Medytacja dzień po dniu

Medytacja dzień po dniu

Autorzy: Andre Christophe

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Poradniki

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 34.64 zł

Książka łączy w sobie urodę pięknego albumu z reprodukcjami arcydzieł malarstwa i użyteczność podręcznika, w którym autor uczy nas – w sposób poetycki i konkretny jednocześnie – jak żyć bardziej świadomie, jak być bardziej obecnym w swoim życiu.

Dzieła sztuki służą za punkt wyjścia do poruszania kolejnych zagadnień: praca z oddechem, obserwowanie swoich myśli, dostrzeganie tego, co zwyczajne lub niewidoczne, akceptacja, odpuszczanie… W świecie zdominowanym przez szybkość, w którym człowiek żyje pod presją czasu, odruchowo i nieraz bezrefleksyjnie się jej poddając, prędzej czy później zaczyna odczuwać naturalną potrzebę, by zwolnić, i zaczyna poszukiwać sposobu, by żyć w większej harmonii z sobą i światem. Medytacja uważności jest doskonałą odpowiedzią na te poszukiwania. Jest ona dla naszego umysłu tym, czym ćwiczenia fizyczne są dla naszego ciała.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp

Uświadomienie: postawa mentalna

ŻYĆ CHWILĄ OBECNĄ

ODDYCHAĆ

PRZEBYWAĆ W SWOIM CIELE

ZAMKNĄĆ OCZY I SŁUCHAĆ

OBSERWOWAĆ SWOJE MYŚLI

DAĆ PRZESTRZEŃ SWOIM EMOCJOM

ROZCIĄGNĄĆ UWAGĘ, ŻEBY ZWIĘKSZYĆ SWOJĄ ŚWIADOMOŚĆ

BYĆ SAMĄ OBECNOŚCIĄ

OCZY DUSZY SZEROKO OTWARTE:

WIDZIEĆ TO, CO ZWYCZAJNE

WIDZIEĆ TO, CO NIEWIDOCZNE

WIDZIEĆ TO, CO WAŻNE

DZIAŁAĆ I NIE DZIAŁAĆ

WYOSTRZYĆ UMYSŁ

ROZUMIEĆ I AKCEPTOWAĆ TO, CO JEST

PRZEJŚĆ PRZEZ BURZE:

WYZWOLIĆ SIĘ Z MENTALNYCH WIĘZIEŃ

ODPUSZCZAĆ

POZOSTAĆ OBECNYM W ŚWIECIE

IŚĆ NAPRZÓD, POMIMO RAN

UZNAĆ TAJEMNICĘ

WIDZIEĆ, JAK POWOLI WYŁANIA SIĘ SZCZĘŚCIE

CHWILE OTWARCIA I PRZEBUDZENIA:

PRACOWAĆ

KONTEMPLOWAĆ

KOCHAĆ

DOŚWIADCZAĆ ROZSZERZENIA I ROZPUSZCZANIA JA

WZLOT

Kilka przydatnych książek

STRONY INTERNETOWE

NOTY BIBLIOGRAFICZNE

PODZIĘKOWANIA

10 wskazówek wprowadzających do medytacji z płytą cd

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: MÉDITER, JOUR APRÈS JOUR

Projekt graficzny książki: Quintin Leeds

Redakcja: Robert Sudół

Korekta: Małgorzata Denys, Ewa Jastrun

Projekt okładki: L’ICONOCLASTE

© Editions de l’Iconoclaste, Paris, 2011

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie II

ISBN 9788381432887

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Książkę dedykuję z wdzięcznością

Jonowi Kabatowi-Zinnowi za wizję

Zindelowi Segalowi za wiedzę

Matthieu Ricardowi za przykład

I wszystkim trzem za ich nauki i przyjaźń.

Chodzenie po ziemi jest cudem.

Thich Nhat Hanh

Żyć uważnie to znaczy regularnie zwracać spokojną uwagę na chwilę obecną. Ta postawa może radykalnie zmienić nasz stosunek do świata, złagodzić nasze cierpienia i przekroczyć nasze radości. Uważność1 to także nazwa określonej formy medytacji, która jest dość prosta, lecz której opanowanie wymaga lat (jak wszystko, co jest ważne w naszym życiu).

Jeśli chcemy rozwijać uważność, musimy najpierw zrozumieć, na czym ona polega i w jaki sposób się ją praktykuje: to właśnie proponują nam teksty w tej książce. Następnie należy uwolnić się od słów, żeby po prostu czuć i doświadczać: pomogą nam w tym obrazy. Wreszcie, trzeba praktykować i eksperymentować samemu: na następnych stronach pojawiają się rady i propozycje ćwiczeń. Rozumieć i odczuwać. Praktykować wciąż na nowo. Nie ma żadnego innego sekretu uważnego życia.

Wstęp

Obecność, nie pustka

Zamyślam się2 niebiańsko.

Uśmiech mój budzą istnienia, których nie stworzyłem3.

Guillaume Apollinaire, Alkohole

Najpierw jest to intensywne żółte światło zimowego słońca, które jaśnieje na zewnątrz. Słońca, które razi, nie ogrzewając. Potem dostrzegamy nieruchomego starego człowieka. Odwrócił się od stołu i od książki, którą czytał: żeby się zastanowić? Odpocząć? Oddać się medytacji? Nasze spojrzenie prześlizguje się następnie ku prawej stronie i zauważamy niskie drzwi do piwnicy. Potem wzrok przyciągają kręcone schody. W chwili gdy zamierzamy pobiec spojrzeniem na pierwsze stopnie, odkrywa trzaskający w palenisku ogień i kobietę rozniecającą żar. Powraca ku wznoszącym się schodom: lecz one prowadzą tylko w ciemność.

Obraz jest mały, miejsce, które przedstawia, ciemne, mamy jednak wrażenie rozległej przestrzeni. To zasługa geniuszu Rembrandta, który sprawia, że nasze spojrzenie wędruje we wszystkich wymiarach. Horyzontalnie, od lewej strony, skąd promieniuje światło dnia, ku prawej, gdzie słabo połyskuje ledwie widoczny blask ognia; dialog słońca, które oświetla, nie ogrzewając, i ognia, które ogrzewa, nie oświetlając; słońce rozumu i ogień pasji, dwa składniki niezbędne do filozofowania? Pionowo, za sprawą tych kręconych schodów łączących sekretne otchłanie piwnicy i mroczne tajemnice piętra. W głąb, od środka obrazu, gdzie siedzi filozof, po otaczający go krąg ciemności. Lecz poczucie przestrzeni pochodzi także z subtelnej gry między tym, co ukazane i tym, co ukryte. Ważne jest to, co sobie wyobrażamy: co znajduje się po drugiej stronie okna, za drzwiczkami do piwnicy, w górze schodów. I najrozleglejszy z tych wszystkich ukrytych przed naszymi oczami światów, które przeminęły zbyt szybko: umysł filozofa, jego świat wewnętrzny. Ciemności i półmrok, odrobina światła, odrobina ciepła. I pracujący umysł. Czy tak właśnie wygląda nasze wnętrze?

Medytujący filozof, Rembrandt Harmenszoon van Rijn (1606–1669)

1632, olej na desce, 28 x 34 cm, Luwr, Paryż

Medytować to znaczy zatrzymać się

Zatrzymać się, przerwać działanie, przestać się krzątać. Wycofać się odrobinę, trzymać się na uboczu, z dala od świata.

Na początku to, co odczuwamy, wydaje się dziwne: jest pustka (brak działania, brak rozkojarzeń) i pełnia (tumult myśli i doznań, które nagle sobie uświadamiamy). Jest to, czego nam brakuje: nasze punkty odniesienia i rzeczy do zrobienia; a po chwili ukojenie pochodzące z tego braku. Rzeczy nie dzieją się tak jak „na zewnątrz”, gdzie nasz umysł jest zawsze uczepiony jakiegoś przedmiotu czy projektu: działania, namysłu nad czymś, rozkojarzenia, które rozprasza naszą uwagę.

To wolne od działania doświadczenie medytacyjne wymaga czasu, byśmy do niego przywykli, byśmy widzieli klarowniej. Jak w tym obrazie. Jak przy przechodzeniu ze światła do cienia. Weszliśmy w siebie, tak naprawdę. Wnętrze było tuż obok nas, ale nigdy tam nie zachodziliśmy. Włóczyliśmy się raczej na zewnątrz: w naszej epoce nieokiełznanych podniet i szaleńczych związków nasza więź z samym sobą często jest zapomniana. Porzucone wnętrza… Zewnętrzność jest łatwiejsza i lepiej oznakowana. Tymczasem doświadczenie medytacyjne to nierzadko ziemia bez ścieżek. W pokoju, gdzie medytuje filozof, jest mniej światła, trzeba więc szerzej otworzyć oczy. W środku nas samych tak samo: mniej jest oczywistości i pewności, musimy więc szerzej otworzyć oczy duszy.

Sądziliśmy, mieliśmy nadzieję, że znajdziemy spokój, pustkę. Często natykamy się na wielki bałagan, zgiełk, chaos. Pragnęliśmy jasności, a znajdujemy zamęt. Czasami medytacja wystawia nas na lęk, na cierpienie, na to, co sprawia, że cierpimy, i czego unikaliśmy, myśląc o czymś innym, krzątając się gdzie indziej.

Uspokoić wzburzenie

Jakże to wydawało się proste widziane z zewnątrz! Wyobrażaliśmy sobie, że wystarczy usiąść i zamknąć oczy. Ale nie, to tylko początek, niezbędny początek, lecz to nie wystarczy. A więc? Więc trzeba będzie pracować, nauczyć się patrzenia, nauczyć się pozostawania tu, lekko poza światem, tak po prostu, siedząc, z zamkniętymi oczami. Pozwolić ustać zgiełkowi.

To właśnie pierwszy etap do przejścia: pozostać w bezruchu i ciszy wystarczająco długo, żeby pewien spokój spowił paplaninę naszego umysłu, dostatecznie długo, żeby zacząć widzieć jaśniej. Bez przymuszania, bez chcenia: to znów wprowadziłoby zamęt. Nie ingerować, pozwolić, żeby to przyszło samo, z wewnątrz…

Weszliśmy w siebie tak naprawdę. Wnętrze było tuż obok nas, ale nigdy tam nie zachodziliśmy.

Czasami trzeba czekać długo. Nie można tego przyspieszyć. Bardzo byśmy chcieli, ale się nie da: medytacja wymaga czasu. I zdarzają się nawet dni, kiedy nic nie przyjdzie. Skandaliczne, prawda? I anachroniczne w czasach obiecywania natychmiastowych efektów i gwarancji rezultatów. Mądrości zen roją się od przypowieści na ten temat. Jak ta, w której uczeń pyta swojego mistrza: „Mistrzu, ile czasu będę musiał medytować, żeby osiągnąć spokój ducha”. Po długim milczeniu mistrz odpowiada: „Trzydzieści lat”. Uczeń jest wyraźnie poruszony: „Yyy… To trochę długo. A jeśli będę się bardzo przykładał, pracował w dwójnasób, dzień i noc, jeśli nie będę robić nic innego?”. Mistrz milczy bardzo długo, po czym rzuca: „W takim wypadku pięćdziesiąt lat…”.

Zacząć widzieć klarowniej

Zatrzymaliśmy się więc, usiedliśmy i zamknęliśmy oczy. Nie po to, żeby spać, nie żeby odpoczywać, ale żeby zrozumieć: zrozumieć to, czego doświadczamy, rozjaśnić ten zamęt, który jest jedynie echem świata w nas. Zrozumieć, że są dwie drogi: droga intelektu (interweniujemy, działamy, mieszamy rzeczywistość z naszą wolą, przytomnością, naszymi wysiłkami) i droga doświadczenia (przyjmujemy nagą rzeczywistość i pozwalamy, by nas objęła, zamieszkała w nas, przeniknęła nas, odpuszczamy, zachowując jednocześnie niezwykłą uważność).

W obu przypadkach, intelektu i doświadczenia, pozostajemy w związku ze światem. Żeby lepiej go zrozumieć lub lepiej doświadczyć. Obie drogi są doskonałe, każda na swój sposób. Żadna nie góruje nad drugą. Potrzebujemy ich obu. I musimy dbać o to, by pozostały sprawne i żywe.

Powiedzmy, upraszczając, że pierwsza jest drogą filozoficznej refleksji. A druga (otwarcie się na świat, czemu niekoniecznie musi towarzyszyć myślenie lub czemu towarzyszy myślenie pozawerbalne) – drogą uważności. To medytacyjna postawa uważności jest tematem tej książki.

Istnieć uważnie

Uważność polega na zintensyfikowaniu swojej obecności w danej chwili, na znieruchomieniu, żeby przesiąknąć teraźniejszością, zamiast przed nią uciekać czy chcieć ją zmienić czynem lub myślą.

Uważność jest w tym ruchu filozofa, który odwraca się na chwilę od swojej pracy, swojego rozmyślania i przechodzi na inny poziom: trawienia, przyswajania tego, co jego intelekt właśnie stworzył albo odkrył. Być może przygotowania do następnego kroku. Zatrzymując się, żeby stać się świadomym.

Uważność nie oznacza więc robienia pustki ani tworzenia myśli. Oznacza zatrzymanie się, żeby wejść w kontakt z doświadczeniem, bezustannie się zmieniającym, które właśnie przeżywamy; i żeby obserwować, jaki jest nasz stosunek do tego doświadczenia, jaka jest nasza obecność w tej chwili.

To właśnie dzieje się teraz, jeżeli, nadal czytając powoli te wersy, zdajecie sobie jednocześnie sprawę, że oddychacie, że macie różne doznania fizyczne, w polu widzenia dostrzegacie poza książką także inne przedmioty, docierają do was różne dźwięki i myśli, które wzywają was dokądś lub podszeptują, co macie sądzić na temat lektury itd.

Uważność to – w chwili kiedy będziecie zamierzali przewrócić kartkę (być może wasza dłoń już jest gotowa, zanim skończyliście czytać te zdania) – zatrzymanie ruchu ręki i obserwowanie: obserwujemy zamiar przewrócenia strony, który już w was zaistniał. To powiedzenie sobie „zaraz przewrócę stronę”, zamiast zrobić to, w ogóle sobie tego nie uświadamiając. To właśnie jest uważność: tworzyć niekiedy malutką przestrzeń, w której możemy „widzieć siebie w działaniu”. Powiecie, że to nie jest konieczne, żeby przewrócić stronę. To prawda. Okaże się za to przydatne w wielu innych momentach naszego życia.

1.

Uświadomienie: postawa mentalna

Już duch nie patrzy ani wstecz, ni w przód,

Obecna chwila — Oto szczęścia cud4.

Goethe, Faust II

ŻYĆ CHWILĄ OBECNĄ

To jest teraz, tylko teraz. Za moment to będzie już coś innego: sroka odleci, słońce będzie wyżej na niebie, cień żywopłotu się cofnie… Nie będzie ani lepiej, ani gorzej; będzie po prostu inaczej. A więc to właśnie teraz trzeba się zatrzymać, poczuć, jak mroźne powietrze szczypie w nos, słuchać wszystkich tych przytłumionych dźwięków, podziwiać niesamowite światło zimowego słońca. Zostać tu najdłużej, jak się da, nie oczekując niczego szczególnego. Przede wszystkim niczego nie oczekiwać. Lecz po prostu być tam, starając się jak najlepiej dostrzec niezliczone bogactwa tej chwili: śnieg spadający z drzew z cichym, miękkim odgłosem; niebieskawą biel cienia żywopłotu; podskakiwanie sroki, która szuka odrobiny ciepła w słońcu. Wszystko jest doskonałe, nie brakuje niczego, żeby ta chwila przepełniła nas zadowoleniem.

Uważnie bądźmy po prostu obecni w tej chwili łaski, zwyczajnej i pełnej blasku.

Aby uczynić zimowy dzień doskonałym,

tak jak ten, potrzeba czystego,

iskrzącego się powietrza, z blaskiem śniegu,

dość zimna, braku wiatru, a ciepło musi

pochodzić bezpośrednio od słońca.

Nie może to być ciepło odwilży.

Napięcie natury nie powinno być poluźnione.

Henry Thºreau, Dziennik (luty 1854)

Sroka, Claude Monet (1840–1926)

1868–1869, olej na płótnie, 89 x 130 cm, Musée d’Orsay, Paryż

Zdecydować się na przebywanie w chwili obecnej

Uważność uczy nas otwierania oczu. To ważne, ponieważ wokół nas są światy, które bezustannie lekceważymy. Tu i teraz. Możemy do nich wejść, zatrzymując automatyczny bieg naszych działań i myśli.

Tym, co ułatwia dostęp do tych światów chwili obecnej, są oczywiście pewne czynniki zewnętrzne, jak słońce, śnieg i sroka z obrazu Moneta. Ale także decyzja, żeby najczęściej jak to możliwe pozwalać życiu, by nas dosięgało, dotykało, poruszało. Chodzi o akt dobrowolnej świadomości, chodzi o to, byśmy postanowili otworzyć bramy naszego umysłu na to wszystko, co jest tutaj. Zamiast chronić się w tej czy innej wewnętrznej twierdzy: ruminacjach, rozmyślaniach, pewnościach i antycypacjach.

Ten akt jest aktem wyzwolenia. Wyzwolenia od naszych myśli o przyszłości albo przeszłości: uważność sprowadza nas z powrotem do teraźniejszości. Akt wyzwolenia z naszych ocen: uważność sprowadza nas z powrotem do obecności. Nasz umysł jest przeładowany tyloma rzeczami! Czasami ważnymi, czasami interesującymi. A czasem całkiem bezwartościowymi i niepotrzebnymi. Przeszkadzają nam one w widzeniu, utrudniają nam więź ze światem. Potrzebujemy przeszłości i przyszłości, potrzebujemy wspomnień i planów. Ale potrzebujemy także teraźniejszości. Przeszłość jest ważna, przyszłość jest ważna. Filozofia chwili obecnej nie polega na stwierdzeniu, że jest ona lepsza od przeszłości czy przyszłości. Tylko że jest bardziej krucha, że to ją należy chronić, ją, która znika z naszej świadomości, kiedy tylko jesteśmy zajęci, zaprzątnięci czymś innym. To jej należy dać przestrzeń, by mogła istnieć.

Więcej odczuwać, niż myśleć: świadomość zanurzona

Medytacja uważności nie oznacza analizowania chwili obecnej, a przynajmniej nie w taki sposób, jak się sądzi. To doświadczanie jej, odczuwanie całym ciałem, bez słów. Takie obywanie się przez dłuższy czas bez mowy nie jest ani zwyczajne, ani wygodne. Ani łatwe: nie mówić – to jeszcze ujdzie, ale nie myśleć! Tylko doświadczać, połączyć się. A jednak wszyscy mamy już za sobą to doświadczenie. To, co się wówczas dzieje i co wykracza poza słowa, opisuje fragment Listu Lorda Chandosa do Franciszka Bacona, wspaniałej noweli austriackiego pisarza Hugo von Hofmannsthala: „Od tej pory wiodę żywot, jaki – obawiam się – z trudem zdołałby Pan pojąć, tak bezdusznie i bezmyślnie płyną mi dni […] Niełatwo mi zdać Panu sprawę, na czym te dobre chwile polegają; oto znowu zawodzą mnie słowa. W takich chwilach objawia mi się bowiem coś, co nie ma i nie może mieć nazwy, i niespodziewanie wypełnia jakieś zjawisko należące do otaczającego mnie świata pienistym strumieniem wyższego życia. Zapewne trudno to zrozumieć bez przykładu, proszę tedy, by okazał Pan wyrozumiałość, jeśli moje przykłady okażą się głupie. Konewka, pozostawiona na polu brona, pies wylegujący się na słońcu, ubożuchny cmentarz, kaleki człowiek, mała wiejska chałupa – wszystko to może stać się naczyniem objawienia. Każdy z tych przedmiotów, i tysiące podobnych, po których oko prześlizguje się ze zrozumiałą obojętnością, może nagle, w chwili, której nadejście żadną miarą nie zależy ode mnie, przybrać charakter podniosły i poruszający – słowa stają się zbyt ubogie, aby to wyrazić”5.

„Uważność nie reaguje na to, co widzi. Widzi, po prostu, i rozumie bez słów”, powiedział pewien mistrz buddyjski. Słowa mogą nam ogromnie pomóc w niektórych momentach: nazwanie jakiegoś bólu lub radości może nam pomóc lepiej je znieść, przezwyciężyć, zrozumieć, smakować. Czasami jednak są bezradne, nie potrafią wyrazić złożoności tego, czego doświadczamy; mogą nawet utrudniać, fałszować, psuć nasze doświadczenie. Są chwile, w których lepiej milczeć. Trzeba wówczas zgodzić się na przejście przez rzeczywistość w inny sposób: odczuwać, doświadczać. I tak mówi się czasami o „świadomości zanurzonej”, żeby opisać ten szczególny stan naszego umysłu, kiedy jest on bardzo zaabsorbowany, ale nie tworzy intencjonalnie myśli, kiedy jest tylko wewnątrz doświadczenia.

Intensywny smak doświadczenia

Przypominam sobie, jak podczas pewnego odosobnienia medytacyjnego instruktor zaproponował nam jedno z tych dziwnych ćwiczeń, w których mistrzowie medytacji są znakomici. Zebrał nas wszystkich w kółku. Potem poprosił, żebyśmy zrobili krok do przodu. Po kilku sekundach ciszy powiedział: „A teraz spróbujcie nie zrobić wcześniej tego kroku”. Nigdy nie słyszałem, a przede wszystkim nie przeżyłem nic równie frapującego na temat daremności naszych pragnień, by przeszłość była inna. Przede wszystkim zaś nigdy nie zrozumiałem równie wyraźnie różnicy między nauczaniem przez słowa i przez doświadczenie. W moim zaskoczeniu i zakłopotaniu, w wahaniu i wzburzeniu mojego umysłu, w moim ciele, które nie wiedziało, co robić, zostało przekazane wszystko o niemożliwości wymazania tego, co się stało, i bezużyteczności żalu…

Uważność uczy nas, że doświadczenie jest równie ważne jak wiedza: czytanie o uważności to nie to samo, co praktykowanie jej. Słuchanie CD z ćwiczeniami medytacyjnymi, żeby zapoznać się z jego zawartością, to nie to samo, co wykonywanie tych ćwiczeń.

Doświadczenie, jako droga dostępu do rzeczywistości, nie zastępuje wiedzy, rozumu czy inteligencji, ale uzupełnia je. I nie ma nic prostszego niż doświadczenie, wystarczy tylko poświęcić temu trochę czasu: trzeba po prostu zatrzymać się, żeby doświadczyć. Żeby patrzeć, słuchać, czuć, trzeba zawiesić nasze działanie czy ruch. Zrób to. Teraz. Przestań czytać. Przestań czytać, zamknij oczy i bądź świadomy. Zauważ, z czego składa się twoje doświadczenie, właśnie tu i teraz. Przez minutę, teraz, natychmiast. Nikt, absolutnie nikt nie może zrobić tego za ciebie. I nikt, absolutnie nikt, nie będzie też mógł medytować zamiast ciebie. Zamknij oczy.

Lekcja 1

Żyć to znaczy żyć chwilą obecną. Nie można żyć w przeszłości ani w przyszłości: można tylko o nich myśleć, spekulować, rozpamiętywać swoje żale, snuć nadzieje, żywić obawy. W tym czasie nie istniejemy. Regularne zwracanie się ku chwili obecnej, by doświadczać bogactwa naszego życia, sprawia, że żyjemy bardziej. Wiemy to, oczywiście, czytaliśmy o tym i słyszeliśmy; nawet tak myśleliśmy. Ale to wszystko jest tylko czczą gadaniną: teraz trzeba to zrobić naprawdę! Nic nie zastąpi doświadczenia chwili obecnej.

ODDYCHAĆ

Nic się nie dzieje. Żadnej opowieści, żadnego przekazu. Tylko karp z papieru, samotny na szczycie masztu. Czujemy wraz z nim chłód zmierzchu. Razem z nim słuchamy szumu miasta. Wisimy nad Kioto, wspaniałym i tajemniczym, w towarzystwie kamiennego lwa, który zdaje się nadzorować ruch wracających do domu przechodniów, i drugiego karpia, przyczepionego do drugiego masztu, trochę z tyłu.

Nic się nie dzieje. Słyszymy jedynie łopotanie dwóch papierowych ryb na wietrze. Czujemy na skórze podmuch wieczornej bryzy, który przechodzi przez karpie, nadymając je, i użycza im tymczasowego życia. Jutro, być może, opuści je albo rozedrze. Ale na razie są tutaj, wysoko na niebie, i trzepoczą dzielnie.

Nic się nie dzieje. Wiatr. Pustka. Lecz ta przemijająca pustka sprawia, że nasz umysł oddycha trochę lepiej. Wiatr obecny w obrazie, ale jednak niewidoczny.

Jak nasz oddech, obecny w naszym ciele.

Wiatr wieje tam, gdzie chce;

słyszysz jego głos, ale nie wiesz

ani skąd przybywa, ani dokąd idzie.

Ewangelia według św. Jana, 3,8

Bannières en forme de carpes à Kyoto (Proporce w kształcie karpi w Kioto), Louis Dumoulin (1860–1924)

1888, olej na płótnie, 46 x 53 cm, Museum of Fine Arts, Boston, Fanny P. Mason Fund in Memory of Alice Thevin

Oddychanie, w samym sercu medytacji

Oddychanie od zawsze zajmuje centralne miejsce w praktykach medytacyjnych: to najpotężniejszy środek pozwalający nam połączyć się z chwilą obecną (lub zauważyć, że trudno nam się z nią połączyć…). Dlatego właśnie jedną z najprostszych i najskuteczniejszych rad, jakie daje się początkującym, jest ta, by kilka razy w ciągu dnia poświęcili trochę czasu na oddychanie, tylko oddychanie, przez dwie lub trzy pełne minuty.

Jest kilka powodów przywiązywania takiego znaczenia do oddechu. Jako że przedmiot praktyki medytacyjnej nie może usypiać naszej uwagi, dogodniej koncentrować się na „ruchomym celu”: łatwiej skupiać uwagę, nie przemęczając jej nadmiernie, na czymś, co pozostaje tutaj, ale nigdy nie jest nieruchome. Dlatego właśnie możemy przez długie chwile, zafascynowani i rozbudzeni, patrzeć na morskie fale, ogień w kominku czy przepływające chmury: zawsze tutaj, ale nigdy identyczne. Tak samo jest z naszym oddechem: zawsze obecnym i zawsze ruchomym. Żaden nie jest dokładnie taki jak poprzedni ani jak następny. Jest w tym też oczywiście symbolika: oddech to życie.

Oddychanie jest także interesujące, ponieważ można sprawować nad nim względną, lecz rzeczywistą kontrolę, przyspieszając je lub spowalniając. Nie jest to możliwe w przypadku wielu innych automatycznych funkcji naszego ciała: trudno jest modyfikować rytm uderzeń serca, ciśnienie tętnicze, trudno także przyspieszyć czy spowolnić trawienie! Praca nad oddechem jest użyteczna, ponieważ ma on wpływ na nasze odczucia emocjonalne.

Można uspokoić się za pomocą oddechu. Nie poprzez kontrolowanie go, lecz pokornie się z nim łącząc i łagodnie mu towarzysząc. Doświadczyć akceptacji bolesnej emocji, poprzestając na oddychaniu i obserwowaniu jej, to wielki wstęp do dialektyki woli i odpuszczenia, o czym będziemy mówić później. Kiedy człowiek czuje się źle, kiedy cierpi na depresję lub lęki, wtedy źle oddycha. Praca nad oddechem w tych momentach nie rozwiąże wszystkich problemów ani nie zlikwiduje wszystkich cierpień; zawsze jednak będzie jakąś formą ich złagodzenia. Dlaczego się tego pozbawiać?

Lekcje oddechu

Chrześcijanie znają dobrze słowa „Wstań i idź”, wypowiedziane przez Jezusa do sparaliżowanego. Lubię sobie czasami wyobrażać, że pewnego dnia do jakiegoś niespokojnego człowieka, który przyszedł po radę, Budda skierował analogiczne słowa: „Zatrzymaj się i oddychaj”. Oddech może nam bowiem dostarczyć tak wielu lekcji…

Lekcji świadomości: oddech jest niewidoczny, bez przerwy zapominamy o jego obecności. Daje nam jednak życie, bezwzględnie potrzebujemy oddychania. I tak samo w naszym życiu jest wiele rzeczy, które nas podtrzymują i których sobie nie uświadamiamy.

Można się uspokoić za pomocą oddechu. Nie poprzez kontrolowanie go, lecz pokornie się z nim łącząc i łagodnie mu towarzysząc.

Lekcji zależności i kruchości: nasza potrzeba oddychania jest jeszcze bardziej wyraźna i natychmiastowa niż potrzeba jedzenia, picia, kochania lub bycia kochanym – naszych innych pokarmów. Oddech uczy nas, że jesteśmy podtrzymywani przez liczne zależności. Ale te więzi budują nas i karmią. Idea więzi i zależności niepokoi czasami lękowców: „A gdyby odebrano mi to wszystko? A gdybym któregoś dnia przestał oddychać?”. Starają się więc o tym zapomnieć. Rozwiązaniem nie jest oczywiście wyparcie myśli, że nasze życie zależy od oddechu. Należy raczej uznać tę ideę, która jest rzeczywistością, kontemplując ją często, pozwalając jej krążyć swobodnie wewnątrz naszego umysłu. Oswajając ją, żeby rozbroić jej ładunek niepokoju.

Lekcji subtelności: oddech jest jednocześnie w środku i na zewnątrz. Miesza punkty odniesienia: ja i nieja. Punkty odniesienia, które często są iluzją, a niekiedy źródłem cierpienia. Zbytnie uczepianie się przekonania, że z jednej strony stoimy my, a z drugiej świat, nie jest rzeczą dobrą. Dlatego medytacja w ciepłej letniej bryzie stanowi wyborne doświadczenie: po jakimś czasie następuje stopienie naszego oddechu wewnątrz z bryzą świata na zewnątrz.

Lekcji pokory: rozmyślny i mimowolny jednocześnie oddech uczy nas akceptacji tego, że nie kontrolujemy wszystkiego. Społeczeństwo chętnie wmawia nam, że wszystko można kontrolować i nad wszystkim panować. Lecz oddech uczy nas także, byśmy nie ulegali bierności i rezygnacji: pokazuje nam, że można, mimo wszystko, działać pokornie, lecz skutecznie w sprawach, których nie kontrolujemy całkowicie.

Lekcji rzeczywistości: ten oddech, tak ważny, nie ma właściwej tożsamości. Bezustannie tworzy się i niknie. To właśnie buddyści nazywają pustką: nie chodzi o to, że to nie istnieje, nie jest jednak trwałą rzeczywistością, taką, jak nam się wydaje, czy której można by się uczepić, żeby zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa, jak byśmy sobie tego życzyli. Oddech jest jak obłok, wiatr, fala albo tęcza: jak najbardziej rzeczywisty, lecz niestały, zawsze obecny, lecz zawsze tylko na chwilę…

Oddech jest zawsze tutaj…

Zawsze tutaj, z nami. Jak dostępny zawsze środek pozwalający nabrać świadomości, połączyć się z chwilą obecną poprzez obserwację, bez prób modyfikowania przepływu oddechu w całym moim ciele.

Oddech to kotwica uważności, która pomaga nam przycumować do chwili obecnej. Czasami jest to kotwica zwana przez marynarzy pływającą – pozwala on statkowi zwolnić i nie przewrócić się w czasie sztormu, kiedy żaden inny manewr nie jest możliwy. Oddech jest jak zawsze gotowy do pomocy przyjaciel. Uważajmy, by nie wymagać od niego rzeczy niemożliwych: nie ma sensu starać się oddychać po to, żeby nie czuć (stresu, niepokoju, strachu, smutku, gniewu). Należy oddychać, żeby nie dać się pochłonąć. Skupiamy się na oddychaniu, tak jak prosimy przyjaciela, żeby był przy nas, kiedy stawiamy czoło jakiejś trudności.

W obliczu bólu? Oddychać. W obliczu rozpaczy? Oddychać. Na początku wydawało mi się to zbytnim uproszczeniem. Potem zrozumiałem. Prawdziwy przekaz, kompletny przekaz brzmi: „Zacznijcie od oddechu; potem wszystko stanie się bardziej oczywiste”. To, co należy zrobić lub pomyśleć, ukaże się wówczas z większą jasnością. Oddychanie nie zmienia rzeczywistości. Zmienia jednak nasze doświadczanie rzeczywistości. I chroni naszą zdolność oddziaływania na tę rzeczywistość.

Kiedy już nabraliśmy nawyku regularnej praktyki, nie oddychamy już, nie obserwujemy już naszego oddechu: oddycha całe nasze ciało, jesteśmy w naszym oddechu, jesteśmy samym naszym oddechem. Nie jest to złudzenie czy autosugestia: dotarliśmy po prostu, za sprawą naszej świadomości, do serca jednego z tysiąca zjawisk, które czynią z nas żyjącą istotę.

Oddychanie staje się czymś dużo więcej niż tylko oddychaniem: staje się uprzywilejowaną drogą komunikacji i wymiany z tym wszystkim, co jest w nas, i tym, co jest wokół nas. Niezależnie od tego, czy jest to bolesne, czy cudowne. Ponieważ można także, oczywiście, oddychać, stojąc w obliczu piękna i dobroci…

Lekcja 2

Często uważa się, że nie można zrobić wiele ze zjawiskiem tak znajomym, zwyczajnym i automatycznym jak oddychanie. Cóż za błąd! Można wyciągnąć ogromne korzyści z uświadomienia sobie swojego oddechu, bycia po prostu świadomym jego obecności, świadomym wszystkich doznań, z którymi łączy się on w naszym ciele, nie starając się go modyfikować. Wystarczy poświęcić mu uwagę. Kiedy jesteśmy szczęśliwi i kiedy jesteśmy nieszczęśliwi. Nic od niego nie oczekując. Nie należy domagać się od oddechu, by rozwiązał nasze problemy. Należy zrozumieć, że kiedy nie udaje się nam ich rozwiązać, lepiej po tysiąckroć poświęcić uwagę naszemu oddechowi niż ruminacjom.

PRZEBYWAĆ W SWOIM CIELE

Stoi, gapowaty w swoich przykrótkich spodniach, ze zbyt długimi rękawami, czerwonymi kokardami przy trzewikach, niemodnych już w jego czasach. Biała masa stroju z połyskującego jedwabiu przyciąga nasz wzrok. Pierrot kradnie show, jak to się dzisiaj mówi. Jednak, mimo że jest na pierwszym planie, nikt się nim nie zajmuje: trzy inne postaci, na dalszym planie, wydają się dużo bardziej zainteresowane przybyciem czwartej, na ośle o melancholijnym spojrzeniu.

Pierrot wygląda smutno i spokojnie. Zastanawia się pewnie, czy widzowie patrzą na niego, żeby go polubić, czy żeby z niego zadrwić. Jest mu to trochę obojętne. Zrezygnowany, przyzwyczajony, że nikt go nie podziwia, że zapomina się o nim. Pozostaje tam jednak, nawykły także do tego, że w którymś momencie wszyscy zrozumieją, że jest niezbędny. Historia nie będzie mogła toczyć się dalej bez niego, a więc…

Nie jest tak naprawdę piękny, jednak ma coś w sobie. Jakąś prezencję, prostą i oczywistą. Pierrot przypomina nam – nam, którzy tego potrzebujemy – że nasze ciało niekoniecznie musi być piękne, silne, gibkie, żeby je kochać i rozumieć, jak bardzo liczy się w naszym życiu. Jak bardzo może być naszym przewodnikiem w świecie uważności…

Czy umysł i ciało są oddzielone, a jeśli tak,

to które z nich lepiej wybrać?

Woody Allen

Pierrot, dawniej zwany Gilles, Jean-Antoine Watteau (1684–1721)

Ok. 1718–1719, olej na płótnie, 185 x 150 cm, Luwr, Paryż

Medytować z ciałem

Osoby niemedytujące myślą często, że medytacja jest praktyką wyłącznie psychiczną. Cóż za błąd! W rzeczywistości to praktyka w najwyższym stopniu cielesna. I po długich sesjach medytacyjnych ciało może być wyczerpane, niekiedy bardziej niż umysł.

Spośród praktyk medytacyjnych właśnie medytacja uważności wymaga pełnego szacunku doświadczania doznań cielesnych. Chodzi o to, by połączyć się ze swoim ciałem, by być go świadomym i traktować je z uwagą. Nie chodzi o to, żeby myśleć o swoim ciele, żeby osądzać to, co się w nim dzieje, próbować je rozluźnić albo złościć się na nie, lecz by po prostu wejść z nim w kontakt. Żeby włączyć je na nowo w obszar naszego umysłu, naszej uwagi, naszej świadomości. Nie starając się, na początku, czegokolwiek modyfikować.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Pleine conscience (ang. mindfulness) to dosłownie „pełna świadomość”. Niekiedy określenie „pełna świadomość” pojawia się w tekście, ponieważ lepiej oddaje sens, ale chodzi wciąż o to samo uważne podejście (przyp. tłum). [wróć]

W oryginale Je médite, czyli „rozmyślam”, ale też „medytuję” (przyp. tłum.). [wróć]

Artur Międzyrzecki, Rimbaud, Apollinaire i inni (Wybór przekładów), Czytelnik, Warszawa 1988 (przyp. tłum.). [wróć]

Johann Wolfgang Goethe, Faust, Część I i II, przełożył Feliks Konopka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1977. [wróć]

Hugo von Hofmannsthal, List lorda Chandosa do Franciszka Bacona, przełożyła Małgorzata Górka, Zeszyty Literackie nr 17, zima 1987. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Medytacja dzień po dniu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wielka czwórka Sztuka kochania Wybieraj wystarczająco dobrze Porąb i spal Pieniądze. W świetle Ewangelii. Nowa opowieść o biedzie i zarabianiu