Z raju do piekła

Z raju do piekła

Autorzy: Jen Waite

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 25.13 zł

Psychopaci to manipulatorzy. Osobnicy pozbawieni skrupułów. Niezdolni do skruchy.

A co, gdyby się okazało, że z jednym z nich stanęliście na ślubnym kobiercu? Że osoba, z którą związaliście swoje życie, nigdy tak naprawdę nie istniała? Gdyby to wam przydarzyło się to, co „przydarza się tylko innym”?

Jen kocha swojego męża Marco. Seksowny, zabawny, jest jej najlepszym przyjacielem. Jen czuje się przy nim jak prawdziwa księżniczka. Gdy na świat przychodzi ich dziecko, wydaje się, że cudowniej już być nie może. Trzy tygodnie później przez przypadek natrafia na mejl, którego nigdy miała nie przeczytać i który wywraca jej życie do góry nogami.

Marco zarzeka się, że to zwykłe nieporozumienie, a Jen rozpaczliwie próbuje odbudować zaufanie do męża. Odkrywa jednak tyle kłamstw i dowodów niewierności, że nie mieści jej się to w głowie. Zamiast cieszyć się macierzyństwem, zdezorientowana i udręczona, resztkami sił próbuje dojść do prawdy. Obsesyjnie stara się znaleźć jakiś niezbity dowód, że to, co ją łączyło z Marco, nie jest tylko urojeniem, że nie popadła w obłęd. Stopniowo jej uparte i żmudne poszukiwania przynoszą szokujące, ale – koniec końców – wyzwalające odkrycie: Marco to podręcznikowy psychopata.

Z raju do piekła to wstrząsająca i inspirująca opowieść o kobiecie, która znajduje w sobie zdumiewające pokłady siły, gdy wszystko, w co dotąd wierzyła, okazuje się ułudą.

Jen Waite mieszka z córką w Maine. Zamierza ukończyć studia, by zostać dyplomowanym psychiatrą i pomagać osobom pragnącym wydostać się z toksycznych związków.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Od Autorki

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

PRZEDTEM

POTEM

DYM

ISKRY

PRAWDA JAK OGIEŃ

WSTAJE NOWY DZIEŃ

PODZIĘKOWANIA

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: A BEAUTIFUL, TERRIBLE THING

Redakcja: Agnieszka Niegowska

Korekta: Natalia Celer / Słowne Babki

Projekt okładki: Magda Kuc

Zdjęcie na okładce: Wulf Voss/EyeEm/Getty Images

This edition published by arrangement with Plume, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca 2018

Copyright © for the Polish translation by Berenika Janczarska 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 9788380159044

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla V.

Wszystko jest dla Ciebie. Wszystko. Wszystko.

„Z ust Matki Bożej prawdę poznałem

Co jak ogień gorze,

Że niebo czarne się staje,

I wyżej wznosi się morze”

G.K. Chesterton, Ballada o białym koniu

Od Autorki

Ta książka jest zapisem mojego osobistego doświadczenia. Terminy „socjopata” i „psychopata” są powszechnie stosowane na określenie osoby cierpiącej na zaburzenia osobowości. Choć poczyniłam wiele odkryć, opierając się na osobistych przeżyciach i obserwacjach, nie jestem specjalistą w dziedzinie psychiatrii, wobec czego moje stwierdzenia nie mają mocy diagnozy klinicznej.

Powietrze pulsuje. Trzymając na kolanach naszą trzytygodniową córkę, wpatruję się w ekran komputera, który używamy do spółki z mężem, i czuję, jak ściskają mi się trzewia. Czytam pierwszą linijkę mejla i żołądek podchodzi mi do gardła. Próbuję wziąć głęboki oddech, ale nie daję rady zaczerpnąć powietrza. Niechże to dziecko się uspokoi… Na pewno jest jakieś logiczne wytłumaczenie tego, co widzę. To jakieś kosmiczne nieporozumienie. Mąż mi to wyjaśni i wszystko będzie w porządku. Nie ma powodu, by podnosić alarm. Jak tylko usłyszę jego głos, oddech wróci. Jedną ręką przytrzymuję małą, która cały czas płacze, drugą sięgam po komórkę.

PRZEDTEM

Marco. To on, czułam to w trzewiach, to ten mężczyzna. W końcu zrozumiałam, co to znaczy, że coś się „po prostu wie”. Wiedziałam, że to Marco. Po prostu. Poznałam go w restauracji Square, gdzie oboje pracowaliśmy. Zatrudniłam się jako kelnerka, bo z aktorstwa i modelingu, którymi się parałam, nie dało się utrzymać. Dwa lata po ukończeniu college’u rzuciłam pracę analityka w funduszu hedgingowym i postanowiłam zostać pełnoetatową aktorką. Jak to mówią, raz kozie śmierć. W teorii brzmiało to wspaniale. Ale rok później tułałam się z przesłuchania na przesłuchanie, z castingu na casting, a największym sukcesem, jaki miałam na koncie, była reklama wódki. Poszukiwano „blondynki, ładnej, ambitnej, o szwedzkiej urodzie”. Pierwsze odhaczone, drugie odhaczone (acz z pewnym wahaniem), trzecie odhaczone i ostatnie także. W efekcie powstało moje opus magnum – dwadzieścia sekund gapienia się w oczy faceta o ciosanej twarzy, którego poznałam kilka godzin wcześniej, i stukania kieliszkiem o kieliszek. Kelnerowanie – by opłacić rachunki – to dość oklepany schemat, ale było jedynym wyjściem, a poza tym wprowadziło w moje codzienne życie jakiś ład.

Pierwszego dnia na szkoleniu w Square, modnej restauracji położonej kil ka przecznic od mojego mieszkania, przy wielkim okrągłym stole wraz z dziesięcioma innymi pracownikami słuchałam Bruce’a, drobnego żywiołowego menedżera, omawiającego „etykietę i standardy obsługi”. Była to moja druga praca w charakterze kelnerki – w pierwszej restauracji, tej sieciowej w centrum miasta (jedyne miejsce, które zatrudniało pracowników bez doświadczenia), przepracowałam tylko dwa miesiące. Bruce dreptał po sali w tę i we w tę, pokazując nam, kiedy podawać noże do steku, a kiedy do masła, ja zaś w tym czasie lustrowałam spojrzeniem twarze osób siedzących przy stole. Zatrzymałam wzrok na ciemnobrązowych oczach jednego z barmanów, wysokiego Latynosa z czarnymi, gładko zaczesanymi włosami i skórą w odcieniu mokki. Sądząc po akcencie, już od dłuższego czasu mieszkał w Stanach – mówił płynnie, pewnie. Gdy nasze spojrzenia przelotnie się skrzyżowały, posłał mi niewymuszony uśmiech. Odwróciłam wzrok, modląc się, by na twarzy nie wystąpił mi rumieniec.

Dawno temu przekonałam się, że najlepsza strategia na przetrwanie w Nowym Jorku to mieć się cały czas na baczności; w rodzinnym Maine natomiast miałam chłopaka i choć był to związek na odległość, byłam w nim szczęśliwa. Jeff, bo tak mojemu chłopakowi było na imię, miał jasnobłękitne oczy, kręcone kasztanowe włosy i sylwetkę wyrzeźbioną od codziennej pracy na budowie. Gdy zobaczyłam go nago, pomyślałam, że oto jakiś grecki bóg zstąpił z Olimpu. Nigdy wcześniej nie widziałam na żywo takiego ciała. Poznaliśmy się, gdy pojechałam na wakacje do domu, by zaopiekować się mamą, która dochodziła do siebie po operacji. Lato się skończyło, a ja wróciłam do Nowego Jorku. Nasze wypełnione pijaństwem noce spędzane na jego kanapie przeszły w długie godziny rozmów telefonicznych, a to, co miało być przelotną miłostką, przerodziło się w romans, który trwał już rok. Nasz związek, sprowadzający się do wymiany esemesów i sporadycznie spędzanych razem weekendów, był uroczy w swej prostocie, a Jeff potrafił rozśmieszyć mnie do łez.

Szkolenie dobiegło końca; spakowałam notes i długopis i zsunęłam okulary na czubek głowy. Już stałam przy drzwiach, choć nikt inny jeszcze nie odszedł od stołu, gdy nagle poczułam, że ktoś jest za mną. A potem otwiera przede mną drzwi. To ten Latynos.

– Jen, dobrze zapamiętałem?

Doskonale, gdyby nie to, że w jego ustach zabrzmiało to jak „Dżin”.

– Mhm, tak. Wybacz, właśnie…

– Marco. Starszy barman. Bruce prosił, bym po spotkaniu rozdał wszystkim te pakiety pracownicze, ale uciekłaś, zanim zdążyłem… – powiedział, podając mi zwinięte w rulon kartki papieru.

– Och, przepraszam. Właśnie… Dzięki.

Nie miałam teraz wyboru – musiałam spojrzeć mu prosto w oczy i się uśmiechnąć.

– Widzę, że bardzo się śpieszysz – rzucił, mrugając porozumiewawczo, i odszedł, zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć.

Nazajutrz ćwiczyliśmy przy barze, by sprawdzić, jak szybko barmani uwiną się z drinkami.

– Wbij teraz trzy drinki na trzy różne zamówienia. Raz, raz, raz. – Bruce zwrócił się do mnie szeptem i potarł dłonią o dłoń.

Wbiłam trzy różne drinki.

– Ach! Margarita z jalapeño dla… Dżin – powiedział Marco, odczytując pierwsze zamówienie.

Spurpurowiałam. Wydrukowało się kolejne zamówienie.

– I mohito dla Dżin – kontynuował Marco z półuśmieszkiem.

Odwzajemniłam go, gdy przyszło trzecie.

– Martini z cytryną, bez lodu. Czekajcie… Niech zgadnę… – Podniósł wzrok i zrobił wymowny grymas. – Dla Dżin!

– Sorry – rzuciłam ze śmiechem, kierując się do baru. – Zlecenie od Bruce’a – wyszeptałam, gdy podeszłam wystarczająco blisko.

– Nie przepraszaj – odparł. – Przygotowując je, będę miał przynajmniej miły widok.

– Aha – rzuciłam, zmuszając się, by spokojnie zaczerpnąć powietrza, a potem równie spokojnie wypuścić je przez nos.

Ostatniego dnia szkolenia, wieczorem, przed planowanym na kolejny dzień otwarciem restauracji dla przyjaciół i rodziny właścicieli, wszyscy jednogłośnie postanowiliśmy pójść na drinka do baru dwie przecznice dalej. Udałam się do łazienki, by zdjąć uniform.

– Idziesz do Doyle’a, Dżin?

Gdy podniosłam wzrok, zobaczyłam, że w moim kierunku idzie Marco z małą sportową torbą w ręku.

– Tak. Muszę się tylko przebrać.

– To zaczekam na ciebie. Wszyscy już poszli – powiedział z uśmiechem.

– Okej… Zaraz będę gotowa.

Serce mi waliło, gdy wkładałam dżinsy i luźny podkoszulek. Wyszłam przez główną salę. Marco czekał na mnie przy dużych szklanych drzwiach wejściowych.

– Pani przodem. – Przytrzymał drzwi.

– A jednak rycerze nie są wymarłym gatunkiem – rzuciłam z krzywym uśmiechem.

– Taki już mój latynoski urok. Mam go w genach – odparł zupełnie poważnie.

– Czyżby?

Gdy w drodze do Doyle’a dotknęliśmy się na chwilę ramionami, wstrzymałam oddech. W barze usiedliśmy z resztą personelu. Ja obok Andrew, kelnera ze świecącą łysiną i z wielkimi śnieżnobiałymi zębami, który natychmiast uraczył mnie opowieścią o problemach, jakie ma ze swoim obecnym chłopakiem. Marco zamówił dwie wódki z wodą gazowaną – jedną postawił przede mną.

– Podwójna wódka dla Dżin.

Obdarzył mnie uśmiechem.

Gdy siadał naprzeciw mnie, ni stąd, ni zowąd naszła mnie myśl: ten mężczyzna będzie moim mężem. Aż się wzdrygnęłam. Upiłam łyk przez słomkę, skupiając się na chłodnym płynie spływającym mi po gardle. Przez następną godzinę rozmawiałam i żartowałam z Andrew i Karly, wysoką kelnerką o blond włosach. Dotąd Karly wydawała mi się niedostępna, ale po dwóch piwach okazała się słodką trzpiotką z Kalifornii. Powiedziała, że udaje zołzę, by uniknąć zalotów ze strony pomocników kelnerów, którzy najwyraźniej czuli do niej szczególny pociąg, choć przewyższała ich prawie o głowę. Cały czas miałam w pamięci, że Marco siedzi naprzeciw mnie, i chociaż oboje byliśmy pogrążeni w rozmowach z różnymi osobami, czułam, że każde słowo i każdy gest kieruję tylko do niego.

Gdy podwójna wódka zrobiła swoje, rozluźniając mięśnie i zarumieniając policzki, przywarłam kolanem do jego kolana. Przez chwilę nie działo się nic, a potem poczułam napór. Nie daliśmy po sobie poznać, co dzieje się pod stołem, i reszta towarzystwa nic nie zauważyła.

Około drugiej wszyscy się pożegnali, a ja rzuciłam w stronę Marca:

– Na pewno zamówiłeś mi podwójną? Straszna słabizna.

– W takim razie zamówię ci jeszcze jednego. Nie pozwolę ci odejść z poczuciem niedosytu – powiedział z uśmiechem i zamiast wyjść ze wszystkimi, skierował się do baru.

Karly zatrzymała się w drzwiach.

– Nie idziecie? – spytała.

– Nie, wypijemy jeszcze po jednym. Do zobaczenia jutro!

„Wyhamuj” – wyszeptał jakiś głos w mojej głowie. A ja, zamiast go posłuchać, upiłam duży łyk drinka, który Marco właśnie przede mną postawił.

Chciał wiedzieć o mnie wszystko. Patrzył na mnie w bardzo szczególny sposób, przenikliwy i pełen zgęstniałego napięcia, jakbym była jedyną osobą w barze. Opowiedziałam mu o dorastaniu w małym miasteczku na wybrzeżu Maine. O dzieciństwie na piaszczystych plażach i kąpielach w lodowatej wodzie, od której dostawałam bólów głowy. O nocnych gonitwach w berka z dzieciakami z okolicy. O rodzicach – czułych, ciepłych, zabawnych, ale surowych, kiedy trzeba – i o tym, jak wszyscy mi ich zazdrościli. Mama pięła się po szczeblach menedżerskiej kariery w korporacji L.L. Bean, a tata był informatykiem. Opowiedziałam Marcowi o tym, jak ojciec oznajmił, że rzucił pracę i zamierza założyć własną firmę. Nawet jako jedenastolatka wiedziałam, że to coś wyjątkowego, powód do dumy, ale mimo to czułam niepokój. Jego dwa pierwsze przedsięwzięcia biznesowe okazały się klapą, no i widywaliśmy się coraz rzadziej, bo pracował coraz dłużej. Mama dostawała migren. Atmosfera w naszym domu po raz pierwszy stała się napięta. Wreszcie po czterech latach i trzech plajtach rodzice zawołali mnie i siostrę do jadalni i wskazali gazetę leżącą na kuchennym stole. Maleńka notka zakreślona długopisem oznajmiała: „Cimaron zagarnięty przez AMCC”. Zapiszczałyśmy z radości. Firma taty została kupiona przez większe przedsiębiorstwo – nie poznałyśmy szczegółów, ale od tego dnia atmosfera w domu się rozluźniła.

Nie mam zwyczaju dużo mówić o swojej przeszłości, ale Marco patrzył na mnie takim wzrokiem, jakby widział mnie na wskroś, jakby wiedział, kim naprawdę jestem. O wszystko pytał i gdy doszłam do opowieści o Jeffie, cała spurpurowiałam. Marco skwitował to uśmiechem i zaczął mówić o sobie. Zrewanżował się opowieścią o dorastaniu w Argentynie, o wakacjach na wsi u dziadka, o królikach, którymi się tam opiekował (dopiero dużo później wyznał, że wiele z nich skończyło na ich talerzach), o wakacyjnej wyprawie do Stanów Zjednoczonych, na którą udał się w wieku osiemnastu lat (po ukończeniu wojskowej szkoły średniej) z mamą, tatą i ze straszą siostrą. Ta podróż odmieniła jego życie. Po spędzeniu tygodnia w Nowym Jorku zakochał się w żywiole tego miasta i choć po angielsku potrafił wydukać zaledwie pięć słów, odmówił wejścia na pokład samolotu, który miał ich zawieźć do domu. To był instynkt, decyzja podjęta w ułamku sekundy, która zaowocowała zupełnie nowym życiem w obcym kraju, w najbardziej ekscytującym mieście świata. Pięć lat później, gdy miał zaledwie dwadzieścia trzy lata i pracował jako barman, jego dziewczyna, Polka, zaszła w ciążę. Zerwała z nim, gdy ich dziecko miało rok. Marco został w Nowym Jorku, bo chciał być blisko syna. Błagał swoją partnerkę, by dla dobra rodziny walczyła o ten związek, ale ona zamieszkała już z kimś innym. Dała mu tydzień na zabranie rzeczy z mieszkania, by mógł się do niego wprowadzić jej nowy chłopak. To było siedem lat temu.

– Nikomu nigdy nie mówiłem o tym wszystkim – powiedział powoli, podnosząc wzrok, wbity dotąd w splecione dłonie.

– Tak mi przykro. To… – Wysunęłam dłoń i musnęłam jego ramię.

Chciałam wiedzieć o nim wszystko, ale on odchrząknął i się uśmiechnął.

– Chyba zaraz zamykają. Dopijaj.

Nachyliłam się, by wysączyć przez słomkę resztkę wódki.

– Nie rób tak.

– Czyli jak? – spytałam.

– Nie nachylaj się tak.

Zerknęłam na swój dekolt, bardzo głęboki dekolt.

– No właśnie. Chyba już na mnie czas…

Marco odprowadził mnie. Pod domem przytuliliśmy się do siebie. Gdy nasze ciała do siebie przywarły, poczułam, jak przeszywa mnie prąd.

– Lepiej uciekaj do środka – rzucił Marco ze śmiechem. – Bo jak nie, to jeszcze spróbuję cię pocałować. A nie chciałbym wyjść na głupka.

Poczerwieniałam, ucieszona.

– Dobranoc, Marco.

– Dobranoc, Dżin.

POTEM

Wrzaski Louisy wypełniają mi uszy i zalewają obszar mózgu odpowiedzialny za podejmowanie decyzji. Mój umysł, zwykle lotny i bystry, utknął w miejscu. Mam trudności ze sformułowaniem najprostszej myśli. W jednej ręce wciąż trzymam telefon; na drugiej leży Lulu. Przeglądam ostatnie połączenia i znajduję Mi Amor, ale zanim naciskam „Połącz”, mój umysł się otrząsa. Odkładam telefon na stolik. Znowu patrzę na mejl. Jest prawie sprzed dwóch tygodni, z dziewiątego stycznia. Dwa tygodnie temu byłam z Lulu w Maine u rodziców. Szef Marca w pierwszych tygodniach stycznia wziął urlop, i Marco miał rzekomo urwanie głowy w Angel’s Wing, modnej restauracji w centrum miasta, w której jest menedżerem.

– Kochanie, powinnaś pojechać z Louisą do Maine. Nie będę w stanie ci pomagać, a czułbym się paskudnie, wiedząc, że wszystko jest na twojej głowie.

Pomyślałam wtedy: „Mój kochany mąż pracoholik… żyły sobie wypruje, żebyśmy tylko mieli co włożyć do garnka…”. Byłam dumna, że mam przy swoim boku tak troskliwego człowieka, człowieka, który zrobi wszystko, by jego rodzinie niczego nie zabrakło, nawet jeśli miałby tyrać przez czternaście godzin na dobę. Tamtego ranka, pierwszego stycznia, gdy wyjeżdżałam z Lulu do Maine, pocałowałam go na pożegnanie i wybuchłam płaczem.

– Skarbie, nie płacz. To tylko parę dni. No proszę, nie płacz już – powiedział.

– Wiem, wiem. Przepraszam – wydukałam między jednym szlochem a drugim. – To hormony. Kocham cię, jak nie wiem co.

– Ja ciebie też. Bardzo.

W tamtej chwili nie potrafiłam wytłumaczyć, dlaczego czasami, ni stąd, ni zowąd, zalewała mnie fala miłości do mojego męża. Nie miało to nic wspólnego z hormonami.

Dlaczego czasami śniło mi się, że go tracę? Budziłam się wtedy gwałtownie i gdy uświadamiałam sobie, że leży obok, oddychałam z ulgą, a potem długo wpatrywałam się w pieprzyk pod jego okiem, podczas gdy on cicho pochrapywał. Zaczęłam do niego mówić: „Kocham cię, jak nie wiem co”, bo wydawało mi się, że słowo „bardzo” nie pomieści całej mojej miłości.

Otworzyłam komputer po raz pierwszy od trzech tygodni, jakie upłynęły od narodzin Louisy. I teraz znowu spoglądam na mejl. Przebiegam wzrokiem po dzisiejszej dacie widniejącej w prawym górnym rogu. Dwudziesty stycznia. Niezdarnie przesuwam kursor do wiersza z tytułem „Spotkanie”. Marco przesłał mejl do kogoś innego – do jakiejś kobiety. Kłucie w brzuchu narasta, w głowie nadal coś nie zaskakuje; neurony nieruchomieją i zerkają po sobie niespokojnie, zamiast łączyć się i tańczyć jak zazwyczaj. Mimo mętliku w głowie udaje mi się zalogować do Facebooka. Wolną ręką wpisuję w wyszukiwarkę obco brzmiące imię „Viktorija”. Wyświetla się profil. I jeden wspólny znajomy. Mój mąż. Źle to wygląda.

PRZEDTEM

Miałam wolny dzień i rano przygotowywałam się do trzech przesłuchań, które czekały mnie po południu. Jedno do reklamy psiej karmy, drugie do alternatywnego teatru i trzecie do popularnego programu telewizyjnego – zwyciężczyni miała w nim wyrecytować dwie linijki tekstu. Na każdym musiałam inaczej się zaprezentować i na każde inaczej się ubrać. Ledwo mi się zmieściły do plecaka ubrania, buty i kosmetyki, potrzebne na cały ten dzień.

Wszystkie trzy przesłuchania poszły dobrze. Nie źle, nie wspaniale, po prostu dobrze. W zasadzie skończyły się, zanim do mnie dotarło, że w ogóle się zaczęły. Z każdego wychodziłam z duszą na ramieniu. Przymilne „Dziękuję” rzucane przez reżyserów brzmiało jak: „Nie będę o tobie pamiętał dłużej niż pięć minut, ale dzięki za fatygę”. Po wszystkim poszłam na stację, rozmyślając o tym, jakie popełniłam błędy.

Dźwięk telefonu przywrócił mnie do rzeczywistości. „Drink u Doyle’a?”

Serce mi przyśpieszyło, a wszystkie myśli o aktorskich porażkach rozpierzchły się wobec perspektywy zobaczenia Marca. Było wpół do piątej. Trochę wcześnie na drinka, ale myśl o zaszyciu się w ciemnym chłodnym barze woniejącym starym piwem i orzeszkami wydawała się cudownie wyzwalająca. Nie miałam żadnych planów, żadnych obowiązków, donikąd się nie śpieszyłam, nikt na mnie nie czekał. Poza Jeffem.

„Tylko jeden drink – powtarzałam sobie. – Jeden drink z kolegą z pracy to żaden grzech”. „Za pół godziny” – odpisałam i pobiegłam w dół po schodach, żeby złapać pociąg wjeżdżający na stację.

Marco miał na sobie czarny T-shirt, pod którym zarysowywały się jego szczupłe umięśnione ramiona. Na przedramieniu miał wytatuowany cytat z Nietzschego: „Gdy zbyt długo patrzysz w czeluść, czeluść zaczyna patrzeć na ciebie”. Był seksowny i tajemniczy, i nagle zapragnęłam go ponad wszystko. Usiadłam obok niego przy barze i przebiegłam palcem po tatuażu.

– Dość posępne – stwierdziłam.

– Zrobiłem go sobie, gdy zostawiła mnie matka mojego syna. Miałem wtedy dwadzieścia pięć lat. Postanowiłem, że już nigdy więcej nie będę szukał szczęścia.

Powiedział mi, że po odejściu Natalii, czyli matki Seba, związał się z dziewczyną z Europy Wschodniej Tanią, hostessą pracującą w tym samym miejscu co on. Uprzedził ją, że nadal kocha kogoś innego i nie jest gotów na poważny związek, ale wyszło tak, że zostali ze sobą siedem lat. Smutnych siedem lat, wypełnionych kłótniami i nieufnością. Spytałam, po co w takim razie tak długo tkwili w tym związku. Odpowiedział, że był dla nich obojga niczym kula ortopedyczna; żadne z nich nie było szczęśliwe, ale oboje bali się, że po zerwaniu zostaną z niczym. W końcu przed kilkoma miesiącami rozstali się.

Marco uciekł wzrokiem.

– Muszę ci o czymś powiedzieć – rzucił.

– Tak?

Rytmicznie stukałam pod stołem nogą o ziemię, a potem zaplotłam ręce na kolanach. Przeczuwałam to. Ma dziewczynę. Ale zaraz przypomniałam sobie, że ja też mam chłopaka.

– Jestem tu nielegalnie. Mieszkam w Stanach od dwunastu lat jako nielegalny imigrant. Nie mogę pojechać do domu i odwiedzić rodziny, pracuję tylko na czarno. Kilka miesięcy temu zmarła moja babcia, a ja nie mogłem nawet pojechać na pogrzeb i się z nią pożegnać… – Głos mu się załamał.

Przez chwilę milczeliśmy, a ja szukałam właściwych słów. Marco przysunął krzesło bliżej do stołu, tak że nasze kolana otarły się o siebie.

– Wiesz… nie miałem złudzeń co do tego, że mogę być jeszcze szczęśliwy… dopóki nie poznałem ciebie…

Spojrzał na mnie z taką mieszaniną smutku i strachu, że aż zakręciło mi się w głowie. Zanim się zorientowałam, już się ku niemu pochylałam. Musnął dłonią mój policzek, nasze usta się spotkały i rozwarły. Serce mi waliło. Spletliśmy języki i zapomnieliśmy o Bożym świecie. Ten pocałunek był inny. Na dwadzieścia sekund teleportowałam się na drugą planetę, na której istniał tylko Marco. Gdy się od niego odsunęłam, przypomniawszy sobie, że nadal jesteśmy w barze, a barman stoi kilka metrów od nas, spojrzał na mnie czule i założył mi kosmyk za ucho.

– Rany… – powiedział z przeciągłym westchnieniem.

– Chcesz pójść do mnie? – spytałam pośpiesznie.

„Co ty wyprawiasz?” – krzyczał jakiś głos w mojej głowie.

Weszliśmy do mojego mieszkania i poprowadziłam Marca do sypialni. Gdy położył mnie na łóżku i zaczął powoli rozpinać koszulę, całować mnie po szyi, piersiach, brzuchu, rozpłakałam się. Splótł swoje palce z moimi.

– Mogę przestać – wyszeptał.

Przytaknęłam, nie będąc w stanie wydusić z siebie ani słowa, zawstydzona, że wyszłam na oszustkę, a nie na podniecającą, żądną przygód „niegrzeczną dziewczynkę”, jaką chciałam zgrywać. Usiadł obok mnie i pocałował czule, ocierając mi łzy kciukiem.

– Przepraszam. Kretynka ze mnie – wybełkotałam. – Myślałam, że to łatwe, ale… Nigdy dotąd nikogo nie zdradziłam i…

– W porządku. Nie musisz przepraszać.

Pocałował mnie raz jeszcze i objął w talii. Pocałunek przybrał na intensywności.

Tym razem to ja sięgnęłam do jego spodni, by rozpiąć mu pasek. Miałam kontrolę nad sytuacją i w miejsce lęku zupełnie nagle pojawiła się odwaga. Wciągnęłam Marca na siebie, wprowadziłam do środka; przez cały czas patrzyliśmy sobie w oczy. A gdy było po wszystkim, nie czuliśmy ani niezręczności, ani rozczarowania, które zwykle pojawiają się po pierwszym razie z kimś nowym. Leżeliśmy tak i patrzyliśmy sobie w oczy, a ja myślałam o tym, że muszę zerwać z Jeffem.

Gdy pół godziny później Marco zbierał się do wyjścia, nasz pożegnalny pocałunek na nowo nas rozpalił. Marco przycisnął mnie do ściany, obrócił, ściągnął dżinsy i wszedł we mnie gwałtownym pchnięciem, aż przygryzłam wargę, na pół w ekstazie, na pół w nerwach, bo w każdej chwili mogła wrócić moja współlokatorka. Gdy zamknęły się za nim drzwi, jeszcze oszołomiona, wolniutko wróciłam do sypialni i znowu się rozpłakałam. Dopadła mnie rzeczywistość.

Następne kilka dni pamiętam jak przez mgłę. Bez przerwy myślałam o Marcu.

Z Jeffem zerwałam, gdy przyjechał do mnie następnym razem. Powiedziałam mu, że związek na odległość nie ma sensu, że mamy różne priorytety, ale tak naprawdę chodzi o to, że poznałam kogoś innego i sprawy zaszły już za daleko. Płakałam, bo on płakał, ale było to jak zerwanie plastra z rany – chwilowy ból, potem lekkie pieczenie, które wkrótce ustaje.

W te dni, w które miałam zmianę razem z Markiem, dosłownie biegłam do pracy susami. Kiedyś weszłam do restauracji rano i od razu sprawdziłam rozpiskę wywieszoną w szatni. Marco przyjdzie za kilka godzin! Szybko przebrałam się w czarną koszulę i spodnie, przez cały czas uśmiechając się i nucąc pod nosem.

– No, no, widzę, że humor dopisuje. Udana randka? – spytał Andrew, który właśnie wparował do przebieralni.

– Nie. Po prostu jestem szczęśliwym człowiekiem. Nie każdy musi mieć zołzowatość w oczach jak ty i Karly – odparłam z uśmiechem.

– Zaraz, zaraz, przecież ty jesteś z Maine… Zupełnie zapomniałem… A Maine to kraina szczęśliwych ludzi. Pomieszkaj w Nowym Jorku trochę dłużej, to zobaczysz. Odechce ci się podśpiewywać i szczerzyć od ucha do ucha. Zamiast „dzień dobry” będziesz mówić „suń się, zdziro”.

Roześmiałam się.

– Niewykluczone. Czyż nie uczę się od mistrzów?

– Tak jest, skarbie – rzucił na odchodne.

Kilka godzin później, gdy Marco szykował się do swojej zmiany, podeszłam ukradkiem do baru.

– O, cześć. – Przywitał się. – Nie wiedziałem, że dzisiaj pracujesz.

– Mam dwie zmiany.

– O rany. – Uśmiechnął się, a potem ściszył głos: – No to już po mnie.

– Co się stało? – spytałam, rozglądając się wokół.

– To się stało, że jak cię widzę, robię się bardzo, ale to bardzo wesoły – odparł. – Rzuciłaś na mnie jakiś urok czy co?

Ponieważ właśnie minął nas Bruce, Marco powiedział nienaturalnie głośnym tonem:

– Jen, pomożesz mi przynieść beczkę z chłodni? Podpinamy ciemne ale.

– Przysłać wam do pomocy któregoś z chłopaków? – rzucił Bruce.

– Nie, nie – odparowałam pośpiesznie. – Damy radę. Jestem silniejsza, niż wyglądam. – A gdy szliśmy przez kuchnię, spytałam szeptem: – Naprawdę podpinamy ciemne ale?

– Może tak… A może nie… – odpowiedział Marco z szerokim uśmiechem.

Zamknął za nami drzwi chłodni i objął mnie ręką w talii.

– Cześć – powiedział.

– Cześć.

– Masz pojęcie, jaka jesteś śliczna? – spytał, zgarniając mi pasmo włosów z czoła.

– A ty zdajesz sobie sprawę, jaki jesteś banalny? – skwitowałam ze śmiechem, czując na ciele dotyk jego palców i napierający tors.

– E tam, to właśnie mój latynoski urok – odparł.

Zastanawiałam się, czy Marco czuje, jak wali mi serce. Przechylił głowę, ujął mój podbródek, przyciągnął mnie do siebie i złożył mi na ustach długi namiętny pocałunek.

– Mógłbym cię tak całować cały dzień – powiedział, a mnie serce zabiło jeszcze mocniej. – Ale niestety ktoś może zauważyć naszą nieobecność.

– I przemarzlibyśmy na kość – dodałam.

– Nie martw się. Znalazłbym jakiś sposób, żeby nas rozgrzać. – I puścił do mnie oko.

– Muszę wracać do moich stolików – oznajmiłam i ruszyłam do drzwi.

– Hej, a beczka?

– Myślałam, że to podstęp.

– Skądże. Po prostu chciałem połączyć przyjemne z pożytecznym.

Przez kolejne kilka tygodni każda sekunda wypełniona była myślami o Marcu. Ilekroć byliśmy razem, czułam się jak odurzona. Miałam dziwne poczucie, że po raz pierwszy widzę świat w kolorach i że nawet nie wiedziałam, iż dotąd oglądałam go w odcieniach szarości. Wysyłaliśmy do siebie setki esemesów dziennie; gdy co rano czytałam wiadomości od Marca, zalewała mnie fala endorfin: „Dzień dobry, piękna”, „Pobudka, bóstwo ty moje”, „Jak to możliwe, że dajesz mi tyle szczęścia?”. W pracy zachowywaliśmy się jak para zadurzonych w sobie nastolatków – choć staraliśmy się udawać obojętnych, ponosiliśmy sromotne porażki. Spotykaliśmy się w szatni, by wymienić słone gorące pocałunki, tym bardziej namiętne i szaleńcze, że w każdej chwili mogliśmy zostać nakryci. Często chodziliśmy ze wszystkimi do Doyle’a i zawsze zostawaliśmy na „jeszcze jednego drinka”. Gdy wszyscy inni wychodzili, Marco przysuwał się do mnie, muskał mnie palcem po szyi i opowiadał o swoich marzeniach, by któregoś dnia otworzyć własny bar. Ja zaś zwierzałam się, jak bardzo się boję, że nie uda mi się odnieść sukcesów w aktorstwie, a to jedyna rzecz, jaką naprawdę chciałam robić.

Tyle że nie było to już prawdą. Bo teraz najbardziej na świecie pragnęłam być z Markiem. Chciałam, żeby to było moim pełnoetatowym zajęciem. Nie miało znaczenia, gdzie i co robimy, po prostu chciałam być blisko niego, na zawsze.

Pod koniec września Marco oznajmił, że jego siostra, która mieszka w Danii razem ze swoim mężem bankierem, urodziła pierwsze dziecko, synka imieniem Domenico. Poprosił mnie, żebym poszła z nim wybrać prezent dla maluszka. Spotkaliśmy się u Bloomingdalesa. Było piękne roziskrzone popołudnie. Marco otoczył mnie ramieniem; wjechaliśmy na piętro z konfekcją dziecięcą. Powoli przechadzaliśmy się między wieszakami, macając śpioszki po pięćdziesiąt dolarów, przebiegając palcami po jedwabnych dziecięcych kimonach, oglądając kostiumik kąpielowy za czterysta dolarów z falbaniastą różową spódniczką z tiulu i cały czas się śmialiśmy. Atmosfera drogiego domu towarowego, sposób, w jaki Marco nachylał się, by pocałować mnie w szyję, cudowna nowość dziecięcych ubranek – wszystko to upoiło mnie silniej niż jakakolwiek wódka. W końcu postanowiliśmy kupić maleńką białą koszulkę z zarysem panoramy Manhattanu, elegancką i idealną dla turystów.

W drodze na parter Marco wyciągnął mnie z windy i poprowadził do Forty Carrots, gdzie zamówił dla nas małą porcję mrożonego jogurtu z polewą z masła orzechowego. Sprzedawczyni wręczyła nam kopiasty kubeczek jogurtu – spirala bieli zwieńczona górą białej czekolady i masła orzechowego.

– To najpyszniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek jadłam – powiedziałam, gdy Marco wsunął mi łyżeczkę do ust.

– Byłem pewien, że ci posmakuje – odparł, zanurzając łyżeczkę w kubku i wkładając mi do ust kolejną porcję.

Po trzeciej łyżeczce zaproponowałam, żeby sam spróbował.

– O nie, nie znoszę masła orzechowego – odrzekł z uśmiechem.

– Jak to? To dlaczego je zamówiłeś? – spytałam.

– Wspomniałaś kiedyś, że je uwielbiasz.

Marco z zadowoleniem patrzył, jak się zajadam deserem.

– Warto tylko patrzeć, jak to cię uszczęśliwia – powiedział i włożył moje palce sobie do ust, zlizując z nich resztki jogurtu. – Chyba nigdy się tobą nie nasycę – dodał, przyciągając mnie do siebie tak blisko, że aż poczułam, jak narasta jego podniecenie.

„Doskonale wiem, co masz na myśli” – westchnęłam w duchu.

POTEM

– Czy mogę prosić Marca? – pytam uprzejmie, starając się opanować drżenie głosu.

– Chwileczkę – odpowiada hostessa.

Czekając, znowu zerkam na mejl. „Moja dziewczyna i ja zdecydowaliśmy się na inne mieszkanie, ale dziękuję Panu za poświęcony czas”. Dziewczyna, dziewczyna, dziewczyna. Dlaczego mój mąż nazywa mnie swoją dziewczyną? I o jakim mieszkaniu mowa? Przyglądam się zdjęciu profilowemu, które wyświetla się na drugiej połowie ekranu. Spogląda na mnie blondynka w futrze. Ma wielkie ciemne okulary osadzone nisko na nosie, pociągnięte błyszczykiem usta ściągnęła w dzióbek. Długie proste włosy spływają aż do pasa. Viktorija Novak.

– Słucham? Mówi Marco. – Głos mojego męża sączy mi się do ucha, głos silnego asertywnego Marca profesjonalisty.

– Masz romans! – wrzeszczę.

Louisa wybucha równie gwałtownym krzykiem. Wstrzymuję oddech. Chyba nigdy wcześniej, przez całe pięć lat, jakie wspólnie przeżyliśmy, nie podniosłam na niego głosu. Prawie nigdy się nie sprzeczamy. Zawsze świetnie się dogadujemy, a te kilka kłótni, które się między nami wywiązały, załagodziliśmy paroma głębokimi oddechami i spokojną rozmową. Gdzieś w środku jestem pewna, że Marco mi wszystko wytłumaczy i wszystko zamienimy w żart. To będzie pierwsza absurdalna kłótnia świeżo upieczonych rodziców z powodu jakiegoś idiotycznego nieporozumienia. „Ona naprawdę myślała, że tuż po narodzinach Louisy wdałem się w romans z jakąś dyskotekową dziunią w futrze” – wyobrażałam sobie, jak opowiada naszym znajomym. Wszyscy będą się śmiali z tak niedorzecznego pomysłu. Jakżeby Marco – facet znany z chorobliwej obsesji na moim punkcie – mógł mnie kiedykolwiek zdradzić? Ale gdzieś w środku, tak w głębi, czai się wątpliwość. Siedzę z telefonem przyciśniętym do ucha, wstrzymując oddech, i czekam na to coś w głosie mojego męża, co uśmierzy mój niepokój.

– Kochanie – mówi spokojnie. – Co ty wygadujesz?

– Czytałam twój mejl – odparowuję. – Do agenta nieruchomości. Napisałeś w nim „moja dziewczyna”. Co to, do cholery, znaczy, Marco?

Parska śmiechem. Ten głupkowaty szczery, pełen niedowierzania śmiech jest najsłodszym dźwiękiem, jaki kiedykolwiek słyszałam. Wyraża właśnie to, co przewidywałam: jedno wielkie nieporozumienie. Teraz Marco mi wszystko wytłumaczy i między nami będzie dobrze.

– Kotku, po pierwsze, nie mam żadnego romansu. Uwierz mi. Nigdy bym cię nie zdradził. Jesteś całym moim życiem. Skarbie? Chcę, żebyś wbiła to sobie do głowy. Jesteś moim życiem, rozumiesz?

– Rozumiem – odpowiadam.

Nagle wszystkie mięśnie się rozluźniają, choć nawet nie zdawałam sobie sprawy, że zesztywniały. Znów mogę oddychać normalnie. Wiem, że Marco mówi prawdę.

– Po drugie, to wszystko to jedno wielkie nieporozumienie. Będziesz się śmiała, jak ci opowiem całą historię. Ta kelnerka, Chorwatka, dopiero co przyjechała do Stanów. Widziała, jak szukam mieszkania w komputerze w naszym biurze, i poprosiła, żebym zadzwonił w jej imieniu do agenta. Dziewczyna nie ma oszczędności, zdolności kredytowej, i żadna agencja nie potraktuje jej poważnie – tłumaczy spokojnym i opanowanym głosem. – Jak tak teraz na to patrzę… no głupio zrobiłem, nazywając ją „moją dziewczyną”. Ale chciałem jej pomóc. Ogromnie cię przepraszam, skarbie. Kretyn ze mnie.

– W porządku. – Wiem, że mówi prawdę. Czuję to całą sobą, a mimo to nadal dygoczę. – To cholernie mało taktowne nazywać obcą kobietę „swoją dziewczyną”.

– Wiem, wiem. Dopiero teraz zdałem sobie z tego sprawę. Bardzo cię przepraszam. Proszę, nie płacz już. To tylko głupi błąd.

– Proszę, wróć do domu. Wierzę ci, ale ciężko mi z tym. Posunąłeś się za daleko. Takich przysług nie wyświadcza się obcym kobietom. Nieważne, że to było niewinne. Jest mi bardzo przykro. Musimy o tym jeszcze porozmawiać, ale nie przez telefon.

– Dobrze. – Wiem, że wyczuwa powagę w moim głosie. – Zaraz wracam do domu. Muszę tylko ogarnąć kilka spraw. Będę za godzinę, dobrze?

Nie odpowiadam. Godzina wydaje się wiecznością. Louisa krzyczy tak głośno, że zaczyna się krztusić.

– Kotku, w porządku?

– Tak. Kocham cię.

– Kocham cię bardzo. Niedługo wrócę.

I chwała Bogu.

PRZEDTEM

– Sebastianie, poznaj Jen. Jen, to jest Seb. – Popycha ku mnie małego chłopca, który podaje mi na powitanie chudą rączkę.

Wtedy, w upalne sobotnie popołudnie, w ciasnej brazylijskiej restauracyjce kilka przecznic od mojego mieszkania, po raz pierwszy spotkałam się z siedmioletnim synem Marca.

– O jejku, przepraszam – powiedział Seb, cofając rękę. – Ja tylko… Przepraszam… – Schował do kieszeni mały biały przedmiot, który trzymał w dłoni, i jeszcze raz mi ją podał.

– Bardzo się cieszę, że mogę cię poznać – odrzekłam, usadawiając się za stołem, naprzeciw Marca i Seba. – Co tam miałeś w ręce? – spytałam z uśmiechem.

– Och… – Chłopiec spojrzał na mnie poważnie spod grubych okularów. – Muszelkę znalezioną na Coney Island. Należała do jakiegoś skorupiaka, ale nie jestem pewien, jakiego gatunku.

– Ekstra – odparłam i kątem oka zerknęłam na Marca.

„Skorupiaka?” – powtórzyłam bezgłośnie.

Marco uśmiechnął się i przeczesał dłonią gęste włosy syna.

– Seb jest w najlepszej klasie w szkole.

– Najlepsza klasa? To chyba wyróżnienie? – spytałam.

– Zbierają najbystrzejsze dzieciaki z danego rocznika i umieszczają je w jednej klasie – wytłumaczył Seb. – Uczę się rzeczy, o których nie wiedzą nawet trzecioklasiści.

– Rany. To świetnie. – Uśmiechnęłam się.

– Jedyny minus jest taki, że czasem muszę odrabiać lekcje przez całą godzinę. Moja mama mówi, że to karygodne. – Seb westchnął i przegryzł chipsa.

– Też tak uważam – odparłam, próbując ukryć rozbawienie.

Pod koniec lunchu Seb zwrócił się do mnie i spytał:

– Może byś przyszła do nas zagrać w warcaby?

– Oczywiście. Z przyjemnością. – Mrugnęłam porozumiewawczo do Marca. – O ile twój tata nie ma nic przeciwko.

– Nie ma problemu – odparował Seb. – Nie mamy żadnych planów, prawda, tato?

– Prawda, synku – powiedział Marco z uśmiechem. – Poza tym, że mieliśmy pograć razem w grę wideo.

– Rany, zapomniałem. – Seb zabębnił palcami o stół. – W weekendy grywamy w gry wideo. Tylko wtedy wolno mi w nie grać. U mamy niestety nie mam konsoli PS4.

– No tak, rozumiem. Wygląda na to, że to bardzo ważne plany.

– Jestem rozdarty – stwierdził Seb z powagą. – Siedemdziesiąt pięć procent mnie chce grać z tobą w warcaby, a pozostałe dwadzieścia pięć chce grać w grę wideo. Wiem, że będę żałował, jeśli nie nagram się w ten weekend do upadłego.

– Absolutnie to rozumiem. Może więc wpadnę innym razem – zaproponowałam.

Wyszliśmy zza stołu.

– Naprawdę cię polubił – wyszeptał Marco, gdy przytuliliśmy się na pożegnanie.

– Ja też go polubiłam – wyznałam również szeptem.

– Powinniśmy gdzieś się wspólnie wybrać następnym razem – powiedział Seb. – Było nadspodziewanie zabawnie.

– Dziękuję. I trzymam cię za słowo – odrzekłam, a Marco ukradkiem ścisnął mnie za rękę.

Kilka tygodni później dostałam zaproszenie na ósme urodziny Sebastiana. Gdy wchodziliśmy na drugie piętro, gdzie mieściło się mieszkanie Natalii, mocno ściskałam Marca za rękę. Po tym jak nasłuchałam się, że złamała Marcowi serce, szykowałam się na najgorsze. Tymczasem przywitała mnie uśmiechnięta i prześliczna Polka.

– Cześć! Jestem Natalia. Znajomi mówią do mnie Nat – powiedziała i ucałowała mnie w policzek. – Dziękuję, że tyle czasu poświęcasz mojemu synowi. Szczerze mówiąc, nie rozumiem, jak ludzie dobrowolnie decydują się na towarzystwo cudzych dzieci, skoro ja ledwo wytrzymuję z własnym. – Zaśmiała się.

Od razu ją polubiłam. Po torcie i lodach zaprowadziła mnie do swojego pokoju.

– Słuchaj, chciałam ci podziękować. Wiem, że może za wcześnie na takie słowa, ale naprawdę zmieniłaś nasze życie. Poprzednia dziewczyna Marca to była katastrofa. – Nat ściszyła głos do szeptu. – A raczej oni razem. Ciągle się kłócili. Marco był zawsze przybity. Nigdy się nie uśmiechał. Palił jak smok, bo ona paliła. Może to egoistyczne z mojej strony – przerwała na chwilę i przeczesała ręką swoje długie ciemne włosy – ale cieszę się, że zerwali. Teraz wszystko się zmieniło. Seb chce spędzać ze swoim tatą coraz więcej czasu.

Spłoniłam się.

– To, że mi to mówisz, dużo dla mnie znaczy. Sebastian jest… wiesz… wyjątkowym dzieckiem.

– Prawda?

Gdy pierwszy raz wiozłam Sebastiana do siebie do domu, żeby poznał moją rodzinę, Holly, moja najlepsza przyjaciółka, jechała z nim na tylnym siedzeniu mojego zielonego subaru. Dorastałyśmy z Holly drzwi w drzwi, a po studiach obie przeniosłyśmy się do Nowego Jorku. Ponieważ w szkole średniej była pyzata, wyższa od rówieśników i miała blond trwałą, w ostatniej klasie okrzyknięto ją „klasowym klaunem”. Na studiach wyszczuplała i nagle jej sto siedemdziesiąt pięć centymetrów i cudowne wielkie oczy okazały się przepustką do kariery w modelingu. Gdy wyprostowano jej włosy i przycięto na eleganckiego boba, odmieniła się nie do poznania. Ale w ciele modelki mieszkała ta sama dziewczyna – klasowy klaun.

– Osz kurde… to znaczy kurczę… przepraszam, aniołku – syknęła Holly do Seba, machając dłonią i krzywiąc się z bólu. – Przez to zapięcie od pasa złamałam sobie paznokieć. Cholera, ale boli… to znaczy, kurczę, ale boli… Rany… bardzo was przepraszam.

Seb chichotał, zakrywając usta dłonią, zachwycony tą serią przekleństw wydobywającą się z ust dorosłej kobiety. Jechaliśmy na ślub mojej koleżanki.

Sebastian skończył dopiero osiem lat, a perorował, jakby miał ze czterdzieści osiem. Wysłuchawszy jego wyczerpujących wyjaśnień, dlaczego nie interesują go ani diabelskie młyny, ani kolejki górskie, Holly ochrzciła go „nieletnim wcieleniem Woody’ego Allena” („Mam nieco inne wyobrażenie o zabawie niż katapultowanie się, powstrzymywanie wymiotów i ryzykowanie życia”).

Po tamtym pierwszym lunchu od razu się z Sebem zaprzyjaźniliśmy. Zakochałam się w tym bystrym i nad wiek rozgarniętym miniaturowym dorosłym z szopą kręconych czarnych włosów i bladą skórą, która latem opalała się na połyskujący orzechowy brąz. Nad sport przedkładał warcaby i gry komputerowe, nad telewizję czytanie książek historycznych, a wyrażał się bardziej elokwentnie niż większość znanych mi dorosłych.

Marco znał już wtedy moich rodziców. Liczyłam się z ich zdaniem. Jeśli któryś z moich partnerów nie zdał sprawdzianu krzyżowego magicznej intuicji mojej mamy i praktycznego umysłu mojego taty, nasz związek zwykle szybko się kończył. Przed poznaniem Marca moi rodzice słyszeli o nim tylko wyrywkowe informacje (starszy o sześć lat, barman, ma dziecko), a te wzbudziły w nich pewne podejrzenia. Mama przyleciała do Nowego Jorku kilka miesięcy po tym, jak związałam się z nim na poważnie, pod pretekstem, że chce spędzić ze mną babski weekend. Obie wiedziałyśmy jednak, że tak naprawdę przyjechała poznać mojego chłopaka. W małym przytulnym barze nieopodal Gramercy Park, przy butelce prosecco i przepysznych miniaturowych przystawkach, Marco opowiedział mojej mamie o swoim dzieciństwie, a ona w rewanżu podzieliła się z nim własnymi wspomnieniami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Z raju do piekła 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy