Ostatni worek cementu

Ostatni worek cementu

Autorzy: Mateusz Wieczorek

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.95 zł

Pewnego dnia Colton Avila, młody pracownik agencji ubezpieczeniowej, przypadkowo trafia w sam środek wojny mafijnej. Tak właśnie będzie wyglądał początek końca jego dotychczasowego, spokojnego życia... Chłopak musi błyskawicznie dostosować się do panujących w tym światku bezwzględnych reguł, by stać się profesjonalnym płatnym zabójcą. Szyta grubymi nićmi intryga, w którą właśnie został wplątany, ma pomóc bossowi Hugonowi Wellsowi wrócić na szczyt. Może się to jednak okazać dużo trudniejsze, niż początkowo się wydaje...


W tej tragikomicznej opowieści pełnej najczarniejszego humoru spod znaku Tarantino, mafijny światek jednocześnie fascynuje, śmieszy i przeraża. Kim tak naprawdę jest Colton, a kim są jego ofiary? Skąd wziął się niewidzialny i ekscentryczny Ethan? Kto wyjdzie z tej krwawej wojny cało, a kto okaże się największym przegranym?


Akcja pędzi niczym ferrari w rękach szaleńca, a podkręcający ją czarny humor i nieodłączny przypadek splatający losy bohaterów czynią z „Ostatniego worka cementu” znakomitą sensacyjną rozrywkę. Nie znajdziecie tu gangsterów z zasadami, grzecznych chłopców ani uczciwych gliniarzy. W tym mrocznym mieście istnieje tylko jedna zasada: ochrona własnych interesów.


Adrian Bednarek, autor cyklu książek o Kubie Sobańskim



Gdy los wyciąga do ciebie rękę, chwytasz ją najmocniej jak potrafisz. Czasem warto się jednak dwa razy zastanowić. Łatwo bowiem można skończyć w samym środku mafijnych porachunków. Wieczorek zabiera nas w podróż gęsto usianą trupami, prezentując tragiczną i brutalną historię, która wciąga bez reszty. Dobra zabawa gwarantowana.


Tomasz Drabik, kulturacja.pl



Przepełniona czarnym humorem, absurdalna i pokręcona intryga potrafi zwalić z nóg. Bezwzględny świat, niebezpieczni ludzie i pędząca akcja — sensacja w czystym tego słowa znaczeniu.


Ewa Czuban, bookmoment.pl



„Ostatni Worek Cementu” to mistrzowska zaprawa wiążąca krwisty kryminał z czarną komedią. Takie połączenie to sukces murowany. W natłoku wrażeń będziecie drżeć na całym ciele, a salwy śmiechu będą kontrolować Wasz oddech.


Tomasz Kosik, czyt-nik.pl



Mateusz Wieczorek po raz kolejny kupił mnie pomysłem, poczuciem humoru i klimatem swojej powieści. Autor serwuje w „Ostatnim worku cementu” mieszankę wybuchową: mafijne porachunki, walka o władzę, a całość przyprawiona odrobiną nadprzyrodzonych mocy. Polecam!


Marta Kraszewska, rudymspojrzeniem.pl

Dla wszystkich, którzy, korzystając ze szpitalnej toalety,

pociągnęli za zwisający z sufitu sznurek,

myśląc, że włączają wentylator.



Zdążyła wejść?

SPIS TREŚCI

Prolog

Księga I. Jajko

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Księga II. Larwa

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Księga III. Poczwarka

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Księga IV. Subimago

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Księga V. Imago

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Podziękowania

PROLOG

Słońce, schowane głęboko za chmurami, chyliło się ku zachodowi. Senna poświata połączona z opadającą gęstą mgłą sprawiały wrażenie otaczającej świat morskiej głębi. Nieprzenikniony błękit zalał wszystko na swej drodze. Panowała złowroga cisza, którą przerywały krótkie piski i świergotania ptaków. Pojedyncze wstążki mgły niczym strzępki duchów zaczepiały się o gałęzie starej, wyniosłej wiśni. Kwitnąca pośrodku otaczającej ją nicości, sprawiała wrażenie monumentu. Jej delikatny biały kwiatostan zbierał na sobie krople wody. Coraz większe i większe, aż w końcu jedna z kropel osiągnęła masę krytyczną i powoli zsunęła się z aksamitnego płatka, by poszybować w dół.

Kropla rozbiła się na jego policzku, a następie podążyła w tę samą stronę, w którą płynęły wielkie jak groch łzy. Płakał. Nie mógł tego powstrzymać. Z trudem łapiąc oddech i ledwie panując nad zmęczeniem, spoglądał w górę. Gdy tak leżał plecami na płaskim głazie pod drzewem, wydawało mu się, że spoczywa na rytualnym ołtarzu. Oczy zachodziły mu łzami, z powodu czego mało co widział. Ręka drżała z wysiłku. Rewolwer stał się nagle strasznie ciężki, a lufa utkwiona w ustach zaczęła drżeć, obijając się o zęby. Widział przed sobą tylko błękitną głębię. Czuł, że tonie. Mentalnie był pod wodą i walczył o utrzymanie się przy życiu, lecz wiedział także, że zbliża się moment odruchowego zaczerpnięcia powietrza… utonięcia. I wtedy niczym kolejne fale zbliżającego się przypływu usłyszał nadchodzące po kolei głosy.

Pierwszy z nich był zachrypnięty, brzmiący jak pocierane o siebie dwa kawałki zardzewiałego metalu:

Jesteś gówno warty.

Wspomnienie tych słów wywołało w chłopaku histeryczną reakcję. Desperacko zaczerpnął ustami powietrza, jakby wysoka fala przykryła go, a następnie wyrzuciła na powierzchnię. Na powierzchnię, skąd usłyszał kolejny głos:

Nasze dziecko będzie się ciebie wstydzić, gdy dorośnie.

Ręka zadrżała mocniej. Chłopak załkał rozpaczliwie. Nic nie widział. Łzy zaczęły być coraz większe. Kolejne mrugnięcia jego dużych błękitnych oczu nie były wystarczające, by sobie z nimi poradzić.

Zwalniam cię, niewydarzony idioto!

Słowa twardsze i zimniejsze niż głaz pod nim uderzyły po raz kolejny. Ale wiedział, że to nie koniec. Bo czy wzburzone sztormem morze przestaje pluć falami na ląd?

Drzewo może przetrwać tylko wtedy, gdy pozbawi się je chorej gałęzi.

Męski głos odbił mu się w myślach echem. Chłopak załkał po raz kolejny i poprawił uścisk dłoni na rękojeści. Palec dotknął delikatnie metalowego cyngla. Był taki chłodny. Niczym kolejny nacierający głos:

Za chwilkę umrzesz, ku uciesze całego świata.

Palec z coraz większą siłą napierał na twardy spust. Ile jeszcze wytrzymam? Zadawał sobie w duchu to pytanie. Nie miał już sił. Pragnął zaznać spokoju. Chciał, by głosy umilkły. Teraz. Na zawsze. I gdy tak błagał w duchu o litość, z oddali nadeszło kolejne wołanie. Rozpoznałby ten głos i na końcu świata. Tak bardzo za nią tęsknił, gdyby nie to, że ona także była częścią trwającego sztormu.

Proszę – chłopak wygiął się na kamieniu w łuk, niczym umierający w agonii człowiek – proszę, tylko nie ty, proszę…

Jesteś słaby. Nigdy nie będziesz mężczyzną jak twój ojciec!

Jęk bólu wydobył się z gardła młodzieńca niczym ryk lwa. Przewrócił się na bok i upadł z głazu na wilgotną ziemię. Rewolwer wyślizgnął mu się z ręki tak, że teraz leżał tuż obok jego udręczonej twarzy. Oddychał głęboko i szybko, jakby przepłynął wpław sztorm, który właśnie zamilkł. Nie było już głosów. Zamknął oczy i odczekał chwilę, by nabyć trochę pewności i uspokoić przerażone myśli. Oddech za oddechem, aż w końcu powoli otworzył oczy. Leżał na brzuchu. Uniósł głowę i spojrzał gdzieś w gęstą mgłę. Ujrzał niknącą w niej ścieżkę. Wiedział, dokąd prowadzi. Wiedział, co czeka na jej końcu… Wiedział, że musi nią podążyć.

Zaparł się rękami o ziemię i powoli dźwignął do góry.

***

Biały neon świecił wytrwale pośród gęstej mgły, która choć w centrum miasta wydawała się mniejsza, wciąż stała w bezruchu, ograniczając widoczność. Jedna z liter układających się w napis „Pub JOKER” migała niczym latarnia morska. Budynek, w którym znajdował się ów mały, przytulny pubik, położony był blisko starówki, w centrum miasta. Urządzony w zabytkowym domku sprawiał wrażenie klimatycznego nie tylko z zewnątrz, ale i w środku.

Był to niewielki lokal o wysokim jak na tego typu miejsca standardzie. Na podłodze położono ogromne jasne płytki; jasnobrązowe ściany przyozdabiały gabloty z plakatami kultowych filmów. Wśród nich znalazły się takie klasyki, jak Pulp Fiction, Django Unchained czy Wściekłe psy1. Po prawej stronie od wejścia stała stylowa maszyna grająca na winyle, co stanowiło w tych czasach prawdziwą rzadkość. To z niej pogrywała powolna i cicha ballada rockowa. Sam bar wyglądał niczym ołtarz podświetlony pomarańczowymi neonami. Na całej ścianie rozciągały się półki z najróżniejszymi alkoholami z całego świata.

Barman skończył nalewać piwo i postawił je przed młodym mężczyzną. Nasz bohater siedział na wysokim krześle przy barze i rozmyślał nad sobą. Nad swoim życiem.

Oprócz niego w pubie znajdowały się jeszcze dwie osoby. Zaciekle dyskutujące ze sobą dwie kobiety siedziały po jego prawej stronie i nie zwracały na niego najmniejszej uwagi, popijając swoje drinki. Jedna z nich, ta o powiększonych gabarytach i ciemnych włosach, przejęła teraz pałeczkę, zamieniając całą rozmowę niemalże w monolog.

– Wyobraź sobie sytuację, jaka spotkała mnie ostatnio. Chciałam wrócić do miasta trochę szybciej niż reszta zespołu, więc zdecydowałam się na podróż koleją. – Wnioskując z jej tonu, zdawała się być osobą bardzo pewną siebie. – Dojechałam na miejsce i postanowiłam kupić bilet do podmiejskiej, żeby nie dreptać dziesięciu mil na piechotę. Ale jak to zwykle bywa, kasa była zastawiona klientami aż po horyzont. No więc stoję tak i czekam, aż przyjdzie moja kolej, gdy nagle podchodzi do mnie jakiś młody koleś. Okulary muchy, kaszkiet… na żula mi, kurwa, nie wyglądał.

– Aha – przytaknęła druga. Miała pociągłą twarz i wyglądała przy swojej koleżance na zmizerowaną. – I co dalej?

– No właśnie. Coś było nie tak. Patrzę, a gość trzyma pod pachą gołębia. I zanim zdążyłam się zdziwić, koleś wyskakuje z tekstem: „Przepraszam, czy mogę zająć chwilkę?”. Mówię: „Ok, co chcesz?”. Chłopak uśmiecha się lekko i mówi: „Odda mi pani swój portfel?”. Myślę sobie, no chyba go popierdoliło. Portfel! Rozumiesz to? Gość mniejszy ode mnie o połowę! Więc mu mówię: „Spierdalaj”, a on co na to? Chwyta drugą ręką gołębia za szyję i mówi: „Dawaj, kurwa, pieniądze, bo mu upierdolę łeb!”. Ludzie w kolejce patrzą na mnie, ja zdębiałam… what the fuck?

Siedzący trzy miejsca dalej chłopak mimowolnie, wyrwany z zamyślenia, zaczął przysłuchiwać się rozmowie. Druga z kobiet rozdziawiła szeroko usta i zapytała z teatralnym niedowierzaniem:

– No i co?!

– Jak to co? Tak mu przyjebałam, ale przy wszystkich, jak Boga kocham… Gość padł jak długi, gołąb odleciał, a on stracił przytomność. Nagle ni z tego, ni z owego pojawia się drugi, taki podobnej wysokości, wieku i łysy. Zaczyna go zbierać z ziemi i krzyczeć: „Nie bij, nie bij, już go biorę, nie bij!”. Pierwszego trafiłam pod oko, aż mu okulary zjechały, ale odpuściłam temu drugiemu, bo ludzie patrzyli. Ale… do czego zmierzam. Kilka dni temu, podczas spotkania z moim Bastianem…

– Feralnego spotkania – poprawiła ją koleżanka.

– Tak. – Większa spojrzała na nią spode łba. – Podczas „tego wspaniałego” spotkania opowiedziałam mu tę historię. No i oczywiście Bastek, jak to Bastek, wyskakuje ze swoją własną teorią.

– Czy on w dalszym ciągu…? – wtrąciła niepewnie koleżanka.

– Jest zupełnie inny niż jego ojciec. Ojciec… Całe jego życie to jedna wielka loteria… dlatego tak dobrze się w niej odnalazł. To cały jego dorobek… A Bastian? On jest taki jak ja. To niewyleczalne w naszym przypadku. W twoim tak, więc otrząśnij się i posłuchaj, co wymyślił.

Siedzący nad swoim piwem chłopak nadstawił ucha. Zdążył już zupełnie zapomnieć o tym, co nękało go jeszcze godzinę temu. To była doskonała odskocznia.

– Otóż mój ukochany Bastek jest bacznym obserwatorem świata. Stwierdził, że ludzie ewoluują jak rozwijające się poczwarki owadów. Ponadto twierdzi, że istnieją dwie formy rozwoju. Uproszczona, czyli taka, w której następuje stan wyklucia się z jajek, czytaj poród, poczwarka, czytaj dzieciństwo, oraz przejście do formy imago, czyli dojrzewanie, i przejście w formę dorosłą, która posiada wszystkie cechy wykształcone oraz zdolność do rozrodu.

Chłopak, słysząc to, spróbował szybko przyrównać to do siebie. Do swojej sytuacji. Nie było trudno mu się w to wczuć. Przecież to naturalny proces dojrzewania każdego żyjącego organizmu.

– Ale – kontynuowała młoda kobieta, która wiekiem niewiele przewyższała chłopaka – mój słodziak zauważył, że tak jak u owadów, wśród ludzi istnieje grupa osobników rozwijających się zgoła inaczej i ciut bardziej skomplikowanie.

Nawet leniwie zachowujący się barman, blondwłosy mężczyzna po pięćdziesiątce, spojrzał teraz w kierunku kobiet. Słyszał już wiele rozmów odbywających się przy barze i jego jak dotąd niezawodny instynkt podpowiadał mu, że czas najwyższy oddalić się na zaplecze, by nie oberwać rykoszetem zbliżającej się riposty. Rzucając ostatni raz okiem na siedzącego po drugiej stronie długiego baru chłopaka i upewniając się, że nic więcej na razie nie zamówi, ukradkiem wyszedł przez drzwi za sobą.

– Drugi typ rozwoju posiada międzyfazy. I tak oto przed osiągnięciem dorosłej formy imago następuje forma subimago.

– A czym się różni? – zapytała druga z kobiet ze zdezorientowaną miną.

– Właśnie. Wygląda niemalże identycznie jak forma dorosła. Ma ten sam wygląd i łatwo ją pomylić, z tą jednak różnicą, że subimago nie jest zdolny do rozrodu. Wygląda jak dorosły, ale nim nie jest, rozumiesz? Musi zajść kolejna przemiana, zanim zostanie prawdziwym imago. I do takiej formy przyrównał tego pajaca z gołębiem Bastek. Twierdzi, że natknęłam się na rzadki okaz subimago, który musi najpierw przejść swoistą przemianę, by stać się dorosłym. Do takiej przemiany może popchnąć impuls związany z udanym i poprawnie wykonanym napadem. Może jeśli uda mu się to osiągnąć, przeskoczy na wyższy level, rozumiesz?

Myśli zaczęły gnać jak szalone. Wpatrując się niewidzącym wzrokiem w swoje piwo, chłopak odkrył, kim jest. Ta charakterystyka pasowała do jego skomplikowanej sytuacji, jak ulał. Jakby nagle ktoś zdjął płótno, pod którym skrywało się od dawna lustro. Ujrzał siebie po raz pierwszy.

Tak. To ja.

Nagle dobiegł go głos drugiej z dziewczyn.

– Czytałam kiedyś o czymś podobnym, tyle że to z psychologii i jest ciut bardziej skomplikowane. To były… – Zacisnęła wargi i uniosła wzrok, szukając zapomnianej nazwy. W końcu pstryknęła palcami i jej oczy otwarły się szerzej. – Mam! To były stadia rozwojowe Eriksona2. Jest ich osiem i każda wprowadza nowe cechy, które mają swoje plusy i minusy… – Przerwała na chwilę, widząc znudzoną minę koleżanki. – To bardziej skomplikowane, ale logiczne. A co ty o tym myślisz?

Chłopak nadstawił uszu. Jeśli „jej” Bastian jest takiego zdania, to ona…

– Myślę, że to zwykłe pierdolenie, które w piękny i obrazowy sposób wytłumaczy ze swojej beznadziejności takiego ostatniego debila jak ten z gołębiem.

Gwałtowne wciągnięcie powietrza nosem było ciut głośniejsze, niż zamierzał, lecz na szczęście nie zwróciło uwagi dyskutujących kobiet. Imadło, które zakleszczało jego skronie, nagle zaczęło na nie napierać. Pojawiło się silne uczucie ucisku i niefizycznego bólu.

– Istnieje takie powiedzonko, że kto się pizdą urodził, kanarkiem nie umrze. I wierz mi, moja droga, że to właśnie powinni zapisać im w Biblii. Przecież taki trep jeden z drugim są tylko skazą w obrazie społeczeństwa. Nieudanym produktem. Śmieciem, któremu nigdy nic nie wyjdzie.

Z każdym kolejnym słowem ból głowy stawał się coraz bardziej namacalny. Na czoło wystąpiły krople potu, dobiegająca do bębenków usznych muzyka zaczęła tonąć w szumie nadjeżdżającego składu towarowego. Słyszał już tylko słowa nienawiści.

– Zrobiliby światu wielką przysługę, gdyby honorowo jak Spartanie poszli na skraj wysokiej skarpy i rzucili się w dół, ku uldze ich zhańbionych rodzin!

Drżąca ręka instynktownie osunęła się pod ladę barową dokładnie w momencie, gdy tęga dziewczyna odchyliła się w swoim krześle i teatralnie zawołała ku górze:

– Spartanie, gdzieście się, kurwa, podziali?!

Wystrzał był ogłuszający. W jednej sekundzie klatka piersiowa kobiety eksplodowała, fontanną krwi obryzgując drugą z nich po twarzy. Ciało z impetem i bez tchu w piersiach zwaliło się na ziemię. Przewracające się krzesło narobiło niewiele mniej hałasu niż kolejny huk, który uciął paniczny krzyk drugiej z dziewczyn. Pocisk przeszył ją na wylot i utkwił w ścianie, dokładnie w miejscu, o które ułamek sekundy później jej ciało odbiło się, by upaść na posadzkę tuż obok pierwszego.

Chłopak oddychał ciężko. Był blady i przerażony swoją reakcją. Na chwilę utonął we własnych myślach. Po długich niczym cała wieczność dwóch bądź trzech sekundach jego zmysły zaczęły pracować na nowo, wyrwane z mroków głośnym i wyraźnym dzwonieniem telefonu. To komórka dziewczyny, która oberwała jako pierwsza. Aparat leżał na podłodze tuż przed Avilą. Gdy tylko spojrzał na wyświetlacz, jego źrenice zwęziły się błyskawicznie. Przez chwilę przypatrywał się zdjęciu, jakie ustawiono dla dzwoniącego kontaktu. To była jaśniejąca w pogodnym uśmiechu twarz. Rozpoznał ją od razu. Nazwa kontaktu tłumaczyła zbyt wiele. „Brat”.

To… on.

Błyskawica zrozumienia raziła Coltona przeraźliwie precyzyjnie. Poczuł, jak przez kręgosłup przepływa mu prąd.

Co ja najlepszego zrobiłem? – zapytał siebie w duchu, a kolejne myśli napływały niczym wartki górski strumień.

Lecz nie miał czasu na udzielanie odpowiedzi. Musiał uciekać.

Gdy chłopak ruszył w stronę wyjścia, z dłoni wypadła mu broń. Rewolwer, którego rękojeść oklejono taśmą malarską, zadudnił na posadzce. Młody morderca opuścił lokal.

*

Stojący na zapleczu barman spokojnie palił papierosa. Był odwrócony plecami do uchylonych drzwi, za którymi właśnie rozegrała się tragedia. Kiedy usłyszał pierwszy wystrzał, ani drgnął i czekał na kolejny. Dym z papierosa, lekko niczym piórko na wietrze, unosił się do góry, okalając jego twarz. Po wyjściu z baru młodego mężczyzny w niemalże całkowitych ciemnościach odczekał jeszcze kilka sekund, po czym niespiesznie sięgnął do kieszeni spodni po swój telefon komórkowy. Wybrał numer i przytknął go do ucha. Jego rozmówca odebrał już po pierwszym sygnale.

– Zrobił to – rzekł krótko.

– Były problemy? – zapytał po drugiej stronie twardy, męski głos.

– Nie.

– Ile trupów?

– Dwa, ale…

– OK. Nie ma czasu na dyskusję. Zmywaj się stamtąd.

Barman usłyszał ciągły sygnał zawieszonej rozmowy. Nie zdążył wyjaśnić. Pośpiech był tym, czego nienawidził najbardziej. Zaklął cicho pod nosem i zaciągnąwszy się papierosem po raz ostatni, odwrócił się w stronę małego kantorka tuż obok. Otworzył drzwi i spojrzał na skrępowanego właściciela baru, który leżał nieprzytomny na posadzce pomiędzy poprzewracanymi miotłami i mopami. Z rany na łysiejącej głowie powoli sączyła się krew. Stojący nad nim mężczyzna rzucił na niego niedopałek, po czym zdjął z siebie jego fartuch i cisnął mu go w twarz. Chwilę później również opuścił miejsce zbrodni, wychodząc tyłem.

*

Idąc śpiesznym krokiem poprzez gęstą mgłę, chłopak odbił z głównej ulicy, skręcając w węższą, ubitą z kocich łbów. Żółte światło latarni sprawiało wrażenie, jak gdyby spacerował późną nocą po dziewiętnastowiecznym Londynie i w każdej chwili mógł zostać zaatakowany przez skrywającego się w czeluściach nocy Kubę Rozpruwacza.

Nagle w kieszeni jego spodni zawibrował telefon. Wszystkie jego mięśnie napięły się, gotowe na przyjęcie ciosu. Ciężki oddech opuścił jego usta, a ręka sięgnęła po komórkę. Szybki rzut oka na wyświetlacz i akceptacja rozmowy przychodzącej. Aparat powędrował w kierunku ucha. Chłopak nie zatrzymywał się ani na chwilę.

– Gratuluję. Rozmawiałem z Winstonem. Myślałem, że spanikujesz. Według umowy dwa trupy to dziesięć kafli. Po pięć za każdego.

Chłopak zmarszczył brwi i z niedowierzaniem pokręcił głową.

– Ale przecież… – zaczął niepewnie, lecz rozmówca wpadł mu w słowo.

– Nie ma żadnego ale, spisałeś się i już. Nie kuśmy losu, porozmawiamy wkrótce, a tymczasem przestań myśleć o swoich problemach finansowych i odetchnij.

Rozmowa została zakończona. Młody mężczyzna zwolnił, aż w końcu się zatrzymał, wpatrując się w gasnący ekran swojego telefonu. Jego myśli gnały jak szalone, a gdy w końcu podniósł wzrok i spojrzał przed siebie, te jeszcze bardziej przyspieszyły. Serce zaczęło mu walić jak młotem, a duże oczy nabrały niewyobrażalnych rozmiarów. Widział go. Widział go we mgle. Myśli krzyczały mu w głowie:

Rozpruwacz!

* * *

1 Wszystkie trzy filmy są dziełami jednego reżysera, Quentina Tarantino.

2 Erik Erikson (1902–1994) – amerykański psycholog i psychoanalityk. Twórca teorii rozwoju psychospołecznego.

KSIĘGA I

JAJKO

ROZDZIAŁ I

Na krzesełkach poustawianych w rzędach zasiadło kilkunastu ludzi. Znajdowali się w starej świetlicy. Umieszczone wysoko wąskie poziome okienka zdradzały, że był to poziom piwnicy. Strop nie był wysoki, wsparty dwoma rzędami odrapanych z farby kolumn. Przed nimi na niewysokim podeście, który spełniał także funkcję sceny, stała mównica.

Wszyscy czekali w ciszy na rozpoczęcie spotkania. Co jakiś czas przez drzwi umieszczone z tyłu salki wchodzili kolejni ludzie i zajmowali swoje miejsca. Kilku spośród oczekujących spoglądało nerwowo na zegarek, jak gdyby gdzieś się spieszyli.

Mężczyzna, który obserwował to wszystko z ostatniego rzędu, spojrzał w wąskie okienko. Przecież jest noc! Nie mają się gdzie spieszyć.

Nikt nie zwracał na niego uwagi. Siedział w jednej niezmiennej pozycji, niczym samotna skała. I taką też miał sylwetkę. Był postawnym mężczyzną w wieku przekraczającym pięćdziesiątkę. Jego przetłuszczone i przyprószone siwizną włosy były niestarannie zaczesane do tyłu. Worki pod małymi świdrującymi oczami podpowiadały, że nie sypiał zbyt dobrze, a dwudniowy zarost, że nie ma czasu o siebie zadbać. Miał na sobie kurtkę z brązowej skóry, która czasy, gdy była nowa, miała już daleko za sobą. Pod nią rozpięta turkusowa koszula, spod której połyskiwał złoty łańcuszek ginący gdzieś pod przepoconym podkoszulkiem. Wizerunek zapitego żula przełamywał jednak złoty sygnet z błękitnym kamieniem, który połyskiwał na małym palcu jego lewej ręki, trzymanej bezwładnie na kolanie szeroko rozstawionych nóg.

Drzwi za nimi otwarły się raz jeszcze z cichym skrzypnięciem. Ktoś wszedł do środka i powolnym krokiem skierował się do ostatniego rzędu. Był to równie postawny, wysoki mężczyzna, który wyglądał, jakby żywcem wyjęto go z opowieści o dawnych ulicznych legendach. Miał na sobie białą koszulę – znikała ona pod elegancką, dobrze skrojoną czarną kamizelką, do której dopięto złoty łańcuszek oraz zegarek schowany w zewnętrznej kieszonce. Spod długich spodni na kant wystawały błyszczące czarne lakierki. Podwinięte rękawy koszuli odsłaniały jego wytatuowane przedramiona. Jeden z tatuaży przedstawiał ludzką czaszkę okalaną kwiecistymi wzorami i motywami. Na nadgarstku lewej ręki połyskiwał wielki zegarek na luźnym pasku, a tuż poniżej wielki sygnet z białego złota. Twarz miał szeroką, pod nosem zapuszczony i starannie przycięty wąski siwy wąsik. Nosił także ekstrawaganckie okulary z czerwonymi szkłami przyciemniającymi. Jego siwe włosy były starannie wymodelowane i zaczesane do tyłu. Wyglądały jak spieniona fala na oceanie.

Nie zważając na pozostałych, podszedł do mężczyzny w brązowej kurtce siedzącego na samym końcu i usiadł na miejscu obok.

– Cześć, Albert – szepnął, rozglądając się po sali.

Tamten nie odpowiedział. Siedział ciągle w swojej zastygniętej pozycji. Dobrze wiedział, kim jest mężczyzna obok. Wiele razy miał ochotę krzyknąć mu w twarz „Zamknij się, Ethan!”, ale nie mógł. Nie w towarzystwie innych ludzi. Nie teraz. Nienawidził go z całego serca i gdyby tylko mógł, chętnie by się go pozbył. Postanowił więc nie odpowiadać na jego pytania i zagrywki, licząc, że znudzony, da mu wreszcie spokój. Lecz lata mijały, a znudzenie nie nadchodziło.

– Masz może ognia? – zapytał Ethan, rozsiadając się wygodnie i wkładając w usta własnoręcznie skręcanego papierosa.

Albert spojrzał ukradkiem na wiszącą na ścianie po ich lewej stronie tabliczkę. Przekreślony papieros w czerwonym kółku. Zachował milczenie i wlepił wzrok w mównicę przed sobą.

– OK – mruknął Ethan i zaczął macać się po kamizelce. – A, czekaj… tak, mam swój. Już nie trzeba.

Zapalniczka zippo wykrzesała z siebie płomień i Ethan solidnie zaciągnął się skrętem. Delektując się jego smakiem, rozparł się ramionami o oparcia krzesełek i odchylił głowę do tyłu. Otworzył usta, odsłaniając swoje krótkie zęby z niewielką szparą pomiędzy jedynkami, i z zamkniętymi oczami wypuścił z płuc dym.

– Więc mówisz – zaczął, nie otwierając oczu – że nadal walczysz. Godne pochwały w niektórych kręgach, ale powiedzmy szczerze: Co to za kręgi? Walka z czymś, co tak naprawdę zainicjowało powstanie pierwszych cywilizacji. Głupota. – Odwrócił się w stronę Alberta i zakładając nogę na nogę oraz wpatrując się w niego twardo, kontynuował swój monolog: – A ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co spowodowało rozwój pierwszych cywilizacji? Pewnie nie… Więc zacznijmy od początku. Pierwsze cywilizacje można datować na jakieś… dziesięć tysięcy lat. Wcześniej ludzie wiedli koczowniczy, wędrowny tryb życia. Bardzo wygodny swoją drogą, bo wędrując, znajdowali sobie jedzenie i tak od przystanku do przystanku. Zbieractwo pełną gębą. Aż tu nagle ci sami wygodni ludzie stanęli i zaczęli ciężką pracę przy uprawach rolnych. Co ich skłoniło, jak myślisz? – Zaciągnął się papierosem i odczekał kilka sekund, a nie doczekawszy się żadnej reakcji ze strony Alberta, wyjaśnił jednym słowem: – Fermentacja. – Podkreślił je, wymownie kiwając głową. – Można powiedzieć, że to był palec boży, bo odkryto ją całkiem przypadkiem. Kiedy poznano jej zalety, zrozumiano, że czas się zatrzymać i ją praktykować. Trudno wędrować z garami fermentujących owoców, które po wypiciu dawały tyyyyle radości. Nagle małe społeczności, które zazwyczaj podarowywały sobie dzidę w plecy, zaczęły wymieniać się pierwszym alkoholem, nawiązywać kontakty, wiązać się w większe grupy, wymyślać wspólny język… tworzyć kulturę. Tak, Albert. Alkohol odmienił świat. Powinno mu się oddawać cześć, a nie go wypierać. Co jest z tymi wszystkimi ludźmi nie tak? – zapytał, wskazując ręką przed siebie. Nikt na nich nie patrzył, więc Ethan zaciągnął się po raz kolejny. – Kim oni są? Słabeuszami, którzy boją się odstawić nektar bogów, bo co? Bo mają później kaca?

Albert po raz pierwszy odwrócił spojrzenie i skierował je prosto na gapiącego się na niego Ethana. Już chciał mu odpowiedzieć, gdy kątem oka dostrzegł na jednym z jego przedramion wytatuowaną czaszkę. Zmrużył oczy i wrócił do swojej poprzedniej pozycji.

– Niewielka cena za wspaniałe chwile. A im większy kac, tym lepsza gwarancja, że noc była udana i pełna uciech. Ból i zmartwienia na pewno w niej nie uczestniczyły, tego chyba nie muszę ci mówić, kolego. – Nagle na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. – Wiesz… kiedyś miałem taką noc, po której obudziłem się kompletnie nieświadomy na trawniku przed własnym domem. Bez spodni. Chyba przegrałem je w karty. Leżę tak, słońce z nieba napierdala… I mam poranny wzwód, czujesz to? A na czubku dydka siedzi mi mucha. Uwierz lub nie, ale miałem takiego turbokaca, że aż zabrakło mi sił, żeby powiedzieć „A sio, ty kurwo!”.

Pomimo jego nagłego wybuchu śmiechu, tak szczerego i serdecznego, nikt nie zwracał na nich uwagi. Ethan zaczynał działać Albertowi na nerwy, ale ten postanowił nic po sobie nie pokazywać.

Może zaraz sobie pójdzie?

– OK, OK – rzekł mężczyzna, widząc zasępioną minę Alberta. – Nie chcesz rozmawiać, to nie. Chcesz tu przychodzić? Twoja sprawa. Mam tylko nadzieję, że nowy prowadzący okaże się skuteczniejszy od poprzedniego. Kto by pomyślał… Gość naucza ludzi, jak rzucić picie, a sam umiera od przechlania. Cóż za ironia losu, nie uważasz, Al?

Jednostronny monolog przerwało skrzypnięcie starych drzwi gdzieś za mównicą. Kilkoro zgromadzonych wyprostowało się, by lepiej widzieć, co dzieje się przed nimi. Najpierw usłyszeli szybkie kroki, a w następnej chwili ich oczom ukazał się młody mężczyzna w wieku maksymalnie trzydziestu lat. Miał urodę południowca. Włoch? Hiszpan? A może Meksykanin? Ale nie to przykuwało wzrok wszystkich. Ethan po raz pierwszy tego wieczoru wyglądał na zaskoczonego. Zabrakło mu słów, więc tylko potrząsnął głową i otworzył usta, mówiąc sam do siebie:

– To dopiero będzie niezła jazda.

Oczy wszystkich śledziły szeleszczącą cicho kapłańską sutannę aż do chwili, gdy młody ksiądz stanął za mównicą. Siedzący nieruchomo Al wyglądał, jakby trwał w zamroczeniu po uderzeniu twardym przedmiotem w tył głowy. Nie wierzył własnym oczom. Nagle poczuł, jak wszystkie jego mięśnie naprężają się, gotowe do ataku.

Ethan przyglądał się na zmianę to Alowi, to księdzu. Wielki uśmiech na jego twarzy podpowiadał, że świetnie się bawi.

– Witam wszystkich. Na wstępie należałoby się przedstawić. Jestem ksiądz Alano Batista i… – rozłożył ręce w geście otwartego przyznania się do winy – jestem alkoholikiem. Nie piję od czterech lat.

Kilkoro osób zaśmiało się przyjaźnie, a po chwili niemal wszyscy chórem odpowiedzieli:

– Cześć, Alano!

Albert jako jedyny nie zareagował na przywitanie. Nie umknęło to uwadze księdza. Był bardzo bystrym i spostrzegawczym człowiekiem.

– Na początek kilka słów wyjaśnienia. Dlaczego ja? Wbrew temu, co sobie na pewno teraz myślicie, nie zostałem przysłany tutaj siłą czy za karę. Mój poprzednik nie był mi obcą personą. Znaliśmy się. Dawniej, gdy borykałem się z własnym uzależnieniem, był moim sponsorem. Dlatego w chwili, gdy dotarły do mnie wieści o jego tragicznej śmierci, zgłosiłem się na ochotnika, aby kontynuować jego ciężką pracę. Ale nie wszystko można kontynuować od razu. Jestem wam winien szczerą opowieść o moim własnym uzależnieniu, a wy, moi drodzy, przynajmniej przedstawienie się i krótką prezentację… Może zaczniemy od tej weselszej rzeczy, czyli od przedstawienia się. – Wskazał ręką na starszą panią w pierwszym rzędzie. – Może pani zacznie, a później kolejne osoby z rzędu?

Staruszka uśmiechnęła się szeroko i wstała.

– Nazywam się Maria. Mam siedemdziesiąt trzy lata. Nie piję od dziesięciu lat.

– Dziękuję, Mario – odparł ksiądz. – Dziesięć lat to dużo czasu dla człowieka, lecz nie zapominajmy, że dla naszego Pana to tylko okamgnienie. Następną osobą jest…?

Wstał mężczyzna ubrany w elegancki garnitur.

– Jestem Vincent. Mam czterdzieści lat. Nie piję od roku. Alkohol odebrał mi prawo wykonywania zawodu. Byłem lekarzem.

Prezentacja zaczynała się rozkręcać, kiedy Ethan wlepił swoje szeroko rozstawione wąskie oczka w Alberta i zapytał szeptem:

– No to pięknie. Co teraz mu powiesz, cwaniaczku? Prawdę? Wydaje mi się, Al, że cokolwiek się zaraz w twojej głowie urodzi, będzie równie spektakularne jak wyburzenie wieżowca. – Uśmiechnął się szeroko i odczekał kilka sekund, by nacieszyć się zmieszaną miną kompana. – No dalej, Albert… powiedz im prawdę. Przecież to podstawa i pierwszy krok zrywania z alkoholizmem. Powiesz im?

Po raz pierwszy Albert zareagował na pytanie towarzysza. W zamyśleniu pokiwał powoli głową. Skrywane za czerwonymi okularami oczy Ethana powiększyły się z nadzieją. Wciąż wpatrywał się w Ala, gdy w końcu padło to nieuniknione pytanie:

– A pan na końcu? – Ksiądz zaczął świdrować go swoim zuchwałym spojrzeniem.

Albert wstał powoli. Siedzący bliżej niego usłyszeli skrzypienie skóry jego kurtki. Dopiero gdy się wyprostował, wszyscy mogli ujrzeć, jak wysoki jest ów jegomość. Wyglądał jak bestia ze starych legend i takie też miał teraz spojrzenie. Krwiożercze. Jego małe oczy wydawały się niemalże całkowicie czarne.

– Jestem niewierzący – rzekł Albert. Miał zachrypnięty od przepicia głos, co sprawiło, że kolejne zdanie nie zabrzmiało wiarygodnie: – Nie piję od dwóch miesięcy. Osiągnąłem trzeci z dwunastu kroków i jestem gotów przejść przez czwarty.

Wszyscy zamarli. Jak do tej pory mało kto pamiętał, aby Albert zabierał głos tak ochoczo i głośno jak teraz. Można było wyczuć w nim wiszącą nad księdzem groźbę. Choć wszyscy inni zauważyli, że sytuacja robi się niezręczna, młody duszpasterz pozostawał pewny siebie.

– W takim razie – odparł ksiądz – zrobiłeś dopiero jeden, pierwszy krok i nadal stoisz przed drugim, w którym mowa o tym, że pokładasz swą wiarę w istocie wyższej…

– Pierdolenie kotka za pomocą młotka – wpadł mu w słowo Albert.

Młody ksiądz spiął się lekko, lecz nie ustawał w swych wysiłkach.

– Rozumiem, że jak do tej pory realizowaliście program dwunastu kroków według Skinnera1. I jeśli dobrze pamiętam, to właśnie wiara w tę „humanistyczną wersję” zabiła mojego poprzednika. Ale niektórzy usilnie wierzą, że jest to ta właściwa metoda. Wymazać z programu Boga i zastąpić go przyjacielem, który wciąż… jest tylko człowiekiem skorym do popełniania błędów. Pamiętajcie, moi drodzy, że tylko Bóg bywa nieomylny i miłosierny. Czyż nie? – Świdrując wzrokiem Alberta, ksiądz mimowolnie wychylił się delikatnie do przodu, zapierając się rękoma o mównicę.

Ethan również bacznie obserwował Ala. Na jego twarzy malowało się pełne ekscytacji zniecierpliwienie, jak u dziecka, które widzi już swój prezent pod choinką, lecz musi czekać na oficjalne wręczenie i odpakowanie.

W końcu Albert nabrał powietrza w płuca i odpowiedział. Mówił głośno i wyraźnie, a jego słowa przesycone były szczerą nienawiścią do młodego duszpasterza.

– Posłuchaj mnie, kataniarzu, bo nie będę się powtarzać. Skoro jesteś taki obcykany z wiary w Boga, to jak wytłumaczysz mi to, że przez ostatnie kilka tysięcy lat Bóg nie ulepszył świata. Z każdym stuleciem jest coraz gorzej. Wojny, zamachy, choroby, cierpienia, a to tylko nieliczne atrakcje, z jakich przychodzi nam korzystać. To nie jest Bóg, cepie. Otwórz oczy i dostrzeż, że to czysta anarchia. To ona nami rządzi. Dlatego jeśli nie masz nic na swoją obronę, to bardzo cię pięknie proszę, róbmy dalej program Skinnera. Jeśli nadal nie – pieprz się.

Zapadło milczenie. Ksiądz jakby ze zrezygnowaniem opuścił na chwilę wzrok, po czym przemówił spode łba:

– Nie czuję się dotknięty tym ostatnim. Świadomie lub nie, ale zasugerowałeś mi pójście i czerpanie przyjemności, nic w tym złego. Ale zanim przejdziemy dalej, mam jeszcze jedno pytanie… Jesteś absolutnie pewny, że twój przyjaciel wesprze cię w dalszej walce jak należy?

Albert zastanowił się, po czym delikatnie odwrócił głowę w lewo, by spojrzeć na Ethana. Ten uśmiechnął się do niego szeroko i puścił mu teatralnie oko. Al spuścił wzrok i spojrzał na swoje dłonie, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– No więc właśnie – skwitował jego zawahanie ksiądz, po czym, jak gdyby od niechcenia, dorzucił: – Och, i jeszcze coś. Zanim zapomnę. Wspominałeś wcześniej o anarchii, która rządzi światem. Otóż nie wiem, czy jesteś świadomy, ale słowo to pochodzi od greckiego słowa anarchos, które oznacza Boga.

– Wooow! – mruknął pod nosem Ethan. Był pełen podziwu dla odwagi, jaką w tym momencie okazywał ksiądz. A może to była głupota?

Co dalej? Co dalej?!

Wlepił swoje spojrzenie w księdza i nie walcząc z opadniętą szczęką, słuchał, jak ten podjął wątek, kontynuując.

– Jak widać, mógłbym ci udzielić korepetycji z twojej własnej filozofii życiowej, co oczywiście chętnie zrobię podczas sesji indywidualnej. Rzecz jasna jeśli tylko masz ochotę zaprzestania trwonienia czasu innych tu przybyłych, którzy chcą do czegoś dojść z Bożą pomocą.

– O, tak… – mruknął pod nosem Albert. On też był zszokowany zuchwałością młodego księdza. – Chciałbym skorzystać z nich jak najszybciej.

Ksiądz wyprostował się i uśmiechnął ze zdziwieniem. Nie zauważył niczego podejrzanego w nagłej zmianie frontu swojego rozmówcy.

– Wyśmienicie – skwitował. – Możemy porozmawiać zaraz po zakończeniu spotkania. Powiedz mi tylko, proszę, to, czego wcześniej nie zdradziłeś. Chodzi mi o twoje imię.

Albert pokiwał głową i odwzajemnił uśmiech czymś, co było jego karykaturą.

– Jestem wujek Al – odparł i dodał pod nosem: – i już mi ciebie żal.

Ethan pokręcił głową i dopiero teraz zauważył, że jego papieros cały się wypalił i zgasł przy filtrze. Rzucił go więc na posadzkę i dla pewności zadusił nogą, cały czas chichocząc pod nosem.

Kiedy ksiądz podjął rozmowę z kimś z pierwszego rzędu, siedzący w rzędzie przed nimi mężczyzna nie wytrzymał i odwrócił się do Ala ukradkiem. Cała ta napięta sytuacja troszeczkę go zestresowała, postanowił więc chociaż spróbować:

– Przepraszam. Nie chcę być niegrzeczny, ale cały czas czuję od pana zapach papierosów. To nic złego, ale akurat skończyły mi się moje. Czy mógłby mnie pan poczęstować?

Wpatrywał się z nadzieją w samotnie siedzącego mężczyznę, który na chwilę odwrócił wzrok gdzieś w swoją lewą stronę i obserwował pustą przestrzeń przed sobą. W końcu oprzytomniał i wracając spojrzeniem do sąsiada z rzędu przed sobą, odpowiedział:

– Pomyłka. Ja nie palę papierosów od piętnastu lat.

– Aha. – Mężczyzna zmieszał się, przeprosił i wrócił do poprzedniej pozycji, nie bardzo wiedząc, co ma o tym myśleć.

Przecież jak nie od niego śmierdzi ćmikami, to od kogo, na litość boską? Co za dupek.

* * *

1 Burrhus Frederic Skinner (1904–1990) – amerykański psycholog, sformułował tzw. humanistyczną wersję dwunastu kroków.

ROZDZIAŁ II

Wielkie lustro, zajmujące całą ścianę nad umywalkami, odbijało wizerunek stojącego przed nim dumnie mężczyzny.

Hugo Wells przyjrzał się sobie uważnie. Lecz w tej chwili nie zwracał uwagi na swój wygląd. Nie szukał w nim niedoskonałości. Na tym polu był niedościgniony. Zawsze dbał o swój wizerunek.

Dziesięć lat. Dokładnie tyle czasu minęło, odkąd spotkaliśmy się w tak oficjalny sposób całym gronem.

Stał teraz, odziany w idealnie skrojoną koszulę, której rękawy ginęły pod czarnym, skórzanym topem. Był wykonany z gładkiej skóry i sprawiał wrażenie pancerza z zastygniętej lawy, którego nie może przebić najtwardsza kula.

Przez tych dziesięć lat wiele się zmieniło. Niektórzy z nas pamiętają tamte dni, inni znają je tylko z opowieści swych poprzedników. Jedni utrzymali swe pozycje, inni je zdobyli. Jedni upadli, inni powstali.

Stał tak, nie zwracając uwagi na wygląd twarzy. A ta zdradzała jego wiek. Był mężczyzną, który spokojnie mógł już napisać własną autobiografię. Ciemnosiwe włosy ostrzyżone na jeża podkreślały jego rzymskie rysy twarzy.

Dlatego witam tych, którzy do naszego projektu przyłączyli się w trakcie, jak i tych, którzy tkwili w nim od początku.

Stał, by lustrować swe spojrzenie. Szukał w nim wątpliwości. Słabości. Lodowato zimne oczy nie zdradzały jednak ich oznak. Było to spojrzenie człowieka zdeterminowanego, pewnego siebie. I tej pewności teraz właśnie potrzebował. Wiedział bowiem, że stoi na progu swego wielkiego zwycięstwa.

Pragnąłbym słowami wyrazić podziw i podziękować za wytrwałość w naszym wspólnym przedsięwzięciu, lecz to i tak nie oddałoby nawet ułamka tego, co chciałbym przekazać.

Gotowy na zasłużone zwycięstwo? – zapytał sam siebie w myślach. Powoli skinął głową. Odwrócił się. Obszerną toaletę wyłożono czarnymi i czerwonymi płytkami. Te barwy przywodziły na myśl piekło, chociaż… Piekło czaiło się za tamtymi drzwiami. Hugo spojrzał w ich kierunku i w duchu przyznał jedno. Że długo czekał, aby nimi wyjść. Ruszył. Dopiero przed samą futryną poprawił swój wygląd i pociągnął za klamkę.

Dziesięć lat temu przedstawiłem wam swoją ideę. Mafia bez ryzyka. Legalne pieniądze dla każdego. I jak to zwykle bywa z początkami, te również były trudne. Nie każdy bowiem zaufał mojej idei. W końcu jednak wszyscy zgodzili się przekazać swoje gromadzone latami pieniądze. Ośmielę się powiedzieć, pieniądze ubrudzone krwią. Nie jesteśmy święci. Obiecałem wtedy, że za dziesięć lat pieniądze te powrócą do was nie tylko wzbogacone o odpowiedni procent, lecz także czyste jak łza. Przez tę dekadę udało mi się udoskonalić swój system do tego stopnia, że nie musicie już czekać lat ani miesięcy, by oczyścić się z podejrzeń i zarzutów. Staliście się biznesmenami.

Oczy wszystkich zgromadzonych przy długim, czarnym i niesamowicie lśniącym stole zwrócone były na niego. Hugo stał u jego szczytu i starał się, aby każdemu z nich choć na ułamek sekundy odwzajemnić to spojrzenie. Głowy wszystkich siedmiu rodzin mafijnych wraz ze swoimi consigliere oraz ważniejszymi kapitanami, którzy w przyszłości mogli awansować wyżej, słuchali go bez choćby pojedynczego pomruku. Tylko jedna osoba zdradzała niejakie zdegustowanie jego przemową. Był nią boss Silvio Ziza. Wells również jemu rzucił swoje krótkie, lecz przenikliwe spojrzenie i nie przerywał swego monologu.

– Dziesięć lat temu rozpoczęliście, wy lub wasi poprzednicy, najlepszą inwestycję dla swojej spokojnej starości z dala od więziennych krat. Było to dokładnie w dniu moich czterdziestych urodzin, a także, z łaski Bożej, w dniu osiemnastych urodzin moich dzieci, bliźniaków, Shelby i Bastiana.

Niektórzy z zebranych uprzejmie pokiwali głową, komunikując w ten sposób swe wyrazy uznania. Ziza siedział niewzruszony. Nie patrzył już na Wellsa. Siedział z ręką wspartą o rant stołu i bawił się jakimś małym przedmiotem, który trzymał między palcami.

To na pewno babol – pomyślał Hugo. On również nie przepadał za Zizą. Uważał go za buraka, który przypadkowo dorwał się do władzy. A fakt, że w dawnych czasach sam na tym skorzystał jego kosztem, tylko potęgował ich wspólny dysrespekt.

– I tak jak wy wtedy zaufaliście mnie – mówił Wells – tak jak wy zainwestowaliście w mój pomysł na wspólną przyszłość, tak i ja zawierzyłem swoim dzieciom. Kto inny jak nie one mógł dowieść przełomowości moich inwestycji i pomysłów? Każde z nich otrzymało ode mnie pół miliona papieru. Na dziesięć lat. Dokładnie tyle samo czasu dałem im na zapewnienie sobie dostatniej przyszłości. Na rozwój swoich marzeń, swojej kariery. I tak oto przesiadujemy w sali dla VIP-ów w klubie mojego syna, który dziś wieczór otwiera swe podwoje dla klientów w tym mieście. Będzie to ulubione miejsce schadzek grubych ryb, jakimi się staliśmy. Ponadto już za chwilę wszyscy weźmiemy udział w specjalnym koncercie wokalnym mojej córki, dziś słynnej śpiewaczki operowej o niewyobrażalnym głosie. Zatem pytam, czy istnieje lepszy dowód na słuszność moich decyzji inwestycyjnych? Żywię nadzieję, iż od tego dnia do naszych wspólnych przedsięwzięć nie będę musiał was gorliwie namawiać.

Zgromadzeni przed nim mężczyźni wyczuli koniec przemówienia i zaczęli bić brawo. Hugo Wells, jak na dżentelmena przystało, przyłączył się, okazując w ten sposób uznanie dla nich. Odwrócił się ukradkiem do tyłu, by spojrzeć na swego consigliere. Marco, jego prawa ręka w organizacji, siedział dyskretnie tuż za nim, również klaszcząc w dłonie. Zazwyczaj na takich spotkaniach zachowywał się jak cień Wellsa. Nigdy nie manifestował swojej obecności i odzywał się tylko wtedy, gdy naprawdę musiał. Teraz przyłączył się do owacji, wiedząc, że jeśli tego nie zrobi, zwróci na siebie uwagę reszty komitywy. Na szczęście tę rolę podjął już ktoś inny.

Boss Ziza, jak można było się tego spodziewać, siedział zachmurzony i łypał spode łba. Wszyscy znali jego dawne perypetie z Wellsem, ale traktowali je raczej jako doskonałą anegdotę na spotkania towarzyskie aniżeli jako poważną sprawę.

Wells chciał przerwać oklaski, ale unosząc jedną z rąk, a opuszczając drugą, przewrócił stojącą przed nim solniczkę. Jej zawartość wysypała się na lśniący stół, co goście przyjęli z uprzejmą wesołością.

– Co za partacz! – mruknął Ziza tak głośno, jak zamierzał.

Jego jadowity syk nie pozostał niezauważony. Siedzący naprzeciwko niego boss Mulciber posłał mu ostrzegawcze spojrzenie. Ziza jednak postanowił je zignorować i dopiero głos samego Wellsa sprawił, że musiał spojrzeć ponad stół.

– Rozumiem… – zaczął delikatnie Wells – że nasz wspólny przyjaciel w interesach Silvio Ziza żywi do mnie wciąż urazę i pała chęcią dokonania w tej chwili defenestracji. Czyż nie?

Zapadło milczenie. Twarz Zizy nabrała nowego wyrazu. Zazwyczaj płaska, z małymi, lekko skośnymi oczami, teraz jakby się nadmuchała i lekko zaczerwieniła. Mafioso poprawił swoje zaczesane na bok brunatne włosy i zaczął się zastanawiać nad odpowiedzią. Wszyscy bacznie mu się przyglądali, a on nie miał zielonego pojęcia, czym jest defenestracja. Pozostali zgromadzeni również nie wiedzieli, co oznacza ten termin, lecz by nie wyjść na idiotów takich jak Ziza, udawali, że znakomicie zrozumieli pytanie. Na tym właśnie polegała gra Hugo Wellsa. Na sprowadzeniu przeciwnika do parteru i zadaniu ostatecznego ciosu, który w tym przypadku wymierzył sobie sam Ziza.

– Tak – odpowiedział. – O tym właśnie marzę, jeśli cię to interesuje. I z całym szacunkiem, zadaj mi jeszcze raz to pytanie, a klnę się na Boga, że przejdę do czynów.

– Co będzie bardzo trudne, bo defenestracji dokonuje się poprzez wyrzucenie przeciwnika oknem… – Rozłożył ręce i uśmiechnął się do wszystkich. – A jak widać, nie dość, że jesteśmy na poziomie parteru, to jeszcze w klubie brak nam okien.

I choć nie wszystkim zebranym podobały się sarkazm i poniżanie, jakie stosował w swych potyczkach słownych Wells, każdy wybuchnął ciepłym śmiechem, aby choć trochę rozładować napięcie między bossami.

Ziza nie przyłączył się do nich. Gdyby to zrobił, przyznałby się do swojej porażki. Jego wzrok był palący, a nerwy napięte jak struny w harfie. W duchu prosił o to, by Wells to pociągnął. Głębiej.

Dalej, Wells, zrób to. Daj mi, kurwa, powód.

Ostatni worek cementu

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-130-5

© Mateusz Wieczorek i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Paweł Pomianek

KOREKTA: Kinga Dolczewska

OKŁADKA: Krystian Żelazo

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: Inkpad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ostatni worek cementu 66 dusz 7 kobiet mafii 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer