Świeża krew

Świeża krew

Autorzy: Joanna Opiat-Bojarska

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.73 zł

Cała brudna prawda o polskiej policji i jej związkach z gangsterami.

Marek, były funkcjonariusz BSWP

Nadużywają władzy, siłą wymuszają zeznania, ochraniają narkotykowe transporty, kiedy tylko mogą – świecą służbową legitymacją.

Skorumpowani policjanci uwikłani są w niebezpieczne relacje z gangami. By ich wyeliminować i oczyścić własne szeregi, powołano elitarne Biuro Spraw Wewnętrznych Policji. Funkcjonariusze Biura nazywani są "kryształowymi", choć bezustanny emocjonalny rollercoaster sprawia, że i oni sięgają po dragi, są uzależnieni od adrenaliny i mają skłonność do autodestrukcji.

Walkę ze sprzedajnymi glinami rozpoczyna też antyterrorysta, Paweł Dobrogowski, pseudonim Driver. Outsider z konieczności, rozwodnik z wyboru, policjant z krwi i kości. Jego pierwsze zadanie – ma znaleźć haki na kumpla z pododdziału, który pracuje dla narkogrupy. Rozpoczyna niebezpieczną i ryzykowną grę. Giną kolejni ludzie. Zostaje zamordowana kochanka jego przyjaciela. On sam nie ufa już nikomu ze swojego otoczenia. Nawet osobie, na której zlecenie działa. Kto właściwie jest dobrym policjantem, a kto fałszywym gliną?

Brutalna. Brudna. Brawurowa. Ostra jazda! Polecam!

Paulina Świst

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Dawid Wiktorski

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Ewa Rudnicka

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Nik Keevil/Arcangel Images

© Sorbis/Shutterstock

Ta książka jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

© by Joanna Opiat-Bojarska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2018

ISBN 978-83-287-1085-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Spis treści

WYSTĘPUJĄ

* * *

JESIEŃ 2018

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

Kilka miesięcy póżniej

WYSTĘPUJĄ

MARCIN „MOMOA” LETKI – antyterrorysta, od trzynastu lat w pododdziale, skutecznie mydli oczy ciężarnej żonie Beacie, posuwając jednocześnie gorącą Nadię.

ŁUKASZ WAJCHERT – antyterrorysta, przyjaciel Letkiego, singiel, w wolnym czasie wyciska z siebie poty na crossficie.

PAWEŁ „DRIVER” DOBROGOWSKI – nowy w pododdziale antyterrorystycznym, rozwiedziony z Elką (została przy jego nazwisku), ojciec Wiktora.

PAULINA „PAULA” STOPAREK – trzydziestotrzyletnia księgowa na co dzień skupiona na liczbach, a od święta fuck friend Drivera.

MIROSŁAW „MIRAS” KOWALCZYK – poznański Pablo Escobar, jego bezpieczeństwa strzegą mięśniaki: Jacol i Czarny. Żonaty z Anastazją, szczęśliwie skupioną nie na nim, a na urządzaniu wnętrz i wychowywaniu ich syna, Brajana.

HUBERT „HUBI” TOBISZOWSKI – w Narkotykach robi od zawsze, to jest od 1.02.2011 r. Wierny jak pies swojej kochance imieniem Depresja i przyjacielowi Mikołajowi „Mikiemu” Sobczakowi.

ROGAL – ćpun prowadzący melinę na Smochowicach, wygląda jak najbliższy kuzyn kostuchy, być może ma jakieś nazwisko, ale Hubi ma to gdzieś.

ZOFIA MAZUR – od trzech lat funkcjonariusz Biura Spraw Wewnętrznych Policji, samotna matka, która potrafi nieźle dopierdolić, jeśli ktoś powie „motor” zamiast „motocykl”. Skazana na wysłuchiwanie opowieści funkcjonariusza Tomasza Kardasza, z którym dzieli pokój w komendzie.

KAROL ŚLEDŹ – zastępca naczelnika BSWP, w genach odziedziczył miłość do rybek i ostrych kobiet. Ta pierwsza, w przeciwieństwie do drugiej, jest długotrwała.

* * *

Widelec napotkał opór. Przycisnęła go jeszcze mocniej. Najpierw usłyszała trzask pękającej polewy czekoladowej, a później odgłos otwieranych drzwi.

Zdziwiło ją to, ponieważ o tej godzinie Ptasie Radio powinno być puste.

Starannie wybrała miejsce spotkania. Zadbała o każdy szczegół. Kawiarnia z dala od centrum. Wygodne krzesła. Niezbyt duże stoliki. Dobra kawa i smaczne desery.

Jej rozmówca chciał spotkać się na neutralnym gruncie. Zapewniła mu taki. Chciał, żeby pozostał między nimi dystans? Nie zamierzała go zmniejszać. Wiedziała, że osiągnie swój cel tylko wtedy, gdy wszystko zaplanuje w taki sposób, żeby dać mu złudne wrażenie, że to on kontroluje sytuację.

Przez telefon wyczuła, że wykorzysta każde jej potknięcie, by się wycofać, ale przyszedł, uścisnął jej dłoń, usiadł, przestudiował menu, zamówił kawę i ciasto, a później zaczął się rozglądać.

Po omówieniu kilku neutralnych tematów i otrzymaniu zamówienia złapała ochoczo za widelec i wbiła go w brownie. Kątem oka zauważyła, że w otwartych drzwiach pojawił się mężczyzna. Nie wszedł jednak do środka. Wycofał się.

Pierwszy kawałek ciasta został oderwany. Podobnie jak jej rozmówca, na co dzień stanowiący sprawnie działające ogniwo pewnego łańcucha.

– Cieszę się, że zgodziłeś się na spotkanie.

– Spotkanie?

– Na wywiad – poprawiła się. – Dziękuję.

– Podziękujesz, jak skończę – burknął, ale na jego twarzy pojawił się ledwo zauważalny uśmiech.

Poruszała się po omacku. Dopiero uczyła się go odczytywać. Był inny niż wszyscy dotychczasowi rozmówcy. Mroził spojrzeniem, a twarz miał pozbawioną mimiki.

– Jabłecznik to twoje ulubione ciasto? – Wskazała na zamówiony przez niego dodatek do kawy.

– Nie trać czasu. To najcenniejsza wartość w życiu człowieka. Myślałem, że to wiecie.

– Wiemy?

– Wy, ludzie mediów.

Skoro nie potrzebował gry wstępnej, przeszła do konkretów. Zerknęła kontrolnie na listę tematów, które chciała poruszyć, i włączyła dyktafon.

– Jak to się stało, że…

Drzwi znowu się otworzyły. Do środka wszedł mężczyzna. Czapka z daszkiem zasłaniała większość jego twarzy, ale ze zdecydowanych ruchów wywnioskowała, że musiał być stałym bywalcem. Zamknął drzwi i zamiast rozejrzeć się w poszukiwaniu odpowiadającego mu miejsca, ruszył przed siebie.

Celowo usiadła tak, by móc obserwować cały lokal. Wiedziała, że rozmówca usiądzie naprzeciwko niej. Chciała, żeby skupił się na rozmowie, a nie kontrolowaniu tego, co działo się w pomieszczeniu.

Był jednak czujny. Od razu zauważył, że coś przykuło jej spojrzenie. Odwrócił głowę w kierunku drzwi.

Tak to zapamiętała – jego obrót głowy w bok, a następnie huk i ciepłą krew, która ozdobiła brownie, stolik i jej twarz.

JESIEŃ 2018

ROZDZIAŁ 1

W pokoju panowała ciemność. Jedynie telewizor emitował trochę światła. Marcin, chociaż twarz miał skierowaną w stronę odbiornika, nie patrzył na ekran. Zawiesił wzrok na plamie ciemności.

– Nooo! Powiedz jej, że ją kochasz. – Beata wydawała się naprawdę zaangażowana. – Nooo dalej! Ile można czekać?

Tak zazwyczaj wyglądały ich wspólne wieczory. Były statyczne i pełne emocji. Statyczne dla niego, pełne emocji dla niej.

– Ty byś nie czekał, prawda? – spytała.

Uśmiechnął się, ale nie odpowiedział. Leżał na kanapie obok zadowolonej żony gładzącej swój zaokrąglony brzuch. Od zawsze marzył o normalnej, kochającej się rodzinie. Jego własnej. O kobiecie, która będzie dbała o ognisko domowe i rodziła mu dzieci.

Zbudował sobie bezpieczną oazę. Potrzebował miejsca, w którym będzie mógł schronić się przed światem. Być kimś normalnym. Nie różnić się niczym od zwykłego Kowalskiego.

– Nie czekałbyś. Znam cię. Powiedziałbyś mi, co czujesz.

– Ale może on jej nie kocha?

– Kocha. Przecież od pięciu odcinków zbiera się w sobie, żeby w końcu jej to wyznać!

– Od pięciu? – zdziwił się. Miał wrażenie, że w serialach Beaty chodziło zawsze o to samo. Ją i jego miało połączyć uczucie i to było wiadomo od pierwszego odcinka. Reszta zależała od elastyczności scenarzystów, którzy gimnastykowali się, produkując drętwe dialogi i kiepskie zbiegi okoliczności.

– Nie czekałbyś, prawda? Nie pozwoliłbyś, żebyśmy się tak mijali…

– Nie pozwoliłem raz. Nie pozwoliłbym kolejny. – Złapał jej twarz, przyciągnął do swojej i pocałował.

Pozwoliła się całować, ale kiedy rozochocony położył ręce na jej piersiach, odsunęła się nieznacznie, dając do zrozumienia, że nie w głowie jej amory. Wolała telewizję.

Przyjął to godnie. Zerknął na komórkę, na telewizor, na brzuch żony i znowu na komórkę. Ta ostatnia akurat rozbłysnęła, a na ekranie pojawił się numer, który znał na pamięć.

Nie odebrał. Odsunął telefon od siebie tak, jak odsuwa się pokusy. Komórka rozdzwoniła się na dobre, a chwilę później dołączył do niej piskliwy głos Beaty:

– Marcin, no! Oglądam!

Chciał zignorować dzwonek, ale nie zamierzał denerwować ciężarnej żony. Cmoknął ją w policzek, złapał telefon i wyszedł.

– Halo – burknął.

– Cześć.

– Tak?

– Potrzebuję cię.

– Rozumiem. – Złość przykrył obojętnością.

Zapanowała cisza. Stał w kuchni, tyłem do salonu, i patrzył na okno. Powinien je umyć, zanim Beata złapie za szmatę i stanie na taborecie, ale jakoś nie mógł się za to zabrać. Zawiesił wzrok na przybrudzonej szybie. Wiedział, że za nią jest świat, który go woła, ale nie chciał go zauważać. Nie teraz.

– Marcin…

W jednym słowie usłyszał zbyt wiele, by pozostać obojętnym.

– Marcin, wiem, że nie powinnam dzwonić. Do ciebie. Wieczorem – z trudem cedziła słowa. – Jesteś w domu. Z nią. Z żoną. – Oddychała ciężko. – Muszę się z tobą zobaczyć.

– Rozumiem.

– Przepraszam. – Rozpłakała się. – Przepraszam! Mam problem i nie mam nikogo, kto mógłby mi pomóc.

Pod blok podjechała taksówka. Z klatki wybiegło rozbawione towarzystwo. Trzy osoby wpychały się na tylne siedzenie, jakby wszystkie wolały się tłoczyć, zamiast podzielić się i wytypować szczęśliwca, który rozsiądzie się wygodnie koło kierowcy.

– Rozumiem. Przyjąłem. Prześlij mi pinezkę. – Nie czekał na odpowiedź. Rozłączył się i wrócił do żony. – Oglądaj uważnie do końca. Potem mi opowiesz. – Znów cmoknął ją w czoło.

Oderwała się od ekranu na kilkanaście sekund.

– Praca?

– Niestety. Odprawa za pół godziny. Muszę lecieć.

– Uważaj na siebie. Kocham cię.

Ostatnie słowa wypowiadała już, patrząc na telewizor.



Przed Czekoladą jak zwykle było tłoczno. Zbliżała się dwudziesta trzecia, a kolejka imprezowiczów spragnionych głośnej muzyki serwowanej przez najlepszych didżejów nie malała. Po bokach stali ci, którym w środku było zbyt gorąco. Wygłupiali się i wybuchali śmiechem, zupełnie nie przejmując się ciszą nocną. Żyli chwilą, a ta – doprawiona alkoholem – smakowała wybornie.

Marcin zerknął znów na ekran komórki. Na mapie centrum Poznania wisiała pinezka oznaczająca lokalizację Nadii. To był ich rytuał – zamiast podawać sobie adres miejsca, w którym mieli się spotkać, przesyłali sobie pinezkę.

– Nadia jest dwie minuty jazdy od ciebie – odczytał komunikat z komórki. Wjechał na Wrocławską i zaparkował parę metrów od klubu. Przeszedł obok kilku rozbawionych grupek, stanął naprzeciwko wejścia i kontrolnie zerknął na ekran. Mapa pokazywała, że on i idealna sylwetka Nadii, będąca jednocześnie jej awatarem w komunikatorze, znajdują się w tym samym miejscu.

Rozejrzał się, ale nie widział jej bioder, nóg, twarzy. Zajrzał do komórki, odszukał listę połączeń przychodzących i wybrał numer, z którego dzwoniła. Zawsze była dla niego numerem. Nigdy nie wpisał jej do książki telefonicznej.

– Gdzie jesteś? – spytał z pretensją, kiedy odebrała.

Nie odpowiedziała. Rozłączyła się. Musiał czekać.

Minutę później zauważył, że idzie po schodach. Obserwował, jak spogląda pod swoje długie nogi, jak poprawia krótką spódniczkę i oblizuje usta. Pomachał, kiedy wyszła z lokalu. Zauważyła go i podeszła na tyle blisko, że poczuł jej zapach.

– Miałaś do mnie nie wydzwaniać – warknął.

– Nie wydzwaniałam. Zadzwoniłam. Raz. Jedyny raz przez te kilkanaście miesięcy.

Przyjęła postawę obronną, ale widział, że nie chce się kłócić. Jej oczy zdradzały, że nie jest w najlepszej formie. Wcześniej musiała płakać. Świadczył o tym rozmazany tusz do rzęs i zaczerwienione powieki, choć po łzach nie było już śladu.

– Prosiłem, żebyś nie dzwoniła.

– Powiedziałeś, że telefon to ostateczność. Nie, żebym nie dzwoniła.

Rzeczywiście tak było. Tylko że dla Marcina ostatecznością było trzęsienie ziemi lub najazd kosmitów.

Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem. Kiedy odwróciła głowę, uznał, że zwyciężył. Nie zdążył jednak podsumować wyniku starcia, bo Nadia podeszła do najbliższej ściany, oparła się o nią, ugięła nogę w kolanie, a potem posłała mu spojrzenie, które znał. I po którym zawsze wiedział, że właśnie przepada z kretesem w otchłani dzikiego pożądania.

– Nadia, co robisz? – próbował się bronić, ale i tak podszedł bliżej. Uśmiechnęła się, jakby chciała powiedzieć, że wiedziała, że nie będzie się mógł opanować. Oparł ręce o ścianę, chociaż wolałby położyć je na biodrach kobiety. – Nie na to się umawialiśmy.

– Tak? A na co?

– Na pewno nie na rżnięcie na środku ulicy! – warknął.

– A na co? – powtórzyła. Pożądanie natychmiast zniknęło z jej oczu.

– Dobrze wiesz.

– Nie. Nie wiem. Powiedz mi. – Schyliła się, by wymknąć się z jego objęć. – Przypomnij mi, że przypadła mi w udziale rola tej drugiej. Mam siedzieć w cieniu i grzecznie czekać, aż sobie o mnie przypomnisz.

– Kurwa, Nadia?! Ściągnęłaś mnie tu w środku nocy, żeby robić scenę zazdrości? Nie miałaś nigdy nic przeciwko takiemu układowi. Od początku wiedziałaś, że mam żonę.

– W dupie mam twoją żonę! W dupie mam ciebie! – wywrzeszczała i się rozpłakała. Chciała odejść, ale w ostatniej chwili zatrzymał ją, łapiąc mocno za nadgarstek. Przyciągnął ją do siebie i pocałował.



Broniła się. Wykręcała rękę, za którą ją trzymał, tak mocno, że w końcu się oswobodziła. Zacisnęła pięści i zaczęła bić kochanka. Uderzyła raz, drugi, trzeci. Nie robiła tego nigdy wcześniej. Znowu go zaskoczyła.

Stali w ciemnym miejscu, ale i tak rzucił kontrolne spojrzenia na boki. Ulica pełna była młodych, zajętych sobą ludzi. Nikt nie zwracał na nich uwagi, był jednak pewien, że to kwestia czasu, dlatego kiedy zauważył bramę, decyzję podjął w ułamku sekundy.

– Zachowujesz się jak smarkula! – Zablokował następny cios Nadii, złapał ją za nadgarstek i pociągnął w głąb bramy.

Pchnął ją na ścianę. Uderzyła w nią plecami i jęknęła. Nie skuliła się jednak, nie uciekła. Stała i czekała na ciąg dalszy. Podniecało go takie krnąbrne zachowanie. Podszedł bliżej, znalazł jej obie dłonie, złapał i uniósł. Nie mogła go już ani bić, ani odpychać.

Wrócił do całowania. Ugryzła go, więc zrezygnował z zabawy ustami i zaczął kąsać jej szyję. Jednocześnie napierał biodrami na ciało kobiety. Kiedy poczuł, że jej biodra zaczęły kręcić niewielkie kółka, uznał, że zapomniała o obronie. Puścił jej ręce.

Opadły i natychmiast poczuł je na swoich pośladkach. Nadia przyciągnęła go do siebie. Wsunęła dłonie pod jego koszulkę i z pełną premedytacją przejechała paznokciami po plecach, zadając mu ból.

Nie został jej dłużny. Złapał ją za ramię, mocno ścisnął i szarpnął, robiąc jednocześnie wykrok w tył. Nadia straciła równowagę, dała się poprowadzić. Jej ciało wychyliło się w stronę kochanka, a on wykorzystał to, by nadać mu odpowiedni kierunek. Odwrócił je brutalnie tyłem do siebie, po czym przycisnął do ściany. Twarz Nadii otarła się o brudne cegły.

– Mówiłaś coś o mnie i dupie? – warknął wprost do jej ucha.

– Tak! – powtórzyła hardo. – Mam cię w dupie.

– O nie! – Złapał ją za włosy, dociskając twarz jeszcze mocniej do ściany. – Mała korekta. – Drugą ręką uniósł jej spódnicę, zerwał majtki, a następnie zabrał się za swój rozporek. – Dopiero za chwilę mnie poczujesz. Najpierw w swojej zajebiście wilgotnej cipce, a dopiero potem w dupie.



Szare ściany wydawały się napierać na siebie. Tylko do połowy wysokości pokryte były kafelkami, dalej – farbą olejną. Paweł Dobrogowski stał w niewielkim rozkroku. Prawa stopa dotykała wanny, a lewą od muszli klozetowej dzieliły milimetry. Dłonie opierał na obrzydliwej umywalce. Traktował ją środkiem czyszczącym wiele razy, ale brud nie znikał. Szaroczarna otoczka odpływu komponowała się z zakamienionym kranem i znajdującą się pod sufitem kratką wentylacyjną. Na tej ostatniej była czarna nieregularna powłoka, świadcząca o braku cyrkulacji powietrza i zawilgoceniu.

Nie wiedział, kto wynajmował to mieszkanie przed nim. Nie chciał wiedzieć. Czasami wyobrażał sobie obrzydliwego grubasa, który do tej mikroskopijnej łazienki wchodził tyłem od razu z opuszczonymi gaciami. Dosuwał się do kibla i siadał na nim, a tłuste ramię napierało o umywalkę.

Każdego ranka i każdego wieczoru, kiedy stawał w tym klaustrofobicznym pomieszczeniu, z odrazą przypominał sobie o tym, że nie stać go było na wynajem czegoś lepszego. Zamienił dwupokojowe przestronne mieszkanie na kawalerkę z aneksem kuchennym i półtorametrową łazienką. Kiepski deal.

Oderwał ręce od umywalki i zerknął w lustro. Spojrzał na siebie, ale szybko uciekł wzrokiem. Wolał skupić się na tym, że z kaloryfera odpadała farba, a przy kratce wentylacyjnej wychodził grzyb.

Nie szukaj problemów na zewnątrz, tylko w sobie – przypomniał sobie słowa świętej pamięci matki i uśmiechnął się. Michalina Dobrogowska potrafiła wynaleźć w nim tyle problemów, że gdyby chciał się ich pozbyć, to ani na chwilę nie powinien opuszczać gabinetu psychoanalityka.

– No facet!

Kiedy w końcu odważył się spojrzeć sobie w oczy, zauważył w nich smutek. Niektórzy mężczyźni udawali smutek, by przyciągać do siebie kobiety, a on miał go w gratisie tyle, ile dusza zapragnie. Pokręcił głową, by przyjrzeć się sobie z każdej strony.

Pociągła twarz, blond włosy z krótką grzywką opadającą na czoło i nieposkromiony kilkudniowy zarost.

– Z takim lookiem to ty żadnej dupy nie wyrwiesz.

Jasnoszara bluza z kapturem i czarne bojówki były niczego sobie, ale w połączeniu z taką twarzą sprawiały, że wyglądał jak chłoptaś, nie jak facet, któremu można dać dupy.

Sięgnął do szafki ukrytej za lustrem i wyjął z niej maszynkę do golenia. Rozsmarował na twarzy piankę – przez chwilę zastanawiał się, czy miałby powodzenie jako Święty Mikołaj z długą białą brodą – a potem pozbył się i wąsa, i brody.

Zmienił spodnie, zrzucił z siebie bluzkę i T-shirt, z dumą spojrzał na swój brzuch. Sześciopak był efektem regularnych ćwiczeń, podobnie jak umięśnione ramiona, plecy i nogi.

Ponownie stanął przed lustrem, rozsmarował na dłoniach żel do włosów i za jego pomocą zmienił położenie grzywki. Postawił ją i delikatnie zaczesał do tyłu.

Uśmiechnął się do siebie, a następnie zmrużył oczy. Nie wydawały się już tak bardzo smutne jak kilka minut wcześniej. Z gładką twarzą, uśmiechem i tatuażami wyglądał na kipiącego testosteronem samca. Powinien wyjść teraz z domu i poderwać najzajebistszą laskę w lokalu. Albo zostać, walnąć sobie kilka setek i pójść spać.

Rozważania przerwała mu dzwoniąca komórka.

Sięgnął do spodni. Wystarczyło jedno spojrzenie na ekran, by podjął decyzję, że dziś na pewno wyjdzie na miasto.

– No?

– Możesz odebrać jutro Wiktora od moich rodziców i zawieźć go do szkoły?

– Co?

– Czy możesz… – Elka tłumiła śmiech. – Możesz odebrać… Odebrać… No kurczę, uspokójcie się, próbuję rozmawiać! – skarciła kogoś, a odpowiedziało jej kilka kobiecych chichotów. – Czy możesz podrzucić swojego syna jutro rano do szkoły? – starała się mówić wyraźnie.

– Dlaczego ja?

– Bo jesteś jego ojcem? Chwilowo jedynym, jakiego ma.

– A ty jesteś matką. I to z tobą ma mieszkać zgodnie z dzisiejszym wyrokiem sądu. Z tobą, nie z twoimi rodzicami.

– Wiesz co? Pierdol się, skoro to dla ciebie taki wielki problem! – Nagle z rozbawionej i nawalonej idiotki przeistoczyła się we wściekłą bestię. – Pierdol się, tatuśku od siedmiu boleści!

Nie zdążył odpowiedzieć. Rozłączyła się.

Szybko poszło. I ta rozmowa, i sprawa rozwodowa. Dziś zapadł wyrok. Stali się wolnymi ludźmi. Elka zapewne oblewała swój powrót na rynek singli, a on siedział w domu jak cipa. A powinien się bawić. I świętować.

Przecież właśnie zakończył największą pierdoloną pomyłkę swojego życia!



Ostatnie trzy pchnięcia przyniosły Marcinowi falę przyjemności rozlewającą się po ciele.

– Jesteś zajebista.

– Wieeem – wymruczała.

Pewność siebie Nadii budziła w nim sprzeczne odczucia. Odpychała i intrygowała. Wkurzała i budziła podziw.

Nie zdążył jeszcze uspokoić oddechu, gdy w bramie pojawili się jacyś ludzie – nie mógł dłużej tkwić przyklejony do pleców kochanki. Wyszedł z niej, w pośpiechu zapiął rozporek i zrobił kilka kroków w tył, by zyskać bezpieczny dystans. Nadia opuściła spódniczkę i podniosła z ziemi rozerwane stringi.

– Odkupujesz – rzuciła w jego stronę, upychając bieliznę w torebce.

– To może na następne spotkanie przyjdź bez gaci?

– Mam ci przypomnieć, że nie planowaliśmy dziś spotkania?

Młodzi ludzie rozsiedli się na schodach prowadzących do wejścia do kamienicy i popijali piwo, głośno się śmiejąc.

Marcin pokazał Nadii głową, że powinni wyjść na ulicę. Posłusznie ruszyła w stronę wyjścia. Szedł za nią, patrząc, jak jej biodra delikatnie kołyszą się na boki.

– Masz coś jeszcze do powiedzenia na temat rżnięcia się na ulicy? – Kiedy stanęli przy jego samochodzie, spojrzała mu bezczelnie w oczy.

Światło pobliskiej latarni padło na jej twarz. Dopiero w tym momencie Momoa uświadomił sobie, że przesadził. Na policzku Nadii – tym przylegającym kilka chwil wcześniej do ściany kamienicy – widniały zadrapania.

– Sprowokowałaś mnie.

– Ja?

– Wiesz dobrze, co na mnie działa.

– Wiem też, jakie są zasady. I chciałam zauważyć, że to nie ja je łamię.

– No tak, aniołek z ciebie! Nie ty je łamiesz, ale to właśnie ty dajesz z siebie wszystko, żeby sprowokować mnie do przekroczenia granic, których przekraczać nie powinniśmy.

– Powinniśmy. Nie powinniśmy. Gadasz jak pierdolony ksiądz.

– A ty wyglądasz jak kurwa.

– Spierdalaj!

– Sama spierdalaj. Taki już jestem. Po co dzwoniłaś?

– Nieważne.

– Wyciągasz mnie z domu w środku nocy po to, żeby powiedzieć: nieważne?

– Powiedz teraz, jak bardzo żałujesz, że opuściłeś ciepłe gniazdko z zapłodnioną i zupełnie niezainteresowaną seksem żoną.

Zdradził jej o sobie stanowczo zbyt wiele. Coraz częściej wykorzystywała to podczas kłótni.

– Miałaś, kurwa, nie dzwonić!

– A ty miałeś nie być takim kutasem!

– Ale może ja jestem kutasem? – Zarechotał.

Dłoń Nadii uderzyła w jego policzek. Marcin spojrzał groźnie na kochankę, a potem skontrolował otoczenie. Nikt na nich nie patrzył. Ludzie zajęci byli sobą. Jedni oglądali coś na komórkach, inni pozowali do selfie, jakaś nagrzana parka siedząca na krawężniku całowała się gorączkowo.

Twarz Nadii znajdowała się nie więcej niż dwadzieścia centymetrów od niego, a w nim znowu buzował ten popęd, który napędzał go w bramie. Nie mogli jednak tam wrócić. Nie mógł też popchnąć tej zdziry na maskę swojego samochodu.

A tego właśnie pragnął. Teraz. Tutaj. Zerwać z niej ubrania, złapać za kark i rzucić na karoserię. Przycisnąć tak, by jej kształtne cycki rozpłaszczyły się na zimnej stali, a tyłek stał się jedynym i widocznym celem. Jak tarcza strzelecka, z niewielką pożądaną dziesiątką.

Jeszcze raz rzucił okiem na wypełnioną ludźmi ulicę i na kamienice na rogu, na których mogły znajdować się kamery. Znudzeni pracownicy monitoringu miejskiego wpatrujący się w ekrany mieliby ubaw, gdyby zaserwował im porno na żywo. Pewnie przysłaliby na miejsce jakiś patrol, który przyjechałby z prędkością światła, by załapać się przynajmniej na finał.

Nie chciał, by ktoś ich podglądał. Nie znaczyło to jednak, że musiał zrezygnować ze swojej fantazji. Wyjazd za miasto nie zająłby im więcej niż dwadzieścia minut.

– Wkurwiasz mnie, wiesz? – Chciał dodać coś jeszcze, coś między złością a pożądaniem, ale rozproszyła go komórka, która zawibrowała w kieszeni.

– Halo? – Pomaszerował przed siebie, żeby Nadia nie słyszała jego rozmowy.

– Zbieraj się, Momoa. Macie realizację. Odprawa za czterdzieści pięć minut.

Marcin zerknął na zegarek, by kontrolować upływający czas. Słowa dyżurnego zniszczyły wizję pośladków Nadii trzęsących się na masce samochodu.

Czterdzieści pięć minut to za mało na zaliczenie porządnego rypanka, odstawienie dziewczyny i dotarcie na odprawę.

Wziął trzy głębokie oddechy i odwrócił się.

– Nadia… Przecież wiesz, że jesteś… – urwał.

Najchętniej powiedziałby „niezbędna” i że chciałby odwieźć ją do domu i przyjąć w podziękowaniu szybkiego lodzika, oczywiście w samochodzie zaparkowanym gdzieś na poboczu, ale wiedział, że takie określenie jej się nie spodoba.

– No? Jaka?

– Ważna.

– Jak bardzo?

– Nadia, nie kłóćmy się. Uwielbiam ciebie, twoje ciało, twój temperament. Kiedyś przez ciebie oszaleję. Nie mogę przestać o tobie myśleć.

– Serio? – Przestała marszczyć czoło, podeszła do niego i przytuliła się.

Nagle na chodniku pojawiło się dwóch dresiarzy. Szli w ich stronę.

Poczuł jej dłonie na swoich pośladkach. Miał świadomość, że czas ucieka. Jeśli chciał zrealizować swój plan, musiał sięgnąć po duży kaliber.

– Kocham cię, wariatko.

– Ale ją kochasz bardziej, co? – syknęła nerwowo. Zbyt nerwowo. Jej nerwowość przeszła na niego. Dresiarze mijali ich właśnie, a jeden z nich trącił go ramieniem.

– Uważaj, kurwa, jak chodzisz! – zareagował mimowolnie Momoa.

– A w ryj, cwelu, chcesz?!

W jednej chwili miał przy sobie dwóch gotowych, nabuzowanych testosteronem kogucików. Nie uległ presji. Postawił im się, a oni – zdziwieni jego reakcją – stali przez chwilę, serwując mu to groźne spojrzenia, to wiązanki. Nie tknęli go jednak.

– Uważaj, jak stoisz – burknął w końcu jeden z nich i dał drugiemu znak do odwrotu.

Marcin odczekał, aż odejdą na tyle daleko, że będzie mógł odwrócić się do nich plecami. Chciał wrócić do rozmowy z Nadią. Kobiety jednak już nie było.

Rozejrzał się i zauważył, że siedzi w jego aucie. Obmacał kieszenie i od razu otrzymał odpowiedź na pytanie, jak dostała się do środka.

Dziwka ukradła mi kluczyki!

Chciał podejść i kazać jej się przesiąść, a następnie odwieźć ją do domu, ale… auto ruszyło. Ostro i gwałtownie. Nikt nie miał prawa w taki sposób obchodzić się z jego samochodem.

Zaczął biec. Chciał złapać Nadię za bluzkę, wyszarpać ją zza kierownicy, ale auto skręciło w lewo i wjechało za kamienicę.

Marcin stracił je z oczu.



Paweł Dobrogowski maszerował ulicą Reymonta. Zwykle pokonywał ten dystans samochodem, ale kiedy odebrał telefon od dyżurnego, stał już na przystanku tramwajowym z zamiarem dotarcia do centrum, wypicia morza alkoholu i powrotu do domu taryfą. Oczywiście w towarzystwie jakieś apetycznej blondynki czy brunetki. Kolor włosów nie miał znaczenia. Nic nie miało znaczenia, po prostu musiał odreagować.

– Driver? – usłyszał znajomy głos.

– Siema – przywitał się z kolegą z pododdziału.

Łukasz Wajchert był etatowym jajcarzem. Niezależnie od sytuacji i wymaganego stopnia koncentracji zgrywał się, żartował i podkładał nowym nogi, żeby zobaczyć, jak się przewracają. Później tygodniami opowiadał o tym, za każdym razem dodając do historii jakiś nowy, wymyślony na poczekaniu szczegół.

– Kurwa, Driver, tak mi przykro… – Wajchert zatrzymał się na środku chodnika i przyglądał się Pawłowi z autentycznym żalem.

– Ale że co?

– Twoja twarz…

– O co ci znowu chodzi?

– Jak to o co? Co się stało z twoim obrzydliwym ryjem?!

Driver naprawdę nie rozumiał. Ruszył przed siebie, ale Wajchert nie odpuszczał. Szedł obok, intensywnie wpatrując się w twarz Pawła. Był dobrym aktorem. Wyglądał na kurewsko zmartwionego.

– Masz na twarzy dupę niemowlęcia. Ktoś ci zajebał wąsa i brodę.

Driver wzruszył ramionami. Nie był w nastroju do żartów. Znajdował się na granicy. Fizycznie i psychicznie. Psychicznie balansował pomiędzy złością na zepsute plany i zapewne świetnie bawiącą się w tej chwili byłą żonę a totalną obojętnością na świat. Fizycznie – szedł chodnikiem odgradzającym gęsty szpaler drzew z zarośniętych ogródków działkowych od ruchliwej dwupasmowej ulicy. Kiedy odwracał głowę w prawo, czuł się jak w parku, spokój właściwie sam na niego spływał. Kiedy odwracał ją w lewo i widział pędzące samochody, czuł narastające zdenerwowanie.

– A ty co tak szybko? – zapytał ponownie Wajchert, kiedy skręcili w Taborową. – I bez auta?

– Akurat czekałem na przystanku. Wsiadłem tylko w inny tramwaj, niż zamierzałem.

– A chyba dużo zamierzałeś – zauważył rubasznie Wajchert. – Grzyweczka na żel, ryj gładki, że nie pogodosz. Spodnie jak na pizdusia. Na dupy jechałeś?

– A co, kurwa? Zazdrościsz?

– Po prostu znam życie. Pracuję tu na tyle długo, żeby wiedzieć, że zawsze, gdy się odpierdolę i wylezę na miasto, to zanim coś wydupczę, dzwonią, że jest realizacja. Ale spoko, ty tu jesteś nowy. Nauczysz się, że albo decydujesz się na szybkie i spontaniczne ruchanko, albo obchodzisz się smakiem. Ja już mam taką nerwicę, że nawet nie podbijam do zbyt ładnych dup. Bo wiesz, zanim ściągną gacie, musisz poświęcić im więcej czasu. A jak mam nad nimi pracować przez pół wieczoru i zostawiać mokre innym frajerom do obrobienia, to szkoda mojej fatygi. Nie jestem, kurwa, dobrym Samarytaninem.

Driver spojrzał na zegarek. Do odprawy zostało jeszcze ponad pół godziny. Od szlabanu dzieliło ich już tylko kilka kroków. Na zielonkawej elewacji biura przepustek widniał czerwony szyld: Komenda Wojewódzka Policji.

Wajchert nie musiał przypominać mu, że jest tu nowy. Czuł to. Nadal nie mógł przyzwyczaić się, że tu właśnie pracuje.



Biegł za samochodem i kiedy myślał, że nie ma szans w wyścigu z wkurzoną i katującą silnik ibizy Nadią, stał się cud. Auto wpadło w poślizg, a chwilę potem się zatrzymało.

Przyspieszył. Zaczął myśleć, że Nadia przestała się wygłupiać i być może nie ruszy z piskiem opon. Znał dobrze swoją kochankę i spodziewał się po niej niespodziewanego.

Jego czerwony seat stał ukosem, częściowo na ulicy, częściowo na chodniku. Marcin nie patrzył jednak na chodnik, od razu skierował się do fotela kierowcy. Głowa Nadii leżąca na kierownicy sugerowała, że kobieta nie zatrzymała się z własnej nieprzymuszonej woli. Coś musiało się stać.

– Nadia? – Szarpnął drzwi. – Nadia, nic ci nie jest?

Uniosła się powoli, głośno przełykając ślinę. Miała rozbiegane oczy, a jej dłonie trzęsły się tak mocno, że kobieta niemalże policzkowała samą siebie, kiedy próbowała zasłonić usta.

– Marcin… przepraszam – wydukała przerażona.

– Jesteś cała? Nic cię nie boli?

Obmacał jej ramiona, klatkę piersiową, ręce. Nadia była w szoku, ale najwyraźniej cała.

– Nie, ale… Co ja zrobiłam…? – Wskazała na prawą stronę.

– To tylko auto, nie martw się. – Pogłaskał ją po policzku.

Zatrzymał dla siebie komentarze w stylu „Po chuj zabrałaś mi auto”. Uznał, że na nie przyjdzie jeszcze pora. Teraz musiał ją uspokoić, przesadzić na miejsce pasażera i odwieźć do domu.

Wyprowadził ją na zewnątrz, oparł o auto i kazał czekać, a sam zaczął szacować uszkodzenia. Pęknięta przednia szyba, słupek, zgięty błotnik i lusterko leżące na chodniku – to były problemy, których z rana mógł pozbyć się u zaprzyjaźnionego mechanika, ale to nie one przykuły jego uwagę. Na poboczu leżał mężczyzna.

Miał nienaturalnie ułożoną rękę. Nie ruszał się. Z jego ust leciała krew. Uszkodzenia samochodu sugerowały, że gość musiał zostać potrącony bokiem, odbić się od karoserii i upaść. Marcin podszedł do poszkodowanego. Nie zauważył, żeby jego klatka piersiowa się poruszała. Złapał nieznajomego za ramiona i potrząsnął.

– Halo?

Brak reakcji mężczyzny i rozchodzący się po ulicy donośny płacz Nadii zmusił Marcina do działania. Nie wyczuł u ofiary pulsu. Uniósł się i rozejrzał. Na szczęście byli sami. Tylko Nadia, on i jakiś palant, który zniszczył mu samochód.

– Czy on… – usłyszał głos Nadii za plecami. – Czy on nie żyje?

Nie odpowiedział. Odepchnął ją i ustawił tak, żeby nie patrzyła na ciało.

– Co się stało?

– Nie wiem.

– Nadia, skup się, do kurwy nędzy! Co się stało?

– Jechałam… Jecha…

Widział, że mówienie przychodzi jej z trudem, ale nie mógł dłużej czekać. Byli w mieście. Na ciemnej ulicy, bez monitoringu i gapiów, ale w każdej chwili ktoś mógł się pojawić.

– Jechałaś i co?

– I wyskoczył… nie wiem… naprawdę nie wiem skąd.

– Hamowałaś.

– Nie.

– Hamowałaś! Wjechałaś w chodnik i… – Analizował sytuację. Ustawienie auta, uszkodzenia, ułożenie ciała…. Kimkolwiek był spacerowicz, miał pecha. Znalazł się w złym miejscu i o złej porze.

– Co ja zrobiłam? Marcin?! Co zrobiłam?! On nie żyje! Kurwa, Marcin, on nie żyje… Zabiłam człowieka… Pójdę siedzieć!

– Zamknij się! Słyszysz?! Zamknij się! – Złapał ją za przedramię i ścisnął tak mocno, że syknęła z bólu.

Miał dwa wyjścia: szybką ucieczkę lub telefon na policję.

Nie mógł pozwolić sobie na ryzyko związane z ucieczką. Gdyby gliniarze znaleźli świadka, jakąś cierpiącą na bezsenność kociarę siedzącą przy oknie – nie wyłgałby się. Czerwona ibiza rzucała się w oczy, a ślad po odebranym połączeniu został na najbliższym maszcie telefonii komórkowej.

Wyjście numer dwa oznaczało, że będzie musiał wytłumaczyć Beacie, dlaczego w czasie, kiedy powinien być na realizacji, szlajał się po mieście… no i dlaczego jego auto prowadziła obca kobieta.

Nadia wyglądała na tak roztrzęsioną, że podczas pierwszego przesłuchania powiedziałaby o wszystkim: o potrąceniu, ich kłótni, seksie w bramie i ciągnącym się od ponad roku romansie.

– Nie patrz na niego! – Potrząsnął kochanką. – Na mnie! Kurwa! Patrz na mnie. W oczy! I skup się!

– Wyskoczył na drogę. Zabiłam go. Jestem mordercą. Marcin, co teraz?!

– Zamknij się. Przestań ryczeć! Słyszysz, co do ciebie mówię?!

Przełknęła łzy i otarła twarz.

– Słyszę. – Kiwnęła głową.

– Wrócisz teraz do klubu. Wypijesz coś przy barze. Dasz się zapamiętać barmanowi. Masz wyglądać na rozbawioną.

– Ale…

– Bez dyskusji! Cały wieczór byłaś w klubie. Nie w tym aucie, rozumiesz?

– Ale…

– Idź już. Kurwa, idź! – Odepchnął ją, wsiadł do samochodu, sprawdził położenie siedzenia kierowcy i wyciągnął z kieszeni telefon. – Halo, Marcin Letki, potrąciłem właśnie mężczyznę… Jest nieprzytomny… wyraźne obrażenia głowy… Czekam na miejscu. Proszę o pilny przyjazd.



Posterunkowy Pluciński dotarł na miejsce zdarzenia i, nie oglądając się na powolnego partnera, przystąpił do wykonywania czynności służbowych. Szczególnie że ratownicy, którzy pojawili się przed policją, najwyraźniej właśnie skończyli swoją robotę.

– Cześć, co tak szybko? – zapytał lekarza.

– Zgon. Nie ma co rozkładać sprzętu.

– Wiemy kto to?

Lekarz pokręcił głową. Pluciński założył rękawiczki, sprawdził kieszenie ofiary, ale nie znalazł w nich odpowiedzi na swoje pytanie.

– Śmiertelne potrącenie – burknął i spojrzał w stronę sprawcy.

Nie lubił takich typów. Kruczoczarne, lekko kręcone włosy sięgały do szyi, a wypielęgnowane broda i wąsy dodawały męskości. Masywne ciało i złowrogie spojrzenie informowały innych samców o wysokim poziomie testosteronu i pewności siebie. Pluciński wyglądał przy sprawcy jak pizda w mundurze.

– I co tu się stało, panie kierowco? – zagadnął go, skupiając się na swojej wyjątkowej mocy. To on był tutaj gliną i miał wszelkie uprawnienia, żeby sprawcę wypadku zgnębić, upokorzyć, a nawet rzucić na glebę. Z przyjemnością zobaczyłby tę pewną i znudzoną gębę na płytach chodnikowych.

– Z premedytacją wyskoczył mi pod koła.

– Z premedytacją? – zdziwił się policjant. – Poproszę przygotować dokumenty i prawo jazdy.

Mężczyzna ani drgnął.

– Dokumenty!

– Sierżant sztabowy Marcin Letki, jestem z firmy.

– Z firmy? – zjeżył się Pluciński.

Pracował w drogówce od dwóch lat i przeprowadził setki podobnych rozmów. Większość zatrzymanych przeszukiwała zasoby swojej pamięci, by odnaleźć w niej nazwisko jakiegoś policjanta. „Zna pan Michalskiego, on jest policjantem w Zadupiu Dolnym?” – pytali z nadzieją, że wspólny znajomy skasuje ich przewinienia drogowe. Nie ruszały go te teksty i błagalne spojrzenia oczekujące na załatwianie sprawy po znajomości.

– Samodzielny Pododdział Antyterrorystyczny Policji. – Mężczyzna podsunął mu pod nos legitymację. – Jechałem nie więcej niż pięćdziesiąt, facet szedł chodnikiem. Zatrzymał się, a chwilę później był już na mojej masce. Zahamowałem. Wybiegłem. Nie oddychał. Zawiadomiłem pogotowie.

To wszystko zabrzmiało jak policyjny raport. Bezemocjonalne odtworzenie zdarzeń prowadzących do zabicia przypadkowego człowieka. Na antyterroryście spowodowanie wypadku, w którym zginął człowiek, nie robiło żadnego znaczenia. Na Plucińskim – wręcz przeciwnie.

I nie chodziło o trupa, okoliczności zdarzenia czy ewentualne konsekwencje. Przez chwilę Plucińskiemu wydawało się, że chociaż jest niższy, chudszy, brzydszy i dużo mniej pewny siebie niż przystojniaczek, to on wygrywa w tym starciu. Wygrywa, bo jest policjantem.

Teraz okazało się, że jest jedynie policjantem. Szaraczkiem w mundurze, nikim. Od zawsze marzył o tym, by dostać się do brygady antyterrorystycznej, ale warunki fizyczne mu na to nie pozwalały.

– Nie tak szybko, panie Letki – zareagował, gdy mężczyzna odwrócił się z widocznym zamiarem powrotu do samochodu. – Musimy spisać uszkodzenia auta, podpisać protokoły, sprawdzić trzeźwość, poczekać, aż przyjedzie prokurator, technik…

– Kurwa, facet! Chyba czegoś nie kminisz. Jeśli chcesz, to ci dmuchnę, a później spadam. Tu masz mój numer. – Podał mu karteczkę z dziewięcioma cyframi. – Jakby co, to dzwoń. Przyjadę i podpiszę co trzeba.

– Nie tak szybko! – powtórzył Pluciński, ustawiając się tak, by uniemożliwić sprawcy powrót do auta. – Na miejscu musi stawić się pana przełożony.

– Przełożony? – Antyterrorysta parsknął śmiechem. – Jaja sobie, kurwa, robisz?! Jadę właśnie na realizację. Mam jeszcze – spojrzał na zegarek – kwadrans do odprawy. Wiesz, co się stanie, jak się na niej nie pojawię?

– Ty masz swoją robotę, ja mam swoją. Nie utrudniaj. Mamy trupa, procedur nie zmienisz.

– Czy ja ci utrudniam? Mówię, jak jest. Pokazuję szmatę, daję numer telefonu. Wszystko podpiszę, wiadomo, nie uciekam od odpowiedzialności. Wiesz, czym się różnimy?

Różnica była oczywista. Dokładnie taka jak pomiędzy zwykłą kobietą a gwiazdą filmową. Każdy policjant marzył o tym, by dostać się do elitarnej grupy antyterrorystów. Pluciński nie zamierzał jednak odpowiadać na to pytanie. Musiał skupić się na wykonywaniu swoich obowiązków.

– Ty masz martwego frajera – kontynuował Letki – co wlazł mnie, czyli niewinnemu gościowi, pod koła. My zatrzymujemy prawdziwych przestępców, wchodzimy jako pierwsi, zapewniając bezpieczeństwo NASZYM. NASZYM, kminisz to? Nie mogę spierdolić roboty, od której zależy życie wielu policjantów, tylko dlatego, że jakiś pierdolony samobójca zdecydował się zakończyć swoje pod kołami mojego samochodu!

– Twój samochód zostaje zabezpieczony. Nie wsiądziesz do niego!



Poznań spał przykryty ciemnością, a światła transportera rozcinały mrok jak dwa sztylety. Driver siedział za kierownicą i jako pierwszy z kolumny podążał na miejsce przeznaczenia. Na odprawie otrzymali informacje na temat konieczności zatrzymania handlarza bronią. Zlecający spodziewali się, że w mieszkaniu zastaną spory arsenał, poprosili więc o wsparcie.

Driver bardzo dobrze czuł się za kierownicą. Sam często jeździł nocą, rozkoszując się prędkością i poczuciem panowania nad światem. Przyjemne uczucie zyskało na intensywności, kiedy po dwóch miesiącach pracy w SPAP-ie pozwolono mu jeździć na akcje z chłopakami. Świadomość tego, że w aucie ma sześciu uzbrojonych po zęby antyterrorystów, dodawała skrzydeł. Mógł jechać tak, jak lubił – szybko i agresywnie.

Pękał z dumy, był pierwszym z nowo przyjętych, który dostąpił zaszczytu uczestniczenia w realizacjach. Antyterroryści byli ostrożni w ocenie nowych członków zespołu. Krążyła opinia, że co najwyżej jedna piąta przyjętych do SPAP-u na próbę zostawała na stałe.

Codzienna służba – a raczej życie z antyterrorystami – była ostatnim i najtrudniejszym etapem rekrutacji. Złożenie dokumentów, pochwalenie się sukcesami, determinacją i predyspozycjami – to stanowiło tylko wstęp. Na testach psychologicznych i sprawnościowych wykładali się nawet najlepsi. Jednostka antyterrorystyczna z założenia miała składać się z ludzi cholernie odpornych na stres, ból i wysiłek. Wielu wydawało się, że spełniają kryteria… dopóki nie postanowili się sprawdzić.

Prawdziwy test następował później, z czego nowo przyjęty do SPAP-u nie zdawał sobie sprawy. Świętował awans do elitarnej jednostki, pijąc ze znajomymi na umór i zgrywając twardziela. A później wchodził w świat prawdziwych twardzieli i musiał zasłużyć na ich zaufanie i szacunek.

Antyterroryści byli jak jeden organizm. Każdy z nich miał imię, nazwisko i stopień służbowy, ale podczas realizacji na twarze naciągali kominiarki i tracili cechy indywidualne. Niemalże synchronizowali oddechy. Posługiwali się ksywkami, całkiem odcinając się od swoich tożsamości.

Driver milczał. Skupiał się na prowadzeniu, ale od czasu do czasu spoglądał we wsteczne lusterko i wychwytywał pojedyncze rozmowy kumpli. Na realizacje zawsze jeździli w skupieniu, wymieniając się wyłącznie niezbędnymi informacjami. Nawet Wajchert przestał żartować. Dziś zainteresował się pododdziałowym przystojniakiem.

– Co jest Momoa? Momoa? – powtórzył Wajchert i klepnął przyjaciela w plecy. – OK?

– Wszystko gra.

– Jesteś z nami?

– Jak zawsze.

Driver widział, że ta dwójka przyjaźni się bardziej niż reszta, a Momoa dotarł na odprawę w ostatniej minucie. Do samochodu też wszedł ostatni, a od razu po tym, jak usiadł, włożył do ust porcję makli.

– Jesteśmy – zakomunikował, kiedy dojeżdżali na miejsce. Zerknął z zazdrością w lusterko. Czarni byli gotowi do realizacji. Najchętniej poszedłby z nimi i na własnej skórze poczuł różnicę pomiędzy ćwiczeniami a prawdziwą realizacją. Na razie jednak jego funkcja ograniczała się do bycia kierowcą.

Samochód zatrzymał się, a dowodzący grupą odwrócił się do chłopaków i warknął:

– Pamiętajcie, że w środku mogą być dzieci.

♦ ♦ ♦

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Świeża krew Ucieczka Bestseller Koneser Zaufaj mi, Anno Słodkich snów, Anno 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer