Paranoja

Paranoja

Autorzy: Katarzyna Miszczuk

Wydawnictwo: WAB

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.50 zł

Kontynuacja "Obsesji" autorki bestsellerowej serii Kwiat paproci Katarzyny Bereniki Miszczuk.

Lato w Warszawie, pomimo leniwej, wakacyjnej atmosfery, obfituje w serię dziwnych samobójstw. Lekarz medycyny sądowej Marek Zadrożny zaczyna przyglądać się kolejnym przypadkom. Wbrew opinii policji samobójstwa wydają mu się podejrzane. Na palcu jednej z ofiar znajduje kawałek czerwonej nitki. Podobny wyciąga z kieszeni innego zmarłego. Nikt jednak nie wierzy w jego teorie, a on sam zaczyna zastanawiać się, czy ma paranoję. Tymczasem Joanna Skoczek, wygadana lekarka psychiatrii, wraca do stolicy po urlopie. Wciąż usiłuje otrząsnąć się po tym, jak ledwie uniknęła śmierci z rąk tajemniczego wielbiciela. A może to także tylko paranoja?

Katarzyna Berenika Miszczuk

PARANOJA

Copyright © by Katarzyna Berenika Miszczuk, MMXVIII

Wydanie I

Warszawa, MMXVIII

Spis treści

Dedykacja

***

Prolog

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

22.

23.

24.

25.

26.

27.

28.

29.

30.

31.

32.

33.

34.

35.

36.

37.

38.

39.

40.

41.

42.

43.

44.

45.

46.

47.

48.

49.

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla mojej kochanej Mamy – Barbary

***

Paranoja – czyli obłęd, to przewlekła psychoza z zaburzeniami urojeniowymi przy nienaruszonej strukturze osobowości. Nie stwierdza się przy niej omamów ani schizofrenicznych zaburzeń myślenia. Paranoja charakteryzuje się występowaniem dobrze usystematyzowanych urojeń, głównie oddziaływania i prześladowczych. Urojenia to błędne osądy, kłócące się z doświadczeniem chorego oraz jego otoczenia, uważane przez niego za prawdziwe, oporne na wszelką perswazję. Dodatkowo mogą występować u pacjenta inne objawy psychopatologiczne, takie jak zaburzenia afektu czy złudy pamięciowe. Paranoja rzadko zakłóca społeczne funkcjonowanie jednostki, chociaż ze względu na podporządkowane urojeniom zachowanie chorego może powodować trudności w kontaktach społecznych oraz konflikty, także z prawem.

Definicja na podstawie: Psychiatria, podręcznik dla studentów medycyny, pod redakcją prof. dr. hab. n. med. Adama Bilikiewicza, wydawnictwo PZWL, Warszawa 2009

Prolog

Ekran telewizora rozjaśniał pełne mroku wnętrze. Błękitne błyski tańczyły po białych ścianach i szczelnie zasuniętych zasłonach z grubego, dobrze kryjącego materiału. Mężczyźnie nie przeszkadzała ciemność i zbyt jaskrawy, kłujący w oczy blask ekranu. Już się do tego przyzwyczaił. Przysunął do siebie kubek z parującą kawą. Zapach mielonych ziaren koił zmysły i sprawiał, że lepiej mu się myślało. Nawet nie musiał jej pić. Na stoliku przed sobą położył notatnik z bladożółtymi kartkami. Długim, ostro naostrzonym ołówkiem zapisał w nim dwa nazwiska i zamaszyście podkreślił je kilka razy.

Blok reklamowy, poświęcony głównie suplementom diety i środkom czystości, które pomogą usunąć brud z każdej powierzchni, wreszcie się skończył. Wesoła melodyjka programu śniadaniowego zakłuła mężczyznę w uszy. Nie cierpiał tej piosenki.

Kamera zrobiła najazd na wnętrze studia, by widz miał wrażenie, że wchodzi do środka. Kolorowe kanapy ustawione wśród roślin doniczkowych znajdowały się w pobliżu okna, za którym rozciągał się widok na warszawskie wieżowce. Szare Śródmieście sprawiało dość ponure wrażenie w porównaniu z żółcią i żywą czerwienią kanap oraz rozłożonych na nich poduch.

Rozparty na jednej z nich w swobodnej pozie prezenter posłał do kamery szeroki uśmiech. Nie mógł się powstrzymać, by nie mrugnąć porozumiewawczo do widzów.

– Witam państwa! Cieszę się, że zechcieli państwo spędzić z nami ten przepiękny sobotni poranek!

– Och, Sylwestrze, chyba nie wyglądałeś przez okno! Dzisiaj jest bardzo deszczowo! – zaoponowała siedząca obok niego prezenterka Lidia Zaręba.

Była wyjątkowo szczupła. Szeroki sweter i rozkloszowana spódnica miały zamaskować jej chorobliwą chudość, ale zapadnięte policzki i zauważalne cienie pod oczami sugerowały problemy z odżywianiem. Jej uśmiech był blady i wątły.

Prezenter zaśmiał się jowialnie, jakby usłyszał właśnie świetny dowcip, i wyciągnął rękę w stronę kanapy, na której siedziało dwóch mężczyzn. Kamera posłusznie przesunęła się i ukazała ich sylwetki. Jeden z nich miał na sobie szary mundur komisarza policji, w którym wyraźnie było mu zbyt gorąco, a drugi dopasowaną koszulę rozpiętą pod szyją oraz najzwyklejsze w świecie dżinsy.

– Drodzy państwo! Przedstawiam wam pana Sebastiana Pola, komisarza policji, oraz lekarza medycyny sądowej pana Marka Zadrożnego. To ten duet rozwiązał głośną sprawę wielokrotnego gwałciciela, który zwany był przez warszawską prasę brukową Dżinem. Panowie, czy złapanie tego nicponia sprawiło wam dużo trudności?

Prezenter odchylił się na oparcie kanapy, całą swoją sylwetką pokazując, że w studiu czuje się znakomicie. Prezenterka wręcz przeciwnie – przycupnęła obok niego, ledwie dotykając pośladkami poduszek.

Zaproszeni goście spojrzeli po sobie. Na spoconym czole Pola malował się mars niezadowolenia.

– Nie nazwałbym wielokrotnego gwałciciela i mordercy nicponiem – zaczął powoli komisarz i odchrząknął, co zarejestrował czuły mikrofon zamocowany do jego kołnierzyka.

Dźwiękowiec stojący za kamerzystą od razu zaczął majstrować przy pokrętłach.

– Poza tym nie możemy zdradzać szczegółów śledztwa – dodał sztywno Pol.

Na ustach Zadrożnego pojawił się uśmiech. Bawiły go męczarnie, które przeżywał kolega. Kamera zmieniła ujęcie i ponownie pokazała prezentera Sylwestra Kołozińskiego, który starał się ratować sytuację.

– W rzeczy samej, ciężko nazwać go nicponiem. To określenie nie wydaje się adekwatne. A co panowie sądzą o pseudonimie nadanym mu przez dziennikarzy? Okrzyknięto go Dżinem, ponieważ za każdym razem po dokonaniu zbrodni rozpływał się niczym obłok dymu, jakby przestawał istnieć. Czy policja także korzystała z przezwiska Dżin?

– Nie używaliśmy tego przezwiska… – zaczął Sebastian.

– …do pewnego czasu – wszedł mu w słowo Marek. – W którymś momencie określenie Dżin tak się przyjęło, że wszyscy go używali. Raz nawet sam zupełnie niechcący umieściłem je w raporcie.

– Proszę nam w takim razie opowiedzieć, jaka była pana rola w złapaniu tego groźnego przestępcy? – Prezenter postanowił kuć żelazo, póki gorące, i pociągnąć za język lekarza, który w porównaniu z jego kolegą wydawał się znacznie bardziej rozluźniony.

Widz siedzący przed telewizorem pochylił się w stronę ekranu. Na zbliżeniu twarzy prezentera dostrzegł w jego uchu małą słuchawkę w kolorze cielistym. Była ledwie widoczna, ale zapewniała prowadzącemu niezawodną pomoc redaktora do spraw merytorycznych i dodatkowo asystenta, który stale informował go, ile czasu pozostało do końca programu. Wyraz twarzy Sylwestra Kołozińskiego wskazywał na to, że pomocny redaktor szepcze mu do ucha wskazówki.

– Co robi lekarz medycyny sądowej? – zapytał prezenter.

– Praca lekarza medycyny sądowej to bardzo odpowiedzialne zadanie, choć niektórzy naśmiewają się z nas, że jesteśmy lekarzami ostatniego kontaktu. W gruncie rzeczy, gdyby nie my, policja często miałaby problem z odnalezieniem morderców bądź ustaleniem przyczyny zgonu. Śmierć zawsze zostawia po sobie ślady, tak samo jak morderca. My tych śladów szukamy. Za pomocą sekcji zwłok, dokładnych oględzin ciała, badań histopatologicznych czy toksykologicznych jesteśmy w stanie odtworzyć ostatnie chwile danej osoby. Dzięki temu możemy trafić na ślady, jak to się stało w przypadku Dżina.

– A jakie konkretnie ślady go zdradziły, jeśli można wiedzieć? – zapytała prezenterka.

– Próbki jego DNA znalezione pod paznokciami ofiar oraz ślady spermy – wyjaśnił Zadrożny. – Nie ma zbrodni doskonałych. Są tylko zbrodnie nie dość dokładnie przebadane.

– Ale jak to? – zdziwiła się prowadząca. – Co na przykład z legendarnym już Zodiakiem, który mordował na terenie Stanów Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych? Do dzisiaj nie został schwytany.

Kobieta przez chwilę sprawiała wrażenie zdekoncentrowanej. Widz siedzący przed telewizorem był przekonany, że właśnie dostawała przez słuchawkę reprymendę za to, że w porannym paśmie telewizyjnym pojawiło się słowo „sperma”.

– Nie został ujęty, ale jego sprawa jest ciągle otwarta, z tego, co mi wiadomo – odezwał się Sebastian Pol. – Cały czas trwają prace nad jego schwytaniem.

– Wiemy już, że lekarz szuka śladów na ciele – zagaił prezenter. – Policja skupia się więc na żywych i na poszukiwaniu śladów w miejscu zbrodni, prawda?

– Tak.

Kołoziński zamrugał zaskoczony krótką, wojskową wręcz odpowiedzią.

– Może nam pan komisarz opowiedzieć o tym coś więcej?

– Nie mam nic więcej do powiedzenia.

Widz parsknął przed telewizorem rozbawiony postawą komisarza policji. Mężczyzna w żadnym razie nie wzbudzał sympatii. Miał co prawda szczery wyraz twarzy, ale zachowywał się wyjątkowo nieprzystępnie. Jego stalowoszare oczy były cały czas poważne. Sprawiał wrażenie, jakby nie umiał się szczerze śmiać.

– Ja bardzo chętnie coś dodam. – Marek Zadrożny puścił oko do prezenterki, która spłoniła się po cebulki tlenionych na jasny blond włosów.

On z kolei stanowił całkowite przeciwieństwo sztywnego policjanta. Był rozluźniony, cały czas się uśmiechał i czarował. Ciemny dwudniowy zarost sprawiał, że Zadrożny wyglądał, jakby dopiero co wstał z łóżka. Widz miał wrażenie, że prezenterka właśnie gorączkowo się zastanawia, czy lekarz wygląda tak samo seksownie, gdy budzi się rano.

– Słuchamy pana doktora – zagruchała.

– Technicy kryminalistyczni sprawdzają wszystkie ślady. Kiedy znajdujemy się na miejscu zdarzenia…

– Miejsce zdarzenia? – wtrącił prezenter. – Skąd ta nazwa?

– To termin prawniczy. Dopóki nie ustalimy, czy w ogóle dokonano morderstwa, nazywamy tak miejsce odnalezienia ciała i cały obszar dookoła, w którym mogą znajdować się potencjalne ślady.

– A jakich śladów państwo szukają? Proszę tylko pamiętać, że o tej porze oglądają i słuchają nas również dzieci – przypomniał prezenter.

Zadowolony z siebie Marek zaczął opowiadać o próbkach DNA, o zabezpieczaniu miejsca zdarzenia taśmami policyjnymi albo specjalnymi namiotami. Widać było, że fascynował go ten temat, a praca sprawia mu dużo przyjemności.

Co innego można było wywnioskować z zachowania komisarza. Cały czas był spięty, wodził niespokojnym spojrzeniem od prowadzących program do lekarza. Kamerzyści starali się pokazywać jego twarz jak najkrócej.

Siedzący przed telewizorem widz zanotował kilka rzeczy na temat śladów, o których opowiadał Zadrożny. Ołówek gładko sunął po kartce w linie.

– Proszę nam jeszcze odpowiedzieć na jedno pytanie. Czy możemy uznać Dżina za seryjnego mordercę? W końcu jego ofiarami padło aż piętnaście kobiet.

– Nie. Zatrzymany nie był seryjnym mordercą, ponieważ zabił tylko dwie osoby, ale za to w wyjątkowo okrutny sposób. Pozostałe kobiety zostały przez niego tylko brutalnie napadnięte i zgwałcone. Musiałby pozbawić życia co najmniej trzy osoby, na dodatek w różnym czasie, byśmy mogli uznać go za seryjnego mordercę – wyjaśnił komisarz.

– Zbliża się przerwa reklamowa – zapowiedział prowadzący. – Co by nam panowie chcieli powiedzieć na sam koniec? Może jakiś optymistyczny akcent?

Marek posłał do kamery hollywoodzki uśmiech, którym z całą pewnością zjednał sobie niejedną kobietę.

– W imieniu komisarza Pola i swoim mogę tylko stwierdzić, że przestępcy w Warszawie nie mają z nami najmniejszych szans. A w każdym razie ci na Pradze-Północ, bo to rejon komisarza Pola.

Prezenterzy zaśmiali się, na ich twarzach odmalowała się ulga. Cały temat porannej rozmowy wydawał się mocno kontrowersyjny. W paśmie śniadaniowym rzadko rozprawiano na temat brutalnych gwałtów. Prowadzący program dziennikarze wyraźnie cieszyli się, że tę część ramówki mają już za sobą.

– Bardzo dziękujemy panom za udział w programie. Z takimi obrońcami prażanie mogą czuć się bezpiecznie! Widzimy się z państwem po reklamach, kiedy wystąpi zespół The Donuts Band. Tylko dzisiaj w WitajTV! – zapowiedział prezenter.

Kamera przesunęła się, ukazując zaciszny kącik studia nagraniowego, gdzie swoje instrumenty rozstawiali już członkowie zespołu. Wszyscy mieli wyraźną nadwagę.

– Następnie poznamy panią Justynę Zawleczną, prowadzącą w Warszawie kursy samoobrony dla kobiet. Udzieli nam kilku przydatnych wskazówek. Zostańcie z nami! Wracamy zaraz po reklamach! – dodała entuzjastycznie prezenterka.

Widz wyłączył telewizor i nagrywarkę. Płyta z nagraniem wysunęła się z urządzenia. W pomieszczeniu zrobiło się ciemno. Wstał powoli i z notatnikiem w dłoni ruszył w stronę komody stojącej pod oknem. Odłożył swoje zapiski na stos książek i sięgnął do grubych zasłon. Po chwili sypialnię mężczyzny zalało ostre światło porannego słońca.

Spojrzał jeszcze raz na notatki i podkreślił ołówkiem słowa „ślady” oraz „podpis mordercy”. Ukucnął i spomiędzy podręczników medycyny sądowej i profilowania kryminalistycznego wyciągnął stosunkowo gruby tom z biografiami najsłynniejszych morderców.

Poprawił notes na stosie książek, tak by leżał równo z ich krawędziami. Zadowolony z siebie musnął palcami biblioteczkę i wyszedł z sypialni.

1.

Starsza kobieta siedziała nieruchomo w swoim ulubionym fotelu. Obite pluszem siedzisko było wygniecione przez lata użytkowania, a dawniej czerwony, obecnie lekko różowawy materiał wytarł się na podłokietnikach i wyblakł od słońca wpadającego przez okna. Mimo to nie wyobrażała sobie, że mogłaby wyrzucić fotel na śmietnik. Stał się jej przyjacielem, jedną z niewielu stałych rzeczy w życiu. Gdy kilkanaście lat wcześniej postępująca choroba reumatyczna powykręcała jej stawy, a cukrzyca zniszczyła nerwy i doprowadziła do rozwinięcia się martwicy tkanek i amputacji prawej stopy, kobieta odkryła, że można zaprzyjaźnić się ze swoim fotelem, a także z mieszkaniem. Nigdy nie była osobą szczególnie aktywną, jednak postępujące kalectwo sprawiło, że całkiem zamknęła się w czterech ścianach. Nie miała wyboru, musiała je polubić, żeby nie zwariować.

Teraz jednym z jej największych wyczynów w ciągu dnia było przeniesienie prawie dziewięćdziesięcioletniego ciała z łóżka na fotel.

Westchnęła ciężko i spojrzała na stojącą naprzeciwko meblościankę z lat osiemdziesiątych. Płyty wiórowe polakierowane na wysoki połysk udawały drewno wiśniowe. Za lekko przykurzonymi szybkami skrywały się rosyjskie szklanki do herbaty w srebrnych koszyczkach i półmiski, na których można było położyć wigilijnego karpia.

Nie miała ani jednego zdjęcia dzieci i wnuków, na którym mogłaby zawiesić spojrzenie. Nie doczekali się potomstwa z mężem, który zmarł dwadzieścia lat wcześniej. Nawet psa oddali sąsiadce już dawno, bardzo dawno temu, ponieważ oboje byli zbyt zniedołężniali, by wychodzić z nim na spacer.

Kobieta zerkała więc na swoje odbicie w szybkach i drzwiczkach meblościanki. Wyraźnie widziała różowawy fotel, a w nim skurczoną sylwetkę wyglądającą na zbyt małą i kruchą. Na swojej twarzy dostrzegła przerażenie.

Spojrzała na automatyczny wstrzykiwacz do insuliny, którego używała od wielu lat. Był nieco większy od długopisu. Swoją grubością przypominał raczej wieczne pióro. Ze względu na specyficzny kształt większość ludzi nazywała go „penem”. Ona nigdy tak nie mówiła. Dla niej to był wstrzykiwacz.

Miała ochotę dotknąć cieniutkiej niczym włos igiełki, którą przed chwilą w nim zamocowała. Specjalnie na tę okazję założyła dzisiaj świeżą igłę. Nie wymieniała ich za każdym razem, tak jak zalecał producent. Nową wkładała dopiero wtedy, gdy poprzednia całkiem się stępiła albo wygięła od wbijania we włókniste i zgrubiałe od wielu zastrzyków w podbrzusze. Dzisiaj jednak był wyjątkowy dzień.

Przekręciła pokrętło na wstrzykiwaczu. Zamierzała podać sobie całą zawartość fiolki z insuliną. Na stoliku, przykrytym własnoręcznie wydzierganym przed kilkudziesięciu laty obrusem z kordonka, leżała kolejna fiolka.

Chciało jej się krzyczeć. Wiedziała jednak, że to na nic. Nikt z sąsiadów jej nie usłyszy. Większość z nich była o tej godzinie w pracy. Emeryci tacy jak ona powoli wymierali, a bloki z wielkiej płyty przejmowali młodzi ludzie na dorobku, którzy wpadali do wynajętych mieszkań tylko po to, żeby przespać się kilka godzin. Nawet nie mówili jej „dzień dobry”.

Jej jedyna przyjaciółka, równie wiekowa emerytka z mieszkania w końcu korytarza, była wprawdzie teraz u siebie, ale nie usłyszałaby nikogo. Była głucha jak pień i rozkręcała radio na cały regulator. Pomimo dużej odległości starsza pani w różowym fotelu świetnie słyszała audycję nadawaną w paśmie Radia Maryja.

Nikt nie przyjdzie.

Dłonie zaczęły jej drżeć. Z jednej strony ogarniało ją przerażenie na myśl o tym, co się zaraz stanie. Było jej żal, że już nie zobaczy promieni słońca, nie poczuje zapachu kwiatów lipy rosnącej za oknem. Jednak z drugiej strony wreszcie czekała ją wolność. Uwolni się od wytartego fotela, współczujących spojrzeń, niedołężności.

Dzisiaj odwiedził ją listonosz. Może z dzisiejszą pocztą wcale nie przyszły złe wieści?

– Nie będzie bolało – powiedziała sama do siebie.

Wbiła igłę.

2.

Stukot obcasów przeszedł w nieprzyjemny zgrzyt, gdy kobieta niespodziewanie poślizgnęła się na kafelkach. Jej noga wygięła się na wysokości zgrabnej kostki, gdy elegancki bucik zdradziecko stracił przyczepność. Blondynka zamachała rozpaczliwie rękami, usiłując złapać równowagę. Grzywa blond włosów, sięgających niemalże do pasa, zafalowała gwałtownie.

Marek Zadrożny otworzył usta, ale nie zdążył nawet powiedzieć słowa. Zresztą i tak nie miał najmniejszych szans, żeby ją złapać. Stał dobre pięć metrów dalej.

Ona jednak poradziła sobie bez jego pomocy.

– Uff – sapnęła.

Zafascynowany przyglądał się, jak obfite i zdecydowanie nienaturalne piersi jego towarzyszki unoszą się w rytmie przyspieszonego oddechu. Był pełen szczerego podziwu. Lekko się zasapała, ale zdołała utrzymać równowagę na kilkunastocentymetrowych szpilkach, wykonując jedynie kilka wymachów rękami, które zdobiły ostre tipsy.

Uznał, że musiała mieć w tym doświadczenie.

– Masz śliską podłogę – skrytykowała, wydymając usteczka. – Lepiej usiądę.

Z przesadną ostrożnością zeszła z fragmentu posadzki pokrytego marmurowymi płytkami i z ulgą stanęła na dębowej klepce parkietowej. Marek zaczął się zastanawiać, czy jej obcasy nie zostawią na deskach śladów.

– Przepraszam – odparł, bo wydawało mu się to na miejscu. – Napijesz się może wina?

– Masz białe? – zapytała. – Wybielałam w tym tygodniu zęby, nie mogę pić niczego z barwnikami.

Spojrzał na swoje ulubione czerwone półwytrawne wino, które mógł pić litrami. Z westchnieniem pochylił się do szafki, w której trzymał trunki. Na szczęście miał też jedną jedyną butelkę białego wina, którą kupił kiedyś przypadkiem i zupełnie o niej zapomniał.

Gdy się odwrócił, żeby z uśmiechem potwierdzić, spostrzegł, że dotarła do kanapy. Potężny zestaw wypoczynkowy tkwiący pośrodku salonu pełen był różnokształtnych poduszek. Wszystkie, o co zadbał tuż przed wyjściem, były odwrócone przodem do wnętrza kanapy. Teraz z lekkim przerażeniem dostrzegł, że zaciekawiona dziwnym ułożeniem kobieta zaczęła je przekładać.

Jej piękna twarz z wysoko osadzonymi kośćmi policzkowymi, firanką rzęs z futra norki i całuśnymi ustami wzbogaconymi kwasem hialuronowym skrzywiła się z niesmakiem na widok wyhaftowanych na poduszkach kotków. Otaczający ją urok opalonej laleczki z porcelany zniknął jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Zniesmaczona zaczęła na powrót odwracać wszystkie poduszki w zasięgu swoich rąk.

– Szlag by to! – zaklął pod nosem mężczyzna i czym prędzej zaczął otwierać wino.

Miał szczerą nadzieję, że zdoła ją upić, zanim kobieta dostrzeże poduszki stanowiące dość kontrowersyjny, lecz nieodłączny element wystroju jego salonu.

– Proszę, Andżeliko! – Pospieszył w jej stronę z kieliszkami.

Nalał zdecydowanie więcej, niż przewidywały zasady savoir-vivre’u, ale go to nie obchodziło. Teraz zależało mu tylko na tym, żeby kobieta jak najszybciej wypiła trunek i zapomniała o nieszczęsnych poduszkach. Liczył, że skupi się na wielkim telewizorze, kominku, antykach albo przeszklonych drzwiach prowadzących na taras. Nie spodziewał się, że od razu sięgnie po poduszki.

Niemalże wepchnął jej kieliszek w dłoń i czym prędzej usiadł na jednej z poduch w kotki, żeby zasłonić haft własnym ciałem. Posłał jej zawadiacki uśmiech, który – co wiedział z doświadczenia – zawsze działał.

Tym razem nie podziałał. Szok na widok poduszek z krzywymi podobiznami baraszkujących kotków musiał być zbyt silny.

Taksujące spojrzenie Andżeliki prześlizgnęło się po wnętrzu apartamentu. Marek poczuł ulgę, gdy zawędrowało w bezpieczniejsze rejony. Był naprawdę dumny ze swojego mieszkania. Aranżował je przez wiele lat i jeśli pominąć poduszki, które namiętnie wyszywała jego bratanica i z upodobaniem umieszczała je na kanapie, każdy element pasował tu idealnie.

– Ładne mieszkanie – pochwaliła, pociągając duży łyk wina.

– Dziękuję.

– Jest twoje czy wynajmujesz? – zapytała.

– Tak, jest moje.

Oparł się wygodnie i objął Andżelikę. Z uśmiechem wtuliła się w jego ramię i odrzuciła włosy na plecy, by nie zasłaniały jej głębokiego dekoltu.

Zorientował się, że osuszył już niemalże cały kieliszek. Zdał sobie też sprawę, że zaczyna wyglądać na zdesperowanego. Ręce pociły mu się jak nastolatkowi, a krew szaleńczo pulsowała w żyłach. Skarcił się w myślach. Nie wiedział, dlaczego tak bardzo stresuje go dzisiejsza randka. Wieczorne spotkania z pięknymi kobietami, niemalże zawsze kończące się w łóżku, były stałym elementem jego życia.

To spotkanie różniło się jednak od pozostałych i właśnie w tym doszukiwał się teraz powodu własnego zdenerwowania. Złamał swoją najważniejszą zasadę. Umówił się na randkę z kobietą młodszą od siebie o ponad dziesięć lat. Zwykle tego nie robił, obawiał się, że nie nawiązałby porozumienia z dużo młodszą dziewczyną. Uważał, że przed zaprowadzeniem jej do sypialni wypadałoby chociaż o czymś porozmawiać.

Tymczasem kobieta siedząca obok niego miała niespełna dwadzieścia trzy lata. Niby tylko trzynaście lat różnicy, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że molestuje właśnie jedną ze swoich studentek.

Kolejnym powodem do zdenerwowania był fakt, że była to jego pierwsza randka od kilku miesięcy. Wcześniej zwyczajnie nie miał ochoty na żadne spotkania. Dużo myślał o pewnej lekarce, która nagle wyjechała i nie raczyła odbierać jego telefonów. Joasia Skoczek zdecydowanie zbyt długo zajmowała jego myśli. Czuł, że przez to wyszedł z wprawy.

– Coś nie tak? – zapytała Andżelika.

– Co? Nie! Ja…

Jej dłoń oparła się na jego kolanie i wolno przesunęła się wzdłuż nogawki dżinsów w stronę krocza.

Zerwał się z kanapy i zapytał:

– Masz jeszcze ochotę na wino?

Zaskoczona zamrugała, ale nie straciła animuszu. Poprawiła włosy i oblizała usta.

– Czyżbyś chciał mnie upić i wykorzystać? – zachichotała.

Coś mu się przewróciło w żołądku na dźwięk jej piskliwego śmiechu. Zaczął się zastanawiać, dlaczego wcześniej nie zauważył, że ona tak się śmieje.

– Nie zrobię niczego, na co byś się nie zgodziła – zapewnił.

– Och, zgadzam się na wszystko – odparła niefrasobliwie.

Podążyła za nim do otwartej na salon kuchni. Stawiała ostrożne kroki, żeby tym razem obcasy nie straciły przyczepności. Zerkał na jej powolny, zmysłowy krok, gdy nalewał nową porcję wina do kieliszków. Znowu przesadził. Poziom alkoholu zdecydowanie przewyższał najszersze miejsce kieliszka. Ledwie się powstrzymał, żeby nie nalać do pełna.

Andżelika oparła się o barowy blat naprzeciwko niego, wypychając swój pokaźny biust do przodu. Początkowo Marek był zauroczony licznymi walorami swojej dzisiejszej wybranki. Kobieta, w jego oczach jeszcze dziewczyna, prezentowała się ślicznie. Gdy jedli kolację w restauracji, był świadomy zazdrosnych spojrzeń innych mężczyzn. Łechtało to jego próżność i chyba tylko dlatego zabrał ją do swojego mieszkania, choć obawiał się, że nadal będzie opowiadała wyłącznie o najmodniejszych ćwiczeniach i diecie znanej celebrytki, która sprawia, że piersi wyglądają wyjątkowo jędrnie.

Bandażowa sukienka w kolorze amarantowego różu tak ściśle oplatała ciało Andżeliki, że nie musiał się nawet zastanawiać, co jej właścicielka ma pod spodem. Był głęboko przekonany, że nie włożyła żadnej bielizny. Po kilku chwilach pożałował jednak, że odebrała mu zabawę w typowanie koloru majtek.

– Często chodzisz na siłownię? – zagadnęła, po czym niby przypadkiem przesunęła palcami po wargach, a potem powiodła nimi wzdłuż szyi, aż do dekoltu.

– Szczerze mówiąc, to nie – odparł. – Tamtego dnia odwiedzałem kolegę. Poci się codziennie z nadzieją, że ćwiczenia wypełnią pustkę w jego życiu.

Andżelika wydęła usta i pogroziła mu palcem.

– Ja bardzo lubię chodzić na siłownię i zapewniam, że moje życie nie jest puste.

– Nie śmiałbym twierdzić inaczej. Po prostu wolę pływanie.

Podał jej kieliszek. Tym razem to ona opróżniła go prawie jednym haustem. Odgięła swoją łabędzią szyję i przełknęła alkohol, jakby to była woda.

– Nie lubię pływać – skwitowała. – Czepek niszczy włosy.

– W takim razie chyba muszę częściej chodzić na siłownię, skoro można poznać tam takie piękne kobiety – stwierdził.

– Już nie musisz poznawać nikogo innego! – Mrugnęła do niego porozumiewawczo.

Marek zaczął się zastanawiać, czy jego najlepszy przyjaciel Sebastian jeszcze kiedykolwiek się do niego odezwie. Nie okłamał Andżeliki, nie cierpiał siłowni. Zdecydowanie bardziej wolał spędzać czas na świeżym powietrzu lub pływać niż wdychać zapach potu otaczających go ludzi. Seba był pod tym względem jego całkowitym przeciwieństwem – uważał, że wszystkie ćwiczenia powinno się wykonywać pod nadzorem trenera, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Poza tym panicznie bał się otyłości prześladującej mężczyzn z jego rodziny, więc katował się na osiedlowej siłowni niemalże codziennie.

Odwiedzając tam przyjaciela, Marek zauważył, że Seba zerka na Andżelikę, i dla żartu ją zagadnął. Jak znał komisarza, ten odezwałby się do niej chyba tylko w momencie, gdy ktoś przystawiłby mu pistolet do głowy. Przebojowość chłopaka z blokowiska znikała zupełnie, gdy musiał odezwać się do kobiety, która mu się podobała.

Ubrana w obcisły różowy trykot Andżelika niespodziewanie zagustowała w Marku, a nie w umięśnionym i mocno spoconym Sebastianie.

– Byłeś na siłce z kolegą, prawda? – zapytała. – Kojarzę go. Przychodzi codziennie, tak jak ja. Ma niezłe ciało.

– To Sebastian. Znamy się od…

– Jest lekarzem tak jak ty? – przerwała mu.

– Nie, jest policjantem.

– A jakim jesteś lekarzem? – Szybko straciła zainteresowanie jego kolegą. – Chirurgiem? Chirurdzy są bardzo sexy.

Marek nie miał wątpliwości, że ciała ponętnej Andżeliki dotykały niejedne ręce chirurga odziane w jednorazowe rękawiczki. Był ciekaw, ile blizn na nim znajdzie. Obstawiał, że pod jej krągłymi piersiami na pewno znajdują się kilkucentymetrowe ślady po wszczepieniu implantów.

– Ja też kroję ludzi, ale nie jestem chirurgiem – odparł dyplomatycznie.

Doświadczenie nauczyło go, że zawód lekarza medycyny sądowej nie był tak poważany przez potencjalne partnerki jak inne lekarskie specjalności. Nie spotkał jeszcze kobiety, którą podnieciłaby myśl, że sunące po jej ciele dłonie tego samego dnia dotykały rozkładających się zwłok. Chyba tylko proktolodzy mieli gorzej od niego. Marek nie potrafił sobie wyobrazić motywów, które skłaniały ludzi do wyboru tej ścieżki kariery. Był przekonany, że musiała się z tym wiązać jakaś głęboka trauma.

Andżelika opróżniła kieliszek i odstawiła go z brzękiem na kamienny blat.

– Mhm, masz takie duże dłonie – zagruchała i złapała go za rękę. – Na pewno świetnie radzisz sobie ze skalpelem.

Przez chwilę nawet rozważał, czy nie powiedzieć jej od razu, jaką ma specjalizację. Kilka razy udało mu się nawet zaintrygować partnerkę swoim zawodem. Ich fascynacja gwałtownie malała jednak w momencie, gdy wyjaśniał, że serial CSI to fikcja. Znikała zaś zupełnie, gdy odkrywały, jaka jest pensja lekarza medycyny sądowej i że czasami taki lekarz po powrocie z pracy śmierdzi.

Nie powinno go to dziwić. Nawet rodzice się go wyparli, gdy zamiast wybrać prestiżowy zawód, postanowił kroić trupy. Pierwszy lepszy psychiatra stwierdziłby prawdopodobnie, że wybór specjalizacji był wywołany chęcią zirytowania rodziny i zbuntowania się wobec prawniczej tradycji. Marek doskonale zdawał sobie z tego sprawę. To między innymi dlatego nie lubił psychiatrów.

Andżelika przysunęła do siebie jego rękę i położyła ją na swoim dekolcie.

Sunąc palcami po jej piersiach, Marek niespodziewanie pomyślał o Asi – doktor Joannie Skoczek, młodej rezydentce specjalizującej się w nielubianej przez niego psychiatrii. Przypomniał sobie jej ciemne loki i zadziorne spojrzenie. A także biust i zgrabne nogi. Mógł się założyć o własne życie, że jej ciało nie miało żadnego kontaktu ze skalpelem chirurga plastycznego.

Niestety nigdy nie udało mu się przekonać o tym osobiście.

– Dlaczego się uśmiechasz? O czym myślisz? – zagadnęła Andżelika.

– O tym, jak pięknie wyglądasz – skłamał gładko.

– Nalej mi jeszcze wina – zażądała.

Z ulgą zabrał dłoń. Zaczął się zastanawiać, jak wyplątać się z randki i grzecznie pożegnać Andżelikę. Nie był pewien, czy uda mu się to zrobić.

Kobieta, wyczuwając jego dystans, odwróciła się i przeszła kilka kroków w stronę kanapy. Tam pochyliła się, udając, że poprawia but. Ciasna sukienka podjechała wyżej, ukazując gołe pośladki, pomiędzy którymi próżno było doszukiwać się chociażby sznurka stringów.

Nie ma bielizny, skonstatował Marek, przyznając sobie jeden punkt za domyślność.

Przypomniał sobie czarne koronkowe majtki, które nie tak dawno wysłał w prezencie Joannie. Gdy spotkali się w knajpie, w której grał wieczorami na gitarze, uratował ją przed kłótnią z chirurgiem, z którym była na randce. Potem odprowadził ją do mieszkania i gnany ciekawością wprosił się do środka. Tam w bałaganie panującym w niewielkiej kawalerce dostrzegł pod kaloryferem porzucony koronkowy stanik. Zawstydzona Joanna wyjaśniła mu, że to jej kot musiał go tam zawlec.

To dlatego później, dla żartu, a także z sympatii, podarował jej na poprawę nastroju majtki. Czarne, koronkowe – takie, jakie najchętniej by z niej zdjął, gdyby tylko mu na to pozwoliła.

Nie lubił psychiatrów i nie uważał ich za lekarzy, ale Joanna zachwyciła go od pierwszego wejrzenia. Chciał z nią rozmawiać, chciał jej słuchać, chciał ją poznać, chciał zobaczyć ją nagą. Ona jednak uparcie odrzucała jego awanse.

Marek dopił kieliszek wina, żeby zmyć gorycz, którą poczuł. Kilka miesięcy temu Joanna o włos uniknęła śmierci – w dużej mierze dzięki jego pomocy. Zaraz potem, lekko odurzona, zgodziła się pójść z nim na randkę.

A później zniknęła.

Spakowała walizki i z ukochanym kotem pod pachą wyjechała z Warszawy. Nie zostawiła żadnej wiadomości, żadnej wskazówki. Nawet Sebastian nie wiedział, gdzie się podziała. Kadrowe w jej szpitalu też nie miały żadnej informacji, a potem postraszyły Marka policją, jeśli nie przestanie im się naprzykrzać.

Mógł mieć tylko nadzieję, że nie uciekła do byłego męża, który ją zdradzał i z którym się rozwiodła.

Zadrożny zganił się za to, że jego myśli odpłynęły od wspaniałego ciała dziewczyny poznanej na siłowni.

Andżelika w tym czasie nie próżnowała. Kierując się w stronę kanapy, rozpięła suwak swojej sukienki. Gdy tylko zamek puścił, materiał skurczył się do rozmiarów przypominających ubranko dla lalek.

Zaskoczony tak szybkim biegiem wydarzeń Marek otworzył szeroko usta i niemalże upuścił kieliszek. Andżelika poruszyła kilka razy biodrami i pozbyła się amarantowej szmatki.

Stała teraz przed nim goła i perfekcyjna, jak ją Pan Bóg na spółkę z chirurgiem stworzyli.

– Na co czekasz? – zapytała, opierając dłonie na biodrach. – Chcesz mnie przelecieć czy nie? Znudziła mi się już ta rozmowa.

– Ja…

Odwróciła się i kręcąc pośladkami, podeszła do kanapy. Zaczęła zrzucać na ziemię poduszki.

– Nie wiem, o co biega z tymi kotami. Są paskudne – skwitowała.

– Wyszyła je moja bratanica – wyjaśnił.

– Ale to nie znaczy, że musisz je tu trzymać.

Położyła się na boku niczym modelka czekająca tylko, aż ktoś namaluje jej akt. Jedna z piersi uniosła się lekko, odsłaniając białą bliznę, wyraźnie jaśniejszą na tle skóry opalonej za pomocą lamp UV.

– Do diabła, starzeję się… – mruknął Marek i westchnął, podejmując decyzję.

– Co ty tam mówisz?

– Poduszki leżą na kanapie, bo moja dziesięcioletnia bratanica tutaj mieszka – wyjaśnił, stając w bezpiecznej odległości. Nie zamierzał uprawiać seksu z Andżeliką, ale chciał chociaż popatrzeć, skoro już mu to bezwstydnie umożliwiła.

Usteczka kobiety ułożyły się w idealne „o”.

– Wychowuję ją. – Widząc brak zrozumienia na twarzy kobiety, dodał jeszcze: – Mieszka ze mną od kilku lat.

– A żonę też masz?

– Nie, nie jestem żonaty.

– Jesteś więc samotnym mężczyzną wychowującym nie swoje dziecko? – uściśliła. Zerwała się z kanapy i złapała porzuconą wcześniej na stoliku torebkę. Wyciągnęła telefon komórkowy. Jej palce zaczęły gorączkowo stukać w ekran.

Marek się zdziwił. Myślał, że chwyci raczej sukienkę niż komórkę.

– Kiedy tak to ujmujesz, faktycznie nie brzmi to dobrze – zgodził się. – Mogę zapytać, co robisz?

– Zamawiam sobie taksówkę – odparła oburzona.

– Ale…

Odłożyła telefon i podniosła sukienkę. Z fascynacją przyglądał się, jak Andżelika usiłuje się w nią wcisnąć. Materiał był elastyczny, niemniej krój stroju sprawiał wrażenie, jakby mógł pomieścić ledwie jedno udo kobiety.

– Uznałem, że powinnaś wiedzieć – stwierdził.

– No i dobrze, do cholery, że mi powiedziałeś. Może jeszcze jest teraz w mieszkaniu?!

– Nie, nocuje u sąsiadki, która pełni funkcję jej przyszywanej babci.

Przestała się szarpać z sukienką, gdy zdołała ją przepchnąć przez biodra. Jej piersi falowały w powietrzu w rytm urywanego oddechu. Marek poczuł, jak ogarnia go zniechęcenie. To zdecydowanie nie była udana randka. Żałował teraz, że zaprosił Andżelikę. Tylko zrobił z siebie idiotę.

Poza tym obawiał się, że Seba go teraz znienawidzi i zastrzeli przy pierwszej lepszej okazji. Wszyscy lubili Sebastiana, zwłaszcza prokurator rejonowa Natalia Świetlik. Był pewien, że Seba nie dostanie za tę zbrodnię sprawiedliwego wyroku. Zatuszują śmierć Zadrożnego. Marek był jednak teraz tak przygnębiony, że nawet nie było mu z tego powodu przykro.

– Słuchaj! Rzadko kiedy się mylę – oświadczyła, wciągając sukienkę na jedną pierś. Druga wciąż sterczała zawadiacko, uparcie opierając się właścicielce.

– Może pomogę…

– Do kurwy nędzy! – Szarpnęła cyckiem i zapięła sukienkę. – No, wreszcie!

Miał ochotę zaklaskać, ale nie był pewien, czy nie dostanie w twarz.

– Wracając do tematu, ja naprawdę rzadko się mylę! – Wycelowała w niego palec. – Wpadłeś mi w oko na siłowni i cię wyhaczyłam. W ogóle nie wyglądałeś na samotnego tatuśka. Nie powinnam była tego przegapić. Muszę to wszystko przemyśleć.

– Oczywiście. – Pokiwał głową.

– Ja jestem jeszcze młoda.

– Oczywiście.

– Ty jesteś już w średnim wieku.

O mało się nie zakrztusił.

– Nie przepadasz za siłownią – wymieniała dalej, licząc na palcach. – A teraz jeszcze się dowiaduję, że masz dziecko?

– Technicznie rzecz biorąc, wychowuję dziecko, sam nie mam jeszcze dzieci – wyjaśnił.

– Jeden pies. Chociaż trzeba przyznać, że mieszkanie masz fajne, na dodatek na Saskiej Kępie. No i jesteś lekarzem – westchnęła z żalem.

Telefon w kieszeni Marka zaczął wibrować. Westchnął ciężko, miał tylko nadzieję, że to nie jest nagłe wezwanie do zgonu. Dzisiaj nie miał dyżuru pod telefonem.

Zobaczył imię na wyświetlaczu i szepnął zdumiony:

– Joanna…

– Słucham?

– Opiekunka do dziecka – skłamał. – To musi być coś ważnego. Niestety muszę cię przeprosić. Pewnie będę musiał odebrać małą. Może wymiotuje albo ma biegunkę. Kto wie? Może to nawet jakaś choroba zakaźna, wysypka… Wiesz, dzieci tak mają.

Lekko poczerwieniała.

– To ja już chyba pójdę. – Zerknęła na wyświetlacz telefonu. – Moja taksówka właśnie przyjechała. Może do ciebie jeszcze zadzwonię, ale nie obiecuję.

– Oczywiście, doskonale to rozumiem. Przemyśl sobie wszystko!

Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, dotknął zielonej ikonki umożliwiającej odebranie połączenia.

Redaktor inicjujący: Agnieszka Trzeszkowska

Redaktor prowadzący: Anna Salwa

Redakcja: Justyna Żebrowska

Korekta: Urszula Niewirowicz

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Fotografie wykorzystane na okładce: © Piotr Serafin, © momentimages/Tetra Images/Getty Images

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 48

tel./faks (22) 828 98 08, 395 75 78

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-6187-3

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Paranoja Przesilenie Obsesja Obsesja. T. 1 Żerca Noc Kupały 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer