Piękno i zamęt

Piękno i zamęt

Autorzy: Weronika Kulesza

Wydawnictwo: Novae Res

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 14.00 zł

22-letni Sober jest byłym wokalistą zespołu The Beat. Po dwukrotnym morderstwie ucieka i zaszywa się na przedmieściach Londynu. Zaczyna wieść spokojne życie cichego psychopaty mordującego nocą w pobliskich ruinach krematorium. Sober wyznaje prawo: jeśli mam żyć na tym świecie, to przynajmniej tak, jak chcę. I tak jest. Nikt się go nie czepia, wszyscy dawno zostawili go w spokoju. Nikt jednak nie przestał się go bać. Obłąkaniec, psychiczny, nienormalny – tak widzą go sąsiedzi. Ale on dobrze wie, że ludzie są głupi i lubią wymyślać najróżniejsze bzdety wyssane z palca. Bo Sober jest wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, uzdolniony artystycznie i świadomy swojej wartości. Gdy pewnego dnia naprzeciwko jego domu wprowadza się tajemnicza dziewczyna, która mogłaby zostać jego bratnią duszą, czuje ekscytację pomieszaną z irytacją. Nagle przestaje być jedyny, bo jego dar nosi w sobie także ktoś inny. Kiedy Sober i Blair nawiązują znajomość, zaczyna się prawdziwa psychoza.



Krew w jego żyłach wrzała, serce przyspieszyło, a oddech stał się wyjątkowo nierówny. Wziął zamach, ale wtedy tajemnicza osoba szybko odwróciła się i zrobiła to samo co on. Nagły zwrot akcji całkowicie go zdezorientował i sprawił, że chłopak zamarł w bezruchu.

Zakapturzona postać uniosła głowę. Jak się okazało, była to dziewczyna o szaroniebieskich oczach, w których można było dostrzec ten sam błysk co w oczach Sobera. Ich spojrzenia spotkały się, a wtedy oboje poczuli dziwną energię przechodzącą przez ich ciała. Obydwoje byli wpatrzeni w swoje oczy tak głęboko, jak głębokie było szaleństwo każdego z nich.

– Kim jesteś? – Pierwsza spytała dziewczyna, nie przestając celować nożem w nieznajomego.

Spis treści

Prolog

1. Muzyka z ciemnej strony

2. Wspomnienia

3. Bez zrozumienia

4. Świat u stóp wariatów

5. Światło księżyca

6. Uczucie

7. Coś, czego nie można zmienić

8. Blair

9. Niepoczytalność najgorszym wrogiem

10. Wariat niezmienny jest

11. Sober i Blair

12. Chaos

13. Maski

14. Wrogowie światła

15. Niewinność artystyczna

16. Wewnętrzny świat

17.

18. Ponurość szaleństwa

19. Magia umysłu

20. W chorej ciszy wszystkie głosy milkną

21. „Stwórz pozory”

22. Szaleństwo w miłości

23. Pytanie bez odpowiedzi

24. „Będzie dobrze”

25. Każdy może być gwiazdą

26. Musisz się jeszcze wiele nauczyć

27. Prawda

28. Koszmar nocny

29. Strach i pasja

30. Maskarada

31. Połówka krwawej całości

Epilog

Prolog

Dwoje podobnych ludzi, posiadających zarówno niezwykły dar, jak i zaburzenia oraz choroby psychiczne. Pełni chorych myśli, halucynacji, głosów. Zagubieni w swoich umysłach, ślepo szukający pomocy. Charakterem podobni jak dwie krople wody, ale zupełnie różni, jeśli chodzi o światy. Zrodzeni z dnia i nocy, tajemniczy jak światło księżyca. Nieposiadający wewnętrznego światła, ale za to posiadający piękną ciemność. Lśniący niczym dwie gwiazdy na niebie, by oślepić i tak już ślepych. Niepodobni do innych, ale przynajmniej wyjątkowi. Nieznający radości, obojętni wobec uczuć, ale tyko z pozoru. Stworzeni, by na swój własny sposób kochać siebie nawzajem i dawać sobie szczęście, nawet o tym nie wiedząc. Z milionami blizn na ciele, biegnący do jednego konkretnego punktu. A gdy już się spotkają, nie wyniknie z tego nic dobrego…

1.

Muzyka z ciemnej strony

Była piękna, burzowa noc i chociaż ludzie mogliby mieć o niej nieco inne zdanie, on właśnie tak sądził. Stał przy oknie i patrzył na błyskawice rozjaśniające niebo niemal co chwilę. Za każdym razem, gdy odezwał się grzmot, na kamiennej twarzy bruneta pojawiał się trudny do zrozumienia uśmiech. Czuł w środku to dziwne uczucie, które nazywał inspiracją. Zawsze podczas takiej pogody siadał przed fortepianem i tworzył żałobne kompozycje, które wbrew pozorom naprawiały jego zabliźnioną duszę kawałek po kawałku. Cały świat był dla niego nieco inny niż dla zwykłego człowieka. On w tym, co było złe, widział dobro, a w tym, co dobre, dostrzegał jedynie nudę i zwyczajność. Bardzo różnił się od reszty, ale nie przejmował się tym. Lubił swoje szaleństwo, nawet jeśli było niebezpieczne. Wręcz kochał czuć dreszcz na ciele i to uczucie, kiedy wszyscy się go bali.

Jego własna inność ładowała go przedziwną energią, której nie potrafił nazwać. Po prostu ją odczuwał i nie zamierzał się jej pozbyć. Choć ta energia nie zawsze była przyjemna. Zdarzały się momenty, gdy nie mógł jej znieść. Wpadał wtedy w szał i niszczył wszystko, co wokół siebie napotkał. Z tego powodu w jego domu nie było już ani jednego wazonu, ani nawet ozdób z porcelany czy szkła.

Żył dla siebie, w swoim świecie, niemal całkowicie odcięty od rzeczywistości, jak również od przeszłości, która najbardziej ciążyła mu na sercu. Pragnął zapomnieć o tym, że jeszcze całkiem niedawno rodzina zrobiła z niego wariata. Nie mógł wymazać z pamięci ich dziwnych spojrzeń i uwag. Mimo upływu czasu nadal doskonale je pamiętał. Uciekł i całkowicie zmienił swoje życie. Pozwolił się pochłonąć całej niepoczytalności, którą skrywała jego dusza. Nie było mu łatwo, ale nauczył się to kochać. Pokochał to, kim był, pokochał to, jak bardzo się zmienił. Niczego mu do szczęścia nie brakowało – przynajmniej tak sądził.

Całymi dniami siedział w domu, malując bardzo oryginalne abstrakcyjne – bądź portretowe – obrazy, których znaczenie znał tylko on sam, lub grał na swoim ukochanym instrumencie: fortepianie. Zdarzało się, że brał nóż i pod osłoną nocy wychodził z domu. Jednak nikt nie wiedział dokąd. Z tego właśnie powodu zaczęły krążyć najróżniejsze plotki mówiące, że zabijał ludzi, a potem brutalnie wyżywał się na ich zwłokach. Dla niego to była zarówno stara śpiewka, jak udręka. Wiele razy, gdy był zmuszony w trakcie dnia wyjść z domu, widział, jak wytykają go palcami, mówiąc: „To on, to ten psychopata”. I było tak do czasu, dopóki nie podszedł do plotkarskiego grona, zbierającego się przy jego domu, i nie powiedział, co o tym sądzi. No, może w trochę zbyt drastyczny sposób. Wtedy następnego dnia już ich nie zobaczył, podobnie jak przez kolejne dni, tygodnie i miesiące.

Wyznawał prawo: jeśli mam żyć na tym świecie, to przynajmniej tak, jak chcę. I tak właśnie żył. Nikt się go nie czepiał, wszyscy zostawili go w spokoju. Jednak nikt nie przestał się go bać. Gdy tylko został zobaczony na ulicy przez kogoś z sąsiedztwa, ten przyspieszał kroku bądź uciekał. On sam słyszał nawet czasami przez otwarte okno w kuchni – gdy plotkarze jeszcze się spotykali – jak ludzie mówią o nim najróżniejsze bzdury, wyssane z palca. On jedynie się z tego śmiał, kręcąc głową z niedowierzaniem. Niewiarygodne dla niego było, jak bardzo głupi są ludzie. Nie znali go, a wymyślali o nim tysiące mitów. Nawet jeśli w niektórych przypadkach mieli rację, to i tak gdzieś naprawdę głęboko bardzo go to raniło i przypominało, dlaczego wybrał życie w odosobnieniu.

Wypierał się przed samym sobą tego, że potrzebuje zrozumienia, że nie potrafi żyć sam. Ale przecież każdy na świecie łaknie akceptacji, nawet obłąkani. Bo każdy chce być ważny, akceptowany i mieć kogoś, kto go zrozumie. Chociaż niektórzy bronią się przed tym jak przed ogniem, nakładają maski. Wydawałoby się, że zupełnie bez powodu, lecz nie do końca. Najzwyczajniej w świecie się boją.

Uwielbiał ginąć we mgle swojego umysłu, udając, że przyjemność sprawia mu szukanie drogi do światła. Mimo to nie musiał niczego robić, by stać na szczycie. Był panem swego własnego królestwa szaleństwa. Czasem zamykał oczy i wyobrażał sobie ludzi zwijających się z bólu i błagających o litość, co niewyobrażalnie go nakręcało. Wtedy wykonał jeden wyimaginowany ruch ręką i wszyscy umierali w jednym momencie. Tak było i tym razem. Znów pogrążył się w tym, co nie istniało.

Otworzył oczy, przerywając swoją wizję, i zaśmiał się demonicznie. Jego przerażający śmiech był przepełniony i wyższością. Miał siebie za kogoś więcej niż zwyczajnego człowieka. Ale chyba tylko on to tak widział. Dla ludzi z zewnątrz był to zwykły obłąkaniec, którego należy omijać. On jednak miał to gdzieś. Często zastanawiał się, jak by to było, gdyby w ziemię uderzyła ogromna asteroida albo coś w tym stylu i zniszczyła całą ludzkość. Poczuł przyjemny dreszcz na myśl o tym. Pozwolił sobie na kolejną dawkę szaleńczego myślenia i czuł się z tym wspaniale.

Spojrzał na ulicę, a wtedy niebo rozświetliła błyskawica. Akurat przechodziła jakaś dziewczyna, usiłująca uciec przed deszczem. Sober w duchu modlił się, by trafił ją piorun. Jednak nic takiego się nie stało. Zacisnął szczęki ze złości. W jego wyobraźni wszystko wyglądało nieco inaczej. To on siedział na tronie świata, a reszta musiała być mu posłuszna.

– Pewnego dnia spotka was zagłada – powiedział głosem pełnym nienawiści do całego gatunku ludzkiego. Nawet naczynia w szafkach drgnęły na jego donośny ton.

Chłopak nadal tak stał i patrzył na ulicę ciemnymi oczami, mającymi swój unikatowy błysk szaleństwa. Nikt nie wiedział do końca, co kryły, nawet on sam. Za to potrafiły przenikać w głąb duszy i odnaleźć strach; tak zgubną emocję dla większości ludzi.

W końcu znudziło mu się patrzenie na padający deszcz. Zaciągnął zasłony, by nie oglądać tego przeklętego świata, jak to on mówił.

Pomieszczenie ogarnął mrok. Źrenice chłopaka powiększyły się, a spojrzenie stało się groźne. W ciemnościach odnalazł schody. Skierował się do pokoju z fortepianem. Potrzebował dać upust swoim – jak zwykle zbyt silnym dla niego – emocjom. Serce waliło mu jak oszalałe, kiedy bezbłędnie, z pasją i złością trafiał w klawisze, tworząc kompozycję pełną jego całego. W jego żałobnych melodiach można było wyczuć wszystkie uczucia, emocje, traumy i niepowodzenia. Dzięki muzyce mógł się wyżyć, pokazać, co czuje, czego nienawidzi i co sprawia mu ogromną trudność. Gdyby tylko inni próbowali go zrozumieć, może nie stałby się taki, jaki był – lub przynajmniej w mniejszej części. Może zupełnie inaczej postrzegałby świat, a nawet – z bólem serca – zaakceptowałby go. Jednak postanowiono go ukarać, ofiarowując mu dar, którym mało kto mógł się pochwalić, czyli słuch absolutny. To burzyło wszystko. Wmawiał sobie, że jest lepszy od innych, że cieszy się, jak nikt, z tego, co dało mu życie, lecz w głębi serca cierpiał bardziej niż ktokolwiek inny. Nie przyznałby się do tego, ale tak było. Ból, z którym nie mógł sobie poradzić, był wzmacniany przez następny i kolejny. Chłopak często dawał się ponieść agresji, z powodu której tracił kontrolę i był zdolny do wszystkiego. Karał nawet sam siebie w bardzo okrutny sposób…

Za każdym razem, gdy patrzył w lustro, krzywił się na swój widok. Krzyczał, że jest porażką życia, że nie powinno go tutaj być. Ludzie właśnie tak o nim myśleli. W końcu nie chcieli wariata w sąsiedztwie. Przecież według nich niszczył tylko ich poukładane i perfekcyjne życie. Lecz on tego nie chciał. Nawet nie myślał zbliżać się do ludzi. Miał swój własny świat, w którym nikogo nie potrzebował. Zwątpił w gatunek ludzki, miał do tego pełne prawo. Tylko czy rozwiązaniem jest odcinanie się od całego świata? On twierdził, że tak. Może miał rację? W końcu ludzie są tacy bezlitośni, a ci, którzy wydają się nam dobrzy, i tak w końcu zawodzą. Całkiem typowe, doprawdy.

Bolały go palce, ale nadal walił w klawisze. Ból psychiczny był stokroć silniejszy niż fizyczny. Chciał zapomnieć, chciał doznać ukojenia. Z oczu chłopaka płynęły łzy bezsilności. Pragnął zmienić to wszystko, jednak wiedział, że nie było to możliwe. Choroba, słuch absolutny – te słowa po raz tysięczny rozbrzmiały w jego głowie. Nie pozwoliły mu wygrać.

Wstał i opuścił ciemne pomieszczenie jak gdyby nigdy nic. Jakby burza emocjonalna sprzed minuty w ogóle nie miała miejsca.

Szedł korytarzem ogarniętym przez półmrok, mając w głowie tylko jedną myśl: ukarać siebie.

Wpadł do kuchni i zagotował wodę w czajniku. Kiedy była gotowa, zdjął koszulkę, rzucił ją gdzieś za siebie i zaciskając powieki, zaczął wylewać na swoje ciało parzący wrzątek. Towarzyszyły mu przy tym jak zwykle niezastąpione łzy. Wręcz kochał karać siebie, a przede wszystkim swoje ciało. Ból nie był ważny, liczył się fakt, że poniósł odpowiedzialność za to, że żył. Wcale tego nie chciał. Nie doceniał życia, bo nie widział w nim sensu. Uważał istnienie za rzecz bezużyteczną i naprawdę zbędną. Jednak jeszcze się nie zabił. Za każdym razem, gdy tego próbował, coś go odpychało, coś kazało mu zostać. Słuchał tego czegoś. Może dlatego, że już sam nie wiedział, co robić. Ciemność go oślepiła i nie pozwalała na racjonalne myślenie. Postanowił jej słuchać i wykonywać rozkazy. Szukał ucieczki od świata. Bardzo chciał, by pewnego dnia wszyscy zginęli, a on sam razem z nimi.

Swoją przyszłość widział w mrocznych barwach i nie chciał myśleć inaczej. Dla niego liczyło się tylko to, żeby żyć tak, by przeżyć i po drodze robić okropne rzeczy, które były jego tajemnicami. Trzymał je w piwnicy. Rzadko kiedy tam chodził. Czas spędzał zazwyczaj w swoim pokoju lub przy fortepianie. Często też malował czy szkicował różne niewyobrażalne dla ludzkiego oka rzeczy. Oprócz tego niemal w każdą noc ubierał się na czarno, brał swój nóż i wychodził. Gdy tylko wtedy na ulicy byli jacyś ludzie, uciekali przed nim do domów, a on śmiał się pod nosem. Ludzki strach cieszył go niemal tak samo jak muzyka, która była miłością jego życia. Szedł, nadal ironicznie uśmiechnięty, i patrzył, jak ludzie gaszą w domach światła na jego widok. Oczy chłopaka błyskały niebezpiecznie, a kroki stawały się powolniejsze i bardziej leniwe. Tam, dokąd szedł, wcale mu się nie spieszyło.

* * * *

Wrócił nad ranem z ogromnymi worami pod oczami. Wszystko robił jakby w transie. Gesty, ruchy, a nawet kroki. To, co wydarzyło się w nocy, naładowało go pozytywną energią, która sprawiła, że nabrał ochoty na komponowanie.

Zasiadł przed fortepianem i zaczął grać molowe akordy, wymieszane z zupełnie nietypowymi, stworzonymi przez niego, co dawało istną mieszankę wybuchową. Drażniły jego nadwrażliwy słuch, ale przecież właśnie o to mu chodziło. To miała być kolejna kara. Kara za… właściwie za nic. Najzwyczajniej w świecie było mu źle.

Po jego policzkach spływały słone łzy, które wręcz paliły jego skórę. Przynajmniej on tak to odczuwał. Zamknięty z tysiącem problemów w ciemnym pokoju starał się naprawić swoją duszę. Robił to całkiem nieświadomie, odcięty od świata, istniejący tylko dla samego siebie, ze swoją muzyką i głośno bijącym sercem.

To był moment, gdy miał serdecznie dość swojej inności.

2.

Wspomnienia

Otworzył oczy i zlokalizował miejsce, w którym się znajdował. Kraty w oknach, stare łóżko, a dookoła brudno, jakby nikt nie sprzątał tu od wieków. Szybko pojął, gdzie był. Nie miał wątpliwości, że znajdował się w miejscu, które było dla niego największym koszmarem: psychiatryku. Wstał i nie wiedzieć dlaczego rzucił się na ścianę. Gdy jego ciało spotkało się z twardą powierzchnią, wybudził się ze snu.

Zamglone oczy chłopaka błądziły wystraszone po pokoju. Czuł pot na całej powierzchni ciała, podczas gdy chaotyczne myśli, nieustannie buzowały w jego głowie. Odczuwał spokój i niepokój jednocześnie. Spojrzał na swoje drżące dłonie, spoczywające na kolanach. Nadal miał w pamięci miejsce ze snu. To przerażające, ponure i puste miejsce, zwane szpitalem psychiatrycznym. Wziął głęboki wdech, a następnie powoli wypuścił powietrze. To była jedna z wielu nocy, gdy śniło mu się to samo.

Mrok sypialni otulał go ze wszystkich stron; jak zwykle kojący i nadzwyczaj przyjemny. A to wszystko dzięki zasłonom w oknach. Światło nie miało prawa trafić do pomieszczenia. Sprawiało, że czuł się zdezorientowany i zagubiony jeszcze bardziej niż zazwyczaj.

Jego serce waliło tak mocno, że miał wrażenie, jakby miało go zaraz opuścić. Nie myśląc racjonalnie, zaczął wpędzać się w jeszcze większy obłęd, który sprawiał, że z każdą kolejną złą myślą spadał coraz szybciej. Jednak pewien był jednego: lęki się nasiliły. Z każdym dniem były coraz gorsze, coraz bardziej natrętne, bo każdego dnia przeżywał kolejne – nowe. Wiedział, że niedługo nie wytrzyma i posunie się do najdrastyczniejszego kroku. Pytanie tylko: czy mogło być jeszcze gorzej, niż było? Co za różnica, kiedy by się zabił? I tak nie był niczego świadomy, a każda godzina zamieniała się w dręczącą niepewność. Świat coraz bardziej go gubił i stawał się dla niego coraz bardziej niebezpieczny.

Powoli zszedł po schodach do równie ciemnego, jak jego pokój, salonu. Mruczał pod nosem dość dziwną melodię – a może to wcale nie była melodia? Wszedł do kuchni. Jego wzrok zatrzymał się na zakrwawionym nożu, który zostawił po nocnym wypadzie. W oczach chłopaka pojawił się szatański błysk. Już nie był sobą. Już utracił kontrolę i dał się ponieść.

Wywalił jęzor i wydając z siebie dziwne dźwięki, podobne do bełkotania zombie, podszedł do stołu i chwycił ostrze. Zaczął z niego zlizywać krew, co tylko bardziej odsłaniało te zakamarki duszy, które nigdy nie powinny zostać odkryte. Nie panował nad tym, co robił. Pozwalał sobie na to, na co miał ochotę. Chciał być sobą, a nie kimś innym. Kimś, kogo zgrywał przez całe dwadzieścia dwa lata swojego życia. Zignorował fakt, że zaciął sobie nożem język, nawet się cieszył. Odłożył ostry przedmiot do zlewu i wrócił na górę pełen demonicznych myśli.

Tego, co szalało w jego głowie, w żaden sposób nie można by nazwać demonami. To była ciemna strona jego duszy. Ta bardziej przerażająca. Ta, której inni się boją.

Niektórym ludziom wszystko wydaje się proste: psychopata to psychopata i z dala od niego. Owszem, może tacy nie są bezpieczni dla otoczenia, ale mimo wszystko to wciąż ludzie. Po prostu inaczej postrzegają świat.

Tego dnia Sober postanowił zejść do swojej pieczary, czyli piwnicy. To było jedyne miejsce, w którym zapalał światło. Usiadł przed sztalugą, wziął do ręki pędzel i zamoczył go w czerwonej farbie. Westchnął powoli i zamknął oczy. Zaczął wsłuchiwać się w powolne bicie swojego serca. Przyłożył pędzel do płótna i z zamkniętymi oczami zaczął malować wymyślne wzory. Coś przejęło nad nim kontrolę, tak więc chłopak poddał się dziwnej sile. Jak zwykle w takich sytuacjach czuł prąd przechadzający się po jego ciele, a także swoiste mrowienie w mózgu. Każdy normalny człowiek na jego miejscu pewnie wystraszyłby się tego osobliwego stanu. Jednak do tego, jak i do wszystkiego innego, można się przyzwyczaić. Sober nawet zaprzyjaźnił się z tym czymś, co odbierało mu zdolność kontaktowania się ze światem.

Po dłuższym czasie uniósł powieki i spojrzał na płótno. Jego kamienną twarz rozjaśnił szaleńczy uśmiech, a z kącików ust pociekła ślina. Portret przedstawiał jakąś dziewczynę z podciętymi żyłami. Sober nie widział w tym zła, jak na niego przystało. Widział piękno. Widział krew, która go podniecała. Ale uśmiechnął się nie tylko z powodu widoku realistycznie namalowanej czerwonej cieczy. W jego oczach dziewczyna z portretu cierpiała tak samo jak on. Od razu wymyślił całą historyjkę o nastolatce nierozumianej przez nikogo i w efekcie końcowym podcinającej sobie żyły. Sober ją rozumiał, nawet jeśli nie była prawdziwa.

Westchnął głośno na myśl, że będzie musiał wyjść z domu w ciągu dnia. W końcu kiedyś trzeba, prawda? Wewnętrzna ciemność podpowiadała mu, żeby wyszedł i trochę postraszył ludzi. Bardzo długo się wzbraniał, lecz w pewnym momencie nie wytrzymał i się poddał.

Bardzo powoli położył dłoń na klamce i nacisnął ją. Pchnął lekko drzwi, a przed nim ukazał się ten brzydki i okropny świat. Na dodatek świeciło słońce, na co chłopak warknął niezadowolony. Już miał się wycofać i zamknąć drzwi, jednak mimo wszystko przekroczył próg. Spojrzał przed siebie kamiennym wzrokiem. W pewnej odległości naprzeciwko stał pusty, niezamieszkany przez nikogo dom. Dla Sobera jednak to była nowość. W końcu prawie w ogóle nie wychodził.

Stawiał chaotyczne, stanowcze kroki. Kiedy przekroczył granicę posesji, poczuł, że serce szybko łopocze mu w piersi. Znów. Za każdym razem, kiedy ktoś przeszedł obok niego, widział coraz więcej mroczków przed oczami. Jednak ignorował to. Nadal szedł, prowadzony przez jakąś siłę. Mijał ludzi, których tak bardzo nienawidził i wśród których czuł się wręcz okropnie. Po pół godzinie bezsensownej wędrówki donikąd zdał sobie sprawę, że właściwie nie wie, po co wyszedł z domu. Nie zdziwiło go to. Często tak miewał. Zdążył nawet się przyzwyczaić, tak samo jak do swojego szaleństwa.

* * * *

Gdy wrócił do domu i zatrzasnął drzwi, nareszcie poczuł się bezpieczny. Nie to co na ulicy, gdzie byli ludzie. Jeszcze to łopoczące serce i mroczki przed oczami. Wzdrygnął się na samo wspomnienie. Jednak jego szaleństwo postanowiło dać mu się we znaki. Spojrzał na ścianę, zamyślając się. Gdy przed oczami zobaczył obraz swojej matki, potrząsnął głową, chcąc go odgonić. Niestety nie poskutkowało. Ponownie wykonał ruch głową. Znów nic. Warknął i podszedł do ściany. Mocno uderzył w nią głową, dzięki czemu poczuł ulgę. Poszedł do salonu, całkiem ignorując fakt, że jego czoło krwawiło. On nie czuł bólu. To jego wewnętrzna ciemność go czuła, z czego był bardzo zadowolony. Położył się na kanapie w salonie opanowanym przez mrok i zamknął oczy, próbując zasnąć.

We własnym królestwie był sobą. Znalazł swoje miejsce na świecie i był szczęśliwy jak nikt inny. Może w dość dziwny i niezrozumiały dla otoczenia sposób. Za to swój własny. Nareszcie uwolnił się od świata ludzi, w którym czuł się nieswojo. Jego ciemność każdego dnia dawała o sobie znać, jednak nie przejmował się nią. Pozwalał jej władać sobą i swoimi myślami, wydawać mu rozkazy i pokazywać, jaki był beznadziejny. Pozwalał jej na to, bo była jedyną przyjaciółką, jaką miał. Może najokropniejszą, jaką można sobie wyobrazić, ale czego wymagać, gdy nikt go nie rozumiał. Nikt nie chciał zrozumieć. W końcu dla ludzi psychopata na zawsze pozostanie psychopatą, a szaleństwo szaleństwem i nikt tego nie zmieni. Od innych też nie można wymagać zbyt wiele, bo w końcu to tylko ludzie i nie wszystko rozumieją.

Jak zwykle spał niespokojnie i śnił koszmary. Niemal w każdym z nich zabijał ludzi i stawał się panem całego wszechświata. On jeden i nikt inny. Sam w swoim żywiole. Gdyby tylko rozumiał, że nie można być samotnym przez całe życie. Gdyby chciał. Ale nie chciał. Wolał pogrążać się w swoim cierpieniu, które go niszczyło i sprawiało, że z dnia na dzień był coraz bardziej obłąkany. Jednak ze wszystkich sił starał się to pokochać; codziennie na nowo.

Obudził się jak zwykle spocony i niespokojny. Usiadł na brzegu kanapy i zaczął wyrywać sobie włosy z głowy, karząc siebie w ten sposób za zaśnięcie. Wiedział, że to nie było dobrym pomysłem. Kiedy uznał, że skóra jego głowy boli już wystarczająco, przestał. Podszedł do okna i odsłonił jedną z zasłon. Oczy chłopaka błysnęły niebezpiecznie, co nie wróżyło niczego dobrego. Na widok ciemnej nocy poczuł napływającą do żył adrenalinę. Znów miał ochotę wziąć nóż, wyjść i pójść tam, gdzie zawsze. Jednak tym razem dziwne uczucie w sercu mu na to nie pozwalało. Odebrał to jako znak, że nie może się sprzeciwić ciemności, dlatego stwierdził, że lepiej zostać w bezpiecznym i mrocznym domu. Zaciągnął zasłonę i ruszył w stronę drzwi do piwnicy. Gdy wszedł do pomieszczenia, z grymasem na twarzy zapalił małą lampkę i wszedł w głąb. Na środku stał portret dziewczyny z podciętymi żyłami, który namalował. Uśmiechnął się. Był dumny z arcydzieła swojej mrocznej duszy. Takie prawdziwe i piękne zarazem. Idealnie obrazowało to, co skrywała jego wewnętrzna ciemność. Zaśmiał się niskim i przerażającym śmiechem, który zwiastował najgorsze, co miało się wydarzyć.

Kochał to, że mógł być sobą, kochał swoje szaleństwo ponad wszystko na świecie. Nie wyobrażał sobie dnia bez utraty kontroli czy torturowania samego siebie. Wydawałoby się, że nie miał niczego, lecz tak naprawdę miał wszystko. Wszystko, czego pragnął i potrzebował w swoim własnym królestwie szaleństwa.

3.

Bez zrozumienia

Kiedy tak siedział na parapecie, z trudem znosząc słońce oświetlające jego twarz, rozmyślał nad swoim życiem. Przypomniał sobie o rodzinie, która się go wyparła i chciała się go pozbyć. Jednak mimo wszystko nie miał im tego za złe. Tak po prostu. Sam miewał problemy z zaakceptowaniem i zrozumieniem siebie, więc czego mógł wymagać od ludzi, wśród których się wychował? Przecież różnił się od nich i to bardzo. Każdy to wiedział. Jednak jedna myśl kłuła go w serce: oni nigdy nie spróbowali poczuć się tak jak on. Kiedyś nawet był bliski uśmiercenia ich wszystkich, jednak w ostatniej chwili się wycofał. Bo prawdą było to, że Sober, chociaż chory psychicznie i zepsuty do szpiku kości, miał dobre serce. Każdy je ma, tylko nie każdy je okazuje, ale też nie każdy potrafi.

Nie mógł poradzić sobie na świecie, więc stworzył swój własny. Nie potrzebował nikogo i trwał w złudnym szczęściu. Przynajmniej w tym lepszym świecie mógł pielęgnować swoje szaleństwo. Jedyne miejsce, w którym było bezpieczne. Bezwiednie pozwalał mu się wyniszczać i zajmować coraz większe terytorium jego umysłu. Wiedział, że nigdy nie będzie taki jak reszta świata. Tak więc nie miał nic do stracenia. Nie chciał próbować żyć wśród ludzi, gdyż wiedział, że i tak mu to nie wyjdzie. Choćby przez dość specyficzne poglądy na życie, a przede wszystkim coś, z czym nigdy by nie wygrał: zaburzenia psychiczne.

Ludzi nie obchodziło, że w głębi serca bardzo chciałby być jak oni. Widzieli tylko chorego wariata, dla którego nie ma ratunku. Dzięki ich poglądom on widział to samo. Dopuścił do siebie myśl, że zwariował. Nie chciał żadnej pomocy, gdyż wiedział, że przeciętny człowiek go nie zrozumie. Był przekonany, że będzie do tego zdolna tylko osoba, która jest w identycznej sytuacji – o ile taka w ogóle istniała.

Łza opuściła jego oko i stoczyła się po policzku. Dopiero teraz zauważył, że zaczął padać deszcz. Uwielbiał taką pogodę, gdyż przypominała mu jego osobę. Własny nastrój, każdego dnia taki sam i niezmienny. Być może faktycznie zdążył się przyzwyczaić do tego, że był porażką życiową, lecz dobrze wiedział, iż stale nie może tak się czuć. Ale wiedział też, że tak mu zostanie.

Zszedł z parapetu i powolnym krokiem poszedł do kuchni. Przystanął w progu i rozejrzał się po całym pomieszczeniu. Zastanawiał się, jak by to było być normalnym. Prychnął, przypominając sobie swoje poprzednie życie, w którym musiał właśnie takiego grać. Chociaż z punktu widzenia Sobera stał się normalny właśnie wtedy, gdy odciął się od otaczającego go świata i zamknął w domu. Nie cierpiał udawać, że życie go cieszyło, bo wcale tak nie było. Ludzie zniszczyli go swoimi prymitywnymi poglądami na jego wyjątkowość.

Otworzył jedną z kuchennych szafek w celu znalezienia noża. Miał cichą nadzieję, że tego dnia będzie mógł wreszcie wyjść z domu i żadna ciemność nie będzie się z nim kłócić. Tak też się stało. Kiedy się ściemniło, założył kaptur na głowę i wyszedł z domu z nożem w ręku. Pierwsze, co zrobił, to spojrzał na księżyc w pełni. Uśmiechnął się obłąkańczo i ruszył do tak dobrze znanego mu miejsca.

Pchnął ogromne, skrzypiące drzwi dawnego krematorium. Ruszył w głąb pomieszczenia. Jego źrenice momentalnie się powiększyły, gdy doszedł go odór ludzkich ciał. Już całkowicie pozbawiony kontroli popędził w ciemność. Jego chory umysł kierował go w stronę zwłok zamordowanych przez niego ludzi. Gdy dobiegł do jakiejś młodej dziewczyny, ukucnął przy niej i zaczął się w nią wpatrywać jak zahipnotyzowany. Uwielbiał to robić. Uwielbiał zabijać, ale jeszcze bardziej uwielbiał patrzeć na śmierdzące i rozkładające się ciała swoich ofiar. Może i był szalony i nic nie było w stanie go naprawić, jednak był sobą, w swoim żywiole, i czuł się wspaniale. Nie jego wina, że widział wszystko i rozumiał odmiennie. Jedyne, czego pragnął, to czuć się wolnym. Tak też właśnie było.

Pominął tylko jeden fakt – nie zauważył, że nie był sam. Z pewnej odległości przyglądała się mu pewna dość nietypowa dziewczyna. Na widok chłopaka wąchającego martwe ciało obudziło się w niej jej szaleństwo. Sama uwielbiała przychodzić w to miejsce i patrzeć na coś, co przyprawiało ją o przyjemne dreszcze, pobudzając jej zmysły. Z całej siły powstrzymywała się, by nie podbiec do niego i nie wbić mu w plecy noża, który trzymała w ręce. Zamiast tego mocniej ścisnęła ostry przedmiot i przystawiła go do twarzy. W jej nozdrza wdarł się metaliczny zapach słodkiej i odurzającej krwi. Nie mogąc się powstrzymać, zlizała ją. Kiedy znów spojrzała na miejsce, gdzie wcześniej siedział tajemniczy chłopak, nie dostrzegła go. Postanowiła się tym nie przejmować, w końcu co on dla niej znaczył? Nic, zupełnie nic. Z tą myślą naciągnęła czarny kaptur na głowę i opuściła dawne krematorium.

Biegła przez las, krzycząc na cały głos jakieś niezrozumiałe słowa, by zagłuszyć muzykę grającą w jej głowie. W pewnym momencie nie wytrzymała i padła na kolana, ciężko dysząc. Rzuciła nóż na ziemię, zakryła uszy dłońmi i tak oto rozpoczęła zaciętą walkę z milionem głosów w głowie. Spod jej mocno zaciśniętych powiek zaczęły wypływać łzy, a krzyk z minuty na minutę stawał się coraz bardziej rozpaczliwy. Walczyła z ciemnością, walczyła z tym, co widziała przed oczami, a co nie istniało w rzeczywistości, walczyła ze swoim szaleństwem, którego cholernie nienawidziła. Chciała wolności, chciała być normalna, jednak daremna była jej walka. Bo prawdą jest oczywistą, że psychopata na zawsze nim pozostanie. Nic tego nie zmieni, ni księżyc, ni gwiazdy. Wszyscy i tak wciąż będziemy tacy sami.

Tymczasem niczego nieświadomy Sober szedł w stronę domu spokojnie, z szaleńczym uśmiechem na twarzy. Krew z jego noża kapała, co dawało mu ogromną satysfakcję. Kochał to, co robił, kochał być sobą i nie miał z tym problemu. Mimo że jego ciemność dała o sobie znać w postaci muzyki dudniącej w głowie, nadal to kochał. Wierzył ślepo w swoją wyjątkowość i chciał, by tak było już zawsze. Nie potrzebował nikogo do szczęścia, tak samo jak nie potrzebował normalności, by funkcjonować w społeczeństwie. Nadal upierał się przy swoim własnym świecie, wiedząc, że nie może to mieć dobrego zakończenia, ale kto wie? Nie wszystko, co zapowiada się tragicznie, musi źle się kończyć i nie wszystko, co zapowiada się kolorowo, musi się kończyć dobrze.

Wrócił do swojego domu naładowany bardzo pozytywną energią, która nie dawała mu ustać w miejscu. Odłożył ostrze na stół, po czym zaczął chodzić po całym domu. Nosiło go, rozpaczliwie potrzebował coś zrobić. Nie zabił nikogo, dlatego nie zaznał spokoju. Nie był sobą, więc teoretycznie nie mógł go zaznać. Znów dał się otulić ciemności swojej duszy. Dał sobą zawładnąć, tak jak za każdym razem. Pozwalał sobie na coś, na co nie powinien sobie pozwalać. Jednak nie trzymał się tego, gdyż nigdy nie myślał racjonalnie i robił to, co chciał. Według niego na tym właśnie polegało życie i jego sens.

W tym samym czasie Nicholas, jego dawny kumpel z zespołu, każdego dnia głowił się, żeby odnaleźć tak bliską mu osobę. Gdyby tylko wiedział, jaki był naprawdę Sober. Bo ten przystojny brunet o kręconych kasztanowych włosach i zielonych oczach w rzeczywistości nigdy nie był taki, jakim Nicholas go widział.

Chłopak wykreślał następny adres z listy. Z każdym kolejnym niepowodzeniem tracił nadzieję na to, że kiedykolwiek odnajdzie Sobera.

Wsiadł do samochodu i pojechał w kolejne miejsce. Nie chciał mimo wszystko dać za wygraną. Nie dopuszczał do siebie myśli, że kumpel zwariował. A może powinien. Mimo tego, co stało się podczas ich kłótni w studiu, nadal wierzył w swojego przyjaciela.

Tamten dzień zapowiadał się zwyczajnie, jak gdyby nic nie miało się stać. Jednak była to tylko cisza przed burzą.

Sober ze spuszczoną głową i rękami w kieszeniach szedł w stronę studia. Nienawidził słonecznych dni. Zawsze uważał je za przygnębiające i denerwujące. Mijał ludzi, którzy powodowali u niego odruch wymiotny, z całej siły powstrzymywał się przed rzuceniem się na któregoś z przechodniów, lecz nie dał się. Jeszcze wtedy umiał przynajmniej w małym stopniu się powstrzymywać. Może dlatego, że wokół niego były osoby, które nie pozwalały mu zwariować?

Wszedł do studia i udał się do pokoju, w którym miał nagrywać płytę razem ze swoim zespołem The Beat. Kiedy przekroczył próg pomieszczenia, warknął w stronę swoich kumpli. Liczył, że posiedzi w ciszy i spokoju, lecz jak zwykle narobił sobie tylko nadziei.

– Jak dobrze, że już jesteś, Soberze, teraz właśnie jest twoja kolej – oznajmiła Tina, uśmiechając się w jego stronę, czego oczywiście nie odwzajemnił.

Chłopak niechętnie założył słuchawki na uszy. Tina włączyła odpowiedni podkład, spoglądając przez szybę na Sobera. W słuchawkach rozległ się monotonny wstęp. Wydawałoby się, że muzyka nie była zbyt głośna, jednak dla uszu Sobera wręcz przeciwnie. Na jego twarzy pojawił się grymas, a z oczu popłynęły łzy. Szybko zdjął słuchawki z uszu, nie mogąc dłużej wytrzymać tego hałasu.

– Mam dość. Odchodzę – oznajmił, wpadając do pomieszczenia, w którym siedzieli Nicholas, Jack, Adrien i Edward.

Wszyscy od razu wstali i popatrzyli na kolegę jak na wariata.

– Nie żartuj, Soberze – powiedział spokojnie Adrien.

Jednak przybyły nie szukał już więcej pretekstów. Popchnął kumpla na ścianę i chwycił za szyję. Przeszywał go wzrokiem pełnym nienawiści. Patrzył z zadowoleniem na strach w oczach Adriena. Ignorował pozostałych, którzy próbowali go odciągnąć. Chciał zemsty. Nieważne za co, nie ważne jakiej. Po prostu czuł taką potrzebę.

– Soberze, zostaw go.

Chłopaka dobiegły prośby Tiny, takie same jak pozostałych.

– On niczego ci nie zrobił. – Te słowa jedynie popędzały Sobera do uśmiercenia Adriena.

– Jakieś ostatnie życzenie? – Uśmiechnął się opętańczo, zaciskając rękę na szyi przyjaciela. – Domyślam się, że nie, więc… Żegnaj – powiedział bezceremonialnie.

Użył całej swojej siły, dzięki czemu chwilę potem duszony wylądował martwy na podłodze. Chłopak odwrócił się do przyjaciół. Każdy z nich miał strach w oczach. Prawdziwa uczta dla Sobera.

– Ktoś jeszcze na ochotnika?

Wszyscy skierowali się do wyjścia i jak najszybciej opuścili pomieszczenie.

Sober zaśmiał się demonicznym śmiechem pełnym satysfakcji i pasji. Nigdy nie czuł się tak jak wtedy. W ten właśnie sposób odnalazł swoją drogę. Drogę do zupełnie nowego życia i zupełnie odmiennej rzeczywistości.

4.

Świat u stóp wariatów

Nicholasa do Sobera nie zraziła jednak nawet śmierć Adriena. Nadal zawzięcie wierzył w dobroć swojego przyjaciela bez względu na to, co się wydarzyło. Poza tym jeszcze tak niedawno bardzo się przyjaźnili, dlatego miał cichą nadzieję na odbudowanie ich relacji. Nie chciał być jak reszta ludzi, więc pochopnie nie ocenił Sobera. Wiedział, że każdy może popełnić błąd i zrobić coś głupiego, czego później będzie żałował. Choć Sober nie sprawiał wrażenia żałującego swoich czynów. Wystarczyło popatrzeć na jego wyraz twarzy.

Jack i Edward zwątpili w kumpla, jednak Nicholas nie. Był zupełnie inny niż oni. Nigdy nikogo nie oceniał. Zawsze starał się znaleźć powody zachowań ludzi, nawet swego własnego przyjaciela, który posunął się aż do morderstwa. Tłumaczył sobie, że Sober nie chciał tak postąpić i z pewnością zrobił to w nerwach. Jednak Nicholas nie przewidział, że jeżeli ktoś ma poprzestawiane w mózgu, nic nie będzie w stanie go naprawić.

Przyjaciel Sobera wysiadł z samochodu i głośno wypuścił powietrze, by choć trochę się uspokoić. Znajdował się przed ogromną willą, która wzbudzała w nim pewien niepokój. Nie z powodu mrocznego otoczenia, niesamowicie kontrastującego z domami obok. Zaniepokoiły go pozaciągane zasłony w każdym z okien. Przez chwilę nawet zastanawiał się, czy na pewno nie mieszka tu żaden psychopata.

Z lekkim niepokojem wszedł na parcelę. Gdyby tylko wiedział, że od dobrych dwóch minut ktoś mu się przyglądał… A tym kimś był sam Sober. Nie mógł uwierzyć, że Nicholas nie bał się do niego przyjść po tym, co się stało. Myślał, że wszyscy dadzą mu spokój. Jak bardzo złudne okazały się jego nadzieje. Mocniej ścisnął trzymaną zasłonę. Poczuł złość pobudzającą krążenie krwi. Znów nic nie szło po jego myśli. Chciał już na zawsze pozostać w swoim królestwie ciemności sam, bez żadnych nieproszonych gości. Ale przecież życie zawsze rzuca kłody pod nogi. Nie oszczędza nawet takich jak on.

W całym domu rozległ się dzwonek do drzwi. Jednak to nie zmieniło postawy Sobera. Nadal stał w tym samym miejscu i z kamiennym wyrazem twarzy patrzył w okno. Nie zamierzał otwierać. Nie wiedział dlaczego. Może dlatego, że nie chciał go skrzywdzić albo najzwyczajniej w świecie nie chciał być odnaleziony?

Stał tak jeszcze, ale dzwonienie nie ustawało. W końcu odszedł od zasłony i zszedł na dół, by zmierzyć się z prawdą. Bardzo powoli otworzył drzwi, a jego oczom ukazała się twarz Nicholasa, która sprawiła, że wykrzywił się z obrzydzenia.

Nicholas zaś był w szoku. Kompletnie nie poznawał stojącego przed nim chłopaka. Miał obcy wyraz twarzy i dziwny błysk w oczach, który przyprawiłby o ciarki niejednego. Jednak mimo wszystko to nadal był ten Sober, który grał z nim w zespole.

Przez dłuższą chwilę Nicholas nie wiedział, co powiedzieć. Stał tak i patrzył na chłopaka, który budził w nim lekki strach swoim przeszywającym wzrokiem.

– Nie wierzę, że to ty – powiedział cicho. Zrobił krok w stronę Sobera, ten automatycznie się cofnął. Zachowywał się jak dzikie zwierzę. Nicholas po raz kolejny przeżył szok. Przecież jeszcze tak niedawno świetnie się dogadywali, a teraz? Miał wrażenie, że z kimś pomylił przyjaciela, ten człowiek, który przed nim stał, był dla niego zupełnie obcy.

– To ja, ale nie zbliżaj się, jeśli ci życie miłe, Nick. – Niski ton głosu Sobera sprawił, że chłopaka przeszły ciarki.

– Co się z tobą stało? – spytał Nicholas z obawą. Oczywiście zdawał sobie sprawę z własnej głupoty. Pytanie było naprawdę idiotyczne i nie na miejscu.

– Jestem sobą. – Odpowiedzi kumpla były dla niego niezrozumiałe. Jakby nieco zmodyfikowane i obojętne.

– Nie jesteś sobą, Soberze… – Nicholas nie miał pojęcia, co mówić, jednak wiedział, że bez tego nie pozna odpowiedzi na dręczące go pytania.

– Możliwe – przerwał mu chłopak. Zaczęła go lekko denerwować ta rozmowa. Za to Nicholas z każdą minutą czuł coraz większy strach i niepokój. Mimo to postanowił nie dać za wygraną. W końcu po coś szukał Sobera.

– Gdzie jest mój przyjaciel, który wychodził ze mną do baru, doradzał w sprawach sercowych i był zawsze, gdy go potrzebowałem?

Z każdą minutą tracił coraz bardziej poczucie rzeczywistości.

– To nie byłem prawdziwy ja, Nick. Wszyscy dookoła mówili mi, kim mam być, ale nie chciałem tego. – Nicholas już niczego nie rozumiał. – Przez te wszystkie lata miałeś do czynienia z moją grą.

– O czym ty mówisz?

– Ja zawsze się zgrywałem. Tak samo jak zawsze uwielbiałem zapach krwi. On mnie podniecał i sprawiał, że czułem się dobrze. Zawsze byłem inny, zrozum to. Nie jestem jak ty, Jack czy Edward. Ja uwielbiam zabijać, a wy preferujecie normalne życie, dlatego… – Zrobił jeszcze jeden krok w tył. – Lepiej odsuń się, jeśli chcesz jeszcze żyć. Mogę cię zadźgać w każdej chwili, a ty nawet nie będziesz o tym wiedział.

– Nie wierzę. – Chłopak zaczął się trząść. Tych wszystkich emocji było dla niego za dużo. – Ty zawsze byłeś taki…

– Jaki? – spytał Sober beznamiętnie. Wiedział, że długo nie wytrzyma i prędzej czy później, chcąc lub nie chcąc, zabije Nicholasa wbrew własnej woli. – Miły, przyjacielski i zabawny? Błąd – skarcił przyjaciela. – Za każdym razem po powrocie do domu zamykałem się w swoim pokoju, rysowałem dziwne dla ludzi rzeczy i grałem na fortepianie, w końcu rodzina się mnie wyparła. – Nick podrapał się po głowie. Mógł rozważyć opcję pójścia do rodziny Sobera. Może dowiedziałby się czegoś więcej w bezpieczniejszy sposób? Chociaż oni się go wyparli. I właśnie ten fakt obalił wszystko. Pewnie nawet nie chcieliby rozmawiać o Soberze – pomyślał.

– To jeszcze nic nie znaczy – zaprzeczył, aczkolwiek łagodnie. Nie chciał się do tego przed samym sobą przyznać, ale bał się Sobera. To już nie był dla niego ten sam człowiek co kiedyś. I chyba powoli zaczynało to do niego docierać.

– Nie? – spytał Sober, po czym skierował się do piwnicy. Po zapaleniu światła zaczął chodzić po całym pomieszczeniu, przyglądając się swoim dziełom. Chciał wybrać odpowiednie. W końcu wziął to, które powinno skutecznie odstraszyć Nicka – umierającą dziewczynę z podciętymi żyłami. Znów poczuł ten przypływ dziwnej energii, ale to nie była odpowiednia pora na pogłębianie szaleństwa.

Wrócił do Nicholasa i pokazał mu portret. Chłopaka po raz kolejny przeszyły okropne dreszcze. W życiu nie widział czegoś bardziej drastycznego.

Gdy Sober zauważył strach malujący się na twarzy przyjaciela, zaśmiał się szaleńczo i bez pohamowania. Uwielbiał strach ludzi. Był dla niego niewyobrażalnym ukojeniem. Ukojeniem i świadomością przewagi.

– I co na to powiesz? – W skupieniu przewiercił Nicka wzrokiem, co sprawiło, że ten przez chwilę pomyślał nawet o ucieczce. Jednak szybko porzucił ten pomysł.

– Ty tego nie namalowałeś.

Sober skinął głową.

– Nie, nie ja. Moja zdecydowanie lepsza strona. – Przerażenie Nicholasa rosło i rosło. Niczego nie rozumiał z tego, co mówił jego przyjaciel. A może to nie on? – pomyślał. Z drugiej strony wiedział, że to niemożliwe. To musiał być Sober. Te same ciemne oczy, rysy twarzy. – A teraz zmiataj, bo nie wiem, jak długo się powstrzymam – powiedział, walcząc z ciemnością, która za wszelką cenę chciała opanować jego podświadomość.

– Wybacz, ale niczego nie… – Nie powiedział już ani słowa, ponieważ zauważył, jak źrenice Sobera niebezpiecznie się powiększają. Chłopak po raz kolejny stracił kontrolę. Rzucił płótno gdzieś za siebie i złapał Nicholasa za ramiona, tym samym wciągając go do domu.

Zamknął drzwi. Ciężko dyszał, a to wszystko przez zmiany zachodzące w jego mózgu. Nick przyglądał mu się w osłupieniu. Sober długo jednak tak nie stał, bo czując na sobie spojrzenie Nicka, odepchnął się od ściany i brutalnie popchnął oszołomionego przyjaciela z taką siłą, że ten przeleciał przez całe pomieszczenie, a na końcu zderzył się z podłogą. Syknął z bólu, zdając sobie sprawę, że jego największym błędem życiowym było odnalezienie Sobera. Jednak już było za późno. Pozostało mu tylko modlić się o życie.

Nawet nie zauważył, kiedy napastnik znalazł się przed nim i złapał go za szyję. Po czole Nicholasa spływały kropelki potu, a w oczach tlił się zgubny strach, oczy Sobera natomiast były zupełnym kontrastem… Powierzchnie tęczówek zmniejszały się z każdą chwilą; źrenice zajmowały coraz więcej miejsca, powiększając się w zawrotnym tempie. Nagle chłopak zastygł w miejscu. Jego umysł znów toczył wojnę z szaleństwem, które było o stokroć silniejsze. Miało przewagę, gdyż Sober stale je umacniał i uaktywniał. Chociaż w głębi serca tego nie chciał, robił to, bo taka już była jego natura. Robił coś, czego nie chciał, ale nie wiedział dlaczego. A może wiedział, tylko jego mózg był tak zepsuty, że nie myślał racjonalnie? Tego jednak nie sposób odkryć, bo nie tak łatwo utożsamić się z psychopatą.

Sober niespodziewanie puścił gardło Nicka, aczkolwiek jego tęczówki nadal były zajęte przez źrenice. To właśnie sygnalizowało, że nie myślał racjonalnie. Złapał Nicholasa za koszulkę w celu kontynuowania tego, co zaczął, i skierował się w stronę schodów. Wszedł na samą górę, ciągnąc za sobą wystraszonego chłopaka, obijającego się o stopnie schodów. Tym razem Sober nie mógł liczyć na spokojny stan umysłu.

Szedł tak przez korytarz, aż dotarł do odpowiednich drzwi znajdujących się na samym końcu. Otworzył je i wrzucił Nicholasa do środka. Ten wylądował na schodkach prowadzących na poddasze.

– Jeszcze się policzymy – warknął Sober, po czym zatrzasnął drzwi i zamknął je na klucz. Potrzebował chwili wytchnienia. Tyle emocji jak na jeden raz to było dla niego stanowczo za dużo.

Bez kontroli, bez skaz gnał przez świat, smakując urazy. Nie myśląc, nie patrząc, nie oddychając. Chwaląc to, co wyblakło już dawno. Wyznając jeden cel, bez światła, bez szczęścia. Zamknięty w swoim świecie, niebezpiecznym, ale pięknym. Z dumą swoją, uniesioną głową z ciemnymi oczami i bezwstydnymi snami.

Piękno i zamęt

Wydanie pierwsze, ISBN: 978-83-8147-040-7

© Weronika Kulesza i Wydawnictwo Novae Res 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Paulina Zyszczak

KOREKTA: Dominika Świtkowska

OKŁADKA: Izabela Surdykowska-Jurek

KONWERSJA DO EPUB/MOBI: Inkpad.pl

WYDAWNICTWO NOVAE RES

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 698 21 61, e-mail: sekretariat@novaeres.pl, http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest w księgarni internetowej zaczytani.pl.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Piękno i zamęt 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie