Pogięte bajki

Pogięte bajki

Autorzy: Marcin Pełka

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Inne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 17.60 zł

Pinokio napada na bank. W wiosce Smerfów narasta konflikt związany z wyścigiem o rękę Smerfetki, kryzys gospodarczy zmusza ekipę krasnoludków do pracy na kontrakcie w Kolumbii, a między Bolkiem i Lolkiem dochodzi do rękoczynów...

W tym zbiorze bajek tylko dla dorosłych wszystko jest możliwe! Poznajcie nowe, zaskakujące i szalone przygody bohaterów opowieści, które z pewnością pamiętacie z dzieciństwa – tym razem w wersji pełnej czarnego humoru, ironii i groteski. Może się okazać, że seks, używki i poważne dylematy egzystencjalne dotyczą wszystkich, z Czerwonym Kapturkiem i krasnoludkami włącznie.


Dzięki lekturze dowiecie się między innymi:


● Skąd się wzięło powiedzenie "Stoliczku, nakryj się"?

● Jak złota rybka w rzeczywistości spełniała życzenia rybaków?

● Czy Królewna Śnieżka była… tylko jedna?

● Kim była i skąd się wzięła Mała Syrenka?

● Jak wyglądała ostatnia podróż lokomotywy opisanej w wierszu Juliana Tuwima?


– Pod ścianę! – rozkazał, wymachując trzymanym w ręku rewolwerem. (…) – Bo wpakuję kulkę w łeb! (…) Ostrzegam, że strzelam bardzo celnie.

Ledwo to oznajmił, wydłużył mu się nos. Spojrzał zezem na jego czubek i wrzasnął:

– Ja nie kłamię!

Kinol podwoił długość. (…) Zawadził nim o stojący pośrodku niewielkiego holu reklamowy stand. Rozległ się suchy trzask. Część pajacowego narządu powonienia zgięła się najpierw pod kątem prostym, a następnie zadyndała na pojedynczej, cienkiej drzazdze. Pinokio wpadł w panikę.

– Kurwa! – krzyknął. – Pierdolę ten napad! Zabierzcie mnie do najbliższej stolarni! I to takiej z wysokoobrotową frezarką! W końcu płacę co miesiąc na ubezpieczenie zdrowotne! Żądam stolarza specjalisty!

Spis treści

Gdzie pieprz rośnie

Napad

Parszywe krasnoludki

Wypracowanie

Stoliczek

Kamienica

Stróż

Kompleks

Żołnierzyk

Casting

Lokomotywa

Foch

O rybaku i pięknej żonie

Kwiat paproci

Paradoks

Żyli długo i szczęśliwie

Kontrakt

Najzwyklejszy w świecie rybak

Legenda o Ludziach z Nieba

Legenda o Wielkim Siłaczu

Legenda o skarbie Sigurda

Legenda o czarnym roburze

Gdzie pieprz rośnie

Wypolerowana zbroja lśniła w porannym słońcu. Słała dookoła migotliwe refleksy, a zwieńczony piórami hełm unosił się i opadał na przemian w rytm końskiego kłusa. Stukot kopyt na kamiennej ścieżce stopniowo się nasilał. Rycerz zbliżał się do wieży niespiesznie, nucąc pod nosem frywolną piosenkę. Potężny dwuręczny miecz kołysał się u jego boku, a przytroczona do juków tarcza kiwała się smętnie do wtóru. Lekki letni wietrzyk rozwiewał zaplecioną w warkoczyki grzywę gniadosza.

W takich właśnie okolicznościach przyrody rycerz Gwido de Savignac oraz jego ogier Antoine wjechali na dziedziniec.

– Prrr! – zakrzyknął głośno mężczyzna.

Zwierzę odwróciło w jego kierunku łeb i spojrzało kpiącym wzrokiem.

– Co ty powiesz? – zapytał koń. – Naprawdę?

Gwido spojrzał na niego i westchnął.

– Znów dopadły cię cynizm i zgryźliwość?

– Ależ skąd! – zaprzeczył ogier. – Wkurza mnie tylko twój protekcjonalizm w stosunku do mojej skromnej osoby.

– Że jak? – Rycerz nie bardzo wiedział, o co chodzi.

Tym razem ciężko westchnął gniadosz.

– Wjechaliśmy na dziedziniec, tak?

– Tak.

– I nie mamy dokąd pojechać dalej, tak?

– No, tak.

– A wiesz, że konie nie potrafią przenikać przez kamienne mury?

– Wiem.

– No to po jaką cholerę wyjeżdżasz z protekcjonalnym „Prrr!”, skoro z góry wiadomo, że i tak się zatrzymam? – Ogier podniósł głos, a ostatnią część pytania wręcz wykrzyczał.

– Ależ ty się drażliwy zrobiłeś! – Człowiek próbował załagodzić nieprzyjemną sytuację. – Bąk cię dziś w dupę ugryzł czy co?

Koń o imieniu Antoine aż zadygotał z wściekłości.

– Dupy to mają osły! U mnie tę część ciała określa się mianem zadu! Za dużo czasu spędzasz na chlaniu wina z tym zielonym oszołomem z bagien.

– Ze Shrekiem? – zdziwił się Gwido.

– Tak! Właśnie o tego tępego ogra mi chodzi. Przez te częste libacje zaczynasz traktować mnie na równi z jego osłem. Protekcjonalnie, słyszysz? – Antoine parsknął gniewnie i zarzucił łbem. – Czy ty w ogóle wiesz, co oznacza to słowo?

– A pewnie, że wiem! – zaperzył się rycerz. – Uczony człowiek jestem!

– Ciekaw jestem tylko czego! – Koń wyraźnie wątpił w wiarygodność ludzkiego zapewnienia.

– Pisać umiem! – Człowiek zsiadł z jego grzbietu i dumnie wypiął pierś.

– Coś więcej niż własne nazwisko?

– I liczyć też!

– A jak ci brakuje palców rąk, to co robisz? – Gniadosz chyba rzeczywiście zasługiwał na miano zgryźliwego.

– A ty sam co? – Gwido przeszedł do słownego kontrataku. – Może piśmienny jesteś?

– Jeśli zechcę, to wyrysuję cały alfabet dowolnym kopytem. Na twojej rzyci!

Nie wiadomo, jak dalej potoczyłaby się kłótnia między człowiekiem i koniem, gdyby nie wtrącił się do niej ktoś trzeci.

– Cisza! – Z góry na dziedziniec bezceremonialnie zwalił się dziki wrzask. – Co za głupki zakłócają mój spokój?

Siedzące na dachu wieży wrony zerwały się gwałtownie do lotu. Były wystraszone do tego stopnia, że zapomniały zwyczajnego w takich sytuacjach krakania. Właścicielka skrzeczącego głosu wyjrzała przez jedyne w solidnych murach okno. Rycerska twarz rozpromieniła się na ten widok, koń zaś wzdrygnął się odruchowo.

– Och! – westchnął Gwido.

– O kuźwa! – westchnął koń, żywiąc uczucia zupełnie przeciwne.

– Czego tu? – warknął obiekt obu westchnień.

– Pozwól, o piękna pani, poznać twe imię! – krzyknął rycerz, nie mogąc oderwać wzroku od okolonej jasnymi lokami twarzy.

– Szkoda, że nie potrafię zatkać kopytami uszu! – mruknął gniadosz.

– Jam ci Lukrecja Enema de Glutionne – dobiegła z okna odpowiedź. Była cichsza, choć nie mniej skrzekliwa.

– No, brachu! – Koń zarżał, wyraźnie ubawiony. – Nie chciałbym mieć panny o imieniu Enema!

Gwido zdawał się nie słyszeć złośliwej uwagi. Pełen uniesienia, z zaszklonymi oczami, wręcz pożerał wzrokiem Lukrecję. Gwałtownym gestem chwycił się za okolicę serca i złożył płomienną obietnicę:

– Uwolnię cię z tej wieży, najdroższa!

– Może ona wcale nie chce z niej wychodzić? – Antoine spróbował nieco załagodzić uniesienie towarzysza. Bardzo dobrze znał rycerza i żywił obawę co do treści ewentualnych dalszych deklaracji.

– Nie dopuszczę, aby twe piękno sczezło w tej samotni!

– Jakie piękno? – Koń był wyraźnie zdziwiony. – Co ty pieprzysz? Pypcie ci na oczach wyrosły? Przecież ona wygląda jak… – Nie dane mu było jednak dokończyć.

Trzymając się wciąż za serce, Gwido przyklęknął na prawe kolano.

– Powiedz, miła Lukrecjo, cóż za okrutnik cię tu uwięził, a ślubuję, że zgładzę go bez cienia wahania!

– To smok mnie tu zamknął. – Adorowana panna zaskrzeczała równie nieprzyjemnie jak wcześniej.

– Wiesz co, brachu? – mruknął koń. – Może nie mieszajmy się do rodzinnych waśni. Skoro tatuś nie chce widzieć córci…

– A gdzież ów zimnokrwisty gad się ukrywa? – Człowiek nie zamierzał jednak odpuścić, głuchy na radę towarzysza.

– Pewnie zaraz powie, że na bagnach albo na szczycie szklanej góry – wymamrotał Antoine, szorując zdegustowany przednim prawym kopytem po płaskich kamieniach dziedzińca.

Z góry znów dobiegło skrzeczenie:

– Smok bytuje w dwóch miejscach – albo pośrodku bagien, albo na szczycie góry ze szkła.

Na dziedzińcu przez dłuższy czas słychać było głośne końskie rżenie, a jego autor brykał jak źrebak w gwałtownych przejawach ogólnej wesołości.

– Nie wytrzymam! – wyparskał, gdy wreszcie złapał oddech. – To jakaś pogięta bajka!

Rycerz wstał z przyklęku, ale za to trzymał się za serce już obiema rękami.

– O, luba ma Lukrecjo! – piał z zachwytu w miłosnym uniesieniu. – Zgładzę smoka okrutnika, wrócę tu i uwolnię cię. Czy zechcesz wówczas zostać moją żoną?

– Gwido! – Koń spoważniał w jednej chwili. – To już przestało być śmieszne!

O dziwo, człowiek wreszcie zwrócił uwagę na towarzysza.

– Co, strach cię obleciał? – zapytał zjadliwie. – Czyżby na miejscu nieustraszonego ogiera stał teraz mały kucyk? Może zamiast Antoine będę na ciebie mówił wzorem angielskojęzycznych lordów My Little Pony?

Gniadosz, o ile to możliwe, żachnął się.

– Przestań, bracie, pierdzielić od rzeczy!

– No to o co ci chodzi?

– O to, że chyba hełm za bardzo mózg ci uciska! – Koń znów podniósł głos. – Dziewucha jest brzydka jak kupa po jagodach. I, uwierz mi, bez powodu ktoś jej tutaj nie zamknął. Osobiście nie tknąłbym jej nawet kijem, ale twój gust – twoja sprawa. Mam tylko dwa zastrzeżenia. Możesz uwolnić paskudę teraz, od razu, więc po co ładować się w awanturę z jakimś smokiem? To po pierwsze. Po drugie zaś, jak już ją uwolnisz, to możesz przyjąć rozmaite dowody wdzięczności z namiętnymi i wyuzdanymi włącznie, ale żeby zaraz się żenić?

Gniadosz zamierzał coś jeszcze powiedzieć, ale uniemożliwił mu to dobiegający z góry wrzask.

– Mości rycerzu! Nie słuchaj tej chabety! Zdziel go w łeb!

– Hola, hola, panienko! – obruszył się Antoine. – Skąd ta wrogość?

Lukrecja wrzasnęła ponownie:

– Nie słuchaj tych bzdur! Wal konia!

Rycerz spojrzał na gniadosza, gniadosz spojrzał na rycerza.

– Widzisz? – zapytał ogier. – Panienka sama podsuwa możliwe pokojowe rozwiązanie problemu. Mówię ci, Gwido, nie pakuj się w ten bajzel, bo to się źle skończy!

Miłosne uniesienie człowieka straciło na intensywności, choć zupełnie jeszcze nie osłabło.

– Może ta biedaczka nie chciała wyjść za mąż za jakiegoś niedorozwiniętego księcia z sąsiedniego królestwa? – zastanawiał się na głos. – Może ojciec zamknął ją w wieży, aby zmiękczyć i ostatecznie zmusić do małżeństwa?

– A możne sama jest niedorozwinięta? – Koń podsunął kolejne potencjalne rozwiązanie zagadki. – Może ojczulek król zamknął córcię, aby nie bzykała się po kątach z każdym przedstawicielem służby płci męskiej? Albo i żeńskiej! Otrząśnij się, Gwido! – Gniadosz tupnął przednim lewym kopytem. – Widzisz tylko głowę tej Lukrecji Enemy. Skąd wiesz, że reszta ciała nie ma postaci poczciwej, łaciatej krasuli?

– Pół kobieta, pół krowa? – Rycerz rozdziawił usta, próbując wyobrazić sobie hybrydę. – Nie! – Pokręcił po chwili głową. – To niemożliwe!

– Tak? A pamiętasz, jak twierdziłeś, że na świecie nie istnieją fauni, dopóki jednego nie spotkaliśmy po drodze?

Gwido ciężko westchnął, a gniadosz, widząc, że szala przechyla się na jego stronę, dorzucił do dyskusji kolejną radę:

– Daj spokój, brachu! Ta historia z daleka pachnie jakimś szwindlem. Dla mnie to tani melodramat dla ociężałych umysłowo i najlepiej będzie, jak zostawimy go jakiemuś obłędnemu rycerzowi.

– Masz na myśli tego Hiszpana, który jeździ po wioskach i rozwala wiatraki?

– Chociażby! Może być też ten tępak z Polski odziany od stóp do głów w czarną zbroję. Jak mu tam? Zawias? Zawijas?

– Zawisza – odparł odruchowo Gwido.

– No, właśnie! – Koń energicznie pokiwał łbem.

Niespodziewanie do rozmowy wtrąciła się Lukrecja:

– Mości rycerzu! – zaskrzeczała. – Czas spełnić dane obietnice! Nadlatuje smok.

Przez moment na dziedzińcu przed wieżą panowała cisza. Gwido i Antoine popatrzyli sobie w oczy, po czym ten pierwszy wreszcie skinął głową. Podszedł do konia, włożył stopę w strzemię i płynnym ruchem wskoczył na siodło.

– No, dobra, brachu! – powiedział do gniadosza. – Wiesz, gdzie pieprz rośnie?

– Wiem.

– No, to właśnie tam spierdalajmy!

Napad

Na rogu ulicy stała dziewczyna. Niewysoki wzrost w połączeniu z drobną budową ciała powodowały, że na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie liczącej nie więcej niż piętnaście lat. Z bladej twarzy na przechodzących obok ludzi patrzyły wielkie oczy w kształcie migdałów. Były niebieskie. Zimowy wiatr tarmosił jasną grzywkę, która wystawała niesfornie spod rozciągniętej, wyraźnie za dużej wełnianej czapy. Dziewczyna kuliła się przy mocniejszych podmuchach, szarpiących jej wysłużonym płaszczykiem. Przemoczone półbuty, zupełnie nieadekwatne do pory roku, tupały co jakiś czas, rozchlapując na boki śniegowe błoto. Dłonie w rękawiczkach bez palców oparte były na płaskiej deseczce, której końce złączono splecionym sznurkiem, przełożonym przez szyję. Na utworzonej w ten sposób półeczce leżały dwa stosiki pudełek z zapałkami.

Przechodzące drugą stroną ulicy małżeństwo w starszym wieku zatrzymało się i przez chwilę przyglądało dziewczynie.

– Popatrz, Leopoldzie! – powiedziała kobieta. – Ta mała ma fantastyczne przebranie, ale musi być jej w nim strasznie zimno. Chodź! Wspomożemy bidulkę grosikiem lub dwoma!

Leopold skinął poważnie głową.

– Masz rację, Zosiu! – zwrócił się do żony. – Może to już ostatnie pudełka. Jak je sprzeda, to wróci do domu i nie dostanie zapalenia płuc.

Małżeństwo w starszym wieku przeszło przez ulicę i zatrzymało się przed dziewczyną.

– Po ile jedna paczka? – spytał Leopold, szukając portfela w kieszeniach watowanego płaszcza.

Zapytana spojrzała na niego spode łba i warknęła:

– Spieprzaj, dziadu!

– Ależ…! – Zofia aż się żachnęła, słysząc wulgarną odpowiedź.

– A ty spierdalaj! – rzuciła pod jej adresem dziewczyna z zapałkami.

Starsze małżeństwo odeszło pospiesznie, kręcąc z niedowierzaniem głowami i po cichu komentując zupełny brak wychowania dzisiejszej młodzieży.

Z ciemności bramy wychynęła niewysoka postać i zbliżyła się do dziewczyny, głośno klekocząc. Charakterystyczny dźwięk powstawał na skutek uderzania o siebie drewnianych powierzchni podczas zginania stawów kolanowych i łokciowych. W świetle latarni zalśniła topornie ociosana, pociągnięta bezbarwnym lakierem twarz. Nowo przybyły wyszczerzył w szerokim uśmiechu nadżarte przez korniki drewniane zęby.

– Przestań pajacować, Pinokio! – skarciła go dziewczyna z zapałkami.

– Ach! Ale im dogadałaś! – Pajac nic sobie nie robił z przygany. – Za wszystko inne zapłacisz kartą Maestro, ale miny tych staruszków były bezcenne! – Zarechotał głośno, czym zwrócił uwagę idącego po przeciwnej stronie mężczyzny. – Zobacz, jaki elegancik! – mruknął Pinokio.

Nienagannie ubrany mężczyzna w kapeluszu, ze skórzaną aktówką w ręku, nieznacznie zwolnił kroku i przyjrzał się stojącej na rogu dwójce. Hmm…, westchnął w duchu, Pomysłowe przebrania! Zwłaszcza ten gościu w drewnianym stroju! Gdyby wszyscy przebierali się równie oryginalnie, Halloween nie byłoby aż tak tandetnym świętem.

Na tym skończyły się jego krótkie przemyślenia. Ponownie przyspieszył kroku i się oddalił, przytrzymując kapelusz, który chciał zerwać coraz silniejszy, mroźny wiatr.

– Chyba wpadłeś mu w oko – stwierdziła dziewczyna z zapałkami.

– No coś ty! – obruszył się Pinokio. – To na ciebie się gapił, pedofil jeden! Dawaj, no, te zapałki! Zajaramy coś! – Z szufladki w drewnianym boku pajac wyjął szklaną fifkę i foliową torebkę z marihuaną.

– Ty się kiedyś spalisz, matole! – odrzekła dziewczyna po drugim zaciągnięciu się, wypuszczając w górę dym w postaci nierównych kółek.

– Nie pękaj, skarbie! – Pinokio nie wydawał się poruszony roztoczoną przed momentem perspektywą. – Raz na pół roku chodzę na konserwację słojów. Stary zgred Dżepetto maluje mnie w stolarni ognioodporną bejcą.

Dwie postacie stały na rogu ulicy, paląc niespiesznie trawkę. Szklana fifka przekazywana była z ludzkich do drewnianych rąk i z powrotem. Pajac co jakiś czas nabijał ją kolejną porcją suszu. Zadzwonił telefon. Dziewczyna wygrzebała komórkę z kieszeni podniszczonego płaszczyka.

– Pronto! – odebrała zgodnie z najnowszą modą na oryginalne powitania. Słuchała przez moment w ciszy, po czym ze złością tupnęła energicznie nogą. Śniegowa breja rozprysła się pod butem na wszystkie strony. – Kuźwa! Co wy sobie jaja robicie? Mróz mi dupę urywa, a wy gzicie się w pościeli i zapominacie o akcji? – Znów krótka cisza. – Gówno mnie to obchodzi! Macie tu być tak szybko, jak się da! Nara! – Klapka telefonu trzasnęła głośno przy zamykaniu.

– Jaś czy Małgosia? – zapytał pajac.

– Oboje – odparła dziewczyna z zapałkami. – Jaś był dumny z tego, że choć wygląda na dziesięciolatka, udało mu się kupić w aptece prezerwatywy. Dumny do tego stopnia, że wraz z siostrą nimfomanką postanowili parę od razu wypróbować. Kuźwa! – Dziewczyna ponownie zaklęła i jeszcze raz tupnęła nogą w nasiąknięty śnieg. – Czy tylko ja tutaj jestem profesjonalistką?

– Hmm… – mruknął Pinokio, uśmiechając się, we własnym mniemaniu, uwodzicielsko. – Ta dwójka podsunęła mi całkiem niezłą myśl.

Jego głos obniżył się co najmniej o oktawę, a drewniana ręka pogładziła przez płaszczyk chude pośladki.

– Przestań! – warknęła dziewczyna, odtrącając z klekotem kończynę pajaca. – Przecież już próbowaliśmy i dobrze wiesz, co się stało! – Jej głos był pełen wyrzutu.

– Oj, no przecież nic złego się w końcu nie wydarzyło… – Pinokio próbował uszczypnąć miejsce, które dopiero co głaskał.

– Nic złego? – W wieczornych ciemnościach rozbrzmiał wściekły głos. – Dla ciebie może i nic, kłodo spróchniała! Ty nieheblowany drewniaku! Ja musiałam potem pół nocy drzazgi wyjmować!

Nie wiadomo, jak dalej potoczyłaby się kłótnia, gdyby nie przerwało jej przybycie nowej osoby. Czerwone buciory sięgające połowy pokrytych futrem ud rozchlapywały zalegającą na chodniku śniegową paćkę podczas szybkiego biegu. Będący ich właścicielem kot jedną łapą trzymał kapelusz z szerokim rondem, drugą zaś ze złością podkręcał długie wąsy.

– Jak się, debile, za moment nie zamkniecie, to szlag trafi całą akcję! – wycedził ociekającym jadem głosem. – Jak mam kroić mercedesa w takim hałasie? Co to za porządki? Gdzie Jaś i Małgosia?

– Zaraz będą – odparł Pinokio.

– Cisza ma być! – fuknął kot w butach, obrócił się na obcasie i pobiegł z powrotem w głąb ciemnej ulicy.

– Ty! Słyszałeś? – zapytała pajaca dziewczyna z zapałkami.

– Co?

– Mamy dopiero początek zimy, a tu przed momentem jakiś sierściuch się marcował.

Dookoła rozbrzmiał przytłumiony śmiech.

– Dobrze, że fifki nie zauważył! – stwierdził Pinokio, gdy minął mu napad wesołości.

– Nie pękaj, koleś! – Jego towarzyszka ani trochę nie przejęła się ewentualną wpadką. – W razie czego możesz zawsze opowiedzieć mu bajkę.

– O czym?

– Jak kot palił fajkę.

Znów rozległ się śmiech, tym razem głośniejszy niż przed momentem. Przechodząca obok para nastolatków spojrzała na źródło hałasu i również się roześmiała.

– Zajebiste stroje! – krzyknął pryszczaty młodzieniec.

– Jesteście czadowo wyluzowani! – dodała laska.

– Znasz ich? – zapytała dziewczyna z zapałkami.

– Nie – odparł pajac, wzruszając z klekotem drewnianymi ramionami. – Trochę dziwni – stwierdził po chwili przerwy.

– Taa… – westchnęła jego towarzyszka, zaciągając się potężnie trawą. – Może to jakaś sekta? – zastanawiała się na głos. – Czytałam o takich w necie. Nazywają się zjebolodzy albo coś w tym stylu.

Posądzona o przynależność do organizacji scjentologów para znikła tymczasem za rogiem. Zegar na miejskim ratuszu wydzwonił trzeci kwadrans po osiemnastej. Do zamknięcia filii banku PKO zostało piętnaście minut. Pajac zaciągnął się ostatni raz i wydmuchał z fifki spopielone resztki. Szklana rurka powędrowała do szuflady w boku.

– Dobra! – mruknął. – Czas brać się do roboty!

Znikł na moment w ciemnościach bramy, po czym wynurzył się z niej w masce. Na drewnianą twarz miał nałożoną silikonową podobiznę Jarosława Kaczyńskiego. Przybyli akurat na miejsce Jaś i Małgosia ryknęli śmiechem. Wyglądający na dziesięciolatka chłopiec trzymał się kurczowo za brzuch, a jego siostra, równolatka, aż przysiadła na piętach, mocząc w błocie skrawek przydługiej kurtki.

– Czyś ty zidiociał do reszty? – Dziewczyna z zapałkami była zdegustowana kamuflażem Pinokia. – Chyba ci na starość pędy odbiły! Ściągaj to natychmiast i nie pajacuj! – Zaraz potem odwróciła się w bok. – Jasiu! – Jej surowy głos przegonił resztki wesołości. – Przyniosłeś?

– Tak.

– Dawaj!

Zdjęty z pleców tornister zalśnił w świetle latarni odblaskami w kształcie serduszek. Chłopak spłonił się i wzruszył ramionami.

– To od Małgosi – mruknął pod nosem, odpinając klapę.

Wewnątrz był pokaźny arsenał. W trakcie przeładowywania pistoletów podbiegł kot w butach.

– Zostawiłem wóz na chodzie – oznajmił, biorąc do ręki dubeltówkę z obciętymi na krótko lufami. Przełamał obrzyna, załadował i zamknął. Spojrzał na zegarek.

– Za dziesięć siódma. W sam raz. Panie i panowie! Naprzód!

Przebiegli przez ulicę na pełnej szybkości. Wpadli w obrotowe drzwi i chwilę później znaleźli się w filii banku.

– Nie ruszać się! – ryknął kot w butach. – To jest napad!

Dla podkreślenia jego słów Jaś wystrzelił w sufit. Roztrzaskana obudowa jarzeniówki zwaliła mu się na głowę zaraz po tym. Małgosia pisnęła przeraźliwie i porzucając byle gdzie pistolet, przypadła do ogłuszonego brata. Czule uniosła jego rozbitą głowę, ułożyła sobie na kolanach i zanuciła przerobioną na własne potrzeby kolędę:

– Lulajże, Jasiuniu! Lulajże, lulaj!

– Kuźwa! – Dziewczyna z zapałkami pokręciła zdegustowana głową. – Co za szopka!

Kot w butach nie stracił zimnej krwi.

– Nie ruszać się! – wrzasnął ponownie i celując obrzynem w bladą jak ściana kasjerkę, zażądał: – Dawaj forsę, zdziro!

Po chwili krótkiego zaskoczenia potknięciem kolegi władzę nad głosem odzyskał Pinokio.

– Pod ścianę! – rozkazał, wymachując trzymanym w ręku rewolwerem. Nieliczni, ostatni klienci banku spełnili pospiesznie żądanie, wzdrygając się odruchowo przy każdym drewnianym klekocie. – I żeby mi tu nikt nawet nie drgnął! – zagroził. – Bo wpakuję kulkę w łeb! – W ponurym w zamierzeniach uśmiechu wyszczerzył pomalowane białą emalią zęby. – Ostrzegam, że strzelam bardzo celnie.

Ledwo to oznajmił, wydłużył mu się nos. Spojrzał zezem na jego czubek i wrzasnął:

– Ja nie kłamię!

Kinol podwoił długość.

– Ja… Ja nie… – Drżący głos, który wydobył się ze ściśniętej krtani pajaca, był zapowiedzią bliskiego wybuchu płaczu.

– Pinokio! – warknęła dziewczyna z zapałkami. – Przestań się mazać, klocku!

Wezwany odwrócił się gwałtownie w jej kierunku, a że wciąż miał długi nos, zawadził nim o stojący pośrodku niewielkiego holu reklamowy stand. Rozległ się suchy trzask. Część pajacowego narządu powonienia zgięła się najpierw pod kątem prostym, a następnie zadyndała na pojedynczej, cienkiej drzazdze. Pinokio wpadł w panikę.

– Kurwa! – krzyknął. – Pierdolę ten napad! Zabierzcie mnie do najbliższej stolarni! I to takiej z wysokoobrotową frezarką! W końcu płacę co miesiąc na ubezpieczenie zdrowotne! Żądam stolarza specjalisty!

Dziewczyna z zapałkami podeszła do niego i trzasnęła w policzek. Gdyby zrobiła to ręką, efekt byłby żaden. Zdzieliła więc drewniane oblicze kolbą pistoletu. Odprysnął lakier, pojawiło się podłużne zagłębienie.

– Beksa! – wrzasnęła na rozhisteryzowanego wspólnika. – Dlaczego jak kłamiesz, nie rośnie ci coś innego? Moje zapałki są większe niż twój sprzęt!

Pajac momentalnie otrzeźwiał.

– Co ty powiedziałaś? – warknął.

– Gówno! – Odpowiedź była krótka i konkretna. – Weź się w garść! Mamy robotę w toku, a ty zachowujesz się zupełnie jak tamta infantylna dwójka.

Wskazani palcem Jaś i Małgosia siedzieli po turecku i grali w kosi-kosi-łapki. W innych okolicznościach widok zasługiwałby na miano uroczego. Tu i teraz duży dysonans budziły jednak krew spływająca cienką strugą z rozbitej głowy chłopca oraz tatuaż zdobiący łydkę dziewczyny, który widoczny był spod zadartej przy siadaniu spódnicy. Pinokio chlipnął po raz ostatni złamanym nosem i westchnął:

– Masz rację! Przepraszam. W przeciwieństwie do nich umiem sobie radzić ze stresem. Przez rok chodziłem na terapię do uznanego dendrologa.

Po chwili odzyskał dawny rezon i wrzasnął do stojących w bezruchu, oniemiałych zakładników:

– Mordy w kubeł!

– Nikt nic nie mówił – mruknął kot w butach – ale niech ci będzie! Szybciej z tą forsą! – Tym razem zwrócił się do kasjerki.

Kobieta trzęsącymi się ze strachu rękoma podała mu torbę wypełnioną banknotami.

– Szoruj do drugiego okienka!

Dziewczyna z zapałkami podeszła do bawiącego się w najlepsze rodzeństwa. Złapała za włosy jedno i drugie, po czym mało delikatnie szarpnęła do pionu.

– Nie róbcie z siebie pośmiewiska! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Jak się w tej chwili nie uspokoicie, to więcej nie pójdziecie na żadną akcję! A o obrobieniu firmowej cukierni Wedla będziecie mogli tylko pomarzyć.

Groźba szlabanu na wyśniony przez rodzeństwo skok odniosła właściwy skutek w trybie natychmiastowym. Zaszklone lekko oczy Jasia błyskawicznie wróciły do normalnego wyglądu. Chłopiec odruchowo potarł twarz dłonią, ścierając przy okazji z czoła sączącą się wciąż wolno krew. Na jej widok otworzył szeroko buzię ze zdziwienia, po czym w dwóch susach doskoczył do coraz bardziej zestresowanych zakładników.

– Który złamas mi to zrobił? – Wykrzykując pełne pretensji pytanie, wskazał na swoją głowę. – Nie wiecie, łajzy, że dzieci się nie bije?

Małgosia położyła mu rękę na ramieniu.

– Ależ, braciszku! Sam sobie zrobiłeś to kuku.

– A! No, chyba że tak! – warknął Jasiu i stracił całkowicie zainteresowanie pechowymi klientami banku.

Dalsza część napadu potoczyła się płynnie, bez zakłóceń. Kot w butach zgarnął dwie torby z łupem. Jedną zarzucił na pokryte gęstym rudym futrem ramię, drugą zawiesił na sęku wystającym z drewnianego barku Pinokia.

– Dobra! – warknął, celując z obrzyna na przemian to do kasjerki, to do zakładników. – Wycofujemy się! Jaś! Bierz kogoś na muszkę i krzycz, że jeśli policja nie spełni naszych żądań, zabijemy go bez litości.

– Ale… – Chłopiec zawahał się przez moment.

– Bez dyskusji! – huknął kot, poprawiając kapelusz z szerokim rondem. – Takie jest życie, mały! Jak pokażesz policji, że nie masz jaj, to ci je utną. Albo coś w tym rodzaju – dodał, gdy zorientował się w braku logiki ostatniej wypowiedzi.

– Szefie! – wtrąciła się do rozmowy dziewczyna z zapałkami. – Póki co gliniarzy nigdzie nie widać. Jeszcze nie zdążyli przyjechać.

– Co takiego? – oburzyła się Małgosia. – To co to za policja, do ciężkiej cholery? Przecież tu jest napad, a oni co? Ani trochę się nie spieszą, obiboki jedne! Skandal! Za co ja podatki płacę? – Dziesięciolatka rozkręcała się coraz bardziej w pełnej złości tyradzie, a jej głosik stawał się cieńszy z każdym kolejnym wykrzyczanym zdaniem.

Jaś podszedł do siostry od tyłu i dźgnął ją pieszczotliwie lufą rewolweru między łopatki.

– Małgoś, debilko! – powiedział czule. – Nie jesteś napadana. To ty napadasz!

– Och! – zatchnęła się dziewczynka. – O, ja głupia cipa! Zapomniałam! Zachowuję się, jakbym była Czerwonym Kapturkiem.

– Nie wymawiaj przy mnie imienia tej lafiryndy! – wtrącił się milczący od kilku chwil Pinokio, chowając oderwany, złamany nos do szuflady zlokalizowanej nieco powyżej tej z fifką i marihuaną. – Przylazła do lasu nie wiadomo skąd i rozniosła dookoła jakąś chorobę weneryczną. Całe szczęście, że leczy się ją tym samym płynem, co powierzchowne zakażenie kornikami, bo po ludzkich antybiotykach dostaję sraczki.

– Idziecie czy nie? – Kot w butach stał już przy obrotowych drzwiach.

– Idziemy! – odpowiedział mu zgodny chór głosów.

Po chwili napad na filię banku PKO dobiegł końca. Rozpoczęła się za to brawurowa ucieczka jego sprawców.

Pogięte bajki

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-068-1

© Marcin Pełka i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Monika Turała

KOREKTA: Paulina Zyszczak

OKŁADKA: Krystian Żelazo

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: Inkpad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Pogięte bajki Chodzący we mgle Wielki Bór