Powrót z Północy

Powrót z Północy

Autorzy: Maja Wolny

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.99 zł

Współczesność. Z moskiewskiego dworca odjeżdża spóźniony pociąg. Transsyberyjska przygoda przebiega początkowo pogodnej atmosferze, jednak kiedy wagony pustoszeją, komórki tracą zasięg, a pociąg wydaje się zbaczać z wyznaczonej trasy, Olgę Forys i jej znajomych ogarnia niepokój. Następujące później wydarzenia na zawsze odmienią życie piątki bohaterów.

W przededniu pierwszej wojny światowej podróż w tym samym kierunku odbywa zdolny inżynier, Michał Forys z warszawskiej firmy Rudzki i S-ka. Pod jego nadzorem ma stanąć na rzece Amur jeden z najdłuższych mostów świata. Dla uwikłanego w skomplikowane związki uczuciowe oraz mroczna sprawy z przeszłości Michała wyjazd na Syberię może stać się zarówno życiową szansą, jak i przekleństwem.

Powrót z Północy to fascynująca wędrówka po odrealnionych syberyjskich osadach, w których spotykamy młodego Stalina, Rasputina, a także Nicefora – XVII –wiecznego watażkę tworzącego nowe państwo. W tej pełnej gęstniejącego napięcia powieści rzeczywistość miesza się ze snem, przeszłość z teraźniejszością, a historia ze zmyśleniem.

„Bardzo chciałam napisać powieść o drodze i śmierci. Syberia jest jednym i drugim”.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

część I

Stacja pierwsza

Warszawa, 3 lutego 1913

Stacja druga

Rękopis Adama

Warszawa, 10 lutego 1913

Stacja trzecia

Warszawa – Terespol, 1 marca 1913

Rękopis Adama

Stacja czwarta

Terespol – Smoleńsk, 2 marca 1913

Rękopis Adama

Stacja piąta

Smoleńsk – Moskwa, 2 marca 1913

Leo, 7 marca 1913

Stacja ostatnia

Rękopis Adama

Józef

Leo, 8 marca 1913

Kilometr zero

Chabarowsk, 14 marca 1913

Leo, 21 marca 1913

Poranek, kilometr pierwszy

Rękopis Adama

Józef

Chabarowsk, wiosna 1913

Nicefor, roku pańskiego 1631

część II

Powrót, kilometr drugi

Józef

Nicefor, czerwiec roku pańskiego 1632

Powrót, noc

Rękopis Adama

Chabarowsk, 2 kwietnia 1913

Powrót, kilometr pięćdziesiąty

Nicefor, Ust’-Kut, 1645–1650

Powrót, kilometr pięćdziesiąty piąty

Rękopis Adama

Józef

Leo, 15 kwietnia 1913

Nicefor, Ust’-Kut, roku pańskiego 1660

Powrót, kilometr sześćdziesiąty

List Józefa

Chabarowsk, 7 maja 1913

Powrót, kilometr dziewięćdziesiąty

Nicefor, Kireńsk, 1665

Chabarowsk, 8–9 maja 1913

Powrót, kilometr dziewięćdziesiąty drugi

Leo, Chabarowsk, czerwiec 1913

Nicefor, lato 1665

część III

Big car

Chabarowsk, jesień 1913

Józef

Powrót, noc

Nicefor, od 1672 aż do końca

Chabarowsk – Irkuck, 3 listopada 1913

Powrót, dzień ostatni

Posłowie

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Redakcja językowa: Mirosław Grabowski

Projekt okładki: Magdalena Kuc

Zdjęcia na okładce © Matthew Watkins / Getty Images

Korekta: Beata Wójcik

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Text Copyright © By Maja Wolny, 2018

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-899-3

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Czas nasz jak cień przemija,

śmierć nasza nie zna odwrotu:

pieczęć przyłożono i nikt nie powraca.

Mdr 2, 5

Są pociągi, które się nigdy nie spotykają.

Są takie, co giną w drodze.

Blaise Cendrars,

Proza transsyberyjskiej kolei i małej Żanny z Francji,

przeł. Adam Ważyk

część I

Stacja pierwsza

Jeszcze tu jestem, ale zaraz mnie tu nie będzie. Siedzę ciężka, nieruchoma, wklejona w ławkę, jednak moje myśli już pędzą, wyprzedzając przestraszone ciało, przywleczone w to miejsce z pustego mieszkania, w którym została tylko samotność. Zaczeka na mnie dokładnie tam, gdzie ją zostawiłam: w sypialni, w pustych szafach i przy zbyt dużym stole, ale na razie jestem tutaj, w gwarnym otoczeniu obcych. Spoglądam na swoje odbicie w zakurzonej szybie nieczynnej kasy biletowej i myślę, że niedługo będę już kimś innym.

Czuję na plecach przeciąg, przenikliwe zimno przyniesione przez oszronione północne pociągi, i zapinam szczelniej kurtkę. Spoglądam na tablicę świetlną z godzinami odjazdów. To, co – jak sądzę – jest rubryką opóźnień, migocze, wskazując trzydzieści minut. Przed chwilą świeciła się tam dwudziestka. Oczekujący w hali pasażerowie, jak można wnioskować z ich min, już dawno przywykli do niepunktualności swoich pociągów. A może po prostu lepiej od innych potrafią ukryć rozczarowanie: ich oczy, wpatrzone w odległy cel, w oblepioną brudnym nalotem wieczność, nie mrugają ze zniecierpliwieniem właściwym nowicjuszom. Chcę być taka jak oni: zaplatam więc dłonie w bezpieczny koszyczek, ziewam, uchylając lekko usta, jak człowiek pogodzony ze swoim losem. Może mogłabym się teraz z nimi porozumieć. W ich śpiewnym języku z długimi, rozlewającymi się po gardle samogłoskami. Usiłuję sobie przypomnieć ukryte głęboko w szkolnych wspomnieniach zwroty grzecznościowe, ale zamiast przydatnych w podróży słów przychodzi mi do głowy tylko dziecinna piosenka z popularnej kiedyś kreskówki. Nie dowiem się niczego więcej o opóźnieniu pociągu, choć pewnie niewiele jest tu do opowiadania. Dla pasażerów takich jak ja, na których ani po jednej, ani po drugiej stronie torów, tysiące kilometrów stąd, nikt nie czeka, opóźnienie nie ma większego znaczenia.

Może jednak trzeba w tłumie znaleźć kogoś, kto będzie tu mniej obcy, bardziej zżyty z tym miejscem i panującymi zwyczajami, a jednocześnie podobny do mnie. Szukam trzydziestolatek z wypielęgnowanymi dłońmi i w ubraniu w stonowanych kolorach, ale nikogo takiego nie znajduję. Tuż obok mnie siedzi starszy mężczyzna w czapce i grubej kurtce z kołnierzem wcinającym się w pulchny podbródek. Ściska postawioną na kolanach sportową torbę, z której dobywa się zapach kiełbasy. Przełykam łakomie ślinę. Dochodzi dwudziesta pierwsza, na dworzec zaczynają się schodzić pijaczkowie i włóczędzy. Siedzenia najbliżej wyjścia na perony są okupowane przez objuczone babuszki w kolorowych chustkach, baśniowe Baby-Jagi na szeroko rozstawionych mocnych nogach. Trochę dalej rozpychają się krzykliwe nastolatki, zerkając ukradkiem na grupę wyrostków w identycznych dresach, członków jakiejś drużyny sportowej. W samym kącie pod nieczynnymi kasami ktoś odgradza się od reszty podróżnych ścianką z kilku plecaków. Ja jednak siedzę z drugiej strony i dobrze go widzę. Jest modnie ostrzyżony, głowę opasują mu żółte słuchawki. Ma na sobie obcisłe czarne spodnie i wysłużoną skórzaną kurtkę. Nasze oczy na chwilę się spotykają i posyłam mu ostrożny uśmiech. Chłopak spuszcza wzrok i zagłębia się w bezpiecznej gąbce słuchawek.

Nagle dociera do mnie kilka słów w moim języku i na chwilę wrażenie obcości ustępuje. Odwracam się. Widzę dwóch mężczyzn mniej więcej w moim wieku. Jeden z nich jest niski, krępy, ma jasne krótkie włosy i błękitne oczy. Drugi, wysoki brunet, wydaje się jego przeciwieństwem. Sprawdzają coś na mapie i pokazują sobie tablicę z rozkładem jazdy pociągów. Zbieram się na odwagę i postanawiam, że do nich podejdę. Może odpowiedzą na moje powitanie, poczęstują papierosem, a ja zobaczę w ich źrenicach swoje odbicie, które potwierdzi, że wszystko jest nadal pod kontrolą.

Wstaję i ruszam w ich stronę chwiejnym krokiem. Znajomy ucisk w skroniach się nasila. Nie mogę ryzykować, więc zawracam na swoje krzesło, połączone z resztą siedzeń stalową szyną, tak by nie można ich było przesunąć. Sąsiad zdążył już na nim postawić swoją woniejącą kiełbasą torbę i teraz, niezadowolony, zabiera ją z powrotem na kolana. Jestem blisko, za chwilę mogłabym opaść na siedzenie, poszukać szklanej buteleczki, którą zawsze mam przy sobie. Mówiący po polsku mężczyźni znikają z pola widzenia. Słyszę niepokojący szum, jeszcze mam nadzieję, że to tylko jakieś owady albo dźwięk z głośnika. Wyciągam rękę w kierunku dworcowego krzesła, lecz ona trafia w próżnię i wpadam do tej samej co zawsze studni, z której potem trzeba mnie długo wyciągać, cucić klepaniem po policzkach i potokiem niezrozumiałych słów. Szum owadów nie znika, pulsujące fale próbują rozsadzić mi czaszkę. Kręcę głową na znak protestu. Opadam niżej, jestem pod podłogą, pod torami, pod wiecznym śniegiem i zmarzliną, robi się cieplej, chyba dobijam do wnętrza ziemi. Światło. Ogień. Widzę nad sobą nieznajomą twarz, wysokie, zmarszczone czoło i grube brwi. Słyszę język, który nie jest mi obcy, ale na razie nie potrafię nic powiedzieć. Po chwili robi się cicho i wracam na powierzchnię. Tak jak zawsze po wyjściu ze studni, bardzo się wstydzę i jestem wdzięczna temu, czyją twarz zobaczę jako pierwszą. Jeszcze tu jestem, ale zaraz mnie tu nie będzie.

Olga Forys powoli dochodzi do siebie, a pochylający się nad nią mężczyzna zwraca uwagę na jej szczupłe nadgarstki i małe, zgrabne stopy. Nie widzi dokładnie piersi kobiety, bo zakrywa je zbyt luźna bluza, ale on wyobraża sobie, że są duże i kształtne. Kładzie jej pod głowę własną kurtkę, zdjętą z pleców bohaterskim gestem, czym wzbudza zainteresowanie siedzącego obok, śmierdzącego czosnkiem i pozornie niewzruszonego mężczyzny. Kilku sportowców w dresach klubowych podrywa się do pomocy, ale nieznajomy gasi ich entuzjazm wzniesionym kciukiem, wysyła sygnał, że jest w porządku. Nie zauważa natomiast innych gapiów: młodzika ze słuchawkami na uszach, dwóch nastolatek i umundurowanej kobiety rozmawiającej przez krótkofalówkę. Wszyscy oni obserwują scenę omdlenia, jakby właśnie odeszli od telewizorów i na chwilę mogli sami odegrać rolę statystów w nowo powstającym serialu.

Oczy Olgi otwierają się powoli. Nie ma w nich jeszcze niczego poza zmęczeniem, wraca z daleka, nie bardzo wiedząc, w który moment linii czasu trafia i z kim przyjdzie jej dzielić kolejną minutę życia. Próbuje coś powiedzieć, ale mężczyzna nie bardzo rozumie: tego języka nie zna. Zwraca się więc do niej po angielsku, chce swoim głosem wywabić ją stamtąd, gdzie była, nie mogą teraz stracić kontaktu. Ktoś z gapiów, niski blondyn o pogodnym spojrzeniu, wręcza wybawcy butelkę wody, którą on przykłada najpierw do policzków kobiety, a gdy widzi, że nie są one już takie białe jak przed chwilą, przesuwa ją niezdarnie w kierunku jej pełnych, wciąż bladych ust. Olga podnosi się na łokciach, upija łyk, a następnie zaciska oczy, jakby chciała zniknąć.

– Boli? – pyta mężczyzna, a ona kręci głową.

Po chwili udaje jej się wstać. Wspiera się na jego ramieniu i zaczyna bardzo szybko mówić wyuczoną angielszczyzną.

Prostuje się, jest jeszcze słaba, ale wie, że sobie poradzi. Uśmiecha się do mężczyzny z mocno zarysowanymi brwiami. Dowiaduje się, że będą jechać w tym samym kierunku. Opóźnienie pociągu wzrosło już do czterdziestu minut. Olga chce powiedzieć coś zabawnego albo interesującego, ale w obcym języku, którego w pracy używa wyłącznie w ramach narzuconego słownika umów i kontraktów, nie przychodzi jej nic do głowy. Na szczęście mężczyzna przejmuje inicjatywę, mówi parę słów o sobie i tak Olga dowiaduje się, że istnieje takie imię jak Dirk oraz takie miasto jak Gent. Dopiero potem przychodzi jej na myśl, że zna je pod nazwą Gandawa. Kiedy była jeszcze z Janem, myślała o wakacyjnym wyjeździe do Beneluksu. Spędziliby dzień lub dwa w Amsterdamie, potem Brugia, Bruksela i na koniec ten malutki Luksemburg, którego w ogóle nie mogła sobie wyobrazić. Wsiedliby do samochodu wieczorem, jechali całą noc, zatrzymując się tylko na stacjach benzynowych, żeby wypić kawę. On otulałby ją kocem i namawiał na sen, tak jak w drodze nad Bałtyk. Sam nie zmrużyłby oka.

Dirk reaguje zdziwieniem na wyznanie, że Olga nigdy nie była w Europie Zachodniej. Szybko oblicza i porównuje: kobieta ma koło trzydziestu lat, on w jej wieku zwiedził obie Ameryki i Australię, nie mówiąc o Europie. Z Afryką jego organizacja też utrzymywała kontakty, ale dopiero w ostatnich latach zaczął tam bywać regularnie. Może powiedzieć, że Europa Wschodnia i Azja to tereny, których nie zna. W tym mieście jest pierwszy raz. Nigdy nie jechał pociągiem dłużej niż trzy godziny.

Olga nie potrafi pozbyć się niewygodnej jak kiepskie buty myśli, że siląc się na słowa w obcym języku, staje się kimś innym: gorszym, mniej wyrobionym i raczej nudnym. Jej angielszczyzna skrzypi nienaoliwiona, zacina się, odmawia posłuszeństwa. Olga szuka gorączkowo tematu, którym mogłaby udowodnić nowo poznanemu mężczyźnie, że jest w niej coś godnego uwagi, ale nic nie przychodzi jej do głowy. Jej stanowisko, choć wysokie i dobrze płatne, trudno opisać w kilku słowach. Nie ma sensu opowiadać o tym, jak po ukończonych z wyróżnieniem studiach filozoficznych zrezygnowała, wbrew woli Jana, z asystentury na Uniwersytecie Warszawskim i zdecydowała się na egzystencję z dala od świata idei na rzecz wiedzy pozornej i bankowej praksis. Nie potrafi przełamać ciszy.

Dirk z Gandawy znowu przychodzi jej z pomocą i pyta troskliwie o omdlenia. Ona waha się, nie wie, co odpowiedzieć. Siląc się na beztroskę, mówi, że to jej się czasem zdarza.

– Nigdy w życiu nie zemdlałem – mówi zaciekawiony. – Czy film urywa się zupełnie, czy człowiek coś wtedy widzi albo czuje?

– Nie, nic się nie czuje – kłamie Olga.

Potem rozmawiają o podróży. Dirk pokazuje jej kolorowy przewodnik i wydruki z popularnych blogów podróżniczych. Olga mówi, że trzeba uważać na zegary, bo godzina odjazdu pociągu podawana jest zawsze w czasie moskiewskim, a nie lokalnym, te różnice zaś wynoszą kilka godzin. Dirk zaczyna się trochę niepokoić. Pyta ją, czy zna rosyjski. Olga myśli o dziecinnej piosence, przypomina jej się jeszcze słowo spasibo i szkolne pytanie czto eto? Odpowiada Dirkowi, że dużo rozumie, bo to język słowiański, ale mówić jest jej bardzo trudno. Starsi od niej uczyli się rosyjskiego przymusowo aż do matury, a ona tylko w podstawówce.

Nagle przez megafon rozlega się komunikat, który sprawia, że babuszki, sportowcy i dziewczęta podrywają się z miejsc i ruszają w kierunku peronu. Olga jeszcze raz dziękuje Dirkowi, mówi, że pewnie się spotkają w wagonie restauracyjnym. On uśmiecha się chłodno i idzie spokojnie za tłumem, przyjąwszy do wiadomości, że teraz każdy musi troszczyć się o siebie. Kiedy Olga stoi na peronie, czekając na kontrolę biletu, zauważa, że chłopak ze słuchawkami na uszach rozmawia z dwoma Polakami, których widziała na dworcu. Wchodzą do tego samego wagonu, do którego przed chwilą wsiadł Dirk. Olga wykupiła pierwszą klasę, musi przejść do innego sektora, tuż za restauracyjnym. Ma do dyspozycji cały dwuosobowy przedział, może się zamknąć od środka. Nie zniosłaby przez tyle dni obecności kogoś przypadkowego, nie zasnęłaby z obcym człowiekiem w jednym pomieszczeniu.

Przedział ma niewiele więcej niż dwa metry na półtora. Na leżankach rozłożono białą, szpitalną pościel. Przy oknie znajduje się stolik, którego jedyną, wątpliwą ozdobą jest plastikowy wazonik ze sztucznym kwiatkiem. Olga rzuca plecak na podłogę, zdejmuje buty i urządza się w tym malutkim pokoiku. Za szybą pomału znika wyludniony peron, rozlane światło lamp odprowadza wagony w ciemność.

Warszawa, 3 lutego 1913

Każdego ranka, nawet kiedy pogoda była taka okropna jak dzisiaj, Michał Forys z uśmiechem opuszczał swoje warszawskie mieszkanie w kamienicy przy Poznańskiej. Myślał o tym, jakim wielkim jest szczęściarzem. Eleganckie, wypolerowane lastriko schodów prowadzących do wyjścia przypominało mu o morderczej pracy ojca w zakładzie kamieniarskim. Niewiele brakowało, a poszedłby w jego ślady i nadal klepał biedę, jak większość kolegów z sąsiedztwa. Jego dłonie pokryłyby się ciemną powłoką ochronną, z palca wskazującego zszedłby paznokieć. Nie nosiłby nigdy tak eleganckich prążkowanych spodni, służąca nie krochmaliłaby mu koszul, a żona… No właśnie, jaką on by wtedy znalazł sobie kobietę? W najlepszym razie jakąś półsierotę, która pragnie uciec z domu od ojca pijaka. Pomyślał z dumą o Emilii, jej białych ramionach i nienagannych manierach. O tym, jak rozkosznie przekrzywia głowę, słuchając jego opowieści o pracy w firmie K. Rudzki i S-ka. Jest z niego dumna, tego Michał był pewien. W oczach ukochanej wydawał się sobie kimś lepszym, silniejszym, zdolnym do wielkich czynów. Emilia była córką profesora geografii, pana Jerzego Wolicza, którego Michał lubił i szanował. Kiedy od czasu do czasu, popalając fajkę, siadywali razem przy kieliszku nalewki, wyglądali jak ojciec i syn. Tak przynajmniej twierdziła Emilia. Odkąd na świat przyszedł Ludwiczek, życie Michała stało się jeszcze piękniejsze. Chłopiec miał już trzy latka, a on codziennie o świcie, zanim wyszedł do pracy, zaglądał do jego pokoiku i całował nadęte snem policzki, gładził krótkie miedziane loczki, poprawiał pachnącą mlekiem kołderkę. A potem żegnał się z Emilią i opuszczał swoje widne, przestronne, utrzymywane w nienagannej czystości warszawskie mieszkanko.

Było jeszcze mieszkanie łódzkie, znacznie mniejsze i gorzej urządzone. Tam Michał zaglądał dwa razy w miesiącu. Przynosił trochę pieniędzy, pudełko z drobnym upominkiem, czasami kwiaty. Nigdy nie zostawał na noc, choć oczy żegnającej go kobiety zawsze wyrażały tę samą prośbę. Jeszcze w drzwiach Leokadia bezwstydnie odkrywała białe piersi, kusiła go, szeptała pod nosem słowa pachnące wypitym wspólnie koniakiem. On starał się nie patrzeć na jej spracowane, brzydkie dłonie ze skórą popękaną od zimnej wody, mydła i płynów fizjologicznych. Już wiele razy mu obiecywała, że nie wróci do pracy. Przynosił jej trochę więcej pieniędzy, ale wiedział, że kobieta kłamie, że wciąż to robi. Michał właściwie ją rozumiał: praca to godność, której on, ze swoimi rzadkimi odwiedzinami, zapewnić jej nie może. Ona była znaną w całej Łodzi położną. Kobiety posyłały po nią z najodleglejszych zakątków miasta i były jej wdzięczne.

Michał nigdy nie mówił do niej „Leokadio”, nazywał ją Leo. Leo, lwica, jego kurewka o ciepłym sercu. Wypowiadając szeptem słowo „kurewka”, czuł ciepłą falę podniecenia. Mrowienie w podbrzuszu i suchość w ustach. Leo była jego małą tajemnicą, słodką i pieprzną. Kiedy rodził się Ludwik, a Emilia krzyczała niskim, obcym głosem, on myślał o ciemnych oczach Leo, w których odnajdywał spokój i pogodzenie się z losem. Nigdy nie pokazał kochance fotografii syna, choć go o to prosiła. Leo nie mogła mieć dzieci i może dlatego kochała je wszystkie, była niewidzialną matką wszystkich narodzonych i nienarodzonych w Łodzi, w Warszawie, w całym Królestwie, w całej – tak jak jej macierzyństwo – nieistniejącej Rzeczpospolitej.

W zeszłym tygodniu Michał był w Łodzi służbowo przez trzy dni, ale tego Leo nie powiedział. Oczywiście odwiedził ją we wtorek, bardzo się ucieszyła i jak zwykle zatrzymywała go na noc, lecz on, jak to on, się wymigał, mówiąc, że musi zdążyć na pociąg. Zamiast tego pognał do hotelu i tak boleśnie tęsknił za rodziną, że aż musiał się porządnie napić, bo miłość, żal i poczucie winy gryzły go, swędziały pod poluzowanym kołnierzykiem i nie dawały spokoju. Tłumaczył sobie, że jego najbliżsi są zdrowi i bezpieczni. Znał na pamięć domowy rozkład dnia, wiedział, że Emilia o dziesiątej zabiera synka na przedpołudniowy spacer na skwerek, a potem dziecko śpi aż do obiadu, gotowanego od rana przez służącą Celinę. Po posiłku Emilia odpoczywała w salonie, czytała i bawiła się z małym przy fortepianie. Na podwieczorek we wtorki i czwartki przychodzili krewni lub zaprzyjaźnione damy z dziećmi. Celina piekła wtedy przepyszne babeczki z wiśniami, które wybornie smakowały z indyjską herbatą. Pijało się ją w biało-złotej porcelanie należącej kiedyś do przodków Emilii. Kiedy Michał Forys zaciskał palce na misternie rzeźbionym uszku kruchej jak muszla filiżanki, mimowolnie myślał o swoich zbyt dużych dłoniach, nieproszonych plebejuszach dotykających mlecznego ciała Emilii. Chciał być dla niej podwójnie delikatny, żeby wynagrodzić jej wszelkie niedoskonałości, które ona, wychodząc za niego, zaakceptowała. Specjalnie dla niej nauczył się czułości, nie musiała szukać wzruszeń w łzawych powieściach, tak chętnie czytanych przez niekochane kobiety. Jego żona to wszystko doceniała. Czasami w uniesieniu mówiła mu do ucha takie rzeczy, że aż płonął ze szczęścia i pragnął jej z całych sił, więc przygryzał język, żeby jej w siebie nie wessać, nie zgnieść jak dojrzałej brzoskwini. Gładził jej policzek drżącą ręką, szeptał słowa o najpiękniejszej istocie na świecie, o aniele, którego nie jest godzien. Wtulał rozpaloną głowę w jej otulone cieniutką koszulą piersi, przez chłód białego materiału czuł jej twarde sutki. Szumiało mu w uszach, był jednym wielkim pożądaniem, wilkiem w skórze baranka, ujarzmianym matczyną dłonią Emilii.

Doskonale wiedział, że nie mógłby bez niej żyć. Ale z wycieczek do Łodzi też nie chciał rezygnować. Kiedy wychodził od Leo, natychmiast myślał o Emilii i cieszył się, że może mieć je obie, te tak różne istoty, połączone ze sobą jego smakiem, jego śliną i oddechem. Bez Leo mógł wytrzymać najwyżej kilka tygodni. Tak było na przykład w okresie świąt i Nowego Roku – nie widział kochanki aż dwadzieścia dwa dni. Pod koniec rozłąki myślał już tylko o niej i nawet trochę unikał Emilii, bo go irytowała. Ale gdy tuż po święcie Trzech Króli musiał pojechać aż do Poznania i po raz pierwszy rozstał się z żoną i synem na dłużej, cierpiał tak bardzo, że postanowił już nigdy tego nie robić. Nie przyznałby się do tej myśli innym inżynierom u Rudzkiego, żądnym sukcesu i rubli, którzy – jak już nieraz się przekonał podczas rozmów w kantynie – mieli w nosie sentymenty.

Jeszcze kilka lat temu Michał Forys nie bał się niczego. Ani biedy, ani bólu, ani morderczej pracy. Zaznał tego wszystkiego już w dzieciństwie i wczesnej młodości: o dziewiątej wieczorem rzucał się na posłanie w kuchni, zasypiał niemal natychmiast i nigdy nic mu się nie śniło. Zmiana nastąpiła w czerwcu tysiąc dziewięćset piątego. Siedział z kolegami z Organizacji Bojowej w spelunie na Szmulkach. Mieli omówić szczegóły kolejnej akcji, ale ponieważ ostrzeżono ich, że w lokalu znajdują się agenci Ochrany, poprzestali na zwykłej popijawie. Było już po dziesiątej wieczorem, kiedy do stolika Michała dosiadł się blady, wysoki chłopak. Jak się okazało, był jego imiennikiem, na dodatek urodzonym tego samego roku, lecz w zubożałej rodzinie ziemiańskiej. Paniczyk właśnie ukończył Szkołę Realną, w skórzanej torbie wiózł attestat z dość przeciętnymi ocenami. Dokument ten miał się stać początkiem nowego, ale już na starcie znienawidzonego przez chłopaka życia. Był sierotą, wychowywała go stara ciotka, która w karierze oficerskiej upatrywała dla niego jedynej chroniącej przed całkowitą degradacją drogi.

– Nie zniosę służby w wojsku! Ja w ogóle nie jestem żadnym patriotą! O nic walczyć nie chcę. Muszę tworzyć, malować – zawodził gimnazjalista. – Wolę umrzeć, niż trafić do koszar.

Michał dolewał mu wódki, wsłuchiwał się w jego bełkot i nabierał przekonania, że wyzwolenie małego dezertera od cierpień może stać się początkiem ekscytującej przyszłości.

Cztery lata po spotkaniu z nieszczęśliwym gimnazjalistą, Michał był już mężczyzną, który zerwał wszelkie więzi ze swoim dawnym życiem. Po trudnym, ale bardzo pouczającym pobycie w Petersburgu wrócił do Warszawy i dowiedział się o nowych miejscach pracy w firmie Rudzki i S-ka. Poszukiwano młodych z zainteresowaniami technicznymi, pragnących się uczyć i niestroniących od ciężkiej pracy. Jaki ten dzień wydaje się dziś odległy! Teraz Michał jest już częścią przedsiębiorstwa Rudzkiego, piastuje ważne stanowisko, cieszy się zaufaniem kierownictwa i piękną pensją, dzięki której odbił się od dna, trafił na salony, spotkał Emilię…

Do pracy dojeżdżał tramwajem, a potem Koleją Nadwiślańską. Wybrał kamienicę na Poznańskiej nie tylko dlatego, że mieszkało tam wielu warszawskich inżynierów, ale także z tego względu, że ta dogodna lokalizacja zapewniała mu dobre połączenie z Nowomińskiem, gdzie mieściła się siedziba spółki. Emilia cieszyła się, że może samodzielnie urządzić mieszkanie, on zaś postanowił do niczego się nie wtrącać i z zainteresowaniem obserwował, jak surowe do tej pory wnętrze pokrywało się sprowadzanymi z Wiednia tapetami i dywanami. Stare fotele, kanapy i szezlongi z domu rodzinnego Emilii otrzymały nowe kwiaciaste obicia, a polecani przez znajomych lubelscy stolarze wyczarowali za przyzwoite pieniądze gustowny przeszklony kredens z nadstawką. W pokoju Ludwika stanęła kołyska, w której niegdyś spała maleńka Emilia. Oprócz tego dębowa komoda i wiklinowy bujany fotel uwielbiany przez syna. W prezencie ślubnym otrzymali od przyjaciela teścia, właściciela sklepu bławatnego, kilka bel drogich francuskich tkanin, z których niezastąpiona Celina uszyła zasłony do całego mieszkania, nie biorąc za to ani grosza. Michała bardzo to ucieszyło, choć nie był skąpy, lecz jedynie oszczędny. Biedę poznawał od urodzenia, biedy szczerze nienawidził i jeśli w życiu było coś, czego naprawdę nie chciał, to żeby Emilia, pochodząca ze zubożałej szlachty, kiedykolwiek musiała się martwić o finanse. W zamykanej szufladzie biurka notował w długim słupku wydatki przeznaczone na mieszkanie. Kiedyś taka kolumna cyfr przyprawiłaby go o zawrót głowy, ale nie dziś: był świeżo po podwyżce, a na horyzoncie miał intratny kontrakt, na który jeszcze tej wiosny mieli go wysłać wraz z rodziną.

Problemem było co innego. Michał nie miał odwagi porozmawiać z Emilią o planowanym w najbliższych miesiącach wyjeździe. Wciąż układał w myślach mowę, w której najczęściej używane słowa to „kariera”, „szansa”, „przygoda”, „postęp”, ale i „wojna”, nad Europą bowiem zawisła czarna chmura. Mogliby się przed nią schronić tysiące kilometrów stąd i w otoczeniu dziewiczej przyrody przeczekać – jeśli będzie trzeba – czas poboru do carskiego wojska. Tego ostatniego argumentu wolałby nie używać, bo wiedział, że zabrzmiałby jak szantaż: Emilia panicznie bała się wojny. Codziennie odwlekał tę ważną rozmowę i czuł się coraz bardziej winny. Bo nawet gdyby sam wziął na siebie cały ciężar przygotowań, to i tak Emilia musiałaby mieć czas na zaakceptowanie decyzji o wyjeździe. „A jeśli ona stanowczo zaprotestuje? Jeśli absolutnie się nie zgodzi?” – ta myśl napawała go największym przerażeniem. Wiedział, że nie jest w stanie jechać sam. W Łodzi ledwo wytrzymał cztery dni… Gdyby rzeczywiście doszło do wojny, a jego nie byłoby na miejscu? Chyba oszalałby z niepewności. Nie mógłby pracować. Szef odwołałby go ze stanowiska, a inny inżynier przejął budowę mostu. Nie wolno było do tego dopuścić.

Jeśli wszystko by się powiodło, za rok stałby się tak bogaty, że wreszcie spłaciłby dług, wyczyścił akta tamtej sprawy. Już nikomu nie pozwoliłby się szantażować. Byłby wolny.

Stacja druga

Czuję spinającą gardło słoną suchość w ustach, zbyt prawdziwą, by mogła być snem. Boję się tego przebudzenia, ale wiem, że i tak nie ma odwrotu. Przesuwam ręką po aluminiowej krawędzi stolika, gdzie powinna stać przysługująca pasażerom pierwszej klasy butelka z wodą mineralną. Wypijam duży łyk. Otwieram oczy, ale nadal nic nie widzę. Która może być godzina? Druga w nocy? Trzecia? Wstaję z leżanki, włączam światło. Mocna jarzeniówka rozlewa w celi przedziału szpitalną jasność.

Zasłonki na drzwiach są szczelnie zasunięte. Dyskretnie je rozchylam i dostrzegam na korytarzu ciemną sylwetkę przesuwającą się zapewne w stronę toalety. Chwiejnym krokiem podchodzę do okna. Spoglądam w czarną dziurę nieograniczonej przestrzeni. Widzę zarys lasu, czarną kreskę królestwa zwierząt, strefy, do której ludziom wstęp wzbroniony, zwłaszcza teraz, nocą. Patrzę na rozświetlone niebo i mam wrażenie, jakby ktoś poprzestawiał gwiazdy w inne miejsca. Okno nie daje się otworzyć, a bardzo bym chciała poczuć zimne powietrze tej wschodniej nocy, sprawdzić, jak pachnie tu ziemia. Pociąg zaczyna zwalniać, koła skrzypią, miażdżąc piasek i wiatr. Wagony kołyszą się na boki – niepewne tej trasy, przestraszone widokiem ognia konie mechaniczne. Dostrzegam coraz wyraźniej zarysy drzew, nasyp kolejowy, po którym się toczymy. W oddali błyskają światła domostw. A więc zbliżamy się do jakiejś osady, może nawet będziemy mieć postój. Odkąd wsiadłam do pociągu, nie opuściłam ani na chwilę swojego przedziału. Wiem, że powinnam przynajmniej umyć zęby, ale na razie nie czuję się na siłach, żeby wykonać tych kilka kroków. Nie chcę nikogo spotkać na korytarzu, nie wiem, czy to bezpieczne tak po prostu opuścić swój przedział. Pewnie powinnam wtedy zabrać ze sobą wartościowe przedmioty. Ze zgrozą myślę o momencie, w którym będę musiała pójść do toalety. Jestem w tym pociągu samotnym wyjątkiem: inni pasażerowie podróżują w towarzystwie, swój dobytek powierzą sąsiadom, zdadzą się na ich opiekę, na ich głos i wzrok. W ciasnej uciążliwości przedziału nawiązują się intymne znajomości między cząsteczkami ciał, połączonych wdychanym wspólnie powietrzem o zapachu drugiego śniadania.

Nie potrafię odczytać napisu na odrapanym budynku stacji, smutnym nocnym stróżu tego pustkowia. Na postoju nie ma nikogo prócz umundurowanej obsługi pociągu. Zegar wiszący na ogołoconym peronie wskazuje trzecią piętnaście. Jaki to czas? Moskiewski? A może już całkiem inny, zmieniony szerokością geograficzną, naciągnięty na struny odległych południków? Wyjeżdżałam z Moskwy o dwudziestej drugiej. Ile godzin już jesteśmy w drodze? Być może kiedy spałam, pociąg zatrzymywał się na innych stacjach. Czy nadrobił już początkowe opóźnienie, czy też jeszcze bardziej je powiększył? Postanawiam sprawdzić godzinę w telefonie, starej nokii, którą zabrałam w tę podróż, bo nie trzeba jej zbyt często ładować. Na ekranie wyświetla się pierwsza piętnaście. To czas przywieziony tutaj z Warszawy, mój jedyny punkt odniesienia.

Myślę o Janku. Myślę o naszej wyprawie w Bieszczady. Nie mieliśmy zegarków, czas się dla nas nie liczył. To było zaledwie cztery lata temu. Za mało, żeby zapomnieć. Unikam miejsc, w których byliśmy razem, wiem, że to dziecinne, ale nie potrafię się przełamać. Nigdy nie wróciłam do swojego ulubionego hoteliku na plaży w Łebie, w którym kochaliśmy się w moje trzydzieste urodziny. Chciałam, żeby tamta noc trwała bez końca, żeby zlała się w zorzę, która zawisłaby nad miasteczkiem i naszymi ciałami. Może już wtedy przeczuwałam, że dzieje się coś złego. Lubiłam wyjeżdżać, bo w obcym miejscu i u boku Jana strach mnie nie dopadał. W domu powracał do mnie sen o stojącym pod oknem smutnym dziecku z zakrwawionymi nadgarstkami. Budziłam się zlana potem i przytulałam do ciepłych pleców Jana, powtarzając sobie, że wszystko jest dobrze, na swoim miejscu. Starałam się zasnąć, ale głowa puchła mi ze strachu i od złych myśli.

– Jesteś najcudowniejszą istotą, jaką znam – mówił, kiedy się budziłam.

– Naprawdę? – pytałam z tym samym niedowierzaniem przez nasze wszystkie wspólne lata.

– Nie, na żarty – odpowiadał, przekomarzając się z moją wieczną niepewnością.

Próbuję sobie przypomnieć jego smak. Lekko słodkawy, zmieszany z zapachem wody po goleniu, zawsze tego samego brązowego Versace. Wciąż przechowuję charakterystyczny kwadratowy flakonik. Boję się go odkręcać, żeby nie oszaleć. Na buteleczce widnieje logo włoskiego domu mody: otoczona burzą loków głowa o groźnym wyrazie twarzy. To mitologiczna Meduza, niegdyś tak zachwycająca urodą, że zdołała usidlić samego boga Posejdona, a potem ukarana przez Atenę i przemieniona w upiora o wężowych włosach i martwych, przerażających oczach.

Lokomotywa szarpie do przodu, pociąg powoli rusza. Za szybą przesuwa się skromna zabudowa anonimowego miasteczka ze stacją. Olga słyszy pukanie do drzwi. Uchyla zasłonkę. Widzi twarz Dirka i jeszcze jakiegoś mężczyzny.

– Cześć! Nie śpisz? – Dirk nieśmiałym gestem wprasza się do przedziału.

Otwiera zakłopotana. Przeczesuje dłonią włosy, wygładza fałdki luźnej bluzy.

– Proszę, wejdźcie – mówi z udawaną swobodą.

– To jest Adam, twój rodak. – Dirk pała entuzjazmem, jakby prezentował nowy gatunek ssaka. – Postanowiłem was ze sobą poznać. A w ogóle to jak się czujesz?

– Dziękuję, wszystko w porządku. – Olga uśmiecha się do Adama, podaje mu dłoń i wypowiada swoje nazwisko. – Mówmy sobie po imieniu, dobrze? Jestem Olga.

Adam potakuje z uśmiechem, a potem marszczy czoło.

– Forys? Znałem kiedyś kogoś, kto się tak nazywał. Pracował ze mną przy produkcji filmu dokumentalnego. To chyba dość rzadkie nazwisko? Pochodzisz z Warszawy?

– Nie, z okolic Puław – odpowiada Olga i czuje, że brak jej powietrza. Siada na pryczy i uspokajającym ruchem ręki pokazuje, że wszystko z nią w porządku.

– Widziałem, że zemdlałaś na dworcu – rzuca Adam, a Dirk podsuwa jej butelkę wody stojącą na aluminiowym stoliku.

Olga uśmiecha się z wdzięcznością.

– Jedziesz do końca? Do Władywostoku? – zagaduje Adam, kołysząc się na boki.

– Prawie. Wysiadam w Chabarowsku.

– W Chabarowsku? Jest tam coś ciekawego?

– Ślady przodków, takie tam sprawy rodzinne. No i rzeka Amur, podobno robi wrażenie.

– Jak tylko będzie brakowało ci towarzystwa, zapraszamy do nas. Mamy bardzo wesoły czteroosobowy przedział, ale jest nas trzech, więc jedno miejsce pozostaje wolne. To ledwie dwa wagony dalej. – Adam unosi zachęcająco brwi.

– A kim jest wasz trzeci towarzysz? – pyta Olga i pociąga kolejny łyk wody. Butelka jest już prawie pusta.

– Młody chłopak, Niemiec. Ma na imię Thomas. Cichy i spokojny, cały czas w słuchawkach na uszach i z laptopem.

– Jemu przypadła górna leżanka, a mnie i Dirkowi dwie dolne.

– A czwarty pasażer? – Olga bawi się pustą butelką. Miałaby ochotę nią zakręcić, tak jak w młodości na koloniach, kiedy w tajemnicy przed wychowawcami rozdawali sobie zawstydzające całusy.

– Na razie się nie pojawił. Może jeszcze dosiądzie się w trasie. – Adam nabiera powietrza w płuca, co uwydatnia jego ładnie wyrzeźbioną, szeroką klatkę piersiową.

– Konduktorka powiedziała, że ten człowiek nie żyje – rzuca Dirk jakby od niechcenia.

Olga patrzy na nich zaniepokojona. Czuje, że powraca znajomy ucisk w skroniach.

Szczęśliwie Adam w samą porę ją uspokaja.

– Już mówiłem Dirkowi, że to taki głupi żart, którym straszy się cudzoziemców. Człowiek na pewno się dosiądzie, tylko trochę później.

Olga uśmiecha się nerwowo i dodaje:

– Na dworcu widziałam jeszcze jednego Polaka. Niski blondyn w okularach

– Jarek. Podróżuje w trzeciej klasie. Mówi, że w zamkniętym przedziale dopada go klaustrofobia. Ale obiecał, że nas odwiedzi. Z flaszką. Najważniejsze, żebyś ty do nas dołączyła. – Adam mruga porozumiewawczo do Olgi.

Dirk wychwytuje irytującą nutkę triumfu w jego głosie. Mruży powieki. Gdyby mógł, wypchnąłby go teraz za drzwi.

– Zapraszamy. Mamy parę naprawdę zacnych buteleczek… – dodaje bardziej pojednawczo, niżby chciał.

Olga zastanawia się przez chwilę w milczeniu. Jeśli teraz zacznie pić alkohol, to na pewno straci nad sobą kontrolę. W tej podróży miała być tylko woda i herbata.

– Która właściwie jest godzina? – pyta nagle oschle.

– Nie mam pojęcia. – Dirk rozkłada ramiona. – Jest późny wieczór, a może raczej wczesna noc. Dobra pora na drinka.

– Idziemy do nas! – Adam uśmiecha się szeroko.

W jego lewym policzku Olga dostrzega mały dołek. Taki sam jak u Janka. Ujawniał się tylko w niektórych sytuacjach, ale ten w brodzie był zawsze wyraźnie zarysowany. Jest taka historyjka o Bogu oglądającym nienarodzone niemowlęta. Jeśli dziecko ma wyrosnąć na szczęśliwego człowieka, Bóg chwyta je dobrotliwie za policzki, mówiąc: „Mój ty bobasku”. A jeśli malec mu się nie spodoba, dotyka karzącym palcem jego brody, w której natychmiast pojawia się dołeczek.

Zamaszystym ruchem ręki Olga odgarnia kosmyk włosów. Prostuje się i mówi:

– Zamierzałam znów się położyć. – Akcentuje słowo „znów”, choć zdaje sobie sprawę, że zabrzmi jak wymówka. – Już myślałam, że zmęczenie minęło, ale nadal czuję się marnie.

Mężczyźni wahają się przez chwilę.

Olga postanawia ułatwić im pożegnanie.

– Sądzicie, że zostanie wam zapasów na jutrzejszy wieczór? Jutro będę już w formie.

– Jasne. – Dirk cofa się o krok i rzuca Oldze zamglony rozczarowaniem uśmiech.

Ona udaje, że nie dostrzega tego grymasu, choć upór mężczyzny sprawia jej przyjemność. Wie, że dobre maniery zmuszają Dirka do kapitulacji. Właśnie zrobił jeszcze jeden krok do tyłu, omal nie nadeptując na stopę idącemu do toalety pasażerowi.

– Do jutra! – Adam unosi dłoń, na której widnieje spora blizna ciągnąca się od nasady małego palca aż do nadgarstka.

Olga ostatkiem woli wypowiada kilka pożegnalnych słów i zasuwa drzwi przedziału. Mogłaby jeszcze pobiec za nimi do ich wagonu. Ujrzała siebie w wyobraźni jako beztroską, dławiącą się własnym śmiechem kobietę, której wolno jeść do syta, pić na umór, kołysać się bezwolnie w ramionach mężczyzn.

Kiedyś, wiele lat temu, kochała się z Janem w nocnym pociągu do Zakopanego. Drzwi były rozregulowane, nie zamykały się od środka, więc przystawili do nich ciężką walizkę. Usiadła mu na kolanach, rozpięła dżinsy, pozwoliła, by wydobył jej piersi spod swetra. Dotykali się powoli, oni, władcy pociągu, król i królowa życia. Ich ciała nadal były lekko opalone po wyjątkowo gorącym wrześniu, rozgrzewało je wciąż tamto słońce, choć za szybą pociągu czaił się listopad. Wtedy jeszcze lubiła wszystkie pory roku, nawet jesień. Byli spoceni, otworzyli okno. Pęd powietrza rozsypał jej włosy, a on pozbierał je i przez chwilę dotykał ciemnych długich kosmyków, jakby były czymś cennym. Całował je, a potem przylgnął do jej pleców. Poczuła na skórze piersi chłód szkła, dreszcz i złote drobinki rozkoszy odbijające się w szybie pociągu. Otuleni kurtką Jana, wdychali pędzące, doprowadzające do utraty tchu powietrze. Zamknęli okno. Ciepło ich ciał rozlewało się w wychłodzonym przedziale w rytm kojącego stukotu szyn.

Rękopis Adama

Jestem wreszcie tu, w pociągu śmierci. To prostsze, niż myślałem. Kupiłem bilet, wsiadłem, zająłem miejsce pod oknem. Żelazna siła rozpruwa noc, toczy się po nasypie z ludzkich kości, na zakrętach wyrzuca z siebie kolejnych nieszczęśników.

Co to za ziemia, która jest tak twarda, że nie pozwala na głębokie pochówki? To odwieczny kierunek stracenia, ulubione dworce dyktatorów i pustkowia dla wyrzutków, dla ludzkich cieni szarpiących się o szybką śmierć. Od nadmiaru przestrzeni skazańcy dostawali choroby morskiej. Myśleli, że żeglują po nieskończonym oceanie, a znajdowali się w samym środku niezmierzonego lądu.

Spotkałem dziś na korytarzu kilku Rosjan. Byli grzeczni i ustępliwi, jakby czegoś się obawiali. Najbardziej przerażająca tutaj jest myśl, że mógłbyś się znaleźć poza ciepłym wnętrzem pociągu, wypchnięty w samotną noc przy torach. Dopóki jesteśmy w środku, dopóty jeszcze żyjemy.

W spojrzeniu Olgi, kobiety, którą poznałem, dostrzegłem coś znajomego. Nie mogę się mylić, to właśnie ten typ uśmiechu, w którym oczy nie biorą udziału. Jej drżąca ręka i poszarpane nerwy ukryte pod luźną bluzą przypominają mi o moich niedoskonałościach. Ona pewnie rozpoznała we mnie to samo i przestraszyła się, bo przypomniałem jej o tym, co sprawiło, że zdecydowała się na tę podróż.

Ileż to już razy wieziono ludzi na stracenie pociągiem! Szyny doskonale się do tego nadają, prowadzą prosto do celu. Samochodem, autobusem można gdzieś zjechać, zboczyć, stracić prędkość. A pociąg po prostu ma swój tykający rytm. Trzymamy się go kurczowo, jakby był naszą gwarancją przeżycia, a przecież to właśnie ten sam zegar, który odmierza ostatnie godziny.

Jeśli tutaj, w tym pociągu, na tej więziennej pryczy, nie stworzę tej historii, to znaczy, że nie mogę w ogóle nazywać siebie pisarzem. To moja ostatnia szansa, kupiona za ostatnie pieniądze. Bo jeśli nie jestem pisarzem, to jestem nikim. Nie będzie sądu, oskarżyciela ani obrońcy. Po prostu skończę z tym wszystkim.

Może jednak uda się mnie ocalić. Żelazna maszyna jest silna, wielka. Nie taki już ciężar ludzki przewoziła. Nabrzmiałe mózgi, pękate brzuchy, napełnione nadzieją serca: to wszystko jechało tą właśnie trasą na północ, na wschód, na niewidzialny koniec świata.

Warszawa, 10 lutego 1913

Michał Forys wracał piechotą z odczytu, którego wysłuchał w siedzibie Koła Inżynierów Polskich. Był podenerwowany. Prelegent, niejaki Edmund Wiśnicki, mówił o wojnie światowej, o konsekwencjach gospodarczych niemieckich zbrojeń. Starsi słuchacze kręcili z powątpiewaniem głowami, ale młodsi zdawali się wierzyć, że nad Europą wiszą brudne, ciężkie chmury wojny.

– Kiedy prześledzimy ubiegłoroczne zamówienia Niemców na stal, zauważymy wzrost niemal trzykrotny w porównaniu z latami poprzednimi – mówił inżynier Wiśnicki. – Francuzi też się zbroją. Ze względu na wzmożony popyt zapowiada się znaczna podwyżka cen surowca. Jeśli dojdzie do konfliktu, duże inwestycje, zwłaszcza mostowe i fabryczne, mogą zbankrutować. Klienci, nawet najwięksi, mogą utracić wypłacalność.

– Co z Rosją? – zapytał Wiśnickiego Michał.

– W Rosji jest bezpiecznie – odparł prelegent i rozejrzał się dookoła.

Michał wiedział, że spotkania Koła są obserwowane przez carskich urzędników i że Wiśnicki nie mógł wypowiadać się swobodnie. To oczywiste, że gdyby konflikt rozlał się po kontynencie, to również i Wschód by na tym ucierpiał. „Jak daleko może sięgnąć ta wojna?” – zastanawiał się Michał. Wciąż nie powiedział żonie o korzystnej dla niego decyzji zarządu. Jeszcze kilka dni temu milczał z wygodnictwa: nie chciał tracić tych spokojnych wieczornych rozmów o niczym. Emilia od dwóch dni nie czuła się dobrze, męczyły ją bóle głowy i wymioty. Miał więc dodatkową wymówkę. Jeśli szef go zapyta, jak przygotowania do wyjazdu, zawsze będzie mógł powiedzieć o chorobie żony. Przydałoby się poza tym skoczyć do Łodzi. Leo także o niczym nie wiedziała, a był jej winien prawdę. Na pewno będzie krzyk i łzy, a łez bardzo nie lubił: odwracał głowę, pozwalał na wszystko, byleby tylko nie patrzeć na ten smutek sączący się po twarzy, którą stworzono przecież do rozkoszy. „Nie wolno nic mówić o wojnie” – postanowił sobie w duchu. Gdyby kobiety zaczęły same go pytać, bo przecież krążyły plotki, należałoby zaprzeczać, machać lekceważąco ręką, wskazywać na dalekie południe kontynentu, miękkie podbrzusze Europy, tak odległe od zimowej Warszawy.

Mróz był siarczysty, tylko myśl o ogromnych słodkich piersiach Leo mogła człowieka ogrzać w taki dzień. Na Dalekiej Północy tym bardziej nie dałby rady wytrzymać bez niej, bez tych pełnych, pięknie zarysowanych pośladków. Dlatego już od paru tygodni miał w głowie pewien plan. Myśl wydawała się bardzo podniecająca. Rozbudzona wyobraźnia pompowała krew w dół brzucha, pęczniała pod płaszczem, aż trzeba było na chwilę przystanąć pod daszkiem cukierni i popatrzeć na zmęczone twarze starszych dam, wbić spojrzenie w te szyje nad zapiętymi na ostatni guzik sukniami, aż gorąca fala odpłynęła. Myśl szatańska jednak powróciła, gdy tylko Michał oderwał wzrok od zasiedziałych matron. Czyż nie znalazłby się wtedy w prawdziwym raju? Gdyby ta odległa kraina, do której się wybierał, miała mu zapewnić ten rodzaj rozkoszy, to on odwdzięczyłby się jej w najlepszy sposób: wybudowałby cud świata. W dzień upajałby się pracą, którą kochał, a w nocy ciałami kobiet oddzielonych od siebie cienkim prześcieradłem tajemnicy, przez które on tylko mógłby przenikać i dotykać na zmianę porcelanowo chłodnych ud Emilii, a potem rozpalonego łona Leo pachnącego wanilią, w smaku słonawego jak karmelki z morską solą. A potem znowu zachwycać się królewskim blaskiem żony, w jej wytwornej, lśniącej granatowej sukni, którą sobie sprawiła na przedstawienie inauguracyjne Irydiona niecałe dwa tygodnie temu. Michał wykupił dla nich lożę za całe trzynaście rubli. Na otwarciu nowego Teatru Polskiego – w gmachu własnym Towarzystwa Akcyjnego Budowy i Eksploatacji Teatrów, którego Forys był akcjonariuszem – zjawiła się cała stołeczna elita. W czasie przedstawienia były trzy antrakty – najważniejsze punkty wieczoru. Pierwszy, zaledwie pięciominutowy, nie bardzo mógł się przysłużyć zamierzeniu Michała, ale te dwa kwadranse po obrazie siódmym i jedenastym udało się wykorzystać znakomicie. Premiera była w środę, a decyzję o wyjeździe dyrektor miał ogłosić w poniedziałek, trzeciego lutego.

Forys podszedł do szefa z Emilią, wiedział, że ten uwielbia młode delikatne kobiety z dobrych domów.

– Uśmiechnij się do niego, proszę. I zaproś go do nas na obiad w przyszłym tygodniu, najdroższa.

Emilia z tylko sobie właściwą gracją po raz kolejny oczarowała dyrektora. Wzroku nie mógł od niej oderwać. Michał miał nadzieję, że po drugim antrakcie stary nie będzie już patrzył na scenę, tylko w prawo, gdzie zza drewnianej kolumienki wyłaniał się nieskazitelny profil Emilii.

Żona dyrektora, kobieta przedwcześnie przywiędła i zimna, starała się nieudolnie ukryć to, o czym niemal wszyscy już wiedzieli – że jest prawie niewidoma. Siedziała wyprostowana, z martwymi oczami wlepionymi w scenę, chłonęła głębokie głosy Aleksandra Zelwerowicza i Józefa Węgrzyna, kołysząc się leciutko w takt przepięknej muzyki Różyckiego.

Członków zarządu, którzy mieli największe kontakty w Petersburgu, a przez to współdecydowali o delegaturze – Adolfa Wolskiego i Andrzeja Wierzbickiego – Michał przekonał do siebie jeszcze w zeszłym roku. Gdyby ten świat był sprawiedliwy i w życiu liczyły się tylko umiejętności, zdolności, praca, Forys dostałby ten kontrakt bez towarzyskich zabiegów. Ale ponieważ – o czym doskonale wiedział – na karierę wpływają w równej mierze opinie znawców jak ulotne wspomnienia z teatru czy kawiarni, starał się także i na tym polu wyprzedzić swoich konkurentów. A tych nie brakowało. Choćby taki Szymecki – gdyby mógł, wlazłby dyrektorowi w bryczesy, tak za nim łaził, pokazywał każdy szkic, schlebiał, potakiwał mu jak małpa. Albo młody Jaworski, który wykorzystywał polityczne znajomości ojca. Byli i inni karierowicze, co tylko marzyli o wyjeździe do Rosji. „Ten Żydek Maranc to łebski facet, ale szanse ma chyba mniejsze ode mnie – rozmyślał Michał – bo w ogóle nie potrafi się znaleźć w towarzystwie, przewidywać sytuacji ani umiejętnie zastawiać sieci”. Kiedy Michał kupował – zresztą za pieniądze teścia – akcje Towarzystwa Akcyjnego Budowy i Eksploatacji Teatrów, to już widział się na przedstawieniu premierowym, na bankiecie po spektaklu i na wszystkich innych wydarzeniach kulturalnych, jakie pociągnie za sobą ta jakże chwalebna inwestycja na rogu Karasia i Oboźnej. A gdy Ludwiczek podrośnie, to będzie się i jego zabierać do teatru, pokazywać mu świat, opowiadać o nim, uczyć zawiłości życia. Ludwik. Ta mała istota, która jakimś cudem wyszła z łona Emilii, zmieściła się pod jej delikatną napiętą skórą, a potem wypełniła ich mieszkanie rozkosznym zapachem gorącego mleka.

Leo ciągle dopytywała się o chłopca. Dziwne to było uczucie tak rozmawiać z kochanką o swojej rodzinie, wysłuchiwać jej rad i sugestii prezentów dla Ludwiczka. Obiecała mu już dawno, że z ich związku potomstwa nie będzie. Bo i być nie mogło. Taki warunek postawił jej na samym początku. Potem powiedziała mu ze łzami, że badał ją pewien doktor i choćby chciała, dziecko w jej łonie nigdy nie powstanie. Michałowi zrobiło się jej żal, ale nie mógł nie przyznać, że trochę mu też ulżyło.

Stacja trzecia

Odsuwam ciężkie drzwi przedziału i z blaszanym kubkiem w dłoni wychodzę na korytarz. Ból głowy i szyi to znak, że spałam strasznie długo. Musi być koło południa, choć czuję się, jakby słońce dopiero się obudziło. Pomóc może tylko kawa, mocna, z fusami, nie piłam takiej od lat, odkąd dostałam od Janka czerwony włoski ekspres Illy. Niepewnie stawiam kroki na korytarzu, wciąż nie przywykłam do tego, że pociąg się kołysze. Dymiący samowar stoi przy toalecie, jakieś dziesięć kroków dalej.

Napełniam kubek wrzątkiem i patrzę na kawowy wir. Zapach jest głęboki, kojący. Przez chwilę czuję się jak dawno temu w naszym pierwszym wynajętym wspólnie mieszkaniu na Międzynarodowej. Ciasna, trochę zbyt ciemna kawalerka, której lwią część zajmował nasz materac. Upijam łyk kawy, która parzy w język. Wracam do swojego przedziału, drobiąc kroki jak zagubiona gejsza. Tak właśnie będzie, kiedy się zestarzeję. Przejście z kuchni do pokoju, z kawą w ręce, jako punkt kulminacyjny każdego dnia. Chwiejny krok poskręcanych reumatyzmem kończyn, zacisk kościstych palców na filiżance i na dodatek, przy mojej skłonności do tycia, zadyszka i wysokie ciśnienie, nie mówiąc już o falujących fałdach ciała ukrytych pod stertą starych, niemodnych ubrań. A może nie dożyję starości? Nie wiem, która z tych dwóch myśli jest bardziej dołująca… Nieprawda. Wiem to doskonale. Dlatego tu jestem. Na przyszłość mam jeszcze wpływ, mogę zatamować krwawienie życia i ocalić jeśli nie siebie, to chociaż wspomnienie o tym, kim kiedyś byłam. Wydaję się sobie taka odważna, a przecież wiem, że nie mogę się porównywać z tymi, których los doświadczył w sposób prosty i brutalny, na przykład kalectwem. Jaka bym była, gdybym musiała codziennie wprawiać w ruch koła wózka inwalidzkiego, pchać się do życia na umarłych nogach, prosić o pomoc roześmianych osiłków na stacjach kolejowych, przy schodach czy krawężnikach oddzielających mnie od świata zdrowych? Byłoby we mnie mnóstwo nienawiści. Tej samej, którą już mam w sobie, ale bardziej wyrośniętej, podlewanej i dokarmianej. Tacy ludzie jak ja czy Janek, których obiektywnie można uznać za dobrych, też okazują się źli, co do tego nie mam już złudzeń.

Potykam się o wystającą z czyjegoś przedziału walizkę. Kilka kropli wrzątku ląduje mi na udzie. Anonimowy pasażer wciąga walizkę do środka i zatrzaskuje drzwi. Nikt nie zawinił, byłam po prostu nieuważna, zbyt pochłonięta myślami – ten stan trwa już od ponad roku. Rozklejam się, rozlewam, upadam, rozpadam, potykam, utykam…

– Ogarnij się wreszcie – powtarza Ewa, moja dobra znajoma, którą mogłabym nawet nazwać przyjaciółką, gdyby nie to, że i jej nie wyjawiłam całej prawdy o tym, co się stało w zeszłym roku. Ewa zna tylko kawałek historii, tak jak i dawna sąsiadka, pani Marysia, mój były szef i jeszcze parę innych osób.

– Staram się – odpowiadam Ewie i jest w tym trochę prawdy.

Myślę, że ogarniam się w sposób zadowalający. Sprzątam, wciąż odwiedzam fryzjera i dentystę, chodzę po zakupy.

Oczywiście wiem, co Ewa ma na myśli. Skoro zostało się wdową w wieku trzydziestu kilku lat, należy wciąż wystawiać się do słońca i ludzi.

– Nie jesteś zakonnicą, Olgo.

Ewa spędziła kilkanaście miesięcy w klasztorze. Była tuż po studiach, długo nie mogła znaleźć własnego miejsca. Zrezygnowała z habitu trzy tygodnie przed ślubami wieczystymi.

Właściwie to ona podsunęła mi pomysł z podróżą. Zrobiła to zupełnie nieświadomie, kiedy opowiadała o pielgrzymce parafialnej do jakiegoś sanktuarium. Zabawny był opis tego wyjazdu. Gromada staruszek w rozklekotanym autokarze, w którym przez całą drogę puszcza się muzykę religijną i odmawia różaniec. Wyobraziłam sobie, że to ja odbywam długą podróż do świętego celu w gronie wyschniętych parafianek. Znoszę potulnie obce dźwięki oraz zapachy zafoliowanych kanapek i jajek na twardo. Silę się na uprzejmość, jakbym była jedną z nich – zapatrzonych w nieskończoność pokutnic.

Za oknem pociągu migocze drewniana cerkiew ze złotą kopułą. Jest mała, niepozorna, zupełnie zatopiona w ścianie lasu. W niewielkiej odległości od świątyni stoją drewniane chałupy i zabudowania gospodarcze. Wioska wygląda jak zaniedbany skansen. Nigdzie nie widać ludzi ani zwierząt. Ale z jednej chałupy wydobywa się dym, ktoś tam jeszcze mieszka… Przez chwilę myślę, że za nic w świecie nie chciałabym się tam znaleźć, na tym wymarłym, zapomnianym przez wszystkich osiedlu przy trasie Kolei Transsyberyjskiej.

Skład zwalnia i kołysze się niespokojnie. Na korytarzu dudnią kroki. Słyszę odgłos ciągniętej po podłodze walizki. Zapewne zbliżamy się do jakiejś stacji. Wciąż nie rozszyfrowałam, jak należy czytać rozkład jazdy wywieszony przy samowarze. Może koledzy Dirka mnie oświecą. Pójdę do ich przedziału, jak tylko zacznie się ściemniać. Na razie wolę być sama. Zabrałam ze sobą czytnik, w którym przezornie umieściłam pięć książek na długie godziny w podróży: wszystkie w jakiś sposób dotyczą Dalekiej Północy.

Pociąg się zatrzymuje i Olga wychodzi na korytarz. Staje przy uchylonych drzwiach wagonu. Owiewa ją zimne, suche powietrze. Wszystko na tej zapomnianej stacji pokryła szarość zaniedbania. Budynek dworca, drewniana ławka, na której nikt nie siedzi, a nawet zaparkowana w pobliżu stara łada, mają identyczny bury odcień, jakby tylko ten kolor był dostępny w tutejszym sklepie z farbami. Na peronie konduktorka dopala papierosa. Patrzy na zegarek, porównując czas z tym, który można odczytać z okrągłej białej tarczy wiszącej nad głównym wejściem, i z niezadowoleniem kręci głową. Olga nie wie, co ten gest ma oznaczać. Być może opóźnienie ich pociągu znowu się zwiększyło. Zegar na dworcu wskazuje minutę po pierwszej. Na nokii wyświetla się siódma pięćdziesiąt dziewięć. Telefon wciąż tkwi w polskiej strefie czasowej, trzeba się mocno zastanowić, czy w Warszawie jest teraz ranek, czy zmrok. Olga spędziła w pociągu wieczór i długą noc, w sumie jest w podróży od jakichś czterdziestu godzin. Godzinę temu słyszała, jak dwóch pasażerów przy samowarze rozmawia o Nowosybirsku, ale nie udało jej się ustalić, czy już się tam zatrzymali. Próbowała wydedukować coś z przyklejonej w korytarzu pociągu schematycznej mapy połączenia, ale szybko skapitulowała. Stacji, na której się teraz zatrzymali, w ogóle nie ma na tej mapce. Sprawdziła to dokładnie. Przepisała znaki w cyrylicy na papierową serwetkę i porównała z listą miejscowości wywieszoną w korytarzu. Może to jakaś nieznacząca osada? Na mapie są pewnie zaznaczone tylko duże węzły komunikacyjne. W końcu gdyby chcieli wymienić z nazwy wszystkie przydrożne stacyjki na dziewięciu tysiącach kilometrów, mapa musiałaby być ogromna. Zapyta o to swoich znajomych, Dirka i Adama. Oni powinni wiedzieć. Dziś wreszcie do nich zajrzy, może nawet napije się piwa. Pozwoli sobie na parę łyków alkoholu, ale zachowa kontrolę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Powrót z Północy Księgobójca Czarne liście Dom tysiąca nocy Dom tysiąca nocy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer