potem próby, jaka w szczytowym momencie mogła być temperatura, że stopiły się części metalowe. I jak nic wyszło im 1000 stopni.

Jeżdżące trupy

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 H. Szymura, Kuźnia Raciborska, 26.08.1992, reportaż nagrany przez firmę Videopol dla telewizji kablowej Vector w Kędzierzynie-Koźlu, wyemitowany w programie „Echa Miasta” 1.09.1992. Obecnie (na dzień 23.08.2018) do obejrzenia we fragmentach lub w całości na stronie OSP Leśnica na Facebooku, https://www.facebook.com/OspLesnica/videos/zapraszamy-do-obejrzenia-reporta%C5%BCu-henryka-szymura-z-po%C5%BCaru-lasu-w-ku%C5%BAni-racibor/1598799620194300/.

2 ZOSP RP – Związek Ochotniczych Straży Pożarnych Rzeczpospolitej Polskiej.

3 GCBA – gaśniczy ciężki wóz bojowy z autopompą.

4 PSP – Państwowa Straż Pożarna.

CZĘŚĆ II

W WODZIE

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ III

POD GRUZAMI

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ IV

NA TRASIE

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ V

W ŚWIAT

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

SŁOWNIK TERMINÓW POŻARNICZYCH

Dostępne w wersji pełnej

WYBRANA BIBLIOGRAFIA

Dostępne w wersji pełnej

Projekt okładki

Filip Kuźniarz

Fotografia okładki

Tomasz Fijołek http://www.tomaszfijolek.pl/

Opieka redakcyjna

Krzysztof Chaba

Adiustacja

Martyna Tondera-Łepkowska

Korekta

Marta Hamera

Irena Gubernat

Wybór ilustracji

Edyta Łęcka

Krzysztof Chaba

Copyright © by Joanna Pasztelańska i Rafał Pasztelański

© Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2018

ISBN 978-83-240-5464-0

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Karol Ossowski

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Strażacy Policjanci Bajki dla dzieci gangsterów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze