Sny wojenne

Sny wojenne

Autorzy: Marek Harny

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 20.90 zł

Magdalena – od czasu kiedy nabrała podejrzeń, że może być córką hitlerowskiego oprawcy, kata jej rodzinnego miasta – nie może znaleźć spokoju. Myśl ta nie opuszcza jej przez długie lata, odbierając radość i komplikując życie.

Nad bohaterami inspirowanej faktami powieści wisi cień zbrodniarza wojennego Heinricha Nordmanna. Decyduje on o losach wielu z nich, niektórzy opętani są obsesyjnym pragnieniem zabicia mordercy, bo uważają, że tylko wymierzenie sprawiedliwości na własną rękę przywróci światu sens moralny, a im równowagę ducha.

Postać ta, mająca swój pierwowzór w rzeczywistości, może być równocześnie postrzegana w wymiarze symbolicznym.

Autor nie daje prostych odpowiedzi, mnoży za to pytania, które nigdy nie stracą aktualności, o odpowiedzialność za przodków, o źródła zemsty i wybaczenia, o granice moralności i przede wszystkim o świadomość konsekwencji czynów.

Nazwiska występujących w książce osób, z wyjątkiem powszechnie znanych postaci historycznych, zostały wymyślone.

Jednak podobieństwo powieściowego Heinricha Nordmanna do zbrodniarza wojennego Heinricha Hamanna, który w latach 1939–1943 kierował komisariatem granicznym Policji Bezpieczeństwa w Nowym Sączu, a następnie aż do stycznia roku 1945 był szefem Gestapo w Krakowie, jest nieprzypadkowe. Człowiek ten po wojnie ukrywał się w RFN, w 1960 został tam aresztowany i sześć lat później skazany na dożywocie, po dalszych dwudziestu latach wyszedł na wolność, by w 1993 umrzeć w domu spokojnej starości w Bad Neuenahr.

Marek Harny urodził się w 1946 roku w Zabrzu. Dorastał w Nowym Sączu.

W latach 1966–1968 odbywał zasadniczą służbę wojskową i jako szeregowy żołnierz wziął udział w inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację, czego ślady można znaleźć w napisanej wiele lat później powieści "Dwie kochanki".

Po ukończeniu zaocznych studiów dziennikarskich na Uniwersytecie Warszawskim pracował w prasie. Najdłużej (1989–2017) w "Gazecie Krakowskiej". Zdobyte w tej pracy obserwacje spożytkował m.in. w książkach kryminalno-sensacyjnych.

Od roku 1989 mieszka w Krakowie.

Wydał następujące książki:

"Unieś mnie, wielki ptaku" (opowiadania) – 1975

"Kraina naszej tęsknoty" (powieść) – 1985

"Góry są w nas" (opowiadania) – 1990

"Urodzony z wiatru" (powieść) – 2003

"Lekcja miłości" (powieść) – 2003

"Samotność wilków" (powieść) – 2006

"Zdrajca" (powieść) – 2007

"Dwie kochanki" (powieść) – 2014

"Wolontariuszka" (powieść) – 2015

Powieści kryminalno-sensacyjne (cykl Adam Bukowski):

"Pismak" – 2005

"Wszyscy grzeszą" – 2008

"W imię zasad" – 2011

Copyright © Marek Harny, 2018

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© CollaborationJS/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8169-500-8

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Znów, duchy zwiewne, przychodzicie do mnie,

zjawione smętnym oczom przed latami.

Do marzeń dawnych serce lgnie niezłomnie,

zatrzymać pragnie was i odejść z wami…

Goethe, Faust

(przełożył Emil Zegadłowicz)

1.

W czasach, kiedy Magdalena studiowała w Krakowie, nie mówiło się o niej dobrze. Dalsi znajomi na ogół byli zdania, że to dziewczyna płytka, biorąca życie lekko i przede wszystkim lubiąca się zabawić. Koledzy z Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego mieli jej za złe, że prześlizguje się przez studia, kiedy oni muszą ciężko pracować na wyniki. Koleżanki rozsiewały plotki, że przynajmniej niektóre zaliczenia i egzaminy załatwia sobie w wiadomy sposób.

Ktoś mógłby powiedzieć, że Magdalena sama prowokowała do takich ocen. Niemal co wieczór można było ją spotkać w Feniksie albo Pod Jaszczurami, chyba że akurat trafiła się impreza w miasteczku studenckim. Ubierała się wyzywająco, mocno się malowała, po alkoholu robiła się hałaśliwa. Trudno byłoby nazwać ją pięknością. Była raczej dziewczyną przeciętnej urody, ale w jakiś zagadkowy sposób to właśnie ona przyciągała uwagę mężczyzn, co złościło inne kobiety. A przy tym wydawała się kpić ze wszystkich i wszystkiego.

Pod tym względem nie różniła się od swoich rówieśników. Była to epoka bigbitu, coraz dłuższych włosów i coraz krótszych spódnic. Od zakończenia wojny minęło prawie dwadzieścia lat. Wyrosło nowe pokolenie i wielu młodych wyznawało zasadę, że nie ma sensu traktować życia zbyt poważnie. Wśród przyszłych prawników też takich nie brakowało. Im z kolei nie podobało się, że Magdalena coraz rzadziej ma ochotę na imprezy z kolegami, gustując raczej w towarzystwie aktorów, poetów i malarzy, którzy do południa przesiadywali w Literackiej, a wieczorem w Feniksie.

Ani jedni, ani drudzy nic o niej nie wiedzieli.

Wciśnięta w ciemny kąt mogła tylko przyglądać się bezradnie, jak jacyś obcy szarpią jej mamę.

– Wstawaj, szmato hitlerowska. Pójdziesz z nami.

– Dobrze. Tylko pozwólcie mi się ubrać.

– To już nie będzie ci potrzebne.

W półmroku majaczyła postać w białej koszuli nocnej. Niewyraźne cienie popychały ją rękami i kolbami karabinów. Chciała jej bronić, krzyczeć: „Nie zabierajcie mi mojej mamy! Ona jest niewinna!”, ale nie zdołała wydobyć z siebie głosu. Starała się z całych sił, otwierała usta, natężała gardło. Nie dała rady.

Cienie prowadziły białą postać pustą ulicą. Biegła za nimi najszybciej, jak potrafiła, ale wydawało się, że tkwi w miejscu, a jej mama coraz bardziej się oddala.

Znów byli wszyscy razem. Teraz w jasnym pomieszczeniu. Tylko cienie wydawały się tak samo niewyraźne. Ale docierały do niej ich głosy.

– Gadaj, szmato!

– Dlaczego mnie męczycie? – płakała matka. – Przecież wszystko już wiecie.

– Ona nic nie powie. Osłania tego zbrodniarza. Rozwalić sukę.

– Zobaczcie. Ten jej bękart też tu jest.

Stała przyciśnięta do ściany, nie była w stanie się poruszyć.

– Jedna warta drugiej. Rozwalić obie!

Usłyszała jakieś dudnienie. Hałas rozsadzał jej głowę. Potrzebowała chwili, żeby zrozumieć, że to ciotka Irena dobija się do drzwi.

– Już wpół do ósmej. Znowu spóźnisz się na zajęcia.

Z trudem oprzytomniała. Wciąż jeszcze tkwiła do połowy we śnie.

– Zwleczesz się wreszcie? Nie trzeba było szlajać się po nocach. W końcu się doigrasz, wywalą cię ze studiów, zobaczysz.

Ciotka miała rację. Ale Magdalenie tak bardzo nie chciało się wracać do rzeczywistości. Przypominała sobie jak przez mgłę, że wieczorem znów narozrabiała w Feniksie. Zraziła do siebie ludzi, na których zdaniu jej zależało. Co gorsza, chyba pokłóciła się ze Zbyszkiem Podolskim. A już wiązała z nim pewne plany.

Co ją napadło, żeby tańczyć z tym prokuratorem? Przecież wiedziała, jaką on ma opinię. A już na pewno nie powinna z nim szczerze rozmawiać. Przez to ma jeszcze większego kaca i koszmary.

– Słyszysz, co do ciebie mówię?

Odszczeknęła ze złością, że nie śpi. Mieszkanie u ciotki stawało się coraz trudniejsze do zniesienia. Powinna wreszcie się wyprowadzić. Ciotce wydawało się, że robi jej łaskę. W rzeczywistości samą swoją obecnością przypominała wszystko, o czym Magdalena chciałaby zapomnieć raz na zawsze.

Czasem wyobrażała sobie, że nigdy nie słyszała żadnych plotek o matce. Wiedziała jednak, że w końcu i tak ktoś życzliwy by ją uświadomił. Ale stało się to za wcześnie. Była jeszcze dzieckiem. Dręczyły ją wątpliwości. W opowieściach matki i dziadków zbyt wiele się nie zgadzało. Powoli przestawała wierzyć w tego tatę, którego dla niej wymyślili. Dzielnego konspiratora rozstrzelanego przez Niemców.

Im więcej opowiadali jej bajek, tym mocniejsze rosło w niej podejrzenie, że jej prawdziwym ojcem może być Heinrich Nordmann.

Piękny Heini.

Kat Nowego Sącza.

Wszystko zaczęło się na cmentarzu. Dzień po Wszystkich Świętych. A może dwa dni. W każdym razie wieczorem wciąż wiele świeczek paliło się na grobach, ale z cmentarnych alejek zniknęły już tłumy.

Magdalena była podniecona i dumna, że nareszcie idzie na groby ze swoją mamą. Do tej pory rzadko się widywały. Zbyt rzadko. Udawała, że do tego przywykła, że to normalne. Mama musiała być daleko, bo taką miała pracę. Dziadkowie tłumaczyli, że Magdalena powinna codziennie dziękować za swoje szczęście Panu Bogu, bo po wojnie wiele dzieci nawet jednego rodzica nie miało. Nigdy nie zapominała o tym przy wieczornym pacierzu. I prosiła tylko, żeby mogły częściej się spotykać.

Teraz poczuła, że jej prośby zostały wysłuchane. Przynajmniej trochę. Nie całkiem. Bo przecież nie szły na grób taty, o co też modliła się co wieczór. Żeby tata miał nareszcie swój grób. Ale to widocznie było trudniejsze. Nawet dla Pana Boga. Musiała jeszcze trochę poczekać.

Mocno trzymając matkę za rękę, rzucała ukradkowe spojrzenia na jej twarz, ocienioną szerokim rondem kapelusza. Mamie musiało być zimno, bo postawiła też barankowy kołnierz, spoza którego ledwo było ją widać. Wyglądała pięknie i tajemniczo. Jakoś nietutejszo. Trochę jak niektóre filmowe artystki z przedwojennych gazet, których zakurzone roczniki dziadek trzymał w starej szafie na strychu.

Nie dziwiło więc Magdaleny, że wiele osób oglądało się za mamą. A jakaś na czarno ubrana starsza pani specjalnie zawróciła, przystanęła na skraju alejki i dziwnie się mamie przyglądała. Magdalena przypomniała to sobie później, bo w tamtej chwili nie zwróciła na kobietę uwagi. Dookoła było mnóstwo innych pasjonujących rzeczy.

Odkąd pamiętała, pociągał ją nastrój cmentarza o zmierzchu, unoszący się w powietrzu zapach palonych świec, lubiła spacery wśród starych grobowców podobnych do małych domków, w których mieszkały całe rodziny zmarłych. A najbardziej fascynował ją ogromny posąg wspartego na mieczu rycerza, któremu nie sięgała nawet do kolan. Inne dzieci się go bały. Ona nie. Nawet kiedy się dowiedziała, że to Anioł Śmierci pilnujący spokoju poległych żołnierzy. Prawda, to wszystko było smutne. Ale Magdalena lubiła być smutna.

Zatrzymały się przy dwóch bliźniaczych krzyżach z jasnego kamienia, kiedy w pobliżu znów pojawiła się kobieta w czerni. Tym razem stała z jakimś starszym panem, coś ze sobą szeptali. Matka tymczasem zmarnowała kilka zapałek, zanim udało się jej zapalić świeczkę na wietrze. Wcisnęła ją w zmrożoną ziemię pod jednym z tych kamiennych krzyży. Wtedy kobieta ruszyła w ich stronę.

– Ty dziwko gestapowska! Jak śmiesz! Jak śmiesz!

Patrząc z odrazą w lustro na swoją opuchniętą twarz, cienie pod oczami, włosy jak siano, poczuła strach. Co się ze mną dzieje? Czyżbym wariowała? Całkiem możliwe. Ludzie od takich rzeczy wariują.

A już jej się wydawało, że poradziła sobie ze swoimi zmorami, nauczyła się jako tako kontrolować uczucia. Przede wszystkim ich nie ujawniać. Ona nigdy nie zachowałaby się jak tamta stara kobieta na cmentarzu.

Wspomnienie wróciło.

– Ta pani to wariatka, prawda? – zapytała wtedy mamę.

Matka w milczeniu ciągnęła ją za rękę w najciemniejszą alejkę cmentarza, za posąg Anioła Śmierci. Szybko, szybko, prawie biegiem. Byle dalej od tego krzyku.

– Mamusiu, to wariatka, tak? – Magdalena powtórzyła pytanie, kiedy znalazły się za cmentarną bramą.

Na ulicy matka się uspokoiła. Tutaj nikt nie krzyczał. Nikt ich nie gonił. Nie zwracały niczyjej uwagi.

– Wariatka? No powiedz, że wariatka – nie ustępowała Magdalena.

– Kochanie, nieładnie tak mówić – odezwała się w końcu matka. – Ta pani nie jest wariatką.

– To dlaczego krzyczała?

– Pewnie… pewnie znała kogoś, kto zginął na wojnie. Może sama kogoś straciła.

Magdalenie ta odpowiedź wydała się bez sensu. Wszyscy stracili kogoś na wojnie. Ona na przykład straciła tatę. I nie krzyczała z tego powodu na obcych ludzi. W dodatku brzydkimi słowami. Miała tylko niejasne wyobrażenie, co może znaczyć „dziwka”. Ale doskonale rozumiała, że „gestapowska” to obelga najgorsza z możliwych.

– Ale dlaczego przyczepiła się właśnie do ciebie? – naciskała.

Matka straciła cierpliwość.

– Nie wiem, skąd mam wiedzieć? Nie męcz już. Pewnie z kimś mnie pomyliła.

Coś w głosie matki kazało Magdalenie przyjąć to tłumaczenie bez dalszych dociekań. Dotarło do niej, że tak będzie najrozsądniej.

Próbując teraz zmyć z zębów smak minionej nocy, uśmiechała się na myśl, jaka mądra była tamta niespełna dziesięcioletnia dziewczynka.

– Powinnaś wziąć przykład z tej małej. Też bądź taka mądra – nakazała swemu odbiciu w łazienkowym lustrze.

Łatwo powiedzieć. Tamta dziewczynka też czasem nie radziła sobie z tym, co ją spotykało. Zwłaszcza gdy matka zniknęła na dobre, a nadzieja, że wróci, malała z dnia na dzień. Ojca w ogóle nie znała, a jeszcze zanim poszła do szkoły, wszystko wskazywało na to, że straciła także matkę. Było jej trudno.

Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy pierwszy raz usłyszała nazwisko Heinricha Nordmanna. Na pewno dość wcześnie, kiedy jeszcze nie zamknęła się całkiem w sobie. A więc raczej przed awanturą na cmentarzu, w każdym razie przed zniknięciem matki z jej życia. Wszyscy mieszkali wtedy razem w Nowym Sączu, w dużym, ale niewygodnym mieszkaniu dziadków w kamienicy na skraju skarpy. Ona, dziadkowie, ciotka Irena z wujkiem Konstantym i dwaj ich synowie, kuzyni Magdaleny. Wszyscy oprócz mamy.

Wiedziała, że starsi coś przed nią ukrywają. Nauczyła się więc podsłuchiwać. Tak żeby nikt się nie zorientował. Raz podsłuchała, że dziadek z ciotką znów rozmawiają o tym człowieku.

– A Nordmanna ciągle szukają i szukają, i znaleźć nie mogą. – Głos dziadka ledwie było słychać przez drzwi.

– Myśli tato, że on żyje? Że go w końcu znajdą? – spytała ciotka.

– Będzie, jak Pan Bóg zechce.

Może nawet nie zwróciłaby na to uwagi, bo co małą dziewczynkę obchodził jakiś Niemiec. Ale to nazwisko wszyscy wymawiali konspiracyjnym szeptem, jakby nie chcieli, żeby właśnie ona je poznała. Aż w końcu ośmieliła się zapytać o to w trakcie rodzinnego obiadu.

– A właściwie kto to jest ten pan Nordmann? Czy to jakiś dziadzia przyjaciel?

Czuła, że swoim pytaniem wywoła zamieszanie. Ale tego, co nastąpiło później, nie przewidziałaby nigdy w świecie. Ciotka Irena zerwała się z krzesła, przechyliła przez stół i z całej siły uderzyła ją w twarz. Magdalena przeżyła taki szok, że wszystko, co było potem, aż do następnego dnia, wymazała z pamięci. Tylko ten policzek nie dał się wymazać.

Zrozumiała wtedy, że z tym nazwiskiem wiąże się coś okropnego, o czym nie wolno mówić. Z biegiem czasu dowiedziała się, kim był człowiek, który je nosił. Przypomniała sobie starą kobietę krzyczącą na cmentarzu. Potem połączyła inne fakty, strzępy zasłyszanych informacji. Aż zaczęły się układać w podejrzenie, przed którym daremnie się broniła.

Trochę przestała się tym zadręczać, kiedy zyskała pewność, że w styczniu tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku Heinrich Nordmann zniknął i słuch po nim zaginął. Może zabiła go bomba. A może żył w Ameryce Południowej ze zmienioną chirurgicznie twarzą i nie pojawi się z powrotem w Europie. To pozwalało jej mieć nadzieję, że prawda nigdy nie wyjdzie na jaw.

Minęło kilkanaście lat, prawie o wszystkim zapomniała. Aż przed paroma miesiącami dotarła do niej wiadomość, że Nordmann się odnalazł. I to już dość dawno. Długo ukrywał się w Niemieckiej Republice Federalnej pod fałszywym nazwiskiem, ale w roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szczęście go opuściło. Wdał się w knajpie w awanturę, został zatrzymany i rozpoznany.

Widocznie przeoczyła wcześniejsze informacje na ten temat. Teraz śledztwo dobiegało końca i proces Nordmanna miał się niebawem rozpocząć w mieście Bochum. Tym większy ogarniał ją niepokój. Nie mogła przestać o tym myśleć. Zawaliła ważny egzamin. Za dużo piła. Robiła głupstwa.

Jak wczoraj w Feniksie.

Po zajęciach, na których z trudem wysiedziała do końca, Magdalena wpadła do Kolorowej, żeby zaszyć się w ciemnym kącie, w samotności napić kawy i pomyśleć. W Feniksie na razie wolała się nie pokazywać. Nie wiedziała, co tam o niej teraz opowiadają.

Próbowała przypomnieć sobie wczorajszy wieczór. Z początku nie działo się nic nadzwyczajnego. Dzień jak co dzień. Trochę artystów, kilku dziennikarzy, mnóstwo snobów. Te same znane twarze, obgadywanie obecnych i nieobecnych, dyskusje coraz bardziej bełkotliwe, tańce coraz śmielsze.

Dla Magdaleny od kilku tygodni było to przede wszystkim miejsce, w którym spotykała się ze Zbyszkiem Podolskim. I trochę się z nim afiszowała. Tej zdobyczy zazdrościły jej chyba wszystkie dziewczyny w Krakowie. I nie tylko dziewczyny.

Zdaniem wielu kobiet był zabójczo przystojny, a czytelniczki „Przekroju” okrzyknęły go najpiękniejszym Polakiem roku. Poza tym od zeszłego sezonu mówiło się, że to może najzdolniejszy z młodych krakowskich aktorów. I że ma przed sobą wielką karierę. Prawie co wieczór w Feniksie, kiedy po spektaklu wpadał z kolegami na jednego, dawał to wszystkim do zrozumienia. Zawsze otaczał go krąg chętnych studentek, gotowych na wszystko pań w średnim wieku i facetów, którzy chcieliby się z nim zaprzyjaźnić, a niektórzy przy okazji przespać.

A on od prawie trzech tygodni zdawał się świata nie widzieć poza Magdaleną. Z satysfakcją, której nawet nie kryła, pozwalała mu się adorować, nawet jeśli czasem okazywał jej swoje względy nazbyt ostentacyjnie. W miarę wypijanych co wieczór drinków coraz mniej jej to przeszkadzało. Wczoraj było podobnie.

Ale potem, chwilę przed północą, pojawił się ten człowiek.

Widywała go w Feniksie już wcześniej. Zazwyczaj przesiadywał przy barze w męskim towarzystwie. Nie zwróciłaby na niego uwagi, gdyby nie świdrował jej wzrokiem, choć myślał, że robi to dyskretnie. Niczym się nie wyróżniał. Nie wyglądał na stałego bywalca. Raczej na jednego z tych, którzy próbują nieco ubarwić swoje szare życie, ocierając się o artystów i literatów, choćby z daleka.

Magdalena nie wyobrażała sobie, że mogłoby ją coś łączyć z kimś takim. Mimo to jego pożądliwe spojrzenia nie sprawiały jej przykrości. Bawiły ją. Inni też je zauważyli.

– Ty, co ten gość tak się na ciebie gapi? Znasz go?

Zaśmiała się zadowolona.

– Wpadłam tatuśkowi w oko. Chyba muszę z nim zatańczyć. Może to początek pięknej przyjaźni?

Sama się zdziwiła, że powiedziała coś takiego. Wcale nie miała na to ochoty. Zażartowała. I prawie wszyscy odebrali to jako żart, tylko Zbyszek Podolski się nie zaśmiał. Ze złości aż zacisnął szczęki.

– Nie zrobisz tego.

Zapragnęła się z nim podrażnić. To, że spotykali się już dwa tygodnie i pozwalała, by coraz śmielej obmacywał ją w bramie na pożegnanie, nie znaczyło, że może jej zabraniać tańczenia z innymi. Nie była jego własnością.

– Niby dlaczego? Wyraźnie mu się spodobałam.

– Na twoim miejscu wcale bym się z tego nie cieszył.

Jego głos brzmiał poważnie, nawet trochę groźnie. To rozśmieszyło ją jeszcze bardziej.

– A co? To jakiś wampir?

– Gorzej.

– Może być jeszcze gorzej?

– Owszem. To prokurator Wojnar.

– Naprawdę?

– Serio nie wiedziałaś?

Nie wiedziała. Dopiero teraz popatrzyła na nieznajomego z prawdziwym zainteresowaniem. A więc tak wygląda prokurator Wojnar. Nigdy by nie pomyślała. Na tym barowym stołku sprawiał wrażenie zagubionego. Ale jeśli to on, ich spotkanie zdecydowanie było zrządzeniem losu. Trudno inaczej wyjaśnić taki zbieg okoliczności. W ciągu ostatnich tygodni przynajmniej kilka razy natknęła się na to nazwisko, kiedy wertowała roczniki starych gazet ze wzmiankami o krakowskich procesach zbrodniarzy hitlerowskich. Krótko po wojnie, jako młody asesor prokuratury wojskowej, Wojnar uczestniczył w śledztwach przeciw byłym esesmanom. Osobiście przesłuchiwał oprawców z Krakowa, Nowego Sącza, Zakopanego, Limanowej. Musiał więc dużo wiedzieć o Nordmannie. I skoro nadarzyła się okazja, głupotą byłoby z niej nie skorzystać.

Wzruszyła ramionami.

– Prokurator? I co z tego? Zakuje mnie w kajdanki? Tego jeszcze nie próbowałam.

– Zgrywasz się czy naprawdę jesteś taka pijana, że gadasz od rzeczy?

Może się upiła. Ale jeszcze się kontrolowała. Nie była idiotką. Doskonale zdawała sobie sprawę, jaką opinię ma Wojnar. Zadawanie się z kimś takim mogłoby ją skompromitować w oczach połowy miasta. Ale przecież nie miała zamiaru się z nim zadawać. Tylko lepiej go poznać, może chwilę porozmawiać. Poza tym nie znosiła, kiedy ktoś nachalnie nią dyrygował i mówił jej, co ma robić, a czego nie powinna. Nawet Zbyszek.

Chyba nigdy wcześniej nie widziała go tak wściekłego. Wydawało jej się, że słyszy, jak zgrzytają mu zęby. Tym bardziej podsycił jej upór.

– Wiem, co mówię, i wiem, co robię. Nie będziesz mnie pouczał, z kim mam tańczyć.

Zobaczyła, że Wojnar zsunął się z barowego stołka i zmierza w ich stronę, jak ktoś, kto nagle, po długiej walce z sobą, podjął decyzję. O, cholera! Chyba naprawdę ściągnęłam go myślami, pomyślała zaskoczona.

Podolski i jego koledzy demonstracyjnie odwrócili głowy. Prokurator ukłonił się przed nią w zabawnie staroświecki sposób.

Nawet gdyby wciąż jeszcze się wahała, teraz niezręcznie byłoby odmówić.

Tańczył nieźle, ale dość sztywno, w milczeniu. Wydawał się spięty, skupiony przede wszystkim na tym, żeby nie podeptać jej butów. Postanowiła od razu przejść do rzeczy.

– Mogę pana o coś zapytać, prokuratorze?

Wreszcie wyrwała go z odrętwienia.

– Pani mnie zna?

Spodobało jej się brzmienie jego głosu. Bardziej niż reszta.

– Pańska sława kroczy przed panem – powiedziała.

Uśmiechnął się po raz pierwszy, choć wyglądało to raczej tak, jakby skrzywił się z bólu.

– Wyobrażam sobie. Pani to nie odstraszyło?

– Sam pan widzi.

– Tak odważnej dziewczynie nie mogę odmówić. Proszę pytać.

Raczej nie przeczuwał, jakiego rodzaju pytanie usłyszy. Wzięła głęboki oddech.

– Jak pan sądzi, czy uda się zebrać wystarczające dowody, żeby Nordmann został skazany na najwyższy wymiar kary?

Teraz chyba zrobiła na nim wrażenie. Zgubił rytm, rzeczywiście nadepnął jej na nogę.

– To też pani wie? Że ja się tym zajmuję? Skąd?

Uśmiechnęła się tryumfująco.

– Nie wiedziałam. Intuicja.

– Pogratulować. Trafiła pani. Czy ja mogę teraz zapytać, z jakiego powodu młoda, piękna kobieta interesuje się tą sprawą?

Nie uważała się za piękną. Często czuła się staro. Nie zamierzała jednak protestować.

– Może jej nie wystarczy, że jest piękna i młoda? Może chciałaby czegoś więcej?

– Na przykład?

– Na przykład napisać pracę magisterską na temat ścigania zbrodni hitlerowskich.

Nie zmyśliła tego na poczekaniu. Pomysł chodził jej po głowie od jakiegoś czasu, ale do tej pory była to tylko mglista idea. Kusiła ją, ale i budziła lęk. Obawiała się, że nie sprosta wyzwaniu. No i zdawała sobie sprawę, że trudno jej będzie znaleźć promotora. Nie miała wysokich notowań. W oczach ludzi, którym odważyła się o tym napomknąć, dostrzegała w najlepszym razie życzliwą przestrogę: „Dziewczyno, na co ty się porywasz? Znajdź sobie coś łatwego, na miarę swoich możliwości”.

– Ambitny zamiar – zamruczał Wojnar. – Temat wciąż słabo zbadany.

Wydało jej się, że w odróżnieniu od innych on popatrzył na nią z uznaniem.

– Właśnie. No to jak? Znajdą się czy nie znajdą? Te dowody?

– Nie wiem – przyznał. – Nie jestem jasnowidzem. To zależy od wielu czynników.

– Chyba prościej byłoby wystąpić o ekstradycję i sądzić go tutaj?

– Jak Hössa, Bühlera i innych? I może jeszcze powiesić publicznie? Marzycielka. To już nie te czasy. To znaczy… Powiem pani, ale proszę to na razie zachować dla siebie. Badaliśmy taką możliwość. Ale to beznadziejna sprawa. Obecne niemieckie prawo nie daje tej szansy – powiedział takim tonem, jakby osobiście badał możliwość ekstradycji Nordmanna.

Pomyślała, że to wcale nie jest wykluczone. Z tego, co wiedziała, Wojnar miał znacznie większe wpływy, niż wynikałoby z jego stanowiska. Tylko że, jak na prokuratora, strasznie dużo gadał. Zastanowiło ją, czy z niewiadomych przyczyn nabrał do niej zaufania, czy prowadzi z nią jakąś grę.

– Dlaczego? – spytała.

– A jak pani sądzi? Jako przyszła prawniczka?

– Bo w Niemieckiej Republice Federalnej bardzo humanitarnie zniesiono karę śmierci, a my, jako wschodni barbarzyńcy, ciągle wieszamy? Tyle że już nie publicznie?

– Brawo! Tak by brzmiało oficjalne uzasadnienie odmowy. My oczywiście bylibyśmy gotowi zagwarantować, że Nordmann nie zostanie powieszony, choć mu się to po stokroć należy. Ale to na nic. Ponieważ prawdziwy powód jest inny.

– Mianowicie? – spytała.

– Nie, bo nie. Bo już nie wydaje się Niemców Polakom.

– Opowie mi pan o tym więcej? – spytała. – Czy panu nie wolno?

– W pewnych granicach mogę sam decydować, co mi wolno. Ale to raczej nie jest temat na rozmowę w tańcu – odpowiedział. – Jeśli pani nie zmieni zdania, proszę do mnie zadzwonić. Umówimy się.

Teraz, w Kolorowej, powoli pijąc zimną już kawę i paląc papierosa za papierosem, zastanawiała się, czy warto przyjąć tę propozycję. Pokusa była silna. Strach także.

Tego samego dnia prokurator Wojnar od rana wyrzucał sobie wczorajszą nieostrożność. Nie było to poczucie winy, raczej świadomość, że męski odruch wziął górę nad zawodową dyscypliną. Mimo wszystko posunął się za daleko, prosząc tę dziewczynę do tańca. Chyba diabeł go podkusił. W swojej pracy nie powinien sobie pozwalać na takie wyskoki. Prawie się zdemaskował.

Byłoby najlepiej, gdyby w ogóle przestał zaglądać do Feniksa, kiedy się dowiedział, kim ona jest. Czyli jakiś miesiąc wcześniej. Młody asesor wpadł wtedy do jego gabinetu rozgorączkowany.

– Panie prokuratorze, namierzyliśmy ją.

– Tę Morawską?

– Nie, jej córkę.

Prokuratorowi nie wypadało okazywać emocji.

– Tak? No i gdzie ona się ukrywała do tej pory?

– Zdziwi się pan. Cały czas mieliśmy ją pod nosem. Studiuje prawo w Krakowie. W dodatku prawie codziennie bywa w Feniksie. Zabawowa dziewczyna. Musiał pan nie raz ją tam widzieć.

– Jak to się stało, że do tej pory na nią nie wpadliśmy?

– Teraz nazywa się Kowalik. Jej matka zmieniła nazwisko. Tego nie ma w aktach.

No tak, pomyślał Wojnar. Ktoś kiedyś zapomniał wpisać. Albo mu się nie chciało. Polska norma.

– Gdzie mieszka? – zapytał. – W akademiku?

Młody się speszył.

– U tych Zawadzkich.

Wojnar z trudem powstrzymał kpiący uśmiech. A więc namierzyli dziewczynę u jej własnej ciotki. Po dwóch miesiącach poszukiwań.

– W takim razie gratuluję kolegom błyskawicznego sukcesu.

– Sam pan prokurator mówił, żeby delikatnie. Żeby unikać niepokojenia porządnych ludzi bez potrzeby.

Wojnar tylko machnął ręką. Rzeczywiście tak mówił. Sam nie był pewny, czy szukanie Krystyny Morawskiej po tylu latach ma sens. Mogła coś wnieść do sprawy Nordmanna, ale równie dobrze mogła nie wnieść niczego. Zdawał sobie sprawę, że wiele działań w tej sprawie wynika z jego prywatnej obsesji. Wiedział lepiej niż ktokolwiek, jak bardzo zawalił przed piętnastu laty.

Był wtedy bardzo młody. Niedouczony. Bez doświadczenia. Ale to go we własnych oczach nie usprawiedliwiało. Miał w rękach człowieka, który mógł wiedzieć, gdzie ukrył się Nordmann po ucieczce z Polski. Po tygodniu przesłuchań Wojnar był już tego prawie pewny. Trzeba było tylko zmusić drania do mówienia. I nie poradził sobie.

Tamten człowiek nazywał się Johann Klobassa. Za okupacji miał w Nowym Sączu opinię najgorszego ze zbirów Nordmanna. Pochodził z małej wioski nad Dunajcem, z miejscowych Niemców, osiadłych tam od dwustu lat. Choć, sądząc po nazwisku, musiał mieć wśród przodków także jakiegoś Polaka. W mieście przeważnie mówiono na niego po prostu Jasiek Kiełbasa. Polska wersja jego nazwiska budziła jeszcze większą grozę niż niemiecka.

Przed wojną pracował na kolei. Za parę groszy dał się zwerbować niemieckiemu wywiadowi. A kiedy rządy objęli jego rodacy, zaraz podpisał folkslistę i wstąpił do Policji Bezpieczeństwa. Służył najlepiej, jak potrafił. Chociaż nie miał doświadczenia w pracy policyjnej i nikt nie uczył go techniki przesłuchań, szybko dowiódł, że ma do tego wrodzony talent. No i najwyraźniej bardzo mu się to spodobało.

Na ogół uważany za tępego osiłka, był jednak dość mądry, żeby przed końcem wojny zadbać o siebie. Tuż przed wkroczeniem Armii Czerwonej do Krakowa zdołał razem ze swoimi szefami uciec na Zachód. Po kapitulacji Niemiec ukrywał się jeszcze jakiś czas, ale w końcu wpadł. Brytyjczycy aresztowali go w swojej strefie okupacyjnej, przesłuchali byle jak i wydali Polsce. Podrzędny gestapowiec z Nowego Sącza nie miał dla nich wartości.

W Krakowie też nie przywiązywano wagi do jego zeznań. Liczący się śledczy byli wtedy zajęci oprawcami z Oświęcimia. Chyba tylko dlatego Wojnar dostał go w swoje ręce. Dla niedoświadczonego asesora była to wielka rzecz. Tym bardziej że Klobassa niemal do chwili pechowego aresztowania ukrywał się jakoby z Nordmannem. Lekkomyślnie wygadał się przed kolegami z celi. Nawet przechwalał się, jakie zaufanie miał do niego były szef.

Wojnar starał się więc wydusić z gestapowca zeznania. Brakowało mu tylko umiejętności. Może Klobassa był prostakiem, chamem i psychopatą, ale znał się na tej robocie. W ciągu czterech lat okupacji przeprowadził setki „zaostrzonych przesłuchań”. Polaków i Żydów. Mężczyzn i kobiet. Wiedział, jak to się robi. Pojedynek był nierówny. Klobassa wcześniej własnymi rękami złamał wiele kości i charakterów. Wojnar do tej pory nie złamał ani jednego.

Mimo to z początku zdawało się, że świetnie mu idzie. Klobassa sypał. Dopiero po kilku dniach przesłuchań Wojnar zorientował się, że gestapowiec mówi mu tylko to, co sam chce. Głównie obciążał polskich konfidentów, dzięki którym Nordmann mógł przez kilka lat skutecznie rozpracowywać podziemie. To było dla Wojnara ważne, ale nie najważniejsze.

Pogubiłby się zupełnie w tym śledztwie, gdyby po kilku dniach nie przyszedł mu z pomocą kapitan Władysław Góra, oddelegowany z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, kilka lat starszy od Wojnara i bez porównania bardziej doświadczony. W prokuraturze szeptało się po kątach, że kiedyś nazywał się Berg, a przeszkolenie odebrał w Moskwie. Być może centrala jednak w końcu doceniła wagę prowadzonego w Nowym Sączu śledztwa.

Kapitan wydawał się być życzliwie nastawiony do młodszego współpracownika. Nawet udawał kumpla. Wojnar nie był tak naiwny, żeby w to bezkrytycznie wierzyć, ale sporo się od niego nauczył. Przede wszystkim Góra przekonał go, że ze szkopami nie należy się cackać.

– Cały czas pamiętajcie, prokuratorze, co oni nam robili. Nie miejcie żadnych skrupułów. Oni ich nie mieli.

Wojnar zaczął więc walczyć z Johannem Klobassą jego własną bronią. Przychodziło mu to z trudem, musiał się przełamywać. Żeby dopaść Nordmanna, był gotów na wszystko. Stary gestapowiec długo się nie poddawał, ale w końcu i on zbliżył się do granicy, za którą najtwardsi pękają. Wojnar to czuł. Pewnego dnia nabrał przekonania, że nazajutrz Klobassa wyśpiewa wszystko, co wie o swoim byłym szefie.

Rano zadzwonił dyżurny z aresztu.

– Obywatelu prokuratorze, Kiełbasa w nocy podciął sobie żyły!

Wojnar odpędzał od siebie te wspomnienia, jak umiał. Nie mogły mu się do niczego przydać. Mimo to trudno mu już było skupić się na pracy. Z dalekiej przeszłości przeskakiwał myślami do dziewczyny z Feniksa.

W co tym razem się pakował? Przecież chodziło nie tylko o to, że ta młoda kobieta była córką Krystyny Morawskiej. To znaczy, na początku tak, właśnie o to chodziło. Ale potem już nie. Gdyby było inaczej, nie przychodziłby tak często do Feniksa jedynie po to, żeby ją zobaczyć. I nie poprosiłby jej w końcu do tańca, ryzykując, że wyjdzie na starego durnia.

Tym bardziej że przez cały miesiąc nie zrobił nic, żeby wykorzystać tę dziewczynę do ustalenia aktualnego miejsca pobytu jej matki. Jeśli w ogóle je znała. Ale nawet tego nie starał się dowiedzieć. Zamiast tego nieudolnie próbował ją poderwać. Bo jak to inaczej nazwać?

Zdawał sobie sprawę, że szanse są nikłe. Tak wiele ich dzieliło, a łączyła, przynajmniej na razie, tylko osoba hitlerowskiego zbrodniarza, który gdzieś daleko w Niemczech Zachodnich czekał na proces. Właśnie z jego powodu Wojnar się nią zainteresował. Teraz nabierał coraz większej nadziei, że z tej samej przyczyny ona zainteresuje się nim.

I któregoś dnia zadzwoni.

Tymczasem w Kolorowej Magdalena umacniała się w przekonaniu, że nie powinna dzwonić do Wojnara. Kiedy wychodziła na opustoszałą Gołębią, była już prawie pewna, że tego nie zrobi. Chyba naprawdę powinna trzymać się z dala od tego człowieka. Zbyszek Podolski mógł mieć słuszne powody, żeby się wściekać.

Zadygotała. Pod wieczór chwytał przymrozek. Szła przez wyziębione, bezlistne już Planty, otulając się szczelniej kożuszkiem. Od zimna piekła ją twarz. Przypomniało jej to policzek wymierzony przed laty przez ciotkę Irenę, kiedy lekkomyślnie zapytała o Nordmanna. Ogarnął ją trudny do wytłumaczenia lęk, że jeśli znowu zacznie nadmiernie interesować się tą sprawą, może ją spotkać coś znacznie gorszego.

Ta, która lubiła Niemców

Krystyna Morawska po raz pierwszy zobaczyła Heinricha Nordmanna tydzień po jego przybyciu do Nowego Sącza. Z samego rana przed budynek ratusza zajechały samochody, gestapowcy wpadli do budynku, szli od pokoju do pokoju, legitymowali wszystkich polskich pracowników magistratu. Potem kilku z nich wyprowadzili pod bronią.

Krystyna widzi przez okno, jak jej koledzy wychodzą z budynku z rękami podniesionymi wysoko do góry i wsiadają do ciężarówki.

– Nikogo nie zostawią w spokoju, zobaczycie – powtarzają sobie urzędnicy.

Od kilku dni trwają aresztowania w całym mieście. Ci, którzy lubią być poinformowani lepiej od innych, wiążą je z pojawieniem się w tutejszym komisariacie Policji Bezpieczeństwa nowego szefa. Ten jakiś Nordmann ma być ponoć jeszcze gorszy od swego poprzednika. Krystyna boi się coraz bardziej. Przede wszystkim, że mogą aresztować Andrzeja Orlicza. A ona nie zdąży powiedzieć mu tego, co chce mu powiedzieć od dawna.

Nie są z sobą już tak blisko jak kiedyś. Ona bardzo tego żałuje. Chciałaby, żeby to się zmieniło. Ale nie umie zdobyć się na pierwszy krok. W jednej chwili jest prawie zdecydowana. W następnej opadają ją wątpliwości. Może on wcale nie byłby z tego zadowolony. Może dla niego pozostała tylko koleżanką z dzieciństwa.

Znają się od piaskownicy. Kiedy oboje byli mali, doroś­li śmiali się, że chyba zostali sobie przeznaczeni. Choć Andrzej jest od niej starszy o trzy lata, idealnie się wtedy dogadywali. Krystyna do dziś pamięta, jak łapał dla niej na łąkach polne koniki, a ona je wypuszczała, podrzucając wysoko. Albo jak razem brodzili w Dunajcu i budowali tamy z kamyków, a obie matki krzyczały jedna przez drugą: „Tylko nie wchodźcie do wody powyżej kolan!”. Ich rodzice przyjaźnili się i często słyszała: „Trzeba by te nasze dzieci pożenić”. Oczywiście żartowali, ona jednak, jako mała dziewczynka, brała to na poważnie.

Kiedy się od siebie oddalili? Chyba po tym, jak Andrzej wyjechał na studia do Lwowa, a ona była dopiero w gimnazjum. To wtedy zaczął mieć do niej pretensje, że za blisko koleguje się z Niemcami. Dawał jej to odczuć za każdym razem, gdy przyjeżdżał do domu. Jednak chyba mimo wszystko pozostał jej przyjacielem. Nawet kiedy inni też zaczęli sobie przypominać, że Krystyna „zawsze dziwnie lubiła Niemców”. Jak choćby jej koledzy z magistratu, którzy spoglądają na nią coraz bardziej nieufnie.

A czy to jej wina, że mówi po niemiecku prawie jak Niemka, bo rodzice zadbali o jej wykształcenie? Czy to zbrodnia, że czytała po niemiecku Goethego, a grę na fortepianie doskonaliła na pieśniach Schuberta? Kiedy pierwszy raz pojechała do Drezna i Berlina z grupą koleżanek ze szkoły, miała ledwo szesnaście lat. Hitler jeszcze próbował udawać przyjaciela Polaków. Rodzice nie mieli nic przeciw tej wycieczce. Ojciec powtarzał, że Niemcy to kulturalny naród, a Polacy mogą się od nich wiele nauczyć. Wierzyli także, że pan Strobel, bliski znajomy rodziny, właściwie się nią zaopiekuje.

Mieli rację. Nauczyciel niemieckiego okazywał jej wprawdzie wiele sympatii, wyróżniał spośród innych uczennic, ale nie posunął się nawet o krok poza granicę, jaka dzieli opiekuna i podopieczną. Pokazał jej Niemcy muzeów i sal koncertowych, nie parteitagów i antyżydowskich awantur. Zauważyła, że byłby zadowolony, gdyby zaprzyjaźniła się bliżej z jego synem Pawełkiem. Jej rodzice też uważali, że to wartościowy chłopiec, dobrze ułożony i zawsze szarmancki.

Ale to nie Pawełek Strobel był problemem. Krystyna nigdy go nie lubiła i w żaden sposób jej nie pociągał. Uważała, że to laluś i lizus. Wciąż jednak nie miała nic przeciw jego rodakom. Wtedy jeszcze nowosądeccy Niemcy, osiadli od pokoleń nad Dunajcem i Popradem, żyli z polskimi sąsiadami w zgodzie. Do jej klasy w gimnazjum chodziły trzy Niemki. Zaprzyjaźniła się z jedną z nich, Helcią Landsberg. Coraz częściej bywała u niej w domu. Tym chętniej, że Tomek, starszy brat Helci, wydał jej się całkiem sympatyczny. I właśnie ta jej znajomość najbardziej nie spodobała się Andrzejowi. Tylko że Andrzej był daleko, a Tomek blisko.

Landsbergowie mieszkali w dużej willi z ogrodem, Helcia i Tomek zapraszali także kolegów Polaków. Razem tańczyli, gadali i wygłupiali się. Drażliwe tematy próbowali omijać. Albo zbywać żartem. Tomek maszerował wokół klombu, wyrzucając wysoko nogi, i wyśpiewywał:

Auf der Heide blüht ein kleines Blümelein

und das heißt: Erika…1

Krystyna śmiała się i klaskała, bo wydawało się jej, że ludzie, którzy układają takie wesołe, pogodne piosenki, nie są zdolni do zrobienia komukolwiek krzywdy. I nie tylko nie sprzeciwiała się, ale nawet było jej przyjemnie, kiedy Tomek przekręcał tekst następnej zwrotki:

In der Heimat wohnt ein kleines Mägdelein

und das heißt: Kristina…2

Coraz częściej spotykała się z Tomkiem Landsbergiem sam na sam. Tomek, podobnie jak ona, grał na fortepianie i kochał niemieckich kompozytorów. Rozmawiali z sobą, często po niemiecku, głównie o muzyce. Nie widziała w tym nic złego. Zapalał się, kiedy rozmowa schodziła na Wagnera. Oczy mu lśniły, gdy opowiadał o Nibelungach, Brunhildzie i Zygfrydzie. Siedemnastoletniej Krystynie wydawał się w takich chwilach piękny.

Tak, wtedy Andrzej rzeczywiście zaczął się na nią boczyć. Unikał jej. Gdyby zamiast tego zaproponował jej randkę, zapomniałaby o Tomku w pół minuty. Ale tego nie zrobił.

Później stosunki z miejscowymi Niemcami się popsuły. Znajome Jaśki zamieniły się nagle w Johannów, Kaśki w Katariny. Musieli przewidywać, że Hitler już niedługo ruszy na Polskę. Starsi na ogół zachowywali się przyzwoicie. Niektórzy inaczej nie umieli. Najgorsi byli smarkacze z gimnazjum.

Tomek także się zmienił. I on coraz częściej przedstawiał się jako Thomas. Krystyna później wyrzucała sobie, że była taka głupia. Powinna zauważyć od razu, poczuć sygnał ostrzegawczy już w dniu, kiedy wyraził się lekceważąco o Szopenie.

– Ach, ten wasz Francuzik, co wy w nim widzicie? Salonowy grajek. Gdzie mu do Wagnera!

Wmawiała sobie, że to tylko młodzieńczy bunt przeciw świętościom, jakie narzucała szkoła. Ale nadeszły wakacje roku tysiąc dziewięćset trzydziestego ósmego i musiała zmienić zdanie. Była właśnie świeżo po maturze, kiedy na letni obóz przyjechali młodzi Niemcy z Rzeszy. Założyli swoją bazę w niemieckiej szkole przy Pijarskiej. Tomek bardzo się z nimi zakolegował.

Mówiło się, że wędrują po górach z plecakami. Zachowywali się jednak podejrzanie. Krystyna najpierw dowiedziała się tego od gosposi rodziców. Kobieta pochodziła spod Łącka, w każdą niedzielę jeździła tam do rodziny. I podobno spotkała tych obozowiczów w swojej wsi, w której żyło kilka niemieckich rodzin.

– A wie panienka, że te młode szwaby to jakieś dziwne są? Niby na wypoczynek przyjechały, a po całych dniach o coś tych swoich wypytują, w kajetach zapisują, rysują cosik. Naszym z drogi schodzą, ale ludzie swoje widzą. A tego panienki niemieckiego kawalera to też z nimi raz zobaczyłam.

– Jakiego znowu mojego kawalera? – oburzyła się Krystyna.

– No, tak mi się tylko powiedziało. Tego panienki kolegę.

Może była przeczulona, ale w oczach gosposi dostrzegła wyrzut.

Coraz bardziej ją to dręczyło. Z Tomkiem nie widziała się od paru tygodni. Ostatni raz się spotkali, kiedy próbował zaprosić ją na ognisko, jakie Niemcy urządzili nad Dunajcem. Naprawdę miała ochotę pójść. Była ich ciekawa. Ludzie opowiadali o nich różne rzeczy, chciała się przekonać, jacy są naprawdę. Zrezygnowała w ostatniej chwili, już w drodze nad rzekę.

– Tylko żebyś się nie zdradziła, żeś Polka – nakazał jej Tomek. – Powiedziałem im, że ty też jesteś z niemieckiej rodziny.

Postanowiła wtedy, że już nigdy się do niego nie odezwie. Ale z biegiem tygodni jej stanowczość słabła. Tymczasem Lena, jak kazała się teraz nazywać dawna Helcia Landsberg, już kilka razy napomknęła, że może by Krystyna znów do nich wpadła. Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, aby zgadnąć, że kryją się za tym starania Tomka. Po krótkim wahaniu przyjęła kolejne zaproszenie na muzykującą herbatkę. Zapowiadało się niegroźnie.

Z początku rzeczywiście było całkiem miło. Trochę grali na cztery ręce, Lena zaśpiewała dwie pieśni Schuberta. Potem Krystyna dała się nawet namówić na kieliszek domowego wina, które Tomek podkradł ze spiżarni rodziców. Potem na jeszcze jeden. Niepokój minął. Tomek nie mógł robić niczego złego, gosposia na pewno przesadzała. Po prostu nie lubiła Niemców.

Wreszcie Lena znikła gdzieś na dłuższy czas. Później Krystyna się zastanawiała, czy wszystko było z góry ukartowane, ale wtedy nie zwróciła na to uwagi. Nie protestowała też, kiedy Tomek skorzystał z okazji i usiadł obok niej na kanapie, a potem niezgrabnie, choć z udawaną pewnością siebie, objął ją ramieniem. Była ciekawa, co chłopak teraz zrobi, bo czuła, że zbiera się w sobie i nie może się zdecydować. Czy spróbuje ją pocałować? Postanowiła trochę się opierać, ale nie za bardzo.

– Posłuchaj mnie, Kristina… Czy ty mogłabyś zostać Niemką?

Odsunęła się gwałtownie.

– Znowu zaczynasz? Co to w ogóle za pytanie. Jestem Polką. Przeszkadza ci to?

– Nie, skądże. Tylko…

– Przecież to nie pierwszy raz. Przed twoimi przyjaciółmi z Niemiec też było ci wstyd, że się spotykasz z Polką?

– Wcale nie chodziło o to.

– Przynajmniej nie kłam. Wiesz, co ludzie po wsiach o nich mówią?

– Niby co?

– Że przyjechali tu szpiclować. A ty im pomagałeś!

Thomas poczerwieniał, poderwał się z kanapy, zacisnął pięści.

– Toś ty taka? Słuchasz, co wieśniacy wygadują? A ja chciałem ci pomóc.

– Pomóc? Ty mnie?

– A żebyś wiedziała. Chciałem… Chciałem… Bo niedługo żadnej Polski nie będzie.

Więcej nie miała ochoty Thomasa oglądać.

Od września zaczęła pracować w magistracie i znów coraz częściej myślała o Andrzeju. Liczyła tygodnie do następnych wakacji. Zobaczyła go dopiero w sierpniu. Sprawił jej niespodziankę, gdy pojawił się u niej bez zapowiedzi. Usiedli na balkonie przy lemoniadzie. Pomyślała, że po prostu stęsknił się za nią. Cieszyła się, że może znów zaczną się spotykać.

– Wiesz może, co się dzieje z tym twoim kolegą, Landsbergiem? – zapytał.

Zmroziło ją.

– Nie widziałam go od roku – odpowiedziała obrażonym tonem. – A tobie do czego on potrzebny?

– Trzeba teraz na tych szwabów uważać. Pilnować ich.

Nie obchodziło jej pilnowanie szwabów. W tej chwili nie obchodziło jej nic oprócz Andrzeja. Nie mogła oderwać od niego oczu. Opalony po obozie wojskowym, z rozjaśnionymi od słońca włosami spadającymi na czoło, podobał jej się bardziej niż kiedykolwiek. Nie miała cierpliwości czekać, czy on się w końcu zdecyduje.

– Słuchaj, może wybierzemy się razem nad rzekę, jak dawniej? – zaproponowała.

– Teraz nie ma czasu na takie przyjemności.

– Przecież są wakacje.

– Będzie wojna, Krysiu.

Wzdrygnęła się.

– Nawet tak nie mów. Nie chcę o tym myśleć.

– Trzeba o tym myśleć.

Wojna przyszła do Nowego Sącza cztery tygodnie później. Któregoś ranka obudził ją hałas pod oknami. Wyjrzała zza zasłony. Ulicą przechodził oddział niemieckich żołnierzy, łomocząc po bruku podkutymi butami.

Buchnął śpiew:

Auf der Heide blüht ein kleines Blümelein

und das heißt: Erika…

Od tamtego czasu ten marsz prześladuje ją wraz ze wspomnieniem o Tomku Landsbergu. Któregoś dnia, gdy wracała z pracy do domu, dowiedziała się o jego śmierci. Obok Kreishauptamtu natknęła się na afisz, który po niemiecku wzywał na uroczystość poświęconą pamięci „wiernych synów Ojczyzny, zamordowanych bestialsko przez polskich bandytów”. Wśród kilkunastu nazwisk wypatrzyła znajome: „Thomas Landsberg, 22 Jahre3”.

Wpatrywała się w zadrukowaną płachtę, kiedy niespodziewanie stanął przy niej Andrzej. Później zastanawiała się, czy na pewno przypadkiem. Ujął ją pod rękę, pociągnął.

– Nie zatrzymuj się tutaj.

– Ale co się stało? – odważyła się zapytać dopiero za skrzyżowaniem. – Kto ich zabił? Jacy polscy bandyci?

– Zostali rozstrzelani z wyroku sądu polowego. Jako dywersanci.

– Tomek? Dywersant?

– A jakże. Twój Tomek też.

Wyrwała ramię.

– Jaki znowu mój?

– Niech ci będzie, że nie twój. Widać w końcu przejrzałaś na oczy. Lepiej późno niż wcale.

Wszystko się w niej burzyło. Jednak przeważyła świadomość, że trochę sobie na te słowa zasłużyła.

– Co takiego zrobili? – spytała.

– Wysadzili most kolejowy na trasie do Tarnowa. Idioci. Ten most nic nie znaczył. Zachciało im się zgrywać bohaterów. No to się doigrali.

Może nie był zbyt miły, ale odprowadził ją do samego domu, mimo że wcześniej miał chyba inne plany. Jakby chciał nabrać pewności, że bezpiecznie wróciła do siebie. Choć tak Niemców nienawidzi, chyba już jej wybaczył przyjaźń z Tomkiem Landsbergiem. Zrozumiał, że po prostu się pogubiła. Pomyślała, że wojna wszystko odmienia. Może więc zmieni także coś w życiu ich dwojga. Musi tylko cierpliwie poczekać.

Teraz patrzy, jak gestapowcy wyprowadzają z ratusza kolegów, z którymi jeszcze wczoraj pracowała. I przez krótką chwilę wyobraża sobie, że tak samo polscy żołnierze musieli prowadzić Tomka na rozstrzelanie. Ale przede wszystkim obezwładnia ją strach, że w każdej chwili podobny los może spotkać także Andrzeja. Po ostatnim spotkaniu nabrała przekonania, że tego, co jej powiedział, nie mógłby wiedzieć, gdyby nie był zaangażowany w jakąś tajną działalność.

Z dołu dobiegają strzępy niemieckich komend. Wydaje je wysoki, postawny oficer w szarym mundurze Służby Bezpieczeństwa. Jego widok budzi wśród urzędników poruszenie.

– To chyba właśnie ten nowy, ten Nordmann.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

1.

Ta, która lubiła Niemców

2.

Niemiec, który chciał być dobrym synem swego kraju

3.

Dla ojczyzny, Führera i dla ciebie, matko

4.

W łóżku Polki wcale nie są gorsze

5.

Pan życia i śmierci

6.

Pięknie pani gra, Fräulein

7.

Nordmannowi się nie odmawia

8.

Miłość do sztuk pięknych

9.

Lepiej byłoby umrzeć

10.

Ciężkie zadania, małe przyjemności

11.

Zrobimy Żydom szurum-burum

12.

Nie możesz być taka strachliwa, Krysiu

13.

Za wszelką cenę

14.

W ludzkich oczach jesteś zgubiona

15.

Pożałujesz, że cię nie zastrzeliłem

16.

Obowiązek wypełnić do końca

17.

Za wierność ojczyźnie nie nagradzają

18.

Ich bin ein Sündenbock

19.

Już zawsze będziesz uciekać

20.

Do końca życia i jeszcze dłużej

Od Autora

1 Tam na łące mały kwiatek rozkwita

A zwie się: Erika.

2 Tam w ojczyźnie mieszka mała panienka

A zwie się: Kristina.

3 22 lata.

Spis treści

1.

Ta, która lubiła Niemców

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Sny wojenne Wolontariuszka Dwie kochanki W imię zasad Pismak 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie