Czerwony wariant

Czerwony wariant

Autorzy: Siergiej Niedorub

Wydawnictwo: Insignis

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.93 zł

Co robić, jeśli los, który zesłał Katastrofę, płata jeszcze okrutniejszego figla: grzebie pod zwałami ziemi najdłuższą linię kijowskiego metra, pozostawiając bez szwanku dwie pozostałe? Co, jeśli widma czerwonej linii przypominają o sobie w każdej tajemnicy i zagadce przez wszystkie kolejne lata? To niemożliwe, żeby ktokolwiek mógł tam przeżyć, a jednak…

Podczas któregoś z wypadów stalkerzy Krzyża – położonej w podziemiach Kijowa wspólnoty mieszkańców stacji obu ocalałych linii – znajdują na powierzchni człowieka w mocno zniszczonym skafandrze ochronnym. Jest obcy w świecie metra i nikt nie potrafi powiedzieć, kto to i skąd przybył, nie licząc miejscowej dziewczyny z uszkodzonym mózgiem i psychiką dziecka. Żeby dokopać się do jej wspomnień, potrzebna będzie pomoc kogoś, kto zdoła się z nią porozumieć.

Nauczyciel Jon podejmuje się przeprowadzić dziewczynę na drugi koniec Krzyża, w peryferyjne i dzikie rejony, aby znaleźć jej lekarza. Ktoś próbuje im przeszkodzić, nie cofając się przed niczym. Ktoś, kto wciąż zna tajemnice czerwonej linii.

***

Nadszedł czas, by z Petersburga przenieść się na południowy zachód. W Kijowie dzieje się coś bardzo dziwnego i przerażającego. Nikt nie opowie o wydarzeniach w kijowskim metrze i na powierzchni miasta tak, jak Siergiej Niedorub. Projekt Uniwersum Metro 2035 rozwija się i nabiera mocy!

DMITRY GLUKHOVSKY

***

Ostatnia wojna starła z powierzchni ziemi miasta i kraje, unicestwiła całe narody i zapędziła grupki ocalałych do katakumb i bunkrów. Przez dwie dekady czepiali się życia pod ziemią, pozbawieni nadziei i odwagi, by wrócić na powierzchnię; o ich walce napisano dziesiątki książek, które ukazały się w Uniwersum Metro 2033, znanym na całym świecie, kultowym postapokaliptycznym cyklu.

Ale w roku 2035 wszystko się zmieni. Nadejdzie czas, by wyjść z labiryntów metra. By wstać z kolan i znów spojrzeć w niebo. By chwycić za broń i odbić świat, który niegdyś należał do człowieka. Nie da się tego zrobić w pojedynkę. Trzeba się zjednoczyć – albo przepaść na zawsze w mrokach historii.

Tytuł oryginału

Метро 2035: Красный вариант

Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2018

Copyright © Siergiej Niedorub, 2018

All rights reserved. The moral law of the authors has been asserted

Pomysł serii Dmitry Glukhovsky, 2018

Przekład z języka rosyjskiego

Paweł Podmiotko

Projekt okładki

Paweł Bondarenko

Plan metra

Leonid Dobkacz

Projekt polskiego logotypu serii

Tomasz Brzozowski

Redakcja

Danuta Porębska, Tomasz Porębski

Korekta

Marcin Piątek

Skład

Tomasz Brzozowski, Julia Diduch

Konwersja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN pełnej wersji 978-83-66071-53-7

Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

I

WYDARZENIE

ROZDZIAŁ 1

Łukjanowska

W wiecznym świetle stacyjnych lamp szyna lśniła czerwienią niczym niekończący się południk łączący dwa krańce Wszechświata. Siedzący na kolejowym podkładzie sześcioletni Jegorka znał jego granice jak nikt inny. Już w wieku trzech lat opanował mapę świata, który zaczynał się na północnej bramie stacji Łukjanowska, a kończył na południowej. Jednak czasem dochodziło do czegoś niewiarygodnego: wrota otwierały się na pustkę i nieprzeniknioną ciemność. Jegorka bał się otwartych wrót, ale dziecięca ciekawość brała górę, dlatego razem z kolegami zawsze biegł zobaczyć, co się wydarzy tym razem. Najpierw zdziwił się, że szyna nie kończyła się w bramie – ciągnęła się dalej, w ciemność. Za drugim razem zdumiał się, widząc, że jest tam i druga szyna, biegnąca obok pierwszej, w obrębie stacji była zwykle zawalona rozmaitymi pudłami, złomem, sznurami i innymi cennymi dobrami, które aż prosiły się, żeby je zbadać. Ponurzy mężczyźni przeganiali Jegorkę precz, tak że za każdym razem po zamknięciu wrót kompletnie zapominał o drugiej szynie. Po co pamiętać o czymś, co nie migocze?

Czasem Jegorka widział, jak przed zaporą zbierali się straganiarze. Tym dziwnym słowem nazywano dorosłych z ciężkimi plecakami, którzy grupami liczącymi sześciu, ośmiu ludzi wychodzili w ciemność. Jegorka nie mógł pojąć, dokąd idą. Opowiadano mu, że jeśli długo iść przez mrok, to wcześniej czy później dojdzie się do innej stacji. Jegorka oczywiście w to nie wierzył. Świat zaczynał się i kończył wrotami.

Ale bywały dni, kiedy z ciemności dawał się słyszeć tajemniczy turkot, jakby wszyscy mieszkańcy zaczęli zgodnie walić młotkami w szynę. Razem z kurzem i chłodem pojawiał się obcy zapach i na Łukjanowską wtaczała się drezyna – prawie taka sama jak niektóre zabawki Jegorki, ale znacznie, znacznie większa. Z drezyny zeskakiwali nieznajomi straganiarze, a czasem nawet dzieci, których Jegorka wcześniej nie widział. Kto wie, może inne światy istniały naprawdę…

Jeśli nawet Jegorka nie wiedział, po co wszyscy ci ludzie wychodzili z ciemności, to doskonale zdawał sobie sprawę, dlaczego przywozili tu swoje dzieci. W końcu tylko na Łukjanowskiej była szkoła dla dzieci z mroku, „jedyna w całym metrze”, jak kiedyś usłyszał i zapamiętał. Tego, czym jest „metro”, wtedy mu nie wytłumaczyli. Metro to pewnie stacja i ciemność razem wzięte.

Pogrążony w marzeniach, Jegorka nie od razu usłyszał, jak wrota zaczynają wydawać znajomy dźwięk. Ale zaraz, przytknąwszy ucho do szyny, wyczuł rytmiczne wibracje. Jedzie następna drezyna.

Nauczyciel Jon czasem wychodził w ciemność, żeby odszukać w niej nowe dzieci i przywieźć na Łukjanowską, gdzie uczyły się w szkole. Potem wywożono je z powrotem. Sam Jegorka na razie nie chodził do szkoły, ale jeśli miał ochotę posiedzieć obok i posłuchać, nikt go nie przeganiał. Podjął stanowczą decyzję, że kiedy dorośnie, też będzie się dobrze uczyć, żeby nie wywieźli go w ciemność. Świat i bez tego był zbyt wielki.

***

– Witam – zadudnił zarośnięty mechanik, unieruchamiając drezynę przy pomocy podłożonej pod koła płozy hamulcowej.

– Coś wcześnie pan przyjechał.

– Cześć, Dmitrij – powiedział Jon, zeskakując z drezyny na ojczystą stację. – Dzieci dziś mało, czterech chłopców i dziewczynka. Pozostałe dały dyla do stolicy.

– Czyli wagarują? – Mechanik zaczął pomagać straganiarzom wyładowywać wypchane toboły, podczas gdy Jon pilnował dzieci z ciekawością oglądających stację. – Pamiętam, że w swoim czasie też migałem się od szkoły. Wszystko bym oddał, żeby wrócić do tamtych lat.

– Tamtych lat? Chwila, przecież ty musiałeś chodzić do szkoły jeszcze przed Katastrofą.

Dmitrij nie odpowiedział i nauczyciel zdał sobie sprawę, że trafił w czuły punkt. Na Łukjanowskiej nie zostało już wielu ludzi, którzy pamiętali świat sprzed wojny. Mieszkała tu głównie młodzież.

– Nie zostawajcie w tyle, dzieci – zakomenderował Jon. – Nie biegać po stacji! Później wam wszystko pokażę.

Dzieci niechętnie posłuchały. Nauczyciel tylko pokiwał głową. Jak można zabronić dziecku gapienia się z otwartą buzią na nowy świat, w którym jeszcze nigdy nie było? To sprzeczne z naturą ludzką. Dla małych mieszkańców Krzyża trafić na sąsiednią stację to jak znaleźć się na innej planecie. Chociaż teraz raczej mało który malec zrozumie, co to takiego „inna planeta”. Po Katastrofie zbyt wiele słów straciło sens, ale jeszcze więcej zyskało nowy.

Jon mógł tylko domyślać się własnego wieku, jak też wielu rówieśników, których Katastrofa zastała w dzieciństwie. Dla tak żarliwego wyznawcy nauk ścisłych jak on kwestia ta długo była bolesna. Starzy, widząc nauczyciela, dostrzegali jego młodzieńczy, wręcz kwitnący wygląd, szerokie bary i niezmiennie dobroduszne spojrzenie. Mało kto pamiętał, by Jon się złościł, o ile dyskusja nie dotyczyła przyszłości szkoły. Pełnoprawny obywatel Krzyża „tuż po dwudziestce” niepostrzeżenie zbliżył się do trzydziestych urodzin, ale wciąż nie zauważał w sobie szczególnych zmian. Znacznie ważniejszy od biologicznego wieku był status społeczny obywatela, a w tym obszarze Jon mógł patrzeć na swój szkolny namiot z dumą. Na przeżyte lata wskazywał co najwyżej kolor brody, jednak Jon wolał regularnie się golić, tak więc wyglądem mało ustępował chłopakom ze zdjęć w przedwojennych czasopismach.

Właśnie w jednym z takich magazynów znalazł dla siebie pseudonim „Jon”. Tak niepasujący do błyszczącego papieru gazety termin fizyczny, którego wyjaśnienie roiło się od mnóstwa nowych, nieznanych sformułowań. Rzuciwszy tylko okiem na zawiły tekst, przyszły nauczyciel uznał, że to krótkie, zapadające w pamięć słowo dokładnie oddaje istotę jego samego – wiecznego poszukiwacza wiedzy dawnego świata, poszukiwacza pozbawionego mentorów, którzy mogliby przekazać mu zebrane wcześniej informacje. Zupełnie tak samo nie mógł wyjaśnić swojej troski o następne pokolenia, w końcu nie miał własnych dzieci. Po prostu zbierał wszystkie książki, jakie mógł znaleźć, kupić czy wymienić, i nigdy nie skąpił zapłaty za ciekawą historię z ust jakiegoś straganiarza albo przypadkowego człowieka spotkanego na Łukjanowskiej. Jon uważał, że nie dość dać dziecku książkę, żeby opanowało materiał – nie, dla nauczyciela sprawą honoru było przeczytać książkę samodzielnie i dopiero potem wyjaśnić wszystko, co z niej zrozumiał.

Właśnie ten jego zwyczaj sprawił, że zwierzchnik Datapolis zwrócił na nauczyciela uwagę. Przywódca metra nie chciał spuszczać z oczu niepokojących młodych ludzi tłumaczących Prawdę innym, tym bardziej małoletnim, i to we własnej interpretacji. Jona wezwano do stolicy, gdzie po raz pierwszy spotkał się ze zwierzchnikiem, i wtedy Cyprys (w którym roku zdążył nadać sobie imię pochodzące od drzewa?) nagadał dość, żeby wzbudzić w Jonie chęć postawienia się zwierzchnikowi w jego własnym gabinecie. Właśnie w owej chwili pojawiła się myśl o własnej szkole. Choć do jej stworzenia było jeszcze daleko.

– Patrzcie, co potrafię! – rozległ się zawadiacki dziecięcy głosik i nauczyciel się wzdrygnął.

Przede wszystkim trzeba było zabrać dzieci jak najdalej od drezyny. Razem z nimi na Łukjanowską przybyli trzej handlarze, którzy poza całą resztą przywieźli ze sobą cukier. Rarytas nawet dla dorosłych, a dzieci, żeby polizać odrobinę cukru, uciekłyby i na powierzchnię, choć przecież nie wszystkie wierzą w jej istnienie. Sam Jon też bardzo lubił ten dziwny żółtawy piasek, szczególnie rozpuszczony w wodzie. Ale napój bogów można było znaleźć tylko w Datapolis, tylko w niektóre dni i za dziesięć nabojów. To psuło przyjemność z picia tego specjału, tak jakby okazywał się przesycony prochem, smarem maszynowym i co najgorsze, ekonomiką stolicy. W Datapolis były w obiegu wszystkie waluty spotykane na stacjach Krzyża, jednak Jon patrzył przychylnym okiem tylko na żetony. Nie na darmo przed Katastrofą to właśnie żetonami płaciło się przy wejściu do metra – był to najwyraźniej najbardziej elitarny rodzaj transportu, dostępny tylko wybranym. Wszystko, co kupowało się za naboje, było uważane za coś nieczystego, i większość mieszkańców stolicy wolała trzymać się z dala od tego rodzaju towarów i usług. Jednak cukru inaczej niż za naboje nie można było kupić, ponieważ zdobywali go wyłącznie stalkerzy Metrogradu, którzy nie uznawali innych pieniędzy poza takimi, którymi można strzelać.

Jon wzdrygnął się na myśl o tych strasznych ludziach. Stalkerzy Metrogradu… Kim trzeba być, żeby żyć praktycznie na powierzchni, w podziemnym centrum handlowym, i do tego raz za razem wychodzić na górę, na świat zewnętrzny? A jednak przynosili najróżniejsze rzeczy, bardzo przydatne w Krzyżu, a kiedy indziej zwyczajnie przyjemne. Gdyby nie zapłata nabojami, można by było prowadzić z nimi interesy. Dobrze chociaż, że funkcję pośredników w handlu pełnią straganiarze…

– Nauczycielu, kiedy pojedziemy do domu? – spytał Timka, najmłodszy z całej piątki.

Jon zdał sobie sprawę, że się rozmarzył. Kiedy przed oczami stawał mu cukier, trudno było o nim nie myśleć. I tym razem też się nie udało. Uśmiechając się z zakłopotaniem, nauczyciel chciał już dodać Timce otuchy, ale od razu zrozumiał, że malec wcale nie chce do domu. Przeciwnie, marzy o tym, by zostać na Łukjanowskiej jak najdłużej.

W takich chwilach Jon był szczególnie dumny z ojczystej stacji. Oczywiście nie mogła się równać z przepychem Datapolis, jednak jego zdaniem mieściła się w trójce najpiękniejszych. Do tego sam Timka pochodził z Placu Pocztowego, stacji dość biednej, z trudem wiążącej koniec z końcem dzięki produkcji ubrań i statusowi strefy celnej pomiędzy wytwornym kwartałem Kontraktowej i konserwatywnym, zamożnym Majdanem Niezależności. A biednemu jest szczególnie ciężko, kiedy jest wciśnięty między bogatych, którzy w dodatku ze sobą rywalizują.

Lawirując między ciasnymi drewnianymi konstrukcjami, Jon doprowadził dzieci do przestronnego namiotu, w całości pokrytego napisami reklamowymi. To właśnie była szkoła – drogocenny skrawek wolnego terenu, o który nauczyciel dobijał się prośbą i groźbą ponad rok. Jon wykłócał się z naczelnikiem stacji, z administracją Datapolis, a nawet z samym Cyprysem, broniąc konieczności stworzenia miejsca do nauki. Nie tak łatwo było wywalczyć choćby metr kwadratowy na małej Łukjanowskiej, tym bardziej na tak wydumane w opinii Cyprysa potrzeby jak edukacja. Po co komu szkoła, skoro każde dziecko Krzyża i tak mieszka z rodzicami, czy to prawdziwymi, czy przybranymi?

Po długich sporach zwierzchnik zaproponował Jonowi założenie szkoły w granicach Datapolis i młody nauczyciel od razu zrozumiał, skąd wieje wiatr. Cyprys nie chciał rozpraszać potencjalnej inteligencji i twórczej nadziei pokolenia, pozwalając jej tak po prostu dorastać w oddaleniu od stolicy. A jeśli z czasem pojawią się u niej jakieś własne przekonania polityczne…

Kiedy skończyły się argumenty, Jon uciekł się do ostatniego środka – głosowania dorosłych. I ten krok zagrał na jego korzyść. Od razu się okazało, że konieczność opiekowania się dziećmi mocno ograniczała możliwości zarobkowe ludności. Co najmniej połowa rodzin Datapolis i pobliskich stacji rada była pozbyć się swoich pociech choć na kilka dni w miesiącu, żeby się wyluzować emocjonalnie, tylko kto w metrze zawierzy swoje dziecko nieznajomemu? Podbudowany Jon wyjaśnił to Cyprysowi na palcach, z trudem zwalczając pokusę użycia środkowego, i ostatecznie osiągnął to, co chciał. Szkoła dostała zielone światło.

– Wchodzimy – powiedział dziarsko nauczyciel, odsuwając płachtę wiszącą nad wejściem do namiotu.

Dzieci z radosnymi okrzykami skryły się w środku. Szelest samolocików z papieru pospiesznie branych ze stołu sprawił, że Jon się uśmiechnął. Zawsze to jakaś odskocznia od świata dorosłych problemów…

Wszedł do namiotu i usiadł na szerokiej ławce. Wygładzone przez lata używania drewno było upstrzone rysami i dziurkami. Jon przyniósł tę deskę z północnego posterunku, gdzie służyła za podkładkę dla tarcz do ćwiczenia rzucania nożem. Jon prawie wszystko w tym namiocie zrobił z odpadów, zbierając ziarnko do ziarnka. I już od dawna namiot służył mu jako miejsce pracy, a czasem jako dom. Z tytułu zameldowania na Łukjanowskiej Jonowi należał się własny materac w jednym z męskich baraków dla kawalerów, jednak nauczyciel coraz częściej czuł się tam obco. Jego praca nad kształceniem dziecięcych umysłów była na stacji szanowana, ale było to raczej coś w rodzaju szacunku dla malującego obrazy – czyli chłop niby w robocie się męczy, tworzy jakąś wartość duchową, a mimo to w maszynach nie grzebie, na wartę na setny metr tunelu nie chodzi i w ogóle zajmuje się głupotami. Z równym powodzeniem Jon mógł wycinać fujarki ze świńskich kopyt.

Wystarał się o drugi śpiwór i trzymał go w namiocie, gdzie nikt nawet nie zaglądał. Tu też znajdował się zbiornik na wodę – dla dzieci jej nie żałowali i nauczycielowi zwykle przypadał w udziale dodatkowy litr dziennie na własne potrzeby.

Czasami razem z nauczycielem lekcje prowadziła Tatiana – pielęgniarka obdarzona wspaniałym talentem pedagogicznym. Taka dziewczyna wszędzie byłaby pożądaną obywatelką. Z początku wolała zająć się uczeniem dzieci, za co Jon był gotów paść jej do stóp. Jednak nie starczyło jej entuzjazmu na długo. Tania załatwiła sobie posadę stomatologa w elitarnej części Datapolis i zamieszkała we własnym segmencie wewnątrz czwartego pylonu Placu Lwa Tołstoja wyłożonego aluminium. Jon długo nie mógł jej wybaczyć tej zdrady, ale potem przypomniał sobie, że dzieci też mają zęby. Tak więc może i dobrze postąpiła.

– Przerabiamy podręczniki. – Jon położył na stole sześć egzemplarzy Flory.

Dzieci zaczęły oglądać obrazki, a nauczyciel wciąż siedział pogrążony w niewesołych rozmyślaniach. Sam nigdy nie zarobi na własny pylon w Datapolis. Były do tego potrzebne albo bardzo duże pieniądze, albo wybitne umiejętności pozwalające uzasadnić mieszkanie w centrum administracyjnym Krzyża. Z drugiej strony Jon niespecjalnie chciał opuszczać stację. No bo rzeczywiście, co mogła mu dać stolica? Nie zdoła dostać miejsca w administracji zwierzchnika ani w tym życiu, ani w przyszłym, jeśli takie nadejdzie. A pracować bezpośrednio dla Cyprysa nie pozwoli mu duma. Znacznie lepiej jest siedzieć w namiocie i czytać z dziećmi broszurę o roślinach, dyskutować o owadach w metrze, omawiać dziwne rzeczy zaobserwowane w tunelach i gawędzić na różne tematy. W świecie metra, który nastał po Katastrofie, i dzieciom, i dorosłym, oprócz bezpieczeństwa i czegoś do jedzenia, potrzebne było jedno – możliwość rozmowy z kimś, kto ich rozumie. Można powiedzieć, że całkiem nieźle się urządził.

Za to dzieciom poszczęściło się mniej. Weźmy choćby wspomnianego Timkę. Jego rodzina zajmowała się czyszczeniem ubikacji i chlewów dla świń na wielkiej fermie. Rzecz ważna, ale nie na tyle zaszczytna, żeby merostwo Placu Pocztowego co tydzień opłacało ich synowi przejazd na Łukjanowską i z powrotem, wliczając w to dwudniowy pobyt. A przecież miejsce w drezynie kosztuje. Przejażdżka przez cztery stacje, wliczając Datapolis, do której i bez tego nie każdy może wjechać za darmo – i lecą kopiejki. Dorośli przemierzali stolicę na własnych nogach za darmo, ale przecież nie można puścić dziecka piechotą po tunelach. Choćby nawet w granicach centrum znało się każdy kąt – za takie złamanie zasad i norm społecznych Cyprys sam siebie zdjąłby ze stanowiska.

Ośmioletni Timka mógł przychodzić do szkoły zaledwie raz, dwa razy w miesiącu, jeśli po drodze ukradkiem dorabiał czyszczeniem butów.

Machinalnie kartkując Florę, Jon przyglądał się pozostałym dzieciom.

Następni według starszeństwa byli Żenia i Roma z Kłowskiej. Stacja początkowo nie wyróżniała się niczym szczególnym oprócz tego, że znajdowała się blisko centrum, tak więc była brana pod uwagę jako przestrzeń do rozszerzenia stolicy na wschód. Zdecydowano się jednak na Złote Wrota znajdujące się z przeciwnej strony. Potem wmieszał się Metrograd, któremu tłum cywili pod stopami nie dałby spokoju… W rezultacie stolicy w końcu nie powiększono. Może i tak było lepiej.

Po lewej stronie Romy siedziała dziesięcioletnia Zemfira, która pochodziła z bogatej rodziny. Ojciec był w przeszłości maszynistą w metrze, matka operatorką schodów ruchomych i wspólnie odpowiadali za schron przygotowany na wypadek wojny na Majdanie Niezależności. Nic dziwnego, że po Katastrofie znaleźli się w metrze jako jedni z pierwszych. Szkoła na Łukjanowskiej nie była jedyną rozrywką ich córki. Wpływy i pieniądze pozwalały rodzicom dziewczynki wozić ją od Pietrowki do Sławutycza, wliczając w to regularne podróże przez metromost. Normalnie rejs wycieczkowy. Chociaż jeśli odbywał się w hermetycznej drezynie ze scytyjskimi kupcami – była to całkiem niezła przygoda.

Ostatnim dzieckiem był jedenastoletni Wania z Mińskiej. Chociaż, biorąc pod uwagę jego doświadczenie życiowe i wiek określający jego zdolność do pracy, nie przypominał dziecka. Jego rodzice zginęli w zawale tunelu prowadzącego do stacji Bohaterów Dniepru. Mając dziewięć lat, Wania starał się przeżyć, tułał się od stacji do stacji, aż w końcu cudem przedostał się do Datapolis, gdzie przyłapano go na złodziejstwie. Przy czym nie ukradł pieczonego szczura z rusztu nad paleniskiem przy posterunku, ale żetony z prywatnych zapasów Brzozy, minister do spraw aprowizacji. Kiedy czterdziestoletnia Brzoza – surowa, ale na swój sposób dobra kobieta – znalazła w swoim prywatnym pylonie Wańkę grzebiącego w żelaznym sejfie, długo myślała, co z nim zrobić. W końcu odesłano go, by opiekował się plantacjami grzybów w wilgotnych podziemiach Złotych Wrót, ale pozwalano mu czasem jeździć do szkoły Jona. Przy czym nauczyciel był skłonny uważać, że sam ma się czego nauczyć od beztroskiego Wańki.

– No, moi drodzy, przypomnijmy sobie zadanie domowe – zaproponował Jon, odkładając podręcznik. – Co mieliśmy zrobić? Kto odpowie? Roma?

– Opowiedzieć, kim chcemy zostać, kiedy dorośniemy – odparł Roma.

– Doskonale! Kto pierwszy?

– Mogę ja? – Żenia uniósł rękę.

– Oczywiście, że możesz.

– Chcę zostać architektem.

– Ach tak? – udał zdziwienie Jon. – Opowiedz, co robi architekt.

– Robi tak, że stacje są piękne.

– Chcesz powiedzieć, że buduje stacje?

– Nie. Robi tak, że są piękne.

– Rozumiem – uśmiechnął się Jon. – Czyli nie chcesz zostać budowniczym?

– Nie, chcę być architektem.

– I które stacje chcesz upiększać?

– Swoją. Kłowską. Żeby zrobiła się piękna jak Datapolis.

– Jasne. – Nauczyciel zwrócił się do Romy: – A tym kim chcesz zostać? Żenia będzie upiększać stacje, ale ktoś powinien je budować. Będziesz budowniczym?

– Będę kierować drezyną – odpowiedział dumnie Roma. – Dziś dali mi poprowadzić, kiedy jechaliśmy przez tunel.

– O rany! Sam machałeś dźwignią?

– No… – zająknął się chłopiec. – Pomagali mi.

– Dobrze. – Jon lekko się uśmiechnął. – Zemfira, a ty kim chcesz zostać?

Dziewczynka popatrzyła na niego i uśmiechnęła się, demonstrując wspaniałe zęby. Czym ona się odżywia? Na pewno nie stęchłą wieprzowiną. Kolczyki w uszach zalśniły w przygaszonym świetle lampy elektrycznej – podczas zajęć standardowe „naftówki” były zabronione.

– Będę zwierzchnikiem Datapolis – powiedziała, jakby nauczona na pamięć. – Będę się nazywać Wierzba. Będę mieszkać w pokojach na samym szczycie stolicy i zacznę odbudowywać trasy komunikacyjne obu linii.

– Dość specyficzne ambicje jak na dziesięcioletnią dziewczynkę – odnotował nauczyciel.

Zemfira znów się uśmiechnęła. Jeśli nie zrozumiała wszystkich słów, to nie dała tego po sobie poznać. Zdaje się, że jej przyszłość rzeczywiście była przesądzona.

– Nie wątpię, że zostaniesz zwierzchnikiem – powiedział Jon. – Ale nie o to pytałem. Pytałem, kim sama chcesz zostać.

Dziewczynka pomyślała przez chwilę.

– Zwierzchnikiem – odpowiedziała. – Przecież mówiłam.

– Nie taka była praca domowa – wyjaśnił nauczyciel. – Nie miałaś zastanowić się nad tym, kim będziesz, ale nad tym, kim chcesz być. Może zwierzchnik to nie to, co ci się marzy?

Teraz Zemfira była zaskoczona. Najwyraźniej nie zastanawiała się nad takimi rzeczami. Po chwilowym triumfie Jon zawstydził się w duchu – tego jeszcze brakowało, żeby się podbudowywał intelektualnie kosztem dzieci.

– Zawsze wiedziałam, że zostanę zwierzchnikiem – powiedziała dziewczynka. – Tak mówili mama, tata i Cyprys…

– Dobrze – zgodził się Jon. – Niech tak będzie. A wiesz, co wspólnego mają imiona Cyprys i Wierzba?

Dziewczynka pokręciła głową.

– Przypomnij sobie, jakich mieszkańców Datapolis znasz – dodał nauczyciel. – Pomyśl o tych, którzy mieszkają w pierwszych pylonach. Są tam Brzoza, Grab, Topola. Wiesz, co znaczą te słowa?

– Mogę powiedzieć? – Żenia znów podniósł rękę.

– Tak. – Jon obrócił się do niego.

– To nazwy drzew. Z podręcznika. Przeczytałem wcześniej!

– Masz całkowitą rację. – Jon położył dłoń na okładce Flory. – Po Katastrofie znaleziono te oto książki. Są w nich opisane podstawowe rośliny całego świata. Rośliny to takie formy życia, które zginęły i teraz już nie istnieją. A raczej są, ale w metrze ich nie znajdziecie.

– Tak, pamiętam. Widziałam dwa drzewa.

Białe zęby Zemfiry wzbudzały w nauczycielu niepojętą tęsknotę.

– Gdzie widziałaś? Tu, w metrze?

– Jedno rośnie w Datapolis, a drugie w naszym domu, na Majdanie Niezależności.

Jon wzruszył ramionami. Nie liczył cudzych pieniędzy, nie starał się szacować, jak bogata jest ta czy inna rodzina w Krzyżu. W tym namiocie wszystkie podziały ekonomiczne się zacierały, gdyż większość uczniów była w wieku, który pozwalał im kontaktować się między sobą na równych prawach. Ale czasem to, co słyszał, zbijało go z tropu. Nie wiedział, co myśleć, gdy usłyszał nagle, że jedno z powierzonych mu dzieci codziennie widzi przed sobą prawdziwe, żywe drzewo, ale przy tym nie potrafi rozpoznać go w książce. Czego on może nauczyć takie dziecko?

Timka zaczął przeglądać książkę, głośno szeleszcząc stronicami.

– Dlaczego tu nie ma grzybów? – zapytał. – Mamusia mówi, że to też rośliny.

– No, nie całkiem – poprawił go Jon. – Tak naprawdę grzyby to nie rośliny.

– Dlaczego? Przecież rosną?

– Grzyby to grzyby. Dlatego tak się nazywają. Jest królestwo roślin i królestwo grzybów…

– Ale mamusia mówiła, że grzyby to rośliny.

– Niech będzie – poddał się Jon. Widocznie nie warto tłumaczyć dziecku tego, co nie każdy dorosły wiedział nawet przed Katastrofą. Za to mógł opowiedzieć o tych książkach coś bardziej porywającego…

– Widzicie tu podręczniki Flora. Wszyscy mają w domu taką książkę?

– Tak – powiedziały chórem dzieci.

– Po Katastrofie ludzie zaczęli gromadzić wszystkie cenne przedmioty, które znajdywali w metrze – zaczął nauczyciel. – I natrafiono na mnóstwo podręczników o tytule Flora. Nikomu nie były potrzebne, nic nie były warte i było ich tak dużo, że wkrótce na wszystkich stacjach metra znalazło się po kilka takich książek. Z początku po prostu rozpalano nimi ogniska. Kiedy nie było już czego czytać, ludzie się opamiętali i zaczęli o nie dbać. Flora stała się książką, która zjednoczyła ludność Krzyża. Drzewa stały się tematem, o którym zawsze mogli porozmawiać mieszkańcy metra, nawet nieznajomi. Książka ta zyskała taką popularność, że najważniejsi ludzie, na przykład naczelnicy stacji, zaczęli wybierać sobie z niej imiona. Zasłużyć na imię drzewa stało się wielkim zaszczytem. A teraz najciekawsze. Powiedzcie mi, kto z was ma w książce wyrwaną stronę?

– Ja – dał się znów słyszeć chór głosów. Dzieci spojrzały po sobie ze zdumieniem, potem każde wzięło do rąk swoją książkę i zaczęło kartkować do właściwego miejsca.

– O tak. – Jon pokiwał głową. – We wszystkich tych podręcznikach brakuje tej samej kartki. Stronic sześćdziesiąt siedem i sześćdziesiąt osiem.

– Dlaczego? – spytał Roma.

– Nikt tego nie wie. Ani tego, dlaczego te książki znalazły się w metrze, ani dlaczego w każdej z nich brakuje tych samych stronic. Ktoś wyrwał tę kartkę z każdej książki, a przecież było ich wiele!

– Gdzie znaleźć książkę ze wszystkimi stronicami? – spytał Timka niecierpliwie.

Jon poczuł, jak śledczy zapał udziela się i jemu, ale w odpowiedzi mógł tylko wzruszyć ramionami.

– Jeśli ktoś znajdzie kompletną książkę, to stanie się bardzo bogaty – odparł nauczyciel. – Nikt takiej nie ma. Możecie mi wierzyć. Kiedy ktoś znajdzie Florę ze stronicami sześćdziesiąt siedem i sześćdziesiąt osiem, dowie się o tym całe metro. Ale na razie to niestety wciąż tajemnica. Wiemy tylko, że ktoś przyniósł do metra setki jednakowych książek o drzewach, własnoręcznie wyrywając z każdej z nich tę samą kartkę.

– Po co?

– Przecież mówię, nikt tego nie wie.

Timka spojrzał ze złością na wystające urywki papieru, tak jakby mógł wzrokiem zmusić brakującą kartkę, by się pojawiła.

– A ja chcę być kupcem – odezwał się niespodziewania Wania.

– Doskonale – zaaprobował Jon. – Dlaczego kupcem?

– Oni są bogaci – odpowiedział rozmarzonym głosem Wania. – Szczególnie kupcy ze Scytii. Oni zawsze mają dużo nabojów, żetonów, jeżdżą na własnych drezynach, z ochroniarzami. I jeszcze bez nich władza zwierzchnika nie jest nic warta.

Chłopiec spojrzał zaczepnie na Zemfirę i dziewczynka opuściła wzrok, nieco się rumieniąc. Jon w duchu ucieszył się z odpowiedzi Wańki. Zapewne lepiej nie ingerować w stosunki młodego pokolenia.

– A ty, Timka, kim chciałbyś zostać? – zapytał.

Timka, który do tej pory rysował coś ołówkiem w podręczniku, nie porzucił swojego zajęcia.

– Chcę zostać stalkerem – odparł.

Żenia spojrzał na niego z podziwem, Zemfira mimowolnie odsunęła się od niego. Jon ostrożnie położył dłoń na swoim egzemplarzu Flory.

– Stalkerem – powtórzył. – A dlaczego?

– Stalkerzy pomagają nam przetrwać – odparł Timka, wciąż rysując. – Chodzą tam, na górę. Mają skafandry, broń i oni…

– Co oni?

– Oni są wolni.

Wania dobrodusznie klepnął Timkę po plecach, spoglądając na Jona w oczekiwaniu poparcia.

Nauczyciel ciężko westchnął.

– Timka – zaczął. – Bardzo trudno jest być stalkerem.

– Właśnie dlatego chcę nim zostać.

– Ci, którzy wychodzą na powierzchnię, są pozbawieni normalnego życia, Timka. Niczego nie mają. Nikt się z nimi nie wita, nikt ich nie szanuje. Nie mają rodzin. Nie chcesz mieć rodziny, kiedy dorośniesz?

– Chcę być stalkerem – powtórzył uparcie chłopiec. – Tylko nie tak jak Metrograd. Takim jak Ptaki. Oni są lepsi.

– Jak sobie życzysz – pogodził się Jon. – Chcieć kimś zostać i zostać nim to nie to samo.

Usłyszeli głośne wycie syreny. Timka przestał rysować, dzieci zgodnie wybiegły na zewnątrz. Jon ich nie zatrzymywał – wyszedł w ślad za nimi, marszcząc brwi. Dobrze wiedział, co oznaczał ten sygnał z południowego posterunku.

Przyjeżdżała drezyna. Nic szczególnego, jeśli się zastanowić.

Ale nie w dniu, w którym drezyna z Datapolis już przyjechała.

Pojazd z Datapolis pojawia się raz na dobę o tej samej godzinie – to filar, na którym opiera się porządek i skromny byt Łukjanowskiej. Nikt nie przysyła drugiej drezyny ledwie pół godziny po pierwszej bez ważnego powodu.

Jon znalazł się przy posterunku jednocześnie z dwudziestoma innymi.

– Co się dzieje? – padały co rusz pytania.

Jon postanowił stanąć w takim miejscu, żeby nie tracić z oczu dzieci.

Kiedy wycie syreny ucichło, dał się słyszeć szybki stukot. Ktoś zeskoczył na tory i zabrał z nich małego Jegorkę. Po kilku sekundach na stację wjechał silnikowy, całkowicie opancerzony wagon. Z boku, za latarnią, wisiał znajomy sztandar.

Przez tłum przetoczyło się zdumione westchnienie. Osobisty pojazd Cyprysa – to nie były żarty.

Drzwi kabiny otworzyły się z lekkim zgrzytem pancernych płyt. Na zewnątrz wyszli dwaj mężczyźni w kamizelkach taktycznych i z automatami.

Tłum zrobił krok w tył. Jon został w miejscu, trzymając Timkę i Zemfirę za ręce. Co się stało w stolicy? Czyżby wojna?

Z drezyny wyszedł trzeci człowiek. Nauczyciel go rozpoznał. Sekretarz zwierzchnika imieniem Arsenij. Nie zapracował sobie jeszcze na imię pochodzące od drzewa – chodziły słuchy, że z powodu zbytniej emocjonalności okazywanej przy podejmowaniu decyzji. I teraz widok sekretarza w pełni potwierdzał jego reputację. Arsenij był śmiertelnie blady. Jego rozbiegany wzrok przesuwał się z przestrachem po obecnych.

– Jon! – zawołał. – Pilnie potrzebny mi nauczyciel Jon!

ROZDZIAŁ 2

Wróg wewnętrzny

Sylwetka na wierzchołku przechylonej iglicy nie przyciągała uwagi. Drapieżny zaostrzony dziób podkreślał profil głowy, zdawałoby się zrośniętej z ciałem zastygłego skrzydlatego potwora. Ale to była tylko iluzja – stwór mógł się poruszać swobodnie, jak też zamierać w bezruchu. Inni w tym świecie nie przeżywali.

Ogromne wypukłe oko szeroko się otworzyło, drapieżnik skierował wzrok na pokryte rudą roślinnością budynki. Dla kogoś mogły to być ruiny martwego miasta. Dla niemal niewidocznego w ciemności pterodaktyla było to naturalne środowisko. Od urodzenia nie znał innego krajobrazu, nigdy nie wdychał innego powietrza. I nie mógł sobie wyobrazić, że zaledwie kilka pokoleń wcześniej – rzecz jasna licząc dla jego gatunku – ten świat był kolorowy i słoneczny. A tego, że pterodaktyle w tamtych czasach nie istniały, nie mogła mu podpowiedzieć pamięć genetyczna, ponieważ zwyczajnie jej nie było. Natomiast własna pamięć siedzącego na dachu stwora pracowała pełną parą, gromadząc bezcenne informacje o tym, jak przetrwać. Przyjdzie czas, kiedy jego potomkowie dumnie rozprostują skrzydła, poszybują po niebie nad nierównym terenem, bez lęku wypatrując drepczących na powierzchni kawałków białka, które ośmieliły się wypełznąć ze swoich kryjówek. Ale na razie pterodaktyl nie wybiegał tak daleko w przyszłość. Miał zadania do wykonania i zamierzał uwolnić będący wciąż w zarodku nowy świat od resztek nuklearnej skorupy.

Miasto zdawało się puste i pozbawione życia. To błędne myślenie dla wielu skończyło się tragicznie. Kijów oddychał i rozwijał się. Pozorna cisza kryła nieprzerwaną walkę o przetrwanie, w której uczestniczyło wiele stron. Jedni próbowali wywalczyć sobie miejsce pod słońcem, inni – w ciemnościach. Byli i tacy, co skryli się pod ziemią. I czasem wychodzili na powierzchnię spalonej planety. Pterodaktyl wiedział o tym i cierpliwie czekał. Z wysokości iglicy widział wiele wyjść na powierzchnię, z których korzystały podziemne istoty. Jeszcze ani razu nie udało mu się pochwycić tej dziwnej ofiary broniącej się przed nim przy pomocy niepojętej broni, niemającej zapachu, pokrytej nierównym pancerzem. Pterodaktylowi udało się kiedyś strącić kawałek pancerza z górnej części jednego ze stworów. Ten natychmiast umieścił brakujący fragment na miejscu, a jego pobratymcy odpędzili napastnika dziwnymi kłującymi pikami, które do tego pluły czymś bardzo gorącym. Rany nie były śmiertelne, ale bolesne i długo się goiły.

Stworzenia te nie były łatwą zdobyczą, ale i nie stanowiły zagrożenia. Kryły się tylko po norach i od czasu do czasu znosiły na dół różne bezsensowne przedmioty. Pterodaktyl mgliście wyczuwał, że podziemne istoty nie wpisują się w naturalny obraz świata. Były zbyt powolne, nigdy nie chodziły same. Natura jeszcze nie zdążyła rozdzielić postnuklearnej materii ożywionej według zasady „zabij albo giń”, ofiara w rzeczywistości mogła się więc okazać groźniejsza niż drapieżnik, który odważył się spróbować, jak ona smakuje. Dlatego siedzący na dachu pterodaktyl nie postrzegał podziemnych istot jako zdobyczy. A jeśli nawet, to i tak nie byłyby warte wielogodzinnego oczekiwania. Po prostu pterodaktyl całkiem niedawno zyskał to, co należało za wszelką cenę chronić, i dlatego po raz pierwszy w życiu się denerwował. Miał obowiązek dowiedzieć się więcej o podziemnym zagrożeniu. Inaczej tamci mogli do niego dotrzeć ze swoją dziwną bronią. A tego, że podziemne istoty potrafiły gramolić się na górę i schodzić z powrotem, pterodaktyl dowiedział się już dawno.

Słońce wyszło zza horyzontu, na próżno starając się przebić przez gęstą zasłonę sinych chmur. Czasem promieniom udawało się rozerwać obłoki, żeby na chwilę oświetlić ponure kontury ruin, sprawić, że brunatne liany kurczyły się i wpełzały między gruzy. Ale nie dziś. Tego dnia pomarańczowej gwieździe było sądzone pozostać bladą plamą na bezkresie nieba pokonanego przez mętną burzową zasłonę. Zdawało się, że Ziemia próbuje skryć się przed osądzającym okiem matki niczym utalentowane dziecko, które nie spełniło nadziei. Chmury zapowiadały deszcz. To znaczyło, że jeśli podziemne istoty nie wyjdą teraz, to będzie trzeba długo na nie czekać. Pterodaktyl był cierpliwy.

Nowo narodzonemu światu wyraźnie brakowało kronikarza. Jego historia nie zakończyła się, jak przypuszczali mieszkańcy podziemi, ale przechodził kolejny doniosły etap kształtowania się nowego życia, przy którym bladły wszystkie wcześniejsze wydarzenia ery rozkwitu panującej kiedyś w nim rasy. Rasy, której resztki skryły się w kamiennych kiszkach, przestraszywszy się skutków własnych zabaw. Ostatecznie nie dali sobie czasu, żeby dorosnąć, Skrzydlaty drapieżnik nigdy by się do czegoś takiego nie zniżył. Gdyby tylko wiedział, z jakich powodów wymarła prawie cała ludność planety, bardzo by się zdziwił. W każdym razie on sam zamierzał naprawić to niedopatrzenie i odesłać ocalałe podziemne istoty do ich martwych pobratymców.

Ta chwila nadeszła. Pterodaktyl się doczekał.

W oddali, nieco na prawo od masywnego gmachu, dał się zauważyć ruch. Drapieżnik zmienił pozycję, mocniej chwytając się pazurami zimnego, przerdzewiałego metalu iglicy. Błoniaste skrzydła lekko zatrzepotały.

Na powierzchnię, w odległości kilku niespiesznych machnięć skrzydłami, wyszły dwunogie stwory. Dzisiaj były odrobinę innego koloru niż zwykle i poruszały się bardziej niezdarnie. To pierwsze zaniepokoiło pterodaktyla, drugie ucieszyło. Nie zamierzał już zwlekać.

Otwierając dziób i wydając cichy skrzek, pterodaktyl oderwał się od iglicy i wzleciał naprzeciw podmuchom lodowatego wiatru.

***

Piątka stalkerów, której przewodził Kondor, pamiętała lepsze czasy. Kondor wspominał to za każdym razem, kiedy wychodził na powierzchnię na wpół martwego miasta. I coraz częściej zadawał sobie pytanie o to, co ma uważać za lepsze czasy. Minęły już czy wciąż są przed nimi?

Kiedyś stalkerów było więcej, ale wiedzieli o mieście dużo mniej niż teraz. Z każdym wyjściem na powierzchnię grupa zdobywców – a raczej jedna z grup – miała odrobinę więcej wiary w przyszłość, więcej pewności siebie, więcej wyposażenia. A przy tym wszystkim – znacznie mniej wiedzy o tym, co jest tam, we mgle – nowe życie czy nowa śmierć.

Teraz Kondor rozumiał: wiara w siebie, entuzjazm, optymizm – wszystko to musiało stalkerom zastąpić brak doświadczenia, niezbędnego do przeżycia. Kiedy przebijasz się z automatem na ramieniu przez strefę skażenia radioaktywnego, to prowadzić cię może tylko pewność, że znajdzie się sposób, by przejść ten odcinek do końca, nie udławiwszy się własnymi płucami – ani teraz, ani następnego dnia. Żaden ze stalkerów Krzyża nie upadał w tamtych czasach na duchu, nie odnosił poważnych ran, ale trwało to, dopóki podziemnych zasobów sprzętu do wypadów na powierzchnię było więcej niż ludzi chcących ich używać.

Gdy tylko zaczął się deficyt, sytuacja bardzo się zmieniła. Jakby poddając się jakimś ukrytym prawom przyrody, liczba stalkerów zaczęła maleć. Przeważnie z powodu chorób i nieszczęśliwych wypadków, które niekoniecznie zdarzały się na powierzchni.

Wbrew oczekiwaniom jako pierwsze nie skończyły się filtry do masek przeciwgazowych, naboje ani lekarstwa. Jako pierwsze skończyły się buty. Powierzchnię skażonego Kijowa tworzyła zadziwiająca w swym chaosie mieszanka odłamków asfaltu, grząskiej gleby, popękanej gliny, ukrytych kałuż, kawałków metalu i szkła, wybielonych kości i czaszek, żwiru, kamieni, prętów zbrojeniowych i tak dalej. Żadne obuwie długo w takich warunkach nie wytrzymywało.

To właśnie buty stały się przyczyną śmierci pierwszego stalkera. Kondor próbował przypomnieć sobie jego pseudonim, ale mu się nie udało. W tamtych czasach wielu nie miało żadnej ksywy. Kondor pamiętał za to, że chłopak miał dwadzieścia trzy lata, a na nogach prawdziwe firmowe Adidasy, nie jakieś tam chińskie podróbki. Przypomniawszy to sobie, Kondor zmarszczył czoło: a tych firmowych Adidasów to nie robili przypadkiem w Chinach?

Słowem, gość miał pantofle prima sort: z solidną podeszwą, mocnymi sznurowadłami, przed wojną uważane pewnie za obowiązkowy atrybut każdego młodego człowieka z miasta. Sklepy, w których sprzedawano takie rzeczy, zostały starte w nuklearny pył jeszcze przed narodzinami młodego stalkera, tak więc zdobył je już w metrze. I tamtego fatalnego dnia nastąpił na przerdzewiałą ramę pozostałą po niemieckiej terenówce. Przeciął sobie stopę, natychmiast odskoczył z przestrachem w bok, skakał chwilę na zdrowej nodze, ściskając podeszwę gołymi rękami. Kondor wciąż pamiętał strużkę krwi między jego palcami. Chłopak poślizgnął się, upadł i nadział skronią na drugi koniec tej samej ramy. Na amen.

Kondor nie był pierwszym, który do niego przyskoczył. Jednak umarłemu nie można już było pomóc. Być może należało udawać albo przekonać swoje sumienie, że nie jest jeszcze za późno, by odnieść faceta do Śluzy, gdzie może uda się go uratować.

Ale Kondor nie zrobił niczego: odwrócił się tylko plecami do miejsca zdarzenia i prowadził obserwację, błyskawicznie zdając sobie sprawę, że jeśli stalkerów śledzili jacyś wrogowie, to zaatakują właśnie teraz, kiedy uwaga grupy jest przykuta do bezwładnie leżącego ciała.

To był pierwszy dzień, kiedy Kondor poczuł, że ludziom w metrze brakuje czegoś bardzo ważnego. Długo nie umiał sformułować, czego konkretnie, chociaż ta myśl nie dawała mu spać po nocach.

Po kilku tygodniach, kiedy liczba stalkerów zmniejszyła się co najmniej o jedną trzecią, zrozumiał, czego im brak: własnego, samodzielnie zdobytego doświadczenia, które przywiodłoby ich do prostej prawdy, że przeszłość trzeba zostawić za sobą i liczyć tylko na siebie. Żyć tak, jakby twoje pokolenie było pierwszym w nowej historii. I to dotyczyło nie tylko jego, Kondora, ale wszystkich mieszkańców Krzyża, a także tych, którzy umieli przeżyć na zewnątrz. Rzecz w tym, że ludzie, którzy już nie pierwszy rok żyli w metrze, w swoich marzeniach i dążeniach kierowali się doświadczeniem poprzedników żyjących przed Katastrofą. Widzieli swoją przyszłość wyłącznie jako jedną z wersji przeszłości. Całe ich życie było nastawione na to, żeby odzyskać to, co wcześniej utracili. Uważali, że aby pojąć zagrożenia i szanse nadchodzących dni, trzeba spojrzeć w stare dobre czasy i szukać tam analogii. W samej przyszłości zaś jako takiej nikt nie szukał natchnienia. Wszyscy wierzyli, że jutrzejszy poranek będzie swego rodzaju kopią minionego. Ludzie oduczyli się przyswajać ideę czegoś nowego. Pewnie kiedyś bali się to robić, a potem zapomnieli.

Kondor uważał, że na tym właśnie polegał błąd wszystkich ocalałych: nie mieli pomysłu na to, co robić z tym nowym życiem, odbierali je jako epilog czegoś przebrzmiałego i ich misją było ponowne uruchomienie tego, co zgasło, chcieli wlać paliwo do silnika, który odmówił posłuszeństwa.

Stalkerzy popełniali ten sam błąd.

Wychodząc na powierzchnię, zaczynali postrzegać miasto właśnie jako miasto, ponury cień czegoś, co już przeminęło. Muszą nauczyć się patrzeć na otaczający ich świat świeżym okiem nowo narodzonego, dla którego przeszłość nie istnieje. Po tym, jak z grubsza sformułował tę myśl w swojej głowie, Kondor zdał sobie sprawę, że to właśnie on jako pierwszy musi się nauczyć poznawać świat od zera. Od tego momentu przestał wychodzić do skażonego Kijowa i zaczął przemierzać miasto, w którym powojenne realia były normą.

Potem w cudowny sposób zaczął widzieć odbicie swojej teorii w umysłach towarzyszy. Pierwszym z nich był Kruk. Wtedy zarówno on, jak i Kondor nazywali się inaczej. Ale w tamtym czasie pierwsze pseudonimy znaczyły niewiele. Powstawały przypadkiem przed każdym kolejnym wypadem na powierzchnię. Spośród ocalałych wówczas stalkerów Kruk okazał się jedynym, który też był wtedy z Kondorem przy śmierci chłopaka w adidasach. W ogóle nie komentował tego wypadku.

Kruk był małomówny, niepozorny, znakomicie pracował rękami i starał się nie dzielić swoją opinią na żaden temat, pozostając niewiadomą nawet dla swoich towarzyszy. Z czasem nieco się rozluźnił, jednak okresy zamknięcia w sobie nigdy nie przestały się pojawiać. Najważniejsze, że wciąż był niezawodny i doprowadzał do końca każdą poruczoną mu sprawę. Kondor nigdy nie pytał Kruka o wiek, ale przypuszczał, że w momencie Katastrofy miał co najmniej dwanaście lat. Jest to wiek, w którym zaczynają się kształtować jakieś zaczątki idei i marzeń. Jakiekolwiek były, Kruk realizował je w metrze, stając się stalkerem.

A zostać stalkerem nie było łatwo. Nie wystarczyło po prostu tęsknić za dawnymi czasami lub cierpieć na klaustrofobię. Wśród pierwszych stalkerów Krzyża można było spotkać najróżniejszych ludzi: jedni mieli mentalność odkrywców nowych lądów, inni zaś sposób myślenia zwykłego dozorcy, który uważał za swój obowiązek choćby symbolicznie posprzątać na powierzchni. Kondor wciąż nie mógł odgadnąć, do której grupy należał Kruk, ale był pewien, że gdyby nie Katastrofa, to dożyłby swoich dni w więzieniu. Dało się w nim wyczuć coś buntowniczego, jakiś doprowadzony do absurdu sceptycyzm.

Wróbel wydawał się przeciwieństwem Kruka. Był młodszy, aktywniejszy, zwracał dużą uwagę na swoją formę fizyczną. Niewysoki chłopak, mało spał, mało jadł, nie miał praktycznie żadnych nałogów i idealnie pasowała do niego ksywka Wróbel. Początkowo, podobnie jak pozostali stalkerzy, nie miał stałego pseudonimu, ale skojarzenie z małym ptaszkiem samo się narzucało. Kondor długo nie mógł pojąć, jak temu żywemu chłopakowi udało się zaprzyjaźnić z Krukiem. U obu wyszła na jaw ta sama cecha charakteru: w nieznanym towarzystwie woleli milczeć, choć z różnych powodów. W wielu kwestiach Kruk nie miał nic do powiedzenia, natomiast Wróbel zawsze miał swoje zdanie na każdy temat, ale wstydził się je wypowiadać.

Przeciwieństwem ich obu był Bocian. Wyjątkowy gaduła, niezmienny siewca optymizmu. W odróżnieniu od wszelkich dętych wesołków, którzy uśmiechem próbują skrywać depresję, Bocian, co banalne, nigdy nie był podatny na chandrę. Jakimś niepojętym sposobem posiadał zdolność radzenia sobie z mnóstwem problemów, po prostu mówił o nich na głos. Jeśli Bocian opisywał zadanie własnymi słowami, ze swoją niepowtarzalną intonacją, to dobierał takie sformułowania, że problem wydawał się niewartą uwagi drobnostką. Chociaż Bocian jak wszyscy pozostali urodził się przed Katastrofą, to zupełnie jej nie pamiętał, tam samo jak dawnego życia. A jednak w jego podświadomości najwidoczniej pozostały jakieś wspomnienia, bo Bocian bardzo różnił się od ludzi urodzonych w metrze.

Jednym z dziwnych zwyczajów Bociana było na przykład noszenie przy pasie rozładowanego rewolweru z jaskrawo żółtą rękojeścią. Kiedy Kondor nie wytrzymał i zapytał, po co to robi, Bocian odparł, że jeśli będzie miał potrzebę do kogoś strzelać, to najpierw jedną ręką wyciągnie broń, drugą – naboje, załaduje rewolwer, przygotuje go i dopiero potem sprawdzi, czy coś się przez ten czas nie zmieniło. Jeśli podczas tych przygotowań ochota na strzelanie przejdzie, to znów rozładuje broń. Natomiast jeśli jednak trzeba będzie strzelać, to zrobi to bez namysłu. Po czym i tak rozładuje broń i nie będzie więcej wspominać o tym wypadku.

Kondor nie pytał, jaki to cel Bocian może spotkać w metrze. Zamierzał strzelać do puszek po konserwach czy miał na myśli coś poważniejszego? W pewnej pięknej chwili udało mu się stracić rewolwer, jak się wyraził, na rynku w Datapolis. Odniósł się do tego filozoficznie, wzruszył ramionami z zakłopotaniem, ale nie uzbroił się w nowy.

W następnym miesiącu dostał jakąś wiadomość ze stolicy i wpadł w głęboką depresję. Bocian szczęśliwie nie miał broni pod ręką, ponieważ zdawało się, że najbliższy cel widziałby w sobie samym. Potem, jakby przełamując coś w środku, przez jedną noc rozmyślań i długich dyskusji z towarzyszami wyrósł na prawdziwego stalkera i od tej pory ani razu nie dał powodu, by w niego zwątpić. Do tego coraz częściej zaczęły się w nim ujawniać cechy lidera, chociaż Kondor był przekonany, że gdyby coś mu się stało, Bocian byłby najmniej odpowiednim kandydatem na jego następcę.

Ostatnim członkiem ich grupy był Feniks. W odróżnieniu od wszystkich pozostałych, stalker ten pseudonim nosił od dawna. Jeszcze w czasach, kiedy ich oddział w ogóle nie kojarzył się z piórami i szponami. Na twarzy stalkera widniało ogromne poparzenie, obejmujące policzek, pół ucha i schodzące na szyję. Stało się to w czasie jednego z wypadów na powierzchnię, przy próbie wniesienia do metra butli z gazem. W składzie tamtej grupy nie było nikogo z obecnej drużyny Kondora. Feniks poszedł z innymi ludźmi, i oni wszyscy zginęli w eksplozji, która zostawiła Feniksowi pamiątkę na całe życie. W czasie tej ekspedycji popełniono mnóstwo błędów, z których jeden okazał się fatalny.

Najbardziej przykry był fakt, że gaz nie był w metrze szczególnie potrzebny. Grupa poszła tylko po butlę, którą planowano wypełnić sprężonym powietrzem, żeby następnie użyć jej w domowej roboty systemie automatycznych pomp do odciągania wód podziemnych. To znaczy nikt nie zamierzał taszczyć na dół butli z gazem. Drużyna Feniksa postanowiła wypuścić gaz na powierzchni i najwidoczniej pojawiła się iskra. Wątpliwe, by ktoś świadomie walił kluczem nastawnym po butli albo przy niej strzelał. Kondor nigdy nie pytał, kto był winny wybuchu. Feniks wydawał się dość rozsądny, żeby nie palić papierosa w jej pobliżu. A jednak był dowódcą wypadu i ponosił całą odpowiedzialność. I dlatego winił siebie. Od tej pory Feniks starał się nigdy nie brać na siebie kierowania czymkolwiek i bardzo lubił samotne forsowne marsze, które czasem zdarzały się podczas ekspedycji.

Każdy z tej piątki pozostawał niezależnym stalkerem, nawet będąc faktycznie na służbie Krzyża. Byli wolni. W starym świecie uważano by ich za niezgrabne robaki, które czasem wypełzają na powierzchnię jabłka, aby znaleźć inne wejście do jego wnętrza. W nowym świecie metra byli Ptakami. Byli nimi nawet wtedy, kiedy w Datapolis, a potem i w całym Krzyżu, stalkerzy spadli na społeczne dno, a ich reputacja runęła w otchłań. Podobnie jak prawdziwe ptaki, wciąż codziennie ryzykowali życie, zbierając wszystko, co mogli znaleźć, od jedzenia po materiały do budowy gniazda. A przy tym coraz częściej zastanawiali się, gdzie jest ich prawdziwy dom: w gnieździe czy na niebie?

***

Hermetyczne wrota zamknęły się z cichym łoskotem. Bolce ściśle wypełniły wpusty i wsunęły się do końca, dzieląc świat na dwie części.

Kondor poprawił hełm, na nowo dociągnął pasek na lewym rękawie. Choćby nie wiadomo jak długo układać ekwipunek w Śluzie, ostateczne dopasowanie i tak odbywa się na powierzchni. A jeśli kombinezon zakłada się po raz pierwszy w życiu, to tym bardziej trzeba mieć oczy szeroko otwarte i zwracać uwagę na każdy detal.

Do swojego obecnego stroju Kondor miał zastrzeżenia. Wmontowana latarka, wszyta na wysokości klatki piersiowej, to niepotrzebna i zbyt ciężka rzecz. Do tego lekkie opancerzenie, ale komu to potrzebne na powierzchni? Kondor krytycznie przyglądał się skafandrowi, nie odkrył w nim jednak innych defektów. Stalker dotknął ręką hełmu i uruchomił łączność radiową.

– Feniks – odezwał się.

– Jestem – zabrzmiał jasny głos.

Nie było nawet jednego trzasku. Elegancko. Umieją jednak w stolicy robić radiostacje.

– Kruk.

– Tak, słyszę – odpowiedział krępy stalker, przyglądając się swojemu automatowi.

– Wróbel.

– Tak.

– Bocian.

– Tu Bocian.

– Baobab.

– Jestem i protestuję. – W słuchawkach stalkera rozległ się oburzony głos. – Dlaczego moje imię było wywołane jako ostatnie? To przypadek czy skryty wyraz lekceważenia?

Kondor stłumił chęć wyrżnięcia kolbą w wielkie brzuszysko. Proszę, masz tu jawny wyraz lekceważenia – wszystko jasne i bez subtelnych aluzji. Przemknęło mu nawet przez myśl: a co by było, gdyby naprawdę uderzył przedstawiciela władz? Zwierzchnik za Chiny Ludowe nie wymierzyłby kary, która zaburzyłaby grafik pracy stalkerów. Przyciśniesz jednego – następnym razem czterej po prostu nie wyjdą do roboty. I kanał dostaw z pominięciem Metrogradu trzeba będzie pożegnać.

Kondor odwrócił się i spojrzał na Baobaba surowo. Wyraz jego oczu raczej nie był widoczny przez wizjer hełmu, ale bogata wyobraźnia tłuściocha odmaluje obraz wyraźniej niż pędzel na płótnie. Tamten cofnął się przestraszony i na pewno by upadł, gdyby nie podtrzymał go Kruk. Wystarczy. Grubas pomyśli sobie, co zechce. Oby tylko więcej nie przeszkadzał. Bardzo szybko zrozumie, że metra i jego praw nie zabiera się z sobą na powierzchnię. Wcześniej czy później wszyscy do tego dochodzą. Lepiej, oczywiście, wcześniej.

Wejście po rozbitych stopniach popsutych schodów ruchomych odbyło się bez przygód. Dobry początek.

– Witam na powierzchni – powiedział Kondor, rozglądając się po okolicy. Żadnych zmian. Uschniętych roślin stalker już nie zauważał.

Najgorsze w nowym ekwipunku jest to, że nie czuje się swoich towarzyszy tyłem głowy. Niby nie ma tu związku przyczynowo-skutkowego, a jednak. Wrażenie obcego, dziwnego materiału ochronnego nie opuszcza człowieka ani na sekundę. Psuje się mikroklimat, zmienia rytm kroków, tempo poruszania, pojawia się jakaś desynchronizacja ruchów. Mimo to Kondora niepokoiło co innego. Zwierzchnik był zbyt szczodry przy wydawaniu wyposażenia jak na taką prostą sprawę. Wyjść przez Śluzę przy planetarium, dojść do Pałacu „Ukraina”, wrócić. I tyle. Chociaż Kondor każdego dnia marzył o nowym ekwipunku i radiostacjach, nie mówiąc już o luksusowym sprzęcie Krzyża, zdawał sobie sprawę, że każdy drobiazg ma swoje zasady stosowania, szczególnie w warunkach ostrego deficytu w metrze. I banalny wypad na powierzchnię, gdy można było dojść do sąsiedniej stacji Śluzy poznawanym przez lata szlakiem, gdzie znajomy był każdy kamień, absolutnie nie należał do niebezpiecznych. Oczywiście w porównaniu z innymi. Każdy członek drużyny Kondora mógł pokonać ten półtorakilometrowy odcinek w zwykłym skafandrze, nawet bez zmiany filtra. A przy tym nie dać się zauważyć zwiadowcom Metrogradu.

Wyjście na świat zewnętrzny w stroju o wyższym poziomie ochrony niż to konieczne oczywiście wyrządza mniejsze szkody zdrowiu i ogólnie rzecz biorąc, jest bezpieczniejsze, ale zawsze są niuanse. Czym kieruje się człowiek, który zaryzykował wycieczkę z przytulnych tuneli na powierzchnię? Ile skafandrów zostało mu w rezerwie, że nie obawia się rozprucia hermetycznego kombinezonu kawałkiem metalowego złomu? Jak daleko zamierza dojść, w jakich warunkach i czego chce od tego życia? Każdy obywatel Datapolis słysząc takie pytania, popatrzyłby na Kondora jak na obłąkanego, czując przy tym ewidentną ulgę: no jasne, jurodiwi faktycznie mieli coś z głową. Tyle że dla Kondora znacznie ważniejsza była opinia jego towarzyszy niż wydelikaconych mieszkańców miasta. Mógłby nawet posłać do diabła wszystkich obywateli Krzyża.

Jednak kłótnie z Cyprysem zaburzyłaby równowagę psychiczną. Kondorowi i jego drużynie, którą z łaski zwierzchnika dawno już zaczęto nazywać Ptakami, wydano pięć nowiutkich skafandrów. Tylko na jeden raz. Powód tej niezwykłej szczodrości zwierzchnika Datapolis był prosty.

Sprawdzian. Kontrola i audyt.

Stalkerzy, nawet w większym stopniu niż mityczni czerwoni, stanowili dziurę w budżecie Datapolis i osobisty wrzód na tyłku zwierzchnika. Wieczni odszczepieńcy mieszkający pod samym bokiem stolicy kijowskiego metra, zaledwie o jedną stację od serca Krzyża, jedyni dostawcy cennych dóbr starego, przedwojennego świata. Bano się ich, nienawidzono, unikano jak dżumy. Bardzo rzadko się z nimi witano – w sumie nieczęsto ktokolwiek się z nimi widział. Stalkerzy podróżowali do Datapolis tylko w ostateczności, chociaż stolica ogłosiła się otwartą dla wszystkich obywateli metra. Znacznie częściej od stalkerów przysyłano gońców. Praca tych ostatnich nie była skomplikowana: przyjechać rządową drezyną, sprawdzić przyniesione z powierzchni przedmioty, zmierzyć poziom promieniowania, pogwizdując przy tym jakąś chwytliwą melodię, załadować wszystko na drezynę i pojechać z powrotem. Dopiero potem Cyprys osobiście wszystko sprawdzi i każe wypłacić mistrzom płaszcza i latarki odpowiednie wynagrodzenie: naboje, jedzenie, wodę, lekarstwa, różne przyjemne i przydatne drobiazgi. Chociaż częściej były nieprzyjemne i nieprzydatne. To aż śmieszne, że większość wszystkich tych dóbr była przynoszona właśnie z powierzchni – tyle że przez żołnierzy obcego Metrogradu, a nie drużynę Kondora.

I nawet na takich warunkach wcale nie wszyscy godzili się pracować jako gońcy. Kontakt ze stalkerem był dla obywatela Datapolis czymś w rodzaju mycia świni. Wyprawa do siedziby stalkerów oznaczała nałożenie na siebie długotrwałego piętna skażenia i żadne dozymetry nie zdołałyby przekonać wystraszonego obywatela, że nie będzie teraz sikał fosforem. No i, rzecz jasna, stalkerzy nie byli dopuszczani do kobiet. Po co mają płodzić mutanty?

Pewnego razu do miasta przyszli paserzy z samej Łukjanowskiej, żeby dorobić sobie jako gońcy między bazą stalkerów a Datapolis. I dorabiali. Przez jakiś czas. Dopóki Cyprys się nie zorientował, że bije go to po kieszeni i taniej będzie wyznaczać wyprawę do Śluzy jako karę administracyjną.

Sam Metrograd, oczywiście, też naciskał na władze Datapolis. Cudem było już to, że w ogóle się z nim liczono. Grupka bandytów, którzy przekwalifikowali się na stalkerów, przez jakiś czas okadzała zatęchłe pomieszczenia podziemnego centrum handlowego, choć nigdy nie stało się pełnowartościowym schronem. Pomysł patrolowania kijowskich ulic przez dwuosobowe oddziały skończył się kompletnym fiaskiem, dwie trzecie śmiałków zmarło od promieniowania, nieznanych chorób lub w wyniku wewnętrznych konfliktów, po czym pozostali wpadli na to, by zabarykadować się na terenie centrum. Pod dowództwem generała Olszańskiego Metrograd z trudem przetrwał. Po jego śmierci cały ich system upadł, nowi herszci byli zmuszeni do współpracy z mieszczącym się pod nimi Datapolis, w którym jakimś cudem wciąż działały systemy filtracji wody i powietrza. Tak też ukształtował się nieskomplikowany system ekonomiczny: metrogradczycy przynoszą z powierzchni zanieczyszczone zasoby i wymieniają je na względnie czyste.

System okazał się na tyle sprawny, że wkrótce w całym Krzyżu praktycznie nie było już ludzi, którzy samodzielnie chcieliby wychodzić na powierzchnię. Jeśli zaś ktoś zgadzał się zamienić stacje i tunele na bezkresną swobodę skażonego miasta, zawsze czekano na niego w Metrogradzie jak na upragnionego ochotnika. Z jednym zastrzeżeniem: droga powrotna była dla niego zamknięta. I to nie Metrograd nie puszczał swoich ludzi – to raczej obywatelstwo Krzyża po takim wyborze było automatycznie anulowane.

Tak właśnie powstała reputacja stalkerów jako wyrzutków społecznych – mimo że to społeczeństwo wciąż istniało, a nawet jakoś się rozwijało właśnie dzięki pracy stalkerów.

Cyprys był ubezpieczony i ostatecznie nie zaniechał własnych wypadów na zewnątrz. Tak więc drużyna Kondora przetrwała, choć została wyrzucona na bezludną, na wpół zatopioną stację Olimpijska…

A potem wydatki na stalkerstwo zaczęły spadać.

Kondor nie potrafił zrozumieć tego nonsensu. W świecie metra, w zależnym od wyjść na zewnątrz środowisku, gdzie autonomia była jedynie skuteczną iluzją, pomysł, by wprowadzać jakiekolwiek cięcia, zdawał się początkiem końca. A jednak była to prawda. Gdyby Datapolis nie było tak uzależnione od dostaw z powierzchni, Kondor uznałby, że stalkerów postanowiono po cichu zagłodzić. Dowódca oddziału trzymał się niezmiennej zasady: nie tłumaczyć złą wolą tego, co można wyjaśnić głupotą. Ostatecznie wojnę nuklearną, która starła niemal całe życie z powierzchni planety, dało się uzasadnić tylko takim sposobem.

Zatem cięcia. I sprawdzian. Władze Krzyża jednogłośnie zatwierdziły pomysł kontroli. Nie zniżyły się oczywiście do banalnej grabieży gniazda Ptaków. Cyprys umiał działać subtelnie. Stalkerom powiedziano, że odbędzie się nadprogramowy wypad na powierzchnię, i dano im nadzorcę. Niewiarygodnie spasionego faceta o imieniu Baobab. Wyznaczyli go bez pytania, a nawet znaleźli skafander z zamkniętym systemem oddechowym, który mógł pomieścić jego cielsko. Baobab miał za zadanie na własne oczy zobaczyć, jak pracuje Kondor i jego ludzie, czy typowy rajd naprawdę pochłania setkę czy dwie nabojów, i w ogóle czy skórka warta wyprawki.

Kondor prawie się z tym pogodził. Ale, jak na złość, samo zadanie wiązało się z nowymi warunkami, nie najlepiej wpływającymi na ostateczny rezultat. Dodatkowy VIP bez bojowego doświadczenia i niesprawdzony ekwipunek. Ponieważ od stalkerów wymagano, by nie tylko przeszli od jednej stacji do drugiej, zbierając po drodze ciekawe rzeczy, ale też ochraniali Baobaba, to na tę konkretną wyprawę Cyprys nie pożałował sprzętu. Pańskim gestem rzucił i kombinezony, i naszpikowane elektroniką hełmy, i broń. Kondor kategorycznie odmówił jednak przyjęcia tej ostatniej. Postawił twardy warunek – pójdzie tylko ze swoją sprawdzoną giwerą. I jego drużyna też. Nowiutkie, naoliwione kałachy z zapasów Krzyża mogły skusić Kondora tylko w czeluści względnie bezpiecznego tunelu, i to nie dalej niż o parę stacji od stolicy, ale na pewno nie na powierzchni, gdzie lśniące blaszaki z łatwością mogłyby się udławić nabojami, które chałupniczo produkowano na Peczerskiej. Tak więc, Cyprysie, idziemy ze swoimi. Albo daj więcej czasu na przystrzelanie broni.

Cyprys czasu nie dał, dlatego musiał się zgodzić na warunki stalkerów. Sam Baobab polazł w ciężkim i gorącym skafandrze, biorąc ze sobą kałasznikowa z mnóstwem amunicji. Wybrano go na kontrolera właśnie dlatego, że grubas, choć kiepsko, ale umiał strzelać. Aczkolwiek okropnie tego nie lubił.

Poza tym strzelać zamierzał pieniędzmi.

Trzeba przyznać, że Kondor nie spodziewał się niczego innego po przedstawicielu administracji. Przedwojenne naboje, które przeleżały nienaruszone przez wiele lat, w świecie metra były traktowane jako środek płatniczy. Mówiąc wprost, stały się miejscową walutą, zastępując stare papierowe pieniądze. Poprzednik Cyprysa przeprowadził reformę, kiedy okazało się, że aby stworzyć jednolitą gospodarkę, najlepiej jest skorzystać z tych odpowiedników waluty wymienialnej, które w chwili rozpoczęcia wspomnianej reformy są magazynowane właśnie u ciebie. Jak powiedział, tak zrobił. Po metrze szybko rozeszła się pewna liczba lśniących nabojów różnego kalibru, podobnie jak samej broni. Strzelano nimi rzadko. Do tego szlachetnego, według miejscowych miar, celu wykorzystywano przeważnie amunicję własnej roboty – nie na darmo Peczerska okazjonalnie odpalała stalkerom na lewo solidną dolę za przynoszony z powierzchni nadmanganian potasu i pudełka zapałek. We wcześniejszych latach tamtejsze złote rączki nie wahały się przed zamówieniem wału korbowego ze starego samochodu, z wykorzystaniem którego potrafili sklecić działo bezodrzutowe do ochrony posterunku. Udało się. Działko broniło stacji przed rozmaitym plugastwem, które czasem rwało się z głębi tuneli. Dokładnie do chwili, kiedy wybuchło, rozszarpując strzelców na strzępy. Mieszkańcy Peczerskiej zacisnęli zęby i tylko westchnęli – bez tego sprzętu strażnicy i tak by zginęli, tylko znacznie wcześniej. Było to jeszcze przed zjednoczeniem obu linii i utworzeniem Krzyża. Mroczne to były czasy, pełne anarchii…

– Dokąd idziemy? – spytał Baobab.

Kondor zastanowił się nad trasą. Potrzeba było czegoś bezpiecznego, ale nie do końca. Paradoks sytuacji polegał na tym, że koniecznie przydałyby się jakieś niewielkie tarapaty, by do tłuściocha dotarło, że czasem kręcą się tu rozmaite stwory. Dotarło tak, by jego raport dla Cyprysa o ciężkiej stalkerskiej codzienności mienił się krasomówstwem Cycerona. By pisanina spaślaka przekroczyła wyznaczony przydział papieru w takim samym stopniu, jak obwód w jego pasie przekracza normy człowieka w jego wieku. Właśnie rozmiary Baobaba drażniły Kondora nawet bardziej niż jego wyniosłość. W metrze się nie tyło. W metrze nie sposób było przybrać na wadze. Ma się szczęście, jeśli nie trzeba żreć szczurów. Jakie rarytasy szamali rządzący, wiedzieli tylko ci, którzy mieli z nimi kontakt.

Krótko mówiąc, trzeba podreptać od punktu A do punktu B optymalną trasą. Znaleźć parę świetlików albo chartów, zastrzelić jakiegoś. Jak nie znajdą, to niech idą w cholerę, Bocian wypali w pusty otwór okienny i powie, że widział w nim jakiś ruch.

– Idziemy na południe ulicą Wasilkowską – odparł Kondor. – Wzdłuż drogi, nie wysuwając się na środek. Trzymajcie się domów.

Baobab umilkł. Pracowicie klikał dozymetrem, kręcąc nim na wszystkie strony. Kondora to bezsensowne zajęcie wcale nie śmieszyło. W strachu przed nieprzyjazną naturą nie było nic zabawnego. Stalker też często czuł zdradliwą, dławiącą ochotę, żeby przeskanować aparaturą każdy centymetr ziemi w nadziei znalezienia strefy wolnej od radiacji. W końcu był niemłody i jako czterdziestosześciolatek dobrze pamiętał czasy sprzed Katastrofy. I też z początku starał się wymacać je dozymetrem, znaleźć czarodziejskie drzwi do zaginionego świata.

Ostrożnie stąpając po usianym pęknięciami asfalcie, Kondor prowadził drużynę na południe. Ze swojego miejsca widział kopułę planetarium z ogromną dziurą. Kondora zawsze ciekawiło, co mogło być przyczyną tej wyrwy. Sam się tam nie zapuścił, ale udało się to Krukowi. Wedle jego słów niczego tam nie było. Absolutnie niczego, nawet szczątków mebli i aparatury, nie mówiąc już o zapadniętych fragmentach kopuły. Tylko cztery zewnętrzne ściany. A ze środka wyglądała czarna dziura leja prowadzącego głęboko w dół, gdzie nie sięgało światło latarki, stalkerskiego „megatorcha” – niegdyś patrolówki klasy światowej, której zasięg stał się nową miarą odległości, a pchanie się poza jego granicę było zdecydowanie niepolecane. Najwidoczniej coś rozłupało dach od góry, do tego z taką siłą, że uwięzło na sporej głębokości. A potem z dziury zaczęło wyłazić jakieś cholerstwo. Bo i skąd ten dziwny śluz na ścianach? To pytanie numer jeden. A pytanie numer dwa brzmi: kto tak przenikliwie wrzeszczał w murach planetarium w zeszłym roku? Przecież na pewno nie człowiek.

Zresztą Kondor nie bał się spotkania z ludźmi. Z Metrogradem dawno już podpisano trwały pakt o nieagresji, a innych ludzi być tu nie mogło.

Planetarium zostało z tyłu. Skrzyżowanie. Kondor spiął się wewnętrznie, wyglądając za węgieł. Od strony ulicy Protasiw Jar zdarzały się zalewy szkaradnych czworonogów przypominających psy. Inaczej niż zalewem nie dało się takiej chmary nazwać. Rzeka chartów pędziła od Dniepru na zachód, żeby potem wrócić do punktu wyjścia. Zdarzało się to zazwyczaj w czasie deszczu. Był to widok nie dla ludzi o słabych nerwach. Kondor domyślał się, jakie są przyczyny takiej migracji. W normalnych warunkach ulewa zatapia kolektory w parę minut. Z pewnością to właśnie tam żyły charty. Oczywiście stalkerzy nie zamierzali tego sprawdzać. Starali się nie pchać w stronę Jaru bez powodu, co najwyżej zdarzało im się pomyszkować w budynku dworca – niewyczerpanym źródle dóbr materialnych. Chociaż bywało, że Cyprys płacił za skóry chartów ekstra. W swoim czasie w Datapolis mieli zwyczaj szyć z nich garnitury dla mieszkańców. Kondor mógł się tylko domyślać, ile na sprzedaży takich skórek zarabiali scytyjscy straganiarze zajmujący się handlem w rejonach północnych. W mateczniku Scytów, na południowej odnodze Krzyża, modne fatałaszki ze stolicy nie cieszyły się powodzeniem. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę nędzę tamtejszych włóczęgów i całkowity brak praktycznej wartości luksusowych przedmiotów. To nie baterie ani paliwo do diesla.

Deszcz jeszcze nie zaczął padać – na razie można się było nie obawiać. Stalkerzy przeformowali szyk, obchodząc ten fragment miasta. Baobab przestał męczyć się z dozymetrem. Kondor odnotował w duchu, że grubas nie jest specjalnie poruszony krajobrazem. Miał już okazję popatrzeć na świat zewnętrzny, choć bez wychodzenia z podziemnego. Na Łukjanowskiej, gdzie mieściła się szkoła dla dzieci, ustawiono platformę obserwacyjną – jeden z zachowanych szybów wentylacyjnych prowadzący aż na powierzchnię przerobiono na wieżę obserwacyjną, wieszając u góry wypukłe lustro. Było to jeszcze w czasach pierwszych stalkerów i przy ich bezpośrednim udziale. Kiedy ich zawód był jeszcze uważany za zaszczytny.

– Kondor, iglica – zabrzmiało w uchu.

Dowódca błyskawicznie się zatrzymał, przenosząc wzrok na wyniosłe wieże kościoła Świętego Mikołaja. Jedna z nich się przekrzywiła, ale nie upadła, wciąż dziurawiąc niebo swą iglicą. Teraz widniało na niej coś ciemnego, czego wcześniej nie było. Chwilę później rozpostarły się ogromne skrzydła i latający jaszczur wzbił się w chmury.

– Pterol – powiedział Bocian.

Doigrali się.

– Kryć się – rozkazał krótko Kondor. Bez paniki, pomyślał. Nic się nie stało. Odejść na bok, przeleźć przez opustoszałe witryny dawnego spożywczaka, starając się nie chrzęścić szkłem. A drapieżnik trochę pokrąży i zniknie.

– Co to? – spytał z przestrachem Baobab. – Latający ptak? Naprawdę?!

– A tak – odgryzł się Wróbel. – Trzeba częściej wychodzić na świeże powietrze.

Grubas pokręcił głową z oburzeniem, starając się dojrzeć coś w górze.

– Zabijcie go – powiedział.

Stalkerzy popatrzyli na niego jak na wariata.

– Co? – Kondor pomyślał, że jakość łączności jednak go zawiodła.

– Zabijcie ptaka – powtórzył Baobab. – Macie przecież automaty. Chcę popatrzeć.

– Mam też szczoteczkę do zębów – dodał Bocian. – Może życzy pan sobie, żebym wypolerował ptaszkowi dzióbek?

– Bocian, nie trzeba. – Kondor zmarszczył brwi. – Baobab, pterodaktyla nie tak łatwo pokonać. Nawet w sześć osób. Nie ma co się zastanawiać, to zbyt groźny stwór.

Grubas westchnął z żalem. Nawet przez hełm Kondor usłyszał wydawane przez jaszczura skrzeczenie. Wątłe rude źdźbła trawy przygięły się do ziemi od nagłego porywu wiatru.

Pterol wylądował przed witryną nad podziw zręcznie, o nic nie zahaczając. Baobab czknął i spróbował schować się za metalową szafą.

– Nie ruszaj się – powiedział Kruk. – Jeśli będziemy stali nieruchomo…

Kondor widział pterodaktyla z tak małej odległości po raz pierwszy od dnia, kiedy ten w czasie nieudanego ataku zerwał Wróblowi hełm. Dowódca stalkerów starał się w każdych okolicznościach widzieć okazję, więc nie przegapił szansy, by przyjrzeć się drapieżnikowi dokładniej, uzupełniając swoją bazę danych o świecie zewnętrznym. Nie wiedząc zbyt wiele o prehistorycznych jaszczurach, zdawał sobie jednak sprawę, że latająca bestia przewyższała je siłą, choć nie była tak naturalnie doskonała. Był to na pewno drapieżnik, do tego uzbrojony w ogromne szpony, którymi mógł unosić ofiarę na sporą odległość. Kiedy jaszczur przechylił nieco głowę i otworzył dziób, stalker zauważył, że jest on gęsto usiany kilkoma rzędami małych ostrych zębów. Kilku z nich brakowało. Pterol znajdował się tak blisko, że Kondor policzył też kły. Było ich osiem. Mocne błoniaste skrzydła, bez żadnej wątpliwości zdolne unieść ptaka wraz z obciążeniem, u podstawy były ozdobione piórami nadlotkami. Ewidentny przejaw ewolucji mieszanej. Potomkowie pterola musieli jeszcze tylko rozwinąć się w stabilny biologiczny gatunek i zająć swoją niszę. Jeśli oczywiście inne gatunki nie będą przeciwne. Kondor mógł postawić swój najlepszy nóż, że będą.

Pterodaktyl dalej patrzył. Rozmiary jego oczu na wyciągniętym pysku nie pozwalały stwierdzić, czemu konkretnie się przygląda i czy w ogóle rozumie, co widzi. Przechylił głowę, jakby nasłuchiwał, demonstrując przy tym granatowo-czarny grzebień zwężający się na grubym karku i ciągnący się do samego ogona, który zdobiła dodatkowo szaroniebieska łuska. Żeby wyglądać jak smok, pterodaktylowi brakowało tylko odpowiedniego pyska i potężniejszej sylwetki.

Pterodaktyl zawarczał, rozprostował skrzydła i wzbił się w powietrze. Kondor zauważył, że jaszczurowi dość trudno było wzlecieć z ziemi. Nieprzypadkowo zwykle starał się lądować tam, skąd można pikować w dół. Przydatna obserwacja, pomyślał stalker. Trzeba to zapamiętać.

– No i co, Baobab? – mruknął Kruk, kładąc sobie lufę automatu na ramieniu. – Wciąż jeszcze chcesz spróbować postrzelać do ptaszka?

Grubas potrząsnął głową. W jego skafandrze było to prawie niezauważalne.

Wszyscy naraz nabrali tchu. Kondor poczuł, że szybciej bije mu serce, i nakazał sobie zachować spokój. Zresztą było się czym denerwować.

– Czekamy minutę i wychodzimy – powiedział. – Ruszamy dalej, nic się nie wydarzyło.

– Widzieliście to? – odezwał się podekscytowany Bocian, starając się znaleźć jaszczura na niebie. – On na nas patrzył! Czegoś takiego jeszcze nie było.

– Mutanty mądrzeją – orzekł Kruk, spoglądając na zegarek z kompasem. – Może jutro zaczną budować piramidy. A my ciągle tłoczymy się w mrowiskach.

– Du… duży jest – oznajmił z przestrachem Baobab. – I co, wszystkie stwory są tu takie jak on?!

– Skąd wiesz, że to największy?

Przedstawiciel władz zadygotał. Kondor postanowił nie wzmagać już napięcia.

– Ustawić się gęsiego, idziemy zachodnią trasą – rozkazał, robiąc krok w stronę Bociana.

Ułamek sekundy później gwałtowne uderzenie zatrzęsło witryną. Ludzie padli na ziemię, metalowa szafa przewróciła się na Kruka. Rozległ się głośny huk, potem skrzek, sufit nad ich głowami zawalił się i do pomieszczenia wpadł co najmniej dwustukilogramowy głaz.

– Co jest, do cholery?! – ryknął Feniks.

Kondor przyskoczył do szafy i zaczął ją spychać. Wróbel zaparł się ramieniem i we dwóch oswobodzili towarzysza.

– Co z tobą, jesteś cały? – spytał Wróbel.

Kruk pokiwał głową, co równie dobrze można było uznać za „tak” i „nie”. Na wizjerze jego maski przeciwgazowej pojawiła się pajęczynka pęknięć.

– Oddycham normalnie. Ale prawie nic, do cholery, nie widzę.

– Ostrożnie! – zawołał Feniks, zaczynając strzelać prosto w niebo.

Kondor instynktownie przypadł do ziemi, gotów w razie czego odskoczyć. Ryk pterodaktyla pędzącego wzdłuż Bolszej Wasilkowskiej zagłuszał szum jego skrzydeł, ale nie mógł przebić łoskotu kolejnego kamienia, zrzuconego przez jaszczura na ludzi. Celował, zauważył Kondor. Po stycznej. Ptak wykurzał ich na zewnątrz.

Kamienna bryła zburzyła zmurszałą ścianę.

– Uciekamy! – zawołał Kondor, wyskakując na ulicę. – Do Śluzy!

Rozkazu nie trzeba było powtarzać. Było jasne, że latający jaszczur potrafi z łatwością zburzyć cały budynek. Musieli natychmiast uciekać, i to w kierunku przeciwnym do tego, w którym odleciał ptaszek. Rutynowe przemarsze stalkerów stanowiły zazwyczaj przeplatankę posuwania się żółwim tempem i sprintu. Tak jak powinny działać osobniki, które nie są drapieżnikami, ale nie mają też ochoty stać się czyjąś ofiarą. Bieg na powierzchni nie był dla stalkerów czymś szczególnym.

O Baobabie nie można było jednak tego powiedzieć. Zbyt ciężki, obleczony w grubą gumę mężczyzna nie mógł nadążyć za stalkerami. Chociaż, jak zauważył Kondor, nie był to głupek i nie tracił po próżnicy tchu na skargi czy lamenty, nie mówiąc już o zadawaniu pytań. Zdezorientowany – tak, do tego rzadki snob. Ale nie idiota.

Wychodzący jako ostatni Kruk potknął się i pokręcił głową. Czy to pęknięcia w wizjerze faktycznie zasłaniały mu widok, czy przydarzył mu się lekki uraz? A do Śluzy było jakieś czterysta metrów. Kompletnie do dupy. Kondor zacisnął zęby: tyle razy prosił Cyprysa o środki, żeby urządzić zewnętrzną bazę polową. W ostateczności choć rulon ogumowanego materiału, żeby osłonić kontener budowlany. Potrzebne było miejsce, w którym można by opatrzyć ranę lub zdjąć hełm, nie wdychając przy tym ani grama radioaktywnego pyłu. Niebezpieczeństwa to lipa, zwykłemu stalkerowi najbardziej brakuje najprostszych rzeczy: możliwości zdjęcia maski przeciwgazowej, otarcia twarzy, odsapnięcia przez chwilę bez obawy ataku zza pleców. Nadających się do tego celu stalowych powłok czy prostych generatorów prądu było pod dostatkiem, ale potrzebnej im ich ilości nie dało się dostać nigdzie poza Datapolis. Jednak zwierzchnik bardzo nie lubił cudzej autonomii. Nikt nie potrzebuje drugiego Metrogradu.

Pterodaktyl wracał. Tym razem bez kamienia.

– Naprzód! – ryknął Wróbel. – Bocian, wal!

Bocian przyklęknął na jedno kolano, przycisnął wintorieza do ramienia. Najlepiej ze wszystkich umiał posługiwać się karabinem snajperskim i o tym wiedział. Chociaż nigdy się nie chwalił. W celowniku mignął długi łeb. Nacisnąwszy na spust, Bocian od razu wystrzelił po raz drugi i odturlał się w bok.

Jaszczur z krzykiem załopotał skrzydłami, jakby zasłaniając się przed kulami. Wyciągnął wnioski z ich poprzedniego spotkania i był gotów wytrzymać ból przez jakiś czas. Rzuciwszy się naprzód, pterodaktyl spadł na stalkerów jak jastrząb.

Tym razem powitało go pięć wycelowanych luf. Skrzyżowanie Bolszej Wasilkowskiej błyskawicznie zasnuło się dymem, jaszczur wykonał niemal salto w powietrzu. Otwierając dziób prawie na całą szerokość, wytwór ewolucji mieszanej wydał z siebie dziki pisk. Potem ostre szpony wpiły się w Baobaba i pterol odleciał z krzyczącą ofiarą w stronę wieży kościoła Świętego Mikołaja.

Kondor wciąż stał, ściskając w dłoniach dymiący automat, zapominając nawet odruchowo zmienić opróżniony magazynek. Po raz pierwszy w życiu.

– O w mordę – wydusił tylko Wróbel.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 3

Punkt widzenia

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 4

Wróg zewnętrzny

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 5

Stolica

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 6

Dawid

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 7

Przygotowania

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

II

Wyprawa

ROZDZIAŁ 1

Wyjście

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 2

Demontaż

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 3

Piecyk

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 4

Ewakuacja

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 5

Metromost

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 6

Odblask

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 7

Bank

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 8

Myszy i ludzie

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 9

Muzeum

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 10

Sto dwa metry

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 11

Doktor

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 12

Decyzja

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 13

Pościg

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 14

Patrol

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 15

Przesłuchanie

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 16

Wariant

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

III

Wyjaśnienie

ROZDZIAŁ 1

Werdykt

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 2

Kroniki

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 3

Pylon

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 4

Wyrwa

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 5

Śmiałe wnioski

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 6

Numer pierwszy

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

ROZDZIAŁ 7

Decyzja

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

WWW.METRO2033.PL

FACEBOOK.COM/METRO2033PL

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Czerwony wariant 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha