Ocalić pannę May

Ocalić pannę May

Autorzy: Bronwyn Scott

Wydawnictwo: HarperCollins

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 9.45 zł

Panna May jest rozpieszczaną ukochaną córeczką ojca, lorda Wortha. Kiedy jednak May zakochuje się w przyjacielu brata, Liamie Caseku, Worth nie zgadza się na ślub i gwałtownie kończy ich znajomość. May w geście protestu wyjeżdża do wiejskiej posiadłości.

Po pięciu latach Casek ponownie zjawia się w posiadłości Worthów. Okazuje się bowiem, że May została wciągnięta w szpiegowską rozgrywkę i grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Czeka go tym trudniejsze zadanie, że May wcale nie zamierza z nim współpracować…

Bronwyn Scott

Ocalić pannę May

Tłumaczenie:

Melania Drwęska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tym razem Preston Worth był naprawdę bliski śmierci. Liam Casek ściągnął szybko koszulę i z wprawą oderwał szeroki pas materiału. Doświadczenia mu nie brakowało – nie pierwszy raz musiał ratować przyjaciela i mentora. Oby jednak nie ostatni… Przycisnął zwitek materiału do rany i z trwogą obserwował powiększającą się szkarłatną plamę na piersi, tuż obok płuca. Pomyślał, że tak obfitego krwawienia nie uda się zatamować płóciennym bandażem.

– Case! – Preston szarpnął go za rękę. – Zostaw mnie, oni tu wrócą.

„Oni” to bandyci, którzy o zmroku napadli Case’a i Prestona na gościńcu. Byli gromadą, a jednak we dwóch zdołali odeprzeć ich atak, choć zapłacili wysoką cenę – poważne zranienie Prestona. Niewykluczone, że to uratowało im obu życie, gdyż napastnicy wycofali się, zapewne zakładając, że naturalnym biegiem rzeczy jedna z ich ofiar lada moment wyzionie ducha i druga czmychnie.

– Cicho bądź! – rzucił szorstko Liam, wiążąc kolejny pasek materiału, przytrzymujący opatrunek. – Trzeba cię będzie pozszywać – dodał, świadomy, że najpierw musi zatamować krwotok. Od najbliższej wsi dzieliły ich dwie mile[1]. – Połóż rękę na piersi i mocno przyciskaj bandaż – polecił, chwytając Prestona pod pachy. – Odciągnę cię na bok.

Wolałby go nie ruszać, ale nie mógł zostawić rannego przyjaciela w ciemnościach pośrodku traktu, gdzie mógł zostać rozjechany przez nieuważnych woźniców lub dobity przez powracających zbirów. Ściągnął stękającego z bólu przyjaciela na pobocze, co nie było łatwe. Preston, podobnie jak on sam, mierzył ponad sześć stóp[2] i wydawał się okropnie ciężki, gdyż był prawie bezwładny. Liam oparł przyjaciela o pień drzewa i obejrzał bandaż na tyle, na ile było to możliwe w półmroku. Za chwilę zrobi się całkiem ciemno. Cholerna zima! Wciąż za mało dziennego światła, a teraz było mu ono rozpaczliwie potrzebne, bo wyczuwał raczej, niż widział nasiąkający krwią opatrunek.

– Boli mnie, Case – przyznał się Preston; w jego oczach mignął strach.

– To dobrze – pocieszył go Liam. – Widać nie jest z tobą aż tak źle. Jesteś przytomny, możesz mówić i nie popadłeś w odrętwienie.

Tego najbardziej się obawiał, ponieważ zapowiadało bliską śmierć. Naoglądał się jej aż nadto podczas wykonywania rozlicznych zadań i wojny. Wprawdzie nie jest lekarzem, ale zdobył medyczną praktykę.

– Cabot Roan… nasłał… tych ludzi… – wykrztusił Preston.

Pochłonięty oględzinami rany, Liam skinął głową. Wieczorny atak potwierdził tylko ich obawy. Cabot Roan był zamożnym przedsiębiorcą, podejrzewanym przez brytyjskie służby wywiadowcze o kierowanie kartelem skupiającym byłych dostawców broni dla Anglii. Gdy skończyły się wojny, a wraz z nimi zamówienia, czyli zyski, zaczęto sprzedawać broń do tych europejskich krajów, gdzie wybuchały rewolucyjne zamieszki. A ponieważ nie zawsze było to zgodne z wytycznymi polityki zagranicznej imperium brytyjskiego, uznano członków kartelu za zdrajców. Potrzebny był jednak dowód na to, że za transakcjami stoi Cabot Roan, co miała poświadczyć misja Prestona. Gdyby się okazało, że Roan rzeczywiście zarządzał kartelem, należało go dyskretnie zlikwidować, czym miał się zająć Liam.

– Zatem przeczucia nas nie myliły – stwierdził Liam. – To dobra wiadomość. Roan nie nasyłałby na nas zbirów, gdyby nie poczuł się zagrożony. Dasz radę pojechać konno kilka mil?

Rana wciąż krwawiła, a choć już nie tak obficie, należało jak najszybciej poszukać pomocy, aby właściwie opatrzyć Prestona.

– Musimy spróbować. Nie możemy tu zostać. Będziesz potrzebował światła, żeby mnie pozszywać, Case.

Można by pomyśleć, że inaczej niż w tych wszystkich przypadkach, kiedy raniony kulą, nożem lub czymkolwiek innym Preston wymagał opatrzenia, uznał w duchu Liam, przybrawszy kwaśną minę. Gdyby sprawy nie przedstawiały się tak dramatycznie, Liam pewnie by zażartował, ale w obecnej sytuacji nie było mu do śmiechu. Przysunął się, żeby podeprzeć Prestona, ale on powstrzymał go ruchem ręki.

– Zaczekaj, najpierw muszę ci coś powiedzieć.

„Na wypadek gdybym zemdlał z bólu” – dokończył w myślach Liam, ale to i tak lepsze niż „Na wypadek gdybym stracił przytomność i już nigdy jej nie odzyskał”.

– Poczekaj, aż doktor cię pozszywa, i będziesz mógł odpocząć. – Liam wolałby, żeby przyjaciel nie zdawał sobie sprawy, jak ciężki jest jego stan.

Preston chwycił go kurczowo za rękę.

– Żadnego doktora i zajazdu, Case. Masz mi to obiecać – nalegał. – To zbyt publiczne miejsca. Roan zacznie od szukania po zajazdach i wypytywania o doktorów.

Liam pokiwał głową ze zrozumieniem. Coś sobie przypomniał i miał już pewien plan.

– Niedaleko stąd jest farma – tam się udamy. Pozwól mi jednak wezwać lekarza.

Preston z uporem przecząco pokręcił głową.

– Ty to zrobisz. Nieraz mnie cerowałeś i znasz się na rzeczy. – Spróbował się roześmiać, ale tylko skrzywił się z bólu.

– Dosyć o tym. – Liam podtrzymał przyjaciela, dopóki ból nie zelżał. – Później się z tego pośmiejemy.

Wątpił, czy kiedykolwiek będą się z tego śmiać. Preston miał to do siebie, że starał się podnosić innych na duchu, nawet jeżeli zalany krwią leżał na skraju gościńca. Gdy atak minął, Preston ostrożnie zaczerpnął tchu.

– Słuchaj uważnie, dobrze? Wczoraj, zanim do mnie dołączyłeś, zdobyłem potrzebny dowód na powiązania Cabota Roana z kartelem.

To dobra wiadomość, pomyślał Liam i zapytał:

– Gdzie ten dowód?

Miał nadzieję, że dokument nie znajduje się w torbie przy siodle konia, który im uciekł podczas napadu.

– Mam oryginał i zrobiłem dwie kopie. Jedną wysłałem prosto do Londynu, a drugą do mojej siostry, na wypadek gdyby poczta do Londynu została przechwycona. – Preston nie przestawał ściskać przyjaciela za rękę. – Siostra przebywa w Szkocji. Mieszka z przyjaciółką w pewnej mieścinie nad zatoką. Masz do niej pojechać i zadbać o jej bezpieczeństwo do czasu, kiedy będzie można użyć dowodu dla zwabienia Cabota. Liamowi bardzo się to nie spodobało. Zresztą, jak wszystko, co w jakikolwiek sposób wiązało się z May Worth.

– Skąd myśl, że miałby zainteresować się twoją siostrą? – zapytał. Nawet po tylu latach jej imię nie chciało mu przejść przez usta.

– Nie zachowałem dostatecznej ostrożności i Cabot Roan zobaczył moją twarz wówczas, gdy włamałem się do jego posiadłości i domu. Dlatego zacznie szukać May, a mnie przy niej nie będzie, żeby ją obronić.

To oczywiste, że poważnie ranny przyjaciel nie zdoła nikogo obronić, pomyślał Liam. Jednak nawet zdrów i cały doprowadziłby Roana wprost do May, gdyby ten chciał ją odszukać. Z całą pewnością będzie śledził każdy krok Prestona… o ile on przeżyje.

– Case, daj mi słowo, że będziesz chronić May.

– Ze wszystkich sił. – Liam obiecałby przyjacielowi wszystko, ponieważ miał wobec niego ogromny dług. Z całego serca chciał mu się odwdzięczyć. Tylko dlaczego akurat w taki sposób, zważywszy że May Worth mogła mu zgotować piekło? – Wsiadajmy na konia – dodał. – Czas nagli.

Tysiące pytań cisnęły mu się na usta. Co May robiła w Szkocji? To raczej dziwne miejsce dla córki wpływowego angielskiego dżentelmena. W dodatku Preston nie podał mu nazwy tej mieściny. Będzie musiał poczekać na wyjaśnienia, bo zanim przejechali ćwierć mili, Preston stracił przytomność, wyczerpany walką, bólem i utratą krwi. Dla niego może to i lepiej, uznał Liam, ale trudno będzie mu zsiąść z konia, trzymając bezwładnego człowieka.

– Potrzebuję pomocy! Wiozę rannego! – zawołał, kierując konia na podwórze farmy. – Mam pokojowe zamiary! – dodał, ale położył dłoń na kolbie pistoletu, gdyż ostrożność nigdy nie zawadzi.

Wokół panowała ciemność, poza tym nie wiedział, jak na pojawienie się nieznajomych zareagują mieszkańcy położonego na uboczu domostwa. Odczekał dłuższą chwilę. Wreszcie drzwi otworzyły się i stanął w nich mężczyzna trzymający w ręce latarnię.

– Proszę, pomóżcie nam, on jest ciężko ranny. Muszę go opatrzyć, założyć szwy. – Liam starał się stłumić nutę paniki w głosie. Był świadom, że jeżeli ma uratować przyjaciela od śmierci, to musi zachować spokój i objąć dowodzenie. Ludzie nie kwestionują autorytetu, lecz na niego reagują. Gospodarz natychmiast pospieszył do konia, przywołując resztę rodziny. Z domu wybiegło dwóch chudych wyrostków, a za nimi wyłoniła się kobieta, niosąc lampę.

Dwie pary rąk wyciągnęły się, aby przejąć Prestona.

– Ostrożnie, ma ranę kłutą! – rzucił ostro Liam. Serdeczny przyjaciel wykrwawiał się na jego oczach, a on nigdy nie czuł się tak bezradny. Co będzie, jeżeli jego umiejętności nie wystarczą? Może jednak powinien zaryzykować i wezwać doktora? – Zsunął się z siodła i rzucił wodze drugiemu chłopcu. – Zajmij się koniem, musi odpocząć. Nie będę zaprzątał sobie głowy tym, czego nie da się zrobić, postanowił, ale skupię się na tym, co potrafię uczynić dla ratowania życia. Trzeba myśleć do przodu, bo dzięki temu można wyjść cało z najgorszych opałów. Miał dosyć doświadczenia, żeby to wiedzieć. Podchwycił wzrok kobiety i wydał kolejne polecenie:

– Będę potrzebował kompresów, bandaży i gorącej wody.

Gospodyni skinęła głową. Gdy weszli do domu, Liam rozejrzał się wokoło i stwierdził:

– Trzeba go gdzieś położyć. Zdejmijcie wszystko ze stołu.

To najlepsze miejsce, przy ogniu, gdzie jest ciepło i dosyć światła, uznał. Zdjął płaszcz i podwinął rękawy koszuli, a gospodyni już podsunęła mu miednicę z gorącą wodą.

– Została po kolacji – wyjaśniła. – Na razie wystarczy, a ja zaraz zagrzeję więcej. To też będzie panu potrzebne – dorzuciła, podając mu igłę z nitką.

– Jeszcze świeca i jeżeli macie, trochę whisky. – Liam rozsunął koszulę Prestona i po raz pierwszy mógł dokładnie obejrzeć ranę.

– Zatem jest pan lekarzem. – Gospodyni podała mu brązową butelkę.

– Coś w tym rodzaju – przyznał niechętnie.

Lekarze to ludzie bogaci, po szkołach i uniwersytetach, a okna ich gabinetów zdobią koronkowe firanki. Natomiast on umiał tylko to, czego nauczył go Preston, a doświadczenie zdobywał na wojnie w Serbii. Oby tylko tej nocy okazało się ono wystarczające. Wyciągnął korek z butelki i powąchał jej zawartość. Dobra mocna whisky, pomyślał. Będzie piekło jak cholera.

– Chwyć go za ramiona i trzymaj z całych sił – zwrócił się do starszego chłopaka. – Będzie się rzucał, kiedy ta woda ognista dostanie się do rany. – Chłopak zbladł, ale posłusznie wykonał polecenie.

Liam nachylił się nad Prestonem, aby wyjaśnić, co zamierza zrobić, bo ranny obecnie był na wpół przytomny.

– Przykro mi, mój drogi, ale muszę oczyścić ranę, żeby zapobiec zakażeniu.

Wylał trochę whisky na pierś przyjaciela i szybko przycisnął go własnym ciężarem, ponieważ pobudzony bólem ranny niespodziewanie gwałtownie zareagował, co ucieszyło Liama, bo dowodziło, że miał jeszcze dosyć siły.

– Jesteśmy na farmie, a ja zszywam cię, tak jak sobie tego życzyłeś – dodał.

– Żadnych doktorów – wychrypiał Preston.

– Żadnych. – Liam uśmiechnął się i zbliżył twarz do jego twarzy. – Jesteśmy tu bezpieczni – oznajmił, aby go uspokoić.

Miał nadzieję, że rzeczywiście tak jest, a ludzie Roana nie wtargną do środka ani teraz, ani nazajutrz, by dręczyć tę miłą i życzliwą rodzinę. Nawet po ciemku starał się nie zostawiać śladów, ale gdy wiezie się rannego i czas jest na wagę złota, ostrożność schodzi na drugi plan.

– Proszę. – Gospodyni z uśmiechem podała mu nawleczoną igłę. – W domu, gdzie jest trzech mężczyzn, trzeba mieć wszystko pod ręką. Zawsze któryś się skaleczy albo nabije sobie guza… – Nagle spoważniała. – Bardzo z nim źle?

Liam odsunął się, żeby mogła rzucić okiem, podczas gdy on opalał igłę w płomieniu świecy.

– Chyba nie trafili go w żaden ważny organ, ale stracił dużo krwi. Niech się trochę napije – wskazał głową na butelkę whisky – bo zaraz wbiję w niego tę igłę.

Miał nadzieję, że Preston zemdleje po pierwszych ściegach. Najpierw jednak musiał obmyć ranę. Przyniesiono mu świeżo zagrzaną wodę, w której umoczył ściereczkę. Po zmyciu krwi rana wyglądała lepiej, choć to pojęcie względne. Krwawienie ustało i znikły obawy, że nóż przebił płuco. Rana była jednak długa i postrzępiona, zadana wyszczerbionym ostrzem. Prestonowi zostanie po niej brzydka blizna.

Gospodarz z jednym z synów zajął miejsce przy głowie Prestona.

– Będzie nas pan potrzebował. Pański kompan wygląda na niezłego wojownika – zwrócił się do Liama, a jego żona z drugim chłopcem unieruchomiła nogi rannego.

Liam wziął głęboki oddech, modląc się, aby mu ręka nie zadrżała, po czym przeżegnał się i zaczął zszywać ranę.

Kilkanaście minut później było po wszystkim, choć Liam czuł się tak wyczerpany, jakby minęły godziny. Patrzył na swoje dzieło, zastanawiając się, czy to wystarczy i czy uda się uniknąć zakażenia. Z doświadczenia wiedział, że na ogół to nie rana zabijała żołnierza, lecz późniejsze komplikacje, będące skutkiem niefachowej pomocy medycznej. Bał się nawet pomyśleć, że zamiast ocalić życie przyjaciela, mógłby stać się sprawcą jego śmierci. Gdyby nie Preston, on wciąż włóczyłby się po ulicach, szukając pracy i klepiąc biedę.

Gospodarz objął go ramieniem i odciągnął od stołu.

– Moi chłopcy posiedzą przy rannym, a żona wszystko posprząta. Chodźmy się czegoś napić. Miał pan upiorną noc. – Wcisnął mu szklaneczkę whisky do ręki. – Przygotujemy panu posłanie przy kominku, żeby pan mógł być blisko przyjaciela.

Niestety, dla Liama noc jeszcze się nie skończyła.

– Nic z tego, muszę jechać dalej.

Pociągnął łyk whisky, która rozgrzała mu gardło i żołądek, dodając sił. Marzył o tym, aby się przespać, i chciał być blisko Prestona, aby go przypilnować, lecz obiecał spełnić jego życzenie. Czekało go wiele mil do przejechania, zanim będzie mógł odpocząć. Nie może zwlekać z wyruszeniem w drogę.

– Tyle już dla mnie zrobiliście, dobrzy ludzie, ale chciałbym prosić o jeszcze jedną przysługę i…

– Załatwione – przerwał mu gospodarz. – Zaopiekujemy się pańskim przyjacielem najlepiej, jak potrafimy. Miejmy nadzieję, że nie dostanie gorączki.

Liam zdawał sobie sprawę, że choć rana została zszyta, trudno to uznać za cudowne remedium.

– Zapłacę wam. Musi się dobrze odżywiać, bo stracił wiele krwi. Będzie potrzebował mięsa. – Liam wyjął z kieszeni pękatą sakiewkę i wcisnął ją gospodarzowi w dłoń.

– Nie trzeba – wzbraniał się mężczyzna.

– Ależ tak, trzeba. Nie macie pojęcia, ile dobrego zrobiliście dla nas tej nocy. – Liam zmarszczył brwi. – Nawet nie znam waszego nazwiska.

– Taylor. Tom Taylor. A pan jak się nazywa?

Liam uśmiechnął się.

– Przyjaciele mówią do mnie Case. Niech to wam wystarczy. – Nie chciał, aby tych zacnych ludzi spotkało coś złego za okazaną pomoc i gościnność.

Gospodarz ze zrozumieniem pokiwał głową. Najwyraźniej był świadom, że czasami lepiej za dużo nie wiedzieć.

– Myśli pan, że ktoś będzie go szukał? – zapytał, w razie potrzeby gotowy bronić swojej rodziny.

– Być może. – Liam nie zamierzał go okłamywać, choć liczył na to, że bandyci są przekonani, iż Preston nie mógł przeżyć po ranie, jaką mu zadali. Nie miał wątpliwości, iż przyjaciel będzie potrzebował co najmniej dwóch tygodni na rekonwalescencję, a miesiąca, aby w pełni odzyskać siły.

Zajrzał do kuchni, żeby po raz ostatni popatrzeć na Prestona. Nie chciał go zostawiać, ale nie mógł dłużej zwlekać. Czeka go daleka droga, trzeba więc wyruszyć jak najszybciej. Musi dotrzeć do May przed Cabotem Roanem, zakładając, że Roan będzie wiedział, gdzie jej szukać. Liam liczył na to, że nie. Skłonny był się założyć, że w tak odległym miejscu May będzie bezpieczna, obiecał jednak Prestonowi, że zapewni ochronę jego siostrze, i zamierzał dotrzymać słowa.

Gospodarz spojrzał w niebo.

– Będzie lało. Na pewno chce pan jechać?

Liam wolałby zostać z przyjacielem i dopilnować, aby powrócił do zdrowia, lecz musi pojechać do May, choć nie przypuszcza, by potrzebowała jego wsparcia. Nie mówiąc o tym, iż będzie równie uradowana na jego widok, jak on na myśl o pobycie w odległej szkockiej rybackiej mieścinie.

Uścisnął gospodarzowi rękę, raz jeszcze mu podziękował, po czym dosiadł konia i z niepokojem spojrzał w niebo. Może jednak przy odrobinie szczęścia nie zmoknie, pomyślał, ale ledwie przejechał dwie mile, lunęło jak z cebra. Cóż, ten, kto powiedział, że Irlandczycy to urodzeni szczęściarze, z pewnością nie znał Liama Caseka.

ROZDZIAŁ DRUGI

Miasteczko nad zatoką Firth of Forth, Szkocja, listopad 1821 r.

Trwał miejscowy targ.

– Dam pensa i ani trochę więcej – upierała się May Worth, stojąc naprzeciw farmera Sinclaira i jego marchewek. – Trzy pensy za pęczek! Toż to rozbój w biały dzień!

– Mężczyzna ma obowiązek wyżywić rodzinę – stwierdził Sinclair, pocierając zarośnięty podbródek. Rzucił klientce harde spojrzenie. – Pens czy trzy nie stanowi dla pani różnicy.

– Mam swoje środki, choć skromne – odparła z naciskiem May – ale to nie znaczy, że zamierzam je bezmyślnie trwonić.

Zamieszkały tu z Beą cztery miesiące temu, próbując żyć na tyle oszczędnie, by zwracać na siebie jak najmniej uwagi. Jednak mimo ich usilnych starań Sinclair i jemu podobni uznali je za damy finansowo niezależne.

– Dwa i pół – burknął farmer. – To ładna marchew, najlepsza w okolicy i ostatnia świeża aż do wiosny.

Z tym argumentem nie dało się dyskutować. Rzeczywiście Sinclair oferował produkty dobrej jakości, a u schyłku jesieni jego marchew zapewne była warta dwa i pół pensa, ale May nie lubiła przegrywać. Na żadnym polu. Nie mogła się wycofać, skoro zaczęła batalię o cenę.

– Dwa – oznajmiła.

Jeżeli zbyt łatwo się podda, Sinclair będzie ją lekceważył. Zapewne Bea będzie się śmiać, kiedy jej o tym opowie. I dobrze, gdyż ostatnie tygodnie nie były dla niej łatwe. W ostatnim miesiącu ciąży, obrzmiała i w stanie permanentnej niewygody, nie mogła nawet pójść na targ, tak jej puchły nogi.

– Dwa – powtórzyła May i dorzuciła z emfazą: – Dla Beatrice i dla dziecka.

– Dwa, niech będzie – zgodził się Sinclair. – Proszę przekazać moje ukłony pani Fields. – Wręczył May spory pęczek, który triumfalnie włożyła do koszyka.

Niestety, odniosła tylko połowiczne zwycięstwo, o czym oboje wiedzieli. Beatrice nie musiałaby się targować o niższą cenę, gdyż tutejsi mieszkańcy ją polubili. May nie mogłaby powiedzieć, że jej nie lubili, jednak w zauważalny sposób traktowali ją raczej nieufnie.

Marchew była ostatnim punktem na liście zakupów, zatem czas wracać do domu, uznała. Niechętnie zostawiała przyjaciółkę samą, a zwłaszcza ostatnio, gdy dziecko lada moment mogło się urodzić. Poza tym w koszyku prócz zakupów niosła listy, a ten nadesłany przez brata chciała jak najszybciej przeczytać. Bea też była ciekawa wieści z domu, bo rzadko dostawały pocztę z Anglii. Drugi list adresowany do May wysłali rodzice, ale postanowiła, że przeczyta go później, na osobności.

Zdawała sobie sprawę, że w towarzystwie jest tolerowana wyłącznie ze względu na Beatrice, przy czym znała powód takiego stanu rzeczy. Dla jednych pań była zbyt żywiołowa i porywcza, a dla innych, które obawiały się, że skradnie im męża, za ładna. Gdyby tylko wiedziały, że mężczyźni wcale jej nie interesują! Przyjechała tutaj, żeby przed nimi uciec, i jak na razie osiągnęła cel. Mężczyźni, tak samo jak kobiety, nie potrafili odnaleźć się w towarzystwie takiej jak ona osoby – spontanicznej, bezpośredniej i energicznej.

Wyjątek stanowiły jej przyjaciółki: Beatrice, Claire i Evie. Nie próbowały jej zmieniać, wtłaczać w ramy konwenansu, przymuszać do uległości wobec stereotypu. Zaakceptowały ją taką, jaka jest, w przeciwieństwie do rodziców, którzy zagrozili May wydaniem za mąż za pastora, o ile do wiosny nie znajdzie kandydata na męża. May nie wierzyła, żeby byli do tego zdolni; uznała, iż chcieli tylko zyskać pewność, że się wkrótce zaręczy. Prawdopodobnie w nadesłanym liście, podobnie jak we wcześniejszym, przysłanym w lecie, podjęli kolejną próbą wpłynięcia na jej postawę wobec zamążpójścia.

Wprawiała w rozpacz rodziców, mniej lub bardziej subtelnie podsuwających jej kawalerów, których nieodmiennie odrzucała. Minął kolejny sezon, a ona nadal pozostawała nieposłuszną córką, nieskorą do zawarcia małżeństwa. Miała już prawie dwadzieścia dwa lata, za sobą trzy sezony towarzyskie i ani jednego konkurenta na widoku, a wszystko to nie bez przyczyny.

Całym sercem kiedyś pokochała młodego mężczyznę, chociaż ją przed nim przestrzegano jako niebezpiecznego, nieodpowiedniego dla panny z dobrego domu. Nie posłuchała życzliwych ostrzeżeń i poleciała w ogień niczym ćma, za co zapłaciła. Doszło do zerwania – nie da się cofnąć ostrych słów ani wzajemnych pretensji czy zmienić faktów. Mimo to wciąż w jej mniemaniu żaden mężczyzna nie mógł się równać z dawnym ukochanym. Ojciec uznał jej postępek za objaw nieposłuszeństwa, a nawet bunt; matka wypomniała jej, że to skandal i hańba.

Być może okazała się krnąbrna i samowolna, nie miała na względzie rodziców, tylko własne pragnienia, i w rezultacie przyniosła im wstyd. Wkraczając na salony jako debiutantka, dysponowała wszystkimi pożądanymi atutami: była ładna i dobrze urodzona, posiadała posag, bardziej niż adekwatnie odzwierciedlający szacowne pochodzenie, a jej ojciec, młodszy syn markiza, zasiadał w parlamencie. Co w niej mogło się nie podobać ? Przecież była perełką na rynku panien na wydaniu.

Zawiedzeni brakiem matrymonialnego sukcesu córki, rodzice wyrazili w końcu zgodę na to, by towarzyszyła Beatrice do Szkocji, gdzie przyjaciółka miała przeczekać nieślubną ciążę. Może spodziewali się, że po kilku miesiącach wygnania ich niepokorna córka zrozumie, co to samotność oraz towarzyska izolacja, i zmieni zdanie? Los starej panny nie jest przecież ciekawy i satysfakcjonujący.

May uśmiechnęła się do siebie i ruszyła niemal w podskokach wzdłuż gościńca. Jeżeli rodzice liczyli na to, że skruszeje z dala od domu i salonów, to się grubo pomylili. Pokochała tę szkocką rybacką mieścinę. Pal licho mieszkańców z ich nieufnością. Może z czasem to się zmieni, a nawet jeżeli nie, woli robić wszystko po swojemu i cieszyć się wolnością i swobodą. Z zapałem prowadziła skromne gospodarstwo, odkryła też w sobie kulinarne talenty oraz smykałkę do ogrodnictwa. Wraz z Beą miały najbardziej imponującą szklarnię w okolicy i za jakiś czas będą mogły hodować warzywa przez cały rok. Na razie są uzależnione od farmera Sinclaira i jemu podobnych, lecz na wiosnę…

Czy będą tu jeszcze na wiosnę? Aż się zatchnęła na tę myśl. Miała nadzieję, że tak, ale rodzice Beatrice mogą wezwać ją do domu po urodzeniu dziecka. Z kolei jej rodzice w którymś momencie zażyczą sobie jej powrotu. W ostatnich tygodniach problem ten stał się dla nich obu źródłem obaw. Przyjście maleństwa na świat z natury rzeczy miało wszystko zmienić, co w praktyce oznaczało jedną wielką niewiadomą.

Beatrice lękała się, że odbiorą jej dziecko. Była przecież panną, chociaż ludzie z wioski zwracali się do niej per „pani Fields”, przekonani, że jej mąż, pan Fields, jest handlowcem i wypłynął w daleki rejs. Pomysł ten zaczerpnęły z jednej z ulubionych powieści Bei. Natomiast w rzeczywistości ubiegłej zimy Bea zgrzeszyła brakiem rozsądku i teraz za to płaciła. Tak czy inaczej, żadna z nich nie chciała wracać do domu, kiedy dziecko przyjdzie na świat.

– Nie pojedziemy i już! – orzekła stanowczo May, kiedy minionego wieczoru przyjaciółka znów nie zdołała zasnąć, przejęta zbliżającym się porodem. – Rodzice nie mogą nas przecież zmusić – stwierdziła autorytatywnym tonem.

Niestety, mogli. Wystarczyłoby, gdyby przestali wysyłać im pieniądze na utrzymanie domku oraz wyżywienie. Może Preston wstawiłby się za nimi? Naprawdę trudno o lepszego brata. To za nim May najbardziej tęskniła, będąc tak daleko od domu.

Nie może jednak obarczać brata tą sprawą. To ona, a ściślej, ona i Bea będą musiały podjąć decyzję, gdyż po odmowie powrotu do domów rodzinnych będą zdane tylko na siebie. Zaczęły już nawet odkładać część pieniędzy, na wypadek gdyby rodziny przestały je finansowo wspierać. Mając szklarnię i ogród, będą mogły robić przetwory, i może nawet sprzedawać je na targu lub wymieniać na inne produkty. Miały ubrania, które ze sobą przywiozły, a także konie, choć te potrzebują paszy. May wierzyła, że żyjąc z ołówkiem w ręku, potrafią się tutaj urządzić. Był to śmiały plan, choć dosyć ryzykowny, gdyż będą musiały zrezygnować z dawnego życia. Tak, ale zyskają wolność.

„Trzeba zacząć od siebie, żeby coś zmienić”. Tak brzmiało motto Klubu Zaprzysięgłych Panien, z którego po zamążpójściu Claire i Evie zostały tylko May i Bea. W październiku wybrały się na ślub Evie i mogły podziwiać promieniejącą z dumy pannę młodą u boku urodziwego księcia z dalekiego Kubania, który dla niej zrezygnował z tytułu i wiódł ziemiański żywot w Susseksie. Skoro Dimitij Pietrowicz potrafił dla ukochanej zdobyć się na tak poważną zmianę, może jej i Bei też się uda. Muszą wziąć los w swoje ręce i nie rezygnować z realizacji marzeń, nawet jeśli przyjdzie im o to walczyć.

O tym, że może to być walka w sensie dosłownym, przypomniał jej przedmiot obciążający kieszeń. Beatrice błagała ją ze łzami w oczach, żeby nie pozwoliła nikomu zabrać dziecka. To pewne, że gdyby ktoś się pojawił, nie skończy się na wymianie słownych argumentów, choć w takim przypadku May byłaby górą. Ci, którzy ich odwiedzą, wobec oporu niewątpliwie użyją siły fizycznej. Smutna to prawda, lecz gdy rozsądek zawodzi, mężczyźni zwykli uciekać się do przemocy, aby postawić na swoim. Na szczęście broń zrównuje szanse; nauczył ją tego Preston. Dlatego miała teraz przy sobie pistolet. Przyrzekła bronić dziecka Bei do ostatniego naboju, a słowo Worthów jest święte.

Gdy oczom May ukazał się schludny domek z czerwonej cegły, z szarym łupkowym dachem, poczuła zimny dreszcz, choć widok ten zazwyczaj podnosił ją na duchu. Uznała, że ostatnio za dużo myślała o porwaniu dziecka, chociaż się jeszcze nie urodziło. Jednak wyraźnie coś było nie tak. Na schodach i werandzie dostrzegła grudki błota – niewątpliwie ślady męskich butów! Gdyby ktoś miał do niej ważną sprawę, odszukałby ją na targu.

May odstawiła koszyk, rozejrzała się po podwórzu i nagle wzrok jej padł na konia zbyt zadbanego, żeby mógł należeć do któregoś z okolicznych gospodarzy. Piękny rumak pod wierzch, wart masę pieniędzy, wydał jej się znajomy. Czyżby przyjechał ktoś z rodziny Bei? Z nerwów zaschło jej w ustach, lecz gdy ukradkiem wyjęła z kieszeni pistolet, spłynął na nią spokój. Co dalej? – na tym trzeba się skupić. Nauczył ją tego Preston, który posiadł tę wiedzę, pracując dla rządu.

Przez okno bawialni dostrzegła zarys głowy mężczyzny. Siedział tyłem do okna, na miejscu dla gości. To i lepiej, pomyślała May, bo mnie nie widzi. „Działaj przez zaskoczenie, żeby przeciwnicy nie zdążyli pomyśleć. Jedyną myślącą osobą masz być ty” – przykazywał jej brat. Dzięki niemu będzie wiedziała, w którą stronę odwrócić się po wejściu do domu i wycelować broń. Nie straci ani minuty na ocenę sytuacji.

Zaczerpnęła tchu i pchnęła ramieniem frontowe drzwi tak mocno, że z hukiem uderzyły w ścianę, alarmując obecnych w bawialni, po czym błyskawicznie skierowała pistolet na mężczyznę siedzącego pod oknem. Twarz tonęła w cieniu, ale było dość światła, żeby w niego trafić.

– Wynocha, już cię tu nie ma! – rzuciła, celując w ramię.

Złowieszczy trzask odwodzonego kurka rozdarł ciszę, jaka zapadła po jej słowach. Tymczasem, zamiast się przerazić, intruz wybuchnął śmiechem!

– Witaj, May – powiedział. – Ja też się cieszę, że cię widzę.

Znajome głos i śmiech pozbawiły May przewagi, jaką miał być element zaskoczenia, i sprawiły, że przeszedł ją dreszcz.

Liam Casek? Tutaj? Oszołomiona, patrząc pod światło, zamrugała powiekami. Liam Casek – towarzysz jej brata i obiekt jej dziewczęcej miłości – siedział w bawialni, w zabitej deskami szkockiej dziurze. Ostatni człowiek, jakiego mogła się spodziewać, i doprawdy ostatni, jakiego chciałaby tu widzieć. Ściągnie jej tylko kłopoty na głowę, co robił już wcześniej, i to bardzo skutecznie. Czym wytłumaczy Bei jego wizytę? Opuściła pistolet, który nagle zaciążył jej w dłoni.

Niespodziewany gość śledził jej ruch z błyskiem w oku.

– To cała ty, witać dżentelmenów pistoletem.

Chciał ją obrazić? Minęło pięć lat, odkąd go po raz ostatni widziała. Miała wówczas niespełna siedemnaście lat, teraz nie jest podlotkiem, tylko dorosłą kobietą. Powinna odpowiedzieć jedną ze swoich ciętych ripost, ale z zaskoczenia zabrakło jej inwencji. Nie znała nikogo, kto siedziałby spokojnie, gdy do niego celują z broni.

Był dokładnie taki, jakim go zapamiętała: błękitne irlandzkie oczy, iskrzące w obliczu zagrożenia, ciemne włosy opadające niesforną falą na ramiona, szczupłe, ale muskularne ciało i wysoki wzrost.

Liam Casek potrafił zaanektować przestrzeń wokół siebie, a teraz wydał jej się jeszcze bardziej dominujący. Dostrzegła też nowe szczegóły: zakrzywioną bliznę na policzku tuż przy lewym oku i zapadnięte policzki, podkreślające wysokie kości policzkowe, nadające jego pociągłej twarzy surowość. Czymś nowym była także pewność siebie, cechująca mężczyznę, na jakiego wyrósł młodzieniec, którego niegdyś znała.

Usta pozostały takie same: wąska górna warga mylnie sugerowała arystokratyczne pochodzenie, a pełna dolna sygnalizowała zmysłowość. Osadzone nad kwadratowym podbródkiem przypominały kobietom, że wszelkie pozory delikatności to iluzja. Usta te umiały podniecać i zwodzić, obiecując ujawnić to, co ukryte za surową fasadą, jeśli tylko kobieta odważy się tam zajrzeć. To ona okazała się dość śmiała i zarazem zbyt naiwna, w nadziei że pozna skrywane tajemnice. Stała na progu kobiecości, a on zaczynał być mężczyzną, choć jeszcze nie do końca tym, którego teraz miała przed sobą. Oboje zgrzeszyli brakiem rozwagi – zwłaszcza ona. Nie byli jednak dla siebie stworzeni ani sobie przeznaczeni i oboje o tym wiedzieli. Tym bardziej niezrozumiała była jego wizyta.

– Co tu robisz? – zapytała May, gdy otrząsnęła się zarówno z zaskoczenia, jak i wspomnień.

Wiedziała, że nie z jej powodu przebył taki szmat drogi, bo niegdyś rozstali się w gniewie. A skoro nie chodzi o nią, to o kogo? O Prestona? Nagły przypływ paniki sprawił, że na moment zabrakło jej tchu – przypomniała sobie o liście spoczywającym na dnie koszyka. Wypadła na dwór, wyciągnęła list z koszyka i wróciła biegiem do domu.

– Co z Prestonem? Gdzie on jest? Przyjechał z tobą? – Zdenerwowana, zarzuciła Liama pytaniami.

Pomyślała, że mogli przyjechać z jakąś misją, i teraz się rozdzielili. Z rozdartej koperty wypadły dwie luźne kartki, ale to nie one ją zainteresowały, lecz krótki list, nakreślony zamaszystym pismem Prestona. Prześlizgnęła się po nim wzrokiem, próbując przyswoić sobie jego treść.

– Powiedz mi, co konkretnie przydarzyło się mojemu bratu.

– Został ranny – odparł ze spokojem Liam, aby nie przerazić May, lecz na słowo „ranny” nie sposób pozostać obojętnym.

May usłyszała za plecami stłumiony jęk Beatrice, obserwującej w milczeniu przebieg tego dziwnego spotkania. Cofnęła się o krok i opadła na sofę, ledwie świadoma, że przyjaciółka ujęła ją za rękę. Nie panikuj, nakazała sobie w duchu, i nie waż się przy nim rozklejać!

– Kiedy to się stało? Chcę wszystko wiedzieć.

– Sześć dni temu – oznajmił Liam, zerkając w stronę Bei.

May przeraziła się nie na żarty. Czyżby chciał coś przed nią ukryć? Pozbierała kartki z podłogi i przyjrzała im się uważnie. Była to kopia stron z książki rachunkowej, zawierających spis wpływów oraz wydatków. Figurujące na nich nazwiska i kwoty musiały stanowić bardzo obciążający dowód, jeśli wziąć pod uwagę to, co spotkało Prestona.

– Wyjdzie z tego? – z trudem sformułowała pytanie.

Po chwili powiedziała sobie, że brat żyje, a przynajmniej żył sześć dni wcześniej. Poczuła, jak Bea mocniej ściska jej dłoń w geście pocieszenia.

Liam zawahał się.

– Zawiozłem go na farmę na odludziu, gdzie pozszywałem go najlepiej, jak umiałem, i zostawiłem pod opieką gospodarzy – wyjaśnił, zarazem odpowiadając na następne pytanie, zanim May zdążyła je zadać.

Już dawniej potrafił odgadnąć jej myśli, zanim ona się w nich rozeznała. Obyczaj sam w sobie irytujący, choć przydatny w szczególnej sytuacji.

– Preston nie pozwolił mi wezwać doktora – dorzucił.

Oczywiście, że nie, pomyślała. Brat dbał o bezpieczeństwo osób, które wciągnął w działalność dla rządu. Będący celem jego misji łajdak na pewno zwróci się do okolicznych lekarzy, aby poprzez nich dotrzeć do rannego.

– Preston kazał mi obiecać, że pojadę wprost do ciebie.

– Chodziło mu o mnie czy o list? – Chciała się upewnić, choć dyspozycje brata dostatecznie podkreślały powagę sytuacji. Preston wysłał do niej dokumenty oraz zaufanego człowieka, który miał jej strzec.

– Po co to pytanie? – ofuknął ją Liam. – Pierwsze, o czym pomyślał, gdy leżał zakrwawiony na drodze, to twoje bezpieczeństwo.

Słowa te zawstydziły May, ale i przeraziły, gdy pojęła ich nieme przesłanie. Brat mógł podejrzewać, że nie przeżyje, skoro wysłał Liama jako pełnomocnika. Nagle uprzytomniła sobie, że przecież Liam wie, gdzie znajduje się Preston. Uniosła się lekko z sofy, układając w myślach plan.

– Zabierz mnie do brata. Możemy wyjechać jeszcze dziś, choćby za godzinę.

Liam poczuł, że ogarnia go wściekłość. Propozycja May zdenerwowała go bardziej niż wycelowana w niego wcześniej lufa. W jednej chwili poderwał się z fotela.

– Miałbym cię zawieźć do jaskini lwa wraz z dokumentami, za które twój brat omal nie przypłacił śmiercią?! – rzucił ostro. – Co to za idiotyczny pomysł?! Kazano mi cię chronić, a nie wystawić na cel.

Wystawić? Komu? May zapragnęła poznać szczegóły, ale miała świadomość, że niczego się nie dowie, dopóki Beatrice jest w pokoju.

– Sama potrafię się obronić. Zastrzelę każdego, kto nieproszony przekroczy ten próg. Chyba w to nie wątpisz?

– To nie ma nic do rzeczy! – zirytował się Liam. – Faktycznie potrafiłabyś zastrzelić człowieka, bo pamiętam, że miałaś świetne oko. Tyle że w grę wchodzi życie wielu ludzi.

Znowu te niedomówienia, pomyślała. Muszę zostać sam na sam z Liamem, nie ma innego sposobu na zdobycie pełnej informacji o sytuacji, w jakiej znalazł się Preston, i dlaczego do tego doszło.

– Jeżeli złapiemy tego łajdaka – mówił dalej Liam – to zostanie oskarżony o zdradę stanu, po czym czeka go stryczek. On o tym wie, dlatego nie wyśle tu jednego człowieka. Na drodze napadła nas banda. Z pewnością nie będzie się przejmował tym, że w zajmowanym przez ciebie domu jest ciężarna, i naśle na ciebie kilku swoich pomagierów.

May westchnęła. W co jej brat wpakował się tym razem? Wiedziała, że jego oficjalne zajęcie to przykrywka dla właściwej działalności, nie przypuszczała jednak, że chodzi o tropienie zdrajców. Liam odmalował przed nią obraz iście tragiczny, mimo to próbowała zachować spokój z uwagi na stan Beatrice.

– Kimkolwiek jest ten łajdak, najpierw musiałby mnie odszukać.

– Znajdzie cię, bo jest zdesperowany. To człowiek zamożny, dysponujący odpowiednimi środkami. Rodzice wiedzą, że tu zamieszkałaś. Mogli komuś o tym napomknąć, może nawet paru osobom.

– Nie chcesz chyba powiedzieć, że powinnyśmy opuścić to miejsce?

May przeraziła się, choć jeszcze przed chwilą była gotowa wybrać się w podróż do brata. Domek i rybacka mieścina stały się jej całym światem. Tu była wolna od konwenansów, nacisków rodziców, opinii salonów i rozplotkowanego towarzystwa wyższych sfer, przymusu odgrywania roli, której nie lubiła. Wyjazd stąd oznaczałby powrót do złotej klatki. Jeśli opuściłaby swój nowy dom, to tylko by pomóc Prestonowi, a nie z obawy, że ktoś odkryłby miejsce jej pobytu. Poza tym nie sposób zabrać ze sobą Beatrice w tak zaawansowanej ciąży i zarazem nie można jej samej tu zostawić. Jeżeli rzeczywiście ktoś będzie jej szukał, w końcu trop doprowadzi go do tej szkockiej miejscowości. Bea nie byłaby bezpieczna.

Liam odchylił się w fotelu; dłonie splótł na brzuchu.

– Wręcz przeciwnie, May – odparł, patrząc jej w oczy. – Zostaniemy tu i poczekamy.

– My? – zapytała z niedowierzaniem.

Przytulny domek w jednej chwili stał się za ciasny. Jak rozlokują się na tej niewielkiej powierzchni? Liam uśmiechnął się ze złośliwą satysfakcją. Niech go diabli! Wiedział, jak ją zdenerwować, a ona połknęła haczyk.

– Chyba wyraźnie powiedziałem. Mogę spać w stodole.

– Mamy wolny pokój na górze – wtrąciła się Bea. – Zimą nie da się mieszkać w stodole.

May zgromiła ją wzrokiem. Kiedy wierna przyjaciółka stała się zdrajczynią? Czyżby nie zauważyła, że przybysz nie jest przez nią mile widziany? Zresztą, może i nie, bo nie zna Liama Caseka. May nawet najbliższym przyjaciółkom nie opowiadała o pewnym lecie spędzonym w wiejskiej posiadłości nad jeziorem. Wówczas Jonathon Lashley, przyjaciel jej brata, wyjątkowo nie pojechał z nimi na wakacje i Preston przywiózł Liama.

– Jestem pani ogromnie wdzięczny, pani Fields – zwrócił się Liam do Bei, a ona spłonęła rumieńcem.

May nie miała za złe przyjaciółce, że okazała się gościnna wobec Liama. Natomiast na niego spojrzała z dezaprobatą. Już zdołał oczarować Beę charakterystyczną dla siebie szorstką galanterią. Zapamiętała, jak łatwo można ulec jego urokom.

– Pójdę przygotować pański pokój, panie Casek – powiedziała Bea. – Tymczasem May może pana oprowadzić po naszym skromnym domku.

„Panie Casek, pani Fields”! Zbędne uprzejmości, zirytowała się w duchu May.

– Jak długo zamierzasz tu zostać? – zapytała wprost.

Liam spojrzał na nią, przymrużając oczy.

– Tak długo, jak będzie trzeba, żeby zapewnić ci bezpieczeństwo. Pewnie do nowego roku. – Spojrzał z troską w oczach na Beę. – Będziecie miały ze mnie pożytek. Dach stodoły wymaga drobnej naprawy, przyda wam się też dodatkowa para rąk, kiedy dziecko się urodzi.

Oto cały Liam, pomyślała May, a raczej jego brak. Żaden dobrze urodzony przyjaciel Worthów nie zaprzątałby sobie głowy czymś tak pospolitym jak dodatkowa istota do wykarmienia i opieki. Żaden też nie wspomniałby o czyjejś ciąży, nawet gdyby wydatny brzuch kłuł go w oczy. Liam Casek mógł mieć usta dżentelmena, lecz wychowała go ulica. Życie nie miało przed nim tajemnic.

– Dobrze będzie mieć w domu mężczyznę – przyznała z uśmiechem Beatrice.

Może i dobrze, ale nie akurat tego, pomyślała May. Spędzenie następnych miesięcy w towarzystwie Liama Caseka to ostatnie, na co miała ochotę. Nie dlatego, by jej w jakikolwiek sposób zagrażał, lecz z obawy przed tym, kim się przy nim stawała. Mimo to ku swemu zdumieniu była podekscytowana tą perspektywą.

[1] Mila lądowa – statute mile (j. ang.), 1609,3 m (przyp. red.).

[2] Stopa – foot (j. ang.), 30,5 cm (przyp. red.).

Tytuł oryginału

Claiming His Defiant Miss

Pierwsze wydanie

Harlequin Mills & Boon Ltd, 2017

Redaktor serii

Dominik Osuch

Opracowanie redakcyjne

Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta

Lilianna Mieszczańska

© 2017 Nikki Poppen

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 9788327640420

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi S.A.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ocalić pannę May Lekcje francuskiego Grecka przygoda sir Brennana Wenecka rozgrywka Kochankowie w Sienie Sekret kapitana 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy