Jacek

Jacek

Autorzy: Anna Bikont Helena Łuczywo

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Biografie

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 744

Cena książki papierowej: 64.99 zł

cena od: 25.99 zł

"Jacek Kuroń - najwybitniejsza być może, najciekawsza być może, najbardziej wielobarwna z pewnością osobowość opozycji demokratycznej w latach 1964–1989. Niejednokrotny bywalec więzień i niejednokrotny minister w polskich rządach. Człowiek już za życia owiany legendą. To o nim opowiada ta książka, ale też o krętej - choć klarownej - drodze Jacka od młodzieńczego zaangażowania w komunizm do heroicznej działalności na rzecz wolności Polski i wolności człowieka w Polsce. Dowiadujemy się wreszcie, skąd się wziął Jacek Kuroń. Z jakich tradycji rodzinnych czerpał swój system wartości. To opowieść o człowieku wielkiego serca, wielkiej odwagi i szczególnego magnetyzmu. Umiał wyzwalać w ludziach to, co było w nich najlepsze. Fascynująca lektura."
Adam Michnik

"Bardzo bolesna książka. Pisana bez znieczulenia. Jacek rozliczał się już sam ze swymi wyborami, błędami i upadkami, ale zawsze brzmiał w tych rozliczeniach namiętny i wielkoduszny romantyzm - jego wyjątkowy głos. Tutaj patrzymy na życie i los jednego z najważniejszych ludzi polskiej lewicy z dzisiejszego, bezwzględnego dystansu. Autorki, współtowarzyszki wielu jego bitew, kochają Jacka i pragną, by pamięć o nim przetrwała jak najuczciwiej, w całej złożoności. Czy Jacek Kuroń poniósł klęskę? A może to, co było diamentem, zalśni z czasem jeszcze mocniej?"
Agnieszka Holland

"Jest to najbardziej drapieżna i dlatego najlepsza biografia Jacka Kuronia, jaką czytałem. Jej zaletą jest to, że odbrązawia postać Jacka, szczególnie w odniesieniu do czasów stalinowskich. To jest doświadczenie pokolenia, dziś zapomniane lub przykryte frazesami. Będą pewnie tacy, którzy zakrzykną „zawsze to wiedzieliśmy”, ale nic nie wiedzieli, bo ich wtedy nie było na świecie."
Karol Modzelewski

"Anna Bikont i Helena Łuczywo opowiadają o życiu Jacka Kuronia, który wyrósł w lewicowych tradycjach, a od zaangażowania w komunizm przeszedł do twardej opozycji, za co zapłacił dziewięcioma latami więzienia. Przez dziesięciolecia organizował działania wyrywające z systemu dyktatury obszary wolności, był współtwórcą KOR i Solidarności, w 1989 roku współtwórcą wolnej Polski.

Autorki łączą warsztat historyka z piórem reportera. Pokazują środowisko, tradycje, klimat, w którym żył; ludzi, z którymi współpracował. Opowiadają o człowieku, jego zachowaniach, charakterze, doświadczeniach, sposobie bycia. Nie unikają spraw trudnych, grzechów Jacka, ale przede wszystkim przypominają jego ogromne dla Polski zasługi."
Andrzej Friszke

Redakcja: Julia Juryś, Tomasz Zając

Konsultacja naukowa: Andrzej Friszke

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Skład i przygotowanie do druku: ProDesGraf

Fotoedycja: Rafał Szczepankowski

Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Janusz Fila/Forum okładka; archiwum rodzinne Jacka Kuronia s. 4, 21, 32, 37, 50, 55, 56, 61, 65, 74, 76, 79, 83, 92, 97, 105, 125, 132, 158, 167, 174, 183, 192, 194, 195, 200, 204, 283, 288, 300, 334, 349, 409, 410, 492, 572; archiwum Hanny Volmer s. 113; archiwum rodzinne Ewy Dobrowolskiej s. 191, 416; archiwum Karola Modzelewskiego s. 233; archiwum Barbary Toruńczyk s. 308; archiwum Bogdana Borusewicza s. 366, 587; archiwum Teresy Boguckiej s. 676, 679; archiwum rodzinne Macieja Kuronia s. 594; zbiory IPN s. 239 (BU 0330/327/30), 244 (BU 0330/327/23), 255 (BU 0276/276/19), 295 (BU 0330/327/30), 305 (BU 0330/327/30); zbiory Ośrodka Karta Janusz Krzyżewski s. 362; Marcin Jabłoński s. 370, 389, NN s. 607, Anna Pietuszko s. 624, 638; Fotonova Tomasz Michalak s. 401, 471, 479, 505, Czesław Czapliński s. 643, Yola s. 668; Wacław Piekarski s. 422, 542, 592; Libri prohibiti Jiří Bednář s. 430; Forum Aleksander Keplicz s. 509; Nina Wolf s. 518; fotografowie NAF Dementi T. Kizny, A. Łoś, A. Łuc, H. Prykiel/Ośrodek „Pamięć i Przyszłość” s. 598; PAP Jan Morek s. 562; East News Wojtek Łaski s. 458, 570, 580, Laski Diffusion s. 529, Wojciech Druszcz s. 653; Reporter Anna B. Bohdziewicz s. 602; Agencja Gazeta Piotr Wójcik s. 610, 613, 631, 650, 697, Jacek Piotrowski s. 618, Bartosz Bobkowski s. 694; Jerzy Gumowski s. 675.

Wydawcy oświadczają, że pomimo podjętych starań nie udało im się ustalić wszystkich osób uprawnionych z tytułu praw autorskich do fotografii opublikowanych w książce. Prosimy w razie czego o kontakt z Agorą SA (00-732 Warszawa, ul. Czerska 8/10, tel.: 22 555 40 00)

Przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Bajer

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

WYDAWCY:

AGORA SA

ul. Czerska 8/10

00-732 Warszawa

WYDAWNICTWO CZARNE Sp z o.o.

Wołowiec 11

38-307 Sękowa

© by Agora SA, 2018

© by Anna Bikont, Helena Łuczywo 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2741-9 (epub), 978-83-268-2742-6 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Rozdział 1. Sprawa robotnicza i polska to dla mnie jedno

Rozdział 2. W czerwonej republice

Rozdział 3. Lwów i lwowianki pokochał bezgranicznie

Rozdział 4. Człowiek przypadkiem rodzi się Polakiem

Rozdział 5. Ze szkoły mam same najgorsze wspomnienia

Rozdział 6. Przyjął komunistyczną wiarę

Rozdział 7. Z notatnika aktywisty ZMP

Rozdział 8. Nieumyślnie spowodował śmierć trojga dzieci

Rozdział 9. Maszerowali przez wsie w czerwonych chustach

Rozdział 10. Wojska radzieckie idą na Warszawę

Rozdział 11. Gaja

Rozdział 12. Wszedł do wielkiej polityki na odcinku harcerskim

Rozdział 13. Za dyktaturą proletariatu, przeciwko władzy

Rozdział 14. Trzech panów w celi

Rozdział 15. Moi okaleczeni bracia więzienni

Rozdział 16. Rozmowa ojca z synem

Rozdział 17. Wyszedłem wprost w objęcia komandosów

Rozdział 18. Z recydywą we Wronkach

Rozdział 19. Pożegnanie z marksizmem

Rozdział 20. Zamiast palić komitety, zakładajcie własne

Rozdział 21. Starsi państwo rozdają bibułę

Rozdział 22. Życie codzienne na Mickiewicza

Rozdział 23. Ludzie, ludzie, mój ojciec umiera

Rozdział 24. Mamy wreszcie niezależne samorządne związki zawodowe

Rozdział 25. Oto historia Polski weszła w ręce robotników

Rozdział 26. Zaraz wejdą sowieckie wojska

Rozdział 27. Na każdym strajku, który przyszło mi ugasić

Rozdział 28. Posadzili też Gajkę i Maćka

Rozdział 29. Śmierć Gai

Rozdział 30. Jedenastka

Rozdział 31. Dom wydawał się grobem

Rozdział 32. Z miłości do wolnego rynku

Rozdział 33. Powiedział, że będzie prezydentem

Rozdział 34. Ostatnie lata Jacka

Rozdział 35. Umieram już od dawna

DZIĘKUJEMY

BIBLIOGRAFIA

INDEKS OSÓB

PRZYPISY

Na początku były teksty o Jacku i o Gajce, które publikowałyśmy przez wiele lat w „Gazecie Wyborczej” razem z Joanną Szczęsną.

Anna Bikont

Jacek, wakacje w Dębicy, 1937 rok.

Rozdział 1.

SPRAWA ROBOTNICZA I POLSKA TO DLA MNIE JEDNO

Punktualnie o godzinie jedenastej 1 lutego 1905 roku zawyły w Sosnowcu syreny fabryki kotłów W. Fitzner i K. Gamper. Robotnicy zatrzymali maszyny i ruszyli nawoływać do strajku powszechnego[1].

„Po chwili zaczęły pruć powietrze gwizdki i syreny Huty Katarzyna, Deichsla i inne – pisał Stanisław Andrzej Radek, działacz Polskiej Partii Socjalistycznej. – Robotnicy, wychodząc z fabryk, składali zarządom swoje żądania. Po wręczeniu tych żądań gwarnie i wesoło wychodzono na ulicę, formowano pochód i ze sztandarem lub bez wstępowano do najbliższej fabryki, ogłaszając strajk”. Tłum gęstniał. Dołączyli się uczniowie sosnowieckiej szkoły realnej. „Olbrzymi pochód liczący ponad 10 000 osób z rozwianymi sztandarami i ze śpiewem Czerwonego [sztandaru] ruszył do Dąbrowy, aby zatrzymać tamtejsze kopalnie i fabryki”[2].

W rozśpiewanym pochodzie, w którym intonowano na przemian pieśni rewolucyjne i religijne, szedł też Franciszek Kuroń, lat trzydzieści pięć, który do Zagłębia przeniósł się ze wsi Błeszno pod Częstochową[3] i dostał pracę u Fitznera i Gampera jako ślusarz[4].

„Zawyły syreny i zamarł Sosnowiec” – tak lata później opowiadał swemu wnukowi Jackowi o początku strajku powszechnego 1905 roku. „I ja to widziałem, czułem ten zamierający Sosnowiec – wspominał Jacek Kuroń w autobiograficznej Wierze i winie. – Stoją patrole kozackie, a oni idą i śpiewają Krew naszą długo leją katy. Dla mnie to jest sacrum”[5].

Franciszek Kuroń był świetnym opowiadaczem, jego historie trzymały w napięciu, lubił przeplatać je śpiewaniem robotniczych i patriotycznych pieśni. Taki sam będzie jego wnuk Jacek.

Kiedy umarł w 1951 roku w wieku osiemdziesięciu jeden lat, Jacek miał lat siedemnaście. Na zbudowanej przez Franciszka legendzie wychowały się trzy pokolenia Kuroniów, które poczuwały się do służby Polsce.

„Oni – dziadek i ojciec – mówili: robotnicza sprawa, albo po prostu sprawa. I to znaczyło: socjalizm, ale nie używali tego słowa. I to znaczyło pognębić wyzyskiwaczy. I to znaczyło także: Polska, Matka Boska z Jasnej Góry i groby, o które ostrzyło się stal, i ci Azjaci, których stąd trzeba przepędzić, i to, że za ich wolność też się walczy. Wszystko razem wymieszane. Więc sprawa robotnicza i polska to było dla mnie w gruncie rzeczy to samo” – oddawał im hołd Jacek.

Dzieje rodziny Kuroniów przez lata badał członek Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego Kazimierz Żmija. Odnalazł on w archiwach kościelnych metrykę Szymona Kuronia – prapradziadka Jacka – urodzonego w 1794 roku we Wrzosowej, gmina Poczesna, powiat częstochowski. To właśnie z okolic Częstochowy wywodzi się rodzina Kuroniów i po dziś dzień można tam spotkać osoby o tym nazwisku[6]. Dziadek Jacka i jego rodzeństwo byli pierwszym pokoleniem Kuroniów, które potrafiło czytać i pisać.

Te ambicje, by kształcić dzieci, można przypisać wejściu do rodziny Ślązaczki, Marianny Kałuży[7], córki cieśli, która jesienią 1864 roku poślubiła dwudziestodwuletniego Jana Kuronia, pradziadka Jacka. Kilka miesięcy przed ich ślubem carskim ukazem zniesiono w zaborze rosyjskim poddaństwo i Jan stał się człowiekiem wolnym. Na Śląsku poddaństwo zniesiono pół wieku wcześniej, wolnymi ludźmi musieli więc już być dziadkowie Marianny.

Dziadek Jacka, Franciszek, wraz z żoną Karoliną z domu Krzemińską i trzema małymi córkami – Stanisławą, Leokadią i Jadwigą – przybyli do Sosnowca za pracą (Henryka, ojca Jacka, jeszcze nie było wtedy na świecie, urodzi się dwa tygodnie przed rewolucją 1905). Zamieszkali na robotniczym osiedlu Środula w jednym z parterowych drewnianych biedadomków. Z czasem przeprowadzili się do familoka, ceglanego domu wielorodzinnego z wodą bieżącą w kuchni, ale wspólną wygódką, mieszczącego się obok fabryki, na ulicy Konstantynowskiej 15. Dom ten już nie istnieje.

Sosnowiec leżał na styku trzech zaborów, w „trójkącie trzech cesarzy”. Masowe migracje z otaczających Zagłębie wsi Kongresówki, Galicji i Śląska zaczęły się w końcu lat siedemdziesiątych XIX wieku. Wtedy do Zagłębia, leżącego w zaborze rosyjskim, ściągać zaczął zagraniczny kapitał, inwestując w kopalnie, huty i fabryki. Zwabiła go carska polityka celna (wysokie cła na import), która ułatwiała życie lokalnemu przemysłowi, oraz chłonny rynek zbytu olbrzymiego carskiego imperium.

Dzięki dogodnie położonej stacji kolejowej największym miastem Zagłębia stał się Sosnowiec, którego brzydotę i nędzę przejmująco opisał Stefan Żeromski w wydanych w 1900 roku Ludziach bezdomnych. W barwnych opowieściach trzech pokoleń Kuroniów nie ma jednak niemal słowa o codzienności, zarobkach, warunkach pracy. Powszednie życie ich rodziny można sobie wyobrazić tylko na podstawie książek i prasy z epoki.

Wznoszony chaotycznie Sosnowiec w początkach wieku sprawiał równie przygnębiające wrażenie jak kilka lat wcześniej, gdy gościł w nim Żeromski. Była tu jedna główna ulica, do tego trochę miejskiej zabudowy wokół dworca, a całą resztę stanowiły fabryki i rozrzucone wokół nich robotnicze osiedla. Znaczna część terenów miasta należała do właścicieli zakładów przemysłowych. Od nich zależał standard robotniczych osiedli. Nie było kanalizacji (nie czyszczono nawet rynsztoków) ani oświetlenia ulicznego, kręte uliczki pozostawały niewybrukowane, po deszczu tonęło się w błocie.

Robotnicy większą część doby spędzali w fabryce – ograniczony ustawą z 1897 roku do jedenastu i pół godziny dzień pracy często przedłużano im do trzynastu–czternastu godzin. Każdego roku co trzeci robotnik ulegał wypadkowi. Wielodzietne rodziny tłoczyły się w jednej–dwóch izbach bez urządzeń sanitarnych, często bez wody bieżącej i z klepiskiem zamiast podłogi. Płaca z trudem starczała na utrzymanie rodziny, bo ciągły dopływ siły roboczej z przeludnionych wsi pozwalał fabrykantom na wypłacanie nędznych pensji.

O poprawę warunków socjalnych (skrócenie dnia pracy, podniesienie płacy, ubezpieczenie od choroby i wypadków, zabezpieczenie na starość, coroczny urlop) robotnicy Fitznera i Gampera walczyli od lat dziewięćdziesiątych XIX stulecia. W rewolucji 1905 roku poczesne miejsce zajęły jednak postulaty polityczne – wolność słowa, organizowania zgromadzeń i stowarzyszania się, a także wprowadzenie języka polskiego w urzędach, sądach i szkołach.

Zatrudniając się w dobrze prosperującej sosnowieckiej fabryce, trafił Franciszek Kuroń do jednego z silniejszych ośrodków PPS w Zagłębiu[8]. Licząca pod koniec XIX wieku ponad dwa tysiące robotników załoga zakładów Fitzner i Gamper była kuźnią kadr ruchu socjalistycznego w regionie. Masowe aresztowania lat 1900–1901 wprawdzie poważnie ruch ten osłabiły, ale w czasie, kiedy zaczął tam pracować Franciszek Kuroń, komórki PPS już się w fabryce odbudowały. Nieprzypadkowo w 1905 roku to właśnie Fitzner i Gamper wyznaczony został przez partię, by dać sygnał do strajku powszechnego.

Franciszek Kuroń w wydarzeniach tych większej roli nie odegrał, jego nazwiska nie udało nam się znaleźć ani w archiwach, ani w publikacjach historycznych i wspomnieniach. A jednak czas rewolucji musiał być dla niego „gwiezdnym czasem”, tak jak siedemdziesiąt lat później dla jego wnuka Jacka okres działalności w Komitecie Obrony Robotników i NSZZ „Solidarność”. O doświadczeniu tym opowiadał latami w sposób, który przejęli od niego syn i wnuk: wielka sprawa, barwne postacie, żywa akcja, zmyślenie i prawda. Zaraz po pierwszych strajkach w lutym 1905 roku do Zagłębia ściągnięto kilkanaście tysięcy wojska, a gubernator zwrócił się do hierarchii kościelnej z prośbą o pomoc w opanowaniu rewolucyjnych nastrojów ludności. Arcybiskup warszawski Wincenty Teofil Popiel już wcześniej wydał księżom instrukcję, żeby apelowali z ambon do wiernych o spokój i odmowę udziału w strajkach oraz demonstracjach. Niektórzy duchowni w Zagłębiu poszli nawet dalej, nawołując, by „przywódców buntu oddawać w ręce policji i żandarmów”.

Mimo to strajk rozszerzał się na kolejne kopalnie i huty regionu, pochody i wiece gromadziły tysiące robotników, a samoorganizacja robotnicza wzbudza podziw (strajkujący przestrzegali zakazu picia wódki, za rabunek zapowiadali karę śmierci, sami pilnowali porządku na ulicach i dbali o pomoc dla najbiedniejszych). 9 lutego 1905 roku po zebraniu delegatów w sosnowieckiej kopalni Renard, gdzie podjęto decyzję o kontynuowaniu strajku, tłum ruszył pod Hutę Katarzyna, by zmusić wynajętych spoza załogi łamistrajków do porzucenia pracy. Pod bramą wojsko otworzyło ogień. Zginęło trzydzieści osiem osób, w tym robotnik z Fitznera i Gampera.

„Potworny jakiś strach opanował ludzi do tego stopnia, że nie reagowano wcale, kiedy na drugi dzień żołdactwo w bestialski sposób biło i znęcało się nad kobietami, które zeszły się do trupiarni, aby odszukać i rozpoznać wśród zabitych swoich mężów i ojców. Nie dopuszczało też żołdactwo nikogo do udziału w pogrzebie zabitych. Na ulicach, na polach, koło cmentarza Kozacy gonili i bili robotników”[9] – opisywał Radek. Mimo to pogrzeb jednego z zabitych – ucznia szkoły realnej w Sosnowcu, syna zawiadowcy stacji – przekształcił się w wielotysięczną manifestację.

Robotnicy wytrwali ponad miesiąc. W marcu Franciszek Kuroń razem z innymi musiał wrócić do pracy, albowiem – dodaje Radek – „panowała wszędzie taka okropna nędza, że dłużej niepodobna było już walczyć”[10]. Wtedy robotników zaczęto aresztować, wyrzucać z pracy, zmuszać do przepraszania zwierzchności. Ale tego roku Franciszek Kuroń wraz z załogą Fitznera i Gampera będzie strajkował jeszcze kilka razy: dwukrotnie w maju, w czerwcu (w akcie solidarności z robotnikami Łodzi i Warszawy), na przełomie października i listopada, wreszcie w listopadzie, kiedy w strajku powszechnym stanęło całe Zagłębie. Robotnikom udało się wtedy opanować Sosnowiec, gazetki i ulotki drukowali w legalnych drukarniach, a do utrzymania porządku powołali Komitety Bezpieczeństwa Publicznego. Odbyła się też gigantyczna manifestacja robotnicza – ulicami Sosnowca przemaszerowało ponoć sto tysięcy ludzi. Trudno wyobrazić sobie, by Franciszek Kuroń nie brał udziału w tym pochodzie.

„Dni wolnościowe”, zwane okresem Republiki Zagłębiowskiej, zakończyły się wprowadzeniem 10 listopada 1905 roku stanu wyjątkowego i aresztowaniami uczestników wydarzeń. W grudniu znowu przybrała fala strajkowa. W Zagłębiu pojawił się Feliks Dzierżyński z konkurencyjnej wobec PPS partii Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy. Podczas rozgramiania pochodu robotnicy Fitznera i Gampera ukryli przyszłego twórcę sowieckiej policji politycznej na strychu zabudowań fabrycznych, o czym z dumą wspominają autorzy broszurki wydanej w 1980 roku, na stulecie fabryki, nazwanej w PRL imieniem Rewolucji 1905 roku[11].

Chociaż ruch strajkowy wyraźnie osłabł, w Zagłębiu pełną parą działała Organizacja Bojowa PPS. Utworzono ją niedługo po lutowej masakrze pod Hutą Katarzyna, kiedy do Zagłębia zjechało kierownictwo PPS z Józefem Piłsudskim. Organizacja wezwała robotników do zaopatrywania się w broń, tworzenia bojówek i szykowania się do walki zbrojnej z caratem.

Przyfabryczne osiedla, wśród nich Środula, gdzie mieszkali Kuroniowie, stały się matecznikiem bojowców. Ich brawurowe akcje odbijały się głośnym echem w robotniczych osiedlach Sosnowca. Jedną z oryginalniejszych było zbrojne zajmowanie na kilkanaście godzin drukarni, by produkować nielegalną prasę i ulotki. Bojowcy dokonywali ekspropriacji, czyli napadów na urzędy pocztowe, kasy, transporty gotówki, zdobywając środki na konspiracyjną działalność. Chronili demonstracje robotnicze. Zabijali zdrajców, szpicli i prowokatorów, a także znanych z okrucieństwa policjantów, żandarmów, zarządców fabryk.

Jeden z takich właśnie bohaterów zawładnął dziecięcą wyobraźnią najpierw Henryka Kuronia, a później jego syna Jacka – był to brat Franciszka, Władysław, „superbojowiec, pseudonim partyjny Julek” (na Henryka zresztą powszechnie mówiono Julek, taki też pseudonim przybrał później w akowskiej konspiracji), o którym nasłuchali się w dzieciństwie „prawdziwie kowbojskich historii”. Jak choćby o akcji ekspropriacyjnej w Zawierciu, gdzie bojowcy napadli na ambulans pocztowy.

„Otoczyli ich żandarmi, kolegę Julka zastrzelili – opowiadał Jacek w Wierze i winie – on sam wyprzągł konia, siadł na nim tyłem, koń ruszył kłusem, a Julek strzelał z dwóch rewolwerów. Były wyznaczone nagrody za jego głowę, bo kiedy Kozacy okupowali Kopalnię Reden, to on wjechał na wózku, zastrzelił stojącego na dziedzińcu dyrektora i uciekł. Rozpisano za nim listy gończe. Ukrywał się u sąsiadów dziadka, w takiej dzielnicy biedadomków. Żandarmi obstawili teren, wiedzieli, że tam jest, zaczęli przeszukiwać domek po domku. Julek wskoczył do studni, całą noc tam sterczał – zapierając się o ściany, żeby nie zlecieć – schowany w zimnej wodzie, tylko usta wystawił”.

W żadnych publikacjach historycznych na takie zabójstwo nie natrafiłyśmy[12]. W materiałach dotyczących Kopalni Reden też nie ma informacji, by zamordowano jej dyrektora.

Sto lat później rodzinna legenda Kuroniów znalazła się w książce Z nadzieją w przyszłość! Macieja Giertycha, kiedy ten polityk z ramienia skrajnej prawicy kandydował na prezydenta RP. Dziadek Macieja, też Franciszek, był na przełomie wieków przemysłowcem w Zagłębiu. Oczami Giertychów widzimy „drugą stronę medalu”: w 1907 roku bojowcy PPS dokonują ekspropriacji kasy z fabryki Poręba pod Zawierciem, której dyrektorem jest Franciszek Giertych, a jego syn, kilkuletni Jędrzej – później prominentny endek – obserwuje, jak ojciec „z pistoletem w ręku ostrzeliwał rabusi zza płotu”[13].

„Mój ojciec zapamiętał to wydarzenie na całe życie, wraz z odpowiednią opinią co do działań PPS-u i wszelkiej maści socjalistów” – pisze Maciej Giertych, syn Jędrzeja, i nie wyklucza, że napadu mogła dokonać bojówka Władysława Kuronia, o którego działalności wyczytał w książce Jacka Kuronia. Przy okazji wytyka Kuroniowi, że „pospolity bandytyzm” przodków uznaje za „dowód patriotycznego bohaterstwa”[14].

Ten obrazek, jak endek Franciszek Giertych i pepeesowiec Władysław Kuroń stają naprzeciwko siebie i ostrzeliwują się nawzajem, ma w sobie coś symbolicznego. Aż chciałoby się, żeby to była prawda.

Do prawdziwej konfrontacji rodziny Kuroniów i Giertychów doszło w początkach XXI wieku, kiedy prawnuk Franciszka Kuronia, Maciek, wytoczył sprawę prawnukowi Franciszka Giertycha, Romanowi. Występując w obronie czci zmarłego ojca, Maciej Kuroń zażądał od Romana Giertycha przeprosin za to, że ten zarzucił Jackowi „negocjowanie z SB” i przyrównał go do zdrajców narodu Janusza Radziwiłła i Szczęsnego Potockiego.

Przy okazji tego procesu (który zresztą wygrał) Maciek Kuroń tłumaczył dziennikarzowi „Wprost”, że oskarżanie jego pradziadka o bandytyzm to absurd, bo przecież w tamtych czasach Józef Piłsudski też napadał z bronią w ręku na pociągi. „A Władek Kuroń to prawdziwa legenda rodzinna – mówił. – Podobno rzucił kiedyś rozgrzanym żeliwnym piecem w carskich żandarmów”[15].

Anegdota związana z tym piecykiem dobrze obrazuje funkcjonowanie rodzinnej pamięci i przekuwanie rzeczywistości w legendę. Jacek Kuroń tak pisał w Wierze i winie: „Najmocniej utkwiła mi w pamięci historia, która nie miała nic wspólnego z rewolucyjnością Julka. Dziadek mieszkał w drewnianym domku. Na środku kuchni stała w zimie koza, metalowy piecyk z rurką. Była nagrzana do czerwoności, a mój ojciec ze swoją siostrą Igą siedzieli na ziemi i walili w tę rurę pogrzebaczem, patrząc, jak lecą iskry. Aż szarpnęli mocniej i koza upadła na podłogę. Cała rozpalona, nie da się podnieść, za chwilę będzie pożar chałupy. I Julek podszedł, plunął w ręce, złapał ten rozżarzony piecyk i postawił. Zatarł ręce i mówi: »Nie bijcie ich, nie bijcie, czemu na dzieci krzyczycie«”.

Legendy mają to do siebie, że z biegiem lat olbrzymieją. Maciek Kuroń w tej samej rozmowie opowiadał dziennikarzowi „Wprost”, jak to w rodzinie mówiło się, że Władysław Kuroń, pseudonim Julek, był na tyle znaczącą postacią, że kilkakrotnie wspominał o nim sam Piłsudski. Przyjrzyjmy się zatem kolejnej akcji Julka, tak jak ją opisał w Wierze i winie Jacek Kuroń: „Wykonał wyrok na księdzu, który pluł na bojowców z ambony, a potem poszedł do knajpy, spił się i śpiewał: A widzieli cztery orły, jak w górze leciały/ Pruski, ruski, austryjacki i nasz polski biały/ Nie minęły trzy minuty i cztery pacierze/Jak nasz polski tamtym trzem powyrywał pierze. Ktoś go sprzedał, pokazał, gdzie jest. Weszli Kozacy. Julek zerwał obrus, na którym stała lampa, rzucił w nich tą lampą, skoczył do okna i zaczął strzelać. Wzięli rannego i w 1907 albo 1908 roku powiesili. Więc jak dziadek trzymał mnie na kolanach, huśtał i śpiewał: Pojedziemy etapem, etapem, etapem/ Na Kamczatkę z kacapem, z kacapem, hej/ Zawiśniemy wysoko, wysoko, wysoko/ I spoczniemy głęboko, głęboko, hej – to wiedziałem, co to znaczy: zawiśniemy. Wiedziałem, że powiesili Julka i potem zakopali, nikt nie wie gdzie, bo zwłok nie wydano”.

I znów to samo: w publikacjach historycznych o rewolucji w Zagłębiu nie znalazłyśmy informacji o zabójstwie jakiegokolwiek księdza, choć zachowanie kleru jest w nich komentowane. Stanisław Andrzej Radek przytacza na przykład historię aresztowanych bojowców, którzy odmówili zeznań i obciążania kolegów, bowiem „składali przysięgę milczenia na krzyż”[16]. Otóż policja znalazła księdza, który poszedł do więzienia, by zwolnić ich z tej przysięgi. Zdarzało się, że robotniczy gniew kierował się przeciwko księżom, ale od tego do zabójstwa – droga daleka.

Władysław Wichrowski, mąż siostry Franciszka, tak pisał o swoim szwagrze: „W roku 1904 Władysław Kuroń uczestniczył ze mną i innymi robotnikami od Gampera w manifestacji zorganizowanej z polecenia PPS przeciwko mobilizacji rezerwistów na wojnę rosyjsko-japońską. W tym czasie został aresztowany i jako rezerwista wywieziony został w głąb Rosji. Od tego czasu rodzina już nie otrzymywała od niego żadnych wiadomości”[17].

Więc Julka chyba nie powieszono, tylko zaginął gdzieś w Rosji, dokąd wywieziono go albo zesłano w 1904 roku. Ale jest też wersja, że w 1906 roku zdążył jeszcze urodzić mu się syn Tadeusz, którego zresztą nigdy nie zobaczył[18]. Tak czy owak, Władysław Kuroń miałby niewiele czasu, by dokonać wszystkich przypisywanych mu przez rodzinną legendę brawurowych wyczynów.

Na spotkaniu z górnikami w 1981 roku Jacek opowiadał: „Jak były obchody rocznicy 1905 r., to Władek Kuroń miał dostać ulicę w Sosnowcu; niestety, ponieważ też się nazywał Kuroń, to mu nie dali. Kiedy ja byłem dzieckiem, chodziłem z dziadkiem, on mi takie różne rzeczy opowiadał. Takie moje marzenie o życiu, o przyszłości, jaką sobie wybiorę, to że ja będę bojowcem socjalistycznym, będę uciekał przed policją, będę drukował, tam mnie będą bili, zamykali itd. Zabawna historia, bo w wieku męskim spełniłem niemal wszystkie moje dziecinne marzenia, to się rzadko zdarza”[19].

Wielokrotnie cytowany tu Stanisław Andrzej Radek, prominentny bojowiec PPS, kiedy w latach dwudziestych zaczął pisać opracowania historyczne, sięgnął do wspomnień działaczy, archiwów partyjnych, akt sądowych, prasy. Wymienił z imienia i nazwiska 123 bojowców, ale zastrzegł, że nie wszystkie udało mu się odtworzyć. Nazwiska Kuronia wśród nich nie ma[20].

Jego Rewolucja w Zagłębiu Dąbrowskim to fantastyczny reportaż. Równie barwny jak opowiadania Franciszka o bracie Władysławie. I równie krwawy. Życie było tanie, jednego dnia ktoś pomógł policji w pościgu za bojowcem, a następnego dnia rodzina znajdowała jego zwłoki. Wedle szacunków Radka zagłębiowskie bojówki przez cztery lata działalności dokonały dziewięćdziesięciu napadów na monopole rządowe i instytucje państwowe (podczas napadów na sklepy monopolowe nie tylko rekwirowano kasę, ale też tłuczono butelki z wódką) oraz co najmniej dwieście pięćdziesiąt zamachów na funkcjonariuszy policji i wojska.

Do tworzenia legendy Organizacji Bojowej PPS przyczyniła się również literatura piękna, głównie twórczość Andrzeja Struga, autora popularnych opowiadań z cyklu Ludzie podziemni (sam Radek zresztą też napisał kilka nowelek, których bohaterami uczynił bojowców).

Jacek Kuroń tak nasiąkł opowieściami rodzinnymi, że sam czuł się niemal uczestnikiem rewolucji 1905 roku. Ale miał świadomość, że ojciec i dziadek, a też on sam, przeszłość mitologizują. „Nie wiem, co wziąłem z Andrzeja Struga, którego przeczytałem z wypiekami na twarzy w czasie okupacji, co z innych lektur – wyznawał w Wierze i winie. – Ale myślę, że podstawowy zrąb mojej wiedzy o tej rewolucji pochodzi jednak z opowiadań dziadka i ojca. Drukarnia, pedałówki, wylatujące gazety, Kozacy, rewizja…”.

„Franciszek Kuroń, oczytany i inteligentny robotnik, nie zdradzał się dla własnego bezpieczeństwa oraz ze względów taktycznych, że jest członkiem PPS. W 1906 roku udostępniał swoje mieszkanie (mieszkał na Środuli) na organizowanie konspiracyjnych szkoleń bojowców prowadzonych przez instruktorów Organizacji Bojowej PPS. Były to szkolenia we władaniu bronią krótką. Na czas zbiórek i szkoleń żona i dzieci F. Kuronia przenosiły się do rodziny lub znajomych”[21] – czytamy w oświadczeniu Wichrowskiego, robotnika w fabryce Fitzner i Gamper, weterana rewolucji 1905 roku[22].

Choć lepiej wykształcony niż większość wiejskich migrantów, najczęściej analfabetów, Franciszek nie zrobił takiej kariery jak jego najmłodszy brat. Julian z czasem dochrapał się w zakładach Fitzner i Gamper stanowiska, jego rodzinie przydzielono cały parter w solidnym, trzykondygnacyjnym domu dla fabrycznej kadry. Podobno chodził nawet w cylindrze. Co ciekawe, rodzina, kultywując legendę braci zaangażowanych w walkę o prawa robotnicze, z tym, któremu się powiodło, raczej nie utrzymywała kontaktów (Jacek Kuroń nigdy o nim nie wspominał).

Franciszek zapamiętał atmosferę po klęsce. „A potem – rewolucja przegrywa, wszyscy mają już dość, nie mają siły, a chłopcy-bojowcy biegają i strzelają; są zupełnie osamotnieni, zaszczuci, ze śmiertelną nienawiścią do wszystkiego wokoło, przede wszystkim do ludzi, że ich zdradzili”. Dziadek mówił: „Taki jest motłoch. Pójdzie krzyczeć, jak jest dobrze, a jak zaczyna być źle, to go nie ma”.

Po wielkiej wpadce działaczy PPS i bojowców w 1910 roku – aresztowano wtedy w Zagłębiu blisko trzysta osób – znowu zamarła działalność i trzeba ją było mozolnie odbudowywać. Wśród tych, którzy przejęli pałeczkę po aresztowanych, był przyszły prezydent Sosnowca Aleksy Bień, najpierw goniec, a później robotnik w fabryce Fitzner i Gamper.

Choć w dziejach zagłębiowskiej PPS ani o Franciszku, ani nawet o Władysławie Kuroniu nie udało nam się znaleźć żadnej wzmianki, pojawia się tam nazwisko członka dalszej rodziny – Tomasza Trąmbskiego, robotnika w zakładach Fitzner i Gamper, działacza fabrycznego koła PPS, kolportera bibuły mieszkającego na osiedlu Środula[23]. Henryk Kuroń wspominał o Trąmbskim jak o kimś bliskim i nazywał go swoim bratem, choć faktycznie mogli być co najwyżej braćmi ciotecznymi[24].

W latach przed I wojną światową Trąmbski był jedną z kluczowych postaci w zagłębiowskiej siatce kolportażowej pepeesowskiej prasy, a w jego mieszkaniu na Środuli przez jakiś czas mieścił się nawet magazyn nielegalnych druków (Henryk lubił opowiadać, że on sam po raz pierwszy zetknął się z podziemnymi pismami jeszcze w pieluchach, bo rodzice w czasie rewizji schowali mu je do kołyski). Łatwo można sobie wyobrazić, że chłopcu w wieku Henryka – miał wtedy siedem–dziewięć lat – taki konspirujący krewniak musiał szalenie imponować. O tym, że rodzina zajmuje się przemytem i rozpowszechnianiem bibuły, wiedział z podsłuchanych rozmów, dorośli zresztą – jak opowiadał – nie kryli się z tym przed dziećmi[25].

W swoich wspomnieniach Aleksy Bień opisuje wstydliwy epizod z historii Zagłębia. Jest osiem lat po rewolucji 1905 roku i Zagłębie obchodzi – razem z resztą imperium – trzechsetną rocznicę panowania carskiej dynastii Romanowów, „krwawych bandytów i zbrodniarzy świata”: „Żadne Boże Ciało, żaden Kongres Eucharystyczny nie widział tak odświętnie ubranych ulic, domów, sklepów i balkonów, jak to miało miejsce 6 marca 1913 r. w Zagłębiu. Olbrzymie węże plecionych łańcuchów i koron ze świerku i jodły, przybrane trójkolorowymi carskimi barwami, przecinały ulice od domu do domu, balkony i okna frontowe wyłożone były dywanami i kobiercami, na których tle jaśniały portrety cara, rodziny carskiej i inicjały Domu Romanowych”[26].

Stanisław Andrzej Radek, który książkę Bienia opatrzył przedmową, komentował to tak: „Najmężniejsze serce zda się musiało zwątpić w możność ponownej walki o Wolność i Niepodległość”[27].

Rozdział 2.

W CZERWONEJ REPUBLICE

Kiedy wybuchła I wojna światowa, Henryk Kuroń miał dziewięć lat i był uczniem szkoły powszechnej[1]. Na jego oczach zaczął się rozgrywać wielki historyczny spektakl.

Z Zagłębia wyszli Rosjanie. Opuszczone przez nich miejsce zajęli Austriacy i Niemcy. Plany Piłsudskiego, by ogłosić w Zagłębiu powstanie, które doprowadziłoby do odrodzenia niepodległej Polski, nie ziściły się. Niemcy nie wpuścili oddziałów Legionów do Zagłębia. Działania piłsudczyków utrudniali też miejscowi endecy, prorosyjscy i zachowawczy. Opanowane przez nich straże aresztowały emisariuszy Piłsudskiego, zdzierały plakaty i ulotki wzywające ochotników pod broń, a nawet wydawały ich Niemcom, kiedy okazywało się, że są uzbrojeni. Sceną największych starć między piłsudczykami a endekami, którzy czekając na powrót Rosjan, wysługiwali się Niemcom, był właśnie Sosnowiec[2]. Mimo to w Zagłębiu do Legionów zgłosiło się ponad dwa i pół tysiąca ochotników, wśród nich młodzi robotnicy i uczniowie starszych klas. Skoszarowano ich w dwóch sosnowieckich szkołach.

Dla Kuroniów, podobnie jak dla innych rodzin robotniczych, niemieckie rządy w Sosnowcu oznaczały utratę pracy ze wszelkimi tego konsekwencjami. Niemcy zamykali bowiem fabryki, a maszyny i urządzenia wywozili na Śląsk i instalowali je tam, by zniszczyć konkurencyjny zagłębiowski przemysł. Wywozili też robotników, jako „jeńców cywilnych”, do pracy w swoich zakładach. W drugim roku wojny uruchomili tylko kopalnie. Zagłębie wyludniło się dramatycznie, robotnicy masowo wyjeżdżali za zarobkiem, zresztą głównie do Niemiec, a pozostali mieszkańcy, w większości kobiety i dzieci, nierzadko żyli z pomocy organizacji dobroczynnych. Niemcy ogołacali Zagłębie z żywności. Ludzi zabijała puchlina głodowa. Co miesiąc z głodu umierało stu–stu dwudziestu mieszkańców.

Za pracą do Niemiec wyjechał Franciszek Kuroń. Przysyłał stamtąd pieniądze na utrzymanie żony i piątki dzieci (po Henryku urodził się w 1909 roku jeszcze drugi syn, Bogumił). Nie mogły to być duże sumy, rodzinie doskwierał głód. Henryk przez kilka lat odgrywał rolę najstarszego mężczyzny w rodzinie.

Henryk Kuroń, ojciec Jacka, około 1925 roku.

To był czas jego przyspieszonego dojrzewania. W roku 1916 zdał do gimnazjum, ale czasy wojny nie sprzyjały nauce, choćby ze względu na pauperyzację Kuroniów. Henryk pisał, że przerwał naukę, bo musiał pomagać finansowo rodzinie, i podjął pracę w kopalni[3]. Zatrudnianie dzieci w kopalniach było w tamtych czasach dość powszechne. Przepisy zezwalały na pracę na dole od piętnastego roku życia, ale na powierzchni mogły pracować już nawet dwunastolatki.

Henryk miał niespełna czternaście lat, kiedy skończyła się wojna. „Wszystko, co żyło, wyległo na ulice. O godzinie 10 przed południem odezwały się syreny fabryczne, robotnicy porzucili pracę i stawali grupami na ulicach – pisał o 11 listopada 1918 roku w Sosnowcu Konstanty Ćwierk, znany zagłębiowski dziennikarz dwudziestolecia międzywojennego. – Ulicami przeciągały manifestacje robotnicze ze sztandarami, tu i ówdzie rozlegały się strzały karabinowe z rąk cywilów, którzy zdobyli już broń na Niemcach”[4].

Był to pierwszy dzień niepodległej Polski. Henryk Kuroń wszedł wraz z kolegą przez okno na wartownię posterunku wojskowego i zażądał, by żołnierze oddali broń. „Nawet chętnie dali się rozbroić” – opowiadał swojemu synowi Felkowi. Za czyn ten otrzymał dyplom numer 251, do dziś przechowywany w rodzinnych papierach: „Ma prawo noszenia pamiątkowej odznaki rozbrojenia Niemców i Austriaków w Sosnowcu w dn. 11 listopada 1918 r.”.

Był jednym z rzeszy nastolatków, których poniósł temperament i patriotyczne uniesienie. W biografii sławnego śpiewaka Jana Kiepury, „chłopaka z Sosnowca” (starszego od Henryka o niespełna trzy lata), znalazłyśmy wspomnienie szkolnego kolegi, który razem z nim i jeszcze kilkoma uczniami udał się do jednej z fabryk, by rozbroić wachę. Zapamiętał dźwięczny, donośny głos Kiepury, gdy ten skandował: „W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej żądam wydania broni”[5].

Ćwierk opisuje dalej, że po ulicach Sosnowca biegały dzieci obwieszone granatami ręcznymi i z karabinami większymi od nich samych. „Prawdę rzekłszy, to całego tego rozbrojenia dokonała głównie młodzież, nieprzekraczająca lat 20. Przedziwne to było wojsko i przedziwna władza. Więcej tam było dziecięcej radości, że tęgie Niemcy wystraszone widokiem 15-letniego obywatela oddają mu broń w ręce, niż jakiegoś surowego bohaterstwa”[6].

Akcja rozbrajania żołnierzy niemieckich trwała od bladego świtu przez cały dzień, póki ostatni niemiecki żołnierz nie przeszedł na drugą stronę granicy. W całym Sosnowcu nikt chyba oka nie zmrużył, bo do rana strzelano na wiwat. Nic właściwie, żadne polityczne podziały, nie zakłóciło tego pierwszego dnia, „najpiękniejszego dnia w życiu naszego pokolenia”[7] – kończy Ćwierk.

Henryk Kuroń wyrósł na namiętnego gawędziarza, ale miał też serce do pisania, o czym świadczą jego życiorysy, krótsze i dłuższe, czasem pełne swady. W archiwach i rodzinnych papierach zachowało się ich dwadzieścia kilka. Pisane na przestrzeni ponad półwiecza (pierwszy powstał w 1925 roku i złożony został na Politechnice Lwowskiej; ostatni – w marcu 1982 roku, na pół roku przed śmiercią, miał być załącznikiem do starań o kartę kombatanta w Związku Bojowników o Wolność i Demokrację), różnią się mniej lub bardziej istotnymi detalami, a też nie zawsze wszystko się w nich zgadza. Na każdym jednak odcisnęła swoje piętno barwna osobowość Henryka, „czwartego dziecka ślusarza z fabryki kotłów Fitzner i Gamper”, jak zaczynał niemal każdy swój życiorys[8].

Po tym rytualnym wstępie (tyle że tym razem słowo „ślusarz” zastąpił słowem „traser”) w maju 1974 roku Henryk Kuroń pisał: „Dzieciństwo konfliktowe: rewizje ochrany, strajki, wojna, okupacja, rozłąka z ojcem (robota w Niemczech), strzały do demonstrujących i głód. Odzyskanie Niepodległości, proklamacja Sieleckiej Republiki Rad i po upływie niespełna roku jej likwidacja – oto bieg wypadków, które zadecydowały o mej postawie proletariusza”[9].

Początki Sieleckiej Republiki Rad, dziś zapomnianej, opisuje działacz Rady Delegatów Robotniczych Zagłębia Henryk Bitner, pseudonim Bicz. W broń zdobytą 11 listopada na żołnierzach niemieckich „natychmiast uzbrojono kilkuset robotników, z których stworzono Czerwoną Gwardię Robotniczą; zajęła ona w tym samym dniu Sielec – najbardziej proletariacką część miasta Sosnowca”[10].

Do przejęcia władzy w uwolnionym od okupantów mieście szykowały się najróżniejsze siły polityczne, o wpływy walczyli endecy, PPS, a także skrajna lewica mająca silne oparcie w zagłębiowskich kopalniach, hutach i fabrykach, zapatrzona w rosyjskie rady delegatów z ich hasłem „cała władza w ręce rad”. Rewolucyjne nastroje w Zagłębiu narastały już od kilku miesięcy, co i raz wybuchały strajki, robotnicy domagali się podwyżek, ośmiogodzinnego dnia pracy, ubezpieczeń. Ukonstytuowanie się Rady Delegatów Robotniczych Sosnowca zajęło zaledwie trzy dni, w czasie których w sosnowieckich zakładach odbyły się wybory jej przedstawicieli. „Wybraliśmy Rady Delegatów Robotniczych – głosiła odezwa – aby nie być jak piasek, którym lada podmuch pomiata, ale spojeni jak granit jedną myślą i jednym czynem”[11]. Czerwona Gwardia stała się zbrojnym ramieniem Rad.

Republika Sielecka obejmowała między innymi Środulę i Konstantynów wraz z fabryką Fitzner i Gamper, osiedla, gdzie mieszkała rodzina Henryka. Do siedziby Rady Delegatów Sosnowca Henryk miał trzy kroki, a „sztab Czerwonej Republiki to – jak pisał – nasi sąsiedzi z tej samej ulicy”. Wymienił ich nazwiska, na koniec – komendanta Czerwonej Gwardii („syna starego Szmidta, który powrócił z Syberii”). „Niewiele był starszy ode mnie” – dodał z zazdrością. A po latach chwalił się: „Byłem chyba najmłodszym rusznikarzem Czerwonej Gwardii (ochrony Republiki Sielc) Kopalni Renard (dziś Lenina) zapoznającym górników z maszynerią karabinów (sic!), czego nauczyłem się od landwery, wyręczających się naszymi rękami, czyszcząc im karabiny”[12].

Ruch rad robotniczych, które powstawały w całym kraju, odbierany był jako zagrożenie dla tworzącego się państwa polskiego. Państwa ościenne – Rosja, Niemcy – a także Węgry ogarnięte były rewolucją. Józef Piłsudski w kilka dni po wyjściu z Magdeburga, 12 listopada, wydał dowódcy brygady w Krakowie rozkaz trzymania w gotowości co najmniej dwóch kompanii, żeby w „razie potrzeby dopomóc zagrożonym punktom” w „zagrożonym rozkładem maksymalistycznym” Zagłębiu. Użycie wojska było ostatecznością; kolejne rządy polskie, w których znaczną rolę grali działacze PPS, szybko wprowadzały natomiast głębokie reformy społeczne. Pierwszym aktem prawnym, który podpisał Piłsudski jako naczelnik państwa, był dekret o ośmiogodzinnym dniu pracy.

Stan dwuwładzy, jaki stwarzały Rady Delegatów Robotniczych, był dla państwa polskiego nie do przyjęcia. 21 grudnia 1918 roku żołnierze otoczyli siedzibę Rady w Republice Sieleckiej, a ta – wobec groźby bratobójczej walki – zgodziła się ogłosić likwidację Czerwonej Gwardii. Gwardziści mieli oddać broń i zdjąć czerwone kokardki. Taki był koniec Czerwonej Republiki. Następnego dnia patrol wojskowy za odmowę odpięcia kokardki zastrzelił górnika Władysława Dyląga, jednego z działaczy robotniczych, których Henryk wymieniał jako swoich sąsiadów. Rada Delegatów Robotniczych Zagłębia[13] działała jeszcze siedem miesięcy, w lipcu 1919 roku – Rady w całym kraju organizowały wtedy demonstracje przeciw wojnie toczonej przez Polskę na wschodzie – jej członkowie zostali aresztowani.

„Gdy armie czerwone przekroczyły Bug i zbliżyły się do Wisły, do bram stolicy, nagle coś wstrząsnęło do głębi narodową jaźnią – pisał Henryk Kuroń w szkicu Rok 1920. – Potężnym płomieniem wystrzelił gorący patriotyzm klasy robotniczej. Masy chłopskie poruszyły się po raz pierwszy w naszych dziejach do solidarnej obrony ojczyzny. Warstwy pośrednie pośpieszyły z moralną i materialną pomocą, nie szczędząc swego mienia, a pokolenie młodzieży stanęło żywym murem w szeregach armii ochotniczej”[14].

Takim też „żywym murem” stanął piętnastoletni Henryk, zgłaszając się do wojska wraz z ponad stu tysiącami ochotników latem 1920 roku. Wojna z bolszewikami ciągnęła się ze zmiennym szczęściem już z górą rok. Wiosną 1920 roku wojska polskie dotarły aż do Kijowa – Piłsudski dążył do ustanowienia polskiej granicy jak najdalej na wschód i stworzenia wielonarodowej federacyjnej Rzeczypospolitej – ale wkrótce Armia Czerwona ruszyła do ofensywy. „Na Zachód! Droga do pożogi świata wiedzie przez martwe ciało białej Polski” – brzmiał rozkaz dowódcy bolszewickich wojsk. W sierpniu czerwonoarmiejcy podeszli pod Warszawę.

„Na chodnikach bieliły się apele: »Jeszcze jesteś w cywilu, wstyd, dzieci już poszły na front, wstąp dzisiaj do wojska« – opisywał Henryk Kuroń tamto lato. – I rzeczywiście biura werbunkowe nie mogły sprostać nawale zgłaszających się ochotników. Nieletnich chłopców uczono obchodzenia się z bronią w wagonach kolejowych idących na front, bo nie było już czasu na należyte przeszkolenie wojskowe. Po kilku zaledwie godzinach podróży wyładowywano młodocianych żołnierzy na pozycje często pod ogniem karabinów i armat”.

Henryk Kuroń dodaje w swoim szkicu, że „służył w 2 pułku artylerii ciężkiej legionów w stopniu bombardiera”. Nie brał udziału w sierpniowej bitwie warszawskiej, gdy wojsko polskie odepchnęło bolszewików; jego oddział był w odwodzie na lewym brzegu Wisły, na południe od Dęblina. Zapowiada, że „opowie nieco obszerniej” o swoich późniejszych losach „w 4 baterii stacjonującej we wsi Wacyn pod Radomiem” – ale na tym maszynopis się urywa. Nie wspomina o swoich przeżyciach, cytuje za to korespondencję z „Kuriera Warszawskiego”: na widok „wężyków legionowych na kołnierzu” polskich oficerów, którzy pojawili się w polskiej wsi zajętej przez Armię Czerwoną, jednej z kobiet „po zapadłych policzkach zaczęły płynąć łzy, od pereł drogocenniejsze”[15].

Jacek pamiętał co innego: „O 1920 roku ojciec opowiadał straszne rzeczy. To, co pisze Babel o stronie rosyjskiej, on opowiadał o polskiej. Nie dawał mi żadnej pigułki znieczulającej, dostawałem tę wojnę taką, jaką ją widział. Był na froncie, szedł naprzód, uciekał, gryzły go wszy, walczył, zabijał”.

Jedną z takich opowieści Jacek przytoczył: „Przyszła kompania do żydowskiego miasteczka, zarządzili o ósmej godzinę policyjną, czekają, co będzie dalej. I rzeczywiście, złapali dwóch, którzy gdzieś się przemykali. Zażądali od gminy wykupu w złocie. Gmina próbowała się targować, więc jednego rozstrzelali. Za drugiego dostali złoto, mieli tego złota tyle, że nie mogli unieść, i jak przyszło wiać, to wszystko musieli wyrzucić”.

Najbardziej wstrząsającym wspomnieniem Henryka z wojny bolszewickiej, które Jacek powtarzał dziesiątki razy i zapisał w autobiografii, była historia rozstrzeliwania dezerterów w warszawskiej Cytadeli. Ojciec „zaczął od tego, że rozstrzeliwał. Bo kiedy zgłosił się na ochotnika, skierowano go do plutonu egzekucyjnego na Cytadeli. W tym forcie na Żoliborzu na wprost domu, gdzie dziś mieszkam – rozwalali dezerterów. Budzi się świt, z fortu żoliborskiego wyprowadzają dezertera – według ojca starszego, zniszczonego człowieka, a ojciec miał piętnaście lat – który staje przed plutonem i woła: »Chłopaki, jest z was który z Rembertowa?«. Milczą. »Chłopaki, jest z was który z Rembertowa?«. Milczą, bo się odezwać nie wolno. »Jak który jest, to powiedzcie tam, że taki a taki zginął«”.

Wanda Kuroń z domu Rudeńska i Henryk Kuroń, rodzice Jacka, lata trzydzieste.

Ówczesna prasa nagłaśniała wiece, na których domagano się „pozbawienia prawa do ziemi tych, którzy uchylać się będą od służby w wojsku” (chłopi dezerterowali na żniwa), i przypominała, że za dezercję grozi sąd doraźny. W dzisiejszych popularnych publikacjach historycznych trudno znaleźć jakikolwiek ślad rozstrzeliwania polskich dezerterów z wojny z bolszewikami w warszawskiej Cytadeli. To pewnie fakt pomijany, wstydliwy, zważywszy na to, ilu Polaków więzili tam i zabili rosyjscy zaborcy. W Cytadeli stacjonował podczas wojny 1. Warszawski Batalion Wartowniczy, a w słynnym X Pawilonie, gdzie za cara siedzieli polscy patrioci, ulokowany został areszt Żandarmerii Wojskowej. Świeża była wtedy pamięć o straconych na Cytadeli dwustu pięćdziesięciu uczestnikach rewolucji 1905 roku, głównie bojowcach PPS. Niemniej w 1920 roku w Cytadeli rozstrzeliwano, i tak „Kurier Poranny” z 15 sierpnia pisze w małej notce o egzekucji czterech dezerterów[16]. Może Henryk służył i tam, w baonie wartowniczym. Może widział egzekucję. A może tylko o tym czytał.

Po powrocie z wojny, jesienią 1920 roku, Henryk Kuroń zatrudnił się na pół roku jako kopista w fabryce kotłów Fitzner i Gamper (w życiorysie złożonym na Politechnice Lwowskiej nadmieni, że wybrał pracę w kreślarni powodowany zamiłowaniem do rysunku technicznego). Zagłębie żyło wtedy sprawą Śląska, dopiero co skończyło się drugie powstanie śląskie, trwały przygotowania do plebiscytu, który miał rozstrzygnąć, czy te bogate i wysoko uprzemysłowione ziemie przypadną Polsce czy Niemcom. Od wybuchu pierwszego powstania, w 1919 roku, Sosnowiec był głównym ośrodkiem wsparcia walki o polski Śląsk (w fabryce Fitzner i Gamper mieścił się jeden ze sztabów). To stąd szły apele, petycje i naciski polityczne do Warszawy, żeby energiczniej zajęła się sprawą. To tu organizowały się oddziały, które ruszały do walki, działały szpitale, obozy uchodźców, wychodziła prasa powstańcza.

Henryk Kuroń podawał, że był łącznikiem w sosnowieckim „sztabie kapitana Dreyzy”, założyciela Polskiej Organizacji Wojskowej na Śląsku, że był instruktorem w Związku Strzeleckim, że w akcji plebiscytowej działał jako agitator za przyłączeniem Śląska do Polski i został „pobity przez Francuzów w kolonii francuskiej na Śląsku”, że brał udział w trzecim powstaniu[17]. Trudno to zweryfikować. Najpewniej jakoś w tym wszystkim uczestniczył, ale też – jak to miał w zwyczaju – po latach wyolbrzymiał swoją rolę. Powstania śląskie i plebiscyt nie weszły zresztą do mitologii rodzinnej Kuroniów. Dużo bardziej lubili opowiadać o sprawie robotniczej.

„Jadę do Kopalni Generał Zawadzki na spotkanie i przypomina mi się, że ojciec pracował w tej samej kopalni co Zawadzki[18] – opisywał Jacek jedno ze spotkań w czasie pierwszej Solidarności. – Pytam – czy tu kiedyś była kopalnia Reden? Mówią mi, że tak. Zagrało mi w sercu; dla mnie to 1905 rok, to stryj Julek, który tu strzelał, to ojciec, który tu pracował. Przyszedłem do mojego prawdziwego źródła, stąd jestem”[19].

„Spotkanie było między zmianami – kontynuował Jacek. – Stoją górnicy, cała kopalnia, jedni jeszcze czarni, drudzy za chwilę zjadą na dół. I zaraz zaczepił mnie ubeczek, ustawiony do zagrywy: »Niech no pan opowie, panie Kuroń, coś o swoich rodzicach, gdzie oni pracowali«. »Mój ojciec jest z Sosnowca, pracował na tej kopalni, był drugim maszynistą« – uśmiechnąłem się. Jakbym im zapłacił, żeby mi zadali takie pytanie. Gdybym sam to powiedział, toby było mizdrzenie się. Więc o Julku, który zastrzelił tam dyrektora kopalni, nie powiedziałem. Mógłbym to sprzedać, ale uznałem, że nie, że to moje, prywatne. Wtedy dużo jeździłem na spotkania z ludźmi, ale pierwszy raz mówiłem do górników, więc to było przeżycie, bo w domu rosłem w kulcie górniczego trudu”.

O Redenie Jacek opowiadał też i taką barwną historyjkę: „Zepsuła się ważna maszyna, właściciel sprowadził fachowca z Francji, żeby ją naprawił. Francuz rozebrał maszynę, złożył, znów rozebrał i nic. Tymczasem Henryk Kuroń zauważył, że któraś z rurek zatkała się smarem. Poprosił, żeby go zostawili samego, przedmuchał rurkę, maszyna ruszyła. Dali mu za to 2000 zł i stypendium na studia na politechnice we Lwowie. Pojechał, poznał moją mamę i tak ja się urodziłem”[20].

Wkrótce potem, już w stanie wojennym, Jacek pisał do swego ojca z więzienia w Białołęce: „Tatku kochany. Żyję zupełnie porządnie, jako że jestem przecież przyzwyczajony. A jak ty się czujesz w roli ojca przetrzebionej rodziny? Właściwie to nie powinieneś być niezadowolony. Ostatecznie sam tego chciałeś. Przecież to wszystko z tych historyjek, które mi opowiadałeś w dzieciństwie, jak to mówi Grażyna: tata ci opowiadał bajki, a ty to wszystko wziąłeś na poważnie. Jak widzisz, obciążam Ciebie odpowiedzialnością. Tyle że, jak wiesz, nie tylko nie mówię tego przeciw Tobie, ale przeciwnie – cieszę się. Za Maćka już odpowiadam bezpośrednio ja. No, ale to są wszystko ozdoby, każdy człowiek sam sobie wybiera swój los”[21].

Rozdział 3.

LWÓW I LWOWIANKI POKOCHAŁ BEZGRANICZNIE

Na pierwszej stronie poczytnego lwowskiego dziennika „Chwila” widnieje wielki anons balu: „Najweselsza zabawa karnawału. Reduta dziennikarzy. Dziś w sobotę 25 lutego w salach Hotelu Krakowskiego. Ścisła kontrola zaproszeń”[1]. Na tym właśnie balu, podczas karnawału 1933 roku, Henryk Kuroń wpisał się do karnetu nieznanej mu wcześniej panny, dwudziestodwuletniej Wandy Rudeńskiej, przyszłej matki Jacka.

Zdarzenie to nie weszło do zestawu rodzinnych anegdot. O tym, że para poznała się na balu, wiemy od jednego z krewnych Wandy. Henryk – wielbiciel kobiet, człowiek szalenie towarzyski i wesoły – na imprezy chadzał, kiedy tylko mógł. Czuł się we Lwowie świetnie, „Lwów i lwowianki pokochał bezgranicznie”[2], nawiązał tu znajomości i przyjaźnie, które kultywował do końca życia.

Lwów uchodził za najbardziej rozbawione miasto II RP. Pięknie położony w malowniczej kotlinie i na otaczających ją wzgórzach rozkwit przeżywał pod koniec XIX i na początku XX stulecia, kiedy był stolicą Galicji i Lodomerii, prowincji monarchii habsburskiej, oraz siedzibą jej parlamentu. Dla swych szerokich bulwarów, wspaniałych parków, niezliczonych kawiarni, bogatego życia kulturalnego i akademickiego zwany bywał małym Wiedniem. W niepodległej Polsce stał się prowincjonalnym miastem na wschodnich rubieżach, zachował jednak blask i ogromną siłę przyciągania.

Ówczesna prasa, nie tylko bulwarowa, a także książki i artykuły wspomnieniowe dostarczają barwnych opisów balów w restauracjach, hotelach, klubach, kasynie miejskim, zwłaszcza w karnawale. Gospodarzem interesującego nas balu był Syndykat Dziennikarzy Lwowskich z prezesem Bronisławem Laskownickim, redaktorem naczelnym najpopularniejszego dziennika lwowskiego „Wiek Nowy” (wkrótce zostanie szefem Henryka Kuronia), i wiceprezesami Henrykiem Heschelesem, naczelnym żydowskiej „Chwili”, oraz Władysławem Świrskim, redaktorem organu lwowskich narodowców, współzałożycielem tamtejszej Młodzieży Wszechpolskiej. Przyszło ponad tysiąc osób, „w tym przedstawiciele władz państwowych, samorządowych, instytucji kulturalno-oświatowych, palestry, świata sędziowskiego, sfer bankowych, przemysłowych, świata teatralnego”. Gazety oczywiście uznały bal za „kulminacyjny punkt karnawału”[3].

W „Wieku Nowym” czytamy: „Z pośród płci pięknej, której tualety i kostjumy mieniły się wszystkiemi kolorami tęczy, tak że formalnie oślepiały swemi wspaniałemi blaskami – sprawozdawca zdołał zaledwie znikomą część tualet i ich nadobne właścicielki zanotować w notesie sprawozdawczym”. Tu następuje opis kilkudziesięciu pań i ich toalet, w tym „Arct-Jampolska, czarne crêpe satin z białem sortie; p. Januszowa Laskownicka, flamizoł czarne bolero z pailletów; p. Rottenberg, stylowa Biedermayer; p. Schafferowa, czarna żorżetta, płaszcz velour chiffoné z gronostajami; p. v. Thieman, suknia z gazoliny czerwonej z czarnemi różami”. Wśród dwudziestu trzech zdobywczyń „równorzędnej nagrody za piękne tualety, urodę i taniec”[4] figuruje panna Wanda Rudeńska. Niestety, sprawozdawca nie odnotował, za jaki strój czy taniec została wyróżniona.

Wanda na bal nie przyszła sama, pannom towarzyszyli rodzice lub inny opiekun. Jej ojciec Adam był przez lata wiejskim nauczycielem i kierownikiem szkoły w Lackiej Woli nieopodal Mościsk, długo i dobrze zachowanym w tamtejszej pamięci. Matka Joanna, też nauczycielka, pochodziła ze znanej rodziny Modelskich. Oprócz Wandy mieli jeszcze sześć córek i syna.

Odtworzone w latach dziewięćdziesiątych przez ciotkę Jacka Kuronia drzewo genealogiczne wywodzi Modelskich od kasztelana Andrzeja, który walczył pod komendą Stefana Czarnieckiego. Jego brat poległ w 1621 roku z rąk Turków w bitwie pod Chocimiem. Dziadek Wandy, Teofil Modelski, bił się w powstaniu styczniowym jako kosynier u Langiewicza, pochowano go w kwaterze powstańców na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Jeden z wujków Wandy, Izydor, legionista, zawodowy oficer, walczył w wojnie polsko-ukraińskiej w oddziałach Sikorskiego i dosłużył się stopnia generała. Drugi wuj, Teofil Emil, był profesorem historii na uniwersytetach we Lwowie i w Wilnie.

Wanda chodziła do renomowanego gimnazjum żeńskiego sióstr de Notre Dame we Lwowie. W jednodniówce szkoły wydanej w 1929 roku zamieszczono wiersz jej siostry Stanisławy, uczennicy piątej klasy gimnazjum – Wanda była wtedy w klasie siódmej: „Ojczyzna nasza – z krwi Orląt powstała, / Ze znojnych trudów wygnańców Kamczatki, / Niechaj z rozłogów Twych poległych ciała / Powstaną dzisiaj i przyjdą na świadki…”[5].

Po maturze Wanda skończyła roczne kursy w szkole ekonomiczno-handlowej. Kiedy poznała Henryka, miała posadę w ubezpieczalni, zarabiała sto dwadzieścia złotych (zupełnie nieźle), jednocześnie studiowała prawo na Uniwersytecie Jana Kazimierza.

Henryk Kuroń przeszedł daleką drogę od września 1925 roku, gdy jako dwudziestolatek przyjechał do Lwowa z robotniczego Sosnowca, żeby rozpocząć studia na Wydziale Mechanicznym Politechniki. Z dokumentów, jakie złożył wtedy na uczelni, dowiadujemy się, że zamieszkał na stancji, za dwadzieścia pięć złotych komornego, a z domu dostawał do stu złotych miesięcznie (składali się na to ojciec i starsze siostry)[6]. Studia były teoretycznie bezpłatne, ale obowiązywały rozliczne „opłaty akademickie”, na przykład za przystąpienie do egzaminu, korzystanie z laboratorium; musiał więc dorabiać.

We Lwowie Henryk po raz pierwszy zetknął się z konfliktami narodowościowymi, przekleństwem ówczesnej Polski. Kiedy tam zamieszkał, od wojny polsko-ukraińskiej i słynnej obrony Lwowa minęło ledwie siedem lat, rany były świeże, zresztą obie strony – zwłaszcza silniejsza, Polacy – robiły wszystko, by się nie zabliźniły.

Walki wybuchły pod koniec I wojny światowej. Rozpadały się europejskie imperia, a przed Polakami i Ukraińcami otworzyła się szansa na własne państwa i zaczęły konflikty o ich granice. 1 listopada 1918 roku Ukraińcy ogłosili Lwów stolicą Państwa Ukraińskiego, na co Polacy, przede wszystkim młodzież, a nawet dzieci – Orlęta Lwowskie – ruszyli do boju. „Bez broni rzucano się na uzbrojone oddziały, zdobywając na nich broń i amunicję. Odtąd walka poszła raźniej. O głodzie i chłodzie stali na posterunku młodzi »żołnierzykowie«, zdobywając piędź po piędzi rodzinnego miasta”[7] – opisywał znany historyk Fryderyk Papée. Po trzech tygodniach Ukraińcy zostali wyparci. Nastąpiło czteromiesięczne oblężenie Lwowa, przełamane dopiero wiosną przez przysłane w końcu na odsiecz wojsko polskie. Wojna skończyła się pół roku później klęską Ukraińców, którym na własne państwo przyszło czekać następnych siedemdziesiąt lat. W zdobytej Galicji Wschodniej Polacy byli mniejszością, jednak w otoczonym ukraińskimi wioskami i żydowskimi sztetlami Lwowie dominowali.

Jacek Kuroń opowiadał o swojej rodzinie: „Ojciec miał na sprawy polsko-ukraińskie spojrzenie z zewnątrz i stąd zrodziła się jego żywiołowa proukraińskość, czego już nie mogłem nauczyć się od rodziny ze strony mamy, pochodzącej z tych właśnie stron. A było i tak, że mężowie moich ciotek nauczycielek byli byłymi Ukraińcami, bo oni, wchodząc w inteligencję polską, zacierali swoje ukraińskie korzenie. Miałem wujka straszliwie proendeckiego, z którym poważnie ścierałem się w sprawach ukraińskich, a który dopiero bardzo już stary powiedział mi: no cóż, my należymy do tych, co Gente Rutheni, Natione Poloni. Po raz pierwszy przyznał się, że jest Ukraińcem. To pokazuje też sytuację Ukraińców na tych terenach”[8].

Wkrótce po przyjeździe z Sosnowca Henryk Kuroń mógł zobaczyć, czym dla polskiego Lwowa był triumf nad Ukraińcami. Jak co roku w listopadzie rocznicowe uroczystości wypełniły miasto. „Sztandary, transparenty na budynkach, orkiestry wojskowe grające na publicznych placach miasta, defilady wśród świateł pochodni z udziałem formacji wojskowych, legioniści, weterani – obrońcy Lwowa i ci paramilitarni, związki sportowe i strzeleckie, wojskowe zawody sportowe, wszystko to kulminowało się w rzymskokatolickiej mszy świętej – opisywała erupcję patriotycznych uczuć niemiecka historyczka Anna Veronika Wendland. – Ta kultura celebrowania świąt unaoczniała w całym mieście nie-Polakom i nierzymskokatolikom lwowskim (jakby nie było jednej trzeciej społeczeństwa): do nas należy ulica, do nas należy miasto”[9].

Akurat tej pierwszej jesieni Henryka we Lwowie centralnym punktem uroczystości stała się jego uczelnia, gdzie hucznie odsłonięto pomnik Orląt, „na którego budowę społeczeństwo lwowskie przez szereg lat składało ofiary”. Politechnika Lwowska podczas wojny oddała swój gmach na szpital polowy, a jej studenci masowo zgłaszali się do walki. Tablica z długą listą nazwisk poległych w 1918 roku studentów wisiała w holu głównego gmachu. Na zewnątrz, na frontonie budynku, wmurowane było zaszczytne odznaczenie Krzyż Obrony Lwowa. Teraz, na bocznym dziedzińcu, gdzie podczas wojny ulokowano tymczasowy cmentarz, licznie zebranym dostojnikom, delegacjom i „rzeszom polskiej ludności”[10] ukazał się pomnik Orląt. Monumentalną, siedmiometrową bryłę zwieńczał ogromny orzeł, z przodu wyryto płaskorzeźbę archanioła Gabriela z mieczem, z tyłu – nazwiska pochowanych tu Polaków.

Musiał tam być też Henryk i pewnie uległ nastrojowi, bo podobnie jak Jacek miał w sobie zarówno sceptyczny dystans, jak i skłonność do patriotycznych wzruszeń. Najlepszym dowodem jest, że w kulcie Orląt wychował syna i Jacek często opowiadał, jak wyśpiewywał w dzieciństwie: „Bronią Lwowa polskie dzieci, znosząc razy, śmierć i ból”. Jacek wielokrotnie wspominał też kolumnadę pomnika Orląt, którą – jak twierdził – widział z okien swego domu. Widział ją raczej oczyma duszy, bo nie było możliwości, by ją stamtąd zobaczyć. Po latach, gdy zabiegał o pojednanie polsko-ukraińskie, z bólem pisał o bratobójczej wojnie i zauważał, że pomnik chwały oręża polskiego wzniesiono „nie pod Warszawą, dla uświęcenia bitwy o Warszawę, która przesądziła losy wojny z 1920 i niepodległości Polski, ale we Lwowie!”[11].

Wanda i Henryk Kuroniowie, 1935 rok.

W listopadzie swojego pierwszego roku we Lwowie Henryk świętował jeszcze inną rocznicę – wybuchu rewolucji październikowej. Obchody były tajne, a zorganizowano je w lokalu związku zawodowego stolarzy. Tam Kuroń zwrócił uwagę na zabierającego głos Jana Blatona, kolegę z roku, który wkrótce stał się jego najlepszym przyjacielem i wzorem do naśladowania. Blaton, podobnie jak on, pochodził z prowincji, z rodziny wielodzietnej, też był synem ślusarza. Interesował się fizyką teoretyczną i to za jego przykładem Henryk po pierwszym roku przeniesie się na wydział ogólny, by studiować fizykę[12].

Razem z Blatonem wstąpili do Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Życie”, który we Lwowie liczył około czterdziestu studentów: Polaków, Żydów, Ukraińców i – choć ściśle związany z zakazaną partią komunistyczną – był organizacją legalną. Co zdecydowało, że ochotnik wojny 1920 roku wybrał przybudówkę partii komunistycznej? Możliwe, że przypadek plus przyjaźń z Blatonem. Wychowany w kulcie bojowców PPS równie dobrze mógł od razu trafić do pepeesowskiego ZNMS, gdzie w końcu i tak wylądował. Na pierwszych latach studiów jego środowiskiem stało się jednak komunizujące Życie, a działalność polityczna tak go wciągnęła, że zaniedbał naukę (w 1928 roku w dokumentach wciąż miał wpisany drugi rok).

Na Politechnice Lwowskiej – podobnie jak na uczelniach w całym kraju – dominowała Młodzież Wszechpolska. To ona wygrywała wybory do zarządów organizacji studenckich, to ona nadawała ton, skutecznie wypierając z życia studenckiego Żydów i Ukraińców. Z Bratniaka, organizacji samopomocy, która na politechnice zajmowała się sprawami bytowymi studentów: akademikami, stołówkami, zniżkami czesnego, pożyczkami, Żydów usunięto już w 1923 roku, dwa lata później Zjazd Wszechpolaków apelował o eliminowanie ich z kół naukowych.

I Kuroń, i Blaton należeli do Bratniaka. Jak wszyscy członkowie organizacji przepracowali społecznie po 120 godzin każdy przy budowie nowego akademika politechniki. Nowoczesny budynek, a w nim 330 pokoi dla ponad 600 studentów, stanął w prestiżowej dzielnicy, nieopodal parku Kilińskiego (plac pod budowę dało miasto). Kuroń i Blaton byli jednymi z pierwszych jego mieszkańców; adres II Dom Techników figuruje w formularzu, jaki Henryk złożył na uczelni z początkiem drugiego roku studiów.

Zamieszkawszy w jednym pokoju, zainstalowali tam „drukarnię”, to jest pudło z hektografem – najprostszym powielaczem spirytusowym. Blaton przynosił odezwy pisane na woskówkach, które następnie powielali; wśród kolporterów Henryk wymienia jeszcze jednego kolegę z II Domu Technika, Jana Jędrzejowskiego, i Jakuba Hersztala, który nie mógł tam mieszkać, bo był Żydem.

Żywiołem Blatona była dyskusja. Razem biegali na zebrania i wiece na uczelniach, zabierając głos i dzielnie stawiając czoło prawicowej większości. Spotykali się też w lokalu Życia przy ulicy Friedrichów na kółkach samokształceniowych, a latem na podmiejskich wycieczkach połączonych z prelekcjami o rewolucji październikowej, walce klas, światowym imperializmie i kolonializmie. To pod wpływem Blatona Henryk uległ fascynacji Związkiem Radzieckim: „Janek dowodził, że tylko w warunkach komunizmu stworzone przez nowoczesną technikę ogromne możliwości produkcji nie będą przekleństwem ludzkości, wyrażającym się kryzysami, bezrobociem i nędzą” – pisał. Ze wschodu dochodziły sprzeczne informacje, to pełne zachwytu, to zgrozy. „To podniecało Janka”. Kłócili się, czy system sprawiedliwości społecznej można budować w warunkach demokracji, czy też konieczna jest dyktatura proletariatu. Temperatura tych sporów była taka, że „dochodziło wprost do brania się za głowy” – opisywał Henryk z nostalgią[13].

Wszystko to były jednak dyskusje wewnętrzne i marginalne, na uczelniach największe namiętności rozpalały kwestie narodowościowe. Kuroń wspomina, jak już na pierwszym roku protestowali wraz z Blatonem przeciw wykluczaniu Żydów i Ukraińców z życia studenckiego. Wyczynem zupełnie karkołomnym była próba zainicjowania dyskusji o dyskryminacji Ukraińców na spotkaniu zwołanym po zamordowaniu Stanisława Sobińskiego.

Śmierć Sobińskiego wstrząsnęła Lwowem. Był wspaniałym nauczycielem, słynącym z „taktu i nadzwyczajnej dobroci”. Jednak pełniąc funkcję kuratora Okręgu Szkolnego Lwowskiego, dał się poznać jako gorliwy wykonawca państwowej polityki eliminowania ze szkół języka ukraińskiego, porównywanej przez historyków do niedawnej przecież germanizacji czy rusyfikacji polskich uczniów pod zaborami. Zaczął dostawać listy z pogróżkami „ze sfer ukraińskich”[14], przydzielono mu ochronę policyjną, ale z niej zrezygnował. W październiku 1926 roku został zastrzelony na ulicy przez bojówkę Ukraińskiej Wojskowej Organizacji. „W ciągu dwóch lat zabito do dwóch tysięcy ukraińskich szkół, nie wspominając o tym, że ostatnie 900, które jeszcze są przy życiu, faktycznie są spolonizowane. Otóż gdyby odpowiadało rzeczywistości, że śp. kurator Sobiński padł z ręki Ukraińca, to na ławie winowajców w pierwszej kolejności powinni stanąć moralni winowajcy, ci, którzy za pomocą wyrafinowanych sposobów zabijają cały naród”[15] – pisało zaraz po zamachu „Diło”, organ partii umiarkowanych Ukraińców, mającej swoich posłów w Sejmie.

Dla uczczenia pamięci Sobińskiego na politechnice odbył się wielki wiec, na którym studenci zaproponowali uchwalenie stypendium jego imienia przez aklamację. Działacze Życia uważali, że pomysł stypendium należy poddać pod głosowanie, a przede wszystkim poprzedzić dyskusją o stosunkach polsko-ukraińskich. Henryk Kuroń chciał zabrać głos, by oznajmić, że strzały do Sobińskiego były protestem przeciwko polityce państwa polskiego wobec Ukraińców, ale nie zdołał, bo ktoś mu z tyłu solidnie przyłożył. „Na uczelni – wspominał – wszyscy dobrze się znali i wiedzieli, jakie poglądy reprezentuję. Kiedyś w czasie wiecu usiłowałem zabrać głos, po pierwszym zdaniu przerwano mi krzykami »Idź do Azji, bolszewiku«”[16].

Takimi epitetami się nie przejmował, w jego ówczesnym środowisku miano bolszewika było tytułem do chwały. Henryk i jego koledzy z Życia po uszy tkwili w nielegalnej działalności organizowanej wspólnie z komunistami. W kolejnych życiorysach, jakie produkował w czasach PRL, z lubością opisywał swoje przygody. Którejś nocy wybrał się z Blatonem malować na płotach rewolucyjne hasła. Czerwoną farbę schowali w świńskim pęcherzu, który pękł. Wracali do akademika przez całe miasto pochlapani na czerwono i cudem uniknęli aresztowania. Kiedy indziej załadował dwie tony hamulców do wagonów, dostał za to osiemdziesiąt sześć złotych i za te pieniądze pojechał 1 maja w teren wygłosić przemówienie. Lubił też opowiadać, jak przez pomyłkę dostało mu się lanie przeznaczone dla korporantów, to jest członków prawicowych związków studenckich. Było to w sali kina Marysieńka, gdzie poseł ludowców miał opowiadać o swych wrażeniach z pobytu w ZSRR. Kiedy wszedł na mównicę, korporanci zaczęli go zagłuszać brawami, więc robotnicy ruszyli przetrzepać im skórę. Pech chciał, że Henryk miał tego dnia na głowie studencką czapkę. Nie zdążył niczego wyjaśnić, jak dostał w zęby. Równie niefrasobliwie wspominał ukrywanie w akademiku poszukiwanych przez policję komunistów. „Łóżko Blatona stało pod oknem – opisywał Kuroń. – Często było zajęte. O gościach wiedzieliśmy tylko tyle, że to towarzysze”[17]. Dla niektórych z nich Lwów był przystankiem w drodze do ZSRR.

Kiedyś akademik politechniki obstawiła policja, a że Blatona odwiedzał akurat jego starszy brat Ludwik, zawodowy podoficer, zapakowali mu całą bibułę w dwie walizki, a on w swoim mundurze, nie niepokojony przez nikogo, spokojnie opuścił budynek. Jacek Kuroń opowiadał, że po wojnie Blaton, już znany profesor fizyki, tłumaczył jego ojcu, że komunizm jest zagrożeniem dla świata. Jego brat Ludwik był wtedy działaczem partyjnym i dopisał sobie do życiorysu przedwojenne kombatanctwo komunistyczne. Jacek przytaczał taki dialog między ojcem a Ludwikiem: „Henryk: »Przed wojną to ty byłeś zupakiem, a nie komunistą«. Ludwik: »Ale wyniosłem te walizki«. Henryk: »Fakt, wyniosłeś, ale opowiadasz życiorys swego brata«. Ludwik: »A nie szkoda, żeby się taki życiorys zmarnował?«”[18].

Z czasem opowieści Henryka stawały się coraz bardziej fantastyczne. W rozmowie z Adamem Michnikiem o pisarzu Julianie Stryjkowskim rzucił: „A, Pesiu, ja go znam ze Lwowa. Wiele rzeczy robiliśmy tam razem. Kiedyś nawet zaciukaliśmy prowokatora”. Prawda, Stryjkowski, przed wojną Pesach Stark, był członkiem Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, ale zajmował się wykładaniem robotnikom marksizmu, nie akcjami odwetowymi.

Młodzieńcza przygoda Henryka z komunistami nie przetrwała pierwszej poważnej próby. Podczas dużej obławy na działaczy komunistycznych w lutym 1928 roku policja aresztowała Blatona[19], wkrótce potem w lokalu Życia przeprowadzono rewizję, a organizację zdelegalizowano. Henryk przestał chodzić na zebrania i wiece. Potem wraz z kilkoma kolegami z Życia wstąpił do pepeesowskiego ZNMS, gdzie szybko został wybrany na delegata na zjazd krajowy (głosował tam za odrzuceniem dyktatury proletariatu; klasa robotnicza powinna dążyć do przejęcia władzy drogą demokratyczną), został też przewodniczącym organizacji we Lwowie, ale – jak podkreślał – od ideologii byli inni towarzysze.

Faktycznie, Henryk nie przywiązywał wagi do różnic między komunistami a pepeesowcami, mimo że dotyczyły one spraw fundamentalnych, jak choćby stosunku do kwestii ukraińskiej: komuniści byli za przyłączeniem wschodniej Małopolski, nazywanej przez nich Ukrainą Zachodnią, do Ukrainy sowieckiej, co dla PPS, optującego za autonomią w ramach państwa polskiego, zakrawało na zdradę narodową. Chciał przynależeć i działać w środowisku lewicowym, takim czy innym. Po latach dziwił się ówczesnym podziałom i podawał proste recepty: „Uważałem, że trzeba się zdecydować, zająć twarde stanowisko, pozostałych podporządkować i koniec”[20].

Świetnie się odnalazł w nowym kręgu. Wstąpił do PPS, nawiązał liczne znajomości z działaczami i związkowcami, zaczął współpracować z lwowskim organem partii „Dziennikiem Ludowym”, wchodząc tą drogą do dziennikarskiego świata Lwowa. Nie mieszkał już w akademiku, czy to z powodu zawalenia studiów, czy to dlatego, że – jak pisał – wyrzucili go z Bratniaka „za protest przeciwko dyskryminacjom narodowościowym”[21]. Musiał rozpaczliwie szukać źródeł utrzymania, na pomoc rodziny nie mógł liczyć, zresztą kiedy zaczął się wielki kryzys, jego ojciec stracił pracę w fabryce Fitzner i Gamper (odzyskał ją dopiero po dwóch latach). Na uczelni pojawiał się rzadko, jeśli w ogóle, przyjaciele pokończyli studia, a atmosfera była coraz gorsza.

Na Politechnice Lwowskiej, podobnie jak na innych uczelniach, kryzys i brak pracy dla młodych inteligentów zwiększyły poparcie dla lansowanego od lat dwudziestych przez endeków i Młodzież Wszechpolską numerus clausus dla Żydów, to jest ograniczenia ich liczby na studiach. Atmosfera panowała pogromowa. Przed wakacjami 1932 roku na wydziale Kuronia doszło do regularnej bitwy. Kilkuset studentów Akademii Medycyny Weterynaryjnej wtargnęło do gmachu politechniki, bijąc pałkami napotkanych studentów Żydów, którzy – wraz z paroma polskimi kolegami – zabarykadowali się w jednej z sal wydziału mechanicznego. Atakujący rozbili drzwi. Walka skończyła się po kilku godzinach, gdy wkroczył rektor i wyprowadził oblężonych.

W tym samym numerze „Chwili” z lutego 1933 roku, w którym ukazało się ogłoszenie o balu, bez którego Jacka Kuronia nie byłoby na świecie, i też na pierwszej stronie, po lewej, czytamy wystąpienie posła Emila Sommersteina, który wytyka jednemu z posłów endeckich, że „bicie Żydów i zupełne ich wyniszczenie podnosi do kanonu polskiej tradycji dziejowej”. Po prawej, w rubryce „Na marginesie dnia”, list dziesięcioletniej dziewczynki: „Mój tata jest już dwa lata bezrobotny, a ja nie mam bucików. Proszę więc bardzo, żeby mi ofiarowano buciki, bo ja chcę iść bardzo do szkoły. Również mój mały braciszek nie ma bucików i cały dzień płacze, bo chce wyjść na dwór, a nie może”[22].

Niemal w rocznicę balu, 3 marca 1934 roku, Wandzie i Henrykowi urodził się syn – Jacek. Mały zadrukowany kartonik, który zachował się w rodzinie, świadczy, że poprzedzający narodziny ślub był cichy i ogłoszony post factum: „Wanda Rudeńska i Henryk Kuroń mają zaszczyt zawiadomić, że ślub ich odbył się 31-go Października 1933 r. we Lwowie”. W lewym dolnym rogu dopisek: „Lwów, w listopadzie 1933”.

„Ojciec marzył, żeby przeżyć rzeczy wielkie, ale się zakochał w mamie, która była podobno najpiękniejszą panną we Lwowie – pisał Jacek w Wierze i winie. – W dodatku z rodziny profesorsko-generalskiej, a on był proletariuszem, robotnikiem. Zrobił jej dziecko, czyli mnie, i musiała za niego wyjść.[…] Mama opowiadała mi, jak gorzko płakała, trzymając mnie na ręku, że skończyło się jej życie. Siostry tańczyły, bawiły się, a ona siedziała ze mną”.

Ledwo Jacek skończył dwa lata, ojciec wziął go na wielką manifestację, jaką stał się pogrzeb Władysława Kozaka, zabitego przez policję 14 kwietnia 1936 roku podczas protestu bezrobotnych.

„Gigantyczna demonstracja. Oglądałem jej początek z pleców kumpla ojca, Grocha, bo tato jako jeden z czołowych działaczy PPS szedł z przodu delegacji” – pisał Jacek. Jego brat Felek zapamiętał tę historię inaczej: to ojciec niósł Jacka na barana w pochodzie, a kiedy zaczęła się strzelanina, zostawił go u jakichś ludzi i potem nie mógł sobie przypomnieć u kogo. Jacek wielokrotnie opowiadał o pogrzebie Kozaka, swoim pierwszym robotniczym pochodzie, jakby naprawdę miał go przed oczyma. A przecież co mogło zapamiętać dwuletnie dziecko?

Kondukt ruszył z kostnicy[23] przez całe miasto na odległy cmentarz Janowski. Trumna otoczona lasem sztandarów, za nią delegacje z wieńcami. „Na pl. Bernardyńskim zagrał karabin maszynowy – czytamy w artykule, który Henryk Kuroń napisał na dwudziestą rocznicę wydarzeń. – Wśród niosących trumnę zamieszanie. To trafiony został kulą z karabinu maszynowego robotnik z Zakładów Czyszczenia Miasta. Trumna leci z trzaskiem na bruk. Odkrywa się wieko i martwy Kozak po raz drugi pada na lwowski bruk. To, co później się działo, trudno opisać. Szał wściekłości ogarnął uczestników pogrzebu. Część idących podbiega do żelaznego parkanu, który otaczał miejscowy bazar, wyłamuje łomy żelazne. Inni wyrywają sztaby z wystaw sklepowych, drą kostkę z bruku i tak uzbrojeni atakują karabin maszynowy. Ciało Kozaka, włożone z powrotem do trumny, znowu wzniosło się ponad głowami i kondukt rusza dalej. Teraz każdy prawie jest uzbrojony, trzyma w ręku łom żelazny, kratę lub kamień. Osobliwy, ponury, wstrząsający widok. Słychać tylko brzęk tłuczonych szyb, wywracane tramwaje i krzyk: »Nie rabować! Niszczyć! Nie rabować!«. Jeszcze raz na wysokości ulicy Rzeźnickiej, na Wałach Hetmańskich, ostrzelani zostają niosący trumnę. Znowu trumna spada na bruk. Jeszcze raz trup Kozaka pada na ulicę. Sznurkami, paskami od spodni wiążą towarzysze rozlatującą się trumnę i pochód uparcie prze dalej”[24].

Podziurawioną kulami trumnę z ciałem Kozaka pochowano dopiero po zmierzchu. Podczas demonstracji zginęło czternaście osób, setki rannych trafiły do szpitali[25]. Potem nastąpiły masowe aresztowania, PPS i związki zawodowe ogłosiły na 20 kwietnia strajk generalny, we Lwowie nie pracowały tego dnia nawet restauracje, kina i bazary, na opustoszałych ulicach widać było robotników z czerwonymi kokardkami z krepą. Pogrzeb stał się wielkim wydarzeniem nie tylko na skalę Lwowa.

Aż dziw, że Henryk Kuroń zdecydował się zabrać ze sobą malutkiego Jacka, wiedząc, że na pogrzeb przyjdą tłumy i może dojść do rozruchów. Od kiedy założył rodzinę, sprawy publiczne i polityka były w jego życiu – inaczej niż wiele lat później jego syna – na drugim planie. A Jacek od początku był jego największą miłością.

Rolę ojca i głowy rodziny traktował z należytą powagą, dbał o dom i utrzymanie. W roku urodzenia Jacka udało mu się zatrudnić w dzienniku „Wiek Nowy”, gazecie krytykowanej za pogoń za sensacją i wspieranie kolejnych rządów, ale liberalnej, kierowanej przez powszechnie szanowanego Bronisława Laskownickiego, prezesa lwowskiego Syndykatu Dziennikarzy i cichego sympatyka lewicy[26]. Kuroń zarabiał przyzwoicie, jednak sławy jako dziennikarz nie zdobył; nigdy nie dobił się pozycji publicysty czy felietonisty, a tylko ci podpisywali wtedy artykuły.

Zajmował się w redakcji wieloma sprawami, robił dodatek sportowy i dodatki techniczne. Przygotowywał też informacje z depesz, o czym opowiadał w anegdotce z czasu wojny domowej w Hiszpanii: „Komunikaty robiłem jednego dnia ja i wtedy wychodziło, że Franco dostaje takie lanie, że aż się kurzy, co ludzie z radością czytali. Ale gdy na drugi dzień robił te komunikaty Karol Dziuka – endek – manto dostawali republikanie”[27].

Nadal udzielał się w PPS, wiążąc się z jego lewym skrzydłem, bardzo silnym we Lwowie. Jesienią 1934 roku był przy zakładaniu „Trybuny Robotniczej”[28] – naczelnym gazety został Jan Szczyrek, przewodniczący lwowskiej PPS.

Henryk lubił wspominać z dumą, że opublikował artykuł o pobiciu komunistów we lwowskim więzieniu Brygidki. Opowiadał też, że przesłuchiwano go w tej sprawie, ale swoich informatorów nie zdradził i dostał sześć miesięcy w zawieszeniu. Jako miejsce publikacji wymieniał różne pisma lewicowe, tekstu nie udało nam się nigdzie znaleźć. Zresztą nie mógł być skazany, przed sądem stawali wtedy z reguły tak zwani sitzredaktorzy, podpisujący gazetę jako redaktorzy odpowiedzialni.

Po pogrzebie Kozaka w zbuntowanym, na krótko czerwonym Lwowie zaczęły się przygotowania do Zjazdu Pracowników Kultury, głośnej imprezy zainicjowanej przez komunistów, ale wspieranej przez wielu lewicowych inteligentów, którzy w obliczu faszystowskiego zagrożenia gotowi byli współpracować z komunistami. Władysław Broniewski, jeden z uczestników zjazdu, na łamach „Wiadomości Literackich” napisze: „Niepodobna zapomnieć o tej drewnianej trumnie, która niedawno płynęła tędy, ulicami Lwowa, wśród świstu kul, jęku rannych i umierających, nie trumna już, ale sztandar czerwony zbroczony świeżą krwią robotników”[29].

Henryk Kuroń w powojennej komunistycznej publikacji o zjeździe wymieniony był jako jedna z dwóch osób odpowiedzialnych za kontakty ze środowiskiem dziennikarskim[30]. Sam pisał: „W 1936 zostaję wybranym Sekretarzem Syndykatu Dziennikarzy lwowskich i jako sekretarz współorganizuję zjazd kultury”[31]. Kuroń, lubiany i aktywny, był typem osoby, którą chętnie się wybiera do władz organizacji. W innym miejscu pisał, że na sekretarza „został wybrany głosami kolegów Żydów”[32]. Po latach wspominał z uniesieniem „tę wspaniałą chwilę”, kiedy w nabitej po brzegi sali lwowskiego Teatru Wielkiego Władysław Broniewski recytował swój wiersz Zagłębie Dąbrowskie: „Na Hutę Bankową, na Reden… / – Zapalać! Gotowe? – Gotowe!”, a sala krzyczała do wtóru: „Gotowe!”[33].

Broniewski opublikował potem w „Wiadomościach Literackich” artykuł wysławiający zjazd, z którego Antoni Słonimski naigrawał się na tych samych łamach: „Przeciętny czytelnik może na serio myśleć, że we Lwowie zjechała się jakaś elita literacka”. Czemu zatem – pytał – nie zaproszono na przykład Boya, Tuwima, Nałkowskiej czy Parandowskiego? „Zjazd miał zaufanie do p. Jampolskiego, ale nie miał zaufania do mnie. Muszę wyznać, że ten brak zaufania jest obustronny”. Zauważał, że nie przybyli też na zjazd lewicowi pisarze ukraińscy niekomuniści, którym zapowiedziano, że nie wolno będzie nic mówić przeciw dyktaturze w Sowietach. „Można więc w gmachu teatru miejskiego we Lwowie, za pozwoleniem władz polskich, protestować przeciw »obozom koncentracyjnym« i »brutalnemu terrorowi politycznemu«, ale nie wolno nawet wspomnieć, że w Sowietach też są »obozy koncentracyjne« i »brutalny terror polityczny«”[34].

W tym czasie pepeesowskie środowisko Henryka skłaniało się do współpracy z komunistami, którzy intensywnie o to zabiegali. Tak zwaną politykę jednolitego frontu, mającego łączyć lewicowców i postępowców różnych odcieni w walce przeciwko faszyzmowi, Moskwa zaczęła propagować wkrótce po dojściu Hitlera do władzy. Jednak w Polsce, gdzie silne były nastroje antysowieckie i antybolszewickie, wielkich sukcesów nie osiągnęła. Kiedy w 1936 roku wybory we lwowskiej PPS wygrali zwolennicy jednolitego frontu, warszawska centrala rozwiązała tamtejszą organizację. W ten sposób Kuroń, co potem wielokrotnie podkreślał w peerelowskich życiorysach, został z PPS wyrzucony.

Rodzina Kuroniów mieszkała już wtedy w pięknej nowej kamienicy na tak zwanych Górkach, w atrakcyjnej dzielnicy tuż obok parku Kilińskiego. Mieszkanie musiała załatwić Wanda, bo był to dom wybudowany przez ZUS dla pracowników tej instytucji[35]. Budynek przetrwał do dziś, Jacek odwiedził Stryjską podczas obu wizyt we Lwowie w 1992 i w 2002 roku, już na wózku. Pamiętałyśmy opowieści Jacka, jak uciekał przez okno przed ojcem, gdy coś nabroił (na przykład zjedli z Wackiem ciastka przeznaczone dla gości), i przeskakiwał przez pobliski murek. I my tam byłyśmy, oglądałyśmy: wysoki parter solidnego pięciopiętrowego domu wrośniętego w szereg podobnych budynków, tuż za oknem murek, jedno i drugie wysokie, ale kilkuletni Jacek przy swojej zawadiackiej odwadze chyba mógł się zdobyć na aż takie skoki.

Mieszkała tam „postępowa inteligencja”, zauważał Jacek, ale rozpisywał się o „styku z kompletnymi lumpami” z pobliskich baraków dla bezrobotnych: „Chłopcy stamtąd – należałem do ich bandy, bo choć szczawik, zachowywałem się dzielnie – bili się z chłopcami z naszego podwórka. O świcie wychodziłem z domu i ginąłem, mama zawsze opowiadała, jak to w nocy szukali Jacusia. Wreszcie znajdowali, gdzieś na Górkach przy ognisku leżałem kompletnie umorusany, jadłem pieczone kartofle albo już spałem. Ci z baraków tak koczowali, ogień się palił, chłopaki i starsi opowiadali różne historie, dziwne, bandziorskie, wspaniałe. Tu krew tryska, tu on jego nożem. Czarna Mańka jak żywa – takich historii w strzępach pamiętam mnóstwo. Tata mnie niósł na rękach do domu, zapowiadał, że dostanę w dupę. I rzeczywiście ze dwa razy przylał mi porządnie, ale zwykle to były żarty”.

Swoją biografię zaczyna od wspomnienia, jak ogląda przedstawienie O dwóch takich, co ukradli księżyc: „Kiedy czarownik wsadzał Jacka i Placka do worka, zerwałem się i z rykiem ruszyłem na scenę, żeby ich ratować. Pamiętam ten paraliżujący strach i taką niesłychaną siłę, żeby go opanować. Krzyczałem, żeby ten strach zagłuszyć w sobie. Pędziłem na scenę. Już byłem przy czarnoksiężniku, widziałem jego twarz – koszmar. Ryczącego wyniesiono mnie na rękach ze sceny do foyer, gdzie siedziała babcia”[36].

Jacek zapamiętał odwiedziny babci Karoliny Krzemińskiej, jak nie dała żebrakowi pieniędzy, bo – jak powiedziała – to Żyd, a Żydzi zamęczyli Pana Jezusa. „Dla mnie to były wszystko nowe wiadomości, więc poszedłem do taty i on mi powiedział, że nie ma Pana Boga ani Pana Jezusa nie było, to wszystko są łgarstwa, które wymyślają głupie baby. Przyjąłem to natychmiast, bo jak komuś nie można dać pięciu groszy dlatego, że jest Żyd, to cała wiara jest oszustwem”.

Jacek, około 1938 roku.

Henryk i Wanda, zajęci pilnowaniem nadaktywnego Jacka i życiem rodzinnym, pracą zarobkową, a w wypadku pana Kuronia także działalnością społeczną, znaleźli czas, by tuż przed wybuchem wojny skończyć studia i zrobić dyplom; on został inżynierem mechanikiem, ona – magistrem prawa. Na uczelnie chodzili pewnie z rzadka, ale niemożliwe, by nie otarli się o burdy antysemickie, które w końcówce lat trzydziestych osiągnęły niebywałe rozmiary. „W tych ciemnych korytarzach, w hallu, klozetach, na salach wykładowych bojówki Młodzieży Wszechpolskiej […] uzbrojone w kastety, okute pałki i noże napadają zwartą grupą na pojedynczych studentów, nie istnieje żadna możliwość fizycznej obrony – pisał Franciszek Gil, świeżo upieczony student wydziału prawa, który właśnie kończyła Wanda Kuroń. – Gmach na podstawie ustawy o szkołach akademickich jest eksterytorialny, policja nie ma prawa wstępu w jego obręb, rektorzy nawet w razie zaistnienia konieczności nie wzywają jej pomocy, służba porządkowa (woźni) jest sterroryzowana i niedostateczna, wobec bojówek i napadów zachowuje się całkowicie biernie, a nawet z sympatią”. I dodawał, że w rzadkich wypadkach ustalenia sprawców napadu władze uniwersyteckie, które za sfałszowanie podpisów w indeksie karzą zawsze relegacją, za zmasakrowanie łomem żelaznym kolegi studenta – dają naganę. Liczba przestępstw na uczelni „jest daleko wyższa niż ilość przestępstw popełnianych na najdzikszym przedmieściu”[37].

Gdzieś w tym czasie Henryk Kuroń, jak wspominał, opublikował tekścik o korporantach antysemitach. „Prasa burżuazyjna rozdziera szaty i krzyczy o rozjuszeniu obyczajów – pisał – kiedy batiary Gródeckiego albo Zamarstynowa podźgają się nożami”, a nie piętnuje „paniczyków złotych”, którzy na Pohulance pobili się do krwi ze studentami żydowskimi. Po tej publikacji był ponoć wyzwany przez piętnastu korporantów na piętnaście pojedynków, do których jednak „jakoś nie doszło”[38].

Barwne opowieści Henryka Kuronia mają to do siebie, że nie oddają grozy sytuacji. Lwów pod koniec lat trzydziestych był – jak czytamy we wspomnieniach Jerzego Lerskiego – „tragicznym ośrodkiem akademickim, gdzie jeśli się nie chciało nosić »mieczyka Chrobrego« (oznaki przynależności do Młodzieży Wszechpolskiej) w klapie marynarki, to bezpieczniej było chodzić z bronią na wykłady uniwersyteckie”[39]. W marcu 1939 roku we lwowskich akademikach – w tym w Domu Technika – policja przeprowadziła rewizje, podczas których znalazła znaczne ilości broni (rewolwery, granaty ręczne, kastety, sztylety, łomy żelazne, pałki okute ołowiem, żarówki wypełnione gazem i płynami żrącymi, materiały do wyrobu środków wybuchowych). Dom Technika, w którym w latach dwudziestych Kuroń i jego koledzy z Życia drukowali lewicową bibułę i przechowywali komunistów, od dawna nie był już miejscem, gdzie ludzie ich pokroju mogliby ujawniać się ze swoimi poglądami[40]. Teraz drukowano tam podziemną prasę pogromową, wylewała się z niej nienawiść do Żydów, Ukraińców oraz tych Polaków, którzy nie chcieli ich nienawidzić.

Na dyplomie Henryka Kuronia widnieje data „maj 1939 roku”. Zaraz po obronie wyjechał na Walny Zjazd Dziennikarzy jako delegat syndykatu lwowskiego. Zjazd początkowo miał się odbyć w Poznaniu, ale przeniesiono go do Gdyni, by zamanifestować, że „Polska od morza odepchnąć się nie da”. Odbywał się dwa tygodnie po przemówieniu ministra spraw zagranicznych RP Józefa Becka, który odpowiadając na wypowiedzenie przez Hitlera paktu o nieagresji i niemieckie żądania oddania korytarza gdańskiego, mówił w Sejmie: „Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na pokój zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor”[41]. Prezes Związku Dziennikarzy deklarował na otwarcie zjazdu: „Męskim słowom ministra Becka towarzyszy jednolity chór polskiej prasy powtarzającej zgodny rytm każdego polskiego serca”. Jego wystąpienie przerywały burzliwe brawa. Największe oklaski zbierali obecni przedstawiciele armii i floty, na których ręce składano „hołd dla polskiej siły zbrojnej i jej Naczelnego Wodza”[42].

PRZYPISY

Rozdział 1

[1] Rozszerzona wersja rozdziałów 1. i 2. ukazała się w „Krytyce Politycznej”: A. Bikont, J. Szczęsna, Sprawa robotnicza i Polska to było dla mnie jedno, „Krytyka Polityczna” 2011, nr 27/28 (cz. 1), nr 29 (cz. 2).

[2] S.A. Radek, Rewolucja w Zagłębiu Dąbrowskim 1894–1905–1914, Sosnowiec 1929. (W pojawiających się w książce cytatach zmodernizowano pisownię oraz ujednolicono interpunkcję – przyp. red.).

[3] Błeszno jest dziś dzielnicą Częstochowy.

[4] Wedle zachowanych dokumentów rozpoczął pracę u Fitznera i Gampera w roku 1903, a zakończył w 1934, z przerwami na czas I wojny światowej i bezrobocia początku lat trzydziestych.

[5] J. Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Warszawa 1989. Cytaty z książek i korespondencji Kuronia podajemy czasem z redakcyjnymi skrótami bez zaznaczania wyimków. Jeżeli nie zaznaczono inaczej, wszystkie cytaty z Jacka Kuronia w rozdziałach 1–19 pochodzą z Wiary i winy.

[6] O etymologię nazwiska Kuroń spytał Kazimierz Żmija profesora Jana Miodka z Uniwersytetu Wrocławskiego, który wyjaśnił, że pochodzi ono od „kury” i dziś powiedzielibyśmy nie „kuroń”, tylko „kogut”, co oznacza babiarza: „Gdy w średniowieczu nadawano nazwiska, pan nazwał przodka Jacka Kuroniem, najwidoczniej uznając, że zasłużył sobie na to miano”. Żmija ustalił też, że w XIX wieku Kuroniowie zajmowali się hodowlą owiec.

[7] Taka jest przynajmniej hipoteza Kazimierza Żmii. Jacek Kuroń w Wierze i winie napomyka o swoich śląskich korzeniach: „ojciec trochę czuł się Ślązakiem – dziadkowie pochodzili z Nysy Kłodzkiej”. Tymczasem Marianna urodziła się i wychowała w leżącej nieopodal Góry Świętej Anny Kłodnicy, dziś to dzielnica Kędzierzyna-Koźla, alegat zaś, to jest pozwolenie na ślub z Janem Kuroniem, wystawiony został przez parafię Świętego Zygmunta w Koźlu, teraz to też jest dzielnica Kędzierzyna-Koźla. Wygląda więc na to, że Jackowi Kuroniowi pomyliły się nazwy miejscowości, co nie dziwi, zważywszy na to, że w rodzinie kultywowało się głównie tradycje zagłębiowskie.

[8] Fabryka chlubiła się eksportem nie tylko do Rosji, ale nawet do Niemiec, a na wystawie światowej w Paryżu w 1900 roku dostała Grand Prix dla jednego ze swoich wyrobów.

[9] S.A. Radek, Rewolucja…, dz. cyt.

[10] Tamże.

[11] Fabryka Kotłów Przemysłowych FAKOP w Sosnowcu, red. A. Szymanek, oprac. A. Kowalski, Sosnowiec 1980.

[12] Chociaż zamachy na przemysłowców i kadrę dyrektorską w Zagłębiu są w nich odnotowywane, celem najgłośniejszego z nich był dyrektor Huty Katarzyna Ludwik Brandenburg, może dlatego, że skumulowała się na nim nienawiść do jego poprzednika, dyrektora Skawińskiego, odpowiedzialnego za masakrę 9 lutego 1905 roku, po której zbiegł za granicę. Poza tym pepeesowskie bojówki zabiły fabrykanta Oskara Schöna, a także dyrektora Modla z przędzalni Schöna i inżyniera Bröndela z Huty Huldczyńskiego. Znienawidzony przez robotników i nasyłający na nich policję inżynier Stanisław Stratilatta z Sosnowieckiego Towarzystwa Kopalń i Zakładów Hutniczych był szczęściarzem – wyszedł cało aż z pięciu zamachów.

[13] M. Giertych, Z nadzieją w przyszłość!, Warszawa 2005.

[14] Tamże.

[15] M. Krzymowski, Bitwa na dziadków, „Wprost” 2007, nr 27.

[16] S.A. Radek, Rewolucja…, dz. cyt.

[17] W. Wichrowski, Oświadczenie. Archiwum A. Kuronia. Napisane najprawdopodobniej na prośbę Henryka Kuronia, nosi datę 14 lutego 1964 roku. Podpis autora poświadczył łódzki oddział peerelowskiej organizacji kombatantów ZBOWiD, której Wichrowski był członkiem.

[18] Kazimierz Żmija odnalazł w parafii w Sosnowcu dokument, z którego wynika, że w 1923 roku zgłosił się do tamtejszego proboszcza Julian Kuroń ze swoim bratankiem Tadeuszem, lat siedemnaście, by go „zarejestrować”. Podał, że ojciec chłopca to jego brat Władysław, który „zaginął na Syberii”; ale czy na pewno tak było? Dokładnej daty narodzin nie podał.

[19] Spotkanie w KWK „Silesia” w Czechowicach-Dziedzicach z L. Witolusem z Krajowej Komisji Górnictwa, 3 września 1981. Sprawa Operacyjnego Rozpracowania kryptonim „Watra” przeciwko Jackowi Kuroniowi. Instytut Pamięci Narodowej w Warszawie, Biuro Udostępniania (dalej IPN) 0204/1417/48.

[20] S.A. Radek, Rewolucja…, dz. cyt.

[21] W. Wichrowski, Oświadczenie, dz. cyt.

[22] W swym oświadczeniu Wichrowski wspomina również brata Franciszka, Konstantego: „Jak wynikało z wypowiedzi rodziny Kuroniów, starszy ich brat Konstanty (tego osobiście nie znałem) został powołany do wojska w latach dziewięćdziesiątych i wywieziony do Władywostoku i wszelki ślad po nim zaginął. Należy przypuszczać, że powodem zaginięcia była przynależność do nielegalnej organizacji”. Tylko tyle o Konstantym. Tymczasem pracujący w Hucie Katarzyna Konstanty w legendzie rodzinnej wyrósł na bojowego działacza rewolucyjnego ściganego przez żandarmów, aresztowanego i zesłanego na Syberię, gdzie ślad po nim zaginął dopiero w czasie rewolucji 1917 roku (tak przynajmniej pisał i opowiadał Henryk Kuroń). Wiadomo, że to on przetarł szlak rodzinie, przenosząc się do Zagłębia jako pierwszy z siódemki rodzeństwa. W ślad za nim rodzinną wioskę opuścili bracia: Franciszek, Władysław oraz Julian (cała trójka zatrudni się u Fitznera i Gampera). Również siostry, Anna, Lucyna i Kazimiera, zostały – poprzez małżeństwa – mieszkankami Zagłębia. W rodzinnych stronach pozostał jedynie najstarszy Wincenty (urodzony w 1865 roku).

[23] Trąmbskiego wymienia w swojej książce Aleksy Bień, który jako szef tak zwanej techniki partyjnej w Sosnowcu od 1912 roku odpowiedzialny był za przerzut przez pobliską granicę podziemnych wydawnictw socjalistycznych drukowanych w Krakowie („Robotnika”, „Strzelca”, regulaminów wojskowych) i dalszy ich kolportaż w Kongresówce. A. Bień, W podziemiach Zagłębia, Płocka i Włocławka 1912–1914–1919, Dąbrowa Górnicza 1930.

[24] Z zachowanego w rodzinnych papierach Kuroniów amatorskiego drzewka genealogicznego wynika, że dwie kobiety z rodziny wyszły za Trąmbskich (pisanych zresztą czasem Trombski lub Trąbski) – Maria Krzemińska, siostra Karoliny, matki Henryka Kuronia, i Anna Kuroń, siostra jego ojca Franciszka, ale nie udało nam się ustalić pokrewieństwa.

[25] Zachował się fragment wspomnień Henryka, w którym fachowo opisuje detale kolportażu: „Jednym z pierwszych punktów zaopatrywania w »bibułę« dawnej Kongresówki, a także i Litwy w latach 1905–1914 były przedmieścia Sosnowca, Środula i Konstantynów, do których transportowano bibułę różnymi drogami, po przeniesieniu jej w plecakach przez rzekę Białą Przemszę. Składami bibuły były kamieniołomy. Stamtąd wędrowała sobie kolejką linową chyba ze 2 km do wapienników w Gzichowie, pomiędzy budynkami Huty Katarzyna i fabryką budowy kotłów W. Fitzner i K. Gamper. Po zlikwidowaniu kamieniołomów przeniesiono składy bibuły do starych wapienników na Środuli”. I dodaje, że będąc dzieckiem, szybko skojarzył, iż kiedy tylko mowa o „bibule”, powtarza się słowo „wapienniki”. W okolicach Sosnowca sporo było pokładów wapiennych, w których działały piece do wypalania wapna zwane wapiennikami. Takie nieużywane szyby wapienne z siatką korytarzy i pieczar świetnie nadawały się na składy konspiracyjnych wydawnictw, choć pewnym mankamentem było to, że korzystali z nich również przemytnicy i złodzieje. Od Bienia dowiadujemy się, że bibuła lądowała najczęściej u Trąmbskiego, więc to on wymyślił, żeby stały magazyn urządzić w nieczynnym wapienniku, i sam znalazł stosowną pieczarę. On też był w pierwszej grupie („piętnastce”) przyszłych inspektorów wojskowych wysłanych z Zagłębia do Krakowa w 1913 roku na kurs strzelecki. Później walczył w Legionach, ale – jako jeden z niewielu z listy zagłębiowskich pepeesowców wymienionych w książce Bienia – w niepodległej Polsce nie robił ani politycznej, ani wojskowej kariery. Pracował jako robotnik w fabryce w Lublinie. Rodzina Kuroniów straciła z nim kontakt.

[26] A. Bień, W podziemiach…, dz. cyt.

[27] Tamże.

Rozdział 2

[1] Była to czteroklasowa szkoła przyfabryczna, za edukację dzieci robotników odpowiedzialni byli bowiem właściciele zakładów pracy (oni też finansowali zakup podręczników i pomocy szkolnych).

[2] J. Przemsza-Zieliński, Historia Zagłębia Dąbrowskiego, Sosnowiec 1992–1994.

[3] „Z końcem 1918 r. – wspominał – gdy większe od głodowych racje żywnościowe przyznawano wtedy tylko górnikom, znalazłem się wśród załogi kopalni Barbara na Niwce, jak szumnie nazywała się odkrywka, popularnie zwana duklą, położona w samym pasie granicznym, a fedrująca filary po rabunku zatopionej Emmy” (A. Kuroń, Wspomnienia o ojcu, kuron.pl [dostęp: 10 czerwca 2010], strona nieaktywna).

[4] Ćwierk zebrał relacje uczestników i w dziesiątą rocznicę tych wydarzeń opublikował reportaż Pierwszy dzień w niepodległej Polsce w „Iskrze” (11 listopada 1928, nr 312).

[5] J. Zieliński, Chłopak z Sosnowca. Szkice do portretu, Katowice 1987.

[6] K. Ćwierk, Pierwszy dzień…, dz. cyt.

[7] Tamże.

[8] O zawodzie ojca nie pisze w życiorysie złożonym w 1925 roku na Politechnice Lwowskiej, jakby uznał, że nie ma się czym chwalić. (Sprawa osobowa Henryka Kuronia. Archiwum Państwowe Obwodu Lwowskiego we Lwowie [dalej: APOL], fond 27, opis 5, sprawa 8482).

[9] H. Kuroń, Życiorys, maj 1974. Archiwum A. Kuronia.

[10] H. Bitner, Rady Delegatów Robotniczych w Polsce w 1918–1919 r., Moskwa 1934. Książeczka wydana przez Instytut Marksa-Engelsa-Lenina przy KC WKP(b).

[11] Tamże.

[12] H. Kuroń, Życiorys, dz. cyt.

[13] W grudniu 1918 roku Rady Dąbrowy Górniczej i Sosnowca się połączyły.

[14] H. Kuroń, Rok 1920, maszynopis. Archiwum A. Kuronia. Kolejne cytaty tamże. Tekst pisał w późnym PRL, co zamierzał z nim zrobić, nie wiadomo, taka apologia wojny z bolszewikami na pewno nie nadawała się wtedy do oficjalnej publikacji.

[15] W życiorysie kilka lat później podawał, że „w ukończeniu gimnazjum przeszkodziła inwazja bolszewicka w r. 1920, bowiem w tym czasie wstąpiłem do wojska jako ochotnik”. W życiorysach pisanych w PRL zatajał udział w wojnie z bolszewikami. W 1949 roku, gdy w stalinowskim systemie strach było coś pominąć w ankiecie dla władzy, udało mu się enigmatycznie ująć ten nieprawomyślny epizod: „Pracę tę [w kopalni] przerwałem na dwa miesiące w lecie, kiedy to byłem żołnierzem baonu wartowniczego”.

[16] Z sądu wojennego. Wyroki śmierci, „Kurier Poranny” (Warszawa), 15 sierpnia 1920.Dziękujemy Włodzimierzowi Kalickiemu za odnalezienie tej informacji.

[17] Życiorys H. Kuronia. Archiwum A. Kuronia.

[18] Aleksander Zawadzki, syn hutnika z Zagłębia, był w latach 1952–1964 przewodniczącym Rady Państwa, czyli czymś w rodzaju prezydenta.

[19] Henryk w swoich życiorysach wyliczał wiele miejsc w całej Polsce, w których dorabiał sobie jako student, ale akurat o Kopalni Reden nie wspominał. Mógł jednak opowiadać o tym Jackowi w latach, kiedy Zawadzki był przewodniczącym Rady Państwa. W maszynopisie Moja droga do dziennikarstwa pisał o niedawno zmarłym dostojniku w tonie familiarnym: „Po wyjściu z wojska znalazł się w tłumie bezrobotnych, a następnie dostał pracę na kopalni jako wozak, dostarczający urobek z przodków na podszybie, skąd windami szedł fedrunek. Olesia, bo tak nazywano wówczas młodego, wybijającego się na czoło ruchu rewolucyjnego Zagłębia działacza, otaczała powszechna sympatia, a odkąd zaczął pracę, okolice Dąbrowy i Będzina zasypywane były wprost »bibułą«”. H. Kuroń, Moja droga do dziennikarstwa, dz. cyt.

[20] Nagrania do filmu Marcela Łozińskiego Polska 45–89 (Polska–Francja 1989) dostępne w internecie na stronach stworzonych przez Vitka Tracza, https://www.webofstories.com/play/jacek.kuron [dostęp: 1 lipca 2018].

[21] List J. Kuronia do H. Kuronia z 15 stycznia 1982. Archiwum A. Kuronia.

Rozdział 3

[1] „Chwila”, 26 lutego 1933.

[2] A. Kuroń, Wspomnienia o ojcu, kuron.pl [dostęp: 10 czerwca 2010], strona nieaktywna.

[3] Pokłosie z Reduty, „Wiek Nowy”, 1 marca 1933.

[4] Tamże (pisownia oryginalna).

[5] S. Rudeńska, Dziesięciolecie, jednodniówka wydana z okazji dwudziestopięciolecia Zakładu Naukowo-Wychowawczego Sióstr Służebnych de Notre Dame we Lwowie przy ulicy Ochronek L. 8, czerwiec 1929. Archiwum A. Kuronia.

[6] Sprawa osobowa Henryka Kuronia, APOL, fond 27, opis 5, sprawa 8482.

[7] F. Papée, Historia miasta Lwowa w zarysie, Lwów–Warszawa 1924, za: lwow.com.pl/historia/papee3.html#25 [dostęp: 18 grudnia 2017].

[8] J. Kuroń, Rozumiem protest Ukraińców, notowała I. Chruślińska, „Gazeta Wyborcza”, 23 maja 2002.

[9] A.V. Wendland, Semper Fidelis: Lwów jako narodowy mit Polaków i Ukraińców (1867– –1939) [w:] Lwów – miasto, społeczeństwo, kultura. Studia z dziejów Lwowa, red. K. Karolczak, t. 4, Kraków 2002.

[10] Obchód rocznicy 22 listopada, „Kurier Lwowski”, 25 listopada 1925.

[11] J. Kuroń, Rozumiem…, dz. cyt.

[12] Blaton został wkrótce wybitnym fizykiem. Zginął młodo podczas wspinaczki w Tatrach. Wiele z lwowskich wspomnień Henryka pochodzi z artykułu, który opublikował w „Problemach” w 1958 roku, w dziesiątą rocznicę śmierci Blatona.

[13] H. Kuroń, Blaton jako działacz w lewicowym ruchu studenckim, „Problemy. Miesięcznik poświęcony zagadnieniom wiedzy i życia”, grudzień 1958.

[14] Kurator dr Sobiński zamordowany, „Chwila”, 21 października 1926.

[15] Pisla wbywstwa [Po zabójstwie], „Diło”, 22 października 1926.

[16] Relacja H. Kuronia nagrana w ZHP, 25 lutego 1961. Archiwum Akt Nowych (dalej: AAN). Działalność ZNMS – środowisko lwowskie, R-84.

[17] H. Kuroń, Blaton jako działacz…, dz. cyt.

[18] J. Kuroń, J. Żakowski, PRL dla początkujących, Wrocław 1995.

[19] G. Mazur, Życie polityczne polskiego Lwowa 1918–1939, Kraków 2007.

[20] Relacja H. Kuronia nagrana w ZHP, 28 maja 1966, AAN. Pisma jednolitofrontowe w drugiej połowie lat 30., R-227.

[21] H. Kuroń, Życiorys, niedatowany, najprawdopodobniej z 1958 roku. Archiwum A. Kuronia.

[22] „Chwila”, 26 lutego 1933.

[23] W Zakładzie Anatomicznym przy Piekarskiej, około siedmiuset metrów od cmentarza Łyczakowskiego.

[24] H. Kuroń, Tak było… (wspomnienia uczestnika), „Sztandar Młodych”, 16 maja 1956.

[25] Według danych oficjalnych, według źródeł niezależnych było czterdzieści dziewięć ofiar śmiertelnych. A. Biedrzycka, Kalendarium Lwowa 1918–1939, Kraków 2012.

[26] Jeden z jego dyrektorów dawał na przykład sto złotych miesięcznie na komunizujące pismo „Sygnały”. Relacja Karola Kuryluka, AAN. Pisma jednolitofrontowe w drugiej połowie lat 30., R-164.

[27] Relacja H. Kuronia nagrana w ZHP, 28 maja 1966…, dz. cyt.

[28] Relacja A. Karaczewskiego, 28 maja 1966, AAN. Pisma jednolitofrontowe w drugiej połowie lat 30., R-227.

[29] W. Broniewski, Kongres w obronie kultury, „Wiadomości Literackie”, 31 maja 1936.

[30] M. Naszkowski, KPP – inicjatorem Lwowskiego Zjazdu Pracowników Kultury, „Trybuna Ludu”, 31 maja 1956.

[31] H. Kuroń, Życiorys, 2 października 1962. Archiwum A. Kuronia.

[32] H. Kuroń, Życiorys, niedatowany, prawdopodobnie z 1958 roku. Archiwum A. Kuronia.

[33] H. Kuroń, Tak było…, dz. cyt.

[34] A. Słonimski, Kronika tygodniowa, „Wiadomości Literackie”, 14 czerwca 1936.

[35] Wanda Kuroniowa pracowała w latach 1932–1940 w dziale prawnym Ubezpieczalni Społecznej podległej ZUS. Życiorys Wandy Kuroń, prawdopodobnie z 1963 roku. Archiwum A. Kuronia.

[36] Znalazłyśmy zawiadomienie o wystawieniu O dwóch takich, co ukradli księżyc we Lwowie w marcu 1937 roku w Powszechnym Teatrze Żołnierza przy ulicy Rutowskiego, nie w Teatrze Wielkim. Czyli Jacek miałby wtedy ledwo skończone trzy lata, a nie cztery–pięć, jak opisał.

[37] F. Gil, Bezdroża uniwersyteckie, „Sygnały” 1939, nr 66.

[38] Relacja H. Kuronia nagrana w ZHP, 28 maja 1966…, dz. cyt.

[39] J. Lerski, Lwowska młodzież społeczno-demokratyczna 1937–1939, „Zeszyty Historyczne” 1979, nr 47.

[40] „Młodzież Wszechpolska rządziła Politechniką w sposób bezwzględny. Każde śmielsze wystąpienie kończyło się bojkotem. Ja pod tym bojkotem przebywałem około 2 lat. Zabroniono mi wstępu do II domu techników, nie odzywano się do mnie”. Relacja S. Dawidowicza, 25 lutego 1961, AAN. Działalność ZNMS – środowisko lwowskie, R-84.

[41] J. Beck., Przemówienie w Sejmie RP 5 maja 1939 r., pl.wikisource.org/wiki/Przemó\wienie_J%C3%B3zefa_Becka_w_Sejmie_RP_5_maja_1939_r. [dostęp: 10 marca 2015].

[42] Walny Zjazd Związku Dziennikarzy R.P., „Prasa”, maj 1939.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jacek Sendlerowa My z Jedwabnego 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Komeda Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana