Love & Luck

Love & Luck

Autorzy: Jenna Evans Welch

Wydawnictwo: Dolnośląskie

Kategorie: Dla młodzieży

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 22.34 zł

Addie przyjechała do Irlandii na ślub ciotki. Pragnie zapomnieć o koszmarnym zdarzeniu, które złamało jej serce, ale rodzony brat Ian stale jej o nim przypomina! Dopiero odkrycie w hotelowej biblioteczce przewodnika pod tytułem Irlandia dla złamanych serc pozwala dziewczynie zmierzyć się z miłosnym rozczarowaniem i lepiej zrozumieć siebie. A nawet zmienić wakacyjne plany! Niespodziewanie Addie wyrusza na wyprawę po Szmaragdowej Wyspie, uwięziona w małym aucie z Ianem i jego irlandzkim kumplem Rowanem. Czy podróż przez zielone wzgórza, omszałe zamczyska i baśniowe lasy zagoi poranione serce/

Przełożyła z angielskiego

Donata Olejnik

WROCŁAW 2018

Tytuł oryginału

Love & Luck

Projekt okładki

Copyright © 2018 by Karina Granda

Koordynacja projektu

SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK

Redakcja

URSZULA ŚMIETANA

Korekta

IWONA HUCHLA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Text copyright © 2018 by Jenna Evans Welch

All rights reserved, including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This book is a work of fiction. Any references to historical events, real people, or real places are used fictitiously. Other names, characters, places, and events are products of the author’s imagination, and any resemblance to actual events or places or persons, living or dead, is entirely coincidental.

Polish edition © Publicat S.A. MMXVIII (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2018

ISBN 978-83-271-5898-7

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

Dedykacja

Kochane smutasy o złamanych sercach!

Prolog

Na dzikim atlantyckim zachodzie

Klify Moheru

Burren

Półwysep Dingle

Park Narodowy Killarney

Kamień z Blarney

Cobh

Tajne kręgi wróżek

Love and Luck

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Norze Jane,

właścicielce pary niezwykle odważnych stóp

oraz uroczego uśmiechu, który przez ponad

dwanaście miesięcy oświetlał mój mrok.

To dla Ciebie, maleńka

Kochane smutasy

o złamanych sercach!

Co przychodzi Wam do głowy, gdy wyobrażacie sobie podróż przez Irlandię? Wybekiwanie piosenek biesiadnych w ciemnym, hałaśliwym pubie? Eksplorowanie omszałych zamczysk? Bieganie boso po łące pełnej czterolistnych koniczyn? A może słowa z tej starej piosenki Johnny’ego Casha: green, green, forty shades of green[1]?

Cokolwiek sobie wyobraziliście, moi usychający z miłości przyjaciele, mogę bez wahania powiedzieć, że się mylicie. Nie twierdzę, że nie będziecie nigdy śpiewać All for Me Grog w małym dublińskim barze czy wędrować popołudniami po rozmokłych zamkowych przyległościach. Chcę powiedzieć jednak, że Wasza podróż okaże się zdecydowanie lepsza od oczekiwań. Nie wierzycie? Poczekajcie na moment, w którym staniecie na krawędzi Klifów Moheru[2], wiatr zbije Wam włosy w jednego dreda, a Wasze serce będzie waliło jak oszalałe. Wtedy możemy porozmawiać.

Wiem, że w tej chwili czujecie się słabo i krucho, dlatego wyłożę to Wam jak na tacy. Zakochacie się po uszy w miejscu, które nie tylko zagoi Wasze zranione serca, ale także postawi przed Wami wiele wyzwań. Czas otworzyć walizki, umysły, a przede wszystkim – ten przewodnik. Jestem bowiem zarówno nieznośną ekspertką w kwestii wszystkiego, co irlandzkie, jak i wyjątkową specjalistką od złamanych serc. Przewodnik typu „dwa w jednym”. Nie udawajcie, że nie jestem Wam potrzebna. I Wy, i ja doskonale zdajemy sobie sprawę, że z tysięcy dostępnych przewodników turystycznych po Irlandii wybraliście akurat ten.

Trafiliście w dziesiątkę, moi kochani. Szmaragdowa Wyspa nie jest jedyną przystanią złamanych serc, ale z pewnością kwalifikuje się jako najlepsza z nich.

Uwierzcie mi.

PS W czasie jednej z ostatnich, niezwykle intensywnych popołudniowych wycieczek w irlandzkim hrabstwie Clare doliczyłam się czterdziestu siedmiu odcieni zieleni. Słyszysz, Johnny?

– wstęp do książki Irlandia dla złamanych serc:

nietypowy przewodnik po Szmaragdowej Wyspie,

wydanie trzecie

Prolog

Najgorsze lato w moim życiu. To właśnie myślałam, tocząc się bezwładnie ku twardemu podłożu. Nie: Spadam. Nie: Właśnie zrzuciłam mojego brata z Klifów Moheru. Ani nawet: Ciotka zabije mnie za to, że popsułam najważniejszy dzień jej życia. Po prostu: Najgorsze lato w moim życiu.

Powiecie, że poprzestawiały mi się priorytety. Zanim dotarłam do podnóża klifu, cała byłam poprzestawiana.

Gdy w końcu zatrzymałam się po długim turlaniu, moja markowa sukienka nosiła na sobie ślady bliskiego kontaktu co najmniej z dziesięcioma błotnistymi kałużami, a ja wylądowałam właśnie w czymś, co stanowiło końcowy efekt przemiany materii u bydła. Jednak to nie krowie placki były teraz moim największym problemem. Gdzieś po drodze uderzyłam mocno w coś twardego i moje płuca bezskutecznie próbowały przypomnieć sobie, jaka właściwie jest ich rola. Wdychajcie, błagałam je. Wdychajcie.

W końcu odzyskałam kontrolę nad płucami. Zamknęłam oczy i zaczęłam robić wdechy i wydechy, odliczając do pięciu, jak to zwykle robię w podobnych sytuacjach, które, muszę przyznać, przytrafiają mi się znacznie częściej niż przeciętnemu człowiekowi.

Mój trener nazywa to czynnikiem agresji. Jego wysoka wartość oznacza, że kiedy wchodzę na boisko, a drużyna przeciwna wygląda jak horda Attyli w warkoczach, wiem, że nie zejdę na ławkę do końca meczu. Utrata kontroli nad oddechem to moja specjalność. Tyle że zazwyczaj mam wtedy na sobie piłkarskie korki i sportową koszulkę, a nie makijaż i markowe szpilki.

Gdzie jest Ian? Przeturlałam się na bok, rozglądając się w poszukiwaniu mojego brata. Podobnie jak ja leżał na plecach, z podciągniętą granatową marynarką, zwrócony głową dół, w stronę parkingu pełnego autokarów z turystami. Jednak w przeciwieństwie do mnie się nie ruszał.

W ogóle.

Nie! Poderwałam się na kolana, panika przesłoniła mi wzrok. Obcasem zahaczyłam o dół sukienki, z trudem się wyplątałam, przez głowę przelatywały mi sceny z filmiku o resuscytacji, który kazali nam oglądać w szkole. Czy powinnam zacząć od wdechów czy od uciskania klatki piersiowej? Dlaczego nie uważałam na tych lekcjach?

Już miałam się na niego rzucić, kiedy nagle otworzył oczy.

– Ian? – szepnęłam.

– Łał! – powiedział ociężale, patrząc na chmury przez zmrużone oczy. Poruszał najpierw jednym nadgarstkiem, potem drugim.

Opadłam z ulgą na ziemię, łzy zapiekły mnie pod powiekami. Może i zepchnęłam mojego brata ze skały, ale go nie zabiłam. To poważna okoliczność łagodząca.

– Idziemy dalej... Spójrzcie teraz do góry. – Zamarłam. Ktoś tu mówił z brytyjskim akcentem i najwyraźniej podszedł o wiele za blisko. – Hag’s Head znajduje się kawałek stąd. Ooo! Proszę. Na szczycie mamy ślub. Czy wszyscy widzą prześliczną pannę młodą? I... a niech to. Chyba straciła druhnę. Maleńką lawendową druhnę. Halo, maleńka lawendowa druhno! Wszystko dobrze? Chyba spadłaś!

Odwróciłam gwałtownie głowę, cała spięta i gotowa do ataku na osobę, która właśnie nazwała mnie „maleńką lawendową druhną”, jednak na widok tego, co ukazało się moim oczom, miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Nie dość, że wylądowaliśmy znacznie bliżej ścieżki, niż sądziłam, to stało na niej stado zachwyconych turystów prowadzonych przez przewodniczkę w wiśniowym ponczo. Tyle że nikt nie przyglądał się cudownym pejzażom ani ślicznej pannie młodej, którą – tak się składało – była moja ciocia Mel. Wszyscy gapili się na mnie. Trzydzieści osób.

Można by pomyśleć, że nigdy wcześniej nie widzieli bijatyki na weselu.

Zachowaj spokój.

Wyprostowałam się i przygładziłam spódniczkę.

– To tylko kilka fikołków – oznajmiłam pogodnie. Bleee. „Fikołki” nie zaliczały się do mojego codziennego słownictwa. Poza tym dlaczego z moich ust dobywał się sztucznie rozradowany głos robota?

Przewodniczka wskazała na mnie parasolką.

– Rzeczywiście spadłaś z samej góry?

– Na to wygląda – odparłam radośnie, z trudem powstrzymując to, co naprawdę chciałam powiedzieć: Nie, skądże. Urządziłam sobie drzemkę w krowim placku. Przeniosłam wzrok na Iana. Udawał martwego. Bardzo praktycznie.

– Na pewno nic ci nie jest?

Tym razem postarałam się, żeby w moim głosie zabrzmiała wyraźna prośba pod tytułem „idźcie już sobie, proszę”.

– Na pewno.

Poskutkowało. Przewodniczka spojrzała na mnie krzywo, a potem uniosła parasolkę i cmoknęła na turystów, którzy niechętnie ruszyli do przodu niczym olbrzymia, jednomózgowa stonoga. Chociaż ich miałam z głowy.

– Mogłeś mi pomóc ich spławić! – zawołałam do nieruchomego Iana.

Nie odpowiedział. Typowe. Ostatnio albo próbował mnie nakłonić, żebym przyznała się rodzicom do tego, co się wydarzyło w wakacje, albo w ogóle na mnie nie patrzył. Nie żebym go za to winiła. Sama nie mogłam na siebie patrzeć, a to przecież ja wszystko zawaliłam.

Poczułam na sobie kroplę deszczu, jedną, a potem drugą. Serio? Akurat teraz? Zerknęłam na niebo z potępieniem, po czym oparłam twarz na ręce, rozważając sposoby wyjścia z tej sytuacji. Mogłam najwyżej salwować się ucieczką do jednego ze sklepików z pamiątkami wbudowanych w skały jak norki hobbitów. Innych opcji nie miałam, nie licząc powrotu na przyjęcie weselne, czyli wprost przed oblicze mojej mamy, od której wściekłości drżała cała okolica. Nie było mowy, żebym weszła na linię ognia, o ile nie będzie to absolutnie konieczne.

Nasłuchiwałam, jak fale rozbijają się gwałtownie o skały, jak wiatr niesie strzępki głosów ze szczytu niczym confetti, które rozrzuciliśmy zaledwie kilka minut wcześniej:

Widziałaś?

Co się stało?

Nic im nie jest?

– Właśnie, że jest! – wrzasnęłam, ale wiatr połknął moje słowa. Nic nie było takie, jak powinno być, i to od tygodnia i trzech dni, a więc od chwili, kiedy Cubby Jones, chłopak, z którym spotykałam się potajemnie przez całe lato i w którym kochałam się od zarania dziejów, postanowił skruszyć moje serce w drobny pył i wysypać na całą drużynę futbolową. Drużynę futbolową Iana, dodajmy. Nic dziwnego, że mój brat nie mógł na mnie patrzeć.

Więc nie, nie mogłam potwierdzić, że nic mi nie jest. I miało tak zostać jeszcze bardzo długo.

Może już na zawsze.

[...]

Przypisy

[1] Zieleń, zieleń, czterdzieści odcieni zieleni [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].

[2] Cliffs of Moher, klifowy odcinek wybrzeża Atlantyku na zachodzie Republiki Irlandii.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Love & Luck #GOYOUNG. Love & Gelato 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę