Domino śmierci

Domino śmierci

Autorzy: Jonas Mostrom

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 17.99 zł

Ordynator Erik Jensen w niewyjaśniony sposób znika w podziemnym przejściu szpitala Sundsvall w czasie nocnego dyżuru. Komisarz Johan Axberg szybko łączy to ze sprawą psychiatry Thomasa Hoffmana, który zniknął bez śladu w tym samym miejscu trzy dni wcześniej. Kiedy zmasakrowane ciało Hoffmana zostaje znalezione w lesie, wszystko wskazuje na to, że był więziony, a potem brutalnie zamordowany. Zarówno w przypadku Hoffmana, jak i Jensena morderca pozostawił kostkę domina. Policja z Sundsvall prosi o pomoc grupę profilerów z Krajowej Policji Kryminalnej, ale psychiatra Nathalie Svensson się waha. Ma za sobą wiele traumatycznych przeżyć i przede wszystkim potrzebuje ciszy i spokoju w domu w Uppsali.

Kiedy jednak wychodzi na jaw, że jej siostra jako ostatnia widziała Erika Jensena żywego, Nathalie postanawia przyjąć zlecenie. Rozpoczyna się polowanie na człowieka odczuwającego przymus zabijania. Należy znaleźć Erika Jensena zanim będzie za późno. Czy w kolejce czeka więcej ofiar? I przede wszystkim: co oznaczają kostki domina?

"Domino śmierci" to druga książka z serii o Nathalie Svensson.

Proza Jonasa Moströma jest energiczna, inteligentna, trafia w punkt i nigdy nie traci intensywności. Zmusza czytelnika do zarwania nocy, a świt, który nastaje potem nie ma już tego światła, którego się spodziewaliśmy.

Arne Dahl

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Osoby

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

Posłowie

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: DOMINODÖDEN

Redakcja językowa: Agnieszka Niegowska

Projekt okładki: © Anders Timrén

Zdjęcie na okładce: © Anders Timrén, Alamy, Shutterstock

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka

Korekta: Maria Osińska

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Copyright © for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Copyright © for the Polish translation by Maciej Muszalski, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-716-3

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Osoby

Nathalie Svensson, lat czterdzieści pięć, ordynator oddziału psychiatrii w szpitalu w Uppsali. Najwybitniejsza w kraju ekspertka do spraw psychopatów, świeżo upieczona członkini policyjnej grupy profilerów GMP, podróżujących po kraju i pomagających lokalnej policji w rozwiązywaniu spraw szczególnie brutalnych przestępstw. Świeżo po rozwodzie z adwokatem Håkanem Svenssonem. Mają dwójkę dzieci – Gabriela, lat osiem, i Teę, lat sześć.

Sonja Nilson, lat sześćdziesiąt siedem. Matka Nathalie, miłośniczka wina i martini. Zajmuje się na zmianę fotografią artystyczną i rozmaitymi projektami charytatywnymi z przyjaciółkami z Lions.

Victor Nilson, ojciec Nathalie. Ginie w pierwszej części serii, Niebo jest zawsze wyżej.

Estelle Ekman, lat czterdzieści trzy. Młodsza siostra Nathalie. Przed dziewięcioma laty nagle zerwała kontakty z rodziną i przeprowadziła się do Sundsvall. Pielęgniarka w klinice chirurgii. Żona hodowcy kłusaków Roberta Ekmana.

Louise af Croneberg, najlepsza przyjaciółka Nathalie ze studiów medycznych w Uppsali. Louise prowadzi klinikę chirurgii plastycznej przy Strandvägen w Sztokholmie. Dawniej żona komisarza policji kryminalnej Franka Hammara, który od czasu rozwodu okazuje zainteresowanie Nathalie.

Ingemar Granstam, lat sześćdziesiąt jeden. Szef grupy profilerów. Ociężały Norrlandczyk, z powodu postury i imponujących wąsów zwany Morsem. Obdarzony niezłomnym poczuciem sprawiedliwości.

Tim Walter, lat dwadzieścia dwa. Najmłodszy członek grupy profilerów. Geniusz techniczno-informatyczny, któremu łatwiej przychodzi zapamiętywanie tabelek i protokołów przesłuchań niż rozmawianie z ludźmi i nawiązywanie kontaktu wzrokowego.

Angelica Hübinette, lat pięćdziesiąt pięć. Członkini grupy profilerów, surowa i kompetentna lekarka medycyny sądowej. Filmy kostiumowe i komedie romantyczne robią na niej większe wrażenie niż sekcje zwłok.

Postaci z serii Sundsvall

Komisarz Johan Axberg, lat czterdzieści, szef ekipy śledczej. Związany z telewizyjną reporterką Caroliną Lind, lat trzydzieści siedem. Mają osiemnastomiesięcznego syna Alfreda.

Ordynator Erik Jensen, lat czterdzieści. Jedyny bliski przyjaciel Johana. Świeżo po rozstaniu z Sarą Jensen, która z gospodyni domowej stała się uznaną pisarką i wdała się w romans ze swoim agentem literackim Josém Rodriguezem. Erik i Sara mają córki – ośmioletnią Sannę i dziesięcioletnią Erikę.

Rosine Axberg, lat osiemdziesiąt osiem. Mieszkająca na Frösön babcia Johana. Wychowywał się u niej od dwunastego roku życia, kiedy to stracił rodziców w wypadku samochodowym.

Prolog

Gdyby wiedział, że to ostatni omlet, jaki zrobi w życiu, pewnie bardziej by się postarał. Był jednak zmęczony i głodny po całym dniu ciężkiej pracy, a to źle wpływało na precyzję. Zresztą jej nie zależało na subtelnościach, zwłaszcza że była chora.

Kaszlała od dziewięciu dni i nocy. Jego zdaniem to uporczywe przeziębienie, z którym się zmagała, przeszło na płuca. Ona twierdziła, że wyjątkowo duża zawartość pyłków w powietrzu zaostrzyła jej astmę. Jak zwykle miała rację: poprzedniego dnia dostała receptę na tabletki z kortyzonem i już czuła się lepiej. Liczyła na to, że wkrótce odzyska swój wigor.

Choć ciężko pracował przez całe dnie, ledwo się wyrabiał. Jak zawsze wiosną mieli za dużo roboty. Wiszący na ścianie zegar z Ikei wskazywał już osiemnastą piętnaście.

Czekając, aż woda na herbatę zagotuje się w rondelku, patrzył na deszcz. Nieprzewidywalne ścieżki wyznaczane przez krople spływające po szybie złagodziły jego niepokój. Czy wszystko między nimi wyglądało tak, jak powinno? Przez ostatnie tygodnie była zła i rozdrażniona. Czyżby go już nie kochała? Czy powiedział albo zrobił coś nie tak? Nic takiego nie przychodziło mu do głowy, ale wiedział, że często najbardziej denerwuje ją to, czego nie powiedział i nie zrobił.

Pierwsza bańka przełamała powierzchnię wody. Napełnił jej ulubioną filiżankę, włożył do niej torebkę herbaty rumiankowej i wrzucił dwie kostki cukru. Czuł, że jego ręce są nieporadne w kuchni, ale przed nią nigdy by się do tego nie przyznał. Pilnowała równości w ich związku, przynajmniej teoretycznej.

Starannie postawił spodek i filiżankę na tacy i ruszył na górę. Kiedy wszedł na pierwszy skrzypiący stopień, znów ogarnął go niepokój, ten sam co chwilę wcześniej. Czy na górze nie jest zbyt cicho? – zastanowił się. Chyba nie zdążyła zasnąć w ciągu tych dziesięciu minut, które minęły, odkąd ją uścisnąłem po przyjściu do domu.

Zawołał jej imię. Nie było żadnej odpowiedzi, słyszał tylko odgłos swoich wełnianych skarpet na sosnowym drewnie i kropli uderzających o szybę okna połaciowego, które wstawił, kiedy tegoroczny śnieg się roztopił. Pewnie już zasnęła, uznał i ruszył dalej po schodach.

Serce tłukło mu się w klatce piersiowej, kiedy wchodził na piętro. Jeszcze raz zawołał ją po imieniu. Nie było odpowiedzi. Wychlapał trochę herbaty i się skrzywił, kiedy oparzyła mu kciuk. Jak nigdy nalał za dużo wody – kolejny dowód na to, jak bardzo był zestresowany.

Drzwi do pokoju były uchylone. Od podłogi ciągnęło chłodem, jakby okno było otwarte. Może chciała odetchnąć świeżym powietrzem, ale przecież do tej pory nigdy nie otwierała okna w czasie deszczu. Pchnął drzwi stopą, ostrożnie, na wypadek gdyby mimo wszystko spała.

To, co zobaczył, było jak cios w twarz.

1

Sundsvall

sobota 3 maja

A więc to jest nasze miejsce pracy na najbliższe dni – powiedział Ingemar Granstam, szef grupy profilerów Krajowej Policji Kryminalnej, i omiótł wzrokiem pomieszczenie.

– Tak – odparł z tylnego siedzenia Tim Walter, dwudziestodwuletni, wybitnie utalentowany technik kryminalistyki. – Miasto ma pięćdziesiąt tysięcy siedmiuset osiemdziesięciu mieszkańców, a cała gmina prawie dwukrotnie więcej. – Tim przekręcił czapkę z daszkiem o ćwierć obrotu i z zarozumiałym uśmieszkiem dokończył: – I jednego sprawcę, którego niebawem wytypujemy i schwytamy.

– Nie bądź taki pewny – odrzekł Granstam, wyprzedzając ciężarówkę z drewnem. – To jedna z najdziwniejszych spraw, z jakimi miałem do czynienia.

– Ale, o ile się nie mylę, to twoja trzydziesta siódma sprawa z grupą profilerów?

– Tak – potwierdził Granstam z typowo norrlandzkim akcentem. – Szesnasta poza Sztokholmem, pierwsza w Sundsvall. Czasami człowiek się czuje jak Nils Paluszek, różnica jest tylko taka, że podróżujemy dookoła Szwecji po śladach śmierci.

– A teraz czas na Chicago Norrlandii – odparł Walter z uśmiechem. – Czy to prawda, że nie rozwiązałeś tylko jednej sprawy?

– Tak – potwierdził Granstam, a w jego oczach pojawił się mrok. – Seryjnego mordercy znanego jako Kameleon.

– Tego, który imitował wcześniejsze znane zabójstwa? – spytała Nathalie Svensson.

Granstam skinął głową.

– Ale nie był aktywny od siedmiu lat, więc mam nadzieję, że nigdy więcej o nim nie usłyszymy.

W czarnym bmw na chwilę zapadła cisza. Nathalie patrzyła na dym z nadmorskich fabryk, który nadciągał nad miasto i układał się niczym korek pomiędzy dwiema górami w mieście. To była jej druga sprawa z grupą profilerów. Jako wiodąca krajowa ekspertka do spraw psychopatów w ubiegłe Boże Narodzenie pomogła zatrzymać seryjnego gwałciciela z Malmö. Ucieszyła się, kiedy Ingemar Granstam zapytał, czy chce dalej pracować w grupie. Choć oczywiście okoliczności mogły być lepsze.

W ubiegły piątek widziała śmierć swojego ojca. Te obrazy i dźwięki towarzyszyły jej przez całą dobę, wbijały się w ciało i duszę niczym odłamki szyby, którą rozbił. Mimo bólu to, co się wydarzyło, było niepojęte.

Jej matka Sonja uciekła śmierci spod kosy – zatrucie zagrażało jej życiu. Ale teraz była otoczona przyjaciółkami w willi pod Uppsalą, więc Nathalie czuła, że spokojnie może ją zostawić. W końcu chodziło o dobę z niewielkim okładem. O dziewiętnastej następnego dnia miała odebrać dzieci od Håkana. Cokolwiek by się działo, o tej porze będzie w Uppsali. Gdyby złamała umowę, Håkan nie cofnąłby się przed wykorzystaniem tego przeciwko niej w sądowym sporze o opiekę nad dziećmi. Przede wszystkim zaś chciała poinformować Teę i Gabriela, że dziadek zmarł, zanim Håkan „przypadkiem” się wygada. Na szczęście w prasie podano tylko, że znany biznesmen i bojownik o równouprawnienie Victor Nilson zginął w wypadku, spadłszy z dużej wysokości.

Nathalie otworzyła torebkę z włoskiej skóry patentowej, wyjęła kieszonkowe lusterko i poprawiła brwi. Granstam chciał, żeby z nimi pojechała nie tylko ze względu na pracę profilerów, ale też dlatego, że policjanci z Sundsvall zatrzymali psychopatę z poważnymi zaburzeniami i chcieli, aby go przesłuchała. Oczywiście jej to pochlebiło, jednak ze względu na dzieci i wszystko, co się wydarzyło, decyzja nie była łatwa.

W końcu się zgodziła, bo jej młodsza siostra Estelle dzwoniła rano i prosiła o przyjazd.

Nie widziała się z nią od ponad trzech lat i ta rozmowa ucieszyła ją i zaciekawiła, ale również zmartwiła. Nathalie wiedziała, że Estelle jest zamieszana w sprawę – zarówno jako świadek, jak i prawdopodobnie jako kochanka jednego z dwóch zaginionych lekarzy. Granstam złagodził wątek podejrzeń lokalnej policji wobec Estelle, jednak Nathalie wiedziała, że próbuje ją w ten sposób uspokoić. Siostra nie chciała wyjaśniać szczegółowo przez telefon, dlaczego prosiła o przyjazd. Powiedziała tylko, że nie ufa policji, że wszystko się posypało i potrzebuje wsparcia. Jej głos miał napięte, nienaturalne brzmienie, Nathalie nigdy przedtem jej takiej nie słyszała.

W napięciu czekała, aż pozna odpowiedź na pytanie, dlaczego Estelle dziewięć lat wcześniej tak nagle zerwała kontakty z rodziną. Tłumaczyła, że chciała żyć własnym życiem, spróbować czegoś nowego. Nathalie czuła, że to nie jest cała prawda, ale po pierwszych latach pełnych powtarzających się pytań i odpowiedzi zaakceptowała takie wyjaśnienie. Jednak wydarzenia ostatnich dni rzuciły nowe światło na tę pośpieszną przeprowadzkę. Nathalie nie musiała być psychiatrą, aby pojąć, że Estelle wiedziała o niepojętym podwójnym życiu, jakie prowadził ich ojciec. Pytanie brzmiało, jak dużo wiedziała. A najtrudniejsze ze wszystkich pytań brzmiało, czy sama Estelle była tu ofiarą.

Ingemar Granstam podkręcił wąsa i stanął na czerwonym świetle na obrzeżach centrum. Zegarek wskazywał trzynastą czterdzieści pięć, domy i ulice były skąpane w szarym świetle. Wierzchołki miejskich budynków spowijała mgła, a morze było nieruchome i błyszczące jak aluminiowa płyta.

– O czternastej mamy się spotkać z komisarzem Johanem Axbergiem i przedstawić sytuację – oznajmił Granstam i dodał gazu, kiedy światło zmieniło się na żółte. – Pojedziemy od razu na komisariat, zameldować się możemy później.

– Gdzie się zatrzymamy? – zapytał Tim Walter.

– W hotelu Knaust – wyjaśnił Granstam.

– Dawnej siedzibie dziewiętnastowiecznych magnatów drzewnych. – Tim wyszczerzył zęby i uniósł daszek czapki. – Wiecie, że jeden z nich wjeżdżał konno po marmurowych schodach do holu?

– Tak, słyszałem o tym – odparł Granstam, ale wydawał się nieobecny myślami.

Nathalie wiedziała, że tak jak ona przetwarzał w czasie jazdy skąpe informacje na temat sprawy, którymi dysponowali. Jedna z ustalonych w grupie zasad mówiła, aby nie spekulować na zapas. Do sporządzenia dobrego profilu sprawcy konieczne były oględziny miejsca zbrodni oraz próba wczucia się w to, co morderca myślał, czuł i w jaki sposób działał. Przedwczesne spekulacje potrafiły zablokować i sprowadzić na manowce. Pod tym względem Granstam był nieugięty.

– Super będzie zjeść tam śniadanie – powiedział Tim, stukając w iPada. – Wygląda na całkiem porządny hotel.

Nathalie przypomniała sobie propozycję Estelle, że może się zatrzymać u niej, Roberta i dzieci. Intuicja kazała jej odmówić. Po pierwsze, Granstam raczej by się na to nie zgodził, a po drugie, ostatnie dni nauczyły ją, że nikomu nie można ufać – nawet ludziom, których niby zna się najlepiej.

Wjechali do centrum. Dumne budynki z przełomu wieków mieszały się tu z typową podmiejską zabudową, jednak wspólnym mianownikiem był kamień jako budulec.

– Wiedzieliście, że po pożarze w tysiąc osiemset osiemdziesiątym ósmym roku dziewięćdziesiąt procent mieszkańców zostało bez dachu nad głową? – zapytał Tim Walter i odłożył iPada. – Był to zresztą największy pożar w kraju. Rzeźby smoków na rogach ulic to strażnicy miasta. Chronią je przed kolejnymi pożarami…

Nathalie i Granstam wymienili spojrzenia. Nathalie odparła:

– Dzięki za tę lekcję, Tim. Gdybym miała twoją pamięć, nie musiałabym tak mocno zakuwać na medycynie.

Tim się odchylił, położył ręce na oparciu i wyglądał na zadowolonego. Granstam sprawdził GPS, a w tej samej chwili znad pączkujących brzóz i klonów po lewej stronie wyjrzał duży, czerwony kościół z cegły.

– Wkrótce będziemy na miejscu. Tim, na pewno znasz nazwę tego kościoła, prawda?

– To kościół Gustawa Adolfa, potocznie zwany G2 – odparł Tim. Nie rozumiał, że jego wiedza bardziej bawi kolegów, niż im imponuje.

Granstam skręcił w lewo na rondzie Olofa Palmego i pojechał Storgatan. Po prawej, pomiędzy drzewami i apartamentowcami, dostrzegli rzekę – Selångersån. Nathalie uderzyła myśl, jak bardzo odległym wspomnieniem jest tu wiosna w porównaniu z Uppsalą. Uznała jednak, że po części wynika to z szarówki i deszczu, który właśnie oczyścił powietrze z pyłków i owadów.

Komisariat był czterokondygnacyjnym budynkiem z brązowej cegły, z ciasno rozmieszczonymi oknami. Nathalie wsunęła stopy w buty na wysokim obcasie i poprawiła prawe ramiączko stanika, które zsunęło jej się pod śliwkową bluzką. Upewniła się, że portfel i komórka są w torebce, dokładnie ją zamknęła i wysiadła – jak zwykle jako ostatnia.

– Fajnie będzie się spotkać z Johanem Axbergiem – rzekł Tim Walter.

– Tak – zgodził się Granstam i zamknął samochód. – Johan Axberg to jeden z najlepszych śledczych w kraju.

– To on zapobiegł zamachowi terrorystycznemu na festiwalu Storsjöyran latem? – spytała Nathalie.

– Zgadza się – odparł Granstam i rozprostował plecy z grymasem niesmaku na twarzy. – Bywa jednak niesubordynowany. Dwa lata temu został zawieszony i prowadzono w jego sprawie wewnętrzne postępowanie po tym, jak pobił byłego męża swojej dziewczyny. Oczyszczono go z zarzutów, ale, jak to mówią…

– Nie ma dymu bez ognia? – podsunął Tim i zarzucił na ramię torbę z trzema komputerami.

– Nie to miałem na myśli, ale nieważne – mruknął Granstam i poczłapał do drzwi.

Nathalie posłała Timowi surowe spojrzenie. Wiedział równie dobrze jak ona, że Granstam niedawno był zawieszony i poddany wewnętrznemu przesłuchaniu, że to jego pierwsza duża sprawa od ponad roku. Można chyba wymagać pewnego taktu nawet od człowieka, którego umysł w dziewięćdziesięciu procentach jest pochłonięty zapamiętywaniem cyfr i pozornie pozbawionych sensu kombinacji liter?

Ingemar Granstam przystanął przed wejściem, z wysiłkiem odwrócił się do kolegów i przeciągnął ręką po łysinie.

– Weźcie pod uwagę, że miejscowa drużyna nie kipi entuzjazmem z powodu naszego przyjazdu. Zaprosił nas ich szef, komendant Ulf Ståhl.

– Prowincjonalni gliniarze znaczący teren. – Tim wyszczerzył się do Nathalie, kiedy wchodzili szklanymi drzwiami.

Nathalie nie odwzajemniła uśmiechu. Wciąż dźwięczał jej w uszach strach w głosie Estelle. Słyszała jej rozpaczliwe wołanie o pomoc.

2

No to przyjechali, pomyślał komisarz Johan Axberg i westchnął. Stał przy oknie w swoim gabinecie na drugim piętrze i patrzył, jak trójka z Kryminalnej idzie do drzwi. Komisarza Granstama, legendarnego „Morsa z Kiruny”, znał z mediów, ale krągłej kobiety z długimi kasztanowymi włosami i chłopaka w czapce z daszkiem nie widział nigdy wcześniej. Ona jednak miała w sobie coś znajomego.

Podszedł do biurka i wyrzucił pustą paczkę z plastrami nikotynowymi do kosza. Po krótkim wahaniu włożył do szafy fotografię Caroliny i Alfreda. Miał wprowadzić ich w temat w swoim gabinecie, a nie chciał się afiszować z życiem prywatnym. Kto wie, jakie wnioski koledzy z grupy profilerów mogliby wyciągnąć ze zwykłego rodzinnego zdjęcia… Skwitował własny przesadny sceptycyzm krzywym uśmiechem, ale wciąż irytowało go, że komendant Ståhl tak szybko poprosił o pomoc. Jeśli nie liczyć Granstama, to on rozwiązał w tym kraju najwięcej spraw. Nawet jeśli to był jego pierwszy przypadek zabójstwa od czasu powrotu z urlopu ojcowskiego w Boże Narodzenie, on i jego ekipa z pewnością poradziliby sobie sami.

Wypił trzy łyki zimnej wody prosto z kranu i nakazał sobie myśleć pozytywnie. W tej chwili liczyło się tylko znalezienie Erika. Wiadomość o jego zniknięciu była szokiem, poza tym istniało wyraźne powiązanie z psychiatrą, którego ciało znaleziono poprzedniego dnia na wyspie Alnön. Po otrzymaniu tej wiadomości nie był w stanie myśleć o niczym innym. Carolina skarżyła się, że jest bardziej nieobecny niż zwykle, choć podzielała jego niepokój. Tylko radość Alfreda z powodu kolejnego poczynionego postępu mogła sprawić, że na chwilę zapominał o sprawie. Ten mały rozbójnik budził się w nocy akurat w czasie, gdy Johan tak bardzo się martwił o Erika, że jego sen był płytki, wręcz nie miał sensu.

Otarł usta grzbietem dłoni i zaczął się zastanawiać, czy powinien poinformować profilerów, że Erik był jego najlepszym przyjacielem. Postanowił z tym zaczekać. Wiedział z doświadczenia, że sztokholmscy koledzy nie mają zbyt wiele zrozumienia dla faktu, że na wsi czasem trzeba rozwiązywać sprawy, w których ofiarami są bliscy.

Zadzwonił telefon. Monika Roos z recepcji powiedziała, że Krajowa Policja Kryminalna jest już na miejscu. Poprosił, by zaprowadziła gości na górę, i ruszył w stronę wind.

3

Poziom trzeci – powiedział metaliczny głos, kiedy winda zahamowała ze ssącym odgłosem i stanęła.

Drzwi się rozsunęły. Zaraz po wyjściu Nathalie zobaczyła mężczyznę, który pochwycił jej spojrzenie i z pewnego rodzaju zdziwioną niechęcią uśmiechnął się do niej. Trochę przypominał Franka – miał krótko ostrzyżone, rozczochrane kasztanowe włosy, dwudniowy zarost i lekko ekscentryczny styl, na który składały się luźna lniana koszula, czarne dżinsy i zniszczone wysokie buty. Był jednak wyższy i szczuplejszy niż Frank, kojarzył się z pewnym pływakiem wyczynowym, z którym się spotykała po rozwodzie z Håkanem. Zwłaszcza w jego zielonych oczach było coś, co ją zaciekawiło. Poczuła mrowienie w żołądku.

– Witaj, to ja jestem komisarz Johan Axberg. – I wyciągnął rękę.

– Nathalie Svensson – odparła. – A to moi koledzy, Ingemar Granstam i Tim Walter.

– Zawsze najpierw witam panie, nawet kiedy wiem, że nie dowodzą grupą – powiedział z uśmiechem Axberg, ściskając dłoń Granstamowi, a potem Walterowi.

Nathalie westchnęła w duchu i poczuła, że mrowienie znika. Była zmęczona mężczyznami kpiącymi sobie z kobiet, nawet jeśli komentarz Johana Axberga był nieszkodliwy.

– Wyglądasz jak kobieta z tego programu o wypiekach, który ogląda moja dziewczyna. Leila gotuje, chyba tak to się nazywało.

– Tak, ludzie często mi to mówią – odparła Nathalie. – Niestety, nie potrafię nawet zrobić muffinek i ich nie przypalić.

Johan skinął głową i spoważniał.

– Tędy – rzekł i ruszył pierwszy korytarzem, który pasowałby do dowolnego komisariatu albo urzędu gminy.

Zostali wprowadzeni do pokoju z widokiem na ulicę, przy której chwilę wcześniej zaparkowali. Między pięcioma żółtymi apartamentowcami można było dostrzec rzekę, wijącą się jak niebieskoczarny wąż w alejce pączkujących lip.

– Siadajcie – powiedział Johan Axberg i wskazał krzesła ustawione w rzędzie przed biurkiem, po stronie dla gości. – Wybaczcie bałagan, ale sami rozumiecie, że mamy pełne ręce roboty.

– Tak – odparł Granstam i podkręcił wąsa. – Najlepiej będzie, jeśli zaczniemy od razu.

– Tylko uruchomię całą maszynerię – odparł Tim Walter i uniósł pokrywę laptopa, którego trzymał na kolanach.

– Wiecie z grubsza, co się stało, ale podsumuję – zaczął Axberg i otworzył leżącą na biurku teczkę. – A więc mamy tu do czynienia z dwoma zaginionymi lekarzami. Ciało jednego z nich zostało znalezione wczoraj rano.

Johan Axberg położył przed nimi dwa powiększone zdjęcia z prawa jazdy i wskazał starszego z mężczyzn. Na oko pięćdziesięcioletniego, z falującymi ciemnymi włosami, wydatnymi brwiami i białym uśmiechem na tle opalonej cery. Nathalie pomyślała, że przypomina starszą wersję George’a Clooneya.

– Ordynator Thomas Hoffman zniknął bez śladu podczas dyżuru w poniedziałkową noc, pomiędzy drugą a trzecią – zaczął Johan. – Wracał na pogotowie psychiatryczne po ekspertyzie na oddziale chirurgii, ale nigdy tam nie dotarł. Koło ósmej rano w piątek został znaleziony martwy w zagajniku na wyspie Alnön.

Johan podszedł do mapy na ścianie. Tim Walter przeniósł wzrok z ekranu i oznajmił:

– Alnön to trzecia co do wielkości wyspa w Szwecji. Zanim zbudowano most Olandzki, najdłuższym mostem w Szwecji, liczącym tysiąc czterdzieści dwa metry, był Alnöbron. Wyspę zamieszkują liczne zwierzęta, kilka lat temu zastrzelono tam niedźwiedzia…

– Hoffman został znaleziony przez kobietę, która uczyła swojego owczarka niemieckiego tropić – przerwał Axberg i wskazał krzyżyk w południowej części wyspy. – Wszystko wskazuje na to, że Hoffman został zamordowany, a ciało podrzucono w to miejsce. Bezpośrednią przyczyną śmierci był uraz powstały w wyniku uderzenia w prawą skroń twardym, tępym narzędziem, być może młotkiem.

– Czy da się ustalić czas zgonu? – spytała Nathalie.

– Ci z medycyny sądowej nad tym pracują. Krew jednak nie zakrzepła całkowicie, więc zapewne został znaleziony kilka godzin po śmierci.

– A więc od poniedziałkowej nocy był gdzieś przetrzymywany – stwierdził Granstam.

– Ponad trzy doby. – Johan Axberg skinął głową i wrócił na swoje miejsce za biurkiem. – Z jakiegoś powodu sprawca potem go zabił i podrzucił ciało.

– Nasza koleżanka Angelica Hübinette jest w Umeå – mruknął Tim Walter. – To specjalistka, jeśli chodzi o określanie czasu.

– Nie ma żadnych teorii, gdzie mógł być przetrzymywany? – zapytała Nathalie.

– Nie – odparł Johan. – Telefon komórkowy Hoffmana zniknął, ale prawdopodobnie został wyłączony w momencie ataku. Przy Hoffmanie nie znaleźliśmy niczego, co mogłoby nas naprowadzić na konkretne miejsce.

Johan Axberg wyjął zdjęcie. Przedstawiało Thomasa Hoffmana w pozycji półsiedzącej, w samych majtkach, opartego o kamień. Nathalie odwróciła wzrok. Widok krwi na skroni Hoffmana przywołał wspomnienie jej ojca. Napełniła płuca powietrzem, odpędziła tę wizję i skoncentrowała się na Johanie. Ten kontynuował:

– Mamy dwa charakterystyczne znaleziska. Po pierwsze, Hoffman miał dwa prostokąty o wymiarach trzy na pięć centymetrów wycięte z tkanki mięśniowej po obu stronach kręgosłupa.

Nathalie rzuciła okiem na kolejną fotografię, a potem na szare niebo. Zaczęła się zastanawiać, czy decyzja o udziale w tym śledztwie była rozsądna. Pomyślała, że chyba zrobiłaby najlepiej, gdyby poprzestała na odwiedzeniu Estelle.

– To jest przy trzecim i czwartym kręgu lędźwiowym, tak? – zapytał Tim i przerwał pisanie.

– Pośrodku lędźwiowego odcinka kręgosłupa – potwierdził Johan.

– Jakiego narzędzia użył sprawca? – Granstam spojrzał znad swojego mięśnia piwnego.

– Lekarz medycyny sądowej podejrzewa, że dłuta. Sądząc po krwi w tych okolicach, Hoffman był przy życiu, kiedy wykonywano te znaki.

Zapadła pełna zakłopotania cisza.

– Idealna symetria – stwierdził w końcu Tim Walter. – To przemawia za zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi.

– Nie zapędzajmy się z wnioskami – rzekł Granstam. – Co to za brud w ranach?

– Ziemia, igliwie i trawa. Morderca ciągnął ofiarę mniej więcej dwadzieścia metrów od leśnej szosy do miejsca odkrycia zwłok. Prawdopodobnie przywiózł ją tam samochodem, ale nie mamy żadnych pewnych śladów. – Granstam skinął głową Axbergowi, więc ten kontynuował: – Drugi szczegół to kostka domina, którą znaleziono w gardle Hoffmana. Była tak głęboko, że można przypuszczać, iż morderca wepchnął ją tam już po zabiciu ofiary.

Pokazał nowe zdjęcie. Tym razem Nathalie spojrzała. Przedstawiało kostkę domina. Sześć kropek na jednej połowie, sześć na drugiej. Mogłoby to być czarno-białe zdjęcie, gdyby nie to, że kostka leżała na metalowej tacce, która w górnej części odbijała odcień błękitu.

– Jeszcze więcej symetrii: sześć plus sześć – stwierdził Tom Walter. – No a znaki na plecach mają takie same wymiary jak kostki domina.

Johan wymienił spojrzenia z Nathalie i Granstamem. Porównał zdjęcia i stwierdził, że tak jest w istocie. Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło. Słychać było tylko stukot palców Waltera i szmer jego laptopa. Nathalie zaczęła myśleć o własnej pedanterii – o tym, jak ciągle próbowała ją stłumić, jako część spontanicznego życia, którego pragnęła i które zamierzała wieść po rozwodzie. Jednak zachowanie sprawcy wyraźnie świadczyło o tym, że cierpiał na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Nigdy nie miała z nimi do czynienia.

Ta refleksja opuściła ją, kiedy szare światło za oknami pociemniało, jakby słońce zostało zasłonięte przez jeszcze więcej chmur, choć i tak przykrywały miasto jak kożuch.

– Czyli nie znaleźliście ubrań ani innych rzeczy Hoffmana? – zapytała Nathalie.

– Nie znaleźliśmy – potwierdził Johan. – Ślady przeciągania znajdujące się na nogach świadczą o tym, że sprawca musiał go rozebrać przed dokonaniem zabójstwa. Pytanie brzmi: z jakiego powodu.

– Chciał się dostać do pleców, żeby je pociąć – podsunął Tim Walter.

– To nie wyjaśnia, dlaczego ściągnął mu spodnie – odparł Granstam.

– Żeby go upokorzyć? – spekulowała Nathalie.

Propozycja nie doczekała się odpowiedzi. Johan wstał i zapalił górną lampę.

– Poprosiłem o kawę i bułki, powinny być lada chwila.

Granstam zmienił pozycję na krześle i z wdzięcznością pokiwał głową. Johan wrócił do biurka i położył na nim zdjęcie Erika Jensena – przystojnego, mniej więcej czterdziestoletniego mężczyzny o pociągłej twarzy i jasnych kręconych włosach. Nathalie słyszała narastający niepokój w głosie Johana, kiedy kontynuował:

– Przypadek numer dwa to ordynator Erik Jensen. Zaginął podczas dyżuru w nocy z czwartku na piątek, a więc trzy doby po Hoffmanie. Został wezwany do kliniki psychiatrycznej, do pacjenta, u którego nastąpiło nagłe zatrzymanie krążenia. Potem pobiegł z powrotem na pogotowie. Ostatnią osobą, która go widziała, była pielęgniarka. Spotkała go w podziemnym przejściu, najprawdopodobniej tym samym co w przypadku Hoffmana. Było wtedy piętnaście po drugiej. – Johan Axberg przeczesał dłonią włosy i dodał: – A więc Hoffman i Jensen zniknęli mniej więcej o tej samej godzinie i w tym samym miejscu. Natomiast powodem, dla którego łączymy te sprawy, jest to…

I wyjął z koperty kolejne zdjęcie. Początkowo Nathalie uznała, że to kopia pierwszej kostki domina. Te same wymiary, taka sama symetria i połyskująca błękitem metalowa tacka. Dopiero po chwili dostrzegła różnicę: tym razem na każdej połówce była jedna kropka.

– To leżało w podziemnym przejściu obok identyfikatora z nazwiskiem Erika Jensena – poinformował Johan.

– Pamiątka od sprawcy – oświadczył Tim Walter.

– Prawdopodobnie – odparł Axberg. – Pytanie brzmi tylko, co ów sprawca, lub owa sprawczyni, chce nam powiedzieć.

– Wrócimy do tego – rzekł Granstam. – Mamy więcej dowodów?

– Być może – odpowiedział Johan i wskazał zdjęcie pierwszej kostki domina. – Lekarze znaleźli włos na kostce w gardle Hoffmana. Pierwsza analiza wskazuje, że nie należy do niego. Przy odrobinie szczęścia okaże się, że to włos sprawcy. Niestety, druga kostka jest sterylnie czysta, a na identyfikatorze Erika są tylko jego odciski palców.

Rozległo się pukanie do drzwi. Johan oderwał wzrok od zdjęć i wstał.

4

Nathalie poczuła na nogach przeciąg, kiedy Johan Axberg otworzył drzwi. Młody chłopak w kraciastej flanelowej koszuli i z hipsterską brodą przywitał się radośnie, po czym wprowadził wózek na kółkach. Były na nim termos z kawą i cztery bułki. Członkowie grupy stanęli przy ścianie, a Johan ich obsłużył. Nathalie zaproponowała Granstamowi swoją bułkę, a on energicznie pokiwał głową między jednym kęsem a drugim. Po kilku minutach luźnych rozmów przy kawie wrócili na swoje miejsca wokół biurka.

– Technicy znaleźli coś jeszcze przy identyfikatorze Erika Jensena: odrobinę ziemi, która wygląda, jakby się oderwała od żłobionej podeszwy wysokiego lub ciężkiego buta. – Wszyscy spojrzeli pytająco na Johana, więc ciągnął dalej: – Technicy przeprowadzili szybką analizę ziemi i twierdzą, że to nietypowa mieszanka z dodatkiem popiołu. Wysłali ją do dalszych badań specjaliście z Rady ds. Rolnictwa.

– Wydaje się naciągane – stwierdził Tim Walter i starł znad ust kawowy pasek. – Przecież nie ma pewności, że to ślad sprawcy.

– To prawda – zgodził się Axberg. – Ale jeśli uda nam się połączyć ziemię z konkretnym miejscem, będzie to spory postęp. Jak się okazuje, na terenie gminy mieszka specjalista od systematyki gleb miasta i okolic. A i wątek popiołu jest interesujący.

– Chcesz powiedzieć, że sprawa mogłaby mieć związek z jakimś pożarem? – zapytał Granstam i przełknął ostatni kęs bułki.

Johan wykonał rękami gest, który mógł znaczyć wszystko i nic.

– Czy da się ustalić numer buta? – zapytała Nathalie.

– Nie – odparł Axberg.

Nathalie zerknęła na swoje notatki.

– Jeśli dobrze zrozumiałam, Erik Jensen zaginął w czwartek między drugą a trzecią w nocy, a ciało Hoffmana zostało podrzucone w piątek rano.

– Tak – potwierdził Axberg. – To znaczy, że morderca przez jakiś czas przetrzymywał dwie ofiary jednocześnie. Zastanawiałem się dlaczego, ale nic nie wymyśliłem.

– Może chciał, by się spotkały? – Tim Walter wyszczerzył zęby.

– O ile były w tym samym miejscu – odparła Nathalie. – Tak czy inaczej, to dowód, że sprawca dokładnie wszystko zaplanował.

– Może – rzekł Granstam, gładząc się po wąsach. – Wstrzymajmy się jednak ze sporządzaniem profilu. Może też istnieć powód praktyczny, na przykład taki, że sprawca mógł zaatakować ich w przejściu dopiero o takiej, a nie innej godzinie.

Zapadła krótka cisza, podczas której wszyscy rozważali ten argument. Granstam złapał się za plecy z grymasem na twarzy.

– Johan, możesz powiedzieć więcej o ofiarach? Czy są jeszcze jakieś powiązania poza tym, że obaj są lekarzami, zniknęli o tej samej porze i w tym samym miejscu i że przy jednym i drugim znaleziono kostkę domina?

– Tak – odparł Axberg z zaciętym wyrazem twarzy. – Obaj są… byli świeżo po rozwodzie. Thomas Hoffman od roku był w separacji z Marią. Małżeństwo trwało dziesięć lat, nie ma żadnych dzieci. Ona pracuje jako ekonomistka w Handelsbanken i kiedy popełniono morderstwo, była na konferencji w Västerås. Hoffman na przełomie wieku zaczął pracować w szpitalu. Uważano go za dobrego lekarza, ale krążyła plotka, że napastuje kobiety w pracy.

– Tylko plotka? – spytał Granstam.

– O ile wiemy, tak.

– A więc nie było zgłoszenia na policję?

– Nic nam o tym nie wiadomo.

– Czy Hoffman i jego żona mają nowych partnerów? – spytała Nathalie.

Lata pracy w psychiatrii nauczyły ją, że za wieloma konfliktami stoją relacje rodzinne. Z ciągłych przechwałek Granstama wyczytała, że to również motyw większości zabójstw.

– O ile wiemy, Thomas Hoffman mieszka sam – odparł Johan. – Maria od pół roku mieszka z pastorką. Twierdzi, że ich związek nie ma nic wspólnego z rozwodem, a przyczyną rozstania było to, co zwykle: oddalili się od siebie i namiętność wygasła. Nie było żadnych otwartych konfliktów ani konkretnych motywów.

– A ten groźny pacjent, którego mam zdiagnozować? – spytała Nathalie.

– Zaraz do tego przejdę – odparł Johan.

– Pozwól mu najpierw naszkicować cały obraz – powiedział Granstam i wyjął pudełeczko gruboziarnistego snusa z kieszeni skórzanej kamizelki.

Johan spojrzał na zdjęcie Erika Jensena i wypił łyk kawy. Nathalie podejrzewała, że w tym coś się kryje, że więź łącząca mężczyzn jest nie tylko czysto zawodowa. Niepotrzebnie długi wykład, który nastąpił po chwili, potwierdził jej przypuszczenia.

– Erik Jensen rozwiódł się z Sarą Jensen w styczniu. To wtedy upłynął wyznaczony czas do namysłu, bo pozew został złożony w sierpniu. Mają dwójkę dzieci: ośmioletnią Sannę i dziesięcioletnią Erikę. Byli małżeństwem przez piętnaście lat. To Sara dążyła do separacji.

Tim Walter spojrzał zdziwiony znad ekranu.

– Sara Jensen, ta uznana pisarka? Autorka Me and My Selfie?

– Tak – potwierdził Johan. – Teraz jest w związku ze swoim agentem literackim Josém Rodriguezem. Erik wyprowadził się do mieszkania i zajmuje je samotnie, Sara została w willi, dzieci są przez tydzień u matki i przez tydzień u ojca. W nocy, kiedy Erik zniknął, dzieci były u Sary i Joségo.

– Oczywiście ich przesłuchaliście? – zapytał Granstam i wcisnął porcję tabaki głębiej pod wargę, aż jego wąsy zmieniły kąt zakrzywienia.

– Tak – odparł Axberg. – Nie mają pojęcia, co mogło się stać. Sara jest oczywiście bardzo zaniepokojona.

– Domyślam się – powiedział szorstko Tim Walter. – Jeśli sprawca trzyma się takiego kompulsywnego porządku w kwestii czasu jak w kwestii symetrii, to musimy znaleźć Erika Jensena przed poniedziałkowym rankiem…

Kość żuchwy Johana uwydatniła się, kiedy zacisnął zęby. Skinął głową i odparł:

– Sara i José są w podróży promocyjnej i wrócą jutro rano. Pozwoliłem im wyjechać.

– A dzieci? – spytała Nathalie.

– Są u rodziców Sary.

– Erik jest lubiany w pracy, nie ma żadnych jawnych wrogów. Ma wyłączoną komórkę i nie wiemy, gdzie może przebywać – kontynuował Johan.

– Prawdopodobnie w tym samym miejscu, w którym ukrywano Hoffmana – mruknął Granstam i zafundował sobie drugą dolewkę kawy.

– Przeszukaliśmy najbliższą okolicę szpitala. Bez rezultatu – oznajmił Johan. – Technicy mają mnóstwo roboty, można oszaleć, kiedy się pomyśli, co ludzie rozrzucają wokół: puste puszki, papierki po cukierkach, puszki po snusie, plastikowe zabawki, prezerwatywy, monety, klucze… Może się z tego zrobić długa lista. Niestety nic nie daje nam wyraźnego tropu.

– Chętnie potem się przyjrzę tym przedmiotom – powiedział Tim Walter.

– Jasne – odparł Axberg.

Rozległo się pukanie do drzwi i wszedł komendant Ulf Ståhl. Jak zwykle miał na sobie szary garnitur od Armaniego i świeżo wyprasowaną koszulę. Przywitał się serdecznie z grupą profilerów i podkreślił, jak to dobrze, że przyjechali.

– Jak wam idzie? – spytał Ståhl, kiedy już odegrał uwerturę i zapach jego eleganckiej wody po goleniu rozszedł się po pokoju.

– Komisarz Axberg wzorowo wprowadza nas w sprawę – oświadczył Granstam.

– Na dwudziestą zaplanowałem konferencję prasową. Mam nadzieję, że dacie radę wziąć w niej udział?

– Tym będziesz musiał zająć się sam – odparł Johan. – Jeśli mamy zdążyć to rozwiązać, musimy pracować pełną parą.

Ståhl spojrzał na podwładnego. Przez chwilę wydawało się, że przywoła go do porządku. Nagle jednak uśmiechnął się krzywo do Nathalie i Granstama.

– W każdym razie nie można mu zarzucić, że się leni. – A potem odwrócił się z powrotem do Johana i dokończył: – Oczekuję raportu przed osiemnastą. Liczę na ciebie. Na was!

Skinął głową grupie i wyszedł. Johan wstał, otworzył okno i zerknął na wiszący na ścianie zegar z Ikei. Była za piętnaście trzecia. Koledzy z grupy śledczej czekali w dużej sali konferencyjnej. Nadszedł czas na zakończenie wprowadzenia.

– Przejdźmy więc do naszego głównego podejrzanego. Chcielibyśmy, abyś go zdiagnozowała – podjął Johan, patrząc na Nathalie. – Kent Runmark, lat trzydzieści dziewięć, miał kontakt z psychiatrią właściwie przez całe życie. W wieku siedemnastu lat zabił przybranych rodziców, wcześniej poddając ich torturom, bo nie byli w stanie nadal trzymać go pod swoim dachem. Najprawdopodobniej zatłukł ich młotkiem.

Johan zaczął przeglądać stosy na biurku. Ku uldze Nathalie nie pokazał żadnych nowych zdjęć. Zamiast tego wstał i ponownie podszedł do planu miasta. Wskazał cypel na północy Alnön.

– Rodzice zastępczy zostali znalezieni tu w lesie, niecały kilometr od domu. Kent sam zadzwonił na policję i poinformował: „Zatłukłem tych gnoi”. Pięć lat później zabił kluczem nastawnym policjanta, gdy ten chciał go wyprosić z parku w Umeå. Po tym zdarzeniu przebywał na oddziale psychiatrii sądowej, z przerwami. Jednak rok temu został przeniesiony na oddział otwarty jako „chory w stabilnym stanie”, jak to zostało ujęte w karcie, którą mam gdzieś tu w tym bałaganie.

– Jaką diagnozę otrzymał? – spytała Nathalie.

– Liczne zaburzenia osobowości z okresami psychozy paranoidalnej – odparł Johan.

Granstam położył niedźwiedzią rękę na ramieniu Nathalie. Poczuła słabą woń snusa.

– Teraz rozumiesz, dlaczego chciałem, abyś do nas dołączyła – wyszeptał.

Nie odrywając wzroku od Johana, pokiwała głową. Granstam cofnął rękę, a Johan mówił dalej:

– W ostatnim czasie Kent Runmark nie pilnował przyjmowania leków i czuł się coraz gorzej. W sobotnią noc chciał się dostać na pogotowie psychiatryczne. Wtedy spotkał ordynatora Thomasa Hoffmana…

– Dwie doby przed tym, jak Hoffman zniknął – wtrącił Tim Walter.

– Otóż to – odparł Johan. – Runmark źle się czuł i według jednego z pielęgniarzy chciał, żeby go umieszczono na oddziale. Ponieważ na wszystkich oddziałach był komplet, Hoffman ocenił, że Runmark może iść do domu i tylko zwiększył mu dawki leków.

– A psychiatria sądowa? – spytała Nathalie.

– Też mieli komplet i nie mogli go przyjąć od ręki. A więc Kent Runmark opuścił pogotowie, wyraźnie wściekły. Ostatnie słowa, jakie wypowiedział do Hoffmana, według wspomnianego już pielęgniarza brzmiały: „Miej się, kurwa, na baczności”. Nikt nie wie, gdzie od tego czasu przebywał Kent Runmark. On sam twierdzi, że siedział w mieszkaniu i grał w gry wideo, ale nie ma nikogo, kto by mógł to potwierdzić. A więc brakuje mu alibi zarówno na czas uprowadzenia Hoffmana, jak i na czas podrzucenia ciała.

Zapadła chwilowa cisza. Ulicą przejechał terkoczący motorower, niebo nadal było zasnute chmurami, ale trochę pojaśniało.

– Te tortury, o których wspomniałeś… – odezwał się Granstam z namysłem.

– Nie przypominają kostki domina w gardle ani znaków wyciętych na plecach – odparł Johan. – To raczej było bicie i przypalanie papierosami. – Johan odchylił się na krześle, rozmasował zatoki i mówił dalej: – Kent Runmark jest szczególnie interesujący dlatego, że jeszcze raz zgłosił się na pogotowie psychiatryczne i został przyjęty na obserwację.

Umilkł i obserwował przyjezdnych kolegów. Spostrzegł w oczach Ingemara Granstama i Nathalie Svensson rodzące się skojarzenie. Wyraz twarzy Tima Waltera mówił: „Załapałem”.

– To było w czwartek wieczorem, dziewięć godzin przed zaginięciem Erika Jensena. Kiedy Erik zajmował się pacjentem z nagłym zatrzymaniem krążenia, który upadł na korytarzu, Kent Runmark wyszedł ze swojego pokoju i zobaczył nieudaną akcję reanimacyjną. Erik wyszedł z oddziału pogotowia, a wtedy Runmark miał rzekomo krzyknąć do niego: „Morderca! Dosięgnie cię kara, ty aniele śmierci!”.

– Miłe – skwitował Tim Walter.

– Czy Kent Runmark nie był pod nadzorem? – zapytała Nathalie.

– Był – odparł Johan. – Ale w momencie zatrzymania akcji serca pacjenta rozpętał się chaos, procedury nie zadziałały. Runmark zagroził Erikowi i uciekł. Nikt nie wie dokąd. Erik został jeszcze jakiś czas na oddziale pogotowia, a potem wrócił podziemnym przejściem.

– A więc Runmark mógł zaatakować także jego – skonkludował Granstam i skrzyżował ręce. – Ukryć go, rankiem zabić i podrzucić ciało na Alnön?

Johan z powagą pokiwał głową.

– Kent Runmark ma samochód, czarnego vana. Stał w garażu jakieś pięćdziesiąt metrów od miejsca, w którym znaleziono identyfikator Erika. Technicy go badają, ale na razie nic nie znaleźli.

– Czy jest wystarczająco postawny i silny, by powalić Erika?

Johan Axberg ponownie skinął głową.

– Pytanie brzmi, jak to zrobił – oznajmiła Nathalie.

– Pobił go do nieprzytomności i zaciągnął w tamto miejsce? – podsunął Tim Walter. – Wygląda na brutala.

– Tak – zgodził się Granstam. – A może miał broń i zmusił Jensena do pójścia z nim. Gdzie mieszka Runmark?

– Ma mieszkanie w Granloholm, kilkaset metrów za szpitalem. Nic nie wskazuje na to, że ofiary tam były.

– Ale jeśli to on, skąd te kostki domina i wycięte znaki? – wtrąciła Nathalie.

Johan wzruszył ramionami.

– Czeka na ciebie w izolatce w piwnicy – odparł bez najmniejszych śladów sarkazmu. – Kent Runmark jest jednym z najbardziej nieprzyjemnych ludzi, jakich poznałem. Jakby się wgryzał w człowieka, niczym szczur przeżerający na wylot betonową podłogę. Powoli, lecz konsekwentnie, bez śladu dyskomfortu. Po jakimś czasie czujesz się tak, jakbyś to ty była oskarżona.

Nathalie próbowała ukryć westchnienie. Nudziło ją opisywanie pacjentów, jakby byli zmutowanymi wariantami Hannibala Lectera. Za największą groteską zawsze krył się człowiek, a jej zadanie polegało na tym, by go dostrzec.

– Zostało od niego pobrane DNA? – zapytał Tim Walter.

– Tak – odparł Johan. – Trzeba było do tego czterech kolegów z prewencji.

Nathalie wstała z niecierpliwością.

– Idziemy? – zapytała.

5

Sundsvall

2005

Kiedy stawał na palcach, widział dach jej domu. Był czerwony, zardzewiały i w wysokim lipcowym słońcu świecił jak żar. Każdego dnia, odkąd się wprowadziła w połowie lata, po śniadaniu, obiedzie i kolacji przez chwilę stał przy oknie w dużym pokoju i o niej myślał. Nawet kończył dzień w ten sam sposób, wtedy jednak pozwalał sobie stać kilka minut dłużej. Potem nosił w sobie wspomnienie jej uśmiechu, egzotycznych rysów i energicznych kroków do sypialni, ku marzeniom sennym.

Może to była miłość? Nigdy wcześniej nie był zakochany, więc nie miał pewności. Nie zdradził nikomu, co czuje, nawet starszemu bratu czy Oskarowi. Jak zresztą miałby to zrobić, skoro nawet nie potrafił sformułować w myślach tego, co czuje?

Miał zamiar z nią porozmawiać. Oczywiście nie odważył się na nic więcej niż nieśmiałe pozdrowienie skinieniem głowy, kiedy się spotykali w sklepie, w aptece albo na stacji benzynowej. Nie wiedział, kim jest ani skąd przyjechała, ale po ubiorze i stylu bycia poznał, że nie pochodzi ze wsi. Była w tym samym wieku co on i zawsze wydawała się zadowolona. Nie miał pojęcia, dlaczego kupiła stary dom wdowy Granhedenowej. Oskar słyszał we wsi, że była z Uppsali i zmęczyło ją miejskie życie.

Przeciągnął dłońmi po twarzy. Był spocony po malowaniu werandy i potrzebował prysznica. To był jeden z najcieplejszych dni lata, a ponieważ upierał się – jak zawsze, kiedy trzeba było coś zrobić w gospodarstwie – przy pracy w niebieskim kombinezonie roboczym, to choć pod spodem miał tylko majtki i siatkowy podkoszulek, organizm pracował na takich obrotach, że musiał się chłodzić. Jednak została mu jeszcze popołudniowa zmiana, prysznic musiał więc poczekać.

Wszedł do kuchni, wziął popołudniową tabletkę i popił ją wodą prosto z kranu. Pomyślał, że kiedy ponownie ją spotka, będzie musiał wziąć się w garść i coś powiedzieć. Jej dom był w tak złym stanie, że mógł zapytać, czy czasem w czymś jej nie pomóc. Czy to takie trudne?

Znał odpowiedź i to go przygnębiało. Skończył trzydzieści jeden lat i nigdy się nie zbliżył do kobiety. To było jak przekleństwo. Wbrew sobie oswoił się z tym, że będzie żył sam. Prawdopodobnie był zbyt nieśmiały i zbyt twardy w ten niewłaściwy sposób. Czasami miał wrażenie, że kobiety boją się jego grubiańskich żartów. A może jego silne, ale ciężkie ciało było nie takie jak trzeba? Inni mężczyźni uważali go za pewnego siebie i męskiego, lecz był tak skryty, że oprócz Oskara nie miał żadnych bliskich przyjaciół. Często słyszał, że żyje w swoim świecie. Uważał to stwierdzenie za dziwne, bo przecież można tak powiedzieć o każdym.

Uśmiechnął się i usłyszał w głowie dodające otuchy słowa Oskara: „Nic ci nie brakuje! Skoro ja się ustatkowałem, to ty też dasz radę”.

Oskarowi naprawdę się poszczęściło. Odkąd przepisano mu nowy lek, nie cierpiał już na depresję maniakalną i przestał pić. Eva-Marie była ciepłą i sympatyczną kobietą, a Oskar cieszył się z pracy w szpitalu. Przede wszystkim zaś, pomyślał, jeśli wszystko pójdzie, jak powinno, Oskar za miesiąc zostanie tatą.

Wziął talerzyk z kiełbasą i makaronem i włożył go do mikrofalówki na trzy minuty. Kiedy postawił na stole keczup i niskoprocentowe piwo, przyłapał się na tym, że gwiżdże piosenkę, którą rano usłyszał w radiu i której słów nie pamiętał.

Po obiedzie zamierzał pójść do Mikaela pomóc mu wyszczotkować konie i potrzymać krowę, która miała być operowana. Starszy brat coraz częściej potrzebował pomocy w przychodni weterynaryjnej i stajni. Robota była ciekawa i przyjemna, ale zaczynało jej być zbyt dużo. Muszę o tym z nim pomówić, postanowił, wykładając sól i sztućce na ceratę w zielono-białe pasy.

Spojrzał przez okno i natychmiast go zobaczył. Jej czerwony golf, najmniejszy i najczystszy samochód widziany w okolicy od dziesięcioleci. Serce zrobiło salto w klatce piersiowej. Stał jak sparaliżowany i patrzył, jak samochód przejeżdża żwirową ścieżką, aż się kurzy.

Podjął decyzję dokładnie w chwili, kiedy samochód zniknął mu z pola widzenia. Odruchowo sprawdził mikrofalówkę i kran, a następnie wyszedł z kuchni. Kluczyki do samochodu trzymał w jednej z zasuniętych kieszeni kombinezonu. Otwierając główne drzwi domu, czuł w sobie dziwną energię.

Kilometr dalej zobaczył jej samochód. Dokąd ona jechała? W sobotę sklep i stacja benzynowa były czynne. A może zmierzała do miasta?

Po chwili jego pobudzenie ustąpiło miejsca namysłowi. Co właściwie chciał zrobić? Może powinien zawrócić?

Jeszcze tylko kawałeczek, powiedział sobie.

Serce zaczęło mu szybciej bić, kiedy zjechała na parking przy jedynym sklepie spożywczym na wyspie. Nie stały tam prawie żadne samochody – nic dziwnego, bo był środek dnia, a temperatura dochodziła do trzydziestu stopni. Skręcił za golfem, w zasadzie też miał zrobić zakupy.

Wysiadła, równie sprężyście i elegancko jak zwykle. Miała sandały z jasnej skóry, opalone nogi i białe szorty. Do tego różową koszulkę polo. Kiedy zarzuciła krótko ostrzyżonymi włosami, opuścił szybę i wziął głęboki wdech, wciągając do płuc ciężkie, gorące powietrze.

Siedział w miejscu, dopóki nie zniknęła za drzwiami. Nikt nie mógł zobaczyć, że ją śledzi. Prawdopodobnie w ogóle nie zwracała na niego uwagi, zwykle tak było. Może to i lepiej.

Niepewnie spojrzał na drogę wiodącą z powrotem do domu i pomyślał, że tak będzie najprościej. Czyżby sobie wmawiał, że powinien teraz się odważyć i nawiązać z nią kontakt? Poza tym był spocony, miał na sobie roboczy kombinezon i swoje najmocniej poplamione farbą drewniaki.

Usłyszał w głowie głos Oskara: „Nie planuj zbyt wiele, pozwól rzeczom po prostu się dziać. Jeśli zaczniesz myśleć, będziesz zdenerwowany i wszystko się posra”.

Z tymi słowami niczym mantrą ruszył do wejścia. Wywęszył cząsteczkę jej zapachu – połączenie konwalii i cytrusów – i poczuł, jak w żołądku zawiązuje mu się supeł.

Jak w transie wziął wózek, przesuwając wzrokiem po otoczeniu. Nie dostrzegł jej i ruszył do stoiska z owocami. Na czole i policzkach czuł przyjemnie chłodne powietrze, próbował wymyślić, co powie.

Kiedy dotarł do owoców, zobaczył ją wyjmującą dwulitrowe odtłuszczone mleko z chłodziarki dziesięć metrów dalej. Zarzuciła jasnymi włosami i spojrzała na niego tak szybko, że nie zdążył odwrócić wzroku. Jej uśmiech wydawał się szczególnie biały na tle opalonej skóry i trafił go prosto w oczy, brzuch i kolana. Próbował odpowiedzieć uśmiechem, skinął głową w pozdrowieniu i wydusił z siebie „cześć”. Było wymuszone i tak właśnie zabrzmiało.

Przyjaźnie odpowiedziała na pozdrowienie i poszła dalej do lady z wędlinami. Chwila minęła. Wziął kiść bananów i upuścił ją do wózka. Przestraszył się, że słysząc huk, ona odwróci się i zapyta, co wyrabia, ale nie zrobiła tego, lecz przywołała sprzedawcę i zaczęła go pytać o sałatkę ziemniaczaną i wołowinę.

Wolno podjechał bliżej, zatrzymał się przy stojaku na przyprawy, wziął do ręki torebkę liści laurowych i udawał, że czyta napisy na odwrocie. Torebka zaszeleściła w jego wielkiej dłoni i spostrzegł, że ręka mu drży.

Przy kasie dopilnował, by między nimi znalazła się starsza kobieta, ale nadal nie spuszczał jej z oka. Patrzył na dłonie, na których nie było żadnych obrączek, na roześmiane oczy, które dodawały blasku jej tajemniczym rysom, wyglądającym jak stworzone przez szczęśliwego Boga. Pomyślał, jak by to było naprawdę do niej się zbliżyć.

Poczerwieniał od swoich myśli i wpatrywania się w nią. Zmusił się, aby spojrzeć na pierwsze strony popołudniówek. „Najlepsze pomysły na grilla” albo „Ciąg dalszy potwornych upałów” – wystarczyło wybrać. Wziął obie i uznał, że przynajmniej będzie miał dobrą podkładkę pod puszki z farbą.

Kiedy płacił gotówką, wyszła ze sklepu szklanymi drzwiami. Szybkim krokiem ruszył za nią. Rzucił „nie, dziękuję”, kiedy kasjer zapytał, czy chce paragon.

Słońce było kulą żaru, brakowało cienia.

Szedł w stronę forda z myślą, że będą kolejne szanse.

I wtedy to się stało. Kątem oka zobaczył, że reklamówka zahaczyła o drzwi samochodu, kiedy je otworzyła. Torba się rozerwała, a karton mleka i sałatka ziemniaczana osunęły się na ziemię.

Niewiele myśląc, podbiegł, przykucnął i chwycił karton mleka.

– Proszę – powiedział i poczuł, jak musnęła dłońmi grzbiety jego palców, spoglądając na niego z uśmiechem.

– Dziękuję.

Położyła towary na tylnym siedzeniu, a on nadal stał z wyciągniętymi rękami. Zdążył je cofnąć w ostatniej chwili, zanim z powrotem się odwróciła.

– Chyba się nie przywitaliśmy jak należy – oznajmiła.

Podali sobie ręce i się sobie przedstawili.

– Mieszkamy dość blisko – usłyszał własny głos.

– Tak, widziałam cię przed domem. Bardzo ładnie mieszkasz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Domino śmierci 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer