Zapisane w chmurze

Zapisane w chmurze

Autorzy: Beata Majewska

Wydawnictwo: Książnica

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 16.90 zł

Przygoda, która zamienia się w gorące uczucie

Małżeństwo Magdy znalazło się na równi pochyłej – narcystyczny i wiecznie zajęty mąż już od dłuższego czasu nie zważa na jej potrzeby. Zbuntowana kobieta decyduje się na samodzielną wyprawę wakacyjną do Rumunii. Na miejscu okazuje się, że wynajęta przewodniczka Julia to przystojny młodzieniec o imieniu Iulian. Magda chce zrezygnować z jego usług, ale ostatecznie razem wyruszają w podróż, podczas której nawiązują romans. Zaniepokojony mąż Magdy próbuje odzyskać żonę, ale Iulian ukrywa jego list z przeprosinami. Jaką decyzję podejmie kobieta uwikłana w miłosny trójkąt?

WROCŁAW 2018

Projekt okładki

ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Fotografie na okładce

© maximleshkovich/Fotolia

© Tatiana/Fotolia

Archiwum domowe autorki

Koordynacja projektu

IZABELA MAGIERA, ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

ELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

Korekta

MARIA SOŁTYS

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

W książce wykorzystano fragmenty wierszy poetów rumuńskich zamieszczonych

w „Literaturze na Świecie” 2000, nr 1-2 oraz fragment poematu Mistrz Manole,

przeł. Jerzy Ficowski, [w:] Jerzy Ficowski, Mistrz Manole i inne przekłady,

Fundacja Pogranicze, Sejny 2004

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-245-8353-9

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Epilog

Podziękowania

Nie szukaj mnie, proszę.

Nie dzwoń, bo nie odbiorę telefonu.

Nie wysyłaj SMS-ów.

Nie pisz do mnie, bo nie przeczytam ani jednego maila.

Nie szukaj mnie w Konstancy, bo nigdy tam nie wrócę.

Wybacz mi...

Rozdział 1

Któregoś dnia budzisz się

i patrzysz w zdumieniu

na własne życie –

próbujesz podretuszować mu rękę,

grymas twarzy ukryć

przed obcym wzrokiem,

lecz pech znów napełnia ci szklankę.

Marianna Marin, Dziesięć tysięcy szubienic,

przeł. Irena Harasimowicz-Zarzecka

– Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć? – Objął ją ostrożnie w pasie i z czułością pocałował w połyskujące złotem włosy wypełnione ciepłem bijącym od jej ciała. Jak zawsze pachniały szamponem, wiosennym wiatrem i jakąś osobistą nutą przypisaną tylko do niej.

– Ale o czym? – Martyna zadarła głowę. Jej mały perkaty nosek zmarszczył się na moment.

– Wiesz, o czym – mruknął czule.

Stęsknił się za nią. Wyjechała przed dwoma tygodniami do rodzinnego domu i wróciła dzisiaj. Ostatni raz rozstali się na tak długo trzy lata temu, ale wtedy ich związek był świeży, pomieszkiwali razem dopiero od kilku miesięcy, a Iulian intensywnie poszukiwał pracy. Może dlatego nie odczuł tak ciężko rozstania.

– Nie. Serio, nie wiem, o co ci biega. – Dziewczyna odsunęła się na odległość wyprostowanych ramion.

Parsknął cicho pod nosem.

– Niezła z ciebie aktorka.

– Jul, nie wiem, co ci odbiło, ale skoro tak uważasz, dziękuję. Mogę być aktorką. Kiedy Oscar? – zapytała, odwijając puszysty szalik, który dostała od niego z okazji walentynek.

– No właśnie. Oskar? Ładne imię, podoba mi się. – Chwycił ją za rękę i poprowadził w stronę wysiedzianej sofy.

Usiedli. Martyna zachichotała nerwowo, gdy kilka razy znacząco uniósł i opuścił brwi. To był znak, że zaraz powie coś ważnego.

– Nie spytasz, jak minęła mi podróż? – Nawiązywała do niedawno uzyskanych praw do prowadzenia pojazdów mechanicznych, jak to śmiesznie określał.

– Widzę, że dobrze, skoro siedzisz tutaj. – Błysnął zębami.

– Dupek. A właśnie! – Uniosła wskazujący palec. – Tata obiecał mi nową furę. – Znów błysnęły jej oczy na myśl, że wkrótce zamieni starego golfa, którego kupili na spółkę, ona i Iulian, na prawie nowe volvo XC60. – Da mi swój wóz, a sam kupuje jakiegoś merca. Super! Cieszysz się?

– Cieszę. Przyda ci się bezpieczny samochód. – Z jego oczu biła czułość.

– Ej, no! Co jest grane? – Martyna dała mu lekkiego kuksańca.

– Jesteś śliczna, mówiłem ci już? – Iulian wyciągnął rękę, żeby okiełznać jeden z niesfornych kosmyków Martyny. Założył go za jej ucho i musnął wierzchem dłoni gładki dziewczęcy policzek. – Paki coś znalazł – powiedział pozornie beznamiętnie, ale zdradził go nieznaczny, lecz widoczny skurcz mięśnia na twarzy.

– Paki? – Martyna zmarszczyła czoło. Cóż mógł znaleźć ich współlokator, dwudziestoparoletni Pakistańczyk, który razem z nimi i dwójką Rosjan, Sergiuszem i Saszą, wynajmował spory, czteropokojowy apartament? Miał jakieś imię, ale nikt go nie pamiętał, chociaż mieszkali razem już prawie cztery lata. Od razu został ochrzczony Pakim. Na szczęście polubił swój nowy przydomek, zresztą był wyjątkowo spokojnym człowiekiem i godził się na wszystko. – Co znalazł Paki i jaki to ma związek ze mną, bo jakiś na pewno ma? – Spojrzała czujnie na Iuliana.

– Znalazł to. – Sięgnął do kieszeni spodni i wyjął małą białą płytkę. Dwie wyraźne kiedyś kreski już zbladły i straciły swój purpurowy kolor, ale nadal były widoczne, tak samo wyraźnie, jak różowe placki, które prawie natychmiast wykwitły na dekolcie Martyny. – Czemu nic nie powiedziałaś? – wychrypiał wzruszony.

Już zdobył stuprocentową pewność, że test ciążowy należał do jego dziewczyny. Gdy kilka dni temu Paki przyniósł go do ich wspólnego saloniku i pokazał znalezisko, opadła mu szczęka. W pierwszej chwili pomyślał, że to Paki zostanie wkrótce ojcem i przyszedł się pochwalić, ale wtedy kumpel pogłaskał bezwiednie swoją długą czarną brodę i podał mu płytkę, mamrocząc pod nosem, że wypada to oblać, ale on pił nie będzie, bo religia mu nie pozwala.

Iulian nie mógł uwierzyć, że to o niego chodzi, ale na logikę tylko on z całej czwórki facetów miał dziewczynę, na dodatek mieszkali razem od prawie czterech lat, sypiali ze sobą regularnie i co się z tym wiąże, prędzej czy później mogli po prostu zaliczyć wpadkę. Paki dziewczyny nie miał, a nawet jeśli z jakąś się spotykał, to bez seksu. Co do Sergiusza i Saszki, ci preferowali własną płeć, ale co trochę dziwne, parą nigdy nie byli.

– Skąd to masz? – Martyna wyciągnęła rękę, zabrała test i zaczęła bezmyślnie obracać go w palcach. W końcu rzuciła nim na stojący tuż obok mały stolik.

– Mówiłem, Paki go znalazł. Sortował śmieci i...

– Raczej przeszukiwał! – Nie pozwoliła mu skończyć.

Była wkurzona. Krew buzowała w jej uszach, a w głowie tłukła się myśl: „Kretynko! Miałaś to wywalić poza domem!”. Straciła czujność, poczuła się w tym miejscu zbyt pewnie. Zrobiła test, a potem, dokładnie tak samo, jak postępowała ze wszystkimi tamponami, podpaskami i wacikami do demakijażu, wrzuciła pudełko i płytkę do małego kubełka w łazience. To był JEJ osobisty kubełek, chłopaki nie miały prawa nic tam wrzucać, Iulian też, a już na pewno nie powinni byli grzebać w plastikowym worku, który stanowił wkładkę wiaderka. Zawsze dokładnie go zawiązywała i na wszelki wypadek wkładała do drugiego.

– Ale o co ci chodzi? – Iulian przełknął ślinę. Nie umknęło mu, że Martyna poczerwieniała jak pomidor. Jej policzki, szyja, obnażony dekolt nad głęboko wyciętą bluzką – wszystko pokryło się rumieńcem. – Czemu się złościsz? To przecież...

– Nie życzę sobie, żeby ktoś grzebał w moich rzeczach. Co w tym dziwnego?! – wypaliła, znów nie pozwalając mu dokończyć. Zerwała się z sofy, zabrała test i wybiegła z ich wspólnej sypialni. Zanim Iulian zdołał odzyskać rezon, wróciła z łazienki. Przyniosła ze sobą kubełek, postawiła go na stoliku, wrzuciła do środka test i z impetem zamknęła klapę. Stojąc przed Iulianem, wycedziła przez zęby: – To mój kubełek, moje śmieci i moje sprawy. Nikomu nic do tego, co wyrzucam, a już zwłaszcza temu durniowi! Pójdziesz do niego i powiesz, że ma trzymać swoje brudne łapska przy sobie.

– Paki jest w pracy – odpowiedział odruchowo.

– Wobec tego jak wróci.

– Worek się rozerwał... – zaczął tłumaczyć kolegę. – Paki powiedział, że worek się rozerwał, śmieci wypadły i dlatego... Przepraszam. – Zamilkł na dobre.

Próbował nie dopuszczać do głosu czarnych myśli, ale nie był idiotą. Poczuł skurcz w sercu, gdy Martyna usiadła obok i chwyciła jego dłoń. Jej palce drżały i były lodowate, aż przeszedł go dreszcz, kiedy zacisnęła je mocniej, wpiła w jego skórę, jakby chciała odebrać mu całe ciepło.

– Jul, posłuchaj. To nie ma sensu.

– Co nie ma sensu?

– Dziecko. Teraz. W naszej sytuacji. – Rozejrzała się wokół. – Rozumiesz?

– Nie, nie rozumiem. – Spojrzał na ich złączone dłonie.

Martyna od razu domyślnie zabrała swoją i wsadziła obie pod pachy. Były mokre od potu.

– Usunęłam ciążę.

– Wiem. Zdecydowałaś za mnie. I za dziecko – dodał, bezwiednie zaciskając pięści.

– Chyba zapomniałeś, co kiedyś ustaliliśmy. Na razie żadnych dzieci. Jak to sobie wyobrażasz? Tutaj? – Rozejrzała się wokół po ich ciasnym pokoju zagraconym do szczętu, bez jednego metra wolnej powierzchni. – Jeszcze przyjdzie czas na dziecko. – Zabrała ręce spod pach i założyła na piersiach. – Umówiliśmy się. Jesteśmy razem, mieszkamy razem, ty pracujesz, ja studiuję, a za rok, gdy obronię magisterkę i znajdę dobrą pracę, przeprowadzamy się na swoje. Wtedy pomyślimy o dziecku – powiedziała, łagodząc ton.

– A co, jeśli się nie uda? Jak mogłaś być tak...

– Bezwzględna? – poddała. – To nie bezwzględność, raczej rozsądek. Lekkomyślna? Bez obaw. Przecież nie jestem głupia i wiem, jak się załatwia takie sprawy.

– Jak? – Próbował zapanować nad głosem, ale zadrżał wbrew jego woli.

– Są odpowiednie leki. Koleżanka przywozi je z Norwegii. Są bezpieczne.

„Dla dziecka?” – spytał bezgłośnie.

– Nie wierzę. – Przytknął dłonie do skroni. Krew pulsowała pod palcami.

– Nie musisz się martwić. To bezpieczny lek, a dokładnie dwa, mifepriston i...

– Oszczędź mi detali.

– Jak chcesz. – Wydęła wargi.

– Nie boisz się, że już nigdy nie zajdziesz w ciążę? Co wtedy? Nie pomyślałaś o tym, zanim zażyłaś to świństwo?

– Widać, że nie masz pojęcia o tych sprawach. Szkoda. Myślałam, że jesteś inny.

– Inny, czyli jaki?

– Normalny? Myślisz, że to przyjemne przechodzić poronienie?

– Raczej aborcję.

– Jesteś wstrętny.

– Bo martwię się o ciebie? O twoją przyszłość, o to, że może nigdy więcej nie zajdziesz w ciążę? Wtedy, gdy będziesz chciała mieć dziecko, bo już skończysz studia, zdobędziesz pracę marzeń, a twój ojciec wręczy nam klucze do mieszkania, które już czeka na ciebie od matury?

– Możesz przestać się bać o moją płodność – powiedziała spokojnie. – Domyśl się dlaczego.

– To nie pierwszy raz? – Nagle uświadomił sobie, że to drugi taki długi wyjazd do rodziców, a poprzednio, trzy lata temu, Martyna wróciła od nich jakaś dziwna. Przez miesiąc chodziła na przemian to posępna i mroczna niczym chmura gradowa, to przesadnie wesoła i szczebiocząca.

– Wtedy trochę się bałam. Zwłaszcza jak to wszystko przebiegnie, ale niepotrzebnie. Te leki naprawdę są bezpieczne. Izka była ze mną. – Wymieniła imię przyjaciółki, z którą musiała się rozstać, bo ta dołączyła do rodziców mieszkających od kilku lat w Oslo. – To Iza przywiozła tabletki, a potem razem to zrobiłyśmy u niej w domu.

– Razem?

– Ja zażyłam leki, a ona mnie pilnowała. Myślałam, że od razu się zacznie, ale chwyciło mnie dopiero dwa dni później, na szczęście nie jakoś bardzo mocno. Nie bolało, nie krwawiłam zbyt obficie, było prawie jak przy zwykłej miesiączce. Bałam się, że będę musiała jechać do szpitala, to było najgorsze. Izka mówi, że czasami tak właśnie się dzieje, gdy macica nie wyrzuci wszystkiego i zostają jakieś resztki, które trzeba wyczyścić.

„Twoja macica sprawiła się na medal. Wyrzuciła wszystko. Z mojego dziecka nie zostały nawet resztki. – Przełknął gorycz. – Z moich dzieci. Z dwójki moich dzieci” – poprawił się w myślach.

– Co teraz? – spytał po chwili ciszy.

– Teraz? Nic. Za tydzień lub dwa pójdę do ginekologa, żeby sprawdził, czy wszystko w porządku.

– Aha.

– Już więcej nic nie powiesz?

– A co mam powiedzieć? – Spojrzał na kubełek z odpadkami, myśląc że w środku została jedyna pamiątka po jego dziecku. – Mam cię przytulić? Pochwalić? Powiedzieć, że jesteś bardzo dzielną dziewczynką? Rozsądną? Zapobiegliwą i myślącą za nas oboje?

– Czemu jesteś taki? – W głosie Martyny zawibrował żal. – Umawialiśmy się.

– Jaki? – Niechętnie przeniósł wzrok na dziewczynę.

– Nieczuły.

– Problem w tym, że jestem zbyt czuły, przeczulony nawet. I jakoś nie potrafię spokojnie myśleć o tym, że dwa razy zostałem olany, pominięty i pozbawiony wyboru. To trochę smutne, nie uważasz? Jesteśmy razem prawie cztery lata, cztery cholerne lata, a ty uznałaś, że mój głos w tak ważnej sprawie zupełnie się nie liczy. I nie powtarzaj jak katarynka, że się umawialiśmy.

– Mam dość. – Martyna pomachała rękami przy głowie. – Sorry, ale mam dość. Jeśli chciałeś wzbudzić we mnie poczucie winy, niestety poniosłeś porażkę. Siedzisz tu z miną zbitego psa, dywagujesz, biadolisz, a prawda jest taka, że życie to nie zabawa. Nie stać nas na dziecko, ciebie nie stać na dziecko. – Wycelowała w niego wskazujący palec. – Z czego je utrzymamy, skoro ja dorabiam na zleceniach, a ty ciągle zmieniasz pracę? Mieszkamy w klitce razem z trzema kolesiami, którzy raczej nie nadają się na niańki, nawet Paki, choć jak twierdzi, uwielbia dzieci i chciałby mieć piłkarską drużynę. Iulian, zejdź na ziemię, a raczej spadnij z różowej chmurki – dokończyła ciszej.

– Nie gadajmy już o tym. Masz rację, życie to nie zabawa. – Odwrócił wzrok, żeby nie widzieć jej twarzy, dziwnie brzydkiej, jakby nieznanej mu wcześniej, ściętej grymasem złości i zawodu. – Muszę to przemyśleć.

– Nie ma nad czym myśleć.

– Pewnie tak. – Zgodził się z nią, nie spuszczając wzroku z wpółotwartej szafy, z której wysypywały się ich ciuchy. Już dawno obiecał, że naprawi uszkodzony zawias, a Martyna, że poukłada ubrania. „A jeśli ona ma rację? Nie nadajemy się na rodziców. Jesteśmy niesłowni i bezmyślni. Nie potrafimy zadbać o porządek w pokoju, a co dopiero mówić o dziecku. Nie potrafię zapewnić jej bezpieczeństwa finansowego. Ona to wie, czuje. Dlatego jest taka zimna. To ja jestem przegrywem, nie ona”. Brakowało mu odwagi, żeby spojrzeć na Martynę. Czuł, że zawiódł. Zawalił na całej linii. – Przepraszam – bąknął, gapiąc się na wiszące krzywo drzwiczki mebla.

– Za co mnie przepraszasz? – prychnęła Martyna. Jej wzrok odruchowo podążył w to samo miejsce.

– Miałem ją naprawić. – Wskazał brodą na szafę.

– Boże, czy to ważne?! To tylko pieprzona szafa! – Uderzyła pięścią w siedzisko sofy.

– Ważne. Wszystko jest ważne. Nasze życie składa się z miliona ważnych rzeczy, które choć na pozór mogą wydawać się błahe i nieistotne, razem tworzą pełny obraz. Jak puzzle, gdy brakuje jednego, cała układanka traci sens. Rozumiesz?

– Nie.

– Gdyby Paki nie rozerwał worka ze śmieciami, nie wiedziałbym...

– Efekt motyla? – przerwała mu i zaniosła się krótkim, szczekliwym śmiechem. – Chyba nie wierzysz w te filozoficzne bzdury? Daj spokój. – Wstała, podeszła do szafy i stanęła, przyciskając plecy do uchylonych drzwiczek. – Tu nie chodzi o rozerwany worek i popsute meble.

– Masz rację. Nie chodzi o przedmioty, tylko o nas. O mnie. O ciebie. – Chwilę później tulił ją w ramionach. – Przepraszam. To ja zawaliłem – przyznał ze wstydem.

– Ja też. Przepraszam, powinnam ci powiedzieć. – Wtuliła się w niego.

– To nic. Już nic.

Znów pocałował ją we włosy.

Trzy miesiące później...

Magda wysiadła z samochodu, przeszła przez podjazd i dopiero zamykając za sobą drzwi domu, poczuła, że jest cholernie samotna. Samotna jak nigdy wcześniej. Dziewczynki poleciały do Stanów, Łukasz jak zwykle był w pracy, a jej pozostały jedynie zdawkowe rozmowy z gosposią czy ogrodnikiem. Ale czy w ogóle miała ochotę z kimś gadać? Niby o czym? Kończył się czerwiec, skończyła się szkoła, a w wakacje ludzie wrzucają na luz, planują urlopy, odpoczywają mniej lub bardziej efektywnie, wszystko wokół zwalnia. Ona też mogła zwolnić. Pytanie, czy właśnie tego potrzebowała?

Usiadła na tapicerowanej ławce i powoli odpinała paski sandałków na szpilce. Lubiła te buty, były wygodne, a jej zgrabne szczupłe nogi prezentowały się w nich wyjątkowo dobrze. I co najważniejsze, Łukasz uwielbiał, gdy je zakładała. Podobała mu się w nich. Kiedyś, na którymś z rodzinnych wesel podszedł blisko, chwycił ją za łokieć, przyciągnął do siebie i szepnął do ucha, że ma ogromną ochotę na seks. Pamiętała, że dyskretnie się oddalili, znaleźli małą pakamerę zawaloną jakimiś gratami, Łukasz zamknął od środka drzwi na haczyk i zrobili to pospiesznie, gwałtownie i tak, że obojgu jeszcze długo potem drżały nogi. Kwadrans później wyszli, by prawie natychmiast wpaść na matkę Łukasza. Oczywiście miała do nich pretensje, bo „Magda gdzieś zniknęła”, no właśnie – liczba pojedyncza: „zniknęła” – a dziewczynki zostały puszczone samopas i Kamilce przytrafił się mały wypadek. Biegały, ona i Milenka, po żwirowanych ścieżkach przyrestauracyjnego ogródka i bęc. Biedactwo wywaliło się jak długie. Ciemnobrązowy strupek tkwił na kolanie prawie dwa tygodnie. Już wtedy Magda powinna była uświadomić sobie dwie sprawy. Pierwsza: to na niej spoczywa wychowanie córek, bo Łukasz pracuje, a druga? To Łukasz rozdawał karty. Zawsze on.

I co jej teraz zostało w talii? Nic. Nawet marna dziewiątka. Wyprostowała się na ławce, wsparła tył głowy o chłodną powierzchnię ściany i zamknęła oczy. Co teraz? Dwa miesiące kompletnej pustki. Kamila i Milena skończyły liceum, od października studia w dalekim Poznaniu, a na razie trzy miesiące wakacji z rodzicami Łukasza. Co miała ze sobą zrobić? W zasadzie mogła zniknąć na te trzy miesiące, no, może nie na trzy, bo przecież pracowała jako nauczycielka, więc już w końcu sierpnia musiała być do dyspozycji dyrekcji, ale równe dwa owszem. Sześćdziesiąt dni bycia zbędną.

– Pani Magdo... – Usłyszała głos Luizy, dziewczyny, którą niedawno przyjęła do pracy, żeby trochę odciążyć Irenkę, główną gospodynię, panującą w ich willi nieprzerwanie od szesnastu lat. – Źle się pani czuje?

– Czuję się doskonale. – Otworzyła oczy i spojrzała na Luizę, myśląc, że jej zazdrości. Czego? Wszystkiego, a zwłaszcza wolności, braku zobowiązań i tego, że dopiero wchodziła w życie. Jeszcze mogła wybrać. – Straszny upał – bąknęła, żeby jakoś uzasadnić swoje zachowanie.

– Jest bardzo ciepło. I pewnie korki.

– O tak. Jechałam półtorej godziny z Okęcia.

– Ale wszystko w porządku?

– Jeśli masz na myśli, czy dziewczynki poleciały do Ameryki, tak, wszystko w porządku.

– To dobrze. – Luiza uśmiechnęła się szeroko.

– Mój mąż dzwonił? – Magda zerknęła na stylizowany aparat telefoniczny spoczywający na specjalnej, również stylizowanej tacy. I telefon, i taca znajdowały się na jeszcze kunsztowniej wykonanej fikuśnej komódce, będącej jednym z ukochanych mebli teściowej.

– Nie, pan Łukasz nie dzwonił.

– Do mnie też nie dzwonił.

– Pewnie jest bardzo zajęty.

– Pewnie tak.

– Zje pani lunch?

– Nie, dziękuję.

– A może zrobię kawę?

– Luizko, pójdę do siebie.

Dobrze, że chociaż małżeńską sypialnię Magda mogła urządzić po swojemu. To był jej azyl, jedyne pomieszczenie w całej ogromnej willi, które zaprojektowała od a do zet. Wymyśliła ją w każdym detalu, a potem, gdy teściowa definitywnie opuściła ich dom i zamieszkała z mężem w małej mieścinie pod Chicago, mogła wreszcie zrealizować swój plan. Łukasz nie miał nic przeciwko. W zasadzie było mu to prawie tak samo obojętne, jak urządzenie całego domu, nalegał jedynie na pozostawienie tych kilku, szkaradnych według Magdy, pamiątek typu telefon w stylu rokoko czy obraz ze świętą rodziną wiszący od zawsze na honorowym miejscu w salonie.

Magda ułożyła się na brzegu materaca i dopiero teraz dała upust łzom. Nie płakała, odprowadzając córki, nie uroniła łzy, gdy się z nimi żegnała, nawet kiedy samolot oderwał ciężki brzuch od płyty lotniska, też nie pozwoliła sobie na słabość, chociaż już wtedy żadna z dziewczynek nie mogła jej zobaczyć. Machała im bardzo długo, aż samolot stał się maleńką jasną kropką na bezkresie niebieściutkiego nieba. Córki nie pozwoliły jej na płacz. Obie tego nie znosiły. Czasami Magda nie potrafiła zrozumieć, jak to możliwe, że te nastolatki, które ponoć były jej dziećmi, mogły tak bardzo się od niej różnić.

Nagle zadzwonił jej telefon. Sięgnęła po torebkę leżącą na nocnej szafce i wyjęła aparat. Szybko chrząknęła kilka razy, żeby Łukasz nie poznał po jej głosie, że płakała.

– I jak? Dziewczyny już w powietrzu?

– Już dawno przecież. – Usiadła i bezwiednie potarła policzek, bo załaskotała ją zabłąkana łza. – Dwie godziny temu wyleciały.

– Oby tylko za tydzień nie wróciły – zaśmiał się Łukasz. – Wcale bym się nie zdziwił.

– Czemu?

– Wiesz, jaka jest mama.

„Taka jak ty i taka jak one?” – Myślisz, że mogą...

– Mogą co?

– Nie wiem.

Naprawdę nie wiedziała, co powiedzieć. Cokolwiek by mówić, teściowa i Łukasz nie mieli kłótliwych charakterów. Przeciwnie. Jej mąż bardzo rzadko podnosił głos, a już takiej porządnej małżeńskiej kłótni, z rozbijaniem talerzy ewentualnie skakaniem sobie do gardeł, nie przeżyła nigdy. Cichych dni też nie było. Łukasz nie uznawał takich fochów. Mówił, co miał do powiedzenia i kiedy chciał to powiedzieć. Teściowa tak samo. I dziewczynki podobnie. Cała czwórka była jak sklonowana, jeśli mowa o charakterze i temperamencie.

– Ech, widzę, że nie masz humoru – odezwał się Łukasz.

„A jak mam mieć dobry humor?” – Nie, czemu? Jest mi trochę smutno, bo już za nimi tęsknię, ale...

– Bardzo chciały zwiedzić Stany – przypomniał. – Bardzo. Uwielbiają moją mamę, dziadka też. Zobaczysz, będzie im dobrze.

– Nie mówię, że nie.

– To o co ci chodzi? – spytał, niezbyt udanie kryjąc irytację.

Już miała odpowiedzieć tym samym pytaniem. To przecież Łukasz zasugerował, że dziewczynki mogą wrócić wcześniej przez jego matkę, nie ona. Ugryzła się w język. Mąż nie znosił jakiejkolwiek krytyki rodziców. On mógł ich oceniać, ona nigdy, zaraz stawał się nieprzyjemny i potrafił wsadzić szpilę. Zaczynał wymieniać rozliczne zasługi matki i ojca, to, że mieszkali w ich willi, że przez lata mama opiekowała się wnukami, a ojciec wspierał finansowo. Później było pouczenie, że choćby za to Magda powinna być im dozgonnie wdzięczna, a na koniec podkreślenie rozlicznych zalet rodziców, na przykład: „nigdy się do nas nie wtrącali” albo „mama nigdy nie miała nic przeciwko twojej pracy zawodowej”. Istny ideał.

– Przepraszam, ale naprawdę nie czuję się na siłach teraz gadać – zakończyła.

– Jasne. Porozmawiamy wieczorem.

Nie porozmawiali. Łukasz wrócił późno, a Magda już nie chciała poruszać tematu, tym bardziej że dotyczył teściowej. Przez wyjazd dziewczynek zapomniała o czymś, o czym zawsze pamiętał jej mąż. Musiała przyznać, że był doskonale zorganizowany, potrafił delegować obowiązki i nawet ich prywatne sprawy powierzył swojej asystentce. Pani Karolina, a dokładnie panna Karolina Miś, dbała o wszystko. Miała również nadzór nad kalendarzem, czyli datami urodzin i imienin oraz rocznicą ślubu szefa. Od lat na jej głowie spoczywał obowiązek zamówienia stosownego bukietu kwiatów, podsunięcia szefowi bileciku do podpisu i wysłania pachnącej przesyłki wprost do jego domu.

Nazajutrz po wyjeździe córek Leśniaków, punktualnie o czternastej, bo właśnie o tej godzinie rozpoczęło się nabożeństwo ślubne Magdaleny i Łukasza, do drzwi willi zadzwonił kurier. Tak było rok w rok. Dostawca wręczał „zaskoczonej” jubilatce wiecheć kwiatów, prosił o pokwitowanie i to było wszystko. Magda udawała, że się cieszy, wylewnie dziękowała mężowi przez telefon – choć fakt, z roku na rok jej entuzjazm słabł – a wieczorem powtarzała podziękowania, cmokała go w policzek, on ją tak samo, i połowę obchodów rocznicy ślubu mieli już za sobą. Połowę, bo część drugą stanowiła kolacja we dwoje, zawsze w najbliższą sobotę i koniecznie w jakiejś bardzo drogiej, eleganckiej knajpie. To Łukasz rezerwował miejsce, prosił żonę, żeby pięknie się ubrała i jechali na ósmą do restauracji. Tam również obowiązywał ten sam, kontynuowany od lat schemat, czyli wybieranie wina, dań, deseru, jedzenie, wymiana kilkunastu zdań, powrót do domu i seks.

– Jakie piękne... – zachwyciła się Luiza, biorąc od Magdy pokaźny bukiet ciemnoczerwonych róż. Próbowała je policzyć, ale szefowa ją uprzedziła.

– Piętnaście. Bo piętnasta rocznica.

– Piętnasta?

– Tak. Wzięliśmy ślub, gdy dziewczynki już były na świecie.

– Przepraszam, nie chciałam być wścibska.

– Nie jesteś – westchnęła Magda. – Postaw je w jadalni.

Poszła na górę, usiadła na brzegu łóżka i wyjęła bilecik z koperty. Przeczytała, a później porównała z poprzednimi. Trzymała je wszystkie w szufladce kasety z biżuterią. Tylko jeden liścik był cały napisany odręcznie przez Łukasza, późniejsze tylko podpisywał. Parsknęła śmiechem, bo treść tegorocznego biletu była identyczna jak ta sprzed trzech lat, z kolei ubiegłoroczna była taka sama jak w dziesiątą rocznicę. „Czyżby Karolinie brakło inwencji, a może liczy na moją demencję?” Świetnie zdawała sobie sprawę, że te piękne kwiaty to nie dowód miłości i pamięci męża, a jeden z wielu obowiązków służbowych Karoliny Miś. Swego czasu Magda była nawet trochę zazdrosna o tę starą pannę, ale szybko jej przeszło. O ile ze strony Karoliny może istniał jakiś platoniczny afekt skierowany do Łukasza, o tyle ten miał swoją asystentkę w nosie. W ogóle nie zauważał Karoliny Miś – kobiety, była dla niego jedynie Karoliną Miś – żywym wyposażeniem biura.

– Zaraz zwymiotuję – szepnęła Magda, wkładając wszystkie piętnaście bilecików do szufladki. – To jest po prostu obrzydliwe. – Miała na myśli podejście Łukasza do rocznicy ślubu. Wolałaby nie dostać tych przeklętych kwiatów i najchętniej zeszłaby na dół, zabrała wiązankę, wyniosła do ogrodu, a tam wsadziła ją do kompostownika i przykryła klapą. – Nie chcę tak – jęknęła bezradnie.

Zdesperowana chwyciła telefon i wybrała numer męża. Musiał czekać, bo odebrał natychmiast. Pewnie chciał odfajkować krótką rozmowę z obdarowaną żoną i zająć się kolejnymi bardzo ważnymi sprawami. Ku jego zdumieniu owszem, podziękowała, ale nie pozwoliła się rozłączyć, za to zadała dziwne pytanie.

– Czy zrobiłem już rezerwację? – Zrobił głęboki wdech, bo nie miał pojęcia, czy Karolina zdążyła to załatwić. Tym bardziej nie wiedział, jaki tym razem lokal wybierze jego asystentka. – A czemu pytasz?

– Jeśli zrobiłeś, mam prośbę, żebyś odwołał rezerwację.

– Nie rozumiem.

– A co tu rozumieć? Nie chcę iść do restauracji.

– Ale dlaczego? – Musiał przyznać, że żona coraz bardziej go dzisiaj zadziwiała.

– Chcę zostać w domu. Zrobię smaczny obiad, coś, co lubisz, zjemy, porozmawiamy. Wolę tak, Łukaszu. – W głosie Magdy wybrzmiewała prośba.

– Oczywiście, że tak, zgadzam się. To bardzo dobry pomysł. Zaskoczyłaś mnie – dodał szybko.

– Naprawdę się zgadzasz?

– No pewnie.

– Nie ma dziewczynek, będziemy sami, będzie miło.

– I romantycznie. – Zaśmiał się cicho.

Ta krótka rozmowa ucieszyła ją bardziej niż piętnaście bukietów, które już dostała, i kolejne piętnaście, które dopiero miała otrzymać. Zamierzała spędzić piątek, siedząc w domu, ale teraz zmieniła plany. Wybrała się do miasta i całe popołudnie włóczyła po sklepach. Wróciła obładowana papierowymi torbami, ale nikomu, nawet Luizie, nie pozwoliła ich tknąć. Zaniosła wszystko do sypialni Mileny i skryła w czeluściach jednej z szaf. Była pełna nadziei i zapału co do jutrzejszego wieczoru, niestety, świeżo rozpalone iskry gasły powoli, bo Łukasz już wieczorem oznajmił, że jutro musi jechać na kilka godzin do biura. Później, rano, poinformował ją, że wróci około trzeciej, góra czwartej, ale będzie na pewno. Jeszcze wtedy Magda łudziła się, że dotrzyma słowa. Wysłała Luizę do zaprzyjaźnionego gospodarza po świeżutką tuszę kaczki, a sama oddała się zabiegom upiększającym.

Około drugiej, gdy nikogo z domowych pracowników już nie było, postanowiła zacząć przyrządzać popisowe danie. Właśnie miała zabejcować mięso, gdy dostała SMS-a. „Trochę się spóźnię, przepraszam. Łukasz”. Spytała w odpowiedzi, ile to jest „trochę”. Według niego trochę równało się dwie godziny. „Będziesz o piątej?” Jeszcze się łudziła, że ma dla niej choć odrobinę szacunku, ale gdy odpisał, że będzie w domu „nie wcześniej niż o szóstej”, coś boleśnie ukłuło ją w sercu. Nagle przeszła jej ochota na szykowanie kaczki w pomarańczach. Usiadła na kuchennym krześle i przez chwilę tępo patrzyła na blat stołu założony przyprawami i owocami, z których miał powstać aromatyczny sos.

– Mam to wszystko w dupie – poinformowała samą siebie.

Łukasz wrócił przed siódmą. Pięć godzin wystarczyło Magdzie na przygotowanie wyjątkowego prezentu dla męża, wypicie prawie całej butelki wina, które planowała zaserwować do obiadu, oraz obejrzenie czterech odcinków serialu Punisher na Netflixie.

– Świętujesz beze mnie? – zapytał, wchodząc do salonu.

– Bez obaw, jest jeszcze druga butelka. – Nawet na niego nie popatrzyła.

– Przepraszam, miałem pilną rozmowę z Domańskim, dlatego...

– Nie interesuje mnie, z kim rozmawiałeś. – Przerwała mu. Wyłączyła telewizor i spojrzała na męża. – Powiedz mi, jak to jest... – zawiesiła na moment głos. – Jak to jest, że gdy zaplanujesz spotkanie w restauracji, zawsze rezerwujesz sobie trzy albo cztery godziny, żeby zdążyć się odświeżyć, założyć wypasiony garniak, koszulę i odpowiedni krawat. Pilnujesz czasu, wyjeżdżamy odpowiednio wcześnie i jak sięgam pamięcią, nigdy nie spóźniłeś się na żadne spotkanie, również na takie, w którym ja uczestniczę lub ci towarzyszę.

– Daj spokój. – Łukasz podszedł i przysiadł na miękkim podłokietniku skórzanej sofy. – Uprzedziłem cię, że wrócę później.

– Czemu szanujesz czas tych wszystkich ludzi, a nie szanujesz mojego? Bo im płacisz, a mnie nie? – Przechyliła głowę. – Tu jest klucz do rozwiązania tej zagadki? Rezerwujesz stolik, wiesz, że ktoś na nas czeka: kierownik sali, kelnerzy, obsługa, dlatego nie chcesz się spóźnić? Bo to nieładnie, niegrzecznie, bez szacunku?

– Przesadzasz. – Łukasz bezwiednie zacisnął pięści. Liczył na miły, spokojny wieczór i na ciepły posiłek, a zamiast smacznego obiadu zastał żonę z nosem pełnym much. – Ugotowałaś coś? – zapytał dla pewności.

– Nie.

– Okej. To może coś zamówimy? Pizzę albo chińszczyznę? Nie pamiętam, kiedy jadłem jakieś fastfoodowe świństwo. – Uśmiechnął się, próbując nie eskalować konfliktu. Czuł, że trochę zawalił, ale nie aż tak, żeby się kajać w nieskończoność.

– Nie jestem głodna. Jeśli chcesz, zamów dla siebie.

– Przepraszam. – Westchnął ciężko.

– Mam coś dla ciebie. – Magda włączyła telewizor i nie spuszczając wzroku z ekranu, machnęła ręką, w której trzymała pilota. – Prezent jest w twoim gabinecie. Na biurku. Wszystkiego najlepszego z okazji piętnastej rocznicy ślubu.

Łukasz wolał zejść jej z oczu. Poszedł do gabinetu, pewien, że ten prezent będzie inny niż wszystkie, i dokładnie tak było. Magda się postarała. W piwnicy znalazła pudełko po kuchence mikrofalowej, włożyła do niego śliczną sukienkę kupioną na dzisiejszą okazję, komplet koronkowej bielizny, parę pończoch, jeszcze zafoliowanych, wysokie czarne szpilki, butelkę szampana, kieliszki, a na górze ułożyła ceramiczny półmisek, w którym leżały filety z piersi kaczki. Mięso było surowe, więc wyciekający z niego sok zmieszany z oliwą i przyprawami wszystko zaplamił. Niestety, Łukasz spostrzegł to dopiero wtedy, gdy odwinął paczkę z papieru i ją otworzył.

– Idiotka – mruknął do siebie.

Inny facet na jego miejscu pewnie ostro by się wkurzył, ale nie Łukasz. Potrafił nad sobą panować, a ta żałosna demonstracja Magdy na pewno nie wystarczyła, żeby stracił zimną krew. Zamknął klapy pudełka i ostrożnie zaniósł całość do pralni. Tam wstawił „prezent” do wanny gospodarczej, przez chwilę rozważając, czy nie zabrać półmiska z mięsem. Gdy pomyślał, co się z nim stanie przez najbliższy upalny dzień, wolał nie ryzykować. Poszedł do kuchni, przyniósł stamtąd dwie reklamówki, owinął półmisek i tak zabezpieczony wsadził do zamrażalnika. Nie znosił marnować jedzenia. Matka mu wpoiła tę zasadę i jak wszystkich, tej też przestrzegał.

Dokładnie umył ręce, sprawdził, czy nie zabrudził przez przypadek spodni i marynarki i wrócił do Magdy. Choć nadal nie przeszła mu złość, przecież nie mógł tego tak zostawić.

– Dziękuję. Bardzo wymowny prezent – powiedział, wchodząc do salonu. Podszedł do barku, żeby nalać sobie szklankę whisky. Picie na pusty żołądek nie było rozsądne, lecz teraz nie miał czasu, by iść do kuchni i przygotować sobie cokolwiek do zjedzenia. – Rozumiem, co chciałaś mi przekazać, przepraszam raz jeszcze i obiecuję, że będę szanował twój czas – wygłosił, krocząc powoli przez salon. Zajął miejsce w fotelu naprzeciw żony i bezgłośnie wzniósł toast szklanką.

– Imponująca skrucha. – Magda zacisnęła wargi do białości. Irytował ją spokój męża. Myślała, że jej prezent wywoła jakąś bardziej żywiołową reakcję, jakąkolwiek reakcję, a tu nic, Łukasz nadal był opanowany niczym dalajlama. Opanowany i zimny jak głaz. – To nie ma sensu – powiedziała po dłuższej chwili obopólnego milczenia.

– Co nie ma sensu?

Wyłączyła telewizor, odłożyła pilota i zwróciła wzrok na Łukasza.

– Wszystko. My nie mamy sensu. Ty i ja.

– Posłuchaj, rozumiem, że jest ci ciężko i mogę do znudzenia powtarzać przepraszam, ale to tylko trzy miesiące. Ja też tęsknię. – Upił trochę whisky. Przyjemnie paliła w gardle i dawała złudne poczucie sytości, opróżnił więc całą szklankę kilkoma szybkimi łykami. – Też mi brakuje dziewczynek, ich rozmów, krzyków i...

– One nigdy nie krzyczą. Przestały krzyczeć siedemnaście lat temu. – Nie pozwoliła mu skończyć. – Są takie jak ty. Ty też nigdy nie krzyczysz.

– Na Boga! – Ku jej zadowoleniu wreszcie podniósł głos, a nawet uderzył lekko pustą szklanką o udo. – To źle? Źle, że się nie kłócimy?

– Źle, że nie okazujesz żadnych emocji. Mnie nie okazujesz. Żadnych, ani dobrych, ani złych. – Poczuła, że jeszcze moment i nie wygra z łzami, które coraz mocniej szczypały pod powiekami.

[...]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zapisane w chmurze Moja twoja wina Baśnik Zdążyć z miłością Bilet do szczęścia Konkurs na żonę