Stan pomroczny

Stan pomroczny

Autorzy: M.Lu Cannabis

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.90 zł

Rytm mojego życia wyznaczają zaburzenia interpretacji rzeczywistości. Dobrze znam te dwa słowa: stan pomroczny. Następuje zwykle po napadach, a jeśli dodam do tego zioło, dragi i alkohol, nagle staję się bohaterem dramy w pierwszej osobie. Czasem przestaję nad tym panować, wszystko wymyka się spod kontroli i kilka wątków zamienia komedię w thriller.


Tak było i tego pamiętnego weekendu, gdy wyszliśmy na wieczór kawalerski Janka. Igor podjechał po nas Klakierem, autem naszej młodości. Chcieliśmy wyskoczyć na jedną radosną chwilę na browar i cheeseburgery, a później na striptiz – postawić prywatny taniec panu młodemu. To największy grzech, jaki brałem pod uwagę. Nic więcej. Nie przewidziałem, że jeśli do akcji włączy się Paszczak ze swoimi „witaminami”, ta jedna niewinna noc może zamienić się w najdłuższą podróż życia. Nagle wszystko stało się tak dziwne, że aż nierealne – nie wiedziałem już, gdzie kończy się jawa, a zaczyna błogi stan nieświadomości...


Czułem się, jakbym po pijaku przebiegł całego „Need for Speeda”, i to w za małych bamboszach. Zalany jak busola błędnik całkowicie zachwiał rozchwianą równowagę, a przecież nie mogę się wychylać – ta ostro najeżona rzeczywistość. Zgarbiony i po omacku kroczyłem tiptopami równą ścieżką, jak Quasimodo na wybiegu, ku błyszczącemu prostokątowi. Zastanawiałem się, dlaczego spałem na podłodze, skoro jedno z łóżek pozostało wolne, w dodatku takie miłe, miękkie, świeże, pachnące i pościelone bez zagnieceń, tak jak potrafią ścielić tylko pokojówki albo ulegli fali żołnierze. Złapałem za nieporęczny telefon. Spojrzałem na ekran i… wryło mnie w ziemię.

SPIS TREŚCI

INTERLUDIUM

Rozdział 1. Wrzask przeszłości

VOLUME I

Rozdział 2. Introdukcja (okoliczności opuszczenia mieszkania)

Rozdział 3. Wehikuł do przeszłości

Rozdział 4. Antrakt

Rozdział 5. Exodus

Rozdział 6. Triumfalny powrót

Rozdział 7. Oczy zamknięte

Rozdział 8. Pięć minut

VOLUME II

Rozdział 9. Wyrwany ze snu

Rozdział 10. Sweet

Rozdział 11. Powrót

Rozdział 12. Lyserg Saure Diethylamid

Rozdział 13. Chaos i dezorientacja

Rozdział 14. Powrót

Rozdział 15. Po drodze do celu

Rozdział 16. Wołga

Rozdział 17. Purpurowy kanał

Rozdział 18. Cień

EKSODOS

Rozdział 19. Historia choroby

Rozdział 20. Książę i oszust

INTERLUDIUM

ROZDZIAŁ 1

Wrzask przeszłości

Obudził mnie mój własny głos. Niski, gruby, szczerbaty i gęsto zarośnięty wąsem. Gdyby go uosobić, wyglądałby dokładnie jak jeden z Braci Be zamaskowany na robotę w skarbcu! Czerwona bandana na twarzy i naciągnięty na oczy kaptur. Nie do rozpoznania za tą nosową barwą, gdzie nutą bazy jest gniew, głowy – smutek, a zarazem obojętność, a to wszystko w akompaniamencie nuty serca grającego ostinato, melodię będącą symptomem życia. Pełen wiary, beznadziei i nienawiści! Podekscytowany, jakby rozszyfrował jakąś mroczną i wstydliwą tajemnicę świata, a potem wspiął się na najwyższy szczyt blokowisk, pociągnął potężnego macha i wykrzyczał to gówno z dachu! Obłęd!

Zapomniałem, że to ja. Upłynęły dzikie rzeki dni wlewające się do morza lat dryfowania w omamach sinej indyjskiej mgły… Lecz teraz okazuje się, że lekkomyślnie pozostawiłem liczne ślady, po których sam się wytropiłem niczym… bladolicy gringo dzikie plemię. Pierwszy to stopa, coś jak głuche dudnienie pustego bębna przy fajce pokoju, kłęby dymu i łubu-du. Drugi to tonący w tym niezrozumiały bełkot z charakterystycznym r! Bezdźwięcznym. Trzeci – psychodeliczne blubranie między wierszami, irytująco głośne w stosunku do muzyki i w dodatku cholernie pretensjonalne, a przecież nikt nie lubi przemądrzałych! O tej porze mądrale denerwują na potęgę. Która to godzina?

Przymrużyłem delikatnie oko. Nic, ciemność, pewnie środek nocy, tylko ten telefon, rażący jak dom Griswoldów w święta i słodziutko pierdzący przekleństwami. Luksus (Lu) – moje alter ego zawieszone na pętli – dynda jak martwy ekshibicjonista ubrany jedynie we wstyd. Po prostu nie dałem rady! Nie wytrzymałem propagandy, to wszystko się zaplątało wokół szyi i głos w końcu został zduszony. Takie rzeczy się zdarzają, to tylko… życie, nic poważnego. Kiedy to w ogóle było? Zdawałoby się, że w poprzednim żywocie, a może dawniej… od momentu, gdy wypaliłem ostatnią płytę. Jank trzepnął mi tego beata, kiedy jeszcze był u szczytu formy i progu wyimaginowanej kariery. Obecnie trzepie niewyobrażalnie fałszywy hajs, „sprzedając” to Murzynom zza oceanu, którzy następnie sprzedają to, z marżą, białym zza getta. Fabrykant beatów. Hurt, detal, a wszędzie stuprocentowe manko! Gdyby nie miał normalnej roboty, musiałby szamać wydrukowane emile grubo posmarowane obietnicami. Na co trzeba uważać w muzycznym interesie? Na to, na co w seksie. Żeby nie zostać pominiętym, bo wtedy pozostaje tylko trzepać!

Miewałem lepsze teksty niż ten obecnie emitowany w śmierdzący potem i alkoholowym wyziewem eter. Niestety z perspektywy czasu oraz dystansu do samego siebie – świata, życia, śmierci, mądrości, głupoty – nie brzmi to dobrze. Kurwa, dno! Pół metra… do jądra! Chłam, chryja, jakich mało, w dodatku po tylu latach czerstwe jak jakieś, kurwa, dziady. Dzisiaj to słyszę, to po prostu nie mogło się udać. Porażka. Jakaś piekielna kakofonia. Czemu Jank ustawił to jako dźwięk połączeń? Narcystyczny fan? Onanista?

– Wyłącz to! Odbierz! Albo… – Na moment się zawahałem, próbując przypomnieć sobie kolejne synonimy. – …Chuj wie! Zgaś ten pierdolony telewizor, jest noc!

– Hę, ę, chy… – Sennie odchrząknął, choć trudno stwierdzić, czy to na pewno był on.

– Co?

– …o.

Nic, żadnej reakcji! A ja nadal świecę, mrugam, migam, gram i buczę jak fluorescencyjne dildo w czarnej dupie. Milknę na pół minuty, jakbym nabierał powietrza w płuca, i znowu naparzam słowami niczym zdesperowany John Rambo cekaemem. Fanatyczny terrorysta samobójca, przeświadczony, że świat to jeden wielki spisek. Byłem młody, w sumie bardzo młody, szczerze – cholernie młody. Ziom z murka pod blokiem. Dzieciak. Szczyl. Szczeniak. Małolat. Taaak… tylko młodość mam na obronę! Kolo zainfekowany gazetami, książkami, programami i wszelkiego rodzaju innymi materiałami wypełnionymi teoriami spisku i kontrteoriami knucia przeciwko spiskom. Wszystko to tak absurdalne, że w końcu z braku dowodów musiało trafić do agentki Scully, a później zniknąć w kłębach ciężkiego i siwego dymu, pomimo że to wcale nie był dobry joint. Znikało razem z wdychającymi go palaczami. W ich mózgach pozostał jedynie mały ślad, szara wypalona komórka, tyle. Rakotwórczy dym. Na szczęście wyparował z globu. Przyniósł artystyczną impotencję. I dobrze. I w pizdu z maniakalną paranoją. Jeszcze mogliby mnie zamknąć. Napchałem się pierdołami, które rozepchały mi brzuszysko na tyle, że musiałem przepuścić to przez przeponę. Mentalne wymiociny albo odwrotnie: akt defekacji, dokładnie słychać pierdzenie. Trzask winyla, samplowany skrecz (samplowany skrecz?), a frontman zdziera gardło kojąco szorstkim fałszystowskim krzykiem! Drę się wniebogłosy z małego jankeskiego pierdolniczka, choć naprawdę to naparzam z piekła wiejskiej piwniczki, w której był problem z termostatem. Zresztą problemów było tam tyle co karaluchów. Właśnie one, ale też brak zasięgu z jakąkolwiek siecią i mikroskopijny metraż, na którym według zasad feng shui miałem mikroskopijną szansę na powodzenie. Za to musiałem gdzieś poupychać niesłychanie dużą ilość niezbędnych przedmiotów do tworzenia symbiozy z prywatnym sobą. Łóżko, kilka szafek, szaf i szuflad, pościele, biurko, telewizor, płyty, komputer, trochę sprzętu, butelek, szklanek, kufli, obrazków i tym podobny gruz plus kilka innych gadżetów: bejsbol, nóż, katana. Nie zawsze było wiadomo, jak doborowe towarzystwo wpadnie i jak zareaguje na szczerą krytykę.

Wszystko to razem skumulowane dawało efekt mieniącego się obrazka. W nocy sypialnia, od ósmej do piętnastej pokój dzienny, a po piętnastej studio, sypialnia, burdel, świątynia i nierzadko melina. Właśnie. Kolejnym problemem, który rozkwitł tam na dobre, był problem natury… alkoholowej. Nikt nie wychodził trzeźwy. Studio waliło w łeb każdego pełną piąchą, zamraczając trzeźwość. Następnym problemem, od którego powstała ciepła nazwa „Farenheit Studio”, była awaria termostatu oraz zbyt duża liczba kaloryferów i rur centralnego ogrzewania, niczym w bonusowym świecie Maria i Luigiego. Wszystko to dawało potężny efekt cieplarniany. Globalne epicentrum diabelnego skwaru. Jądro pierdolonego Tartaru. Kubatura nie ogarniała! Grzejniki dawały na full, chłonąc „zimniejsze” powietrze z dołu grzejnika i wypuszczając górą wietrzyk, który zupełnie nie był cool. Ciepło buchało jak pierdy z wulkanu. A że naturalną przypadłością każdej piwnicy jest to, że ma się nisko pod sufitem, to ukrop odbijał się od niego jak kauczuk. Do tego brak okien plus stado rastamanów tylko potęgowały wypromieniowany hot. Można było nagrywać gorące bounce’y, basen, dookoła palmy, Hawajki… California love. Jednak bliższy sercu był hardcore. I też hardcorowo się skończyło. Teraz wiem, jak tym wyciem musiałem wkurzać współlokatorów z piętra. Jeśli w połowie czuli to, co ja obecnie, powinni mnie zamordować.

– Odbierz ten telefon!

– Chy…

– Ktoś do ciebie dzwoni! Głuchy jesteś? Już od dwudziestu minut! Odbierz albo wyłącz!

– Chy…

– Powtarzasz się!

– Chłopaki, bądźcie ciszej, chcę się trochę wyspać. – Zaspany i ledwie słyszalny dziewczęcy głos. Nie, to nie głos, raczej miodowo-senne nucenie.

Kobieta? Słyszałem kobietę! Może dziewczynę? Chyba. Gdybym znajdował się na środku morza, uwierzyłbym w nucącą półgłosem syrenę. Tak. Ewidentnie syrena! Z nami? Tutaj? Czyli…? Fuck! Czemu? Kto to? I w ogóle skąd? Co się dzieje? Wystarczy zadać sobie jedno krótkie pytanie, a ono z pewnością zaprowadzi mnie do kolejnego, to z kolei do następnego i następnego, i… głowa mała! Wyobraziłem sobie siebie jako chłonne wiedzy trzyletnie dziecko plus styranego pracą ojca, jakbym był obojgiem naraz; pytam z czystych pobudek dowiedzenia się czegoś ciekawego i ważnego na interesujący mnie temat, a z drugiej strony jestem tak zajechany, że mam to po prostu w dupie.

– Jank, odbierz ten telefon, bo ci go wsadzę w odbytnicę.

– …n…o…

I śpi dalej. Wstanę i go śwignę tą błyszczącą cegłą. To albo alter ego mnie zakatuje. Ile można? Dwa tygodnie przesłuchiwałem sam podkład, zanim wrzuciłem go na tapetę. Dwa tygodnie pisałem tekst, słuchając na okrągło symfonii wirtualnych skrzypków, pianistów i perkusistów, którymi dyrygował na wpół głuchy jak na mój gust, lecz jedyny producent, jakiego znam – Jank. Kiedy dogrywałem kolejne ścieżki wokali, co też trwało około dwóch tygodni, bo trudno było zaakceptować swój własny niedoskonały śpiew, wymiotowałem, wypluwając przy tym płuca! Po kolejnych dwóch tygodniach przyszedł czas słuchania całości i przekonywania się do efektu końcowego, który dojrzewał jak soczysty owoc i poskutkował wysnuciem autosugestywnego wniosku, że to zajebiście smaczny kawałek. Po dwóch tygodniach bombania, jak mawiali współlokatorzy, zamiast owocu czułem już tylko dojrzewający camembert w bukiecie gnijących jajec i wtedy dopadał mnie czternastodniowy okres myśli samobójczych oraz stawiania kolejnego krzyżyka na trackliście. Kiedy upływała trzysta trzydziesta szósta godzina siedzenia po uszy w depresji doliny, byłem na tyle tą hałdą zmęczony, że wsiadałem w auto i gnałem do Janka, by pokazał mi kolejną „ścieżkę”, którą dałbym radę z tej ponurej, stromej i deszczowej parówy się wydostać. I tak w kółko. Jakbym chodził po górach. Psychiczna sinusoida. Muzyka to oprawca i wybawca w jednym. Kto powiedział, że łagodzi obyczaje? W tej akurat chwili to kat!

Powoli podniosłem się z twardej, niewygodnej podłogi, nastawiając wewnętrzny sonar na rejestrowanie wystających kantów, narożników, kolców, obuchów, ostrzy, sierpów, którymi może być nafaszerowana mroczna rzeczywistość. Ręce oparłem na kolanach, starając się powoli rozprostowywać krzyż.

– Ooooofpizdeee!

Czułem się, jakbym po pijaku przebiegł całego „Need for Speeda”, i to w za małych bamboszach. Zalany jak busola błędnik całkowicie zachwiał rozchwianą równowagę, a przecież nie mogę się wychylać – ta ostro najeżona rzeczywistość. Zgarbiony i po omacku kroczyłem tiptopami równą ścieżką, jak Quasimodo na wybiegu, ku błyszczącemu prostokątowi. Zastanawiałem się, dlaczego spałem na podłodze, skoro jedno z łóżek pozostało wolne, w dodatku takie miłe, miękkie, świeże, pachnące i pościelone bez zagnieceń, tak jak potrafią ścielić tylko pokojówki albo ulegli fali żołnierze. Złapałem za nieporęczny telefon. Spojrzałem na ekran i… wryło mnie w ziemię.

– O kurwa!

Pokemon! I to nie ja go znalazłem – to on dorwał mnie! Telefon ze strachu wypadł mi z ręki, na szczęście na łóżko, co zamortyzowało upadek, z drugiej strony mogło być już po kłopocie. Co to było? Pierwotne zło! Szybko odwróciłem głowę, oczy wytrzeszczyłem w mrok, zatapiając je w kojąco uspokajającej nocnej kąpieli. Licz do trzech! Trzy głębokie wdechy: jeden ze strachu, dla wytchnienia, drugi dla relaksu, a trzeci na odwagę! Dla poprawy obrazu wierzchem ręki lekko przetarłem oczy i ponownie podniosłem słuchawkę. Skrzat! Piętnaście centymetrów na dziesięć, dosłownie wyłaził z telefonu, jakby się materializował! Jedno oko za wysoko, drugie patrzy siostrzanym wzrokiem białej damy nawiedzającej w deszczową noc pałac w Kórniku. Mógłbym odwrócić telefon tyłem do mnie, lecz maszkara na bank wypaliłaby dziurę, mógłbym się schować na krańcu świata, a i tak czułem, że by mnie widziała i patrzyła mi prosto w oczy przenikliwym spojrzeniem, wszystkowiedzącym i wszystkoprzeczuwającym, nawet to, czego ja zupełnie nie pamiętam, jakby czytała cały mój życiorys i najbardziej prawdopodobną przyszłość. To nie fota na telefon, kominek czy do portfela, tylko szatański hologram 7D. Czuję, jak opluwa mnie jadem, słyszę, jak chichocze, ale to nie jest szczery śmiech od ucha do ucha, nie, nie, to makabryczny śmiech, to ostatni śmiech czarownicy, która zaraz wsiądzie na miotłę z witek i przyleci tu skopać mi dupsko. Kobieta w czerni. Zobaczyć ją to zły omen, a właśnie przez przypadek, w dobrych intencjach, kierując się empatią wobec obecnych współlokatorów, chwyciłem za puszkę Pandory, z której wyskoczyła z prędkością światła jak uwięziony od tysięcy lat Dżin. I wyszła… plaga gówna. Boże, zbaw nas ode złego!

– Jank, kurwa, gdzie my jesteśmy? Przyszła żona dzwoni!

– Yyyy…

Szybko odrzuciłem połączenie, jakby klawisz czerwonej słuchawki parzył piekielnym ogniem, ale tylko po to, by za dziesięć sekund znów się rozdarło z tego multimedialnego gówna. Dziwne, jak bardzo potrafimy sami siebie wkurwić, i to z odległości jakichś czterech tysięcy dni – rozrzut jak czasoprzestrzenna gnojarka. Może gdybym tego nie nagrał, byłbym teraz spokojniejszy i polifonia koiłaby śpiewem George’a Michaela. Co teraz? Znowu odrzucić? Puścić mimo uszu? Odebrać? Nie? Fuck! Potrzebne kolejne odpowiedzi, a styrany stary poszedł spać! Na logikę dzwoni, znaczy chce pogadać – ale nie ze mną, i dobrze, bo jej nie lubię – z Jankiem. Nic dziwnego, jego dziewczyna, za tydzień będą małżeństwem, jakaś paranoja, ale co mnie to obchodzi. Jank, nie licząc wybrakowanych zaimków, obecnie mało jest rozmowny, więc… Trzeba by najpierw ustalić jakieś fakty, nie mam zamiaru zapędzić się w kozi róg i dać jej satysfakcji. Gdzie? Z kim? Kiedy? I po co? Co to za laska? Która to w ogóle godzina? I najważniejsze: czemu tak boli mnie głowa?

– Jank!

– …

Głucho.

Pomacałem się po kieszeni. Im mniej mogłem znaleźć, tym szybciej szukałem. Panika! Nie mam portfela! Wszystko przepadło: dowód, prawko, karty… Fuck! Oszaleję. Nic nie ma! Pusto. Myślę… A może… Chyba portfel dawałem na przechowanie. Tylko komu? Igorowi? Nie pił, a przynajmniej nie tyle.

– Igor?

Cisza. Już mnie to nawet nie dziwi?

Macam się dalej. Uff! Na szczęście jest telefon, są tabletki, jakaś kartka i klucze – na razie zignoruj. Gdzie to się pochowało? Wysunąłem swoją prywatną słuchawkę ze spodni, przycisnąłem guziki, zero reakcji, ciemny jak wszechświat wkoło, rozładowany na amen. Ładowarka? Być może gdzieś tu jest, ale to jak zabawa w ciuciubabkę. Choć z drugiej strony nie widzę racjonalnych powodów, dla których mogłaby tu być. Zresztą na razie olej, po co kolejne problemy, póki nie ustalimy kilku faktów, cały świat zewnętrzny przyjmuje miano wroga numer jeden, z królową Poli na czele, czeredy złożonej z żywych trupów. Jędza nie daje za wygraną, telefonuje do swego mę-żula, nie pozwalając przy tym nikomu spać, i w dodatku używa mojego głosu, te jej kuglarskie sztuczki, jakby chciała mnie upokorzyć i sprawić, żeby wszyscy mnie znienawidzili. Nie da się myśleć o niczym innym, dzwoni, dzwoni, dzwoni, musiała się wkurzyć, jak odrzuciłem połączenie.

Zaryzykowałem, przesuwając zieloną słuchawkę w górę.

– Halo!

– No…

– Dzięki Bogu żyjesz!

– …

– Halo! Słyszysz mnie, dupku?

– Hal… – Ledwie poznałem swój własny cichutki, zduszony głosik.

– Gdzie ty, kurwa, jesteś? – Z wyraźnym akcentem na „kurwa”.

Żebym to ja wiedział. Rozglądam się: nic, ciemno, ale nie powiem jej, że nie wiem ani że w dupie (bardzo mnie kusiło), bo może wziąć to dosłownie, tym bardziej że w tej chwili robię za Janka.

– Słyszysz mnie?

– Tak. Ale… – Nie ma co kombinować. – Wiesz, to nie tak, to nie ze mną rozmawiasz, chcesz pogadać… – Kompromituję się? Zołza! Widzę, jak pioruny trzaskają jej nad głową. Muszę się przyznać, formalność, pewnie i tak już wie, że się podszywam. Po co mam wysłuchiwać jej wyrzutów, skoro to i tak nie do mnie?

– Co ty pieprzysz?

– To ja, Robert, nie Maciej.

– Masz przejebane, chujku! To twój pomysł, to twoja sprawka, jesteś winny, masz przesrane! – Chyba jednak po części do mnie.

– Bogu ducha, serio, o co chodzi?

– Pytasz mnie, o co chodzi? To ja się, do cholery, pytam, gnoju! Gdzie wy jesteście?

– Zapodziałaś kryształową kulę? – wypowiedziałem odruchowo, a kiedy się spostrzegłem, jakie słowa wylatują mi z ust, starałem się je chociaż zniekształcić. Musiała usłyszeć coś na kształt „zapodziałaśkrychtalowomkole”.

– Co ty bredzisz, debilu? Naćpałeś się?

– No co ty! Czemu ci to przyszło do głowy?

– Żadnego kontaktu z wami przez dwa dni, nie odbieracie, nie oddzwaniacie, nikt, jak kamień w wodę, jak gówno w piach! Była u ciebie policja! Gdzie jest Maciej? Chcę z nim rozmawiać, daj mi go!

– Jaka policja? Co my zrobiliśmy? Jakie dwa dni, co ty gadasz?

– Daj mi Maćka!

Spojrzałem w dół… Zwłoki!

– Akurat wyszedł, musiał iść do… to znaczy… po…szedł… bo chciał… musiał… – Zestresowała mnie policją, już czułem się, jakbym wyjaśniał coś na komisariacie.

– Słuchaj: za pół godziny ma być w domu i gówno mnie obchodzi, gdzie musiał, co musiał. Ma być i koniec! Rozumiesz?

Za pół godziny? Pół godziny może potrwać, nim go dobudzę, a jeszcze się ogarnąć, rozgryźć, gdzie jesteśmy i którędy do domu, ustalić wspólną wersję zdarzeń, może ktoś coś pamięta… Oby!

– Daj mi godzinę, za godzinę dostarczę ci go całego i zdrowego na sam próg. – Nie czekając na aprobatę, szybko się rozłączyłem.

Dobra. Godzina. Mam godzinę. Przeciągnie się na dwie, też większej afery nie będzie. Co może być groźniejsze od apogeum grozy? I tak dobrze, że pan młody leży obok mnie, w filmach bywało, że po kawalerskim ginął bez śladu i odnajdywali go dopiero tuż przed ślubem, tak to wygląda w romantycznych komediach z happy endem. Szczęśliwe zakończenie w tej chwili to mrzonka, będzie dobrze, jak przeżyjemy. Kilku facetów, pewnie było śmiesznie jak w tych komediach, ale ten się śmieje, kto się śmieje… chimerycznym śmiechem. Właśnie, rozładowany telefon daje do myślenia. Do mnie też musieli się mocno dobijać. Jakie dwa dni? Jaka, kurwa, policja? Co ona w ogóle mówiła?

– Jank, Pat, Igor, Guczi, wstawajcie! Gdzie my jesteśmy? Niewiele pamiętam… Co się stało?

Mnóstwo pytań, żadnych odpowiedzi, zaczynam się przyzwyczajać. Ja, dziecko we mgle, a styrany stary śpi zamiast złapać mnie za rączkę.

Muszę zapalić lampę, może to ich obudzi. Wcześniej jednak muszę wysłać impuls, co może być skomplikowane, bo fale mózgowe zakłócała reszta środków odurzających pływających po kanałach. Czułem grypowe łamanie w kościach, wiotkość mięśni i wodogłowie, boleści łokci, kolan, a tego bólu, który rozpieprzał mi czachę, godna jest tylko królowa Anglii. Muszę się zmobilizować i ogarnąć. Po tej rozmowie czułem się, jakbym dostał bęcki, jakby ze słuchawki wyskoczył Jim Carrey w masce i pierdolnął mnie groteskowo dużym młotkiem na tyle mocno, że widziałem fruwające wkoło gwiazdki. Muszę się położyć na chwilę, na małą chwilkę, dla relaksu, na tym mięciutkim łóżeczku, zaczerpnąć czyichś nieświeżych wydechów.

Tak. Bosko. Co się stało? Co za melanż? Ni chuj nie pamiętam, dopadła mnie jakaś straszna amnestia… Amnezja? Chyba amnezja… Czy amnestia? Fuck! Ochujeć z tym idzie! Są inne problemy! Chyba to niezaraźliwe i nie wszyscy na to cierpią? Już! Już! Trzeba się ruszyć, mam mało czasu, ale jeszcze sekundę… Kurwa, taki helikopter, że zaraz wypuszczę ptaka, o ja cię! Już, już, spokojnie, już wstaję! Przekulałem się na bok, leżałem, gapiąc się w totalną ciemność. Ale luta! Luta w chuuu… Dziwne linie i kontury samoistnie rodziły się przed nosem, figury geometryczne, kwiatki, ptaszki, fraszki, flaszki… Tak, flaszki, teraz widziałem, oczy zaczęły szperać po ciemnościach i rejestrować znane kształty. Butelka. Trójkątna, w kształcie klina? Nie. Kwadratowa. Łycha albo coś w tym stylu, w obecnym stanie mało ważne, wszystko w kształcie prostokątów działa jak panaceum. Cholera, nie sięgnę, znowu muszę wstać. Odkręciłem nakrętkę, zdezynfekowałem gwint, przecierając środkiem dłoni, i pociągnąłem na tyle duży łyk, że gulnęło mi jabłko. Kurwa, jakie to mocne! A jakie niedobre! Jak ci nafciarze mogą to walić dzień w dzień? Niepojęte. A jak pokazują w filmach wątek typu „czego się napijesz? Szkockiej!” i wlewa jakiś biznesmen, prawnik lub złodziej w garniturze do niskiej grubej szklanki, w połowie wypełnionej lodem, i podaje z uśmiechem kontrahentowi bądź drugiemu złodziejowi, który chce tego pierwszego okantować, wydaje się to takie smaczne i orzeźwiające jak mango z arbuzem. Moje gardło nie jest stworzone do tak ostrego smaku. Nie ma szans, abym wypił czterdziestoprocentowy alkohol bez otrząsania i popitki. Jednak zupełnie nie przeszkodziło mi to zassać kolejnego łyka.

Dobra. Teraz bym coś spalił, potem, myślałem, zgłodniał i zjadł. Śniadanie? Obiad? Kolację? Tak, i najlepiej w domu, grzejąc kapcie w ulubionym fotelu przed telewizorem, oglądając jakiś oldskulowy film karate. Krwawy sport z Van Damme’em. Z nim to warto iść w tango. Potrafi zabawić dziewczynę i jednocześnie rozbawić towarzystwo. Choć ja akurat w bieżącym stanie odjebałbym podobny balet, ale mam tę wadę, że nie tańczę. Na razie poprzeczkę i tak ustawiłem wysoko: muszę zapalić światło, nie wiem, jak na to zareaguje reszta, ale Pola nie żartowała, może zamknąć mnie w chatce z piernika, utuczyć i zjeść. Czas się ruszyć! Już! Już, już.

Szedłem po ścianie ku dolnej szczelinie w drzwiach przepuszczających wąską poziomą strużkę słabego światła, dedukując, że gdzieś tam muszę znaleźć włącznik, zwykle gdzieś tam… Macam, macam, macam… Jest! Przełączyłem i w tym samym momencie, aby spotęgować efekt, krzyknąłem:

– Wstawać, pojebańce! Jaaaaa pieee…

Jakbym zamiast pstryknąć światło wcisnął power w pilocie telewizora. I to wszystko było filmem. Obecność! Ten pokój to świadectwo Abandona! Ten pokój to świadectwo Chucka. Xiong Zonk!

– Zgaś to słońce! – odzywały się bliżej nieokreślone źródła demonicznych głosów albo po prostu nie nadążałem. – Ciszej, ciszej, kurwa, morda! Zgaś…

Fru – pofrunęła butelka, rozbijając jedną żarówkę.

– Dzięki. Drugie też zgaś!

– Wpadł tu huragan? – spytałem cicho, chyba bardziej sam siebie.

Którędy? Nie ma okna! Cztery żywe trupy w barłogu łóżek. Co za bajzel. Rozpierducha. Trzech mężczyzn, jedna laska. Naga! Naga? Dziewczyna? Wyczułem drętwy zapach własnego potu w ciekawym bukiecie wyziewów z murzyńskiej chaty. Zapach strachu i wyrzutów sumienia jednocześnie. Nie pamiętam nocy, a przede mną leżała naga kobieta. Przecież jestem w związku! Jak wszyscy. To chyba niezdrowe? Jak na panujące standardy moralności raczej nie. Nie dość, że dopuściliśmy się zbiorowego gwałtu sumienia alkoholową popijawą i narkotyczną orgią, to jeszcze seksualne party? „Życie to burdel!” – jak powiedział wczoraj Jank. To na pewno było wczoraj? Trudno powiedzieć. Wiedźmin truł coś o dwóch dniach. Zegarek! Spojrzałem na tarczę. Chińczyki piszą, że Monday. Monday, Monday, Monday… Co to było, ten Monday? Poniedziałek? Kurwa! Na imprezę wychodziłem w sobotę, dałbym sobie głowę ściąć, że dziś Sunday! Jednak Monday! Kurwa! Więc gdzie umknęła niedziela, bo nie pamiętam.

– Pamięta ktoś niedzielę?! – krzyknąłem już totalnie wkurzony i spanikowany.

– Ta ostatniaaaa niedzieeela, jutro sięęę rozstanieeeemy – zaśpiewał chropowatym fałszem Pat. Twarz z lekkim ślinotokiem bezwładnie zwisała mu na krawędzi materaca.

– Trochę to jak przepowiednia, więc nie ma z czego się śmiać.

– Fieerchdolisch. – Musiał się obetrzeć o poduszkę.

– Nie, bobym tyłkiem ruszał. Jank, stara dzwoniła. Nie odbierałeś, więc pozwoliłem sobie uciąć miłą pogawędkę. Zazdrosny?

– Co mówiła? Kurka, muszę oddzwonić. – Skoczył na równe nogi jak przyłapany na spaniu uczeń.

– Stanowczo odradzam, cholernie się piekliła. Obiecałem, że za godzinę będziesz w domu, trzeźwy i odruchany co najmniej do nocy poślubnej.

– Prześmiewny, kurde, jesteś.

– Tak czy inaczej nie możemy nawalić.

– Optymista. Skoro dzwoniła, znaczy, że już nawaliliśmy! Co ci się stało, co masz pod okiem? – zauważył Pat.

– Nie wiem. A co?

– Jakby ktoś ci przyjebał!

– Nie wiem, nic nie pamiętam. Zapomniałeś? – Jednak faktem było, że bolała mnie twarz… Wszystko mnie bolało!

Wdałem się w bójkę? Zazwyczaj obchodzę tego typu problemy szerokim łukiem. Ćwiczyłem za młodu jeet kune do z ciężkich tomów Bruce’a Lee, niestety nic nie pamiętam poza sztuką walki bez walki. Najwyraźniej przedwczoraj, wczoraj, kto wie, może nawet dzisiaj ten styl nie przeszedł. A być może pierdolnąłem w drzwi. Też niewykluczone.

– Co się stało? Gdzie my jesteśmy? Kto zgasił światło? – Guczi leniwie otworzył oczy.

– Właśnie zapaliłem światło – oznajmiłem.

– Żartowałem, to takie powiedzenie, żart taki, że nic nie pamiętam, jak w kreskówkach, tak jakby ktoś wyłączył mi światło. Kumasz?

Spojrzałem spod byka, a on nie dawał za wygraną.

– Żart, że ktoś zgasił światło, jak w Króliku Bugsie, że straciłem świadomość, rozumiesz?

– Nie!

– Z tego, co pamiętam, to wczoraj piliśmy, potem… jeszcze piliśmy i jeszcze trochę… byliśmy w pubie czy coś. Jak on się nazywał? Mam na końcu języka, cholera… Nieważne! A później, że… jakaś laska kręciła mi nagim tyłkiem koło krocza i… – Spojrzał w dół. – Zostawiła na spodniach smugi po foce. – Najgorsze, że Pat opowiedział przebieg imprezy w najdrobniejszych zapamiętanych szczegółach.

– Ale historia…

– Ja tylko pamiętam, jak wyszliśmy z samochodu, a potem trochę rynku i jakieś pojedyncze flesze. – Jak na Janka, to i tak sporo. Zwykle tracił świadomość już w domu, godzinę przed wyjściem w miasto.

– Rozwalę was, panowie: to nie było wczoraj, tylko w sobotę! Dziś mamy poniedziałek. – Brutalna, niedorzeczna prawda podana kopniakiem w jaja.

– Co ty pieprzysz? – Wiedziałem, że nikt nie uwierzy, sam miałem problem, aby to zaakceptować.

– Chyba, kurwa, nie srałeś.

– Za to od ciebie jedzie, jakbyś miał grubo narąbane. Spójrz sobie na zegarek.

– Ósma, ósma rano. I co?

– Ale jaki dzień?!

Chwila dla ogarnięcia sytuacji.

– Poniedziałek? To co to było? – Zrobił chwilę przerwy i dodał: – Biała niedziela?

– …?

– Kiedyś biała niedziela była dniem, kiedy lekarze przyjeżdżali na wieś, w trudno dostępne tereny, aby przeprowadzić badania na ludziach. – Guczi uwielbiał raczyć nas różnego rodzaju ciekawostkami, prawdziwymi albo i nie, raczej nikt tego nigdy nie sprawdzał. Nigdy też nie próbowałem imponować tą wiedzą w towarzystwie. Za to jeśli on złapał wolnego słuchacza, to szczerze współczuję.

– Dziwnie to zabrzmiało. Badania na ludziach, kurwa, to jakieś chore!

– Rzeczywiście czuję się, jakby dopadł mnie anestezjolog.

– Białka w tę niedzielę musiało być dużo, i to we wszelkiej postaci, skoro nikt nic nie pamięta.

– Ale na pewno nic typu noł slip. – Pat przecierał oczy.

– Bardziej stawiałbym na opiaty.

– Opiaty? Jak to hardcorowo brzmi!

– Gorzej to już tylko Monar. – Czyżbyśmy dopuścili się aż tak twardych dragów? Nie, to na pewno tylko alkohol, nic więcej. Paszczak częstował różnymi witaminami, ale…

– Ja też. Mam pracę i dla zdrowia jadam jogurt z kiełkami.

– Była też czarna niedziela.

– Tak, Guczi, wiemy: krwawa niedziela, ostatnia niedziela…

– …i zaginiona niedziela! Starczy!

– Dziękujemy za ten wykład z historii medycyny o psychopatycznych lekarzach, ale mamy problem z teraźniejszością. – Z powrotem wrzuciłem temat na tapetę.

– Czyli jest poniedziałek?

– Poniedziałek i wygląda na to, że siedzimy w jakimś podrzędnym hoteliku, jeśli nie burdelu – kiwnąłem głową w stronę dziewczyny – co może być ogromnym moralnym problemem, nie mówiąc już o finansowym.

– Kto to? Myślałem, że Igor.

– Poznałeś po walorach?

– Właśnie, to następny problem. Igora nie ma, a to on prowadził tę imprezę i musi mieć kluczyki do Klakiera. Trzeba go znaleźć.

Rozejrzałem się i wyszło na to, że brakuje jeszcze Paszczaka. Jeśli dopadł Igora, to ten może nawet nie wiedzieć, że wyszedł z domu. O ile pamiętam, wczoraj miał przy sobie wuchtę towaru. Przedwczoraj! Jeszcze się gubiłem. Ostatnimi czasy widujemy się dość często przy flaszce czy lufie, jak to kumple. Choć w sumie znamy go… nawet nie wiem jak długo. I tylko tyle, na ile można kogoś poznać na obficie zakrapianych imprezach. Zajebisty kolo! Potrafi doprowadzić do szału! Mieszka gdzieś niedaleko, jak każdy diler. Diler nie diler, zawsze coś tam kitra za pazuchą. Ma chore jazdy i wbrew pozorom to zły, dziwny i specyficzny człowiek. Dlatego martwiłem się o Igora i o siebie, bo mogłem być pod wpływem wszystkiego. Choć najbardziej przerażała mnie ta dziewczyna. Jest młodziutka i ma niewinną twarz, przynajmniej z tego profilu. Sztafetka? Aż strach pomyśleć! Facet załatwi wszystko. Trzeba go poszukać. Mógłbym ją zbudzić i zapytać, ale tak do końca nie byłem pewien, czy chcę to wiedzieć. Wyrzuty sumienia mogą nie dać mi spokoju, jeśli rzeczywiście to sztafeta. A jeśli ma niepełne szesnaście lat? Bałem się spojrzeć jej w oczy, wstyd mi, wygląda zbyt młodo, a druga rzecz – mogło to sporo kosztować, a gdzieś tu pewnie kręcił się jej alfons.

– Trzeba stąd wiać jak najszybciej, zanim laska się obudzi i wystawi rachunek – zaproponował Guczi.

– Chrystus cię opuścił? Muszę najpierw wziąć prysznic, umyć zęby, uczesać się, użyć antyperspirantu, przywdziać… Jaki rachunek? Za co? Nic nie pamiętam. – Pat nie chciał działać zbyt pochopnie. Na razie też byłem zwolennikiem takiego podejścia, choć akurat z innego powodu niż żelowanie włosów.

– Uwierz: jak wpadnie Schwarzenegger, to ci się wszystko dokładnie przypomni.

– Nawet nie wiemy, czy to kurwidołek, czy jakaś tania noclegownia. Może dziewczynę poznaliśmy na imprezie i pijani, trochę nahukani, zmordowani tańcami poszliśmy spać? Tyle w temacie.

– Niezła teoria, podoba mi się, tania i przede wszystkim bezproblemowa. Jednak nie przemawia do mnie jej nagi tyłek, chociaż w innym sensie przemawia, i to bardzo. O tak! Ale która laska ot tak rozbiera się do naga przy kilku facetach?

– Mówię wam, spadajmy stąd, mam pieprzoną paranoję – wtrącił się ponownie Guczi.

– Spokojnie, jeśli rzeczywiście ta dziewczyna to… – Gdy patrzyłem na jej słodką buźkę, to słowo nie chciało przejść mi przez gardło. – To wolę załatwić sprawę z jej alfonsem lub, chętniej, bez niego, ale tutaj, aniżeli miałbym go gościć w domu przy żonie. – Co za chora wizja!

– Niech każdy przypomni sobie, co może.

– Właśnie. Sprawdźcie po kieszeniach, może ktoś ma jakiś paragon albo coś.

Każdy przeczesywał swój kwadrat w poszukiwaniu śladów zbrodni, gwałtu, kradzieży, ucieczki… Kto wie, co się działo?

– Na przykład bilet wstępu? „Legalna Blondynka”.

– To chyba jakiś gejowski film?

– Rozumiem, że widziałeś.

– To klub go-go – oznajmił Jank.

– Tak, to pamiętam. Jest nawet inny dowód: smuga po mokrej foczce na portkach. Patrzcie! – Pat wstał i rozkraczył nogi.

– Rozpierdala mnie to.

– Po co dają paragony w klubach go-go?

– Dla żon!

– Też coś mam. Ulotkę klubu „Holender”.

– To by tłumaczyło po części nasz stan.

– To ulotka, niekoniecznie musieliśmy tam być.

– A może ktoś ma jeszcze trochę holendra? – Pat miał ochotę odlecieć jeszcze wyżej, zanim zaczniemy spadać na chatę.

Na pewno miał Paszczak, ale dla pewności, czy aby przypadkiem czegoś mi nie wcisnął, pomacałem się po spodniach, brzuchu, rękawach i… znalazłem grubą tytkę szczelnie skitranego materiału pod koszulą! Znalazły się i fajki. Wyjąłem dwie sztuki, pozbyłem się tytoniu i uzupełniłem tutki aromatycznie pachnącą gandzią. To tylko miękki narkotyk, nawet nie narkotyk, używka jak marlboro czy herbata, nieszkodliwy, nie bardziej niż to nafaszerowane chemią żarcie albo leki w spożywczaku. Można się spalić od czasu do czasu, dla kurażu. Ten świat tak przesiąknięty jest syntetycznym stresem, że zwykła joga niewiele zdziała, potrzeba syntetycznego zmiękczacza, choć naturalna gandzia bez domieszek i siarczanów jest na wagę złota. Acapulco gold. Wystarczy wciągnąć chmurę i czujesz medytację, feeling z naturą, dlatego najlepiej palić na zewnątrz, mountain dew. Choć każdy ma swój sposób na luz. Ja lubię naturę, drzewa, rzeki, skały, samotność i dolinę – fabryka relaksu, doświadczam integralności z wszechświatem. Aby odreagować stres, potrzebne jest piwo od czasu do czasu i buf pomiędzy tym czasem – za to się nie idzie do piekła. Nic z tego, nie ma palenia, bo nie ma ognia, jak w tym dowcipie z Bobem Marleyem. Trudno. I tak trzeba opuścić ten hotelik.

– Musimy skołować ogień, bo nie wyrabiam! – krzyknął ogarnięty paranoją Jank.

– Uchyl delikatnie drzwi i powiedz, co widzisz, tylko ostrożnie – zaproponowałem, by wykonał pierwszy krok w drodze ku wolności.

– Czemu znowu ja?

– Czemu: znowu? Robiłeś już coś?

– Rusz się, czarnuchu! – nakazał Guczi dobitnie, lecz z sarkastycznym akcentem.

– Jesteś najsłabszym ogniwem, to ciebie ściga żona – dołożył swoje Pat.

– Dobra… – Jank podszedł do drzwi, lekko je uchylił, nawet nie zapiszczały. Zapuścił żurawia i rozpoczął bezpośrednią relację na żywo. – Korytarz, dywan i ciąg drzwi to raczej hotel. Jeśli burdel… na pewno nas na niego nie stać. Za duży!

– Wiedziałem!

– Taka sztunia swoje kosztuje, a jesteśmy z nią na pewno całą noc albo i wczorajszy dzień.

– Czytałem o tym. Dają ci do drinków nieświadomkę, a po dwóch dniach dostajesz kosmiczny rachunek. Przynosi go do domu koleś bez szyi, na początku jest miły, a później, gdy wynikają komplikacje z płatnością, pochmurnieje.

– Było o tym u Jaworowicz. Kolesie zapłacili milionowe rachunki!

– Kurwa! Desant!

– Czekajcie, mam jeszcze coś: fakturę za paliwo na numery Klakiera, ale miejscowość to Pelplin, i bilet wjazdu na autostradę Nowe Marzy.

– Nowe co?

– Z jaką datą?

– Wczorajszą.

– Gdzie to jest? Nowe Marzy, Pelplin? To w ogóle w Polsce?

– Muszę zadzwonić do szefa, że do roboty nie dojadę. Jank, daj fon, bo mój padł.

– Tak jak i mój.

Jank podał aparat Patowi, ale ten zdążył usłyszeć tylko jeden sygnał i telefon się wyłączył. Pola zżarła cały prąd. Wszystko to tak dziwne, że aż niemożliwe. Wyszliśmy w sobotę na wieczór kawalerski Janka. Igor podjechał po wszystkich Klakierem, autem naszej młodości. Organizator zarezerwował stolik w dyskotekowym pubie, gdzie można potańczyć i spokojnie porozmawiać przy piwie, a nawet zjeść jakieś koreczki z sera i śledzia. To chyba na tyle z ustaleń i planów. A! Był jeszcze pomysł – oczywiście nieautoryzowany – chcieliśmy grzecznie wyskoczyć na jedną radosną chwilę do nocnego klubu na striptiz, postawić młodemu panu prywatny taniec. To ostatni moment, by mógł legalnie spojrzeć gołym okiem na… blondynkę. Czuliśmy się zobowiązani. To wszystko. To największy grzech, jaki braliśmy pod uwagę. Nic więcej. Zamierzaliśmy się zawinąć koło trzeciej, czwartej i od czasu do czasu miło wspominać wypad, a być może kiedyś nawet powtórzyć. Choć wszyscy są już żonaci, więc kiepsko z pretekstem. Ale ostatnio w modzie są rozwody, więc nigdy nic nie wiadomo. Tymczasem brałem udział w jakimś filmie. Zamiast obudzić się w domu przy niedzieli i obejrzeć na Animal Planet program o surykatkach z Czubówną, ocknąłem się w poniedziałek rano w jakimś małym pokoiku, noclegowni dla biednych, burdelu albo izbie przyjęć, bo tak to jakoś wygląda, nawet jak w pierdlu trochę, na szczęście są drzwi, nie kraty. Nic nie pamiętam, a to, co mi błyska… przeczy dowodom. Co to jest Pelplin? Ja pierdolę! Nowa Mara? Fuck. Żaden telefon nie działa, a na debecie mogę mieć milion, bo po pijaku jestem kurewsko hojny. Stara Janka grozi, że mi skapiszonuje mordę. Suka przeszła całego „Wolfensteina” wałkiem do ciasta, maglowała szwabów, by puścili parę, gdzie zakamuflował się wujek Adolf, a on, wiedząc, że nadciąga zło, palnął sobie w łeb. Co za wtopa! Dzisiaj chyba kopnę! Nawet nie ma ognia na uspokojenie… Może nawet lepiej. Jeśli to hotel, dym wywołałby alarm przeciwpożarowy, pewnie by nas powsadzali. Jaka schiza! To nie może być naprawdę, muszę się uszczypnąć, obudzić albo łyknąć kapsułkę z cyjankiem, zanim to suczydło mi dokopie.

– Ma ktoś mapę albo coś? Może któregoś zaczęła jarać geografia?

– Ni cholery.

– Co najwyżej pornografia. O mapie ciała mogę ci powiedzieć wszystko!

– Pokaż jeszcze raz ten wjazd na autobanę.

Chwyciłem papier, obejrzałem z przodu, z tyłu, pod kątem, przeczytałem głośno wszystkie literki. Okazuje się, że to autostrada A1 z miejscowości Nowe Marzy. Ale dokąd? Do Pelplina? Po co mielibyśmy jechać do Pelplina, skoro wiem, że o Pelplinie nic nie wiem, pierwsze słyszę. Po co zarywać niedzielę, wystawiać się na poniżenie i fizyczne cięgi dla jakiejś szarej wiochy? Chyba że to stacja pośrednia. Ale dokąd? Co to za kierunek? East? West? Północ? Południe? Nic już nie wiem, czuję się zakręcony jak rosyjski słoik z kawiorem.

– Idę spać – stwierdziłem z rezygnacją.

– Porąbało cię!

– Żal mi siebie, że aż przykro.

– Spokojnie, trzeba tylko zacząć racjonalnie myśleć, a potem działać. – Dobrze mieć wkoło siebie optymistów, to się nazywa braterka.

– Co proponujesz, bystrzaku? – spytałem Gucziego.

– Jank, masz smartfona, tak? Ja nie preferuję tego typu urządzeń, ale chyba zacznę, bo widzę częściowe rozwiązanie. – Coraz mniej im wierzyłem.

– Dajesz, kolego.

– Wiem, że jest rozładowany, ale na pewno idzie go jeszcze włączyć na minutę. Od razu go wycisz, żeby nie tracić baterii na niepotrzebne telefony i SMS-y, włącz Google Maps i zobacz, gdzie jest Pelplin i Nowe coś tam.

– Okej. Spróbuję.

Na początek dobre i tyle. Jeśli to wypali, postawię mu piwo albo sok pomidorowy. Byłby to jakiś kamień milowy. Może uda się określić lokalizację, jeśli nie teraźniejszą, to przynajmniej wczorajszą, a to już coś, po nitce do kłębka, trochę rozjaśnimy obraz. Dokleimy kilka klatek do urwanego filmu. Telefon odezwał się delikatnym „bzz, bzz”, rozświetlił się ekran. Poklikał, poklikał, Jank zrobił wielkie oczy i w końcu przemówił z subtelnym pesymizmem w głosie:

– Ja pierdolę!

– Mówiłem?!

– Co jest?

– Beznadzieja.

– A nie mówiłem?!

– Zamknij się! Daj mu powiedzieć.

– Pelplin jest po drodze z miejscowości Nowe Marzy na autostradzie A1!

– Naprawdę cieszę się, że koleś jest z nami. Podobno Kolumb miał polskie korzenie. Myślę, Jank, że to może być twój stary.

– Naprawdę jesteś nie do końca rozgarnięty. Może jakieś bliższe współrzędne? Bo tyle to wiedzieliśmy, zanim uruchomiłeś tę padakę. Wynika z godzin na fakturze i bilecie, że najpierw byliśmy w Czary-Marach, a później w Pizdolinie! Dokąd ta autostrada, Vasco da Gama?

– Wacek da grama?

– Jaki Wacek?

– Ja pierdolę!

– A w Polsce są autostrady?

– Są, z miejscowości Nowe Marzy przez Pelplin na północ do… Trójmiasta! – „Taaaraaaa” – zabrzęczał mi w głowie dźwięk, przy którym odsłaniane są największe tajemnice świata. Trójmiasto!

– Trójmiasta? Trójmiasta, mówisz? Jesteśmy w Gdańsku, Gdyni albo Sopocie?

Gong! Sensej Katana stuknął mnie w banię. To dobrze, bo zaczynało mi co nieco świtać. Jeszcze raz na spokojnie przeczesałem całą sytuację bardziej wnikliwie i wyszło na to, że zamiast w prawo skręciliśmy w lewo i dotarliśmy do Trójmiasta.

– Ni chuj, nic nie pamiętam – stwierdziłem z przekonaniem.

– A mi się żarzy żarówa, może nie setka, tylko burdelówa, ale…

– Każdy szczegół jest ważny, powie ci to detektyw w „W11”.

– Mów!

– Jak wyszliśmy ze striptizu, mieliśmy plan, by pojechać do Trójmiasta, chyba Sopotu… Tak, na pewno! Tam są najlepsze imprezy i dużo dziewczyn, można się przejść po molo, iść na spacer… Monciak, Grand Hotel, z którego Hitler oglądał, jak jego pancernik rozpieprzał naszą armię.

– Przyjechaliśmy do Sopotu, aby przejść się molem? Trochę to naciągane.

– Nie, nie, Guczi ma rację. Pamiętam molo i chłodny poranek, jakąś imprezę z palmami bodajże, właśnie na tym Monciaku. Też słyszałem, że są tam zajebiste imprezy. To taki stary rynek, jak w Poznaniu.

– Nadal nic nie pamiętam – oznajmiłem skrajnie chłodno w porównaniu z ich podnietą nagłego przypływu informacji.

– Tak, tak, teraz też mi świta, już pamiętam. Jesteśmy w Grandazamacho Hotelu.

– Nie wydaje mi się, chyba że w składziku na miotły.

Zaczynam się martwić o swoją głowę. Kurde, oni sobie przypominają wczorajszy dzień, może nie ze szczegółami, ale przynajmniej jakiś ogólny zarys, a ja nic, żadnego wspomnienia. Nul. Jeśli ten stan nie minie, po przyjeździe będę musiał wybrać się do lekarza lub zaczekać, aż sam dojedzie w białą niedzielę. Najprościej byłoby stąd wyjść, ogarnąć krajobraz, który nas otacza po zewnętrznej stronie budynku – wiele by to wyjaśniło – ewentualnie podejść do recepcji, pod warunkiem, że jest. Jednak wciąż liczę na powrót pamięci. Wyjść z pustą głową to jak wejść w paszczę lwa. Mogliśmy sobie nabruździć, a jeśli tak, to wolałbym zwiać. W przeciwnym wypadku wypadałoby się pożegnać z panią siedzącą przy tym śmiesznym dzwoneczku. Tym bardziej, że może mieć na przykład… mój dowód osobisty! No i ta dziewczyna. Zostawić ją? Zabrać? Niestety żadne wspomnienie mnie nie nachodziło, dupa blada. Co teraz? Zaufać braterce? Komuś trzeba. Mam zawiązane oczy, a oni chcą wyprowadzić mnie z matrixa. Co pozostaje? Łyknąć blue berbeli i czekać na wizje?

– Jeśli jesteśmy w Sopocie, to gdzie Igor z Klakierem? Bez niego nie wrócimy, nie mamy czym.

– Trzeba iść do portierni i zapytać o telefon. Muszę zadzwonić do żony i powiedzieć, że wszystko w porządku.

– Kurde, Pola! Zabije mnie – powiedział z goryczą Jank.

– Mnie na pewno, bo obiecałem, że za godzinę będziesz w domu, co w obecnej sytuacji jest niemożliwe.

– Wszyscy mamy przesrane!

– Dobra, panowie – przemówiłem władczym tonem. – Jako jedyny zupełnie nic nie pamiętam, więc mam czysty, a tym samym świeży, umysł. – Czy to ma sens? – Pójdę na zewnątrz zobaczyć, gdzie jesteśmy. Jeśli to hotel, na parkingu powinien stać Klak. Igor mógł wynająć jedynkę, ma więcej kasy, my musieliśmy wynająć pokój w czwórkę, bo pewnie wydaliśmy milion na tancerki i stać nas tylko na celę. Spróbuję się dowiedzieć w recepcji, jaki ma numer pokoju. Obudzę go, przyjdę po was, zadzwonimy z recepcji do żon i pojedziemy do domu. Okej?

– Jak najbardziej, w tym czasie się wykąpię. A co z dziewczyną?

– Na razie łapy z daleka, niech śpi. Może Igor coś nam o niej opowie.

Tak też zrobiłem: wyszedłem z pokoju i po cichu, na palcach, sunąłem długim kolorowym dywanem. Deseń sugerował, że skoro się tu znalazłem, to muszę pachnieć forsą jak aktor, muzyk… Szkoda jedynie, że o dziesięć lat za późno. Trąciłem pawiem. Dokładnie tym mi się odbijał gwiazdorski melanż tego dywanu. Ściany wyłożono plastikową boazerią imitującą drewno, kilka wiszących obrazków, skrzypiąca podłoga… Właściwie to miejsce było ponure, przerażająco ciche i samotne, a to już bardziej w moim teraźniejszym stylu. Tak, teraz widziałem, że nie jest to hotel wysokich lotów. Plus dla nas. Po kilku długich metrach coraz pewniej przebierałem nogami, maszerując już jak stały bywalec tego oto korytarza prowadzącego do… schodów. Z każdym oddalającym mnie od pokoju krokiem ustępowała amnezja. Czy amnestia? Całą wewnętrznie ostałą energię zainwestowałem w przywołanie wspomnień, do tego stopnia, że ciało asertywnie w stosunku do spaceru zachowywało się coraz ociężalej, jak gdybym już trafił na schody. Kroki stawały się krótsze i wolniejsze, aż całkowicie zastygłem w powietrzu. Nabrałem zdumiewającego kontrastu, oślepiająca jasność wydarzeń i nagłe łup – cała sobota i część niedzieli zwaliły się swym przygniatającym ciężarem na głowę! Upadłem plackiem, przyciśnięty do podłogi. Nie mogłem wstać. Grawitacja zwiększyła pole magnetyczne tak mocno, że ciało wielokrotnie pomnożyło własną masę. Leżąc na wznak, twarzą w stronę sufitu, wyciągnąłem z kieszeni luźnej marynarki tabletkę, wrzuciłem pod język, zamknąłem na minutę oczy, a kiedy podniosłem powieki, ujrzałem siebie z lotu ptaka wirującego na podłodze, coraz szybciej i szybciej, aż stałem się jednolitą substancją z otaczającym mnie empirycznym światem, jakbym wpadł w tunel czasoprzestrzenny i powrócił do upiornej przeszłości. Przeżywając wszystko raz jeszcze, od samego zarania dziejów.

Stan Pomroczny

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-010-0

© M.Lu Cannabis i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Paulina Zyszczak

KOREKTA: Kinga Dolczewska

OKŁADKA: Artur Rostocki

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: Inkpad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Stan pomroczny 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie