25 lat niewinności

25 lat niewinności

Autorzy: Grzegorz Głuszak

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 31.99 zł

Pierwsza szczera i wzruszająca rozmowa z Tomaszem Komendą. O tym, jak silnym trzeba być, by wytrzymać wyroki mediów, piekło polskiego więzienia, walkę o wolność i dobre imię.

 

Poznaj kulisy procesu Tomasza Komendy, w wyniku którego odebrano mu osiemnaście lat życia. Pierwszy raz ujawniamy skandaliczne dokumenty, absurdalne zeznania świadków, nieporadne akty oskarżenia, których ofiarą padł niewinny chłopak z Wrocławia.

 

To historia człowieka, który nie poddał się w walce z bezdusznym aparatem państwa. Stawił czoła systemowi, wobec którego przeciętny obywatel pozostaje bez szans.

 

Ujawniamy tajemnice, które miały nie ujrzeć światła dziennego. Dowiedz się, kto i jak rozbił prokuratorsko-sądowy układ. Przekonaj się, kto dotarł do prawdy o tragedii niesłusznie skazanego za gwałt i morderstwo człowieka.

 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------Ta książka pozwala spojrzeć na sprawę z innej perspektywy, niż dotąd mieliśmy okazję. Jest nie tylko zapisem cierpienia niewinnego człowieka, ale i najlepszym dowodem w sprawie Tomasza Komendy. Pokazuje, jak kruche jest prawo w obliczu ludzkich zaniedbań.

Prof. Zbigniew Ćwiąkalski

 

Grzegorz Głuszak

Z dziennikarstwem związany od 20 lat. Siedmiokrotnie nominowany do nagrody Grand Press, wyróżniony na festiwalu Camera Obscura. Ulubiona tematyka – przestępczość zorganizowana i

Wstęp

Ta historia nigdy nie powinna się wydarzyć. To opowieść o młodym człowieku, Tomaszu Komendzie, który osiemnaście lat temu trafił za kraty za zbrodnię, której nie popełnił. Najpiękniejsze lata swojej młodości spędził w więziennej celi, skazany na dwadzieścia pięć lat za niewinność. Dziś dzięki staraniom wielu osób jest wolnym człowiekiem, choć stało się to o osiemnaście lat za późno. Kiedy zacząłem pisać tę książkę, Tomek był jeszcze w zakładzie karnym. Stamtąd przysłał mi list, który w całości cytuję poniżej. Niespełna pół roku później był już wolnym człowiekiem. I jest wolnym człowiekiem, który od nowa uczy się życia w zupełnie innej i nowej dla siebie rzeczywistości.

Tomek jest moim rówieśnikiem, jednym z wielu reprezentantów pokolenia czterdziestolatków. Kiedy my przekraczaliśmy drzwi pierwszej firmy, w której znaleźliśmy zatrudnienie, za nim zamykała się więzienna brama. Kiedy my chrzciliśmy nasze pierwsze dzieci, on z dnia na dzień musiał walczyć o życie i przetrwanie, bity, poniżany i upokarzany, skazany właśnie za brutalny gwałt i morderstwo dziecka. Kiedy wykańczaliśmy nasze pierwsze mieszkanie, zamieniając je z wynajmowanego na własne, on po kilkuletnim pobycie na niewłasnych ośmiu metrach kwadratowych, które dzielił z trzema współwięźniami, był przez nich odcinany ze sznura, gdy pod osłoną nocy próbował popełnić samobójstwo. Jednak przeżył i wytrzymał osiemnaście lat. Przetrwał, bo ma rodzinę, na której zawsze mógł polegać. Matkę, cudowną kobietę, panią Teresę, która nie opuściła żadnego widzenia. Ojczyma Mirosława, który wychował Tomka jak własnego syna. Małomówny starszy mężczyzna rzadko zabiera głos w tej sprawie, ale kiedy już mówi, łzy same cisną się do oczu. Braci: Piotrka, który miał zaledwie sześć lat, kiedy Tomek przekraczał więzienną bramę, Krzyśka, najmłodszego, u którego emocje biorą górę nad rozsądkiem – oby nigdy nie spotkał ludzi, którzy wsadzili jego brata, najstarszego Gerarda – jego dzieci Tomek poznał w trakcie widzeń w zakładzie karnym.

Ta historia nigdy nie powinna się wydarzyć. Ale się wydarzyła i gdyby nie zaangażowanie kilku osób, zupełnie obcych Tomkowi, dla których pojęcie sprawiedliwości nigdy nie straciło swojego prawdziwego znaczenia, a sumienie i poczucie zawodowego obowiązku nie pozwoliły zostawić nierozwiązanej starej sprawy, jeszcze przez siedem lat odsiadywałby nie swój wyrok. Za zbrodnię, którą dziś wszyscy pamiętają jako morderstwo w Miłoszycach, jedno z najbardziej okrutnych, jakie wydarzyły się w Polsce pod koniec lat dziewięćdziesiątych, opisywane w swoim czasie niemal we wszystkich tytułach prasowych, stacjach telewizyjnych i radiowych.

Tomasz Komenda

ZK Strzelin ul. Ząbkowicka 69

57-100 Strzelin

Szanowny Pan Prokurator Robert Tomankiewicz

Do wiadomości Prokuratora Dariusza Sobieskiego i Grzegorza Głuszaka z Telewizji TVN z programu Superwizjer TVN

Zwracam się z uprzejmą prośbą o udostępnienie Panu Grzegorzowi Głuszakowi z TVN mojego przesłuchania w charakterze świadka, które było zarejestrowane kamerą VHS. Uprzejmie proszę o udostępnienie tego nagrania celem wykorzystania go przez Pana Grzegorza Głuszaka w przygotowywanym reportażu.

Szanowny Panie Prokuratorze, od 18 lat jestem osobą osadzoną za zbrodnię, której nie popełniłem. Dzięki podjętemu na nowo śledztwu przez pana, pana podwładnych i policję jest szansa, aby cały kraj dowiedział się o losie, który mnie spotkał. Mimo starań, jakie czynił Pan Grzegorz Głuszak, do dnia dzisiejszego nie mam możliwości swobodnego wypowiedzenia się przed kamerą w swojej obronie i udowodnienia, że padłem ofiarą potwornej pomyłki. Stąd moja ogromna prośba o udostępnienie tego nagrania, abym w ten sposób mógł przed milionami widzów opowiedzieć, jaka ogromna krzywda mnie spotkała. Wierzę, że pan prokurator w ten sposób pochyli się nad moim losem i w ten sposób pomoże mi oczyścić się przed opinią publiczną z zarzutów, które ciążą nade mną od 18 lat. Będę bardzo wdzięczny za spełnienie mojej prośby.

Z wyrazami szacunku,

Tomasz Komenda

Światełko w tunelu

Pod bramę zakładu karnego w Strzelinie podjeżdża nieoznakowana srebrnoszara kia. Wysiada z niej dwóch mężczyzn, Remigiusz, czterdziestodwuletni funkcjonariusz operacyjny Centralnego Biura Śledczego, i Marek, nieco starszy pracownik Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Nie muszą mieć przepustek, w odróżnieniu od innych, którzy przychodzą tu na widzenia. Dzwonek do więziennej bramy. Po chwili zza zaciemnionej szyby, przez którą nie widać strażnika, padają słowa:

– Panowie do kogo?

– Do Tomasza Komendy. Policja, mamy tu nakaz prokuratorski pobrania osadzonego.

Ciężka, żelazna brama otworzyła się. Mężczyźni weszli, pokazali legitymacje, nakaz i poczekali na osadzonego, aby zawieźć go na przesłuchanie do Prokuratury Krajowej Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji we Wrocławiu. Doprowadzony przez oddziałowego Tomasz Komenda wypełnił niezbędne formalności, podobnie jak funkcjonariusze, i przez drzwi zakładu karnego wyszedł za bramę, wciąż winny morderstwa i gwałtu, skuty w kajdany, ale już za murami, z nadzieją, że jego chwilowe wyjście do prokuratury ma jakiś większy sens. Dwa tygodnie wcześniej dowiedział się z telewizji, że do sprawy, za którą został skazany na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności, zatrzymano kolejnego sprawcę, bo Tomek miał działać z dotąd nieustaloną osobą. Wiedział, że tego nie zrobił, a skoro nie on, to może w końcu po osiemnastu latach jego bezsensownej odsiadki śledczy znajdą prawdziwego sprawcę brutalnego gwałtu i morderstwa piętnastoletniej Małgosi.

Z zakładu karnego w Strzelinie do Prokuratury Krajowej Wydziału Zamiejscowego we Wrocławiu jest niespełna trzydzieści kilometrów, około czterdziestu minut drogi. Z relacji policjantów, ale i Tomka, wiem, że była to cała wieczność. Zapytałem jednego z funkcjonariuszy, co Tomek mu wtedy powiedział. Odparł, że tylko zapytał:

– Panowie, czekałem na was osiemnaście lat. Czy wierzycie, że jestem niewinny? Bo bardzo mi na tym zależy. Nie na tym, żeby wyjść, tylko czy wy mi wierzycie, bo to dla mnie bardzo ważne.

– Dlatego po ciebie przyjechaliśmy, bo wiemy, że osiemnaście lat siedzisz za kogoś innego, i spróbujemy wyjaśnić dlaczego.

– A co zamierzacie?

– Uwolnić cię.

To było drugie wyjście Tomka poza mury więzienne w ciągu osiemnastu lat. Wcześniej miał taką możliwość tylko raz, kiedy poprosił dyrektora zakładu karnego, by mógł uczestniczyć w pogrzebie swojej babci. Na ceremonię nie zdążył, bo samochód, który miał go konwojować, spóźnił się i nie dotarł na czas. Pilnujący go strażnicy dali mu jednak pięć minut, by mógł się pożegnać ze zmarłą. Rodzina zdążyła już opuścić cmentarz, ponieważ pogrzeb zakończył się kilkanaście minut wcześniej. Z konwojentami nie zamienił ani słowa. Nikt nie chce rozmawiać z takim jak on: pedofilem, gwałcicielem i mordercą. Trudno się też dziwić funkcjonariuszom służby więziennej, którzy przecież sami mają rodziny i dzieci. Widok Tomka, czego łatwo się domyślić, budził w nich wstręt i pogardę. Nawet grabarze uciekli z miejsca pochówku, kiedy zobaczyli skutego mężczyznę w obstawie kilku strażników wyposażonych w długą broń. Dla Tomka była to jednak wyjątkowa chwila, ponieważ przez kilka minut mógł poczuć zapach powietrza bez widoku krat.

Dziś drugi raz opuszczał zakład karny, pełen nadziei, po tym jak usłyszał w telewizji, że zatrzymano drugiego ze sprawców. On cały czas pozostawał tym pierwszym. Tym razem konwojujący go policjanci słowami: „Zamierzamy cię uwolnić”, dali mu prawdziwą nadzieję. Pierwszy raz od osiemnastu lat pojawiło się światełko w tunelu, czekał już tylko na to, co ma mu do powiedzenia prokurator. Wjeżdżając do Wrocławia, nie poznawał swojego miasta. Kiedy zamykano go w więziennej celi, nie było galerii handlowych, które teraz mijali jedna za drugą. Ogromny Sky Tower też był czymś nowym. Kiedy trafił za kraty, wieżowce nie osiągały stu metrów, nawet w Warszawie, ten miał ponad dwieście. Co kilka kilometrów stacja benzynowa. On pamiętał jedynie CPN, którego logo już dawno zastąpiły nowe nazwy. Przejeżdżające wiaduktem pendolino robiło wręcz kosmiczne wrażenie. Podobne maszyny widział tylko w filmach science fiction, kiedy był jeszcze na wolności. I telefon, który co jakiś czas mówił prowadzącemu samochód policjantowi: „Za sto metrów skręć w prawo, potem jedź prosto. Dotarłeś do celu”. Tomek zupełnie nie wiedział, co się dzieje wokół niego, choć matka i bracia mówili mu, że przez te osiemnaście lat świat bardzo się zmienił. Wszystkie te nowinki widział jedynie w telewizji. Stara konsola Play Station 3 i FIFA, w którą grał co wieczór pod celą, to był jego cały nowoczesny świat.

Po czterdziestu minutach srebrnoszara kia z Tomaszem Komendą zatrzymała się na ulicy Piłsudskiego we Wrocławiu, nieopodal miejsca, skąd osiemnaście lat wcześniej został wywleczony z domu przez funkcjonariuszy policji. Kiedy przyjechali na miejsce, policjanci wprowadzili go do prokuratury już bez kajdanek. W dość ciasnym pomieszczeniu zainstalowana była kamera, skierowana wprost na krzesło, na którym miał usiąść Tomek. Dwóch prokuratorów, Robert Tomankiewicz i Dariusz Sobieski, razem z psycholog Justyną Poznańską czekali przygotowani do przesłuchania. Zapis w kamerze włączył policjant:

– W dniu dwudziestym czwartym czerwca dwa tysiące siedemnastego roku o trzynastej osiem rozpoczynamy czynność przesłuchania w sprawie o sygnaturze PKI WZ Ds. 43.2017. W czynności tej będą brali udział prokuratorzy Robert Tomankiewicz, Dariusz Sobieski, funkcjonariusz Centralnego Biura Śledczego Remigiusz K., obsługujący sprzęt nagrywający, oraz biegła z zakresu psychologii śledczej pani Justyna Poznańska […] Przesłuchany zostanie w charakterze świadka pan Tomasz Komenda. Odbiorę od pana dane osobowe. Pana imię i nazwisko – zaczął prokurator Robert Tomankiewicz.

– Tomasz Komenda.

– Imiona rodziców?

– Teresa i Jerzy.

– Data i miejsce urodzenia?

– Lipiec tysiąc dziewięćset siedemdziesiąt sześć, Wrocław.

– Obecnie przebywa Pan w zakładzie karnym w…?

– Strzelinie.

– Pana wykształcenie?

– Podstawowe.

– Był pan karany za składanie fałszywych zeznań?

– Nie.

– Pouczam pana, iż jako świadek jest pan zobowiązany do mówienia prawdy. Na podstawie artykułu dwieście trzydzieści trzy paragraf pierwszy osoba, która „zeznaje nieprawdę lub zataja prawdę, podlega karze pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do lat ośmiu”. Czy treść tego pouczenia pan rozumie? – Tym razem prokurator Dariusz Sobieski odczytał zapis z Kodeksu karnego, bez czego przesłuchanie nie może się rozpocząć. Wcześniej nikt nigdy nie zadawał Tomkowi takiego pytania, ponieważ nigdy nie był on traktowany jako świadek. Uznawano go za przestępcę oskarżonego o gwałt i morderstwo. Osobę, która by się bronić, może w majestacie prawa kłamać, fałszywie zeznawać bądź w ogóle odmówić składania jakichkolwiek wyjaśnień. Jedyne pytanie, jakie zadawano mu przez osiemnaście lat, dotyczyło tego, czy przyznaje się do zbrodni zapisanej w Kodeksie karnym w artykułach 148 i 197.

– Rozumiem – potwierdził Tomasz Komenda.

– Czy wie pan, w jakiej sprawie się spotkaliśmy, w jakiej sprawie będzie pan zeznawał? – To pytanie zadał prokurator Robert Tomankiewicz, naczelnik Wydziału do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Dolnośląskiego Wydziału Zamiejscowego Prokuratury Krajowej.

– W sprawie, w której zostałem skazany na dwadzieścia pięć lat pozbawienia wolności, czyli w sprawie miłoszyckiej, morderstwa i gwałtu na Małgorzacie K.

– Spodziewał się pan tego przesłuchania?

– Nie.

– Dowiedział się pan w ostatnim czasie coś na temat tej sprawy?

– Tak, dwa tygodnie temu z mediów dowiedziałem się. W wiadomościach wrocławskich zostało to nagłośnione, że została ruszona moja sprawa.

– Co się pan dowiedział?

– Że został złapany drugi z podejrzanych i tyle. Że po dwudziestu latach został złapany kolejny sprawca.

– I jak pan na to zareagował?

– Strasznie, dostałem takiej siły, że po tylu latach mogę liczyć na sprawiedliwość, że teraz to wszystko wyjdzie na światło dzienne.

– To znaczy? Co wyjdzie na światło dzienne?

– Że prawdziwi sprawcy, prawdziwe zdarzenia, które miały miejsce…

– Ale sam pan mówił, że usłyszał, że został zatrzymany drugi sprawca.

– No bo tak jest do dnia dzisiejszego, że ja jestem sprawcą. Bo oni nie mówią w mediach, że ja jestem osobą niewinną. Tylko ja zostałem skazany w dwa tysiące trzecim roku i od tamtego czasu jestem cały czas winny, bo jest wyrok prawomocny, wszystkie instancje przeszedłem… I opinia publiczna już wydała na mnie wyrok, że oni już po prostu nie chcą ze mną rozmawiać. Mam dwadzieścia pięć lat do odsiadki, że musiałem w końcu tyle lat czekać, żeby usłyszeć, że usiądą na ławie oskarżonych te osoby, które to popełniły. Ja z tymi osobami ani z tą sprawą… ani w tej miejscowości nigdy nie byłem, dlatego do dnia dzisiejszego zadaję sobie pytanie, dlaczego tak musiało być. Co ja komuś takiego zrobiłem, że musiałem trafić za kraty? Siedzę już osiemnaście lat i pan sobie nawet z tego sprawy nie zdaje, jak ja się strasznie cieszę, że został złapany Ireneusz, kiedy na sali sądowej niby tym Ireneuszem byłem ja. Ja jestem z Wrocławia, a prawdziwi mordercy, z tego, co wiem z akt, byli z tamtych miejscowości, w których doszło do zbrodni. Ja przepraszam, że się wzruszyłem, ale to jest silniejsze ode mnie… Jestem kłębkiem nerwów i strasznie się z tego cieszę, że jestem tu, że zeznaję tu, bo w środku jestem rozszarpywany, bo nie wiem, co będzie ze mną dalej. I niech to wyjdzie na światło dzienne, że prokuratura popełniła wtedy błąd, zamykając mnie. Ja nie oczekuję od nikogo przeprosin, broń Boże. Chcę, żeby zwrócono mi to, co mi zostało zabrane osiemnaście lat temu – czyli wolność. Nie miałem nigdy do czynienia… Nigdy żadnej dziewczyny nie skrzywdziłem i nie mam zamiaru skrzywdzić, a zostałem najpierw oskarżony, osadzony i potem skazany… Nie radzę sobie do dnia dzisiejszego z tym wszystkim.

– Co wie pan na temat tej sprawy? – zapytał prokurator Tomankiewicz.

– Wiem tylko tyle, że w miejscowości Miłoszyce została zgwałcona brutalnie piętnastoletnia dziewczyna. Pochodziła z miejscowości Miłoszyce… tyle wiem.

– A jak to się stało, że pan trafił na ławę oskarżonych – dopytywał prokurator Tomankiewicz. – Skoro twierdzi pan, że jest pan osobą niewinną.

– Bo jestem osobą niewinną, a to, że zasiadłem na ławie oskarżonych, to chciała tego opinia publiczna. Bo jak ja zostałem zatrzymany, to zostało to nagłośnione i od tego momentu mój horror się zaczął. Bo oni nie mieli stuprocentowych dowodów, oni mieli tylko poszlaki i ja na podstawie tych poszlak zostałem skazany. Jeżeli sąd, skazując mnie w pierwszej instancji na piętnaście lat pozbawienia wolności, mówi, że ja nie jestem w stu procentach winny, tylko wynika to z doświadczenia sądu, to dla mnie jest to niepojęte, że oni skazali mnie, bo przypuszczali, że ja jestem sprawcą, a dowody, które zostały przedstawione przed sądem, mogły zostać podrobione w tamtym czasie.

– Panie Komenda, o jakich dowodach pan mówi?

– O zębach, zapachu i czapce, która niby została pozostawiona w Miłoszycach na posesji.

– Dlaczego pan mówi „niby została pozostawiona”?

– Bo ja nigdy takiej czapki… Ja nigdy w czapkach nie chodziłem. Nawet jak było minus pięćdziesiąt stopni, to ja nigdy w czapkach nie chodziłem.

Przez ponad trzy godziny na zmianę prokurator Tomankiewicz, prokurator Sobieski i psycholog Poznańska zadawali Tomkowi szereg pytań, do których jeszcze wrócę. Nieraz Tomek przecierał załzawione oczy, wielokrotnie próbował je zasłonić, ale kamera ustawiona naprzeciwko mężczyzny rejestrowała wszystko, każdy odruch, spojrzenie, każde skinienie głowy. Wielokrotnie nie potrafił odpowiedzieć na pytania, zwłaszcza te dotyczące pobytu w zakładzie karnym. Nikt też specjalnie nie próbował wyciągać od niego informacji, wiedząc, że za chwilę wróci do więziennej celi. Pytany, zdawkowo odpowiadał, że to koszmar i horror, że był bity, torturowany, ale o szczegółach nie chciał mówić. Choć kamera nie rejestrowała słuchaczy, dało się odczuć, że gdyby to od nich zależało, Tomasz Komenda nie wróciłby już do zakładu karnego. Oni już od kilku miesięcy wiedzieli, że siedzący przed nimi mężczyzna, wysoki, szczupłej budowy ciała, z trudem patrzący w oczy, z odruchami typowymi dla osób, które za kratami spędziły lata, nie powinien się znaleźć w miejscu, w którym przebywał przez ostatnie osiemnaście lat. Jego zachowanie podczas przesłuchania, przygnębienie i smutek wskazywały, że powinien być raczej pensjonariuszem zakładu, gdzie leczy się depresję, a nie więźniem zakładu karnego. Jedynie jego lewa ręka, niemal cała wytatuowana, nie pozostawiała złudzeń, że jest mieszkańcem tego drugiego miejsca. Miejsca, do którego trafił, bo zupełnie mu nieznane osoby brutalnie zgwałciły i zamordowały piętnastoletnią dziewczynkę. On miał być jednym z nich, ale nie był. To on jednak został oskarżony, skazany i osadzony na ćwierć wieku. Kiedy zamykała się za nim więzienna cela, miał zaledwie dwadzieścia trzy lata. Dziś, choć nie wygląda na swój wiek, ma już czterdzieści jeden i najpiękniejsze lata młodości za sobą.

Zbrodnia w Miłoszycach

Notatka urzędowa sierżanta Grzegorza J.

W dniu 01.01.1997 roku o godzinie 13.30 na polecenie dyżurnego Komendy Powiatowej Jelcz-Laskowice udałem się do miejscowości Miłoszyce Kościelna 5, gdzie Józef R. zgłosił o leżących przy stodole zwłokach młodej kobiety. Po przybyciu na miejsce zastano tam ekipę pogotowia i zwłoki młodej kobiety w całkowitym negliżu. Drogą radiową powiadomiono dyżurnego, a miejsce zdarzenia zabezpieczono do przyjazdu grupy dochodzeniowo-śledczej oraz Komendanta Rejonowego Policji w Oławie. W toku rozpytań ustalono, że denatka nazywa się Małgorzata K. i jest mieszkanką Jelcza-Laskowic zamieszkałą przy ulicy Hirszfelda i w dniach 31.12.1996–01.01.1997 przebywała na dyskotece w świetlicy wiejskiej, skąd około godziny 0.15–0.20 wyszła w towarzystwie Krzysztofa K. i Andrzeja W. Wyszli oni na zewnątrz dyskoteki, gdzie podszedł do nich nieznany mężczyzna w wieku około 16–17 lat o imieniu Irek, który powiedział: „Jestem jej bratem. Gośka, przecież mnie znasz”. Mężczyzna był wysoki o jasnych włosach ściętych na tzw. grzybka, boki wygolone. Następnie, jak twierdzą wymienieni, udał się wraz z Małgorzatą w stronę skrzyżowania ulicy Kościelnej z Wrocławską, zatrzymując się na chwilę przy posesji Państwa R., następnie na skrzyżowaniu dołączył do nich drugi mężczyzna, lecz niższy od wyżej opisanego. Jak twierdzą w/w, Małgorzata była pod wpływem upojenia alkoholowego, gdyż przewracała się. Następnie oddalili się w kierunku Jelcza-Laskowice. Rozpytany Marek P. stwierdził, że gdy szedł dokładać do pieca ok. godziny 1.35, słyszał krzyki dziewczyny biegnące z pobliskiej posesji: „Mamo. Mamo”. Nadto rozpytano Olgę N., Zbigniewa B., Sabinę C., Józefa J., jednak osoby te nie wiedzą nic w powyższej sprawie i nic nie słyszały.

Notatkę sporządzono celem dalszego wykorzystania.

Noc. 31 grudnia 1996 roku. Małgosia już od kilku dni planowała wyjście z koleżanką na sylwestra. Miała to być pierwsza w jej życiu nocna impreza. Wyglądała pięknie. Czarna długa sukienka, eleganckie buty, wisiorek w kształcie przełamanego serduszka – wszystko długo przygotowywane i dopięte na ostatni guzik. Pamiątkowe zdjęcie zrobione jej przez ojca na kilka minut przed wyjściem z domu cały czas znajduje się w aktach sprawy. I chociaż dziś piętnastolatki sprawiają wrażenie bardziej dojrzałych niż dwadzieścia lat temu, to trzeba przyznać, że wystrojona dziewczynka wyglądała już na młodą kobietę. Rodzice nastolatki mieli obawy. Pierwszy raz wychodziła na dłużej, i to w nocy, miała późno wracać, ale przecież szła z koleżanką, byli też znajomi. Małgosia wybłagała rodziców o tego sylwestra poza domem. Nie mogli się nie zgodzić.

Z Jelcza-Laskowic, skąd pochodziła Małgosia, do Miłoszyc jest zaledwie kilka kilometrów. Dystans można przejść na piechotę w około pół godziny, samochodem pokonuje się go w mniej niż dziesięć minut. W aktach sprawy znajduje się raport ze stacji meteorologicznej, z którego wynika, że temperatura pomiędzy godziną dwudziestą czwartą a szóstą rano wahała się między minus czternastoma a minus szesnastoma stopniami Celsjusza. Pokrywa śnieżna niezbyt duża, od jednego do trzech centymetrów. Kiedy Gosia nie wróciła do domu, rodzice postanowili po nią wyjść. Idąc nad ranem wzdłuż drogi, minęli jadącego na rowerze Ireneusza M. Spotkanie było o tyle zaskakujące, że na zewnątrz było kilkanaście stopni mrozu. Ten szczegół utkwił im w pamięci. Do Miłoszyc zostało zaledwie kilkaset metrów. Dyskoteka była już zamknięta. Po Gosi ani śladu. Rodzice dziewczyny wrócili do domu, tam też jej nie było. W godzinach popołudniowych postanowili ponownie udać się na miejsce. Ich uwagę zwróciło zamieszanie na podwórku nieopodal klubu. Podeszli powoli. Na posesji państwa R., oddalonej o zaledwie sto metrów od dyskoteki, obok stodoły leżała ich córka, całkowicie rozebrana, jedynie na nogach miała skarpetki. Nie żyła już zapewne od kilku godzin. Ślady na ciele świadczyły o tym, że musiała się bronić.

Na teren posesji wjechały dwa policyjne radiowozy. Funkcjonariusze zabezpieczyli miejsce zdarzenia. Z samochodu wyszła prokurator, a w zasadzie ówczesna asesor z Prokuratury Rejonowej w Oławie, pani P. Dyżur prokuratorski miała pełnić jej przełożona, ale to ona zjawiła się na miejscu w noworoczny poranek. Trudno się dziwić, w takie dni młodsi stażem zazwyczaj zastępują swoich szefów. Prawdopodobnie były to pierwsze zwłoki, jakie widziała w swoim życiu, nie licząc obowiązkowych na studiach zajęć w zakładzie medycyny sądowej, gdzie przyszli prokuratorzy uczestniczą w sekcjach zwłok.

Widok był przerażający. Zarejestrowany ponad dwadzieścia lat temu kamerą VHS film z miejsca zdarzenia nie pozostawia żadnych wątpliwości. Dziewczyna nie umarła od razu. Musiała cierpieć. Biegły z zakresu medycyny sądowej po autopsji napisał, że dziewczyna zmarła w wyniku wyziębienia i wykrwawienia. Prawdopodobnie po samym gwałcie żyła jeszcze od jednej godziny do ośmiu. Sprawcy, a było ich najprawdopodobniej dwóch, gwałcili ofiarę za stodołą znajdującą się w tylnej części posesji państwa R., tuż przy ogrodzeniu. Oględziny odzieży denatki wykazały, że pozostałe na niej krew i sperma pochodzą od dwóch różnych osób. Aż trudno uwierzyć, że nikt z sąsiadów niczego nie zauważył, a przynajmniej nic nie słyszał, bo na pewno, o czym zeznali potem inni świadkowie, między pierwszą piętnaście a wpół do drugiej z posesji dochodziły krzyki: „Mamo, mamo”. Ślady na ciele świadczyły o brutalności sprawców. Poza obrażeniami w okolicach krocza widać było liczne zaczerwienienia – oznaki walki. Biegły z zakresu medycyny sądowej napisał także w opinii, że sprawcy dokonali penetracji pochwy i odbytu narzędziem tępokrawędzistym, powodując mnogie uszkodzenia narządów wewnętrznych. Na ciele dziewczyny znajdowały się liczne ślady ugryzień w okolicach piersi. Zarówno w miejscu, w którym doszło do zbrodni, jak i tam, gdzie później przeniesiono Małgorzatę, było pełno krwi. Obok ciała leżały rajstopy i majtki dziewczyny, oznaczone jako ślad numer jeden, bluzka damska koloru czarnego, oznaczona jako ślad numer trzy, sznurówki, oznaczone numerem dziesięć, i czarna męska czapka – ślad numer dwadzieścia jeden. To właśnie ta czapka oraz ślady ugryzień na ciele dziewczyny miały, zdaniem prokuratury, doprowadzić do sprawców gwałtu. Na miejscu zabezpieczono również inne przedmioty, które zdaniem śledczych należały do Małgorzaty K. W zasadzie była tam cała garderoba dziewczyny, oprócz butów i wisiorka w kształcie serduszka. 2 stycznia prokurator Renata P. nadała sprawie sygnaturę 1 Ds./97 i podjęła decyzję o podjęciu śledztwa w sprawie zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem i pobicia ze skutkiem śmiertelnym w nocy z 31 grudnia 1996 roku na 1 stycznia 1997 roku Małgorzaty K. w miejscowości Miłoszyce. Rozpoczęły się przesłuchania i przeszukania. Czynnościami objęto także rowerzystę, którego rodzice Małgosi mijali w noworoczny poranek.

Kilka dni po morderstwie rzecznik Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu oświadczył, że na miejscu zbrodni zabezpieczono tyle śladów, że ustalenie sprawców pozostaje tylko kwestią czasu. Burmistrz Jelcza-Laskowic w radiowym wystąpieniu prosił wszystkich posiadających jakąkolwiek wiedzę o morderstwie, by zgłosili się na policję, i zapewnił im całkowitą anonimowość. W szkole, do której uczęszczała Małgosia, mówił:

W ostatnim czasie wszyscy staliśmy się anonimowymi świadkami okropnej zbrodni, zbrodni, która daje obraz naszej wspólnej niemocy. Została brutalnie zamordowana wasza koleżanka, wasza rówieśniczka. W tym oto momencie apeluję do godności młodych obywateli gminy Jelcz-Laskowice: „Pomóżcie wszystkim, którzy chcą wskazać zbrodniarzy”.

Już drugiego dnia po śmierci dziewczyny miejscowym policjantom przydzielono pomoc. A w zasadzie odebrano im tę sprawę – teraz mieli się nią zająć funkcjonariusze ze specjalnej grupy powołanej przy komendzie wojewódzkiej. Na efekty nie trzeba było długo czekać: trzy dni po morderstwie został zatrzymany jeden z mieszkańców Miłoszyc. Z notatki policyjnej sporządzonej przez nadkomisarza Zbigniewa P. i dołączonej do akt sprawy wynika, że sprawcą może być Krzysztof K. W notatce czytamy:

W dniu dzisiejszym przeprowadziłem rozmowę z Krzysztofem K. W trakcie rozmowy w/w stwierdził, że w dniu 01.01.1997 roku około godziny 0.20 wyszedł z dyskoteki z Małgorzatą K. Poszli ulicą Kościelną, a następnie skręcili w ulicę Wrocławską, a następnie w ulicę Ogrodową. Przez całą drogę Krzysztof K. całował Małgorzatę K. Po dojściu do bramy prowadzącej do posesji Państwa R. i po uzyskaniu zgody od Małgorzaty K. weszli na teren posesji R. W pewnym momencie Krzysztof zaczął rozbierać Małgorzatę. W trakcie rozbierania Małgorzata mówiła, żeby ją zostawił, i zaczęła krzyczeć „mamo”. Po odbyciu stosunku płciowego Krzysztof przeniósł Małgorzatę w inne miejsce obok stodoły. W trakcie rozmowy Krzysztof K. zmieniał swoje zeznania, raz odwołując je, później znów wracając do swoich pierwotnych zeznań. Ostatecznie Krzysztof K. faktycznie stwierdził, że tak było, jak zeznał w dniu poprzednim, czyli że wyszedł z dyskoteki z Małgorzatą K., którą zabrał do mieszkania mężczyzna o imieniu Irek przedstawiający się za brata, a on z powrotem wrócił na dyskotekę. Z uwagi na częste zmiany zeznań po konsultacjach z prokuratorem został on zatrzymany w areszcie komisariatu w Jelczu-Laskowicach. W załączniku szkic sytuacyjny wykonany przez Krzysztofa K. Notatkę sporządził Nadkomisarz Zbigniew P.

Rysunek sporządzony przez Krzysztofa K. zgadzał się mniej więcej z opisem miejsca, w którym doszło do gwałtu, a jego własne zeznania świadczyły przeciwko niemu. Rzeczywiście, Krzysztof K. mógł być sprawcą zbrodni w Miłoszycach, śledztwo mogłoby zostać zamknięte, ale na miejscu zbrodni nie znaleziono żadnego śladu świadczącego o winie mężczyzny. Czapka nie należała do Krzysztofa K., a kod DNA ze znalezionych na niej włosów nie był zbieżny z jego materiałem genetycznym. Pomimo tego mężczyzna po przesłuchaniu przez funkcjonariusza Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, przeprowadzonym w komisariacie w Jelczu-Laskowicach, w stanie ciężkim i z obrzękiem mózgu został przetransportowany do szpitala. Kilka dni później rodzice wówczas szesnastoletniego Krzysztofa K. złożyli zawiadomienie do prokuratury o pobiciu syna w trakcie przesłuchania. Prokurator Renata P. – asesor, ta sama, która przyjechała na miejsce zbrodni – odmówiła wszczęcia dochodzenia w sprawie tego zawiadomienia, tłumacząc, że funkcjonariusz, który uderzył Krzysztofa K. w tył głowy, działał pod wpływem silnych emocji. 7 stycznia 1997 roku do Prokuratury Rejonowej w Oławie wpłynęło doniesienie matki Krzysztofa K., w którym powiadomiła ona o pobiciu swojego syna przez funkcjonariuszy Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. W sprawie przeprowadzono czynności sprawdzające. W trakcie przesłuchania Krzysztofa K. w charakterze świadka ustalono, że 6 stycznia 1997 roku w budynku komisariatu policji w Jelczu-Laskowicach był on przesłuchiwany przez funkcjonariusza Komendy Wojewódzkiej Policji z Wrocławia Zbigniewa P. Podczas tej czynności Zbigniew P. uderzył świadka w tył głowy. 6 listopada (a więc niemal rok od zbrodni) Krzysztof K. również przyznał się do popełnionego przestępstwa, zeznał, że odbył stosunek z Małgorzatą K., ale w toku dalszego przesłuchania wycofał się z zeznań. Spiętrzenie emocji wynikające z przebiegu przesłuchania doprowadziło do tego, że policjant go uderzył. Krzysztof nie ma wobec niego pretensji i nie chce, aby było prowadzone w tej sprawie śledztwo.

Zważono wówczas, co następuje:

Zbigniew P. od początku, tj. od 01.01.1997 roku, prowadzi śledztwo pod nadzorem Prokuratury Wojewódzkiej we Wrocławiu. Jest mocno zaangażowany w wykrycie sprawcy bądź sprawców gwałtu Małgorzaty K. Krzysztof K. jest osobą, która przebywała w towarzystwie dziewczyny podczas zabawy sylwestrowej i jako ostatni widział ją, jak odchodziła z mężczyzną o imieniu Irek. Od jego zeznań w dużej mierze zależy dalszy ciąg śledztwa. Zeznając różne wersje zdarzeń, doprowadził do tego, że policjant nie mógł ustalić, które z jego przesłuchań jest wiarygodne.

Napięcie emocjonalne, które powstało podczas przesłuchania w dniu 06.01.1997, spowodowało u Zbigniewa P., że uderzył świadka, naruszając jego nietykalność cielesną.

Zbigniew P. swoim zachowaniem naruszył normy zawarte w artykule 142 ustęp 1 ustawy o policji. Niemniej jednak biorąc pod uwagę całokształt ujawnionych okoliczności i postawę samego pokrzywdzonego – uznano, iż czyn, którego dopuścił się funkcjonariusz, cechuje znikomy stopień społecznego niebezpieczeństwa.

Taka ocena prawnokarna czynu Zbigniewa P. nie wyklucza jego odpowiedzialności dyscyplinarnej, o której w skardze skierowanej przez matkę pokrzywdzonego do Komendanta Wojewódzkiego Policji został już zawiadomiony jego zwierzchnik. Z tych względów postanowiono jak na wstępie. Podpisano. Prokurator Prokuratury Rejonowej Renata P.

Postanowienie o odmowie wszczęcia dochodzenia w tej sprawie praktycznie zamknęło drogę rodzinie pana Krzysztofa. Niby policjant go bił, ale jakby nie bił albo bił delikatnie.

Nie można dziś ustalić, czy Zbigniew P. poniósł jakiekolwiek konsekwencje czynu, którego się dopuścił. Nieoficjalnie jednak wiadomo, że za pobicie Krzysztofa K. nie został ukarany. Być może utwierdziło to funkcjonariusza w przekonaniu, że dla dobra sprawy bić nie tylko można, ale nawet należy, o czym mieli się przekonać inni mężczyźni przesłuchiwani w sprawie, w tym również Tomasz Komenda. W rzeczywistości udział Krzysztofa w całej zbrodni sprowadzał się do tego, że pomógł Małgosi wyjść na zewnątrz, gdy ta źle się poczuła. Zapłacił za to zdrowiem i tylko cud sprawił, że nie trafił na długie miesiące do aresztu. Sprawę z jego udziałem ostatecznie umorzono i okazało się, że pomimo przesłuchania kilkudziesięciu osób, pobrania licznych śladów, w tym od rowerzysty, którego rodzice Małgosi minęli na drodze z Miłoszyc, śledztwo nie drgnęło nawet o centymetr. Mniej więcej trzy miesiące później sprawę przejęła Prokuratura Wojewódzka we Wrocławiu. Akta przechodziły z rąk do rąk, przesłuchiwano kolejne osoby, wykonano dziesiątki ekspertyz wartych tysiące złotych, a policja nadal nie miała sprawcy.

To było pierwsze samodzielne wyjście Małgosi na imprezę. Założyła długą czarną sukienkę, czarne rajstopy, wysokie eleganckie buty zapinane z boku, choć dla niepoznaki miały sznurówki, na szyi zawiesiła wisiorek w kształcie serca, zrobiła sobie zapewne pierwszy w życiu makijaż. Obiecała, że wróci razem z koleżankami, z którymi wybrała się na sylwestra. Wybłagała rodziców, mówiąc, że nie jest już dzieckiem, że ma piętnaście lat i może zacząć decydować sama o sobie. To było jej pierwsze i ostatnie samodzielne wyjście z domu.

Miłoszyce to niewielka miejscowość oddalona około trzydziestu kilometrów od Wrocławia i kilku od Jelcza-Laskowic, skąd pochodziła Małgosia. Jadąc z Wrocławia do Jelcza-Laskowic, wieś mija się jak tysiące innych w Polsce. Nowo wybudowany market, stacja benzynowa, na której nie ma nawet toalety, boisko sportowe. Zabudowa niska, domy raczej stare, choć odnowione, kilka willi. Nic, co przykuwałoby uwagę. W miejscu uchodzącym za centrum wioski stoi znak drogowy; Jelcz-Laskowice prosto, Dziuplina w lewo, Oława w prawo. Kiedy się skręci w stronę Oławy i przejedzie zaledwie sto metrów, widać, że tu koncentruje się życie wsi. Dwie równoległe ulice, Główna i Kościelna, pomiędzy nimi dwa duże zbiorniki przeciwpożarowe, sklep spożywczo-przemysłowy i świetlica wiejska. Dalej szkoła publiczna, przedszkole i kościół Świętego Mikołaja, w okolicach którego dwie drogi łączą się i schodzą razem z ulicą Ogrodową, by zmieniwszy nazwę na Kolejową, doprowadzić do przystanku kolei podmiejskiej. Jeszcze dwadzieścia lat temu był tu bruk, dziś zarówno ulica Główna, jak i ulica Kościelna to drogi asfaltowe z nowo wybudowanymi chodnikami. Pomiędzy nimi wspomniana już wcześniej świetlica wiejska, kiedyś klub Alcatraz, w którym odbywały się imprezy okolicznościowe. Jedną z ostatnich zorganizowanych tam zabaw był tragiczny sylwester 1996 roku. Budynek stoi do dnia dzisiejszego, choć nieco odmieniony. Mimo iż od zbrodni minęło ponad dwadzieścia lat, nadal przypomina o dramacie, jaki rozpoczął się w środku klubu, a zakończył na pobliskiej posesji. Klucz do świetlicy udostępnia teraz sołtys, ale rzadko ktokolwiek w niej bywa. Przywołuje złe wspomnienia. W Miłoszycach nikt nie chce rozmawiać przed kamerą o zbrodni sprzed lat, ale każdy zapytany przechodzień mówi, że pamięta i że szkoda dziewczyny, bo całe życie miała przed sobą. Inni wspominają o zmowie milczenia, bo ponoć wszyscy tu wszystko wiedzą, tylko się boją i nie chcą puścić pary z ust, bo ponoć jakiś policjant jest w to zamieszany, bo syn biznesmena mógł w tym brać udział, bo wieść gminna niesie, że świadkowie byli zastraszani, bo nie żyje bezdomny, który znał prawdę. Historia śmierci piętnastoletniej Małgorzaty w Miłoszycach urosła do rangi lokalnego mitu, o którym wszyscy wiedzieli, lecz nikt nie chciał rozmawiać. I taki zapewne pozostanie do czasu jej całkowitego wyjaśnienia.

Kiedy w wyszukiwarkę internetową wpisuje się nazwę „Miłoszyce”, na pierwszym miejscu pojawia się strona Wikipedii, a w niej kilka danych: wieś w Polsce położona w gminie Jelcz-Laskowice w województwie dolnośląskim w powiecie oławskim. Liczba mieszkańców wynosi 1148, choć pewnie tylu ich tu nie ma, bo kiedy upadły zakłady przemysłowe w Jelczu-Laskowicach, które zatrudniały znaczną część miłoszyczan, wielu miejscowych opuściło kraj, wybierając emigrację. Wyjechało również całkiem sporo spośród tych, którzy byli na zabawie sylwestrowej w 1996 roku, co dziś w pewnym stopniu utrudnia śledczym zamknięcie sprawy. Kolejne pozycje w wyszukiwarce dobitnie świadczą o tym, czym tak naprawdę zasłynęły Miłoszyce: „Strach zamyka im usta”, „Zmowa milczenia” „Kod zbrodni”, przy czym najnowsze informacje pojawiły się już nie tylko w Internecie czy lokalnych gazetach, ale obiegły cały kraj, pojawiając się na jedynkach głównych wydań wszystkich wiadomości. Przez kolejne dni od wznowienia sprawy we wszystkich mediach przewijały się tytuły: „Fatalna pomyłka?”, „25 lat za niewinność?”, „Nowe fakty w sprawie sprzed 20 lat”. Wszędzie same znaki zapytania. Nikt nie wiedział, skąd tyle zamieszania w zbrodni sprzed dwudziestu lat. Spekulowano jedynie, że skoro kilka miesięcy temu zatrzymano do sprawy kolejnego sprawcę, Ireneusza M., to może Tomka niesłusznie skazano, może siedzi za tego zatrzymanego… Wszędzie pytania. Prokuratura już od roku wiedziała, że niewinny człowiek spędził osiemnaście lat w zakładzie karnym. Od pół roku sam również byłem wtajemniczony w sprawę, ale zobowiązałem się, że nie ujawnię jej szczegółów do czasu zakończenia wszystkich czynności. O śledztwie wiedziało również szefostwo Prokuratury Krajowej w Warszawie i aż dziwne, że żaden z dziennikarzy przychylnych obecnej władzy nie poznał kulis sprawy Tomasza Komendy. Wszyscy tylko pytali, ja zaś od dawna miałem odpowiedź, przygotowywaną przez setki, o ile nie tysiące godzin analiz, nowych przesłuchań świadków, nowych ekspertyz zamówionych przez prokuraturę. Do pewnych rzeczy zostałem dopuszczony, ponieważ w pewnym sensie brałem udział w tym śledztwie, choć o szczegółach pisać nie mogę. Wiedziałem, że Miłoszyce staną się medialnym centrum Polski. Nazwa miejscowości już wkrótce miała nabrać zupełnie nowego znaczenia. Kojarzona nie tylko ze zbrodnią dokonaną na dziecku, ale też ze zbrodnią policyjno-prokuratorsko-sądową, jaka się jeszcze w historii polskiej kryminalistyki nie zdarzyła. Była to zbrodnia systemu dokonana na młodym człowieku skazanym przez sąd pierwszej instancji na piętnaście lat pozbawienia wolności, które kolejna instancja tylko podwyższyła do dwudziestu pięciu lat bezwzględnej odsiadki. Zbrodnia ta stała się symbolem beznadziejnej walki jednostki z aparatem władzy, w którym człowiek, o czym na własnej skórze przekonał się Tomasz Komenda, nie ma żadnych szans.

Sąsiadka Dorota P.

Czteropiętrowy blok przy ulicy Bolesławieckiej, parę kilometrów od samego centrum Wrocławia. Nie byłem umówiony, a kobieta, z którą chciałem się spotkać, może nie być zadowolona z odwiedzin. W takich sytuacjach lepiej nie zapowiadać się telefonicznie, choć numer telefonu komórkowego do Doroty P. miałem. Pierwszą przeszkodą był domofon. Metody mogą być dwie: albo przycisk do sąsiada i próba wejścia na listonosza, albo równie skuteczny scyzoryk. Jak było w tym przypadku, opisywać nie będę. W każdym razie pierwsza przeszkoda została pokonana. Numer dwadzieścia sześć wskazywał na drugie piętro, w bloku była winda. Niestety po wyjściu z niej czekał kolejny domofon, ale i on nie stanowił większego problemu. Kilka kroków i staję pod drzwiami z poszukiwanym numerem. Pytanie, czy ktokolwiek jest w domu. Dzwonek, jeden, drugi, nic. Kilka silniejszych stuków. Też nic. Kiedy już odchodziłem od drzwi mieszkania, te zaczęły powoli się uchylać. Wyłoniła się zza nich starsza, tęga kobieta w piżamie. Widok o tyle dziwny, że był środek dnia.

– Szukam pani Doroty P. Grzegorz Głuszak – przedstawiłem się, nie tłumacząc, kim jestem ani co mnie sprowadza, aby drzwi nie zamknęły się przed moim nosem.

Kobieta zaprosiła mnie do środka, tłumacząc swój wygląd i ubiór chorobą.

Już po wejściu do domu, kiedy drzwi zamknęły się od wewnątrz, powiedziałem, co mnie do niej sprowadza, choć uciekłem się do pewnego fortelu. Sądziłem, że może nie chcieć rozmawiać o Tomku i jego rodzinie, ale wiedziałem także, kogo z kręgu osób związanych ze sprawą miłoszycką, w której zeznawała prawie dwadzieścia lat temu, nie lubiła.

– Co chce pan wiedzieć? Jak mogę panu pomóc?

Padło nazwisko jednego z prokuratorów, który pracował przy sprawie morderstwa Małgosi. I tak jak przypuszczałem, zostałem zaproszony do kuchni, gdzie mogliśmy usiąść i chwilę porozmawiać.

W trakcie mojej dwudziestoletniej przygody z dziennikarstwem spotykały mnie dość zabawne historie, które uczą, że przede wszystkim należy być upartym. Pewien rozmówca unikał mnie przez kilka tygodni. Kiedy niemal co drugi dzień pojawiałem się pod jego drzwiami, zniesmaczona rodzina w końcu powiedziała, abym wszedł i zobaczył, że mężczyzny nie ma. Wszedłem i znalazłem go w szafie. Innym razem przez parę tygodni próbowałem namówić na rozmowę dziś już świętej pamięci Piotra P., mecenasa z Trójmiasta oskarżonego o korupcję, a potem skazanego. Miesiąc wcześniej wyszedł z aresztu śledczego. Byłem tak uparty, że w końcu sam w rozmowie telefonicznej przyznał, że jestem tak upierdliwy, że i tak go to nie ominie, więc spotyka się ze mną i porozmawiamy. Nasza późniejsza znajomość trwała długie lata do czasu, kiedy zmarł na zawał serca podczas wizyty w Brukseli.

– Interesuje mnie sprawa miłoszycka. Prokurator Stanisław O.

– Ten prokurator?

– On, Tomasz Komenda, Teresa Klemańska.

– Ale to prokuratura sama ukryła fakty.

– Jakie fakty? Bo wie pani, że została wznowiona sprawa, znalazł się drugi morderca, jeden z przypuszczalnie dwóch.

– Nieprawda, to nie jest morderca.

– A dlaczego pani tak uważa?

– To jest nieprawda, dlatego że tam było trzech ludzi i Tomkowi trzeba kazać, on nie słucha obcych ludzi, a ten człowiek, zatrzymany, jest dla niego obcy – mówiła z przekonaniem Dorota P. Najwyraźniej kobieta wiedziała więcej niż dziś prokuratura dysponująca pełnymi dowodami świadczącymi o winie Ireneusza M. zatrzymanego w czerwcu 2017 roku.

– Całym nieszczęściem Tomka Komendy jest pani. On tak twierdzi.

– Dlaczego?

– Ponieważ to pani go wskazała i stwierdziła, że to on znał Małgosię, a z tego, co dziś wiadomo, to nie mógł jej znać.

– Nieprawda, pokazywał mi zdjęcie, mówił, że to jego narzeczona i że jedzie do niej na sylwestra. Ciągle pożyczał ode mnie pieniądze na podróż samochodem, na benzynę, na kwiaty dla niej.

– Przecież on nawet samochodu nie miał, nie potrafił jeździć – z zaciekawieniem dopytuję Dorotę P., która wydaje się wiedzieć więcej, niż śmiałem sądzić.

– On nie jeździł, ale jego ojczym i brat to i owszem.

Tu się nie myliła. Rzeczywiście, starszy brat Gerard posiadał prawo jazdy, a ojczym Mirosław własny samochód. Z akt sprawy wiadomo, że byli w kręgu podejrzanych tak samo jak Tomek, okazywano ich świadkom na tablicach poglądowych, pobierano od nich materiał biologiczny, ale nigdy żaden dowód nie wskazał, że mają coś wspólnego ze sprawą miłoszycką. Jedynie Dorota P. jako osoba znająca ich osobiście twierdziła, że cała trójka jest zamieszana w morderstwo, choć jak sama mówiła, nie chciała o tym zeznawać.

– Nie chciałam zeznawać. Przyszli tu policjanci, ale powiedziałam, że nigdzie nie pójdę zeznawać. Sąd odbył się u mnie, tutaj, bo ja nie wiedziałam, czy oni są mordercami, czy nie są, ale nie zamierzałam się im narażać i ten… i przyszło tu do mnie dwóch policjantów, ja zadzwoniłam do ich przełożonego i powiedziałam, jak się sprawy mają, i nie wyszłam z domu, i sąd przyszedł do mnie do domu. Sama prokuratura to przede mną ukryła, to, co ja tu zrobię. Co pan by zrobił?

Początkowo Dorota P. miała zeznawać jako świadek incognito, a gdy odmówiła, obiecywano, że jej dane osobowe będą w śledztwie utajnione. Jeżeli jednak miałaby prawdziwe informacje, to rozpoznając całą trójkę jako osoby mogące mieć związek z morderstwem, zachowałaby się jak wzorowy obywatel. Pod warunkiem że nie kłamała i jej zeznania nie byłyby powodem zemsty na rodzinie, a cała historia z pożyczką, zdjęciami Małgosi, które miał jej pokazywać Tomek, była prawdziwa.

– Ale według pani Tomek jest winny, jest mordercą?

– Jeżeli on jest winny, powtarzam to chyba z dwa miliony razy, to jemu ktoś musiał kazać, on sam z siebie nie zrobi niczego. – Rozmowa z Dorotą P. stawała się coraz bardziej absurdalna.

– Zaraz, bo nie rozumiem, kazać mu zabić kogoś, zamordować dziewczynę?

– No przykładowo wygryźć jej to tutaj spojenie łonowe, przecież ja wiem, co oni jej zrobili, bo mi prokurator mówił.

– Proszę mi powiedzieć, który z policjantów był tutaj u pani w tej sprawie?

– Nie powiem panu, nie wiem. Najzwyczajniej nie wiem, nie interesowało mnie to po prostu.

– A jak to się w ogóle stało, że pani rozpoznała Tomka? – Po tym, co do tej pory usłyszałem, steku niewiarygodnych spiskowych teorii, zastanawiałem się, dlaczego tego pytania nie zadałem jako pierwsze, może szybciej zrozumiałbym, co ma na myśli Dorota P.

– Byłam u koleżanki na imprezie, różni ludzie tam byli, jacyś tam znajomi z urzędu miasta i inni, nie wiem… Telewizor był włączony i leciały tam te obrazy pamięciowe, no i ja przyglądam się, przyglądam i mówię sobie: „Ta durna policja. Łażą im cały czas pod nosem i oni co, ślepi są?”. Bo oni, żeby dojść tam do siebie, musieli przejść przez to podwórko, no i na tym się temat skończył. Po kilku dniach okazało się, że jedna z osób, która była na tej imprezie, to policyjny kapuś.

– Ale kto?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Śledztwo przeciwko Tomaszowi Komendzie

Dostępne w wersji pełnej

Akt oskarżenia

Dostępne w wersji pełnej

Seryjny gwałciciel – sprawa druga

Dostępne w wersji pełnej

Pierwsze spotkanie z Tomkiem Komendą

Dostępne w wersji pełnej

Ten drugi

Dostępne w wersji pełnej

Pan i władca – czyli dyrektor zakładu karnego Robert S.

Dostępne w wersji pełnej

Przesłuchanie Tomka – ciąg dalszy

Dostępne w wersji pełnej

Siła i honor

Dostępne w wersji pełnej

Wywiad z prokuratorem Stanisławem O.

Dostępne w wersji pełnej

Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej

Dostępne w wersji pełnej

Bracia na dobre i na złe

Dostępne w wersji pełnej

Siedem miesięcy wcześniej. Przesłuchanie Tomasza Komendy – ciąg dalszy

Dostępne w wersji pełnej

Kilka dni przed wyjściem na wolność

Dostępne w wersji pełnej

Wywiad z sędzią Nowińskim

Dostępne w wersji pełnej

Przyjaciel gangster

Dostępne w wersji pełnej

Wyrok w imieniu Rzeczypospolitej

Dostępne w wersji pełnej

Funkcjonariusz Remigiusz

Dostępne w wersji pełnej

Wywiad z Tomkiem

Dostępne w wersji pełnej

Podróż do Rzymu

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Copyright © by Społeczny Instytut Wydawniczy Znak sp. z o.o. 2018

Fotografia na okładce

Copyright © PAP/Maciej Kulczyński

Fotografie w książce

Archiwum autora

Opieka redaktorska i merytoryczna

Presila Grzymek

Wydawca

Oskar Błachut

ISBN 978-83-240-5624-8

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Anna Jakubowska

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

25 lat niewinności 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze