Wyzwanie dla szejka

Wyzwanie dla szejka

Autorzy: Annie West

Wydawnictwo: HarperCollins

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 7.19 zł

Po śmierci ojca księżniczka Ghizlan wraca do kraju, w którym teraz rządzi syn szejka – Huseyn al Rasheed. By utrzymać władzę, Huseyn musi poślubić Ghizlan. Księżniczka zgadza się, bo tylko w ten sposób zapewni pokój w państwie i bezpieczeństwo młodszej siostrze. Huseyn zdaje sobie sprawę, że może zdobyć rękę księżniczki, lecz jej sercem nie zawładnie. A tego właśnie zaczyna coraz bardziej pragnąć…

Annie West

Wyzwanie dla szejka

Tłumaczenie:

Agnieszka Baranowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Stewardesa odsunęła się na bok, zapraszając Ghizlan do wyjścia z samolotu. Księżniczka wstała i dłonią, która prawie nie drżała, wygładziła spódnicę. Przez ostatnie dziesięć dni przygotowywała się do tego. Uczyła się, jak ukrywać wzburzenie i rozpacz. Jej wyniosły ojciec zawsze interesował się bardziej problemami swego kraju niż własną córką, a mimo to jego przedwczesna śmierć wstrząsnęła nią do głębi. Ghizlan rozciągnęła usta w uprzejmym, wyuczonym uśmiechu, podziękowała obsłudze i opuściła samolot. Natychmiast otulił ją powiew chłodnego górskiego wiatru, przenikający przez cienki żakiet i jedwabne pończochy. Wyprostowała dumnie plecy, złapała się mocno balustrady i na drżących nogach zeszła po schodkach na płytę lotniska. Potknięcie się nie wchodziło w grę. Dopóki nie nominują następcy tronu, ona, jako najstarsza córka, reprezentowała swój kraj i zapewniała jego niezakłócone funkcjonowanie. Zatrzymała się. Równinę, na której położona była stolica, z trzech stron otaczały oblane purpurową łuną zachodzącego słońca góry. Z czwartej strony otwierała się bezbrzeżna dal piaszczystej pustyni. Ghizlan zrobiła głęboki wdech. Mimo smutnych okoliczności znajomy pikantny zapach Jeirutu ścisnął ją za serce.

– Witamy Waszą Wysokość! – Azim, wieloletni zaufany szambelan ojca, podbiegł do niej natychmiast. – To wielka ulga widzieć znowu Waszą Wysokość.

– Miło cię widzieć. – Ghizlan zignorowała etykietę i uścisnęła kościstą dłoń starszego mężczyzny. Szambelan rzucił niespokojne spojrzenie w kierunku żołnierzy strzegących lotniska. Ghizlan udawała, że ich nie dostrzega.

– Azim? Jak się trzymasz? – Śmierć jej ojca musiała być dla niego okropnym ciosem. Razem z szejkiem, dzięki sprytnym negocjacjom, światłym reformom i sile woli wprowadzili Jeirut w nowe milenium.

– Dobrze, moja pani. To ja powinienem zadać to pytanie… – zamilkł na chwilę. – Przyjmij, proszę, moje kondolencje z powodu śmierci naszego władcy, opiekuna Waszej Wysokości i jej siostry, i ostoi demokracji w naszym pięknym kraju.

Ghizlan zadrżała, bardziej z chłodu niż żalu. Ruszyli w stronę terminala.

– Moja pani, muszę coś powiedzieć… – zamilkł, gdy obok przemaszerowali żołnierze. – Muszę ostrzec Waszą Wysokość… – kontynuował gorączkowym szeptem.

– Wasza Wysokość. – Obok, jak spod ziemi, pojawił się wysoki rangą oficer. – Mam Waszą Wysokość eskortować do Pałacu Wiatrów.

Ghizlan nie rozpoznała posępnego trzydziestolatka w mundurze Gwardii Królewskiej, ale ostatecznie nie była w kraju od ponad miesiąca.

– Dziękuję, ale wystarczy mi moja osobista ochrona. – Odwróciła się, lecz, ku swemu zaskoczeniu, nie mogła odnaleźć ani jednego z towarzyszących jej ochroniarzy.

– Ochrona Waszej Wysokości zapewne nadal przeprowadza kontrolę bagażu w samolocie – odpowiedział gładko, jakby czytał w jej myślach. – Nowe regulacje – dodał. – Ale nie ma powodu, żeby Wasza Wysokość czekała, moi ludzie są do dyspozycji. Zapewne spieszno Waszej Wysokości, by zobaczyć się z księżniczką Miną.

Ghizlan milczała, zaskoczona. Nie do pomyślenia było, by poddany sugerował członkowi rodziny królewskiej, co ma robić. Ale arogancki strażnik miał rację, chciała jak najprędzej zobaczyć się z siostrą. Coś jej podpowiadało, że nie powinna nigdzie się ruszać bez swej zaufanej ochrony, ale granicząca z paniką obawa o zaledwie siedemnastoletnią siostrę wzięła ostatecznie górę. Od wczoraj nie udało jej się skontaktować z Miną przez telefon… W Jeirucie w pogrzebach uczestniczyli jedynie mężczyźni, króla pochowano więc pod nieobecność Ghizlan, która utknęła na innym kontynencie i zamartwiała się o osamotnioną młodszą siostrę.

– Dziękuję. Czy przekażesz mojej ochronie, że udałam się do pałacu?

– Ale, moja pani… – wtrącił się Azim, zerkając niespokojnie na strażników królewskich. – Musimy porozmawiać w cztery oczy. To sprawa najwyższej wagi!

– Oczywiście – zgodziła się. Po śmierci ojca zapanował klincz – król nie doczekał się męskiego potomka, więc zanim wyznaczony zostanie następca tronu, miną tygodnie. Na barki Ghizlan spadało utrzymanie w tym czasie względnego spokoju w kraju. – Daj mi dwie godziny, potem się spotkamy.

– Ale, moja pani… – Azim zamilkł, gdy oficer podszedł do niego bliżej, tak blisko, że górował groźnie nad starszym mężczyzną.

Ghizlan zmierzyła kapitana władczym spojrzeniem podpatrzonym u ojca.

– Jeśli masz pracować w pałacu, musisz się nauczyć, gdzie przebiega granica pomiędzy stanowczością a zastraszeniem. – W oczach oficera zauważyła błysk zaskoczenia. – Azim to zaufany człowiek, należy mu się szacunek, zrozumiano?

– Oczywiście, moja pani. – Mężczyzna skłonił się i cofnął o krok.

Ghizlan miała ochotę objąć Azima, wyglądał krucho i bezradnie. Najpierw jednak musiała zobaczyć się z Miną, więc tylko uśmiechnęła się do niego ciepło.

– Wkrótce się spotkamy i wszystko omówimy – obiecała.

– Dziękuję za asystę. – Ghizlan zatrzymała się w przestronnym pałacowym atrium. – Tak na przyszłość – dodała – nie ma potrzeby, żeby eskorta towarzyszyła mi na terenie pałacu.

Kapitan skłonił się ledwie zauważalnie.

– Obawiam się, że otrzymałem inne rozkazy. Wasza Wysokość raczy udać się za mną?

– Rozkazy? – Ghizlan nie kryła zdumienia. – Do czasu nominacji następcy tronu ja wydaję rozkazy.

Kamienny wraz twarzy kapitana nie zmienił się ani odrobinę.

– O co w tym wszystkim chodzi? – Ghizlan starała się zachować spokój, choć przeszył ją zimny dreszcz. Dopiero teraz zauważyła, że wśród gwardzistów brakuje choćby jednej znajomej twarzy.

– Otrzymałem rozkaz, by towarzyszyć Waszej Wysokości do gabinetu szejka.

– Do gabinetu ojca? Kto wydał ten rozkaz?

Kapitan nie odpowiedział, ale ruchem dłoni zachęcił ją, by ruszyła we wskazanym kierunku. W Ghizlan zrodził się gniew. Zamierzała się dowiedzieć, co się działo w pałacu! Ruszyła przed siebie, a za nią cały oddział gwardii pałacowej. Nie odwracając głowy, wycedziła powoli i wyraźnie:

– Zwolnij swoich ludzi, kapitanie. Chyba że nie czuje się pan na siłach upilnować jednej kobiety? – Nie zatrzymała się nawet na moment.

Odnotowała jednak, że gwardziści oddalili się w przeciwnym kierunku, choć ich dowódca nadal deptał jej po piętach. Działo się coś bardzo, ale to bardzo niepokojącego. Z nerwów rozbolał ją żołądek. Nie przejmując się wpajaną jej od dzieciństwa etykietą dworską, bez pukania weszła do królewskiego gabinetu. Nie zastała w nim nikogo. Zatrzymała się przy ogromnym biurku. W powietrzu unosił się znajomy, ściskający za serce zapach drzewa sandałowego, papieru i miętówek trzymanych przez jej ojca w puszce na biurku. Przez moment wydawało jej się, że ojciec za chwilę wejdzie do gabinetu i cały ten koszmar okaże się jedynie snem. Ghizlan oparła dłonie na gładkim blacie. Musiała wziąć się w garść. Ojciec odszedł na zawsze. Jeszcze zdąży się nad sobą poużalać. Teraz musiała się dowiedzieć, co zaszło w pałacu. Miała nieodparte wrażenie, że zamiast ją chronić, żołnierze pilnowali, by nie mogła się swobodnie poruszać. Zmierzała do bocznego wyjścia z gabinetu, gdy zatrzymał ją głęboki, niski głos przypominający swą siłą dudnienie grzmotu podczas burzy.

– Księżniczko Ghizlan.

Odwróciła się gwałtownie. Przy zamkniętych drzwiach głównych stał potężny mężczyzna, na widok którego serce Ghizlan zabiło gwałtowniej. Zaskoczył ją jego wysoki wzrost, szerokie barki i potężna muskulatura. Miał na sobie strój do jazdy konnej, a u pasa przytroczony nóż, nie ozdobny sztylet, jaki od czasu do czasu nosił jej ojciec, ale zwykły nóż do walki wręcz.

– W pałacu nie wolno mieć przy sobie broni – warknęła, starając się ze wszystkich sił zignorować mroczne spojrzenie mężczyzny, które sprawiało, że jej puls galopował. Miał niebieskoszare oczy, chłodne jak górska rosa, szerokie czoło, prosty długi nos z niewielkim śladem dawnego złamania i lekko wydęte, niezadowolone usta. Ghizlan uniosła wysoko brwi. Kimkolwiek był, brakowało mu podstawowych manier. W dodatku wyglądał, jakby przyszedł prosto ze stajni, miał potargane, czarne kręcone włosy, a na policzkach kilkudniowy zarost, nie modny i starannie przystrzyżony, ale szorstki i niepokorny. Gdy podszedł bliżej, otulił ją zapach koni i cierpkiego męskiego potu, zaskakująco przyjemny, a nawet podniecający…

– Niezbyt przyjazne powitanie, Wasza Wysokość.

– To nie powitanie.

Intruz nawet nie drgnął, jakby puścił uwagę o broni mimo uszu. Przechylił głowę i zmierzył ją wzrokiem, palącym, tajemniczym. Kim był? Dlaczego wchodził bez pukania i nie uważał za stosowne się przedstawić?

– Odłóż, proszę, broń.

Z wyrazu jego twarzy wywnioskowała, że nikt nigdy wcześniej nie poprosił go o coś podobnego. Skrzyżował ramiona na piersi, jakby chciał powiedzieć: „Zmuś mnie!”. Powietrze w gabinecie aż iskrzyło się od napięcia. Skrzywiła lekko usta i oznajmiła z wyższością:

– Zarówno twoje maniery, jak i wygląd świadczą o nieobyciu.

Zmierzył ją przenikliwym spojrzeniem. A potem jednym gwałtownym ruchem wyrwał nóż zza pasa i rzucił nim. Ostrze świsnęło w powietrzu i odbiło się od wypolerowanego blatu biurka. Ghizlan wstrzymała oddech, ale nie wzdrygnęła się. Odwróciła się powoli i spojrzała na paskudną, głęboką rysę na legendarnym biurku odziedziczonym przez jej ojca po autorze pierwszej konstytucji Jeirutu. Czuła, jak wzbiera w niej złość, dziki gniew zrodzony z rozpaczy i szoku. Wiedziała, że mężczyzna nie rzucił nożem na oślep, chciał jej udowodnić, że jeśli postanowi zaatakować, nie chybi. Chciał ją przestraszyć, to oczywiste, jednak ona czuła jedynie gniew. Jej ojciec poświęcił wszystko, nawet życie rodzinne, by zapewnić swemu królestwu lepsze jutro, należał mu się szacunek!

– Barbarzyńca!

Obelga nie zrobiła na intruzie najmniejszego wrażenia.

– Rozpieszczona próżniaczka – zrewanżował się spokojnie. – Darujmy sobie obrzucanie się wyzwiskami i porozmawiajmy rzeczowo.

Ghizlan miała ochotę chwycić jego własny nóż i… Pierwszy raz w życiu zapragnęła kogoś skrzywdzić. Oczywiście nie użyłaby broni, a gołymi dłońmi mogła co najwyżej zrobić krzywdę sobie, muskulatura intruza nie pozostawiała złudzeń. Wrażenie, że w pałacu dzieje się coś niedobrego, nasiliło się. Co z Miną? Czy jej siostrze coś groziło?! Strach zmroził jej krew w żyłach, ale zachowała obojętny wyraz twarzy. Nie pozwoli, by przyglądający jej się bacznie mężczyzna dostrzegł w niej jakikolwiek przejaw słabości! Powoli podeszła do biurka i odsunęła stojący przy nim fotel. Usiadła na miękkim skórzanym siedzisku, oparła wygodnie ramiona na podłokietnikach tak, by sprawić wrażenie władczej. Nie przewidziała tylko, że stojący olbrzym będzie nad nią górował, a ona zmuszona będzie zadzierać głowę, by spojrzeć mu w oczy.

– Ktoś ty?

Mężczyzna przyglądał jej się przez moment, a potem skłonił się, z zaskakującą gracją.

– Huseyn al Rasheed. Pochodzę z Jumeah.

Huseyn al Rasheed! Ghizlan drgnęła jak rażona prądem, ale szybko się opanowała. Jego pojawienie się w pałacu mogło oznaczać tylko jedno: kłopoty, i to poważne.

– Żelazna Dłoń Jumeah. – Ze strachu przeszły ją ciarki.

– Niektórzy tak mnie nazywają.

Sprawy wyglądały coraz gorzej.

– Nic dziwnego, zapracowałeś sobie na reputację brutalnego niszczyciela.

Huseyn al Rasheed, syn szejka Jumeah, zarządzający prowincją położoną na odległym skraju królestwa, posiadającą połowiczną autonomię i słynącą z nieustraszonych wojowników. Na granicy prowincji sąsiadującej z Halark, najbardziej problematycznym sąsiadem Jeirutu, nigdy nie panował spokój. Nawet wynegocjowane przez ojca Ghizlan pakty pokojowe z Halark i drugim sprawiającym kłopoty sąsiadem, Zaharatem, nie zapewniły stabilizacji na granicy. Wydawało się, że Huseyn al Rasheed i jego ojciec nie potrafili zapanować nad swym temperamentem.

Ghizlan zacisnęła mocno dłonie na skórzanych podłokietnikach. Gdyby ojciec żył, nie musiałabym się mierzyć z takimi rzeczami, pomyślała z żalem.

– Wysłał cię twój ojciec? – zapytała.

– Nikt mnie nie wysłał. Mój ojciec, tak jak jego kuzyn, twój ojciec, nie żyje.

Daleki kuzyn, poprawiła go w myślach.

– Moje kondolencje.

– Wzajemnie – odpowiedział z tą samą kamienną miną, która nie zdradzała choćby cienia żalu.

Ghizlan skinęła niezdarnie głową. Nie podobał jej się sposób, w jaki się jej przyglądał. Jak wielki drapieżnik zabawiający się swoją kolejną ofiarą.

– Dlaczego wtargnąłeś tu uzbrojony, bez zaproszenia?

Czyżby dostrzegła błysk w tych hipnotyzujących szarych oczach? Na pewno nie. Powinna wziąć się w garść. Jeśli wierzyć plotkom, miała do czynienia z wyjątkowo niebezpiecznym człowiekiem.

– Przybyłem, żeby przejąć koronę Jeirutu.

Ghizlan wstrzymała oddech.

– Siłą? – Myśl, że jej ukochana ojczyzna mogłaby się znaleźć w takich rękach, zmroziła jej krew w żyłach. W tydzień rozpętałby wojnę, a cała praca wykonana przez jej ojca poszłaby na marne. Oddychała z trudem, a przy każdym oddechu jej pierś przeszywał piekący ból.

– Nie zamierzam wszczynać wojny domowej.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

Wzruszył ramionami, szerokimi, umięśnionymi… Ghizlan nie mogła przestać się w nie wpatrywać. Powinna czuć przerażenie, pogardę, gniew. Jednak żadne z tych uczuć nie wywoływało łaskotania w brzuchu… To zapewne z nerwów, wytłumaczyła sobie.

– Nie chcę walczyć z własnym ludem o koronę.

– Sądzisz, że starszyzna poprze takiego człowieka? – Ghizlan zerwała się z fotela, oparła dłonie zaciśnięte w pięści na blacie biurka i pochyliła się bojowo do przodu.

– Jestem pewien, że w swej mądrości dostrzegą zalety takiego rozwiązania.

Napięcie wiszące w powietrzu stawało się nie do zniesienia.

– Zwłaszcza w kontekście ślubu – dodał pewnym siebie, zarozumiałym tonem.

Ghizlan stała z otwartymi lekko ustami i przyglądała się zmysłowym wargom aroganta rozciągniętym w bezczelnym uśmiechu. Jego twarz zmieniła się tak bardzo, że Gizlan zaczęła się zastanawiać, jak wyglądałby, gdyby coś go szczerze rozbawiło. Przeszył ją gorący dreszcz. Pod czarną brodą dostrzegła przystojną męską twarz.

– To drugi powód mojego pojawienia się w stolicy. Przybyłem, by się ożenić.

Współczuła jego narzeczonej, kimkolwiek była.

– Zdradzisz mi imię swojej wybranki? – zapytała, bo tak nakazywały dobre maniery, od których nigdy do końca nie potrafiła się uwolnić.

Huseyn uśmiechnął się szerzej, obnażając mocne białe zęby. Ghizlan poczuła, jak zimny pot spływa jej po plecach.

– Przecież to ty, moja droga Ghizlan. Ciebie biorę sobie za żonę.

ROZDZIAŁ DRUGI

Huseyn spodziewał się szoku, zaskoczenia, ale nie przerażenia malującego się teraz na twarzy Ghizlan. Mimo swego temperamentu i nieokrzesania nie był potworem. Patrzyła na niego, jakby się spodziewała, że zostanie zhańbiona, a nie poślubiona ze wszystkimi honorami. Nie planował zachować się tak arogancko, ale dał się sprowokować wyniosłej księżniczce. Selim próbował go ostrzec, uprzedzał, że okazała się inna, niż się spodziewali. Miała charakter, nie zawahała się zbesztać kapitana Gwardii Królewskiej za brak manier! Szkoda, że tego nie widziałem, pomyślał z rozbawieniem Huseyn. Księżniczka okazała się nieustraszoną, pełnokrwistą kobietą, a nie potulnym dziewczęciem, jak się spodziewał. Musiał się bardzo pilnować, żeby nie gapić się na jej kształtne ciało: zgrabne nogi, krągłą pupę… Ona, w przeciwieństwie do większości znanych mu kobiet, nie wydawała się szczególnie zainteresowana jego muskulaturą. Patrzyła na niego z wyższością, a kiedy unosiła brwi, czuł, jak przeszywa go palące pożądanie. Zaintrygowała go, musiał przyznać.

– To jakiś absurd! – wykrztusiła. – I nie przypominam sobie, żebyśmy przeszli na ty!

Złość tylko dodawała jej uroku, pokrywając rumieńcem policzki i sprawiając, że jej lekko skośne oczy błyszczały jak gwiazdy, a zaciśnięte mocno pulchne usta były jeszcze bardziej karminowe. Na zdjęciach wydała mu się ładna, ale rzeczywistość przerosła najśmielsze oczekiwania. Nie docenił jej. Kiedy rzucił nożem, nawet nie drgnęła. Walczyła, choć wiedziała, że znajduje się na straconej pozycji. Podziwiał ją za to.

– To jak się mam do ciebie zwracać, Ghizlan? – Przeciągnął zgłoski jej imienia, słodkie na jego języku.

Ciekawe, jak smakowała jej skóra? Słodko jak jej imię czy pikantnie jak jej rozpalone, ciemne oczy? Miała być przeszkodą do pokonania, narzędziem do zdobycia tronu, nie spodziewał się, że obudzi w nim pożądanie. Wiedział, że ukończyła już dwadzieścia sześć lat i studiowała w Stanach Zjednoczonych i w Szwecji. Na pewno zdobyła tam doświadczenie. Jego ciało zelektryzowała myśl o tym, co go czekało. Nie marzył nigdy o ożenku, ale jeśli musiał, wolał się związać z kobietą, która potrafiła zaspokoić jego potrzeby.

– Moja pani, to zwyczajowa i odpowiednia forma.

Uniosła wysoko głowę, jakby nosiła na niej koronę. Huseyn wpatrywał się w jej piękną twarz o szlachetnych rysach. Nie miała prawa spoglądać na niego z góry – w całym swoim życiu nie przepracowała ani dnia, podczas gdy on harował niestrudzenie, służąc swemu władcy i ojczyźnie. Tym razem pozwolił, by jego spojrzenie powędrowało niżej, ześlizgnęło się po jędrnych piersiach ku smukłej talii, a potem po krągłych biodrach i na sam dół, przez całą długość jej nóg. Kiedy podniósł wzrok, zauważył, że się zarumieniła, ale jej twarz, oprócz zaciśniętych ust, pozostała niewzruszona. Nie spodobał jej się sposób, w jaki na nią patrzył, tego był pewien. Powinna się cieszyć, że tylko patrzył. Powietrze aż iskrzyło od erotycznego napięcia, nie miał wątpliwości, że szybciej dogadaliby się w łóżku niż w gabinecie.

– Czy dzięki tytułowi czujesz się lepsza od zwykłego żołnierza? Mimo że twoją jedyną zasługą jest urodzenie się w królewskiej rodzinie?

Huseyn spotkał w swoim życiu wiele osób, które uważały się za lepsze od niego. Pochodził z nieprawego łoża, a jego matka nie mogła się poszczycić ani majątkiem, ani wykształceniem. Jej jedyny dar od losu stanowiła wyjątkowa uroda. Odkąd zmężniał i udowodnił swą siłę w walce, coraz rzadziej trafiał na śmiałków gotowych okazać mu lekceważenie.

– Chodzi jedynie o dobre maniery. – Spojrzała mu nieustraszenie w oczy. Huseyn poczuł, że robi mu się… wstyd? Niemożliwe, odgonił niewygodną myśl.

– Jak słusznie zauważyłeś, otrzymałam tytuł z racji urodzenia. Ale przez całe życie ciężko pracowałam, żeby na niego zasłużyć.

Nie ugięła się pod presją jego pogardy. Miał ochotę wyrazić swój podziw. Nie znał równie rezolutnej kobiety!

– A jak ja się mam zwracać do ciebie? – zapytała.

– Może być po imieniu. – Przecież wkrótce i tak zostaną małżonkami, pomyślał. Nawet jeśli nie miało to być małżeństwo z miłości, to i tak pragnął usłyszeć, jak Ghizlan wymawia jego imię.

Jego mózg zawiesił się na nieoczekiwanej wizji nagiej, rozpalonej pożądaniem Ghizlan wykrzykującej jego imię w ekstazie. Prawie czuł jej paznokcie wbijające się w jego plecy. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek zawładnęła nim taka żądza. To zapewne efekt zaniedbywania życia erotycznego na rzecz pracy, wyjaśnił sobie szybko.

– A więc, Huseyn – odezwała się chłodnym tonem, który niespodziewanie wydał mu się szalenie podniecający – niezależnie od tego, co tam sobie zaplanowałeś, na pewno się ze mną nie ożenisz.

– Dlaczego nie? Odkąd szejk Zaharatu cię porzucił, nie związałaś się z nikim.

Głośny skandal odbił się szerokim echem w świecie i podkopał reputację Jeirutu. Za jego panowania nikt nie pozwoli sobie na podobny afront. Najwyższy czas, by państwa sąsiadujące z jego ojczyzną zaczęły okazywać Jeirutowi należny szacunek. Ghizlan stanęła naprzeciwko w dokładnie takiej samej pozie. Zarys jej piersi pod materiałem marynarki rozproszył go na chwilę. Posiadała broń o wiele bardziej niebezpieczną niż jego nóż!

– Nie porzucił mnie – odpowiedziała spokojnie. – Poznałam Idrisa podczas negocjacji pokojowych prowadzonych przez naszych ojców. Z przyjemnością uczestniczyłam w jego przyjęciu zaręczynowym w Londynie.

– Ale na ślubie już się nie pojawiłaś. – Nie wiedział właściwie, dlaczego ciekawi go, czy czuła coś do mężczyzny, który porzucił ją, gdy się dowiedział, że jego dawna kochanka z Anglii potajemnie urodziła jego dziecko.

– Nie mogłam, miałam inne obowiązki.

– Obowiązki?

– Tak, wyobraź sobie, że mam obowiązki.

– Ale wyjść za mąż możesz.

Pięknie zarysowane czarne brwi zdradziły jej zdziwienie. Miał ochotę położyć dłoń na karku Ghizlan i przysunąć ją wystarczająco blisko, by móc ją pocałować. Jej zachowanie panny niedotykalskiej działało na niego wyjątkowo podniecająco. Nie rozumiał dlaczego, nigdy nie gustował w rozpieszczonych księżniczkach.

– Ale nie planuję.

– Cóż, nie szkodzi, wszystko już zaplanowałem.

– Ale…

– Coś nie tak? Przecież gotowa byłaś się zgodzić, gdy ojciec zaproponował twoją rękę w pakiecie w zamian za pokój z Zaharatem.

Przez jej kamienną twarz przemknął cień bólu. Czyżby sprawił jej przykrość? Przecież jako królewska córka na pewno nie spodziewała się, że wyjdzie za mąż z miłości?!

– Dzięki ojcu kobiety w Jeirucie mogą same stanowić o swoim losie, nie tak jak w twojej prowincji. Mogę i chcę sama o sobie decydować.

– Obawiasz się, że nie mam ci wystarczająco dużo do zaoferowania?

– Nie interesuje mnie, na ile wielbłądów mnie wycenisz. I nie obawiam się. Niczego i nikogo.

– Nie skrzywdzę cię, Ghizlan. – Powinien był zapewnić ją o tym wcześniej. Przywykł do zarządzania wojownikami, z kobietami miał do czynienia jedynie w łóżku. Żył w świecie mężczyzn, szorstkim i bezlitosnym.

Ghizlan zamrugała gwałtownie i przez moment miał wrażenie, że maska aroganckiej arystokratki zsunęła się z jej twarzy i ukazała bezbronną kobietę. Tylko przez moment.

– A moja siostra? Czy ją skrzywdziłeś?

– Oczywiście, że nie! – oburzył się szczerze. Naprawdę uważała go za nieokrzesanego dzikusa. – Księżniczka Mina jest u siebie.

Jeśli oczekiwał wdzięczności od Jej Wysokości, czekało go rozczarowanie. Zmroziła go wzrokiem. W każdym razie próbowała, bo jedyne co poczuł, to palące pożądanie. Miał ogromną ochotę ujarzmić tę lwicę!

– Dziękuję za zapewnienia – odezwała się z ledwie wyczuwalnym sarkazmem. – Doceniam je, zważywszy, że pałac roi się od uzbrojonych po zęby żołnierzy.

Rozumiał, że mogła się wystraszyć, ale przecież musiała znać jego reputację obrońcy słabszych i kobiet. Może i pospieszył się z wejściem do pałacu, ale musiał zabezpieczyć swoje prawo do dziedziczenia tronu przed uzurpatorami.

– To dla waszego bezpieczeństwa.

– Ze starymi gwardzistami coś było nie tak?

– Nikomu nic się nie stało – przerwał jej. Oprócz żołnierza pogryzionego przez księżniczkę Minę, dodał w myślach. Obyło się bez walki. Strażnicy gwardii sami się poddali, zaskakująco łatwo.

– To dobrze. Chciałabym się spotkać z kapitanem gwardii, prawdziwym – zaakcentowała przesadnie ostatnie słowo. Kiedy się nie odezwał, dodała: – Chyba że się boisz?

Ta kobieta wiedziała, jak zaleźć mu za skórę! On, Żelazna Dłoń Jumeah, miałby się bać?!

Ghizlan odetchnęła z ulgą. Rozmowa z tym mężczyzną momentami przypominała jej walenie głową w mur. Mimo to gdy na nią patrzył, zamiast strachu, czuła niespodziewany przypływ energii. Nie ma to jak uzbrojony barbarzyńca i przewrót stanu, od razu poczuła, że żyje, zauważyła z wisielczym humorem. Musiała się opanować, bo prawie roześmiała się w głos.

– Wszystko w porządku?

Można by pomyśleć, że się o nią niepokoił! Nie ma się z czego śmiać, zbeształa się w myślach. Ten brutal zwietrzył okazję, by skorzystać na śmierci jej ojca. Uważał, że można jej użyć, wziąć w pakiecie z królestwem. Tak jak ojciec, przemknęło jej przez myśl. Poczuła ukłucie w sercu. Huseyn miał rację, ojciec postrzegał swe córki jak prywatną własność, której można użyć dla celów politycznych. Kiedy poinformował ją o planach zaaranżowania dla niej małżeństwa, mimo że zdawała sobie sprawę ze swych powinności jako księżniczka, i tak poczuła się zdradzona. Przez wiele lat powinności przedkładała nad swoje potrzeby. W zamian ojciec nigdy nie okazał jej ani odrobiny uczucia bądź wdzięczności. I nigdy nie wziął pod uwagę jej prawa do szczęścia. A teraz pojawił się kolejny mężczyzna, uzurpator, który uważał, że ma prawo decydować o jej życiu. Niedoczekanie!

Ghizlan obeszła biurko dookoła i, zadzierając wysoko głowę, stanęła twarzą w twarz z Huseynem al Rasheedem. Owionął ją męski zapach. Musiała się bardzo postarać, by nie zacząć się zastanawiać, jak wyglądała jego twarz ukryta pod zdziczałą, potarganą brodą.

– Pytasz, czy wszystko w porządku? – zaśmiała się nieprzyjemnie. – Przejąłeś pałac, organizując jakiś przedziwny zamach stanu, i żądasz, żebym wyszła za ciebie za mąż. Nie pozwalasz mi zobaczyć się z siostrą ani nawet z pałacowymi pracownikami. Oczywiście, że nic się nie stało! – parsknęła gniewnie.

– Daję ci swoje słowo, że wszyscy są bezpieczni. I wcale nie odmówiłem ci prawa zobaczenia się z siostrą.

– Czyli mogę się z nią zobaczyć? – Miała nadzieję, że ogromna ulga, jaką poczuła, nie odmalowała się na jej twarzy. Nie zamierzała okazywać słabości.

– Tak, gdy skończymy rozmawiać.

– Nazywasz to rozmową?

Skrzywił się, ale nie potrafiła powiedzieć, czy ze złości, czy raczej z frustracji. Nie dbała o to. Obawiała się, że za chwilę poniosą ją nerwy. Starała się zachowywać spokojnie ze względu na dobro siostry i pałacowego personelu, ale nie wiedziała, na jak długo wystarczy jej sił.

– Oczywiście. – Opuścił ręce. Nagle zdała sobie sprawę, jak blisko siebie stoją. Huseyn górował na nią, czuła ciepło emanujące z jego ogromnego ciała i podstępnie rozgrzewające ją od środka. Nigdy jeszcze nie znalazła się tak blisko mężczyzny, który ucieleśniał nieposkromioną, obezwładniającą męską siłę, nie tylko ciała, ale i charakteru.

– Najpierw chcę się spotkać z kapitanem gwardii i upewnić się, że pracownicy pałacu są bezpieczni.

– Nikomu nic się nie stało – zapewnił ją Huseyn.

– Wybacz, ale wolałabym przekonać się na własne oczy.

Ruszyła do drzwi, ale Huseyn błyskawicznym ruchem złapał ją mocno za nadgarstek. Jej puls przyspieszył. Na pewno to wyczuł, pomyślała ze złością. Długie, silne palce ściskały nagi nadgarstek wystarczająco mocno. Miała nadzieję, że nie zauważył, jak dotyk jego dłoni rozpalił jej policzki.

– Wolałabym, żebyś mnie nie napastował.

– Napastował? – Na ustach przesłoniętych zarostem pojawił się lekki uśmiech. Rozbawiła go? Ghizlan zatrzęsła się ze złości.

– Nie zabawiaj się moim kosztem. Jak większość kobiet, nie lubię być dotykana bez wyrażenia na to zgody.

– Większość kobiet lubi, gdy je dotykam – mruknął z niezachwianą pewnością siebie w głosie. Jego oczy połyskiwały srebrzyście.

Kobiety w Jumeah nie mają zbyt wygórowanych wymagań, pomyślała pogardliwie. Okropny gbur!

– Nie sądzisz, że mogą udawać? Ze strachu? To się nazywa instynkt samozachowawczy, wiesz?

Natychmiast puścił jej rękę. Na jego twarzy odmalowało się autentyczne oburzenie.

– Nigdy nie użyłbym siły przeciwko kobiecie! – warknął tak, że przeszły ją ciarki.

– Czyżby? – Cofnęła się i oparła o blat biurka. – A żądanie, żebym wyszła za ciebie za mąż? Jeśli to jedynie uprzejma prośba, to mam prawo odmówić.

Zauważyła, że zacisnął mocniej zęby. Na pewno nie przestraszy jej, robiąc groźne miny!

– Próbuję tylko uniknąć rozlewu krwi.

– Będziesz się musiał bardziej postarać. W Jeirucie panuje demokracja. Rada Królewska wybierze nowego władcę, następnie parlament zatwierdzi jego kandydaturę. Nie będzie żadnego rozlewu krwi. To ty uciekasz się do użycia siły.

– Nie używam siły, uprzedzam jedynie pewne wydarzenia.

Ghizlan nie odpowiedziała, ale skrzywiła się z niezadowoleniem. Spiorunował ją wzrokiem, wiedziała, że powinna się bać, ale, ku swemu zaskoczeniu, nie czuła strachu, jedynie zaciekawienie. Chyba oszalałam, stwierdziła.

– Nie znajdziecie lepszego kandydata niż ja – oświadczył. – Siła, determinacja i doświadczenie w zarządzaniu prowincją przemawiają na moją korzyść. Poza tym nikt oprócz mnie nie może pochwalić się tak bliskim pokrewieństwem z twoim ojcem. Nasze małżeństwo po prostu ułatwiłoby sprawę.

– Jeśli jesteś takim idealnym kandydatem, to Rada na pewno na ciebie zagłosuje.

– To potrwa, a Jeirut potrzebuje władcy już, natychmiast.

– Może tobie spieszy się do tronu, ale…

– Myślisz, że chodzi o mnie? – przerwał jej, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Chodzi o bezpieczeństwo kraju. Po śmierci twojego ojca nic już nie powstrzyma Halark przed inwazją.

– Nonsens – zaprzeczyła ostro. – Mój ojciec praktycznie podpisywał już pakty pokojowe z Zaharatem i Halark.

– Ale nie zdążył podpisać. Stary emir Halark nie przegapi takiej okazji, mobilizuje już armię. Wywiad sugeruje, że zaczną od wysunięcia roszczeń do spornego terytorium, a potem będą posuwać się w głąb kraju, tak daleko, jak się da.

– Sporne terytorium? Należy do Jeirutu od dwustu lat!

– Walczymy z bojówkami Halark na granicy, odkąd pamiętam. Z bezpiecznej odległości stolicy może nie widać wyraźnie zakusów sąsiada. Uwierz mi, im dłużej zwlekacie z mianowaniem nowego władcy, tym gorzej.

Ghizlan otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale po namyśle nie odezwała się. Huseyn mógł mieć odrobinę racji.

– W takim razie zgłoś się do Rady i zaapeluj o przyspieszenie procedur.

Huseyn potrząsnął głową.

– Niby się ze mną zgadzają, ale uważają, że szybka decyzja odbierze ich urzędowi powagę. A powinni wybrać mnie, i to szybko, bo tylko ja mogę zapewnić Jeirutowi bezpieczeństwo.

Przyglądała się jego płonącym oczom i zaciśniętym szczękom i na moment prawie mu uwierzyła. Ale przypomniała sobie o siostrze i blokadzie pałacu. Powoli, teatralnie zaczęła mu bić brawo.

– Niezłe przedstawienie. Prawie uwierzyłam, że chcesz się poświęcić dla dobra kraju. Jeśli jednak oczekujesz, że ja poświęcę swoją wolność i wyjdę za ciebie za mąż, to grubo się mylisz.

Przez jego twarz przemknął cień, szybki jak błyskawica podczas letniej górskiej burzy.

– Nie zrobisz tego dla swego kraju?

– Dla kraju czy dla ciebie?

– Powinienem był się tego spodziewać. Nawet po śmierci ojca nie spieszyłaś się z powrotem. Najwyraźniej masz inne priorytety.

Ghizlan aż wstrzymała oddech, słysząc te oburzające oskarżenia. Na prośbę ojca po skandalu z szejkiem Idrisem pozostała za granicą i rzuciła się w wir nawiązywania kontaktów biznesowych tak bardzo potrzebnych Jeirutowi do realizacji kolejnych etapów rozwoju kraju.

– Ewidentnie pewne informacje nie docierają w twoje strony – odgryzła się. – Chmura pyłu powstała w wyniku erupcji wulkanu na Islandii uziemiła na kilka dni wszystkie samoloty. Przyleciałam, gdy tylko wznowiono ruch lotniczy. Nie obchodzi mnie twoje zdanie na mój temat. Nie wyjdę za ciebie, i już. Od pierwszej chwili wydałeś mi się… odpychający.

– Odpychający? – Jego głos zadudnił niczym echo grzmotu i wprawił jej ciało w całkiem przyjemne drżenie…

Uniosła wyżej głowę. Czy jej się wydawało, czy zbliżył się do niej jeszcze bardziej? Nie, nie wydawało jej się! Czubki ich butów niemal się stykały.

– W takim razie jak wytłumaczysz to, moja pani?

Duże, ciepłe, zwinne dłonie spoczęły na jej ramionach, a twarz Huseyna nagle znalazła się tuż przy jej twarzy.

Tytuł oryginału: The Desert King’s Captive Bride

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2017

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2017 by Annie West

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2018

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie Duo są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 9788327640635

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi S.A.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wyzwanie dla szejka Wakacje z szejkiem Spójrz na mnie Kolacja na wieży Eiffla Wesele w Sydney Miliony za miłość 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy