Poprawiny

Poprawiny

Autorzy: Halina Grochowska

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI

cena od: 12.00 zł

Miłość w czasach PRL-u

W ponurych i siermiężnych czasach, gdy szczytem marzeń był Fiat Mirafiori, telewizor i para prawdziwych dżinsów, a zdobycie kilku rolek papieru toaletowego stawało się nie lada wyczynem, romantyczne porywy serca były co najmniej nie na miejscu. Tym bardziej, jeśli rzecz dotyczyła niepokornej, temperamentnej dziewczyny z miasta i wiejskiego chłopaka z PGR-u...
Ta mocno zakorzeniona w realiach Polski Ludowej opowieść o skomplikowanych relacjach rodziców i dzieci, partii i społeczeństwa, robotników i chłopów przenosi czytelnika do świata, który przeminął, a jednak wciąż pozostaje żywy w pamięci kilku pokoleń Polaków. Świata, w którym – mimo sztywno wytyczonych celów, norm i standardów ustroju socjalistycznego – nic nie było tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać...

Powiew luksusu wnosiła do biura Bogusia, najlepiej ubrana dziewczyna wydziału. […] Bogusia pierwsza na całym wydziale miała płaszcz z ortalionu, koronkową sukienkę i moherowy sweterek. Płaszcze z ortalionu miała nawet dwa: najpierw taki jak wszystkie, bo koloru butelkowej zieleni, a potem inny, pewnie z Peweksu, bo granatowy. Skórzaną minispódniczkę (z dermy, ale bardzo dobrze udającą skórę) też miała w całym kombinacie pierwsza. Wywoływała wysoką jakością wszystkiego, co miała na sobie, podziw i narzucała dystans. Na pierwszy rzut oka robiła wrażenie takiej, która z byle kim się nie zadaje.

Halina Grochowska

Rocznik 1952. Wychowana w Zielonej Górze. Absolwentka Wydziału Elektrycznego Politechniki Śląskiej. Zanim przeszła na emeryturę była specjalistą w kombinacie metalurgicznym i nauczycielką przedmiotów zawodowych . Obecnie jako szczęśliwa babcia, mama i żona prowadzi maleńkie jednohektarowe gospodarstwo.
W 2013 roku ukazała się jej powieść " Pokłon" poświęcona powojennemu pokoleniu repatriantów w Zielonej Górze, natomiast w 2015 roku "Poklask", oddający rzeczywistość PRL-u lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.
Zanim została wydana będąca dopełnieniem trylogii trzecia książka, autorka uznała, że pisanie przestaje już być dla niej hobby, bo staje się pasją, której nie ma sensu się wypierać.

Mojej córce Kasi

Spis treści

Rozdział I. Miasto

Rozdział II. W sojuszu robotniczo-chłopskim

Rozdział III. Kułacy

Rozdział IV. Wieś

Rozdział V. Wesele

ROZDZIAŁ I

Miasto

Do godziny piętnastej

Zuzannę wkręcił do biura brat znajomej jej mamy. Za załatwienie sprawy dla tej znajomej, mama Zuzanny zrobiła na drutach śliczny sweterek.

Bez problemów i jakichkolwiek znajomości można by było dać Zuzannę do produkcji na taśmę. Tam trafiały też dziewczęta wykształcone – nawet po technikum! Ale ostatecznie biuro to biuro!

– Co z tego, że w fabryce, na akordzie zarobiłaby nawet o połowę więcej – rozważały co bardziej życiowe kumoszki i miały sporo argumentów na wyższość pracy umysłowej nad fizyczną.

– W biurze się tak nie umęczy. W biurze cieplutko, czyściutko, widno – nie tak, jak w zaułkach fabrycznej hali.

– W biurze może pojawiać się wystrojona jak motylek. Nie musi wkładać jakiegoś fartucha albo kitla.

– W biurze może mieć polakierowane paznokcie, może poplotkować, wypić herbatkę.

– Przy takiej urodzie to może nawet zrobić karierę: złapać jakiegoś inżyniera i zostać potem panią domu, zamiast przez całe życie urabiać się po łokcie w fabryce.

Praca w technicznych, inwestycyjnych i administracyjnych sektorach kombinatów, zwłaszcza tych wielkich, sztandarowych (za wczesnego Gierka), bywała bardzo nużąca. Trzeba było co rusz podejmować jakiś zajmujący temat, by nie skonać z nudów albo – co nie byłoby dobrze widziane przez kierownictwo – nie pozasypiać przy biurkach. Zainwestowane środki pozwalały zatrudnić na biurowych stanowiskach trochę więcej pań i panów, niż to było konieczne. Działo się tak najprawdopodobniej dlatego, że zdaniem góry, na rozwój kombinatów trzeba patrzeć z optymizmem i zakładać ich dalszy rozwój. Zresztą, po skompletowaniu kadry administracyjno-przygotowawczej, bardzo często okazywało się, że ze względów rodzinnych albo towarzyskich, albo jeszcze innych, trzeba by komuś z krewnych ważnej osoby załatwić pracę. W miarę dobrą, więc najlepiej biurową. Wtedy dla usprawnienia efektywności jednostki gospodarczej zatwierdzano sens utworzenia jeszcze jednego stanowiska referenta albo specjalisty.

Tam, gdzie zatrudniono Zuzannę, na załatwienie spraw związanych z obowiązkami służbowymi wystarczało poświęcić jedną, góra dwie godziny dziennie. Na zwykłe pogaduszki o tym, co u kogo, wystarczyła godzina, najwyżej dwie, a tu trzeba jakoś do tej piętnastej dotrwać. Tak, żeby nie nabawić się, przez wypalenie nadmiernej liczby papierosów, bólu głowy. W piątki, po czwartkowych filmach kryminalnych, trochę czasu schodziło na opowiadaniu treści odcinków z greckim porucznikiem Kojakiem albo angielskim detektywem Świętym, aby zrozumieli do końca intrygę ci, którzy przy oglądaniu wczorajszego odcinka byli nieuważni albo coś przeoczyli. We wtorki próbowano zanalizować treść poniedziałkowego Teatru Telewizji, a w pozostałe dni tygodnia trwały dyskusje nad losami innych filmowych bohaterów. Najchętniej tych z francuskich albo amerykańskich filmów.

Miło było wieczorami godzinę albo dwie popatrzeć w telewizor. Obejrzeć choćby na kryminalnych serialach przestronne apartamenty, wielkie, rozłożyste sofy, podświetlane barki, eleganckie, bo zawsze jakby świeżo od fryzjera i od krawcowej, panie, nawet ta, która okazała się zabójczynią. Czasem ktoś co prawda zauważył, że w pomieszczeniach prywatnych, mieszkalnych kobiety są prawie zawsze w szpilkach, a panowie w świeżutkich garniturach, ale co tam! Dobrze przy telewizji zapomnieć o kolejkach, ratach i pończochach do zacerowania.

Przeczekiwanie do końca pracy w biurze, do godziny piętnastej, czasem tak nużyło, że chętnie dzielono się spostrzeżeniami na temat nieobecnych. W mniejszych grupkach i podgrupach odbywała się intrygująca szeptanina o niesprawiedliwości, układach i sitwach. Gdyby zresztą takich nie było, to przy nadmiarze wolnego czasu łatwo przychodziło takie stworzyć. Często, prowadzona przy stojących w załomach korytarzy popielniczkach, rozmowa przy dymku prowadziła do zawiązywania się innych układów i sojuszy niż te, które właśnie wykryto. Chodziło o to, że w biurowej społeczności pod względem uposażenia, zakresu obowiązków i kompetencji nie było sprawiedliwości. Jakim cudem miałoby być sprawiedliwie, jeśli nigdy nigdzie nie da się do tego doprowadzić, aby każdy był zadowolony z takiej sprawiedliwości, jaką właśnie zaprowadzono?

W dniu wypłaty w okienku kasy wyłożona była lista płac. Szukając swojego nazwiska do pokwitowania odbioru gotówki, każdy mógł uważnie przejrzeć rubryki kolegów z wypisanymi kwotami poborów. Nikomu nie przyszłoby do głowy wprowadzać aż taki wersal, by utajniać zarobki. Przy ogólnej wiedzy o tym, kto co robi i ile za to ma – zawsze było nad czym dyskutować. Zresztą sądzę, że zawsze będzie!

Najczęściej obgadywaną i krytykowaną za nieudolność osobą był zaopatrzeniowiec. Jeździł biedaczysko po hurtowniach i centralach z drobnymi upominkami od biura – paczkami kawy lub czekoladkami, żeby przyśpieszać tok realizacji zapotrzebowań, ale i tak mało kto jego dwojenie się i trojenie doceniał.

– Dlaczego tego nie ma, tamtego nie ma?

Kiedy tak złorzeczono zaopatrzeniowcowi, znalazł się ktoś sprawiedliwy i odezwał się:

– U mojej siostry w spółdzielni też narzeka się na zaopatrzeniowca i też podobno jeździ on z łapówkami w delegacje, i też niewiele udaje mu się załatwić. Twierdzi, tak samo jak nasza pani Danusia, że wszędzie jest wąskie gardło, że nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie.

Jeszcze jeden temat w biurze, w którym zatrudniono Zuzannę, był bardzo długo aktualny: która usidli nowego, przystojnego inżynierka odpowiedzialnego za przygotowanie produkcji w zakresie budowlanym.

Pracownicy biura zaczęli zadawać sobie to pytanie wtedy, kiedy nagle co niektóre młodsze niezamężne jeszcze koleżanki zaczęły się stroić i trochę dziwnie zachowywać. Zuzanna i Bogusia na przykład na wyścigi biegały sobie w kierunku biura technicznego – mówili od kilku miesięcy złośliwcy. Obie młode kobiety grały w te swoje podchody świadomie, z premedytacją, a nawet z rosnącą determinacją. Bogusia tak Władkowi wprowadzała kolejne dokumenty do dziennika prowadzonych prac remontowych, żeby jak najczęściej zawracać głowę inżynierowi. Zuzanna zaś pożyczała i odnosiła wspólny czajnik elektryczny tak często, jak się dało. Wchodziła krokiem najlżejszym, jak tylko potrafiła. Po prostu przyfruwała. Jakiś metr od biurka Władka robiła coś podobnego do połówki piruetu po to, żeby strzelić oczyma ze starannie umalowanymi rzęsami, prześlizgnąć się wzrokiem i skromnie spuścić powieki. Nie zdawała sobie sprawy, że identyczny co do ułamka sekundy i co do geometrii gestów taniec godowy wykonywała przed laty jej matka. Tak samo mocno chciała spodobać się ślicznemu i zamożnemu chłopakowi sprzedającemu w sklepie. Tak samo usilnie i bezskutecznie starała się ukryć zauroczenie. Tak samo było ono dla otoczenia czytelne, bo tak samo matkę Zuzanny, jak i teraz samą dziewczynę, zdradzał rumieniec.

– Jest coś na rzeczy w tych częstych wizytach w biurze planowania produkcji jednej i drugiej rywalki – zauważył ten i ów z Wydziału Inwestycji i Przygotowania Produkcji Kombinatu. Ten i ów próbował oszacować, która z pań wychodzi stamtąd bardziej zarumieniona, i wywnioskować na tej podstawie, jaką ma szansę na zdobycie chłopaka.

Ta rozgrywka miała tyle samo kibiców po wszystkich stronach. Mówiono wiele, a nawet bardzo wiele bzdur.

– Tak popatrzeć na mężczyznę to wstyd. Ja w czasach młodości bym się wstydziła robić takie podchody i takie maślane oczy – komentowała pani Stefa z bufetu, w którym zza kontuaru mogła niejedno dosłyszeć i dopatrzeć.

– Ona akurat powinna mieć na temat przyzwoitych i mniej przyzwoitych zachowań najmniej do powiedzenia – podśmiewali się młodsi pracownicy wydziału. – Z obfitym zarostem na twarzy, potężnym nosem i pięćdziesiątką na karku pozostawało jej już tylko gorszenie się i obgadywanie młodych – wynikało z komentarzy narybka.

– Zazdrości młodym.

– Co ona może pamiętać z czasów, kiedy to do niej się zalecali, skoro było to bardzo dawno.

– Niemożliwe! Nie sądzę, żeby ona kiedykolwiek miała możliwość wodzenia na pokuszenie – wtórowały dwie panienki z księgowości, nieujawniające niechęci do rywalizujących o względy Władka koleżanek, bo same też miały nadzieję (może nie od razu) zwrócić na siebie uwagę przystojnego chłopaka.

Raz jeden wytypowana do zdobycia względów u Władka nie została ani Bogusia, ani Zuzanna, tylko Kasia, która siedziała w księgowości. Tam dziewczyny nigdy nie miały nadmiaru wolnego czasu. Kasię rzadko widywano na korytarzach biura. Do księgowości czasem zaglądał Władek. Jako jedyna zwracała się do niego na „pan”. Kasia i Władek zawsze rozmawiali ze sobą oficjalnie, bardzo sztucznie, jakby mieli coś do ukrycia.

– Tak właśnie bywa u tych, którzy mają się ku sobie. Tacy przecież usiłują zachowywać się, jakby nigdy nic, tylko nigdy to im nie wychodzi – stwierdził samozwańczy znawca kobiet, pan Ziutek.

– Ziutek zawsze usiłuje być oryginalny i udaje mądrzejszego od wszystkich innych – podsumowano cichaczem spostrzeżenie kolegi.

– To on powinien za nimi latać, nie odwrotnie – mówiły kobiety niezaangażowane w farsę.

– Twardy chłopak tak łatwo się nie da – mówili mężczyźni.

– Nie dość, że przystojny i inżynier, to jeszcze ma auto!

– Ciekawe, ile by dziewczyn za nim biegało, gdyby nie ten nowiutki maluch.

– Coś ty! Jakie auto, jakie auto! Przecież maluch to jeszcze nie auto, tylko produkt autopodobny, tak jak masłopodobne margaryny są podobne do masła.

– Zawsze to auto. Można dziewczynę gdzieś zawieźć, zamiast szlifować w nieskończoność bruk na deptaku, od kina Newa i stawu z łabędziami do teatru, kina Nysa i do ratusza.

– Wywieźć maluchem można, ale grzeszyć w nim to już niespecjalnie. Za mało miejsca.

– Zuzanna u Władka nie ma szans. Owszem, jest ładna, ale zbyt narowista – odezwał się zbyt mało zarabiający, by mógł z poborów zaoszczędzić na auto, pan Ziutek.

Pamiętał, jak ta dziewczyna doprowadziła do tego, że został roztrzaskany dziurkacz. Do takich nerwów go wtedy przywiodła, że i później, po upływie tygodni, chętnie jeszcze raz by czymś w nią rzucił. Najlepiej tak, żeby trafić.

– Pewnie ma diabła pod spódnicą! Dała mu po kryjomu i zwiodła.

– Skąd możesz wiedzieć! To taka miła dziewczyna – odezwał się starszawy już kierownik pracowni.

– One wszystkie udają niewinne owieczki, a w swoim czasie pokazują rogi.

– Rozkładają nogi? No to co, po to są… – Kierownik nie dosłyszał dwóch ostatnich słów, ale i tak mu się zgrabnie zripostowało.

– Tak… Śpieszy się panienkom. Niektóre są tak napalone, że aż wstyd.

– No i co z tego. Młode, ładniutkie, to co się dziwić. – Kierownik księgowości inwestycyjnej nie podzielał obrzydzenia do kobiecej pożądliwości. – Przecież nasze dziewczyny to też istoty żyjące – głośno myślał. – Zresztą od kochania nikt nie umarł, co najwyżej się urodził – po namyśle dokończył dyskusję.

Guziki do sweterka

Powiew luksusu wnosiła do biura Bogusia, najlepiej ubrana dziewczyna wydziału. Kończyła zaocznie zielonogórskie WSI. Jako o mało co inżynier, miała stanowisko specjalisty w przygotowaniu produkcji. Sporządzała kosztorysy. Uważała, że przy takiej pozycji zawodowej jest zobowiązana do wyróżniającej się powierzchowności. Miała na sobie wszystko najnowszej mody i próby. Prezentowała się jak lalka z ekranu telewizora. Jak jedna z bohaterek serialu „Święty”. Choćby ta najważniejsza, ta, która na koniec odcinka okazała się morderczynią.

Bogusia pierwsza na całym wydziale miała płaszcz z ortalionu, koronkową sukienkę i moherowy sweterek. Płaszcze z ortalionu miała nawet dwa: najpierw taki jak wszystkie, bo koloru butelkowej zieleni, a potem inny, pewnie z Peweksu, bo granatowy. Skórzaną minispódniczkę (z dermy, ale bardzo dobrze udającą skórę) też miała w całym kombinacie pierwsza. Wywoływała wysoką jakością wszystkiego tego, co miała na sobie, podziw i narzucała dystans. Na pierwszy rzut oka robiła wrażenie takiej, która z byle kim się nie zadaje. Wyglądała na sekretarkę naczelnego dyrektora jakiejś wielkiej instytucji.

– Jak ona to zdobywa? – ciekawiły się dziewczęta z biura.

– Kto jej to wszystko wystał? – szeptano czasem.

Pewnego dnia stało się coś, co spowodowało, że koleżanki biurowe przestały tak bardzo podziwiać elegancką Bogusię. Jej czar prysnął. Ktoś puścił wiadomość, że mieszkająca przy rodzicach panienka wszystkie swoje pobory wydaje na ciuchy, nie dzieląc się nimi z rodzicami. Plotka nie wywołała szczególnej zawiści ani potrzeby potwierdzenia. Raczej politowanie.

– Jak ona sobie w prawdziwym życiu poradzi? – szeptały najbliższe przyjaciółki, Zuzanna i Katarzyna.

Zuzanna oddawała prawie całą wypłatę matce. Inaczej by nie mogła. Też chciała być elegancka. Kiedyś udało jej się kupić całkiem przyzwoitą podkoszulkę. Przez pół roku muliną haftowała przy dekolcie i przy rękawach przekalkowany z pożyczonej „Burdy” wzór, żeby upodobnić ją do takiej żurnalowej.

Przeciwieństwem Bogusi, nie tyle pod względem elegancji, bo chodziła ubrana zawsze schludnie i gustownie, ile w nadążaniu za modą, była Katarzyna. Właściwie to czasem jakby nadążała – ale ledwie, ledwie. Ostatnia ze wszystkich miała bluzkę z kryształków, ostatnia nosiła sukienkę z bistoru, ostatnia miała płaszcz z ortalionu. Za to jako jedna z pierwszych zrobiła sobie szydełkiem torbę ze sznurka do snopowiązałek. Z tym sznurkiem było tak, że kiedy był potrzebny, to go brakowało, ale kiedy już go dostarczyli – to w nadmiarze. U Kasi na wsi, w Letnicy, po żniwach jeszcze została cała szpula. Dziewczyna miała na robótkę codziennie po kilkadziesiąt minut w czasie podróży. Dojeżdżała pociągiem ze swojej wsi cztery stacje. Odjazd pociągu miała pół godziny po zakończeniu dnia pracy. Tylko tyle, żeby zdążyć.

Jej starsza siostra Zosia była siostrą oddziałową w dużym wojewódzkim szpitalu. Uchodziła za bardzo elegancką kobietę. Dla Katarzyny była żywym przykładem na to, że z miastowymi można sobie poradzić. Zosi droga ze wsi do miasta kojarzyła się z szosą, którą rodzice albo rodzeństwo odprowadzali ją w niedzielę wieczór na stację kolejową. Stamtąd jechała do swojego internatu dla uczennic liceum pielęgniarskiego w Zielonej Górze. Przez całe życie zapamiętała ten odcinek szosy jako najpiękniejszą trasę na świecie.

Zawsze ktoś niósł torbę ze słoikami z domowym smalcem albo peklowaną wieprzowiną. Zawsze zaopatrywano Zosię w kawałek upieczonego w piecu placka – najczęściej drożdżowego z kruszonką. Zawsze wyściskano ją na pożegnanie. To ciepło od przytulenia się do mamy, taty, siostry albo brata nie pozwoliło zmarznąć nawet wtedy, gdy ten i ów miastowy potraktował Zośkę – dziewczynę ze wsi – lodowato. Zawsze ta szosa była dla niej piękna. Wiosną i latem, kiedy wszystko kwitło i zatrzymywało wzrok bogactwem kolorów, postrzegała szosę jako bajkowo piękną, jak w raju, natomiast kiedy szaruga, zamieć, plucha i zaspy – wtedy było tajemniczo i strasznie. Przy niepogodzie trzy kilometry były dla ambitnej Zosi po prostu wyzwaniem.

Tylko na początku zamieszkiwania w internacie bywało jej smutno i obco. Jak przyjeżdżała na niedzielę do domu, to wcale nie żaliła się na to, że czasem krzywo na nią popatrzą. Na przykład wtedy, gdy odezwała się bardziej swojsko, z przyśpiewem. Na szczęście zacięła się, zniosła przykrości i już po kilku tygodniach uchodziła nawet wśród miastowych koleżanek za swoją. Na szczęście w sześcioosobowym pokoju bursy były jeszcze trzy wiejskie dziewczyny. Od początku zaczęły się bardzo często, aż za często, myć w łazience przypadającej na jedno piętro, pilnie uczyć, tak żeby przynajmniej nikt z nauczycieli nie popatrzył krzywo, i już poszło.

Po znaczących spojrzeniach i uśmiechach, jakie koleżanki między sobą wymieniały, Zosia domyśliła się, że ma za długie spódnice, że zakłada zbyt grube pończochy, że powinna nosić beret, a nie chustkę, i że guziki jej sweterka wcale nie są pod kolor.

Czas potrzebny na stanie się lubianą koleżanką i przekonanie do siebie miastowych okazał się krótszy niż ten, w którym zmieniła swoje ubrania na takie, jakie się nosi w mieście. Już przed maturą miała narzeczonego. Wzięła ślub w czerwcu – dwa tygodnie po zdaniu egzaminu dojrzałości, tydzień przed jego pójściem do wojska. Później też mieszkała w internacie, ale dla pielęgniarek, przy ulicy Jedności Robotniczej. Stała się panią z miasta.

Młodsza Katarzyna chodziła na dworzec PKP tą samą szosą, którą wydeptała dla niej siostra. Też dojeżdżała do internatu, odprowadzana przez bliskich. Do towarzystwa w szkole i w bursie przystosowała się dużo szybciej. Przykład siostry dawał jej pewność siebie, a jej rady – jako siostry doświadczonej w opanowywaniu świata miastowych obyczajów i zasad – pozwoliły uniknąć niektórych błędów. Były one zaskakująco proste.

– Nie próbuj przede wszystkim ukrywać swojej wiejskości – napominała Kasię Zosia. – Wcale ci to nie zaszkodzi, jak otwarcie przyznasz się do tego czegoś dobrego, czego wieś ciebie nauczyła i co ci przeszkadza być miastową. Nie przejmuj się głupotą innych. Śmieją się z kiszenia kapusty – niech się śmieją. Jeśli chcą ujawniać swoją głupotę, to trudno. Bądź ponad to. Wiesz swoje i tego się trzymaj! Choćby tego, że ty więcej potrafisz zrobić w kuchni niż miastowe. Umiesz zakisić kapustę? Umiesz! A miastowe? Nie byłabym tego pewna. W kuchence w internacie pokazałam, jak się robi prawdziwy twaróg. Poczęstowałam wtedy tym twarogiem wychowawczynię i panią Józię z portierni. Jak chwaliły! Dokładnie rozważaj, kiedy warto z miastowych koleżanek wziąć przykład, a kiedy nie, bo wcale nie muszą być mądrzejsze od ciebie.

– Zazdroszczę wam, że codziennie w drodze do pracy możecie obejrzeć wystawy sklepowe i ładnie ubrane dziewczyny – zwierzyła się kiedyś Katarzyna w biurowych pogaduszkach.

– Zostań kiedyś po pracy w mieście i rozejrzyj się – namawiały koleżanki, gotowe przenocować dziewczynę, żeby nie narażała się na powrót do domu nocnym pociągiem.

Kasia obiecywała, że kiedyś naprawdę skorzysta z możliwości zrobienia zakupów w mieście. Zawsze było – nie jutro i jeszcze nie w tym tygodniu…

Od roku zakładała te same dwie spódnice, tylko trzy bluzki na zmianę i od trzech lat jeden płaszczyk. Jeden z jej sweterków był kiedyś postrzegany jako dwa różne. Było to tak: mama Kasi przez zimę wydziergała na drutach śliczny rozpinany z przodu na siedem guzików blezer. Guziki kupił w mieście jej tato. Zrobiłby wszystko dla córek, żeby tylko miały lepiej od rodziców i stały się już całkiem miastowe. Nie zważał na podśmiewanie się sąsiadów z tego, że chłop bierze się za załatwianie babskich spraw. Na przykład takich, jak kupienie guzików do sweterka. Stał za tym sprawunkiem prawie godzinę, bo rzucili moherową włóczkę. Usłyszał w kolejce głosy, że nie powinien tu stać, bo jeśli mężczyzna stoi za damskimi drobiazgami, na których nie ma prawa się znać, to na pewno chce wykupić chodliwy towar na spekulację.

– Pewnie dla całej wiochy będzie chciał włóczki nakupić.

– Wystają całymi rodzinami, bo w polu o tej porze robota skończona, a potem sprzedają na targowiskach po wyższej cenie.

– Pani zna się na spekulowaniu, więc na pewno kupuje na handel! – odciął się zupełnie trafnie Jakub.

– Proszę nie sprzedawać więcej niż dwa motki.

– Co pani wygaduje – odezwała się kobieta z kolejki – dwa motki wystarczą tylko na szalik. Jak któraś chce sweter, to nie wystarczy.

– Na sweter wystarczy pięć.

– Nie wystarczy pięć. Musi być siedem.

Za sprzedawaniem większej liczby atrakcyjnego towaru byli kolejkowicze blisko lady, bo spodziewali się, że dla nich wystarczy, natomiast ci przy drzwiach sklepu albo jeszcze na ulicy przed sklepem chcieli reglamentacji, żeby i im się dostało.

Tato Katarzyny, Jakub Bartosz, w czasie powyższej wymiany zdań był już w połowie ogonka, kiedy zdał sobie sprawę, że ma okazję zdobyć coś bardzo atrakcyjnego dla żony albo córki. Podał ekspedientce w sklepie kartkę z zapisem „Siedem guzików do zielonego swetra” i dostał je. Miały jakby zielony odcień, ale nie bardzo pasowały do sweterka, bo były z czterema dziurkami, więc raczej do zapięcia przy spodniach albo spódnicy. Mężczyzna poprosił jeszcze o pięć motków różowego moheru, bo moher różowy szybciej znikał. Zrezygnował z kupna dla siebie nowych portek, bo zabrakło już czasu i pieniędzy.

– Co tam, stare się pozaszywa i będą dobre – pocieszył się.

W domu okazało się, że w różowym nie będzie dobrze ani matce, ani córce. Guziki też nie bardzo pasowały. Przynajmniej w odczuciu Katarzyny. Koleżanki z biura też potwierdziły, że guziki nie są takie, jakie powinny być. Za kilka tygodni, dyskretnie, żeby tato nie zauważył, wymieniła je. Przez jakiś czas usiłowała się ojcu w tym odświeżonym blezerze nie pokazywać… Córki i żona nie miały serca powiedzieć ojcu prawdy, że różowa przędza niepotrzebna, bo każda w rodzinie miała zbyt bladą skórę, żeby jej w różowym było do twarzy.

Wygnanie (1976 rok)

Czasem w Letnicy, wiosce Kasi Bartosz, pojawiała się u swoich kuzynów Janeczka, która też mieszkała w Zielonej Górze i pracowała w Polskiej Wełnie. Pochodziła z wioski w województwie poznańskim o nazwie Dereniówka. Starsza od Katarzyny o kilkanaście lat Janeczka była dla niej żywym przykładem na to, że w mieście niekoniecznie musi być lepiej.

– Dobrze pójść do miasta, jak się ma już jakąś szkołę. Najlepiej z maturą. Inaczej będzie się siedzieć przy taśmie albo biegać przy krosnach w fabryce i robić na akord – tak wypowiadały się wiejskie koleżanki Janki wtajemniczone w jej historię.

– Te, którym się nie udało, nie będą się chwaliły. Zamydlą oczy i już!

Jak było z Janeczką – wiadomo było to nawet każdemu dziecku, tak w poznańskiej Dereniówce, jak i w Kurkach.

– Uwiódł ją i przepadł. Jasia została z pamiątką – rozgłaszano i wyszeptywano w najróżniejszy sposób po chałupach.

Co się działo w czterech ścianach, gdy prawda o „zasianiu” wyszła na jaw – ludzie chcieli się dowiedzieć, ale nie dowiedzieli. Być może Janeczka poszła w świat, w którym ktoś obiecał pracę i kąt, a być może to rodzice postąpili w swoim rozumieniu honorowo.

– Przegnali z domu, aż się znalazła się tam, gdzie schodziły się jej podobne – mówiły we wsi stare baby. Nie miały one krzty życzliwości dla młodych, co to teraz takie wszystkie, ich zdaniem, są rozpasane i zepsute, bo rzadko się modlą, za to często patrzą w lustro.

– Inaczej Zacierki nie mogli. Już od dziadka i babci nikt się z nieposłusznymi córkami nie patyczkował. Dziadek Jędrzej Zacierka porwał babcię ze szlacheckiego dworku. Nie dostali od rodziców zgody na ślub, ani od jednych, ani od drugich, więc całe życie się tułali. Jaśka też się spaskudziła, więc nie ma prawa do miejsca w porządnym domu.

Odpokutowała za swoje. Najpierw znalazła robotę i zakwaterowanie w PGR-ze, więc właśnie tam, gdzie ściągały jej podobne. Potrzebowali pilnie nowej załogi do kuchni. Poprzednia była do wymiany. Do świeżo otwartej stołówki rok wcześniej zatrudniono same młode dziewczyny. Po upływie tego czasu większość z nich miała albo brzuch pod nosem, albo maleństwo przy piersi. Chętnie przyjęli Janeczkę, nie wiedząc, że jej też brzuch rośnie. Po kilku miesiącach dźwigania zbyt ciężkich jak na ciężarną garów i obierania jarzyn, Janeczka odłożyła na pieluszki, podjadła tyle, ile dla niej i dla rozwijającego się płodu było trzeba, i akurat zdążyła doczekać się przysługującego jej urlopu macierzyńskiego. Potem poszukała pracy tam, gdzie był żłobek. Zorientowała się, że nikt obcy nie zaopiekuje się jej syneczkiem: prześlicznym, zmyślnym, ale jednak bękartem. Ile razy musiała prosić kogoś o przypilnowanie choć na chwilę chłopaczka, została wtedy ofuknięta albo potraktowana jak żebraczka, czyli miłosiernie albo i niemiłosiernie – pogardliwie. Lepiej jej byłoby nie pamiętać.

Ktoś życzliwy poradził jej zatrudnić się w Zielonej Górze w zakładzie włókienniczym Polska Wełna posiadającym przyzakładowy żłobek i przedszkole. Dojechała do miasta o godzinie czwartej rano. Na dworcowej poczekalni znalazła ławeczkę, na której usnęła z dzieckiem na ręku. Z pieniędzy jej nie okradli, bo trzymała je głęboko pod koszulą, ale bułki i śliczna wełniana chusta do otulenia się zniknęły.

Zatrudniła się w Polskiej Wełnie przy najwilgotniejszej i najbardziej zapylonej hali. W kadrach zapytali o personalia i zorientowali się, że można dziewczynę posłać tam, skąd wszystkie po kilku tygodniach uciekają – przynajmniej te, które nie muszą się chwytać ostatniej deski ratunku. Dostała dla siebie i dziecka jednopokojowe mieszkanie – wilgotne, z grzybem.

Matkę strasznie serce zabolało, gdy w tajemnicy przed charakternym mężem odwiedziła nieszczęsną Jasię w mieście i obejrzała jej marną klitkę. Tylko w domu Jasia się żaliła. Przy obcych wstydziła się przyznać do tego, jak jest naprawdę.

Po pracy oczy szczypały, głowa bolała od słuchania całodziennego hałasu od maszyn, na nogach już pojawiły się żylaki. Co dzień, kiedy przekraczała próg hali z maszynami, miała ochotę uciec – tak uderzał zaduch i jazgot maszyn. Zarabiała poniżej dwóch tysięcy złotych i wystawała w kolejkach jeszcze dłużej i częściej, niż jej koleżanki, które zostały na wsi.

– Na wsi przynajmniej coś urośnie albo się uchowa – przypominała sobie od czasu do czasu.

Tęskniła do tego powietrza, odgłosów i zapachów. Na hali fabrycznej albo w długim ogonku za czymś tam jest zawsze tak samo, niezależnie od tego, czy słotna jesień, czy rozszalała wiosna. W czasie sterczenia w kolejkach, w których i tak często przychodziło nic nie wystać, robiłaby w tej chwili w polu albo w obejściu. Na wsi od ciężkiej harówy też bolały wszystkie mięśnie, ale można było przynajmniej głęboko odetchnąć świeżym powietrzem i ogarnąć wzrokiem to, co się działo naokoło.

Tak na pracy i wychowywaniu synka szybko mijały lata. Jej Krzyś już ukończył technikum elektryczne i pracował w zielonogórskim Lumelu.

W lutym tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku, po grudniowych podwyżkach cen, ciężko było wyżyć. Nie każdej dowożono kiełbasę i jajka ze wsi, nie każda miała męża, który przyniósłby do domu ciut więcej – przynajmniej na tyle, żeby starczyło do pierwszego. Jedna z koleżanek Janeczki, też włókniarka, Zosia, powiedziała przy kąpieli w łaźni, że po połowie miesiąca już powinna by po pracy uklęknąć pod bramą fabryki, najlepiej tam, gdzie jest gablota z gazetką zakładową i długimi hasłami, i żebrać, bo po opłaceniu komornego i leków dla dzieci już nie ma za co żyć.

Koleżanki szeptały często o tym, że wszystko to, czym chlubi się ich zakład w gazetach i na Polskiej Kronice Filmowej, to cukrowana bujda. Na przykład kolonie letnie dla dzieci są już rozdzielone dla swoich z biura, jeszcze zanim zawiadomienie o wyjazdach pojawi na tablicy ogłoszeń. Wczasy dla zwykłej robotnicy nie zostaną przydzielone częściej niż raz na wiele lat. Miało być już dużo lepiej, a okazywało się, że „lepiej już było”.

– Pójdziemy grzecznie na plac Zwycięstwa demonstrować poparcie dla władz partyjnych1 i akceptację dla planowanych podwyżek cen – obwieściła czerwcowego ranka brygadzistka w pokoju socjalnym na przerwie śniadaniowej. – Będziemy potępiać warchołów, męty społeczne i chuliganów2. Radzę wam życzliwie: byłam na spotkaniu konsultacyjnym i wiem, że nie ma sensu fikać.

– Powinnyśmy się zbuntować!

– My nie zastrajkujemy, bo my żyjemy w Czerwonej Górze i nikt do nas się nie przyłączy.

– Dlaczego w Czerwonej?

– Dlatego że nie w czarnej, takiej jak w poniedziałek trzydziestego maja sześćdziesiątego roku3 – wypowiedziała jednym tchem. – Pamiętam, bo wtedy tak strasznie stłukli mojego Zenka.

– Nic o tym nie wiem.

– Bo o tym nie wolno wiedzieć! Spróbuj pisnąć, to zobaczysz, co z tobą zrobią.

– Dlaczego?

– Dlatego! Chcesz, żeby ci jakaś esbeczka załatwiła aresztowanie za kradzież i aresztowanie jak ostatniej szmacie? Jak nie chcesz, to lepiej, żebyś nie wiedziała.

– Chcę wiedzieć!

– Coś ty, Jasia jest uczciwa! Wiem! – oświadczyła trzecia koleżanka.

– Dostaliśmy łomot, że aż strach – mówiła prawie szeptem Zosia, po sprawdzeniu, czy w sąsiednich pomieszczeniach jest pusto. – To wszystko dlatego, że nie zechcieliśmy dać władzom Domu Katolickiego, tego naprzeciw kościoła przy placu Powstańców Wielkopolskich. Ludzie zrywali kamienie z bruku i tylu ich się zebrało, aż ZOMO-wców ściągnęli z Gorzowa i Poznania.

– Pamiętaj, myśmy ci nic takiego nie opowiadały! – jeszcze raz napomniała brygadzistka.

– Mój sąsiad był wtedy na ulicy i oberwał w głowę tak, że nie widzi na jedno oko do dzisiaj. Ponieważ poszedł wtedy na pogotowie, to zrobili z niego bandziora i przesiedział pięć lat. Jego córka zdaje na piątki egzaminy wstępne, a nie może dostać się na studia.

– Teraz jest podobnie. Wystarczy tylko pisnąć o tym, że strajkujący z Radomia albo z Ursusa mieli rację, żeby być wyrzuconym z zakładu na zbity pysk.

– Jak to?

– Tak to, że w każdym biurze partii jest czarny telefon połączony bezpośrednio z komitetem wojewódzkim, żeby meldować o nastrojach.

– Już tacy byli i już szukają pracy. W Zastalu4 zwolniono dwóch za złośliwe wypowiedzi, jednego, bo powiedział, że nie pójdzie na wiec, i jednego za to, że mielił ozorem o polityce,

– Ja słyszałam, że w Dozamecie5 namawiających do strajku zwalniano tak cichutko, żeby ani nikt nie zauważył, ani nie mógł zrobić awantury. Zostawali wezwani do mistrzów, dostawali dyscyplinarkę z zakazem wstępu na zakład i zostawali przez strażników wyprowadzani za bramę.

– Spróbuj pisnąć, a znajdziesz się z manatkami i z wilczym biletem za bramą!

– Co to jest wilczy bilet?

– Wpis w świadectwie pracy o rozwiązaniu umowy o zatrudnieniu.

– Jaki wpis?

– Ale z ciebie dziecko! Takie sformułowanie o zwolnieniu dyscyplinarnym za udział w bandyckich ekscesach.

Brygadzistka przekonywała koleżanki, że mają lepiej niż włókniarki z łódzkich zakładów, bo tam w większości pracują na bardziej przestarzałych maszynach i często bywa tak, że w zakładzie nie ma w ogóle łaźni. Polska Wełna ma ją co prawda poniemiecką, ale piękną, solidną z kafelkami.

Janeczce i jej dwóm koleżankom, które przywołały problemy swoich koleżanek po fachu, udzielił się ten przygnębiający nastrój. Poczuły się jak nieszczęsne, zapomniane przez Boga, partię i ojczyznę istoty. Wtedy jedna z nich odezwała się spod prysznica:

– Przydałoby się zrobić to samo, co te z Łodzi, które się nie bały.

Potem potoczyła się ta rozmowa, którą Janeczka zapamiętała na bardzo długo.

– Dlaczego my siedzimy cicho i nie strajkujemy?!

– To zrób ten strajk! Zorganizuj! Poprowadź!

Janeczka słuchała z przestrachem. Siedziała cicho jak myszka. Jako samotna matka bała się narazić komukolwiek. Nie raz i nie dwa Jasia, jako panienka z dzieckiem, została w czymś pominięta. Ile razy zgubiono jej podanie o przydział kolonii dla Krzysia, wyznaczano najbardziej niekorzystne godziny w systemie zmianowym, niesprawiedliwie pominięto przy rozdziale premii i nagród… Upłynęło parę lat, zanim zdobyła życzliwych przyjaciół i nabrała przynajmniej takiej pewności siebie, żeby chociaż czasem upomnieć się o swoje.

Gdzie tam Janeczce do jakichś awantur! Panicznie bała się zwolnienia z pracy akurat wtedy, gdy miała przeprowadzić się z zatęchłej komunalki do swojego nowiutkiego M-2 na Morelowej!6 Co by wtedy zrobiła? Wróciłaby do rodziców na wieś? Za żadne skarby by tego nie zrobiła.

Siedziała skulona, zawinięta w ręcznik, jakby chciała się od tych niebezpiecznych spraw odgrodzić, i słuchała wywodów młodszych bardziej przebojowych koleżanek.

– To dzięki włókniarkom z Łodzi nie jest jeszcze drożej.

– Ja słyszałam, że u nich, w Łodzi, wszystko zaczęło się wtedy, kiedy przyszła na ich halę jedna z nich, Hela, i wykrzyczała przez megafon, że mają powyłączać maszyny, i przejść do innego sektora fabryki, bo jest strajk!

– A ja słyszałam, że zaczęli mężczyźni. W Majedzie7 urządzili dziesięć minut ciszy. Stali na baczność obok maszyn, żeby uczcić pamięć zabitych kolegów na Wybrzeżu.

– Na jakim Wybrzeżu? Jakich zabitych?

– Nie wiesz?

– Nie…

– Nie wiesz, że w Gdańsku byli zabici i że w Wolnej Europie mówili… – Aldona już wystraszyła się tego, że zbyt dużo jej się wypsnęło.

– To posłuchaj radia albo tego, o czym rozmawiają w narzędziowni.

– Pewnie Witek z Jackiem?

– Może…

– Bo chłop to ma czas i siłę na politykę.

– Jak jeszcze do tego sobie podje i popije, to ho, ho.

– Baba to baba. Jak tu ma posłuchać radia albo siąść z gazetą, jak dzieci i mąż wołają jeść. – Aldona zawinęła się w ręcznik i zajrzała do korytarzyka, żeby sprawdzić, czy aby na pewno nikt nie podsłuchuje. – Powiedzcie mi, o jakie strajki w Łodzi tu idzie, bo pamiętam, że wtedy coś było o nich w „Gazecie Lubuskiej”. Janusz tak dziwnie prychnął, jak przeczytał o nieuzasadnionych przestojach w łódzkich fabrykach. Pamiętam, że wtedy, już po robocie i po zmywaniu po obiedzie, nie miałam siły wziąć do ręki żadnej gazety.

– W ten sam sposób co w „Lubuskiej”, o nieuzasadnionych przerwach w pracy pisali w „Trybunie Ludu” i mówili w radio.

– W Wolnej Europie mówili, że strajki rozpaliły się na całe miasto.

W tym momencie dziewczęta były już prawie ubrane, ale wcale nie zamierzały z pomieszczeń łaziennych wychodzić. Przysiadły na ławeczce i wlepiły wzrok w najprawdopodobniej lepiej od innych uświadomioną Aldonę.

– Powiedz, co wiesz – prosiły koleżankę, zaciekawione tym, co ich łódzkie koleżanki po fachu nawywijały.

– Ja nic nie wiem…

– Coś ty! Masz nas za wtyczki?

– Pamiętam tyle, co mówili w pociągu do Poznania. Mówili, że u nich, w Łodzi, tak mocno się postawili, że ściągnęli nawet pana premiera Jaroszewicza. Zrobili podobno straszną drakę, jak chcieli ich uspokoić farmazonami o przejściowych trudnościach, robotniczym pozdrowieniu i innych dyrdymałach. Jak przyszło co do czego – ciągnęła po zastanowieniu się ich koleżanka – zwykła włókniarka pokazała premierowi, gdzie ma politykę. Najnormalniej zadarła kieckę i pokazała gołą dupę. Tam w Łodzi to na pewno działa jakaś tajna organizacja – informowała Aldona.

– Skąd wiesz?

– Stąd, że u nich na murach, wtedy gdy tam właśnie w siedemdziesiątym byłam, widziałam kilka przyklejonych ulotek. Takich, jakie milicjanci zdejmują i za które można beknąć. Na przykład: „Gdańsk walczy”, „Dają nam telewizory, jak nam chce się jeść”, „Ruszamy do walki”, „Precz z partią”, „Przypomnij sobie, sklerotyku, sk…byku, coś obiecał w październiku”8.

Dziewczęta słuchały w skupieniu. Czuły się docenione dopuszczeniem ich do takich informacji. Udzielił im się nastrój konspiracyjnego romantycznego zjednoczenia trójki słuchających.

W czerwonej Zielonej Górze w niejednym fabrycznym kącie szeptało się o polityce. Choćby po to, żeby łatwiej było znieść codzienne troski i mieć nadzieję.

* * *

1 Chodzi o wydarzenia z czerwca ’76 w województwie zielonogórskim, kiedy w dwóch wydziałach Dolnośląskich Zakładów Metalurgicznych „Dozamet” w Nowej Soli doszło do protestów i strajku przeciw podwyżce cen żywności.

2 Wielka przymusowa manifestacja potępiająca „warchołów i wichrzycieli” z Radomia i Ursusa. Zob. rozmowę Artura Łukasiewicza z Robertem Skobelskim, „29 czerwca 1976 roku: warchoł pod pręgierzem”, wyborcza.pl, 28 czerwca 2009, [online] http://zielonagora.wyborcza.pl/zielonagora/1,35182,6765882,29_czerwca_1976_roku__warchol_pod_pregierzem.html [dostęp: 18 stycznia 20018].

3 Chodzi o tzw. wydarzenia zielonogórskie, podczas których zielonogórzanie stanęli w obronie Domu Katolickiego i księdza Kazimierza Michalskiego przeciw milicji i ZOMO. Zob. też: Dariusz Chajewski, wideo Paweł Wańczko, „Wydarzenia Zielonogórskie. 5000 ludzi walczyło z ZOMO” zdjęcia IPN i Archiwum Państwowe w Zielonej Górze, [online] http://www.gazetakrakowska.pl/aktualnosci/a/wydarzenia-zielonogorskie-5000-ludzi-walczylo-z-zomo-wideo-zdjecia-mapa,10035220 [dostęp: 4 grudnia 2017].

4 Zaodrzańskie Zakłady Przemysłu Metalowego im. M. Nowotki w Zielonej Górze.

5 Dolnośląskie Zakłady Metalurgiczne „Dozamet” w Nowej Soli.

6 Osiedle przy pętli obok ulicy Morelowej budowane metodą „wielkiej płyty” w Zielonej Górze pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku.

7 Fabryka Maszyn Jedwabniczych „Polmatex-Majed” Łódź.

8 Krzysztof Lesiakowski, „Strajk robotników łódzkich w lutym 1971 roku”, „Pamięć i Sprawiedliwość” 1/1, 133-142 2002, [online] http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Pamiec_i_Sprawiedliwosc/Pamiec_i_Sprawiedliwosc-r2002-t1-n1/Pamiec_i_Sprawiedliwosc-r2002-t1-n1-s133-142/Pamiec_i_Sprawiedliwosc-r2002-t1-n1-s133-142.pdf [dostęp: 4 grudnia 2017].

Poprawiny

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8083-996-0

© Halina Grochowska i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Barbara Kaszubowska

KOREKTA: Kinga Krasoń, Małgorzata Szymańska

OKŁADKA: Wiola Pierzgalska

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: Inkpad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Poprawiny Poklask Pokłon