Zanim odfrunę

Zanim odfrunę

Autorzy: Hanna Kowalewska

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 25.67 zł

Granica miłości i nienawiści bywa jak brzeg morza, zaskakująco zmienna…

Nowa powieść Hanny Kowalewskiej z bestsellerowej serii o Jantarni.

W nadmorskim miasteczku po sezonie niejedno może się zdarzyć. Plotki rozprzestrzeniają się tak szybko, jak pędzi zimowy wiatr, i każda zmienia się w sensację.

Matka i córka. Po pierwszej zostały obrazy, trochę niepokojących opowieści i rzeczy w dużym, dawno nieużywanym domu. Druga pierwszej nie pamięta, ale postanawia odtworzyć łączące je więzi i zrozumieć, co stało się w przeszłości. Nie jest to łatwe, ponieważ dwadzieścia lat temu bliscy Inki postanowili ukryć przed nią przeszłość i zamknąć na zawsze dom, w którym mieszkała z matką. Teraz Inka może wreszcie go otworzyć i zgłębić zagrzebane pod kurzem tajemnice. Ktoś jednak był tam pierwszy i zabrał najcenniejszą rzecz, bez której prawda już zawsze będzie niepełna.

Czy Inka ją odzyska? Czy poradzi sobie z niechęcią miasteczka i ludzi, którym staje na drodze? Czy wygra z człowiekiem, który chce mieć monopol nie tylko na prawdę, ale i na Inkę?

Zanim odfrunę to powieść wielowątkowa. W wędrówkach po tajemnicach Ince towarzyszą postacie znane z Tam, gdzie nie sięga już cień i zupełnie nowe. Mamy tu kaszubskie rody; galerię nietuzinkowych kobiet; barwną grupę młodych, żyjących według własnych zasad; piękny wątek stuletniej Weroniki, walczącej o swoje zwierzęta, mimo że drzwi na drugą stronę już się uchyliły i czuje przeciąg wieczności. Metafizyka przeplata się z życiem, dramatom towarzyszy humor. Do tego gęsta sieć uczuć – zapomnianych, niechcianych, niebezpiecznych, aktualnych, niespodziewanych…

Znakomite dialogi, wciągająca fabuła i emocje nie mniejsze niż w pierwszym tomie serii.

© Copyright by Hanna Kowalewska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2018

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl

REDAKTOR PROWADZĄCY: Dorota Wierzbicka

REDAKCJA: Anna Rudnicka

KOREKTA: Ewa Kochanowicz, Barbara Turnau

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN: 978-83-08-06716-1

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

Dedykacja

I. Podtopienia

II. Przeciągi

III. Kleksy

IV. Jednorożec

V. Kurz

VI. Bulwar

VII. Biedronki

VIII. Po śladach

IX. Bukowe wzgórze

X. Margerytki

XI. Skarby

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Dla Marka Sobczaka

I. Podtopienia

1

„Ruchy pędzla — maźnięcia, muśnięcia, wygładzanie… Jest w tym coś z miłosnych rytuałów. Dotyk delikatny jak nóżką ważki. Jednym włoskiem. Tak przynajmniej tworzę twój portrecik. Akwarelka. Jesteś moją małą akwarelką. Śpisz, a ja cię maluję. Każdą rzęskę. Każdy włosek. Każdy pieg. Maluję cię w mojej duszy. To najtrwalszy materiał. Niezniszczalny. Nawet jeśli o wszystkim zapomnę po drugiej stronie, to o tobie jednej na pewno nie”.

Inka skończyła czytać, odwróciła karteluszek i patrzyła na namalowane na nim dziecko. Była to śpiąca na łóżku czterolatka, zarumieniona, z ustami lekko rozchylonymi, trochę przekręcona na bok, podparta opaloną piąstką i białymi poduszkami. Dziewczynka w zielonej piżamce, niewiedząca, że kiedy śpi sobie tak słodko, wszystko wokół bezpowrotnie się rozpada i zmienia. Nie sposób było na to spokojnie patrzeć, gdy się wiedziało, co było dalej.

Jednak nie tylko z tego powodu Inka patrzyła na dziewczynkę ze ściśniętym gardłem. Była nią i nie była. Gdyby mogła sobie przypomnieć chociaż jeden sen tej małej! Albo jakiś kadr z tamtego czasu. Nic. Ani jednej dawnej myśli, ani skrawka cienia majaczącego z tej strony, gdzie musiała siedzieć matka, ani kwantu ciepła. Jakby ta mała z obrazka nigdy nie istniała. I jakby nie istniała kobieta, która wykaligrafowała te zdania dużymi, wyraźnymi literami, łatwymi do przeczytania nawet dla dziecka.

Zerknięcie na następny karteluszek w niczym nie pomogło. Była to jeszcze jedna akwarelka namalowana na niebieskim tle! Błękit paryski — pomyślała Inka ironicznie, by zdusić narastające przygnębienie. To się jednak nie udało, bo na obrazku oprócz błękitu była też drabina, która łączyła kawałek trawnika z chmurą. O chmurę opierały się nóżki drugiej drabiny, która prowadziła jeszcze wyżej. Ktoś się po niej wspinał, ale widać było tylko bosą stopę, kawałek zgrabnej łydki i parę piór ze skrzydeł.

— Rany, mamo! Naprawdę? — Inka nie po raz pierwszy kręciła głową ze zdziwienia, że właśnie takie coś postanowiła namalować jej matka. Dla niej. Dwadzieścia trzy lata temu.

Inka znalazła te miniaturki w jednym z pomieszczeń posesji, którą niedawno odziedziczyła. Dom na Słonecznej. W Jantarni. Tyle blasku i ciepła w nazwach adresu, a wszystkie pokoje tonęły w ciemnościach. Tak sobie przynajmniej pomyślała w tej chwili. I rozśmieszyło ją, że ta myśl przyszła jej na Złotej, tyle że nie w Jantarni, a w Warszawie. Śmiech podszyty sarkazmem, choć musiała przyznać, że słońce i złoto pasowały do siebie idealnie.

Te obrazkowe listy — schowane w drewnianej szkatułce pomalowanej jasnozieloną farbą — to było wszystko, co stamtąd zabrała po pogrzebie swojej przyszywanej ciotki Berty i odczytaniu testamentu. Reszta została w pudłach w zamkniętym pokoju, a właściwie pracowni, przykryta warstwą wieloletniego kurzu. Nie znalazła wówczas siły, by zmierzyć się z tym, co się pod nim kryło. Szkatułka stała blisko drzwi, kurzu było na niej mniej niż na innych rzeczach, wiedziała więc, że ktoś przetarł ją niedawno, i że właśnie do niej Inka ma zajrzeć najpierw. To ją zresztą zaniepokoiło i przez chwilę zastanawiała się, czy na pewno powinna to zrobić. W końcu jej nie otworzyła, ale też nie zostawiła w zakurzonym pomieszczeniu. Wyczyściła szkatułkę chusteczką i wcisnęła do torby. Potem cofnęła się i starannie zamknęła za sobą drzwi, obiecując sobie, że wróci tam za tydzień czy dwa. Nie wróciła. Minął listopad, potem grudzień, zaczął się nowy rok, a ona dalej nie była w stanie wybrać się do Jantarni.

Do szkatułki też zajrzała dopiero niedawno. Listów było więcej, kilkanaście. Nigdy ich nie policzyła i nie przeczytała. Na trzecim karteluszku był domek frunący wśród chmur. Wiedziała też, że była na nim data wcześniejsza niż na tym z drabiną czy z portrecikiem. Czytanie listów zaczęła więc od ostatniego. Na samym spodzie był zapewne pierwszy.

— Wybacz, mamo — szepnęła teraz, zamykając wieczko.

Trzymała szkatułkę w garderobie, w małej szufladzie z rzeczami, z którymi nie wiedziała, co zrobić. Leżała między czarną pończochą a spinkami, które teraz, gdy Inka miała krótkie włosy, do niczego nie mogły się przydać. Wiedziała, że powinna znaleźć lepsze miejsce dla pamiątki po matce, ale nie potrafiła przenieść pudełeczka gdzie indziej. Czasami sięgała po nie, zwykle w słoneczne poranki, gdy jej się wydawało, że to właściwy moment na zmierzenie się z jego zawartością. Ale kończyło się jak dzisiaj — jakąś wilgotną gulą w krtani, która niemal pozbawiała ją tlenu. Towarzyszyły temu różne uczucia. Wspólna była tylko ta dziwna niemożność odwrócenia kolejnego obrazka i dowiedzenia się, co jest napisane z drugiej strony. A coś było, to wiedziała na pewno. Słowa tylko dla niej!

Włożyła szkatułkę do szuflady, którą potem starannie domknęła. Jednak nie dało się tam schować tych wszystkich emocji, które się w Ince obudziły. Zwykle to potrafiła. Miała wprawę w pozbywaniu się niechcianych odczuć i myśli. Nie tym razem. Zasunęła jeszcze za sobą drzwi garderoby, ale i to nie pomogło.

Kawa. Może ona poskutkuje? Trzeba roztopić tę dławiącą gulę zbawiennymi łyczkami małej czarnej. A właściwie dużej czarnej!

Stała potem przy oknie z kubkiem w ręku, grzejąc się w styczniowym słońcu i zastanawiając nad wczorajszym telefonem Danuty Patyk, który rozstroił ją nawet bardziej niż dzisiejsze zaglądanie do szuflady. Patykowa wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, przez co wszystko zdawało się jeszcze bardziej zawiłe, niż było. Ktoś usiłował się dostać do domu na Słonecznej. Widać było ślad buta na drzwiach, jak od kopnięcia. Do tego brudne smugi na jednym z okien łącznika. Szyby na szczęście były całe. Może ktoś spłoszył złodzieja? Jeśli to był złodziej. Ale kto inny usiłowałby się dostać do środka? Patykowa powtarzała to pytanie kilka razy, jakby doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jednak jest taki ktoś. I tylko nie przeszło jej przez gardło jego imię. Co to, to nie! Teraz i nigdy. Nawet gdyby wiedziała na pewno. Ale przecież nie wiedziała. Mówienie o domysłach to nie w stylu Danuty Patyk. Fakty! I nic więcej. I tylko nie miała pojęcia, co z tymi faktami zrobić.

Inka też nie.

— Pomyślę o tym — powiedziała, co nie uspokoiło Patykowej.

— Byle prędko. Następnym razem ktoś może być skuteczniejszy. A co ja mogę na to poradzić? Nic!

— Proszę robić swoje.

— Swoje… Tak, to akurat mogę robić. Oby tylko na mnie potem nie było.

— Nie będzie.

— Chyba że tak… To idę sprzątać. Niby nikt nie mieszka, a kurzy się, jakby ktoś specjalnie szare kłęby ganiał po kątach. Skąd to się bierze?

Inka nie miała na to odpowiedzi, która mogłaby zadowolić Danutę Patyk. Wiedziała, że kobieta zawsze czuła się w domu na Słonecznej niepewnie. A teraz jeszcze wszystko się pogorszyło. Nie dość, że plątali się tam umarli, naganiający kurz z drugiej strony, to jeszcze zainteresował się tym domem ktoś żywy. Inka, podobnie jak Patykowa, wiedziała, kto to mógł być.

— Nie przyjedziesz? — zapytała jeszcze z nadzieją kobieta. — Z Gdyni niedaleko.

Skąd wiedziała, że Inka tam czasami bywa? Czyżby Tomek powiedział matce, że się spotykają? To by znaczyło, że wie już o tym pół miasteczka i w dodatku… Inka nie chciała kończyć tej myśli. I także następnej, że to by wyjaśniało ślady na Słonecznej.

— Tak… dobrze byłoby przyjechać — mruknęła.

— Gdybym znała termin, to dokładniej bym posprzątała i napaliła w kominku. Zimno tam jak w psiarni.

— To jeszcze nieprędko. A jak się czuje Weronika? — Inka postanowiła zmienić temat. Nie miała zamiaru nikogo informować o żadnym terminie. — Co u niej słychać?

— A kto to może wiedzieć. — Patykowa westchnęła ciężko. — Przedtem czasem powiedziała jakieś zdanie czy dwa, a teraz to jakby zapomniała języka w gębie. Człowiek czuje się jak powietrze. Już nawet nie pytam, tylko to czy tamto sama zrobię.

— Tęskni za Bertą.

— Ale żeby aż tak? — zastanawiała się Danuta. — Wydawało się, że kto jak kto, ale Weronika to się do ludzi nie przywiązuje. Do kotów, lisów czy kur najwyżej. A tu proszę, do jednego człowieka się przywiązała. Teraz, po śmierci Berty, to już całkiem zdziczeje.

— Niczego jej nie brakuje?

— Węgiel i drewno ma. Jedzenie też. Tylko nie wiem, czy ona pamięta, że trzeba jeść — przejmowała się Patykowa.

Inka zrozumiała, że kobieta martwiła się nie tylko śladami na Słonecznej, ale też tym, co działo się z Weroniką.

— Proszę pamiętać, że gdyby jej czegoś brakowało, zapłacę, jeśli pani to kupi.

— Żeby to wszystko można było kupić. Nie ma w sklepie niektórych rzeczy. Ani w delikatesach w Jantarni, ani w Gdyni, ani nigdzie.

Inka poczuła niepokój. Co naprawdę usiłowała jej przekazać Danuta? Nie zapytała jednak o to.

— Szkoda, że cię tu nie ma, szkoda — westchnęła jeszcze Patykowa i zaczęła się żegnać.

Ona też tęskniła za Bertą. I choć Inka nie mogła Berty zastąpić, to łatwiej by się Danucie Patyk żyło, gdyby ktoś tym wszystkim, co po Bercie Kręt zostało, chciał naprawdę zarządzać. Inka wyjechała do Warszawy, Zbyszek do Gdyni, a po Jantarni hulał zimny wiatr, który nie przynosił odpowiedzi na żadne z pytań Patykowej.

2

W Gdyni też hulał zimny wiatr, o czym Inka dowiedziała się z esemesa Tomka.

„I kto mnie ogrzeje? Może choć jakieś słówko cieplejsze na dzień dobry?”

„Ogień”

„Coś zimny ten ogień — marudził Tomek. — Błysnął i zgasł”

„Przytulić?”

„I to mocno. Miałaś być, a Cię nie było. To chociaż słowami pobądź”

„Pobędę słowami wieczorem. Teraz tylko Cię przytulam i uciekam, bo tramwaj na mnie dzwoni”

Dostała tylko skrzywiony uśmieszek, co znaczyło, że Tomek nie do końca pogodził się z tym, iż nie spotkali się w weekend. Jeszcze mniej podobało mu się, że ona nie lubiła stałej gorącej esemesowej linii. Telefonicznej też nie. I skypowej. I żadnej innej. Przedtem buntował się bardziej. Do uśmieszku dostałaby pytanie, czy w tramwaju nie ma zasięgu.

Był, ale Inka w tramwaju planowała cały dzień. W punktach. Miała potem te punkty przed oczami i realizowała po kolei, by nic jej nie uciekło.

Punkt pierwszy — powiedzieć Grzegorzowi, że Buszko znowu pytał, czy nie znalazłby się dla niego jakiś wolny termin w galerii. „Bo, do cholery, znają się od początku świata! Innych Grzegorz wystawia, a dla niego, Buszki, nie ma ani jednej ściany w tej zafajdanej obrazowni. A inne bohomazy wiszą. Kicze takie kiczowate! Badziewia różne. Bezguścia chałowate”. Buszko sobie przed czterema dniami nie żałował. Poniosło go jak dzikiego konia po stepie. Inka wysłuchała tego do końca, bez przerywania, jak zawsze nadzwyczaj grzeczna, co go jeszcze mocniej rozwścieczyło.

— I komu ja to mówię? — rzucił gniewnie. — Kobiecie bez właściwości! Powtórzysz to Grzechowi, czy wsiąknie w ciebie jak w gąbkę? I jak to do diabła jest, że zawsze ty odbierasz, gdy dzwonię? Bluszcz taki telefoniczny! Zarastasz mi wszystkie połączenia.

— Zbieg okoliczności — odpowiedziała spokojnie. Nie była to do końca prawda, ale nie zamierzała się wdawać ani w wyjaśnienia, ani utarczki słowne.

— Zbiegi i okoliczności! Okoliczność jest taka, że Grzech coś mi obiecał, a nie dotrzymuje. Zbiegasz, co mam na myśli?

— Zbiegam. Powtórzę co do słowa. — Inka powiedziała to równie spokojnie jak przedtem, co podziałało na Buszkę jak płachta na byka.

— Nie zapomnij zwłaszcza o tych na swój temat — burknął i rzucił słuchawką.

Grzegorz był na zapleczu, wrócił chwilę później, ale Inka nie powtórzyła mu wtedy tej rozmowy. Bynajmniej nie z powodów, o które mógłby ją podejrzewać Buszko. To była wiadomość na inny dzień.

I dziś ten dzień nastąpił. Buszko przyda się idealnie, by odciągnąć Grzegorza od dużo gorszych myśli i nastrojów. Trzeba zacząć od progu. Nie zapomnieć ani słówka. Będzie irytacji na pół dnia. I o to chodzi!

Punktu drugiego ani następnych Inka nie zdążyła ustalić, bo tramwaj stanął między przystankami i nie wyglądało na to, że szybko ruszy. Spojrzała na zegarek, potem na miejsce, w którym utknęli. Było blisko do przejścia dla pieszych. Jeśli motorniczy zdecyduje się na otwarcie drzwi, łatwo będzie można dojść do zebry i potem do przystanku autobusowego. Co tu jeździ?

Wiatr szarpiący drzewo naprzeciwko nie zachęcał jednak do wysiadania. Po wcześniejszym słońcu nie było już ani śladu. Coś szarego spadło na miasto. I wiatr tym szarym tarmosił w górze i na dole, w miejskich zaułkach.

Może jednak to tylko chwilowa awaria? Inka miała właśnie taką nadzieję. Posiedzi, pomyśli o dalszych punktach, a potem ruszą. Będzie spóźniona. Ale to tylko lepiej. Jej usprawiedliwienia przesuną się na punkt pierwszy. Potem dobra, słodka kawa. Z miodem. Kupiła zapas miodu, by nie zabrakło akurat tego dnia. Później Buszko. I tak do końca pracy. Słodkie z gorzkim. Czarne z białym.

Punkt czwarty — kłopot z nazwą nowej wystawy. Z samą wystawą też. Autorka wycofała płótno, które miało ją określić i dać tytuł. I dwa inne, też znaczące. Niby że to z zupełnie innej serii. Ale Grzegorz właśnie tamtą serię chciał pokazać.

— Dlaczego to ty dowiedziałaś się o tym pierwsza? — zapyta, wkurzony na tych wszystkich, którzy wolą przekazywać złe wieści za pośrednictwem Inki.

To będzie retoryczne pytanie. Dlatego że Inka nie spuentuje ich sarkastycznymi zdaniami, które wbijają w ziemię. I nie zarzuci argumentami, po których można się tylko wycofać albo zrobić tak, jak on chce.

— Nie musisz tego przyjmować do wiadomości — powie Inka.

— Nie muszę — przyzna Grzegorz już inaczej, melancholijnie. Bo taki dziś będzie — raz gniewny, pełen irytacji, a raz zrezygnowany i smętny. Jak zawsze jedenastego stycznia.

Tramwaj zgrzytnął, podjechał spory kawałek i zastygł na dobre. Teraz miała przed sobą wąski pasaż, którego drugi koniec ginął wśród kamienic. Nigdy wcześniej go nie zauważyła, chociaż codziennie jeździła tędy do pracy. W pasażu też wiało, co łatwo było poznać po fruwających szalikach i połach płaszczy. Pogoda, która niczego nie ułatwia. Żadnej nadziei na przejaśnienie, bo wiatr naganiał coraz ciemniejsze i większe chmury. Dzień zbyt podobny do tamtego dnia. Pewnie w końcu zacznie padać jak wówczas. Śliskie strużki zamażą szyby i oboje ugrzęzną we wspomnieniach. Chyba że los zrealizuje punkt piąty — wyjątkowo wymagający i upierdliwy klient. Może będzie tego więcej? Dziś, w odróżnieniu od pozostałych dni roku, Inka życzyła sobie niespodzianek losu. Ten zdawał się jej sprzyjać, bo dalej tkwiła w tramwajowym korku. Może Grzegorz też w nim utknął?

W końcu musiała wysiąść i ruszyć w kierunku przystanku autobusowego. Wiatr miał strukturę wilgotnych płacht, które owijały się wokół ludzi, spowalniając ich ruchy. Znała taki wiatr z Jantarni. W Warszawie rzadko był tak dokuczliwy. Zwykle zanim dotarł na sam dół, do ulic i chodników, wytracał impet. Ale nie dziś. Nadmorski wiatr, mokry i ciężki, który wpadł do miasta, by przypomnieć ludziom o swoim istnieniu. Nie psotnik, a chuligan albo nawet bandzior, który szarpał się teraz z całym miastem, wywiewając każdą cząstkę ciepła.

Inka poczuła przypływ tęsknoty za półwyspem i jednocześnie niechęć. Dziesięć lat w Warszawie zrobiło swoje. Była już bardziej miejska niż nadmorska i kuliła się pod naporem podmuchów jak wszyscy inni.

3

Na Półwyspie Helskim sztorm już przycichał, jakby wiatr naprawdę odleciał gdzie indziej. Tu zawsze zresztą była odmienna pogoda niż na lądzie.

Weronika stała na skraju lasu i patrzyła na sarenkę, skubiącą coś pod sosną, jakieś słodkie trawki czy mech. Kiedyś, może jeszcze przed rokiem, staruszka by zobaczyła, co to jest, a dziś już nie. Nie ten wzrok. Miała ochotę podejść do Luśki i ją wygłaskać, ale nie chciała jej przyzwyczajać do człowieka. Bo a nuż młodej się potem coś pomyli i pozwoli podejść do siebie takiemu, który ją zechce skrzywdzić. Dlatego tylko tęsknie spojrzała jeszcze raz na Luśkę i odgoniła jej zapach, który pojawił się w głowie, i tę miękkość pod ręką, gdy gładziło się jej futerko.

— Ty się lepiej schowaj — rzuciła jeszcze z daleka. Luśka zastrzygła uszami, ale widocznie trafiła na coś wyjątkowo smakowitego, bo wróciła do obracania jęzorem i pyszczkiem.

Weronika zawróciła w kierunku miasteczka. Dawniej poszłaby plażą. Teraz na piasku czuła się jak na ruchomych wydmach. Buty ciążyły, jakby były z ołowiu. Ledwie dawała radę przesuwać je do przodu. Po równym łatwiej było iść, więc przemieszczała się chodnikami, które dotąd omijała z daleka. Bo i co ciekawego można było tam zobaczyć? Ani lisa, ani sarny, ani łabędzi czy mew, ani norniczek. Najwyżej trochę ptaków kulących się na gałęziach mało gościnnych, poprzycinanych drzewek. Oprócz tego już tylko domiszcza i pozamykane budy, które w sezonie pełne były parasoli, piłek i innych klamotów, a teraz straszyły zabitymi oknami.

Weronika chciała minąć to wszystko jak najszybciej, ale tylko szurała nożyskami. Doszurała się do kawiarni Tamary, dotąd otwartej cały rok, a teraz zamkniętej na głucho. Z tyłu stał duży samochód, do którego pakowano meble i pudła. Weronika przysiadła na ławce przed kawiarnią, bo poczuła, że bez odpoczynku nie zrobi ani kroku. Ale jakoś nie mogła odsapnąć przez ten widok na wynoszone graty. Nie było wątpliwości — Tamara Maj się wyprowadzała. Jeszcze jedna zmiana na gorsze w Jantarni. Bo to stąd Weronika brała resztki dla wszystkich błąkających się samopas kotów. I dla lisów w zimie. Tamara nie dałaby nic nikomu, ale dla parchatych przyjaciół Weroniki dziwnym trafem miała trochę litości.

Weronika pomyślała, że Tamara też jest odmieńcem, ale innym niż ona sama. Taka marcowa kotka, która cały czas szuka kocurów. Tyle że w odróżnieniu od kotów Tamara miała tak przez cały rok, a nie tylko w marcu. Pewnie jedzie tam, gdzie ich więcej. Tu nikt jej nie będzie żałował. Co najwyżej bezpańskie zwierzaki częściej będą głodne.

4

Danuta Patyk, która pomagała przy pakowaniu, starała się być tam, gdzie akurat nie było Tamary. Nie dlatego, by Tamara o coś się czepiała. Co to, to nie! Tamara nigdy nie była czepialska. Pytań też nigdy nie zadawała. Aż do teraz! Taka nagła odmiana. I to były w dodatku pytania, na które Patykowa nie miała ochoty odpowiadać, bo krążyły wokół Zbyszka Kręta, Inki i Słonecznej.

W końcu jednak Tamara zrobiła im obu kawę i już nie było sposobu na wywinięcie się od rozmowy.

— Wie już pani, co jest w domu na Słonecznej, w tym zamkniętym pomieszczeniu z wielkimi oknami? — Tamara przestała owijać w bawełnę.

— Tyle co i wszyscy — bąknęła niepewnie Patykowa.

— Zatem Inka nie zostawiła pani klucza?

— Nie.

— A Berta tam kiedykolwiek zaglądała?

— Jeśli tak, to nie przy mnie.

Tamara bawiła się przez chwilę w zamyśleniu ciemnym kosmykiem, który wymknął się z niedbale zrobionego koczka. Kiedyś taki koczek nie miałby prawa istnienia na jej głowie. Ani paznokcie z poodpryskiwanym lakierem. Patykowa pomyślała z odrobiną współczucia, że mieszkała tu inna kobieta, a wyprowadza się inna, już nie tamta Tamara, która wyglądała jak dama z telewizyjnego okienka. Nawet pachniała teraz inaczej. Pewnie perfumy też już były spakowane. Za to paczka papierosów pod ręką.

— Niewiele brakowało, bym to ja kiedyś zamieszkała na Słonecznej — rzuciła jakby od niechcenia Tamara, pstrykając parę razy zapalniczką. W końcu udało się jej zapalić papierosa.

Patykowa podniosła na nią zdziwione oczy.

— Chciała pani kupić ten dom po śmierci Moniki? — spytała nieśmiało.

— Nie, nie kupić! — Tamarę zniecierpliwiła niedomyślność czy może naiwność Patykowej. — Myślałam, że Berta nie przyjmie z powrotem Romana. Kto by chciał takiego, co odszedł, mieszkał z inną, i jeszcze zamierzał wrócić do domu z cudzym dzieciakiem. I to wszystko na oczach całego miasteczka. Już czekałam jak teraz z pudłami, pewna, że ona powie, by się wynosił. I równie pewna byłam tego, że on przyjdzie w łaskę do mnie. Bo przecież potrzebna mu była jakaś kobieta, która chciałaby się zaopiekować Inką.

— I pani by chciała? — zdumiała się Danuta, choć może bardziej tym, że Tamara to wszystko opowiada jej przy kawie i papierosku. Pogaduszki ze sprzątaczką też były dotąd nie do pomyślenia. Patykowa nigdy zresztą za tym nie tęskniła. Przeciwnie, zawsze się Tamary trochę bała, jej spojrzenia i ironii.

Teraz też Tamara patrzyła tak, jakby mogła przeszyć człowieka na wylot i odczytać wszystkie myśli.

— Oczywiście, że nie — zaśmiała się w dodatku. — Ale Roman by się tego nie dowiedział. A potem zrobiłabym wszystko, by zmienił zdanie i odesłał gówniarę do krewnych czy do tej szczudłowatej przyjaciółki Moniki, która tak małą kochała. Jak ona się nazywała? — Tamara zastanawiała się chwilę. — Miała takie zupełnie niemodne imię… Halina… Regina… Nie, Janina! Rymowało mi się to wtedy ze słowem słonina, bo miała jasną, różowiutką skórę jak świnka — zaśmiała się złośliwie. — To zresztą nie ma znaczenia, jak się nazywała i wyglądała. Najważniejsze, że pasowała do mego planu. Chciałam tamtego domu, Romana i wszystkiego, co należało do tej wrednej warszawskiej suki. I miałam jeden cel: zatrzeć po niej wszelki ślad na półwyspie. Ale Berta, ku zdumieniu wszystkich, pozwoliła mu wrócić i jeszcze w dodatku przygarnęła ten suczy pomiot, Inkę. — Tamara nie kryła nienawiści. — Jedynym pocieszeniem było to, że wszystko, co zostało po tamtej, Roman zamknął na klucz. A Berta w dodatku zadbała, by nikt o niej nie mówił i nie pamiętał. Chyba tylko dlatego zostawiłam Romana w spokoju. Berta miała tu dużo większy posłuch, niż ja mogłam kiedykolwiek zdobyć, i skuteczniej mogła wymazywać ze wspomnień tę pseudoartystkę. A potem jeszcze z Jantarni zniknęła Inka. Wydawało się, że na zawsze. Lecz nic nie jest na zawsze.

Patykowa siedziała w napięciu, nie wiedząc, co miałaby na to wszystko odpowiedzieć. Że Zbyszek Kręt miał coś wspólnego z Tamarą, wiedziała. Raz czy dwa natknęła się na jego rzeczy przy sprzątaniu. Ale żeby jego ojciec? Ile Tamara mogła mieć lat, gdy umarła Monika? Dziewiętnaście? Dwadzieścia?

Tamara z ironicznym uśmieszkiem przyglądała się czerwieniejącej Danucie.

— Tyle domów pani widzi od kuchni, a tak niewiele pani wie.

— Kurzy pilnuję — wydukała Patykowa obronnie.

— Kurzy… I to wystarcza? Nigdy nie zagląda pani do szuflad czy choćby do leżącego na półce telefonu? Wiele by się pani dowiedziała z komórki Zbyszka. Zapłaciłabym pani za informację, czy on do niej teraz dzwoni.

— Do niej?

— Dobrze pani wie, kogo mam na myśli. Do Inki!

— Nawet gdybym chciała, to nie mam takiej okazji. Dom po Bercie zamknięty na głucho. Tyle, że go mijam, gdy idę Trzcinową do Weroniki. Raz widziałam przez okno w jej chałupie, jak Zbyszek wysiada z samochodu. Wpadł i wypadł, i to cała moja wiedza. W Gdyni siedzi. I nie dzwonił do mnie w żadnej sprawie. Pewnie dopiero przed latem poprosi o przygotowanie kwater. Teraz martwy sezon. — Wolała się nie przyznawać, że była przed świętami w Gdyni i sprzątała apartament Zbyszka.

— Ten następny sezon już mnie nie obchodzi. Co innego poprzednie sezony… Kiedy się pani zorientowała, że on z nią sypia?

— On z nią? — Patykowa wolała kolejny raz udawać głupią.

— Taki wstyd pod dachem pani ukochanej pracodawczyni. Miała pewnie z piętnaście lat, gdy się do niej dobrał. A Berta przymykała oczy jak jakaś Dulska.

— Co też pani mówi! Tak nie wolno. Świętej pamięci Berta nigdy by na takie coś nie pozwoliła. Nigdy!

— Wierna służka. — Tamara skrzywiła się ironicznie. — Niepotrzebnie się trudzę. Jest pani bezużyteczna. Nic się z pani nie da wycisnąć, a i z plotką też pani nie poleci, nieprawdaż? — Podniosła znacząco brwi. — To muszę znaleźć kogoś chętniejszego do roznoszenia plotek. Natalię Turbacz na przykład.

— No ale jak to tak? — Patykowa zdobyła się na cichy protest. — Przecież Inka teraz z jej synem w parze. Mało to ta dziewczyna przeszła w życiu? Straciła ojca, potem matkę, tułała się po obcych domach. A i Tomka życie nie rozpieszczało.

— Ona musi stąd zniknąć. Na zawsze!

— Przecież jej tu nie ma. W Warszawie mieszka.

— Monka, mówię o tamtej! A dopóki ta tu będzie przyjeżdżać, choćby tylko czasami, to tamta stąd nie zniknie. Nie zniknie! — krzyknęła Tamara, a Patykowa zaczęła się zastanawiać, czy jej rozmówczyni ma po kolei w głowie.

— To ja już może pójdę sprzątać — wykrztusiła, zupełnie zgnębiona.

Tamara dopaliła papierosa.

— Sporo jeszcze się zdarzy, zanim wyjadę z Jantarni na dobre! — rzuciła mściwie.

Patykową przeszedł zimny dreszcz. A jeśli to Tamara zostawiła ślady na szybach i drzwiach domu na Słonecznej? Dotąd sądziła, że to Zbyszek, wściekły o spadek, tak się tam dobija, chcąc sprawdzić, co tak naprawdę dostała Inka. A teraz już sama nie wiedziała, co myśleć. A jak Tamarze całkiem odbije i zechce się tam dostać albo spalić dom? Co robić? Przecież nie sposób pilnować go w mroźne styczniowe noce. A w środku też się Patykowej nie uśmiechało spać. Od jakiegoś czasu przecierała tam kurze z duszą na ramieniu. W Jantarni pojawiły się plotki, że w domu na Słonecznej straszy. Niby wiedziała, że to tylko takie gadanie, ale i tak trochę się bała. A Inka ani się pokaże. Zbyszek zresztą też nie, a może miałby jakiś sposób na Tamarę. I w dodatku nie ma kogo spytać o radę. Bo jak powtórzyć takie rzeczy? I komu? Chyba że Bercie nad grobem. Ale ona już nic na to nie poradzi.

5

Grzegorz poprawił obraz, który się lekko przekrzywił, a potem ruszył do okna. Kobiety. Były wszędzie, jakby to miasto należało do nich — chodniki, skwery, tramwaje. Wśród nich czasami migała mu Gabrysia. Robiło mu się gorąco, zastygał, aż się o niego obijali przechodnie. To odrywało go od powidoku, kogoś przepuszczał, kogoś przepraszał, a gdy wracał wzrokiem w miejsce, gdzie wcześniej zobaczył Gabrysię, była tam już tylko kolejna podobna do niej dziewczyna. Czuł się po tym jak na kacu. Kompletny zjazd. Wszystko w nim spowalniało. Receptory też. Kolory były przez to przyszarzałe, jakby nie do końca wyświetlały się w jego głowie. Głosy się nakładały. Z ciałem też był przez chwilę problem, szedł niezbornie, jakby się zatarło coś w środku przez piasek, na którym wylądowała Gabi na dnie tropikalnej zatoki. Byli połączeni. Nic dziwnego, że piasek dostał się nie tylko do jej płuc, ale i do jego. Zawsze wiedział, że za mocno się na siebie otworzyli, że krążyły w nich te same myśli, te same pragnienia, nie mówiąc o krwi czy ślinie. Gabi trochę z tym walczyła, odbiegała, by poczuć własne granice, a on nawet nie próbował. Bo i po co miałby to robić. Mieli być jednością do końca świata. Nie wiedział tylko, że tak szybko skończy się ten świat.

Teraz jednak Gabrysia nie chciała się wcielić w żadne zastępcze ciało. Skupił się więc na migających w oddali transparentach.

— Znowu łażą — rzucił ponuro. — Deszcz nie deszcz, wiatr nie wiatr, nic ich nie jest w stanie zniechęcić. Kodziarze, kociarze, tęczowi, związkowi, szpitalne siostrzyczki, moherowe katoliczki… — rymował. — Wciąż ktoś macha hasłami. A wydawało się, że to takie spokojne miejsce.

Inka tylko się do niego uśmiechnęła, zajęta pisaniem tekstu do folderu kolejnej wystawy. Świat w plamach! Nie, to beznadziejny tytuł. Świat utkany z plam? Równie kiepski. Poplamiony świat?

Grzegorz też nic dziś nie potrafił wymyślić, choć zwykle nie miał z tym problemu. No tak! Ta cholerna rocznica. Bynajmniej nie polityczna.

— Równość, wolność, demokracja! Czy ja już tego kiedyś nie słyszałem? — kpił. — Gdyby napisali wolność i swawola, może bym ich poparł. A tak to wiszą mi i powiewają ich głupie i kłamliwe hasła.

Inka puszczała to mimo uszu. Grzegorz nie znosił polityki. Śmierć narzeczonej zrobiła z niego samotnika i ironistę. Gabi utopiła się dokładnie dwa lata temu. Osierociła nie tylko jego, ale i Inkę. Były przyjaciółkami. Czy może raczej… prawie przyjaciółkami, bo z Inką trudno było się przyjaźnić. Tak czy owak, Inka czuła się bez niej równie samotna jak Grzegorz. Może właśnie to ich do siebie zbliżyło?

Grzegorz oderwał się od szyby, stanął nad Inką i musnął jej szyję tuż przy kołnierzyku.

— Może odwiozę cię dziś do domu i zostanę na trochę?

Inka przez chwilę miała pokusę, by mu na to pozwolić. Jednym wieczorem na zawsze odcięłaby się od wszystkiego, co zdarzyło się jesienią w Jantarni. Podróże na północ, do Tomka, by się skończyły. Mogłaby sprzedać wszystko, co posiada na półwyspie, albo nawet oddać Zbyszkowi, i raz na zawsze uwolnić się od przeszłości. I teraźniejszości.

Pokręciła jednak przecząco głową.

— Grześ… przecież wiesz, że to niemożliwe.

— Przegapiłem cię. Teraz to widzę.

— Jeśli już, to razem się przegapiliśmy. Może i coś było możliwe, ale nie mieliśmy odwagi.

— Tomek ją ma?

— Tak. I dużo ciepła. Wygrzewam się w tym cieple.

— To jeszcze nie miłość.

— Masz rację. To jeszcze nie miłość. Ale nie zamierzam go oszukiwać.

— Zatem masz faceta…

— Mam.

— Kiedyś musiało to nastąpić. Dlaczego wydawało mi się, że już zawsze będziesz pod ręką? Że już nie zwiążesz się z nikim na stałe?

— Teraz też nie wiadomo, czy zwiążę się z nim na stałe. Może to potrwa tylko parę tygodni albo miesięcy.

— Zmienił cię.

— Nie tylko on. Wiesz, że więcej ludzi i spraw się na to złożyło. Powrót jesienią do Jantarni, śmierć ciotki Berty… i reszta… — Nie chciała mówić ani o Zbyszku, ani o domu na Słonecznej i zamkniętym na cztery spusty wielkim pokoju z oknami od podłogi do sufitu. O matce też zresztą nie.

— Ale Tomek najbardziej.

— Jeśli chcesz tak myśleć.

— Jest przystojniejszy ode mnie?

— Nie.

— Lepszy w łóżku?

— Nie. Choć na pewno czulszy.

— Ma kasę?

— Nie.

— A gdybym stał się czulszy?

— To był układ, Grześ. Jesteś teraz zaniepokojony, bo się ta bezpieczna i wygodna relacja nagle skończyła. Ale chętnych nie zabraknie. Basia tylko czeka na twój znak.

— Basia chce czegoś więcej.

— Ja już też chcę czegoś więcej. Trochę więcej czułości mnie nie nasyci. Jesteś w mieście, gdzie są tabuny samotnych kobiet. Zarejestrujesz się na Sympatii czy podobnym portalu i jutro możesz iść na randkę. Zaznaczysz, że chcesz seksu, a nie związku czy małżeństwa.

— To nie dla mnie.

— Jakoś sobie poradzisz, przystojniaku. — Pocałowała go w policzek, co przyjął ze smętnym skrzywieniem.

— On nie zadowoli się wycieczkami do stolicy — dodał ponuro. — Zamierzasz się przenieść do Gdyni?

— Nie myślę na razie o tym. Kto wie, jak długo to potrwa.

— Lotnik! W życiu bym nie pomyślał, że może cię kręcić coś takiego.

— Grześ… nie chcę, by to nas poróżniło. Seks był tylko rzadkim dodatkiem do przyjaźni. Pamiętasz o tym? Szliśmy do łóżka raz czy dwa w miesiącu, a przyjaźniliśmy się codziennie.

— On wie?

— Wie. I jest trochę zazdrosny. Ale mi ufa.

Grzegorz w końcu się odsunął, a w niej pojawiły się sprzeczne uczucia — ulga i jednocześnie smutek utraty. Nie mogła tylko zrozumieć, co właściwie traciła. Jeszcze trzy miesiące temu, przed wyjazdem do Jantarni, śmiercią Berty i spotkaniem Tomka, myślała, że już niczego nie potrafi czuć. Teraz wiedziała, że potrafi, a tylko nie umie rozpoznawać, co to dokładnie jest — jakby dawno temu, w gorszych czasach, utraciła tę zdolność. I pewnie dlatego czasami do wewnętrznego chaosu dołączał się strach, że przegapia coś ważnego, jak teraz. Ale co to było? Przywiązanie? Bo chyba nie miłość?

Na pewno nie miłość przyciągała dziś do niej Grzegorza. Panika! Jak zawsze w rocznicę śmierci Gabrysi. Poprzednim razem usiłował zapić się na śmierć. Dziś szukał innego środka uśmierzającego. A właściwie dwóch naraz, bo przyniósł wino. Ona miała być drugim winem, musującym, jak kiedyś powiedział.

— Zostanę tu z tobą po pracy — zaproponowała, by osłodzić mu rozczarowanie. — Powspominamy… albo i nie — dodała, widząc kolejną skrzywioną minę. — Zrobimy burzę mózgów i w końcu wymyślimy ten pieprzony tytuł. Takie obrazy wymagają dobrego hasła. Wszystko się w nich rozpływa. Trzeba to jakoś ogarnąć słowami.

Ale nie tymi! — pomyślała już po fakcie.

— Rozpływa… — powtórzył ponuro Grzegorz. — Niby takie zwykłe słowo. Nie dla mnie. Bo w moim życiu wszystko się rozpłynęło. Gabi się rozpłynęła. Pamięć o niej też się rozpływa. Może tylko jakiś cholerny gniot w środku brzucha nie chce się rozpłynąć.

— Przepraszam, Grześ. Nie powinnam…

Ale on nie słuchał. Podszedł do opartego o ścianę dużego obrazu i patrzył na szmaragd, niemal wylewający się z płótna.

— Kochała wodę bardziej ode mnie — rzucił.

Inkę trochę zdziwiło to zdanie, bo na trzeźwo rzadko rozmawiali o Gabrysi. Może Grzegorz już sobie coś chlapnął? — zastanawiała się. Wino jednak wyglądało na nietknięte.

— Nie bardziej, choć bardzo — zaprzeczyła łagodnie, przytulając się do jego ramienia.

Grzegorz jednak zdawał się nie słyszeć jej pocieszających słów i dalej wpatrywał się w szmaragd na obrazie, jakby to właśnie on pochłonął Gabi.

— Gdybym tam wtedy z nią był… Ale przecież ktoś musiał zarobić na ten niedoszły ślub, na przyjęcie na dachu wieżowca i girlandy z białych róż, które sobie wymarzyła. Nie wiedziałem, że zarabiam na pogrzeb i nagrobek. Jej matka ledwie wiązała koniec z końcem. Leżałaby pod lastryko.

Oboje wiedzieli, że Gabrysia wolałaby pod zwykłym kamieniem niż pod czymś takim. Uwielbiała piękno. I luksus. Grzegorz zafundował jej marmur. Biały. Zamiast sukni ślubnej, jak powiedział kiedyś sarkastycznie. Był wtedy nie tylko pijany, ale i wściekły. Na Gabi. Za tę jej przedślubną wyprawę.

Inka pamiętała przygotowania do niej i podekscytowanie przyjaciółki.

— Ostatnie chwile wolności! Czuję się, jakbym potem miała iść do więzienia. Małżeństwo trochę je przypomina.

— To dlaczego się na nie zdecydowałaś?

— Dlaczego, dlaczego! Głupie pytanie. Samotność to też więzienie. To już wolę siedzieć w jednej celi z Grzesiem. Z nim nawet więzienie da się przeżyć.

Inka nigdy nie powtórzyła tej rozmowy Grzegorzowi. Wielu innych też nie. On miał swoje wspomnienia, a Inka swoje. Woleli tego nie mieszać. Choć może nie tylko o to chodziło. Gabi, którą ona znała, nie za wiele miała wspólnego z tą, którą znał Grzegorz. Jej Gabi była właścicielką dużej kolekcji masek. I żywiołem, który jedynie ona sama mogła ujarzmić. Jeśli akurat chciała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zanim odfrunę Przelot bocianów Inna wersja życia Maska Arlekina Góra śpiących węży Tego lata, w Zawrociu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy