Biegiem przez świat

Biegiem przez świat

Autorzy: Becky Wade

Wydawnictwo: Galaktyka

Kategorie: Sport Hobby

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 24.38 zł

Niepowtarzalna historia Becky Wade, opowiadająca o jej samotnej biegowej podróży dookoła świata śladem biegaczy różnych kultur – 9 krajów, 11 par butów i ponad 5600 pokonanych kilometrów.

Po zakończeniu owocnej kariery biegowej w college'u - sukcesach w amerykańskiej lidze międzyuczelnianej i udziale w eliminacjach do igrzysk olimpijskich - Becky Wade nie zamierzała porzucać biegania. Wręcz przeciwnie. Zapragnęła poznać innych miłośników biegania w różnych zakątkach globu i spojrzeć na ten fenomen z szerszej perspektywy, Roczne stypendium Thomasa J. Watsona pozwoliło jej zrealizować wymarzony cel. Wyruszyła w samotną podróż dookoła świata tropem biegaczy rozmaitych kultur.

Odwiedziła Anglię, Irlandię, Szwajcarię, Etiopię, Australię, Nową Zelandię, Japonię, Szwecję i Finlandię, a więc kraje o różnych tradycjach uprawiania lekkoatletyki. Gościła w domach biegaczy i trenerów, dzięki czemu od podszewki poznała ich zwyczaje oraz rytuały biegowe. W ciągu roku przebiegła ponad 5500 kilometrów, eksperymentując z różnymi technikami treningowymi i nowymi sposobami regeneracji organizmu. W nieoczekiwanych przygodach Wade - czy jest to jazda po ulicach Londynu z mistrzem olimpijskim Usainem Boltem, piesza wędrówka o świcie pod Mount Entoto w Etiopii, czy kluczenie po zatłoczonych i tętniących życiem ulicach Tokio - bije puls światowego biegania długodystansowego.

Becky zestawiła ze sobą zaobserwowane różnice w treningach, sposobie podejścia do biegania w poszczególnych krajach, a nawet zupełnie odmienne jadłospisy sportowców odnoszących największe sukcesy w bieganiu. Okazuje się, że nie ma jednego wspólnego mianownika, są za to fascynujące różnice nieprzeszkadzające w osiąganiu miejsc na podium.

Biegiem przez świat to opowieść o niezwykłej podróży, której celem było poznanie miejsc i ludzi w szczególny sposób związanych z bieganiem. Becky Wade pokazuje, że mimo różnic w podejściu do treningu, regeneracji i odżywiania się, biegacze bez względu na to, skąd pochodzą, z łatwością mogą się zrozumieć i zaprzyjaźnić w każdym miejscu świata. Jej opowieść z pewnością zainspiruje każdego, kto nie wyobraża sobie podróży bez zabrania ze sobą chociaż jednej pary butów do biegania.

Katarzyna Żbikowska-Jusis, biegaczka, autorka ksiązki Kobieta w Biegu

Biegowa podróż dookoła globu - każdy chciałby ją odbyć, ale mało komu jest to dane. Dlatego warto skorzystać z doświadczeń Becky Wade, która tego dokonała. Warto też przekonać się, co bawi Usaina Bolta, co najchętniej jada Vivian Cheruiyot i jak imprezuje Haile Gebrseelassie, a także poznać zwyczaje i biegowe kultury w Wielkiej Brytanii, Etiopii, Nowej Zelandii, Japonii czy Szwecji. Biegiem przez świat to książka dla każdego, kto choć trochę interesuje się bieganiem. Nie ma w niej skomplikowanych planów treningów, ale jest wiele przykładów, jak ta najpopularniejsza aktywność fizyczna wplata się w codzienne ludzkie życie.

Tomasz Łyżwiński, "Przegląd Sportowy", czasnabieganie.pl

Becky Wade biegała z Kenijczykami i dziewczynami z Etiopii, spotkała Bolta, Cheruyiot o legendarnego Snella. Dotarła na stadion, na którym Roger Bannister dokonał "niemożliwego" i złamał 4 minuty na milę, oraz do parku Yoyogi, gdzie Toshihiko Seko nabijał na trzykilometrowej pętli większość z 320 km, które robił w ciągu... tygodnia. W każdym kraju, w którym się znalazła, Becky na kanwie swoich doświadczeń tkała opowieść o historii biegania, mocnych stronach biegaczy, słynnych postaciach, znanych ścieżkach, stadionach, formach biegów - od tych na bieżni, przez górskie i szosowe, aż do zawodów na orientację. To naprawdę kawał świetnej roboty i duża wartość dla czytelnika. Książka pozytywnie mnie zaskoczyła

Magdalena Ostrowska-Dołęgowska, współautorka książki Szczęśliwi biegają ultra

Tytuł wydania oryginalnego:

Run the world

My 3500-mile journey through running cultures around the globe

Copyright © 2016 by Rebecca Wade

All rights reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.

First published by William Morrow, an imprint of HarperCollins Publishers. Translation rights arranged by Graal Literary Agency and Wolf Literary Services LLC, USA. Pierwsze wydanie opublikował William Morrow, imprint HarperCollins Publishers. Prawa do przekładu na język polski na podstawie umowy z Graal Literary Agency oraz Wolf Literary Services LLC, USA.

Wydawca składa podziękowania za zgodę na wykorzystanie fotografii znajdujących się w tekście następującym osobom: Joel Rivera, Jr. (Fot. 1); dzięki uprzejmości Rice Athletics Communications (Fot. 2); dzięki uprzejmości autorki (Fot. 3, 4, 5, 6, 7, 8, 11, 12, 13, 14, 15, 16, 17, 18, 19, 20, 21, 22, 23, 24, 26, 27, 29, 32); Kieran Carlin (Fot. 9, 10); Mikael Grip (Fot. 25); Joe McCladdie (Fot. 28); dzięki uprzejmości Dallas Marathon (Fot. 30); Edward Holmbert (Fot. 31).

Fotografia na okładce: © Jason Bump, 2016

Wydanie polskie © 2017 by Galaktyka sp. z o.o.

90-644 Łódź, ul. Żeligowskiego 35/37

tel. +42 639 50 18, 639 50 19, tel./fax 639 50 17

e-mail: info@galaktyka.com.pl; sekretariat@galaktyka.com.pl

www.galaktyka.com.pl

ISBN:

Wydanie drukiem: 978-83-7579-578-3

ePub: 978-83-7579-587-5

Mobi: 978-83-7579-588-2

Redakcja: Bogumiła Widła

Korekta: Monika Ulatowska

Redaktor prowadzący: Marek Janiak

Projekt okładki: Artur Nowakowski

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

Pełna informacja o ofercie, zapowiedziach i planach wydawniczych

www.galaktyka.com.pl

info@galaktyka.com.pl, sekretariat@galaktyka.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Bez pisemnej zgody wydawcy książka ta nie może być powielana w częściach, ani w całości. Nie może też być reprodukowana, przechowywana i przetwarzana z zastosowaniem jakichkolwiek środków elektronicznych, mechanicznych, fotokopiarskich, nagrywających i innych.

Dla Mamy, Taty, Matta, Rachel i Luke’a,

którzy są dla mnie wszystkim.

I dla Jima Bevana – mojego przewodnika i mistrza.

Spis treści

Prolog

1. Z zawodniczki staję się obserwatorką

2. Ekwipunek pod pachę i naprzód

3. Uskrzydlona w mekce biegów górskich

4. Naśladuję dziewczyny Yaya

5. Poszukiwanie złotego środka i powrót na bieżnię

6. Bieganie po chodnikach i nowe spojrzenie na regenerację

7. Pędzący Szwedzi i latający Finowie

Zakończenie

Podziękowania

Playlista

Bibliografia

6

Bieganie po chodnikach i nowe spojrzenie na regenerację

JAPONIA, 478 km

Basen z gorącą wodą miał ładne złotawe cętki, lecz gdy zanurzałam w nim duży palec u nogi, czułam się wyjątkowo mało zrelaksowana. Chociaż wiedziałam, że onsen, japońskie łaźnie publiczne, mają dawać wytchnienie, a nawet uzdrawiać. Zresztą z tego co zaobserwowałam, to działało. Kobiety krążące między 10 basenami, z których każdy odpowiadał na ich inne potrzeby – temperatury, aromatu, mocy biczów wodnych, a nawet zawartości minerałów − wyglądały na zadowolone.

Natomiast ja chodziłam po łaźni na palcach, starając się wtopić w tłum otaczających mnie kremowych ciał i udawałam pewność siebie, ale za żadne skarby świata nie mogłam się rozluźnić. Co z tego, że po niemal dziewięciu miesiącach podróży przez tyle krajów, uważałam się za dorosłą, wyluzowaną kosmopolitkę, skoro czułam się jak osiemnastolatka, chichocząca na widok nagich staruszek w przebieralni w YMCA. Nic nie pomogło, że byłam wykończona niedawną podróżą z Auckland do Tokio i 16-kilometrowym biegiem na jet lagu. Moje spięte ciało z nierówną opalenizną wyróżniało się na tle innych ciał jak pałeczki w misce japońskiej zupy ramen.

Całe szczęście, że pomogły mi panie z międzynarodowego klubu biegowego Namban Rengo, do którego wstąpiłam na cały miesiąc. Gdy skończyłyśmy przebieżkę pod baldachimem przekwitających powoli kwiatów wiśni, poinstruowały mnie, że w łaźni panuje określona etykieta i najważniejsze, aby przed wejściem do basenów dokładnie umyć całe ciało. Tak właśnie zrobiłam, naśladując każdy ich ruch, gdy przysiadły na małych plastikowych stołeczkach, przecierając wielokrotnie swoje ciało za pomocą ciepłej wody, mydła i ręcznika – dopiero potem zaczęły rozchodzić się do upatrzonych basenów. Jeśli nawet nie mogłam się całkowicie rozluźnić, to przynajmniej miałam szansę, aby wygrać konkurs na najczystszą podróżniczkę.

Jednak gdy zanurzyłam się w pierwszym basenie i owinęłam sobie głowę wilgotnym ręcznikiem, tak jak zrobiły inne kobiety zażywające kąpieli obok mnie, bicze i bąbelki zdziałały cuda, bo napięcie zaczęło ze mnie powoli schodzić. Nagle bardzo ważne stało się to, z którego basenu powinnam skorzystać w następnej kolejności. Tego o zapachu lawendy? Tego z gorącą wodą, czy może z bardzo gorącą? A może tego z wbudowanymi leżankami? Mniej ważne zaś było to, jak bardzo czułam się obnażona w pomieszczeniu pełnym nagich, obcych ciał. Gdy tak leniłam się przez godzinę w wodzie, goła i pomarszczona jak mnie Pan Bóg stworzył, uświadomiłam sobie całą ironię sytuacji. Przybyłam do Japonii, aby na własnej skórze poczuć, jak działa zorganizowany po wojskowemu, najbardziej subordynowany system biegowy na świecie, a mój pierwszy bieg przyćmiła długa i leniwa sesja onsen.

To ciekawe, bo moje zainteresowanie kulturą biegową Japonii zaczęło się od mnichów, a właściwie od książki Johna Stevensa The Marathon Monks of Mount Hiei. Autor opowiada w niej o poszukiwaczach niezwykłej drogi do oświecenia. Mnisi przez siedem lat żyją w górach, z dala od cywilizacji. Przez 100 dni bez przerwy trenują, pokonując dziennie dystans maratonu lub dwóch (jeśli dają radę). W piątym roku tego testu ludzkiej wytrzymałości spędzają ponad tydzień w odosobnieniu, zamknięci w ciemnym pokoju bez jedzenia, picia i spania, aby bliskość śmierci przybliżyła ich do oświecenia. Przed wiekami mnisi, którzy nie sprostali próbie kaihōgyō, musieli popełnić samobójstwo.

Dla obserwatora z zewnątrz bieganie długodystansowe w Japonii wygląda dość hardkorowo. W treningach kładzie się nacisk na ostrą dyscyplinę, bezwzględne posłuszeństwo i kryształową uczciwość. Największym komplementem dla japońskiego lekkoatlety jest powiedzenie mu, że jest makenki, czyli że nie traci ducha. Gdy maratonki robią zwykle 60-kilometrowe długie wybieganie, tygodniowy kilometraż maratończyków przekracza 320 km, a niektórzy mają „na liczniku” znacznie więcej. Takim ekstremalnym przykładem, choć nie jedynym, jest Yuko Arimori, która podczas dwóch kolejnych igrzysk olimpijskich wywalczyła srebrny i złoty medal w biegach maratońskich kobiet. W miesiącach poprzedzających igrzyska wybiegała łącznie 12 000 km (pokonując średnio dystans maratonu dziennie); jednego dnia łączyła dwa treningi 20-kilometrowe, biegając na czas; drugiego robiła 50 km w ramach jednorazowego treningu, a trzeciego – trzy 10-kilometrowe interwały.

Równie poważnie jak do treningów, podczas których pokonują niebywałe dystanse, Japończycy podchodzą do bardzo spokojnych biegów. Absolutnie nie traktują ich pobłażliwie, a raczej w myśl zasady, że każda minuta spędzona na bieganiu się liczy. Podczas gdy Amerykanie nie traktują wolnego chodzenia jako treningu, a wielu znanych mi biegaczy stara się ograniczać wysiłek, to w Japonii inaczej postrzega się nawet spokojne ćwiczenia. Bywa, że topowi japońscy biegacze przygotowują się do długich wyścigów, zakładając na siebie kamizelki z obciążnikami i w ramach podstawowego treningu maszerują w nich prawie 300 km w tygodniu. To nieśpieszne podejście do biegania przypominało mi trochę strategię rodem z Afryki Wschodniej, co zauważyłam u Kenijczyków poznanych w Londynie i dziewczyn Yaya w Etiopii, lecz Japończycy traktowali wszystko bardziej metodycznie i z większą powagą.

Japończyków w sposób absolutnie bezprecedensowy fascynuje bieganie na długich dystansach, co jest równie intrygujące, jak ich podejście do biegania w ogóle. Gwiazdy japońskiej lekkoatletyki to powszechnie znane nazwiska. Niektórzy, jak na przykład Yuki Kawauchi, to „biegający obywatel”, który przez 40 godzin tygodniowo pracuje w administracji rządowej i jak dotąd wygrał 29 z 51 maratonów, w których wystartował. Tacy jak on otaczani są w Japonii niemal powszechnym kultem i pociągają za sobą wielu naśladowców. Nawet Haruki Murakami, autor bestsellera O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, jest ogólnie znany jako biegacz rekreacyjny i pisarz. W przeciwieństwie do tego, w Stanach Zjednoczonych pomiędzy amatorami a biegaczami zawodowymi istnieje przepaść; obawiam się, że bardzo niewielu biegaczy spoza samej elity biegowej rozpoznałoby na ulicy nawet takie znakomitości jak Galen Rupp czy Shalane Flanagan. Jednak publiczność japońska nie tylko śledzi zawody w bieganiu, ale i czynnie w nich uczestniczy. Do udziału w maratonie tokijskim zgłasza się ogromna liczba kandydatów, przekraczająca obecnie 300 000, co oznacza, że w biegu weźmie udział co 10. zainteresowany, oraz gwarantuje wysoki poziom. Zrozumiałe zatem, że maraton tokijski uzyskał niedawno status World Marathon Majors (dzieląc ten prestiżowy tytuł tylko z kilkoma miastami − Berlinem, Bostonem, Chicago, Londynem i Nowym Jorkiem). Podczas mojego pobytu w tym mieście Japonia ubiegała się akurat (z powodzeniem) o rolę organizatora letnich igrzysk olimpijskich w 2020 roku.

Brendan Reilly w „Runner’s World” tak porównał klimat panujący wokół biegania w Japonii i w Stanach Zjednoczonych: „Podczas gdy w Stanach Zjednoczonych relacje z maratonów rzadko przyciągają więcej niż 1% telewidzów, to w Japonii 10-procentowy wynik podczas długodystansowego biegu sztafetowego ekiden czy maratonu byłby wielkim rozczarowaniem; niektórzy lekkoatleci lub zawody ściągają przed telewizory, jak Super Bowl, ponad 40-procentową publiczność”. Z jednym wyjątkiem: poniedziałkowy maraton bostoński, najstarszy doroczny bieg maratoński, który wciąż cieszy się ogromną popularnością, przyciąga 500 000 widzów, a BQ (Boston Qualifiers) − wyśrubowane standardy kwalifikacyjne, dopuszczające do wyścigu – są papierkiem lakmusowym powagi, z jaką podchodzą do niego maratończycy. Śmiech człowieka ogarniał na myśl, że rozmaite biegi uliczne w Stanach mogłyby się cieszyć podobną popularnością; o entuzjazmie, jaki budziły biegi długodystansowe w porównaniu z megapopularnością futbolu amerykańskiego, nawet nie wspomnę.

Ale moja podróż do Japonii miała jeszcze jeden cel.

„Panno Becky Wade! Jak idzie trening w Nowej Zelandii? Wielka propozycja dla Ciebie! Drużyna SHISEIDO ma dla Ciebie zainteresowanie. SHISEIDO to firma kosmetyczna. Czy zostaniesz w Tokio od czerwca do grudnia? Na EKIDEN. A SHISEIDO zapłaci Ci dochody jak dla pracownika kontraktowego, a musisz uczyć Japonkę angielskiego w jej biurze. Możesz dostać dobre traktowanie za swój pokój. Jeśli masz nadzieję na warunki, SHISEIDO zaprasza. Nie akceptuje krótkich terminów. Proszę, odpowiedz, tak lub nie. Uważaj”.

Z tego co zrozumiałam, była to doskonała oferta i szansa, aby poznać od środka jedyną w swoim rodzaju japońską kulturę biegową sponsorowaną przez korporacje. Zaproszenie przyszło do mnie e-mailem i otrzymałam je dzięki koneksjom trenera Vigila od trenera męskiej drużyny korporacyjnej, a ten wyszukał drużynę kobiecą, która zgodziła się mnie przyjąć do swego grona. Amerykańscy biegacze rzadko mogą liczyć na znaczący sponsoring ze strony sklepów czy marek niezwiązanych z bieganiem i bardzo trudno go uzyskać. W Japonii wygląda to inaczej. Najróżniejsze przedsiębiorstwa: domy towarowe, firmy motoryzacyjne, kosmetyczne (jak Shiseido) czy sklepy z damską bielizną werbują i zatrudniają japońskich biegaczy oraz biegaczki i wspierają ich finansowo. Kiedy lekkoatleta dostanie się do drużyny działającej przy danej firmie, do której często trafia tuż po szkole średniej, otrzymuje od niej wszystko, czego potrzebuje, aby się skupić na bieganiu i osiągnąć w nim sukces: dach nad głową, wyżywienie, stypendia, trenerów, dietetyków, fizjoterapeutów i sztywny harmonogram treningów. Drużyna zaczyna dzień od porannego biegu, przez pół dnia pracuje w biurze sponsora, a po południu zaczyna się zasadniczy trening. Przeważnie jest to około 1000 km w miesiącu (32 dziennie i 225 tygodniowo). Członkowie ekipy wyjeżdżają również na normalne obozy treningowe w Japonii i za granicą. Podczas wakacji letnich pracowałam raz w piekarni w Boulder, w stanie Kolorado i obsługiwałam w niej właśnie taką japońską grupę. Poza tym drużyny reprezentują swoje korporacje w wyścigach, z których najważniejszy jest ekiden.

Ekiden to długodystansowy bieg sztafetowy, który wywodzi się z dawnego japońskiego systemu komunikacyjnego, gdzie wiadomości przekazywano poprzez łańcuch kurierów. Pierwszy ekiden odbył się w 1917 roku, w rocznicę przeniesienia stolicy z Kioto do Tokio. Wzięły w nim udział drużyny, które miały za zadanie pokonać 480 km w trzy dni. W dzisiejszych czasach w ekiden nie ma uniwersalnego dystansu lub określonej liczby odcinków na trasie. Ekiden szkół średnich składa się z odcinków o dystansie półmaratonu dla kobiet i maratonu dla mężczyzn; w ekiden noworocznym biorą udział siedmioosobowe drużyny, których poszczególni członkowie mają do pokonania dystans od 8 do 22 km, a trasa całego wyścigu liczy sobie 100 km. Łączy je ostra rywalizacja między drużynami i ogromne zainteresowanie, jakie wzbudzają w całym kraju. Biegacze traktują te wyścigi tak śmiertelnie serio, że tłumaczy się nimi brak zaangażowania niektórych z nich podczas zawodów międzynarodowych. Plułam sobie w brodę, że ścigając lato dookoła świata, przedłużyłam pobyt w Australii i Nowej Zelandii, a przez to przeszedł mi koło nosa szczyt sezonu ekiden, przypadający na styczeń. Przyrzekłam sobie jednak, że kiedy następnym razem przyjadę do Japonii, to albo będę kibicować wyścigom, albo – jeśli mi się uda – walczyć o zwycięstwo Stanów Zjednoczonych, przepasana którąś z szarf tasuki.

Niestety, musiałam odrzucić ofertę drużyny Shiseido, ponieważ w zasadach przyznawania stypendium Watsona było jasno powiedziane, że w okresie korzystania z niego nie wolno się nigdzie zatrudniać. Zresztą wcale się nie paliłam, aby zrezygnować ze swoich pozostałych planów i siedzieć w Japonii od kwietnia do grudnia. Tak czy inaczej, zaproszenie potwierdziło moje przypuszczenia na temat zorganizowanego i zdyscyplinowanego życia japońskich biegaczy. Tak bardzo się różnili od biegaczy poznanych w Etiopii, którzy wprawdzie ciężko trenowali, lecz czas i harmonogram w ogóle się dla nich nie liczyły! W obu krajach natomiast kultura biegowa była mocno zakorzeniona. Etiopczycy z żelazną konsekwencją stawali na podiach podczas międzynarodowych wyścigów, a Japończycy mieli głębokie inklinacje ku maratonom i półmaratonom. Tylko w jednym miesiącu 2007 roku ponad 90 japońskich biegaczy uzyskało w półmaratonie lepszy czas niż 65 min. Tyle wymagano, aby w 2016 roku w Stanach Zjednoczonych zakwalifikować się do maratonu podczas eliminacji do igrzysk olimpijskich, a wynik był ważny przez dwa i pół roku. W każdym kraju spotykałam się z „najlepszą” metodą treningową i już sama nie wiedziałam, co mam o nich myśleć.

Ponieważ członkostwo w korporacyjnej drużynie treningowej nie wchodziło dla mnie w grę, przeczesałam internet w poszukiwaniu jakiejś okazji, dzięki której mogłabym się dowiedzieć, jak biegają Japończycy, ale bez konieczności podpisywania wiążącego kontraktu. Moje e-maile do lokalnych klubów pozostawały bez odpowiedzi, zapewne z powodu bariery językowej. Wreszcie odezwał się międzynarodowy klub biegowy Namban Rengo (w wolnym przekładzie Barbarzyńska Horda). Jego przewodniczący, Bob Poulson, spotkał się ze mną po przyjeździe do Tokio, załatwił mi dach nad głową u trzech członków Namban Rengo i poznał z pozostałymi. Zapewnił, że chociaż wielu z nich to imigranci i nikt z członków klubu nie zalicza się do elity biegowej w tym kraju, to na pewno pomogą mi odkryć niezwykły świat biegania długodystansowego w Japonii.

Zafascynowana obłędnymi dystansami, z jakich znani są japońscy biegacze, na swój pierwszy przystanek wybrałam park Yoyogi, tradycyjną trasę i znane miejsce treningowe w Tokio. Toshihiko Seko, maratończyk i dwukrotny olimpijczyk oraz były rekordzista świata, w latach swojej świetności w latach 80. trenował tu regularnie, krążąc wokół parku po trasie liczącej sobie niewiele ponad 3 km i nabijając tu wiele z planowych 320 lub 480 km tygodniowo. Zastanawiałam się, ile tutaj przebiegał kilometrów, a zwłaszcza ile ze swoich osławionych 1000 km tygodniowo, jak często zmieniał kierunek, czy liczył okrążenia, czy minuty.

Nie chciałam sama tego przeżyć, ale zamierzałam się przebiec ścieżką wydeptaną przez Seko wokół parku Yoyogi. Pewnego ranka zabrałam się więc z Bonnie Waycott do jej pracy. Bonnie, która gościła mnie jako pierwsza, wychowała się w japońskim domu w Londynie i pracowała dla NHK, japońskiego odpowiednika BBC. Tak się składało, że siedziba NHK znajdowała się obok Yoyogi. Miałyśmy się spotkać w porze lunchu na skraju parku, koło dużej metalowej szafy, która wyglądała, jakby ją żywcem przeniesiono z korytarza szkoły średniej.

„To ogólnodostępne schowki. Przed wejściem do parku można tu zostawić torebkę albo plecak” – wyjaśniła mi Bonnie. Opłata wahała się od 100 do 500 jenów (3,5–18 zł) w zależności od rozmiaru skrytki i czasu wynajęcia; schowanie małego plecaka na cały ranek kosztowało mnie ok. 8 zł. Gdy Bonnie pokazała mi schowki, od razu zaczęłam je dostrzegać w całym mieście – w pobliżu szlaków, parków, stacji kolejowych, w miejscach, gdzie znajdowały się jakieś atrakcje turystyczne. Jak widać, nie brakowało tu osób prowadzących aktywny tryb życia.

Moja gospodyni udała się do biura, a ja zauważyłam na obrzeżu parku wąską ścieżkę. Ze środka Yoyogi trudno było ją wypatrzyć, ale gdy już się człowiek na niej znalazł, miał doskonały widok na cały park. Wszystko mnie zdumiewało, a kolejne treningi przynosiły coraz to nowe niespodzianki. Na przykład psy paradowały w ludzkich strojach. Podczas jednego tylko popołudnia mijałam psiaki w obcisłych dżinsach, kombinezonach, sweterkach bez rękawów i w strojach militarnych, a niektóre ubranka pasowały do strojów ich właścicieli. Zaobserwowałam też odwrotność – ludzi przebranych za zwierzęta. Raz natknęłam się na następującą scenę: jakiś mężczyzna w masce pandy stał przed grupą co najmniej 100 osób; wszyscy siedzieli po turecku na plandece i byli jakoś dziwnie wystrojeni: mieli królicze uszy, różdżki, głowy obcych, ogony i czułki trzmieli. Przy drugim okrążeniu nawiązałam kontakt wzrokowy z pandą i gdy mijałam ich za trzecim razem, cały tłumek zwrócił się w moją stronę, zaczął mi machać i wiwatować z werwą, jakiej nie powstydziłaby się orkiestra wojskowa.

Jednak w parku nie zawsze wszystko wyglądało tak sympatycznie. Podczas którejś z przebieżek natknęłam się na pierwszą korporacyjną drużynę, która odbywała w Yoyogi swój trening. Rozpoznałam ją po nowiutkich, biało-czarnych strojach. Bałam się, że może to żeńska drużyna Shiseido, do której mnie zaproszono, że zorientują się, kim jestem, i poczują się dotknięte, iż odrzuciłam ich propozycję. Gdy jednak koło stawu nasze drogi się przecięły, okazało się, że grupa składa się z samych mężczyzn. Minęli mnie bez słowa i żaden nawet nie spojrzał w moim kierunku. Patrzyli prosto przed siebie, poważni i skoncentrowani na swoim zadaniu. Tego dnia mijaliśmy się jeszcze wiele razy, ale nie mogłam się zebrać na odwagę, aby im pomachać, pozdrowić czy choćby przyłączyć się do nich na jakiś czas i przebiec kilka kilometrów tak, jak zrobiłabym to w Etiopii. Onieśmielała mnie ta powaga, nawet podczas treningów w Falls Creek atmosfera była lżejsza niż w Yoyogi.

Mimo atrakcji w rodzaju poprzebieranych ludzi i zwierząt, okrążanie w nieskończoność tego samego parku było dość monotonne i nudne, ale jak sądzę właśnie dlatego trenował tu Toshihiko Seko i inni topowi biegacze. Istotą japońskiej filozofii biegania jest siła psychiczna i twardość charakteru, kształtowane poprzez nabijanie kilometrów i wyczerpujące powtórzenia. Gdy człowiek się zmusza do zrobienia 10 lub 15 okrążeń wokół tego samego parku, to pokonując ten sam dystans na otwartych drogach, musi się chyba czuć jak wypuszczony z więzienia. Ale zapętlone trasy, jak ta w parku Yoyogi, są niezwykle popularne wśród japońskich biegaczy, bo ułatwiają precyzyjne określanie tempa i nieustanną samokontrolę, a oprócz tego dają trenerom możliwość ciągłego nadzorowania sportowców, korygowania ich błędów i udzielania wskazówek.

Choć pętli w Yoyogi daleko było do takich pereł jak Tan w Melbourne czy park Cornwall w Auckland, stała się moją ulubioną trasą w Tokio. Dostanie się do parku metrem wymagało wprawdzie kilku przesiadek, lecz w tak gęsto zabudowanym i zatłoczonym mieście miałam przynajmniej jakiś kontakt z przyrodą i ścieżkę, po której mogłam spokojnie i bez przeszkód pobiegać. Ponadto na trasie czułam więź z Toshihiko Seko, królem powtórzeń. Przy piątej czy szóstej rundce dookoła parku, gdy do mojego biegu zaczynała się wkradać nieunikniona nuda, wystarczyło, że pomyślałam o nim i o zbawiennym wpływie powtórzeń na osiągnięcia sportowe.

W odległości krótkiej przebieżki od parku Yoyogi znajdował się stadion lekkoatletyczny imienia Ody, nazwany tak na cześć Mikio Ody, pierwszego Japończyka, który na igrzyskach olimpijskich zdobył złoty medal (w trójskoku w 1928 roku). Bob Poulson powiedział mi, że w każdą środę o siódmej wieczorem trenuje tam Namban Rengo oraz inne kluby i zaprosił mnie, abym też przyszła i na własne oczy zobaczyła, jak wygląda to popularne miejsce treningowe w Tokio.

Gdy się tam pojawiłam, wydawało mi się, że oprócz treningów odbywają się akurat jakieś zawody biegowe. Na bieżni, boisku i kamiennych stopniach prowadzących do budynku, gdzie znajdowały się szatnie i inne pomieszczenia, kłębiło się chyba ze 300 biegaczy. Większość miała na sobie dresy chroniące od wiatru, które wyglądały, jakby wyszły prosto spod igły. Bob wyprowadził mnie z błędu. Okazało się, że nie są to żadne zawody. Po prostu środa wieczorem była jednym z nielicznych terminów, gdy boisko otwierano dla wszystkich, którzy chcieli tu poćwiczyć. A ponieważ mnóstwo drużyn, w tym Namban Rengo, grupy korporacyjne i kluby uniwersyteckie, uznało je za swoje miejsce treningowe, panował tu zawsze tłok. Jakimś cudem to działało.

Na bieżni trenowało jednocześnie wiele osób, w dodatku biegających w różnym tempie, więc wydawało mi się, że panuje niewyobrażalny chaos. Z czasem jednak przekonałam się, że w tym szaleństwie jest metoda. W myśl niepisanej reguły najszybsi biegacze korzystali z wewnętrznych torów, a wszyscy inni starali się bardzo grzecznie wywalczyć dla siebie jakieś miejsce na torach zewnętrznych. Chociaż wyglądało, jakby na każdym z torów odbywał się inny trening, osoby ćwiczące na poszczególnych torach miały wzgląd na innych uczestników. Ponieważ nie chciałam już dokładać do pieca, obserwowałam wszystko z boku, biegając po obwodzie stosunkowo spokojnego boiska i nie mogłam się nadziwić, że przez cały wieczór nie zauważyłam ani jednej kolizji.

Niestety porządek i dobra organizacja nie wychodziły poza boisko Ody i absolutnie nie dotyczyły ulic Tokio. Choć w pierwszym tygodniu biegałam, jak dużo się dało po parku Yoyogi, nie pokrywało to mojego planu treningowego, który zakładał pokonywanie dłuższych dystansów. W związku z tym postanowiłam też potrenować w okolicy mieszkania Bonnie. Czasem załatwiałam w ten sposób swój główny bieg i wszystkie mniejsze przebieżki, które odbywałam dwa razy w ciągu dnia. Za najlepszą trasę uznałam ciągnący się pomiędzy dwiema autostradami półtorakilometrowy odcinek chodnika, gdzie od jadących samochodów dzieliła mnie odległość ramienia. W Stanach Zjednoczonych biegacze i piesi trzymają się prawej strony chodnika lub drogi, a biegacze na ulicach poruszają się w odwrotnym kierunku niż samochody. W Japonii takie zasady nie obowiązywały. Nauczyłam się, że nie należy oczekiwać, aż ktoś mi zejdzie z drogi, co oznaczało, że w połowie przypadków, stając twarzą w twarz z pieszym, musiałam robić nagły unik. Dotarło do mnie również (dzięki pełnym dezaprobaty spojrzeniom), że według zasad ruchu drogowego biegacze nie różnią się od samochodów ani pieszych. Nawet jeśli droga była wolna, musiałam zatrzymać się przed każdym znakiem stopu lub światłami i cierpliwie czekać na sygnał, po którym mogłam biec dalej.

Ledwie zaczynałam bieg, a już czułam się zniechęcona, zaś na końcu zdenerwowana i spięta. Każdy krok na twardym chodniku czułam w nogach, a ciągłe zatrzymywanie się i niespodziewane uniki wybijały mnie z rytmu. Chciałam się już pogodzić z ciągłymi pętlami w parku Yoyogi, ale zanim przeprowadziłam się do swojej drugiej gospodyni, bieganie po chodnikach dało o sobie znać.

Mojego pierwszego urazu podczas podróży dorobiłam się w drugim tygodniu pobytu w Japonii. Nadwyrężyłam sobie mięsień łydki, co było właściwie do przewidzenia. Chociaż kilka ostatnich biegów z mieszkania Bonnie zastąpiłam dwoma dniami treningów w parku Yoyogi, to oszczędzanie nogi i rosnący dyskomfort podczas biegania nie wskazywały na nic dobrego. Zapiski w moim dzienniku nie pozostawiały wątpliwości, że zrobiłam sobie krzywdę na tym nieszczęsnym półtorakilometrowym odcinku, na którym w ciągu całego tygodnia wybiegałam łącznie 112 km. (Przesadziłam? Ja???). Wprawdzie wspomniałam o tym trenerowi Bevanowi, lecz sprawę zbagatelizowałam. A gdybym trafiła pod inny dach, pewnie biegałabym dalej, ryzykując grubszą kontuzję.

Na szczęście dla mnie natknęłam się w odpowiednim momencie na Mary Eckstein. Moja następna gospodyni była biegaczką biorącą udział w różnych zawodach, rowerzystką i triatlonistką, na dodatek jednym z bliźniąt, namiętną globtroterką, a pochodziła z północnej części stanu Nowy Jork, gdzie urodziła się moja mama. Gdy się u niej zjawiłam, moje nadwyrężone bieganiem po chodnikach mięśnie właśnie dały o sobie znać. Zanim zdołałam zaprotestować, Mary otworzyła w salonie uniwersalny punkt treningowy. Mogłam tam jeździć do woli na rowerze stacjonarnym, a przy okazji pomagać jej w ocenianiu uczestników American Idol i rozwiązywaniu krzyżówek z „New York Timesa”.

Mary namówiła mnie także, abym skonsultowała się z kimś w sprawie łydki. Słyszała o znanym w okolicy akupunkturzyście, z którego pomocy korzystali japońscy i przyjezdni biegacze (w tym sama Joan Benoit Samuelson, amerykańska maratonka i złota medalistka olimpijska). Nie byłam w pełni przekonana do medycyny alternatywnej. W college’u miałam kilka nawracających kontuzji i wypróbowałam chyba wszystkie możliwe metody leczenia, co tylko pogłębiało mętlik i frustrację. Ale jeśli sama olimpijska czempionka i moja idolka Joan zaufała tej metodzie, uznałam, że też powinnam spróbować.

Inni członkowie Namban Rengo potwierdzili, że akupunktura – polegająca na wkłuwaniu cieniutkich igiełek w pewne szczególne punkty ciała – jest równie powszechną metodą leczenia, jak na Zachodzie masaż czy kręgarstwo, a w przypadku kontuzji u biegaczy zdecydowanie preferowaną. Tak czy inaczej, w Stanach Zjednoczonych nie miałam z nią zbyt wiele do czynienia. Tutaj, jak mi powiedzieli, akupunktura rzadko jest jedynym sposobem leczenia. W zależności od lokalizacji i przyczyny kontuzji oprócz niej stosuje się masaż, korygowanie wad postawy lub fizjoterapię. Prawie wszyscy biegacze w Japonii, których pytałam o akupunkturę, korzystali z niej w jakimś momencie i niemal wszyscy wierzyli w jej uzdrawiającą moc. Zapisałam się więc na najbliższy dostępny termin do akupunkturzysty, którego poleciła mi Mary, i starałam się wykrzesać z siebie taki sam optymizm i zaufanie, jakie pokładałam w ortopedach.

Hiroshi Kawaguchi, zażywny mężczyzna o łagodnym głosie i w białym kitlu, nie zadawał mi wielu pytań. Poszturchał mnie to tu, to tam, pokiwał głową, po czym kazał mi się położyć na plecach i odprężyć. Potem delikatnie wkłuł sześć czy osiem igiełek w moją obolałą nogę (wcale nie w samą łydkę, a raczej z boku i z przodu), podłączył do jakiejś maszyny, przekręcił kilka gałek i wyszedł z gabinetu. Mnie więcej po półgodzinie ocknęłam się, gdy wrócił.

„Doskonale. Naprawdę się odprężyłaś” − powiedział z uznaniem pan Kawaguchi. Wyjął igły z mojej skóry, a potem przez 10 min masował mi napięte mięśnie łydki i podbicie stopy. Jego dotyk był w sam raz – ani zbyt delikatny, ani za mocny. Miał wprawne ręce, które trafiały tam, gdzie trzeba i zatrzymywały się na dłużej w bolących miejscach; wcale nie musiałam mu ich wskazywać. Podczas masażu stwierdził, że organizm leczy się sam, akupunktura tylko pcha go we właściwym kierunku. Na koniec powiedział: „Odpocznij kilka dni, a potem powoli wracaj do biegania. Myślę, że będzie dobrze”.

Zanim wyszłam, pan Kawaguchi pokazał mi kilka ćwiczeń, które powinnam wykonywać w ramach rehabilitacji. Miałam rozciągać łydkę na dwa sposoby: normalne rozciąganie w pozycji stojącej, gdy pięta znajduje się niżej, i w pozycji kucznej, z lewą łydką na podłodze, prawą stopą spoczywającą płasko i wychylonym w przód tułowiem. Oprócz tego kazał mi kilka razy dziennie, dopóki ból nie ustąpi, rolować stopę na piłeczce do golfa. Na koniec pokazał proste, dwuetapowe ćwiczenie mające poprawić ustawienie miednicy. Zauważył, że jest trochę zwichrowana. Na początku musiałam się położyć na podłodze ze zgiętymi kolanami i stopami spoczywającymi na ziemi, a z tej pozycji przekładać kolana raz na prawą, raz na lewą stronę (po 10 razy na każdą). Następnie miałam się położyć na brzuchu z udami przyciśniętymi do podłogi, kolanami zgiętymi pod kątem 90 stopni i stopami w powietrzu – tym razem w tej pozycji przerzucać stopy raz na prawą, raz na lewą stronę (znów po 10 razy na każdą). Jeszcze tego samego wieczoru zaczęłam wykonywać ćwiczenia, jakie mi zadał pan Kawaguchi. Do tej pory do nich wracam, gdy tylko czuję drobny dyskomfort.

Przez kilka kolejnych dni moje treningi nie wychodziły poza rower stacjonarny Mary i basen w jej klubie fitness. Postanowiłam wyleczyć łydkę za pomocą akupunktury, gimnastyki i delikatnych ćwiczeń. Mimo że po japońsku nie rozumiem ni w ząb, już podczas pierwszej wizyty w stołecznym klubie fitness stałam się specjalistką od jego regulaminu. Lista zakazów była długa i uwzględniała chyba wszelkie możliwe przypadki złamania obowiązujących zasad. Nie sądziłam, aby wszyscy stali klienci traktowali je poważnie, wydawało się to nierealne. Po raz pierwszy zostałam zrugana za bieganie w wodzie bez czepka (chociaż nawet nie zanurzałam szyi). Po chwili rzucił się w moją stronę ratownik, bo zauważył, że w basenie mam na ręku zegarek. W pomieszczeniu nie widziałam żadnego zegara i zastanawiałam się, w jaki sposób ludzie pilnują interwałów; pozostawało liczenie okrążeń, lecz podczas biegania w wodzie to się nie sprawdzało. Nie miałam jednak zamiaru protestować, zwłaszcza że po krótkim czasie poproszono mnie, abym się przeniosła w inny róg basenu. Nie śmiałam pytać, jaki tym razem pogwałciłam zakaz.

W tym samym tygodniu zrobiłam sobie przerwę od czterech ścian (oraz sztywnych reguł) i przeniosłam swój zróżnicowany trening w góry. Wybrałam się tam z mężem Mary, Peterem, i dwojgiem jego przyjaciół, Miką i Murphym. W następnym miesiącu mieli wziąć udział w marszu charytatywnym na 100 km i w ramach przygotowań chcieli przejść całą trasę w kilku etapach. Tego dnia zaplanowali sobie odcinek 25-kilometrowy. Oznaczało to, że trzeba wyruszyć jeszcze przed wschodem słońca, aby zdążyć na wszystkie połączenia i wrócić do domu przed zmrokiem. Lubię poranki, a po kilku tygodniach miałam dosyć miejskiego chaosu, więc z radością skorzystałam z okazji, by obejrzeć Japonię od innej strony.

Tak, wiem, że 25 km łażenia po górach (przez ponad sześć godzin) nie jest powszechnie stosowanym sposobem dochodzenia do zdrowia. Zaproszenie Petera przypomniało mi jednak rozmowę z Julią Bleasdale, jaką miałyśmy w Etiopii na temat jej niestandardowego podejścia do leczenia. Powiedziała, że kiedy musi wziąć sobie wolne z powodu jakiegoś urazu, powoli i stopniowo wraca do biegania, aż dojdzie do punktu, jaki sobie wyznaczyła (na przykład 45 min nieprzerwanego biegu). Wówczas wyrusza w góry, naturalne otoczenie zawsze działa na nią stymulująco. Julia twierdzi, że podbiegi po pierwsze aktywują mięśnie słabo używane na płaskich trasach, a po drugie ograniczają szybkość biegu. Gdy uraz mija, Julia pozwala, by endorfiny i odmiana, jaką dają góry, dokończyły proces leczenia.

Mijaliśmy plantacje zielonej herbaty i tradycyjne japońskie domy przybrane łopoczącymi na wietrze kolorowymi chorągiewkami przedstawiającymi kolorowe karpie, bo zbliżał się Dzień Dziecka*. Maszerowaliśmy po górach i logika Julii coraz bardziej do mnie przemawiała. Wprawdzie używałam mięśni w kontuzjowanej łydce, lecz w inny, spokojniejszy sposób niż podczas biegania, a energia mnie przepełniała. Krajobraz wciąż się zmieniał, odwracając moją uwagę od nogi. W polu widzenia co i rusz pojawiał się zamglony wierzchołek góry Fudżi, najwyższego szczytu Japonii i zarazem czynnego wulkanu. Zachwycałam się widokami, a poza tym nie dawała mi spokoju jedna myśl. Przez cały czas próbowałam znaleźć najlepszy sposób jedzenia ryżowych kuleczek, które zabraliśmy ze sobą na lunch: kopczyki ryżu zawinięte w nori (suszone wodorosty) ze smakowitymi kąskami umieszczonymi w środku (w moim przypadku były to kawałeczki łososia). Podobnie jak było z toaster strudel, niegdyś moim ulubionym ciasteczkiem, w końcu pogodziłam się z tym, że przepyszne nadzienie nie wypełnia całego wnętrza ryżowej kulki i delektowałam się kawałeczkami łososia, jak najdłużej się dało.

Następnego dnia rano obudziłam się nieco obolała i zesztywniała, ale gotowa, by poddać łydkę testowi. Postanowiłam wypróbować sposób moich przyjaciół z Kenii i japońskich maratończyków, którzy chodzenie też traktowali jako trening. Wyszłam nieśpiesznym krokiem z domu Ecksteinów i skierowałam się w stronę parku Yoyogi, a po drodze stopniowo zwiększałam tempo. Pilnowałam się, żeby nie biec zbyt szybko, bo miałam skłonność do rozkręcania się w trakcie swobodnych wybiegań. Grzecznie wypełniałam wskazania trenera Bevana i mniej więcej co półtora kilometra robiłam kilkuminutową przerwę, którą wypełniałam ćwiczeniami zaleconymi przez pana Kawaguchiego. Po 30 min wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że z łydką jest o wiele lepiej. Nie mam pojęcia, czy stało się tak dzięki akupunkturze, zróżnicowanemu treningowi, czy mojemu optymistycznemu podejściu. Nie miało znaczenia, czy wierzę w medycynę alternatywną, czy nie, najważniejsze, że przestałam kuleć.

Pierwsza kontuzja w tej podróży, którą udało mi się powstrzymać. Zachodziłam w głowę, czy kiedykolwiek mi się to udało, i nie mogłam sobie przypomnieć ani jednej takiej sytuacji. Nareszcie przestałam się bać, że coś się w moim ciele popsuje, choćbym nie wiem jak uważała.

Smak Tokio poczułam, obserwując ludzi w parku Yoyogi i w słynnej dzielnicy Shibuya, gdy tłum przechodniów dosłownie zalewa najbardziej ruchliwe skrzyżowanie na świecie. Ale naprawdę posmakowałam tego miasta poprzez jego kuchnię.

Tim i Susan Griffenowie, którzy gościli mnie w Tokio jako ostatni, po mistrzowsku zapoznali mnie z japońską kuchnią. Właściwie to Tima i Suse trudno było uznać za amerykańskich emigrantów, skoro mieszkali w Japonii od 20 lat. Już na samym początku zrobili na mnie wrażenie swoim dorocznym sushi party. Potrawy oraz ingrediencje zostały ułożone w tak misterny sposób, że tworzyły przepiękny kalejdoskopowy obraz; miałam poczucie winy, że go niszczę. Na stole znajdował się ryż do sushi z octem ryżowym, płatki nori, najróżniejsze owoce morza (tuńczyk, łosoś, krewetki, przegrzebki, węgorz, kraby, jeżowiec, ośmiornica i kawior z łososia), plasterki awokado, marynowane śliwki, ogórek, biała rzodkiew daikon, tamago (cieniutkie omlety) i różne dodatki, takie jak liście shiso, wasabi, sos sojowy oraz imbir.

Ta obfitość owoców morza pochodziła z Tsukiji, największego targu rybnego na świecie, zatrudniającego 65 000 osób, którego obroty wynoszą 5,5 mld dolarów rocznie. Tim jeździł tam co tydzień na zakupy i kiedy wybrałam się z nim w następnym tygodniu, patrzyłam jak zahipnotyzowana na emocjonujące aukcje tuńczyków, ogromne cielska ryb, niezliczone aleje wypełnione świeżo złowionymi rybami i owocami morza oraz ulicę, na której znajdowały się same zakłady zaopatrujące kuchnie i restauracje w różne utensylia (z czego najbardziej urzekli mnie producenci noży).

Kuchnia japońska to oczywiście nie tylko sushi. Gdy przyleciałam do Tokio, Bob Poulson zabrał mnie do niedużej restauracyjki yakitori, gdzie próbowaliśmy różnych grillowanych szaszłyków z mięsa, warzyw i rozmaitych dodatków: podsmażanych grzybów, grillowanych papryczek shishito, mocno spieczonych orzeszków miłorzębu i różnych wariacji na temat kurczaka, w tym mojego ulubionego, marynowanego w słono-słodkim sosie tare (w którego skład wchodzi mirin, sake, sos sojowy i cukier). Ucztując z członkami Namban Rengo, zachwyciłam się makaronem soba z mąki gryczanej i zupą ramen, która jak z ulgą zauważyłam, nie przypominała ani trochę popularnej w akademiku potrawy do mikrofali. Oba dania były pyszne, kluski soba ciemne i konkretne, a makaron w ramen delikatny i śliski, zupa miała intensywny smak, zaś siorbanie podczas jedzenia było mile widziane. Natomiast chleb z melasą, który tak mi smakował w Irlandii, zyskał w Tokio niespodziewanego rywala w postaci delikatnego, mlecznego chleba hokkaido (trochę przypominającego croissanta), który kupowałyśmy w ulubionej piekarni Suse.

Moje zauroczenie japońską kuchnią nieustannie rosło. Gdziekolwiek trafiłam, na każdym kroku uwagę przyciągały wyrafinowane potrawy i finezyjnie skomponowane półmiski z daniami, które wystawiano w oknach restauracji (wiele z ich składników zakupiono na targu Tsukiji). Pod dużymi domami towarowymi w Tokio znajdowały się punkty gastronomiczne, gdzie mogłabym spędzać całe dnie. W witrynach leżały rozmaite produkty: słodycze, bento (tradycyjne porcje na wynos pakowane w pudełka) i oczywiście owoce morza. Wszystko to wyglądało jak wystawione na sprzedaż dobra luksusowe. Niektóre miały przystępne ceny, a inne – jak na przykład melon kantalupa za 200 dolarów – pasowały raczej do któregoś z bardziej ekskluzywnych sklepów z wyższych pięter.

Jako dbająca o zdrowie lekkoatletka, uważam japońskie jedzenie za niezwykle pożywne i chyba najsmaczniejsze, z jakim zetknęłam się w czasie podróży. Ponieważ Japończycy są narodem wyspiarskim, ich kuchnia bazuje w dużym stopniu na świeżych owocach morza, które nie wymagają wielu dodatków, a ich przyrządzenie jest stosunkowo proste. Nie zrozumcie mnie źle – przemysł spożywczy w Japonii opiera się na bezwzględnym współzawodnictwie, mistrzowie sushi doskonalą swoje rzemiosło nawet przez 20 lat. Tutaj po prostu potrzebne są inne umiejętności, ponieważ jakość pożywienia zależy bardziej od doświadczenia w wyszukiwaniu najlepszych produktów, oczyszczaniu ich oraz doborze składników, a nie od przetwarzania. Nic też dziwnego, że wśród Japończyków nie ma plagi otyłości. Jedzenie podaje się w małych porcjach, a używanie pałeczek chroni przed obżarstwem.

Oprócz delektowania się japońską kuchnią, wreszcie odczułam dobroczynne skutki akupunktury pana Kawaguchiego i tygodniowego odpoczynku. Po kilku dniach łatwych treningów, które zaczęły się od przerywanego odpoczynkami 30-minutowego truchtu, stopniowo zwiększałam dystans, a mięśnie łydki okrzepły i już jej nie oszczędzałam. W dodatku raz jeszcze znalazłam się w dobrych rękach, ponieważ moi nowi gospodarze też byli zafiksowani na bieganiu. Mieli za sobą 38 maratonów, w tym wszystkie maratony tokijskie od początku, czyli od 2007 roku. Wspólny trening to dla nich ulubiona forma bycia wśród ludzi. W poprzednim tygodniu biegałam głównie po trawie w parku Yoyogi i kiedy poczułam, że mogę na nowo stawić czoło chodnikom, wzięliśmy się razem do roboty.

Na mój pierwszy długi bieg po przerwie wybraliśmy drogę wzdłuż kanału tokijskiego, jedną ze standardowych tras biegowych Griffenów. Droga jest betonowa i od czasu do czasu przecinają ją samochody, ale poza tym jest dobrze utrzymana i biegało mi się po niej zdecydowanie lepiej niż po tym nieszczęsnym chodniku, na którym musiałam się ciągle zatrzymywać. Zrezygnowałam z prób samodzielnego przedzierania się przez Tokio. Brak oznaczeń w języku angielskim i odmienny system nazywania ulic wciąż wyprowadzały mnie na manowce. Kiedy więc chciałam wyrwać się z Yoyogi, chodziłam pobiegać nad kanałem. Suse zabrała mnie też na poranną przebieżkę do Pałacu Cesarskiego, rezydencji cesarza Akihito i jego rodziny. Popularna trasa biegowa wzdłuż pałacu liczy sobie 5 km i nie ma na niej żadnych świateł, za to zawsze pełno tam biegaczy, rowerzystów i spacerowiczów. W powszedni dzień o dziesiątej rano na trasie było mnóstwo ludzi, chociaż system biegania przeciwny do ruchu wskazówek zegara sprawiał, że wydawała się mniej zatłoczona. Z trasy mogliśmy podziwiać otoczony fosą, niewysoki biały pałac i zastanawiałam się, czy ktoś z rodziny cesarskiej wyskoczył kiedyś na ścieżkę na krótką przebieżkę wokół własnego domu.

Nie posiadałam się z radości, kiedy pod koniec mojego pobytu Suse, zdeklarowana maniaczka biegania, zapytała mnie, czy chcę obejrzeć maraton londyński. Przyznałam się jej, że miałam zamiar wykupić sobie dostęp do transmisji i obejrzeć go na swoim iPadzie. Zdziwiłam się, kiedy oznajmiła, że w Japonii najważniejsze biegi uliczne, zarówno te krajowe jak i zagraniczne, są nadawane w telewizji publicznej – na żywo i za darmo. Nie miałam w wyścigu upatrzonej osoby, której chciałabym kibicować, po prostu moja sympatia była po stronie kobiet. Trzymałyśmy więc z Suse kciuki za Japonkę Yukiko Akabę, która skończyła bieg jako trzecia i za Tiki Gelanę, zwyciężczynię biegu maratońskiego na igrzyskach w Londynie. Tym razem jej się nie powiodło. W pierwszej połowie wyścigu najechała na nią zawodniczka na wózku inwalidzkim, ale i tak udało jej się ukończyć wyścig na 16. pozycji.

Skoro bieganie i oglądanie, jak biegają inni, było narodową rozrywką Japończyków, nic dziwnego, że taki aktywny kraj potrzebował jakiejś odskoczni. Chyba stąd wzięła się niesamowita popularność łaźni publicznych. Wiele biegów z klubowiczkami Namban Rengo kończyłyśmy w onsen i im częściej tam bywałam, tym swobodniej się czułam. Nie sądzę, aby ktoś mnie pomylił z Japonkami – zdradzał mnie kolor skóry i ślady po opaleniźnie. Ale podczas ostatniego wyjścia do spa z Suse i jej córką Heidi, poczułam się jak u siebie w domu. Rozebrałam się bez skrępowania i zanurzyłam w wodzie. Suse namówiła mnie, żebyśmy na koniec skorzystały z pewnego wyjątkowego basenu, który potrafi zdziałać cuda, jeśli chodzi o stopy. Gdy zanurzyłyśmy w nim nogi, zupełnie straciłam samokontrolę. Podczas sesji rybkowego pedicure’u prawie przez cały czas chichrałyśmy się jak głupie, gdy małe rybki skubały nas w podeszwy stóp i między palcami. Może po 10 min do pomieszczenia weszła grupa Japonek, więc szybko stłumiłam śmiech, aby sobie nie pomyślały, że nie potrafię się zachować. Ledwo jednak ich stopy dotknęły wody, rozległy się piski i chichoty, a my natychmiast się przyłączyłyśmy. Choć terapia rybkami ma zapewnić relaks i oczyścić stopy, według mnie działa ożywczo nie tylko na ciało, ale i na psychikę. Pomyślałam sobie, że jeśli najlepszym sposobem na zapoznanie się z krajem było dla mnie zanurzenie się nago w gorącej kąpieli, to pozwolenie rybkom, aby poskubały moje stopy, okazało się najlepszym sposobem na pożegnanie.

Fot. 22. Ja, Susan i Heidi Griffen śmiejemy się podczas pedicure’u rybkowego w Tokio

Z perspektywy turystki Tokio było wymarzonym miastem: zachwycającym, elektryzującym, ciekawym i budzącym zdumienie (na przykład na widok dorosłych kobiet ubranych jak laleczki czy kultury przesiąkniętej kultem Hello Kitty). Nie tutaj jednak biło serce japońskiego biegania, a przecież o nie mi właśnie chodziło. Topowi biegacze raczej omijali zatłoczoną i wybetonowaną stolicę szerokim łukiem; nic zresztą dziwnego, skoro sensownych szlaków było tu jak na lekarstwo. Uparłam się więc, aby przed wyjazdem z Japonii pobiegać w jakimś spokojniejszym mieście, które będzie lepiej pasować do głównego celu mojej podróży.

Z początku chciałam pojechać na górę Hiei-zan, położoną na północny wschód od Kioto i odwiedzić tajemniczych mnichów maratończyków. Wyobrażałam sobie naiwnie, że odnajdę ich górską kryjówkę, a oni podzielą się ze mną swoją mądrością. Liczyłam też na spotkanie z kilkoma żyjącymi mnichami, którym udało się ukończyć siedmioletnią próbę wytrzymałości (w ciągu ostatnich 130 lat powiodło się to tylko 46 osobom). Kaihōgyō było najbardziej religijną praktyką, o jakiej słyszałam, i nie mogłam się doczekać, żeby zetknąć się z nią osobiście.

Pech chciał, że to mnisi decydowali o ewentualnym spotkaniu, a ja nie miałam nic do gadania. I choć strasznie pragnęłam porozmawiać z ludźmi całym sercem oddanym bieganiu, nie miałam czasu, aby czekać na ich zaproszenie. Musiałam zrezygnować ze swoich planów związanych z Hiei-zan.

Na szczęście pojawiła się inna możliwość, która z każdą przeglądaną fotografią wydawała mi się bardziej kusząca. Wystarczy wyguglować Hiei-zan i pojawia się Kioto, dawna stolica Japonii, a wraz z nią mnóstwo zdjęć. Moją uwagę przyciągnęła od razu rzeka Kamo-gawa (Kamo) i ciągnące się wzdłuż jej obu brzegów szerokie drogi oraz wznoszące się nad nią wzgórze. Wpisy na forum potwierdzały to, co widziałam na ekranie komputera: że Kioto jest fajnym miastem dla biegaczy i tych, którzy lubią dużo chodzić.

A więc Kioto. Bonusem była propozycja, jaką otrzymałam od pewnej japońskiej rodziny. Zaprosili mnie na weekend do swojego domu w Jokohamie, miasta położonego wprawdzie niedaleko Tokio, ale leżącego na trasie drogi powrotnej z Kioto. Mogłam też kogoś ze sobą zabrać. Szybko wysłałam wiadomość do Celeste Miles, przyjaciółki z liceum, która od niedawna mieszkała i pracowała w Singapurze. Odpowiedziała natychmiast, że jest za. (Później się zorientowałyśmy, że rzut beretem z Singapuru do Japonii to siedem godzin lotu samolotem, mniej więcej tyle, ile trwa lot z Meksyku do Kanady).

Celeste i ja wylądowałyśmy w Kioto nocą, nic więc dziwnego, że od razu nabrałyśmy ochoty na karaoke, jedną z najpopularniejszych japońskich rozrywek. Sposobność nadarzyła się, gdy krążąc po mieście, natknęłyśmy się na czterech młodych Japończyków. Szli ramię w ramię ulicą i śpiewali na cały regulator, robiąc potworny raban. Pewnie nie zdawali sobie sprawy, że wybrałyśmy ich jako swoich partnerów do karaoke. Żaden z nich nie mówił po angielsku, lecz z Celeste doskonale dogadujemy się na migi, a może po prostu byli tak skołowani, że dali się namówić i przyłączyli się do nas. Tak czy owak, kilka minut później wszyscy siedzieliśmy już w niewielkiej sali ściśnięci na dwóch sofach, popijając drinki, wertując śpiewnik i rozgrzewając struny głosowe. Stwierdzili, że panie przodem, więc razem z Celeste niepewnie podeszłyśmy do mikrofonów.

Już po pierwszych trzech taktach Baby Justina Biebera wiedziałam, że zapowiada się szalona noc. Nasi nowi koledzy zerwali się z kanap i dołączyli do nas z takim entuzjazmem, jakby całe życie czekali, aby zaśpiewać tę właśnie piosenkę. Pierwszy numer wykonaliśmy grupowo, a nasza dzika pasja wylewała się z głośników potwornym hałasem. Później wdałyśmy się w rywalizację z chłopakami. Każda drużyna próbowała zakasować przeciwną doborem repertuaru, głośniejszym rykiem i bardziej żywiołowym tańcem. Na koniec dałyśmy godne zapamiętania interpretacje Come on Over Christiny Aguilery, Say My Name Destiny’s Child i Party in the USA Miley Cyrus, a panowie uraczyli nas kawałkami japońskiego popu i rapu oraz amerykańskimi hitami w rodzaju Big Girls Don’t Cry z repertuaru Fergie.

Kończyła się nasza godzina, a wciąż nie mieliśmy jednoznacznego zwycięzcy. Wówczas jeden z chłopaków wykorzystał moment, przejął mikrofon, poczekał, aż zrobi się cicho, i zaśpiewał. To była rozdzierająca serce wersja Let It Be, w dodatku wykonana tak fałszywie, że każdy prawdziwy fan Beatlesów zapadłby się pod ziemię ze wstydu. Dla tego jednego występu warto było zainwestować w zgrabną kamerkę wideo, którą kupiłam sobie na ten wyjazd. Piosenka zapewniła też męskiej drużynie niekwestionowane zwycięstwo. Gdy ucichły oklaski, jeden z naszych śpiewaków podsunął mnie i Celeste swoją komórkę. Na ekranie widniała wiadomość przetłumaczona za pomocą tłumacza Google: „Chcecie jeszcze?”. Pewnie, że chciałyśmy, ale wolałyśmy zakończyć noc na tej nucie, która wciąż rozbrzmiewała w naszych uszach.

Fot. 23. Gwiazdorska grupa karaoke z Kioto: ja, Celeste Miles i czterech naszych nowych pozbawionych kompleksów przyjaciół

W Kioto nie miałyśmy zbyt wiele czasu i Celeste, dobra kumpela i była bramkarka w drużynie piłki nożnej na uniwersytecie w Wirginii, zgodziła się pobiegać ze mną po Kioto. Po prostu uznałyśmy to za dobrą inwestycję; zwiedzimy miasto i będziemy miały okazję trochę pogadać. Pomiędzy naszym hotelem a rzeką Kamo znajdowało się mnóstwo sanktuariów, świątyń oraz ogrodów, więc następnego ranka wyruszyłyśmy nieco pokrętną trasą w kierunku rzeki, zatrzymując się za każdym razem, gdy natknęłyśmy się na jakieś miejsce godne obejrzenia i uwiecznienia (za pomocą selfie). Dzięki tym krótkim przystankom miałyśmy też okazję złapać oddech. Najdłużej zabawiłyśmy przy Złotym Pawilonie (Kinkaku-ji), trójkondygnacyjnej pozłacanej buddyjskiej świątyni zen, której początki sięgają 1397 roku. Na tle gęstego zielonego lasu i ze znajdującym się u jej podnóża stawem, świątynia wygląda, jakby spadła prosto z nieba.

Zanim dotarłyśmy do Kamo, miałyśmy już za sobą solidną trasę i przynajmniej drugie tyle czekało nas w drodze powrotnej. Jednak czyste niebo, piękne widoki, szum rzeki i widok biegaczy na obu brzegach sprawiły, że postanowiłyśmy jeszcze nie wracać do hotelu, więc pobiegłyśmy dalej. Gdy znalazłam się na ścieżce, poczułam się cudownie lekka i od razu wpadłam w rytm. Po raz pierwszy od czasu, gdy łydka dała mi o sobie znać, chciało mi się biegać. Komfortowa dla nóg gruntowa droga przypominała mi moje dawne rewiry wokół Uniwersytetu Rice. Pogoda był piękna i restauracje położone nad rzeką otworzyły swoje ogródki, aby goście mogli się przyglądać do woli temu, co dzieje się nad rzeką, a przy okazji skusić głodnych biegaczy.

W Kioto, po raz pierwszy od miesiąca, mogłam biegać swobodnie i bez żadnych ograniczeń. Zgodnie z sugestią trenera Bevana dałam sobie spokój z kontrolowaniem biegu za pomocą zegarka i pobiegłam tak szybko, jak chciałam, bez wysiłku i napinania się. Równie mocno jak na tym półtorakilometrowym odcinku chodnika w Tokio czułam podłoże, lecz ścieżka nad rzeką działała na mnie inaczej i kazała gnać naprzód. Samodyscyplina to cenna predyspozycja oraz ważna i godna podziwu cecha najlepszych japońskich biegaczy. Jednak równie mocno pragnę biegania, które mnie uskrzydla i dodaje zapału, które sprawia, że chciałabym tak biec i biec, jakby czas się dla mnie zatrzymał. W Japonii spróbowałam jednego i drugiego. I w każdym przypadku dowiedziałam się czegoś o sobie.

Moje powiązania z rodziną państwa Hattorich z Jokohamy, u których miałyśmy się zatrzymać z Celeste, wymagają wyjaśnienia. Syn państwa Hattorich, Daisuke (przebywający zresztą w Meksyku), to przyjaciel Sary Cavicchioli, córki tego Włocha, z którym mój tata zaprzyjaźnił się w pociągu przed 40 laty (i którego rodzinę odwiedziłam we Włoszech we wrześniu). Jakimś zawiłym sposobem Sara skontaktowała mnie e-mailowo z panią Hattori, ale nie bardzo wiedziałam, co miałoby z tego wyniknąć. Wkrótce jednak otrzymałam od niej zaproszenie i po dwóch pytaniach, jakie mi zadała, powinnam się od razu zorientować, że będę honorowym gościem: „Jakie są twoje ulubione dania? Czy czegoś nie lubisz?”.

Przy stole państwa Hattorich miałam jeden problem; nie wiedziałam, jak mam się od niego oderwać. Machiko, niesłychanie życzliwa kobieta z krótkimi, czarnymi i kręconymi włosami, która lubiła nam matkować, zarzekała się, że dany posiłek to nic wielkiego. Ale podobnie jak w przypadku Kierana Carlina z Irlandii, trudno mi było uwierzyć, że za każdym razem przygotowuje ucztę z co najmniej ośmiu dań. Po herbacie matcha i słodyczach (głównie galaretowatych i w jaskrawych kolorach) w końcu doczekałam się japońskiej lekcji gotowania. Najpierw Machiko pokazała nam, jak się robi pierożki z wieprzowiny, imbiru i bambusa. To skomplikowany proces wymagający dokładnego mieszania, precyzyjnego nakładania farszu i delikatnego zlepiania. Następnie do marynaty z oleju sezamowego, octu winnego i czosnku włożyłyśmy plasterki ogórka oraz pędy bambusa, po czym pomogłyśmy jej posiekać i podsmażyć składniki głównego dania, składającego się z kurczaka i warzyw – czerwonej i zielonej papryki, bakłażanów oraz cebuli. Na koniec przygotowałyśmy aromatyczny ryż z grzybami, bambusem i wodorostami oraz umyłyśmy i pokroiłyśmy owoce na deser. Pozostałe posiłki były równie wyrafinowane jak pierwszy. Następnego ranka, gdy o szóstej rano wstałyśmy na śniadanie, stół uginał się pod ciężarem rozmaitych potraw: solonego i pieczonego łososia, miseczek z zupą miso, ryżu, sałatek, marynowanej rzodkwi i ogórków, jajek sadzonych, talerza owoców, herbaty oraz kawy.

Machiko, gdy akurat nie gotowała ani nie podawała do stołu, dwoiła się i troiła, abyśmy z Celeste czuły się w jej domu jak królowe i liznęły, ile się da, japońskiej kultury. Oprócz potraw godnych wielogwiazdkowych restauracji z przewodnika Michelina przygotowała dla nas superwygodne spanie w pokoju gościnnym na tradycyjnych matach tatami ze słomy ryżowej. Kazała nam też wybrać sobie wzorzyste piżamy, które jej córki nosiły, gdy były jeszcze nastolatkami. Celeste zdecydowała się na pasiastą piżamę w kolorach tęczy, a ja wybrałam pastelową w kwiatki – stroje w sam raz jak na piżamowe party w podstawówce. Mąż Machiko, Akio, również traktował nas jako honorowych gości i w ciągu całej naszej wizyty chodził w garniturze. Oboje poświęcili dzień, aby pokazać nam Jokohamę. Zabrali nas do spa dla stóp (nie rybkowego) z widokiem na górę Fudżi, do restauracji specjalizującej się w potrawach w tempurze, gdzie najadłam się różnych panierowanych warzyw, do Landmark Tower, najwyższego budynku w Japonii, z którego widać całe ogromne miasto, a na samej górze znajduje się galeria pokemonów. Na koniec naszego pobytu Machiko i jej 32-letnia córka Shugoku znów ubrały mnie i Celeste, tym razem w kimona, które dziewczyny państwa Hattorich nosiły w młodszym wieku. Obie spędziły dobre pół godziny na owijaniu, upinaniu i związywaniu kimon, aż zgodnie stwierdziły, że wyglądamy naprawdę bardzo ładnie.

Prezenty pożegnalne od Machiko były równie miłe jak ona sama. Oprócz kompletu trzech ceramicznych, ręcznie malowanych talerzy, podarowała każdej z nas drewnianą deseczkę, którą opatrzyła japońskim znakiem kanji. Symbol na tabliczce Celeste oznaczał „przeznaczenie” i „liczne połączenia”, co − biorąc pod uwagę okoliczności naszego ponownego spotkania – wydawało się niezwykle trafne. Dla mnie wybrała symbol oznaczający „marzenie”. Wcześniej przyznałam się Machiko, że moim najważniejszym celem jest udział w igrzyskach olimpijskich. Wręczając mi tabliczkę, powiedziała: „Masz wielkie marzenie i mam nadzieję, że uda ci się je spełnić”. Jej słowa dotknęły najczulszej struny w moim sercu, zupełnie jak słowa Ishoo w górach Simien w Etiopii. Zawsze bardzo mi zależało, aby odnieść sukces w bieganiu. Chciałam, by moja rodzina i przyjaciele mogli być ze mnie dumni. Z każdym przystankiem w podróży to pragnienie rosło dzięki takim ludziom jak Machiko. Przypominali, że nie wolno mi zmarnować swojego talentu, a ja wiedziałam, że nie mogę ich zawieść.

Fot. 24. Państwo Hattori, Celeste Miles i ja podczas całodziennego zwiedzania Jokohamy, za nami góra Fudżi

Planując pobyt w Japonii, wyobrażałam sobie, że spędzę cały miesiąc wśród elity biegowej tego kraju, popróbuję ekstremalnych metod treningowych i nauczę się, w jaki sposób pogłębiać własną samodyscyplinę i zaangażowanie. Ale przyłączenie się na krótki czas do korporacyjnej grupy treningowej okazało się trudniejsze, niż mi się wydawało, podobnie jak przebicie się przez barierę językową. Tym niemniej czas spędzony z grupą Namban Rengo okazał się bardzo owocny, bo poznałam tam wielu wspaniałych i ciekawych ludzi. Ci, którzy przyjęli mnie pod swój dach – Bob Poulson, Bonnie Waycott, Mary i Peter Ecksteinowie oraz Tim i Susan Griffenowie – biegali ze mną i dzielili się swoimi doświadczeniami. Nie wiem, czy w jakiejkolwiek innej ekipie mogłabym liczyć na więcej.

Wiedzę o wielu japońskich tradycjach biegowych – ekiden, mnichach maratończykach, ogromnych dystansach czy systemie sponsoringu korporacyjnego – czerpałam wyłącznie z przekazów ustnych. W końcu jednak gospodarze potwierdzili moje przypuszczenia, że społeczeństwo japońskie opiera się na takich wartościach jak honor, pokora, poczucie obowiązku oraz kolektywizm i wszystkie one najlepiej się uwidaczniają w bieganiu długodystansowym. Maraton to zawody masowe, które udają się wówczas, gdy mają mnóstwo uczestników; Japonia ma swój maraton i całe rzesze chętnych zawodników. Ekiden to „dyscyplina drużynowa w stopniu absolutnym”, szarfa tasuki, którą nosi każdy zawodnik, symbolizuje wysiłek i marzenie całej grupy. Cechy kultywowane przez topowych japońskich biegaczy długodystansowych – stoicyzm, samodyscyplina i poświęcenie się jednemu celowi – nie różnią się od podstawowych cnót obywatelskich.

Powagę i napięcie, obecne w wielu sferach kultury japońskiej, włącznie z bieganiem, łagodzą tradycje, które mają nieść odprężenie i spokój ducha. Akupunkturze zawdzięczam wiele, ponieważ unieszkodliwiła pierwszą kontuzję podczas mojej podróży. Razem z jogą i innymi wschodnimi praktykami odgrywają istotną rolę w leczeniu i zmniejszaniu stresów życia codziennego. Japończycy przywiązują wagę do świeżej żywności, bogatej w składniki odżywcze; spotykałam się z tym na każdym kroku – na targu rybnym Tsukiji, w restauracjach, barach sushi i przy stołach gospodarzy. Takie podejście współgra z mentalnością japońskiego biegacza, jego szacunkiem dla ciała i zdrowego życia. Publiczne łaźnie onsen, w których przeszłam swój chrzest bojowy związany z japońską kulturą, oraz karaoke, stanowiące przezabawną formę spędzania czasu wolnego, pozwalają na rozdzielenie pracy i wypoczynku. Obserwując członków klubu Namban Rengo, państwa Hattorich oraz Celeste, przekonałam się, że z takiego stosunku do pracy i odpoczynku rodzi się satysfakcjonujące życie. Chciałam zabrać ze sobą tę lekcję w ostatni region, jaki miałam odwiedzić podczas podróży – do Skandynawii.

OZONI

(Bonnie Waycott, Anglia i Japonia)

Bonnie Waycott podzieliła się ze mną przepisem swojej mamy na ozoni – lekką i aromatyczną japońską zupę; podawana na gorąco z tradycyjnymi kluskami ryżowymi jest doskonała po bieganiu w chłodniejszych porach roku.

2 zmiażdżone ząbki czosnku

½ białej cebuli pokrojonej w kostkę

oliwa z oliwek

2 paczki kotletów drobiowych bez skóry (lub 2 duże piersi z kurczaka, bez kości i bez skóry)

2 duże marchewki, obrane i pokrojone

½ główki kapusty pokrojonej w grube plastry

6 pokrojonych grzybów shiitake

2 pory pokrojone ukośnie w centymetrowe talarki

1 łyżka świeżo startego imbiru

wywar rybny, sos sojowy do smaku

mochi (japońskie kluski ryżowe – nie mylić z wersją deserową; dostępne w sklepach z regionalną żywnością lub na Amazonie)

Podsmaż na oliwie czosnek i cebulę.

Dodaj kawałki kurczaka i przyrumień.

Dodaj marchewkę i zalej wodą.

Dołóż kapustę i grzyby, a potem gotuj przez 15 min na wolnym ogniu; na ostatnie 5 min wrzuć pory i imbir.

Pod koniec gotowania dodaj wywar rybny i przypraw sosem sojowym.

Podgrzej kluski ryżowe w piecyku lub na patelni.

Nalej zupę do miseczek i podawaj z 1 lub 2 kluskami ryżowymi; jedz na gorąco.

* * *

* Dzień Dziecka w Japonii obchodzi się 5 maja, ale domy dekoruje się już od kwietnia (przyp. tłum.).

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Biegiem przez świat Wierna Tobie Uparte serce 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila