Słodkie kłamstwa

Słodkie kłamstwa

Autorzy: Caz Frear

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 24.50 zł

CO SĄDZIŁAM, ŻE WIEM

W 1998 roku, Maryanne Doyle zniknęła, a tata wiedział coś na ten temat.

Maryanne Doyle nigdy więcej już potem nie widziano.

CO TAK NAPRAWDĘ WIEM

In 1998 roku tata skłamał, że nie zna Maryanne Doyle.

Alice Lapaine znaleziono uduszoną nieopodal pubu taty.

Tata był w okolicy zarówno wtedy, gdy zniknęła Maryanne Doyle i gdy zamordowano Alice Lapaine – FAKT

Związek?

Zaufanie działa w obie strony. . . co robić, gdy go zabraknie?

TRZYMAJĄCA W NAPIĘCIU POWIEŚĆ DLA FANÓW ERIN KELLY I BELINDY BAUER

'Oryginalnie opowiedziana, niezwykle frapująca historia zabójstwa, którą przeczytacie w jedną noc' FIONA CUMMINS, autorka Rattle

'Od tej książki nie sposób się oderwać' ALEX GRAY

'Najlepszy debiut, jaki czytałem od lat' WILLIAM RYAN

'Powieść kryminalna z doskonale zawikłaną fabułą . . . jedna z najlepszych powieści w tym gatunku' LIZ LOVES BOOKS

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

1998

1

2

3

4

5

6

1998

7

8

9

10

11

12

1998

13

14

15

1998

16

17

1998

18

19

20

21

22

1998

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

Podziękowania

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: SWEET LITTLE LIES

Redakcja językowa: Elżbieta Walter

Projekt okładki: © Magdalena Kuc

Zdjęcie na okładce: © Magdalena Wasiczek / Trevillion

Korekta: Beata Wójcik, Agnieszka Al-Jawahiri

Redaktor prowadzący: Małgorzata Hlal

Text Copyright © Copyright © Caz Frear, 2017

Originally published in the English language as ‘Sweet Little Lies’ by Zaffre, an imprint ob Bonnier Zaffre, London

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8015-872-6

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Alexa, Chessy, Fifi, Williama i Micka

Dzień, w którym usłyszeliśmy o Maryanne, pamiętam bardzo dobrze. Widzę go przed oczami w rozdzielczości HD, choć nie mam pojęcia, co się z nią stało, ani w jaki sposób zniknęła z miasta.

I nie jest to żadna forma alibi. Nie jest to też moja wypracowana linia obrony. W końcu nie ma powodu, żebym musiała się tłumaczyć – na skali możliwych podejrzanych zajmuję miejsce gdzieś obok babci, między „niedorzecznym” a „prawie niemożliwym” – mimo to, aby zrozumieć prześladujące mnie demony, a także dochować policyjnej przysięgi, która jest mi tak bliska, uważam za konieczne podkreślenie, że nie wiem, co się stało z Maryanne Doyle, dziewczyną, która pojechała do sklepu pani Riley po lakier do włosów i już nigdy nie wróciła.

Mam oczywiście swoje podejrzenia.

Dużo spekuluję, szczególnie po białym winie.

Ale jeśli chodzi o tę sprawę, naprawdę nie wiem nic.

Czego nie można powiedzieć o moim ojcu.

1998

Był 31 maja 1998 roku, a my od tygodnia siedzieliśmy w Mulderrin. Byłam wtedy pulchną ośmiolatką z tłustymi lokami na głowie, buzią pełną rozchwianych zębów i pewnie miałam na sobie koszulkę z Pokemonami. W Londynie, gdzie mieszkałam na co dzień, moi koledzy szykowali się na powrót do szkoły po kończących się feriach, a nasz tata, między jednym kęsem tostu a drugim, obwieścił, że udziela nam „specjalnej dyspensy”, tym samym przedłużając nasz pobyt u babci o kolejny tydzień, za co moja starsza siostra Jacqui przybiła mu piątkę, a matka dała w twarz.

Próbując rozładować napięcie, którego przyczyny nie rozumiałam, podniosłam głowę znad ciasteczek Pop Tarts i spytałam:

– Mamo, a co to jest „dyspensa”?

Mama podwinęła rękawy, niczym jakiś awanturnik szykujący się do bójki w knajpie.

– Sprawdź w słowniku, kochanie. Znajdziesz je obok słów „dyshonor” i „dysfunkcyjny”.

Jacqui sięgnęła przez stół po jogurt, pod rozwichrzonymi blond włosami skrywając arogancki uśmieszek.

– To znaczy, że tata uznał, że szkoła może się pierdolić.

Mama spojrzała na tatę jak na kawałek zepsutego mięsa.

Na tatę, nie na Jacqui.

Ale wtedy wszystko było winą taty. Niewyparzona gęba Jacqui. Złe stopnie Noela. To, że miałam nadwagę. Nawet dobre rzeczy, jak na przykład prezenty, które znajdowaliśmy przy naszych łóżkach, i nowa wieża – najwyższej klasy, jak twierdził tata – spotykały się z wyraźną dezaprobatą mamy. Nawet ten wyjazd w odwiedziny do babci, nasze pierwsze wakacje od trzech lat:

– Nazywasz to urlopem? – powiedziała, gdy w Holyhead czekaliśmy na prom. – Gotowanie i sprzątanie. Tyle że w innym domu. Gdzie nie ma suszarki do prania i porządnego odkurzacza.

Oceniwszy sytuację jak bystry mały polityk, wetknęłam ciastko za gumkę w leginsach i ulotniłam się, czując, że to tylko kwestia czasu, zanim uwaga mamy zostanie skierowana na mnie i z biernego obserwatora zamienię się w łatwy cel. Kiedy mama tak się zachowywała, tak właśnie należało postąpić.

Oto, co jeszcze pamiętam.

Tamtego dnia zjadłam na lunch chleb słodowy z rodzynkami. Cztery kromki obficie posmarowane prawdziwym masłem. Babcia uwielbiała przyglądać się, jak ktoś je. Skarżyła się, że jedyną osobą, która ją odwiedza, jest wychudzona pracownica z opieki społecznej, którą trudno namówić choćby na jednego herbatnika.

– Nie to co ty – mówiła, dopingując mnie, gdy pochłaniałam talerz kanapek z szynką, które zaspokoiłyby głód zapaśnika. – Teraz przynajmniej pająki nie wciągną cię za obraz, moja droga Catrino.

Później, ponieważ byłam grzeczna na mszy (i nie powiedziałam mamie, że w drodze powrotnej z kościoła zatrzymaliśmy się na chwilę przy budce telefonicznej), tato dał mi dwa funty do wydania w sklepie pani Rileyna naklejki i słodycze.

To był także dzień, w którym Geri odeszła ze Spice Girls.

Wtedy wszystkie najbliższe mi osoby i domowe zwierzęta jeszcze żyły i miały się dobrze, więc odejście Geri z zespołu było pierwszą stratą, jakiej doświadczyłam w swoim krótkim ośmioletnim życiu. Pierwszy nóż w plecy. To Jacqui pierwsza się o tym dowiedziała –bardzo szybko, jak na dziewczynę z Anglii przebywającą za granicą – nadal mam przed oczami, jak biegnie w moim kierunku przez pole Duffy’ego, oniemiała z powodu sensacji, porzuciwszy na dobre wizerunek zimnej suki, który przybrała kilka dni wcześniej wraz z poznaniem Maryanne Doyle.

– Dasz wiarę? Co za pizda! Tłusty rudy Judasz. A śpiewała, że przyjaźń nigdy się nie kończy! Dobrze się czujesz, młoda?

Płakałam jej w rękaw z mocą i uporem niemowlęcia cierpiącego na kolkę.

– Jest specjalna infolinia, na którą możesz zadzwonić – powiedziała Jacqui, tuląc mnie tak, jak tylko starsza siostra potrafi, i otaczając przy okazji wonią papierosów miętowych i perfum CK One. – Jak chcesz, mogę cię potem zaprowadzić do budki telefonicznej. Albo czekaj. Ta dziewczyna, Maryanne, chyba miała komórkę. Może nam pożyczy, jeśli damy jej coś w zamian. Masz jeszcze te dwa funty?

Nie miałam. Nie miałam też żadnych naklejek ani słodyczy, które można by było za nie kupić. Gdy tylko owe wspomniane dwa funty znalazły się w mojej ręce, mój starszy brat, gnojek do potęgi, wydarł mi je, strasząc, że nie dożyję dziewiątych urodzin, jeśli odważę się na niego naskarżyć. I choć dobrze wiedziałam, że mnie nie skrzywdzi – przede wszystkim dlatego, że bał się taty – sama myśl o tym, że miałabym się znaleźć w pobliżu jego wielkiego, czerwonego nosa i brudnych obgryzionych paznokci, wystarczyły, żebym milczała. Mówiąc szczerze, przez większość czasu życzyłam mu śmierci.

Tak więc dzień 31 maja 1998 roku, w którym mama dała tacie w twarz, Geri okazała się zdrajczynią, a Noel ukradł mi zapłatę za milczenie, nie był dla mnie najszczęśliwszym dniem życia. W swoim pamiętniku napisałam wręcz, że był to „Najgorszy dzień w dotychczasowej historii całego świata”. Gorszy nawet od tego, gdy porzygałam się na ruchomych schodach w Brent Cross, a Noel powiedział wszystkim, że mam AIDS.

To był tak potworny dzień, że nawet nie zauważyłam, iż Maryanne zaginęła.

Maryanne była przyjaciółką Jacqui, a przynajmniej tak twierdziła moja siostra. Nie widziałam, żeby kiedykolwiek wymieniły się czymś innym niż skrętem lub dwuznacznym komplementem. Gdybym miała podsumować ich relację, powiedziałabym, że Maryanne była obojętna w stosunku do Jacqui, która miała czternaście lat, była trzy lata od niej młodsza i wciąż nosiła sportowy stanik.

Sprawdziłam, co znaczy „obojętna”, po tym gdy pewnego wieczoru Jacqui wróciła do domu babci, wściekła, że Maryanne i jej znajomi pojechali gdzieś z jakimiś „starszymi chłopakami”, a ona musiała zostać i sama po ciemku wracać do domu.

– Mówiłam ci, że ta cała Doyle jest obojętna wobec uczuć innych – powiedziała mama, dolewając mleko do czekolady z brandy dla babci. – Wiem, że nie powinno się mówić źle o zmarłych, ale jej matka była dokładnie taka sama.

Ja zdecydowanie nie pozostawałam obojętna w stosunku do Maryanne. Od chwili gdy ją zobaczyłam, uparcie podążałam za tą pełną splendoru istotą w przykrótkich sukienkach i obręczach wielkości koła młyńskiego w uszach – włóczyłam się za nią i za jej ekipą, z milczącym szacunkiem i bolesną nieśmiałością, gotowa wziąć udział we wszystkim, na co mi pozwolą. Nigdy jednak na nic mi nie pozwolili. Prawda jest taka, że ona dostrzegła fakt mojego istnienia tylko raz, na targu, który odbywał się w każdy piątek na rynku.

To było na dwa dni przed jej zniknięciem.

– Hej, podoba mi się twój Dzwoneczek – powiedziała, dotykając różowego wisiorka na mojej szyi – prezentu komunijnego od ciotki, która nie była zbyt religijna. – Gdzie go kupiłaś? Cudny jest! Zobacz, idealnie pasuje do mojego kolczyka w pępku!

Podciągnęła koszulkę, a grupa pijanych gości, pałaszujących frytki, zaczęła się głośno domagać, by odsłoniła coś więcej niż tylko pępek. Maryanne jednak ani trochę nie zbiło to z tropu. Pokazała im tylko środkowy palec i odwróciła się z powrotem do mnie.

Maryanne nie brakowało adoratorów. Jej loki, czarne jak cukierki z lukrecją, i pełne usta w kolorze różu sprawiały, że większość chłopaków w jej obecności zamieniała się w postaci z kreskówek – oczy wychodziły im z orbit, z ich uszu buchała para, a krwistoczerwone serca w ich wątłych młodocianych klatkach piersiowych biły jak szalone.

Zresztą podobała się nie tylko chłopcom.

Mężczyznom też.

Mężom.

Ojcom.

Tata skłamał w tamte wakacje. To, co powiedział, było wierutnym i obrzydliwym kłamstwem. Takim, przed którym rodzice nas przestrzegają.

Takim, które nie popłaca i ma krótkie nogi.

Była tylko jedna osoba, która wiedziała, że tata kłamie, ale ośmioletniego dziecka nie bierze się pod uwagę, prawda? Ośmioletnie dziewczynki są zbyt zajęte naklejkami, cukierkami, Pokemonami i zespołem Spice Girls, żeby wiedzieć, o co chodzi.

W tamte wakacje tata popełnił wiele błędów, ale największym błędem było założenie, że ośmiolatki są głupie.

Bo ja wiem, że kłamał co do Maryanne Doyle.

Jestem tego tak pewna, jak tego, że dwa dodać dwa równa się cztery.

1

Czwarta po południu. Co poniedziałek. Przez jedną godzinę. Przez kolejnych osiem tygodni.

W tym samym czasie mogłabym zrobić coś konkretnego, gdyby to zależało ode mnie.

Mogłabym nauczyć się programować, jak każdy młody przedstawiciel pokolenia cyfrowego, albo opanować sztukę pieczenia doskonałego sufletu.

To, czego nie mogę zrobić, to cofnąć przeszłości. Nie mogę zmienić okropnego zakończenia ani wybielić tego, co brudne. Te przyjemne, cotygodniowe pogawędki wieczorową porą, choć zorganizowane oczywiście w dobrej wierze, nigdy nie będą w stanie zatrzeć wspomnienia czerwonych śladów małych stóp na kremowych kuchennych kafelkach ani zmyć zaschniętej krwi z cieniutkich dziecięcych włosów. Nic, o czym byśmy dyskutowały w tym pokoju, nie zmieni tego, co się stało, więc w moim odczuciu te spotkania są bezcelowe. Takie cotygodniowe użalanie się nad moją osobą.

– Dlaczego tu jesteś, Catrino?

Doktor Dolores Allen, jak na panią psycholog przystało, spogląda ukradkiem na zegar – popisowy numer w jej zawodzie. Podążam za jej wzrokiem i widzę, że zostało mi osiem minut. Odpowiadam więc krótko.

– Ponieważ nadkomisarz Steele musi odfajkować ten problem i zrzuciła go na panią. – Okno jest uchylone i w dali słyszę, jak gromadka maluchów śpiewa pastorałkę o osiołku, fałszując przy tym i gubiąc rytm. Ten dźwięk najpierw mnie uspokaja, a potem razi każdą drażniącą nutą. – Głównie chodzi o to, że ona uważa, że trzeba mi poukładać w głowie, i jej zdaniem, niestety, to pani powinna się tym zająć.

– A ty jak uważasz?

Osiołku mały, zawieź Maryję bezpiecznie aż do Betlejem…

– Myślę, że może mieć rację. – Ruchem głowy wskazuję na ścianę wytapetowaną dyplomami. – Magisterka na Queens, członkini Brytyjskiego Stowarzyszenia Psychologów, Brytyjskiego Stowarzyszenia Terapii i Psychoterapii. To robi wrażenie. A ja mam licencjat z wzornictwa. A raczej z kolorowania, jak mówi Steele.

Uśmiecha się. A przynajmniej tak mi się wydaje. Doktor Dolores Allen ma usta jak Mona Lisa. Ten rodzaj uśmiechu, który każe ci myśleć, że chyba nie do końca załapałeś żart. W sumie to niefortunny typ ust dla psychologa. Z drwiącym uśmiechem rzadko zdobywa się głębokie zaufanie.

– Catrino, moją uwagę zwróciło to, że właśnie określiłaś siebie jako „problem”. Czy tak właśnie siebie postrzegasz?

Poruszam się niezdarnie w fotelu, a skrzypienie jego skórzanego obicia wypełnia ciszę, podczas gdy ja zastanawiam się, co odpowiedzieć, by bardziej się nie pogrążyć. – Każdy definiuje siebie poprzez swoje problemy, czyż nie?

– Tak sądzisz?

– Oczywiście. Każdy jakoś się biczuje: „Jestem gruba”, „Jestem singlem”, „Nie mam kasy”. Weźmy na przykład moją siostrę Jacqui…

– Twoja siostra nie weszła do mieszkania prostytutki i nie zastała w nim umazanego krwią dzieciaka czeszącego włosy swojej brutalnie okaleczonej matki.

Granie na uczuciach.

Twarz doktor Allen nie wyraża żadnych emocji, ton jej głosu jest całkowicie neutralny, ale jej słowa są jak włócznie, które godząc we mnie, przenoszą mnie z powrotem do tamtego pokoju pełnego krwi, sików i tanich pokiereszowanych mebli. Wygrywam pojedynek na spojrzenia, desperacko szukając w mózgu czegoś bezsensownego i obojętnego, na czym mogłabym się skupić. Czegokolwiek, co mogłoby zablokować to wspomnienie. Skupiam się na infantylnym dowcipie, który posterunkowy z wydziału śledczego, Craig Cooke, wysłał mi dziś rano. Coś o penisie i kostce Rubika, ale nie mogę przypomnieć sobie puenty.

Nachyla się w moją stronę, a ja instynktownie cofam się jak zbesztany psiak.

– Przepraszam, że cię prowokuję, ale musisz myśleć o tym, co się stało. Musisz temu stawić czoło.

Nie poddawaj się, osiołku. Betlejem już blisko…

Owijam się szczelnie płaszczem, podręcznikowa pozycja obronna.

– Jedyną rzeczą, z jaką muszę się zmierzyć, to jak powstrzymać Steele przed oddelegowaniem mnie na inne stanowisko. Słyszała pani nowinę? Jednostka Analityki Finansowej! Mogę analizować różne informacje, doktor Allen, ale na pewno nie „finansowe”.

– Powinnaś zachować otwarty umysł. Może wydział zabójstw nie jest miejscem dla ciebie?

To czyste stwierdzenie podane w formie pytania.

– Brawa dla pani doktor.

– Dlaczego odbierasz przeniesienie jako coś negatywnego? Z tego, co zrozumiałam w rozmowie z nadkomisarz Steele, jest wręcz przeciwnie. Tymczasowe przeniesienie może być…

– Korzystne? Dobre dla mojego rozwoju? Widzę, że dostałyśmy tę samą notatkę służbową.

– Cynizm to powszechna postawa u ludzi, którzy doświadczyli traumatycznych przeżyć.

Śmieję się cicho w kołnierz mojego płaszcza.

– Cynizm to powszechny stan umysłu u policjantów, doktor Allen. Jestem niemal pewna, że jest jednym z podstawowych kryteriów rekrutacji. Cynizm i zdolność udźwignięcia trzydziestu pięciu kilo.

Sięga po swoją kawę, nie przestając patrzeć mi w oczy.

– Wierzysz w to, że mogę ci pomóc?

Wpatruję się w wewnętrzną część moich dłoni, udając, że zastanawiam się nad odpowiedzią. Od jakiegoś jasnowidza usłyszałam kiedyś, że zakrzywiona linia serca oznacza, iż otwieram się tylko w kontaktach w cztery oczy. Nie sądzę, by doktor Allen się z tym zgodziła.

W końcu podnoszę wzrok.

– Szczerze? Nie. Ale tu nie chodzi o panią. Już kiedyś korzystałam z pomocy psychologa, tyle że w innej kwestii. Wtedy też nie pomogło.

– Czy to coś, o czym powinnyśmy pomówić? – pyta jak gdyby nigdy nic.

– Nie bardzo. To była terapia poznawczo-behawioralna w związku z niewielkim zaburzeniem odżywiania. Mediacja rodzinna, po tym jak porysowałam tacie jego sportowe Audi TT, a on zagroził, że złamie mi rękę.

Zero reakcji z jej strony.

– Czy uważasz, że nie da się ci pomóc, Catrino?

– Tak mówią.

– Czyżby? A któż taki?

Powstrzymuję się przed wyliczaniem na palcach wszystkich tych osób, świadoma, że to może wskazywać na zaburzenia nerwicowe. Nie chcę, żeby dopisali „osobowość paranoiczna” do moich akt. Chociaż z drugiej strony warto byłoby to zrobić, żeby ujrzeć minę nadkomisarz Steele.

To za to płacę dziewięćdziesiąt funtów za godzinę? Żeby dowiedzieć się tego, co już, kurwa, wiem. Cat Kinsella wyszła z łona matki z przekonaniem, że położna jakoś dziwnie na nią patrzy – każdy ci powie, że…

– Mój tata – mówię. – Wielokrotnie. No i oczywiście nadkomisarz Steele.

Znowu unika tematu ojca – inna terapia, inna stawka godzinowa.

– Fakt, że tutaj jesteś, z pewnością świadczy o tym, że nadkomisarz Steele uważa, iż warto ci pomóc?

– Och, niech pani da spokój. Chyba nie uzyskała pani tych wszystkich tytułów przy nazwisku za bycie naiwną. Steele po prostu chroni swój tyłek. Boi się, że na widok krwi z nosa zacznę się tłumaczyć stresem pourazowym, więc zrzuciła ten problem na panią. – Wiem, że właśnie wykazałam się złośliwością, brakiem szacunku i tym wszystkim, czego bardzo staram się nie okazywać, ale cóż… w końcu jestem tylko produktem nieskończonym. – Przepraszam, bez urazy…

– Nie obrażam się, Catrino. – Odpędza moje przeprosiny kościstą, mocno ozdobioną biżuterią dłonią, a ja zauważam mały błyszczący perydot, podobny do tego, który wykradałam ze szkatułki mamy, by udawać, że jestem żoną Garetha Gatesa.

– A tak przy okazji, nikt nie mówi do mnie Catrina. Wolę Cat, jeśli to pani nie przeszkadza.

– Oczywiście, że nie. Nie musiałaś jednak czekać trzy sesje, żeby mi o tym powiedzieć. – Opiera swoje dłonie na kolanach i czuję, że zaraz zacznie mi doradzać. – Często masz trudności z mówieniem tego, czego chcesz?

A nie mówiłam.

– Nie – odpowiadam, dopijając resztki kawy. – Chociaż, skoro już przy tym jesteśmy, zdecydowanie bardziej wolę herbatę.

Uśmiecha się i coś tam odnotowuje. Podejrzewam, że to raczej coś w stylu „żartem odpiera niewygodne pytania” niż „następnym razem zaparzyć herbatę”.

Na zewnątrz dzieciaki przestały śpiewać.

– Niech pani posłucha, nic mi nie będzie. Naprawdę – mówię, nazbyt energicznie, by zabrzmiało to przekonująco. – Szkoda mi tylko tej małej dziewczynki. – Spowalniam oddech i uspokajam głos. – Proszę mi powiedzieć, czy ona zapamięta wszystko, co się stało, czy jest szansa, że z biegiem czasu zapomni?

Mówię o niej „mała dziewczynka”, żeby doktor Allen nie zaczęła marudzić o „nadmiernej empatii”, ale tak naprawdę ma ona na imię Alana-Jane, a jej ulubioną piosenką jest Five Little Ducks. Wiem, bo mówiła mi, że śpiewała ją swojej mamusi, żeby ją obudzić. Wiem też, że przez dwa dni jadła sucharki dla psów, bo tylko po to dała radę sięgnąć, i to stojąc na różowym wiadrze. Wiem również, że pod poplamioną krwią bluzą miała podkoszulek z napisem „Córeczka tatusia” i jestem a b s o l u t n i e p e w n a, że to tatuś zabił jej mamusię, nawet jeśli prokuratura uznała, że udowodnienie tego graniczy z niemożliwością.

– Mnie interesuje jedynie to, co t y pamiętasz, Cat. Co tobie uda się z czasem zapomnieć. – Zamyka swój notatnik, czym sygnalizuje koniec naszego tête à tête. – Podczas naszego pierwszego spotkania wspomniałaś, że nie sypiasz za dobrze? Jest lepiej?

– Nie. Ale prawdą jest, że zawsze miałam problemy ze snem. – Zmienia pozycję, na chwilę ożywiona moim wyznaniem.

– Zastanawiałaś się, dlaczego tak jest?

Wzruszam ramionami.

– Do ósmego roku życia mieszkałam nad pubem – nie wpływa to korzystnie na uregulowanie rytmu snu. A może dlatego, że zbyt późno jadam kolację? Przyczyna może tkwić również w tych tanich, gównianych poduszkach…

Doktor Allen wstaje i wolnym krokiem podchodzi do drzwi. Nie wygląda na to, by moja lekceważąca odpowiedź ją zirytowała. Nie jestem pewna czy słowo „zirytowana” znajduje się na „Liście właściwych min do dyspozycji psychologa”, ale na jej twarzy zdecydowanie pojawia się przebłysk czegoś ludzkiego. Cichy krzyk w stylu „co ja tu, kurwa, robię?”, do którego każdy z nas ma prawo po dwunastu miesiącach ciężkiego roku.

– Więc co z tą małą dziewczynką? – Nieustępliwie domagając się odpowiedzi, gram na zwłokę, z zapinania płaszcza robiąc scenę rodem z komedii slapstikowej. – Myśli pani, że może to na niej wycisnąć piętno?

– W przypadku trzyletniego dziecka trudno jest przewidzieć, jaki to będzie miało wpływ – mówi wreszcie. – Szczegółów raczej nie zapamięta. Może je nawet zapomnieć. Albo wypierać to całe „zdarzenie”. Prawdopodobnie jednak zapamięta uczucia z nim związane. Będą jej towarzyszyły przez całe życie, przeniesie je na swoje związki, relacje w pracy i tak dalej. Silne, bezwarunkowe uczucie strachu, lęku i niepewności, którego do końca nie będzie rozumiała.

Uczucie głębokiego dyskomfortu w najmniej spodziewanych momentach. To ciągłe dziwne złe przeczucie, które zatruwa wszystko, co robisz.

– No i oczywiście, mając zaledwie trzy lata, nie jest w stanie zrozumieć ostateczności śmierci swojej matki. Jej nieodwracalnej natury. Za kilka lat ta świadomość dodatkowo wszystko skomplikuje.

Wyobrażam sobie mojego siostrzeńca, Finna – sześciolatka, który nie radzi sobie z takimi wyzwaniami jak brokuły, pływanie na plecach i dodawanie liczb trzycyfrowych.

– Kupiłam jej gwiazdkowy prezent – mówię szybko, żeby powstrzymać przypływ mrocznych przepowiedni. – Lalkę z Krainy lodu. To chyba Anna. Elzy się skończyły.

Doktor Allen milczy. Po raczej krótkim czasie spędzonym razem domyślam się, że milczenie generalnie oznacza, że jest „źle” i w późniejszym terminie odpowiem za ten „nazbyt empatyczny” prezent gwiazdkowy. Prawdopodobnie w najmniej spodziewanym momencie. A może jednak źle ją oceniam? Może ona po prostu musi już iść. Może ma do ocalenia jakąś inną duszę albo powinna zrobić zakupy świąteczne. A może przestaję ją obchodzić w momencie, kiedy mija nasze sześćdziesiąt minut. Nie mam pojęcia, co pociąga ją w tym zawodzie.

Ona pewnie tak samo myśli na mój temat.

– Wesołych świąt, Cat. – Odblokowuje drzwi, a mnie ogarnia uczucie ulgi. – Dbaj o siebie. Spędzasz święta z rodziną, prawda?

– Tak, oczywiście – kłamię. – Dwanaście godzin nudnych rozmów i obżarstwa, jak u każdego. Pani również życzę wesołych świąt, doktor Allen.

Założenie, że „rodzina” równa się „troska i opieka”, wydaje się lekko utopijne, szczególnie w ustach kogoś, kto dysfunkcjami zajmuje się na co dzień, a w szczególności po mojej uwadze o „rodzinnej mediacji”. Z drugiej strony mroźny przedświąteczny tydzień w rozświetlonym, tętniącym życiem Londynie może mieć taki wpływ na człowieka, a ja wyszłabym na małoduszną, nie udając, że się zgadzam, chociaż nie wiem, czy jestem w stanie znieść święta z rodziną.

Zresztą, jeśli się zastanowić, to chyba nawet nie jestem zaproszona.

2

Rozgorączkowani i odrażający, jak upiory na usługach szatana, siedzimy w mrocznych pomieszczeniach i czekamy, by śmierć przywróciła nas do życia.

Witamy na ciągnącej się jak flaki z olejem nocnej zmianie Czwartego Zespołu Dochodzeniowo-Śledczego. Jedynym przestępstwem, w którego sprawie toczy się śledztwo, jest tajemnicze zniknięcie ostatnich świątecznych babeczek sierżanta Parnella, a jedyne pytania, jakie padają, pochodzą z ust Chrisa Tarranta z nocnych powtórek programu Milionerzy.

Bo widzicie, umarli to bardzo niestabilni pracodawcy. Czasami wchodzą ci na głowę, na każdym kroku domagając się sprawiedliwości. Powołany do misji przez cierpiące duchy, nie ustajesz w swej służbie nawet podczas snu. Lojalność względem nich fermentuje w twoim brzuchu jak późno zjedzone curry, budzi cię w środku nocy, czyniąc cię niespokojnym i wycieńczonym na kilka dni.

Innym razem zaś nic się nie dzieje. A przynajmniej nic nowego. Tony papierkowej roboty i powtórki teleturniejów.

Nic nie zdoła przygotować cię na przestój, na ten cały siedzący tryb pracy, który następuje po morderstwie. Kiedy siedzisz w Hendon – centrum szkoleniowym dla rekrutów – i bajerują cię sztuczną salą sądową, migającymi na niebiesko światłami, nie uwierzyłbyś, że robota papierkowa wkrótce stanie się twoim bogiem. A dane twoją religią.

Ja z pewnością bym nie uwierzyła, choć, mówiąc szczerze, może i mnie ostrzegano. Możliwe, że nie dosłyszałam, ogłuszona biciem serca na widok jakiegoś detektywa, a s z c z e g ó l n i e legendarnej nadkomisarz Kate Steele.

Byłam jak dziecko patrzące z zachwytem i rozdziawioną buzią na primabalerinę.

– Dobrze, pytanie za trzydzieści dwa tysiące funtów, kto jest patronem kucharzy?

Sierżant Luigi Parnell – szef upiorów na nocnej zmianie, który nawiasem mówiąc ma tyle wspólnego z Włochami co kanapka z bekonem – trąca mnie swoim kubkiem z napisem Arsenal i puszcza do mnie oko, jakbyśmy byli starymi kumplami z wojska, choć minęło dopiero sześć miesięcy, odkąd opuścił bezpieczny statek o nazwie Przestępczość Zorganizowana i przesiadł się do Wydziału Zabójstw.

– No powiedz – mówi. – Podobno ty i Seth jesteście tu najmądrzejsi. Oświeć mnie i Renée.

Detektyw Seth Wakeman spogląda znad książki, dyskretnie strącając ze swetra okruszki babeczek.

– Nie mam pojęcia, sierżancie.

– Ja też nie – odpowiadam. – Ale zaraz wygoogluję.

Parnell udaje zdegustowanego i obraca się na krześle w kierunku telewizora, mrucząc pod nosem coś o prywatnych szkołach i wyszukiwarce Google zwiastującej śmierć samodzielnego myślenia. Detektyw Renée Akwa śmieje się i proponuje mi czipsa. Bez namysłu biorę garść, choć nie przepadam za tym smakiem i choć minęła dopiero godzina, odkąd zasmrodziliśmy pokój policyjny pizzą z dużą ilością czosnku.

Boska Renée Akwa. Od dwudziestu pięciu lat na stanowisku detektywa, niezmienna jak słońce. Kiedyś się z tego naśmiewałam. Kiedyś, gdy jeszcze miałam swoje wyobrażenia o rozwoju i awansie. To niesamowite, jak utrata kontroli nad sobą w mieszkanku prostytutki może zamienić szklany sufit w betonowy.

Mrużę oczy, patrząc na monitor, zbyt rozleniwiona, by sięgnąć po okulary.

– No więc, patronem kucharzy jest święty Wawrzyniec. A święty Michał patronem gliniarzy, gdybyście chcieli wiedzieć. Jest też patronem chorych i cierpiących.

Parnell nie komentuje tego, co powiedziałam, i postanawia dręczyć Setha.

– No, Einsteinie. Gotowy do następnego testu? Google ci nie pomoże, kiedy będziesz próbował opanować wszystkie poprawki do Ustawy o Policji i Dowodach Przestępstw Kryminalnych część G na egzamin w przyszłym miesiącu.

Seth wydaje z siebie jęk, udając, że wiesza się na pęczku anielskich włosów, a śmiech, który wybucha, sprawia, że ulatuje ze mnie cały gniew, który nosiłam w sobie, odkąd dziś wieczorem opuściłam pokój zwierzeń u doktor Allen. Potem, gdy Parnell kłóci się z Chrisem Tarrantem, że Nil jest zdecydowanie dłuższy od Amazonki, a Seth pokazuje nam nie do końca poprawną politycznie wersję Twelve Days of Christmas w wykonaniu jego drużyny rugby, nachodzi mnie ochota, by zagrać Miss Havisham z Wielkich nadziei Dickensa, zaryglować drzwi, wyłączyć zegary i na zawsze zatrzymać całą naszą czwórkę w tej przytulnej jak gniazdko dyżurce.

I wtedy właśnie pojawia się posterunkowy z lekarstwem na grypę w ręku i psuje wszystko.

– Luigi, jesteś potrzebny – mówi charczącym głosem, stojąc w drzwiach. Z trudem wyłapuję coś z ich wymiany zdań – cielsko Parnella, którego nie powstydziłby się miotacz kulą, blokuje wszystkie fale dźwiękowe – ale udaje mi się zrozumieć, o co chodzi.

Ciało. Kobieta. Leamington Square, przy wejściu do parku. Zaraz za Exmouth Market.

Wygląda podejrzanie. Policjanci z Islington zabezpieczyli miejsce. Nadkomisarz Steele już wie.

Exmouth Market.

Nie do końca nasz teren, ale kiedy dwie pozostałe ekipy dochodzeniowo-śledcze tkwią po uszy w ciałach, a ty siedzisz i wpieprzasz jakieś gówniane jedzenie, zwlekając z papierkową robotą, to nie wypada ci się powoływać na granice i rewiry. Przynajmniej ja bym tak nie zrobiła. Parnell mimo to próbuje.

A ja z rosnącym niepokojem, który rozwiewa wszelkie fantazje o bezpiecznym azylu sprzed zaledwie dwóch minut, myślę sobie, że to rzeczywiście jest mój teren. Taki, z którym łączy mnie pępowina.

Spędziłam tam pierwsze osiem lat życia.

A ostatnio słyszałam, że mój ojciec tam wrócił i znów prowadzi nasz stary pub.

I znów spotyka się ze starą ekipą.

Wiodąc nędzne życie.

O dziesiątej każdego wieczoru, z dokładnością szwajcarskiego zegarka, tata wychodził z pubu, jeśli trzeba przerywając sędziowanie pijackiej burdzie, i udawał się kilkaset metrów dalej, do parku Leamington Square Gardens, by jak co dzień w samotności zapalić papierosa. Nie wiem, czy chował się przed mamą – bezkompromisową expalaczką – czy robił to dla zdrowia psychicznego, by pobyć sam. Nie mam pojęcia, ale odprowadzałam go wzrokiem z okna mojego pokoju. Gdy tylko usłyszałam jego kroki trzeszczące na żwirowej drodze, szybko rzucałam książkę czytaną w świetle dochodzącym przez okno dachowe. Patrzyłam tak długo, aż zostawała po nim tylko kropka w oddali, błysk telefonu lub płomień zapalniczki, ale w pewnym sensie mnie to uspokajało. Cieszyłam się, że ma swoje pięć minut spokoju.

Raz zabrał mnie ze sobą. Miałam zaledwie sześć lat. Mama była u cioci Carmel, więc tato ostrzegł mnie, że „to wyjątkowa sytuacja”, co generalnie znaczyło, że ma pozostać tajemnicą, podobnie jak wszystko, co się działo, gdy ojciec sprawował nad nami opiekę (czipsy na obiad, luźne podejście do mycia zębów i nielegalne partyjki pokera na zapleczu z mężczyznami, za którymi mama nie przepadała). Wtedy po raz pierwszy byłam w parku Leamington nocą – za dnia bywałam tam często, bawiąc się w sklep na scenie amfiteatru lub grając w klasy na ścieżkach – i po dłuższej chwili, gdy już pogadaliśmy o Toy Story i mojej nowej puchowej kurtce, tata spytał mnie, czy nie boję się być poza domem o tak późnej porze. Powiedział, że większość dzieciaków w moim wieku narobiłaby w majtki ze strachu i zaczęłaby ryczeć, że chce do domu.

Powiedziałam mu, że nie boję się n i c z e g o, kiedy on jest przy mnie, a on zmierzwił moje loki i powiedział, że słusznie.

Dziś wieczór jednak się boję, i choć Parnell jest u mego boku, stale i niezmiennie jak te platany, które rosną na obrzeżach Leamington Square, nie mogę pozbyć się uczucia, że nic dobrego nie wyniknie z mojego powrotu w to miejsce.

Nie mam na myśli fatum, ale ogarnia mnie jakiś dręczący niepokój.

Gdy tylko parkujemy przy kordonie zewnętrznym, podchodzę do Parnella, pozwalając, by ukoiła mnie jego łagodna zrzędliwość.

– Czterdzieści parszywych minut i byłby koniec zmiany. Jacyś inni kolesie musieliby się tym zająć, a ja mógłbym wziąć prysznic i przytulić się do żonki. Mamy pecha, Kinsella, cholernego pecha.

– Mnie to nie przeszkadza – kłamię. – Nie mam się do kogo przytulić ani z kim się wykąpać. Równie dobrze mogę tu razem z tobą odmrozić sobie tyłek.

Jeśli powtórzę to odpowiednią liczbę razy, może sama w to uwierzę. I może zdobędę się na odwagę i powiem Parnellowi oraz Steele, że wychowałam się rzut beretem stąd. I że mój ojciec prowadzi tu knajpę, która jest tak blisko, że w ciepłe letnie dni, kiedy drzwi są otwarte, aż tu słychać szafę grającą. I że mieszkałam nad tym pubem do ósmego roku życia.

Zanim wszystko się zmieniło.

Ale n i e m o g ę dostarczyć Steele dalszych powodów, by usunęła mnie z wydziału zabójstw. Nie po aferze z martwą prostytutką. Nie żeby te dwie sprawy były do siebie podobne. Formalnie rzecz biorąc, nie ma nic złego w tym, że kiedyś obtarłam sobie kolano w tym samym miejscu, gdzie teraz leży trup. Ale przecież ktoś, kto doszedł do rangi nadkomisarza i ma co najmniej cztery odznaczenia za chwalebną służbę, będzie wiedział, jak wykorzystać okazję. Dlatego też jakakolwiek wzmianka o tym, że mam choć najmniejszy związek z tą sprawą, sprawi, że ani się obejrzę, a Steele dopilnuje, żebym podliczała rubryki w Excelu w jednostce wywiadu finansowego.

Gdy Parnell kontynuuje swą pieśń żałobną, ja po raz kolejny rozważam za i przeciw, wpatrując się w swoje odbicie w szybie samochodu. Widzę w niej tylko kogoś, kto potrzebuje tej roboty, tak samo bardzo jak wielkiej dawki witaminy i wizyty u fryzjera.

Odpowiedź jest prosta. Nie przyznam się.

Steele już tu jest, w specjalnym kombinezonie i butach, rozmawia z dwoma technikami, podczas gdy ci przeskakują z miejsca na miejsce, kładąc na ziemi znaczniki dowodów.

– Jezu, szybko przyjechała – mówię. – Przecież mieszka w Ealing!

Parnell szpera w bagażniku i ścisza głos, bo na placu jest cicho jak w klasztorze.

– Mówiłem ci, ona nie jest człowiekiem. Ona nie jeździ do domu, by wziąć prysznic i się przebrać, jak ty czy ja. Ona się regeneruje, jak Terminator. – Prostuje się i macha do Steele, jedną ręką rzucając mi parę ochraniaczy na buty, a drugą kombinezon ochronny. Steele daje nam znać, byśmy się pospieszyli, wskazując na zgarbioną postać stojącą u wejścia do namiotu techników od kryminalistyki.

– Cudownie. Czyżby to tył głowy Vickery?

– Co, nie jesteś w nastroju, by ktoś cię pouczał przy minusowych temperaturach?

Żarty na bok. Nic nie mam do Mo Vickery. Czapki z głów przed kimś, kto przez osiem godzin może stać w rowie i zbierać robaki z ciała zmarłego i jeszcze nazywa to swoim powołaniem. A kiedy jesteś dwudziestosześcioletnim półdupkiem i udało ci się załapać do najbardziej hierarchicznej instytucji w Wielkiej Brytanii, bycie traktowaną protekcjonalnie to stały element pracy. To rytuał przejścia, który albo zaakceptujesz, albo zignorujesz.

Przebieramy się w milczeniu. Parnell walczy z zamkiem, podczas gdy ja upinam każdy najmniejszy kosmyk włosów w kok, zanim Mo Vickery powie mi p o r a z k o l e j n y, że prędzej się zgodzi, bym „nasikała na jej ganek”, niż dopuści mnie do miejsca zbrodni z tą moją gęstą celtycką strzechą.

– I co myślisz? – pytam, ruchem głowy wskazując na Steele.

– Pewnie jest wściekła, że wyciągnęli ją z łóżka o tej porze. – Parnell wyjmuje swojego e-papierosa ze schowka w drzwiach samochodu i robi szybkiego i głębokiego macha, marząc pewnie o porządnym, prawdziwym papierosie. – Starszy superintendent robi się nerwowy w okolicach świąt Bożego Narodzenia – dodaje. – Ludzie nie lubią znajdować pod choinką niechcianych prezentów, które potem trzeba kroić w kostnicy, więc w takich sytuacjach zawsze wysyła wielkie szychy. – Wydmuchuje coś obrzydliwie słodkiego, o smaku – o ile się nie mylę – moreli. – A niewykluczone, że to po prostu jakaś stara menelka, która przeprowadziła się do wielkiego kartonu w niebie, akurat, cholera, pod koniec mojej szychty.

– Każde życie to świętość, sierżancie. – Posyłam mu uśmiech niepraktykującego katolika.

– Tak, podobnie jak moje jaja, a Mags zawiesi je na choince, jeśli kolejne święta spędzę w pracy.

Zatrzaskuje drzwi samochodu, a trzask zamyka tę kwestię jak dźwięk młotka licytację. Przemierzamy skwer i przechodzimy pod taśmą. Parnellowi głośno strzykają kolana, co sprawia, że jeszcze głośniej zaczyna jęczeć.

Z ledwością powstrzymuję śmiech.

– Taa, starość nie radość, moje dziecko. – Ruchem głowy wskazuję na namiot, który przypomina, że nie każdy ma szansę jej dożyć. – Dobra, przynajmniej się nie roztyj – dodaje, zmieszany. – I codziennie zażywaj tran z dorsza – ale w płynie, nie w tabletkach. Tam jest więcej witaminy D, a to lepiej pomaga na stawy. – Wygląda na zadowolonego – dobry uczynek zaliczony. – Żebyś nie mówiła, że wujek Lu niczego cię nie nauczył…

– Maski – grzmi Vickery, nawet nie racząc się odwrócić. – O n i tak ją już obmacał. Więcej zanieczyszczeń nie potrzebujemy, dzięki.

Kieruję pełne współczucia spojrzenie na „niego”, młodego posterunkowego stojącego w kordonie, ale on nie wygląda na speszonego.

– Moim priorytetem było ratowanie życia – mówi tak, że jego matka mogłaby być z niego naprawdę dumna. – Musiałem sprawdzić tętno. Świadek była trochę… – Prawą ręką czyni gest wskazujący na spożycie alkoholu. – Cóż, nie była pewna, czy ta kobieta naprawdę nie żyje.

Vickery przenosi wzrok na młodą dziewczynę siedzącą na brzegu karetki, okrytą folią termiczną, spod której wystają szpilki striptizerki, a potem ponownie spogląda na wyraźnie już martwe ciało. Przychodzi mi do głowy, że istnieje ogromna różnica między byciem uprzejmie poinformowanym drogą telefoniczną o tym, że znaleziono martwe ciało, a niemal dosłownym potknięciem się o nie, kiedy mózg ci się lasuje od Jagerbomby i boisz się, że nie zdążysz na ostatni pociąg, ale zachowuję tę uwagę dla siebie.

Steele ruchem głowy wskazuje na karetkę.

– Pogadaj z nią potem, Kinsella. Jesteście w podobnym wieku. Więcej od niej wyciągniesz.

Przytakuję i wchodzimy do namiotu. Vickery idzie pierwsza.

Na zewnątrz jest tak ciemno, jak tylko może być w Londynie, za to w środku w blasku lampek ledowych i fleszy aparatów fotograficznych na pierwszym planie w technikolorze widać horror ostatnich chwil życia tej kobiety. Przez kilka sekund waham się przed spojrzeniem w dół, cichutko licząc pod nosem: jeden, dwa, trzy, z przyspieszonym rwącym oddechem. Zauważam, że Steele mi się przygląda. Nie jestem pewna, czy jej twarz wyraża irytację, czy zaniepokojenie. Zwykle jest to połączenie jednego i drugiego. Na cztery poddaję się temu, co nieuniknione, i opuszczam wzrok, by zobaczyć coś, co tak naprawdę trudno nazwać twarzą, a co bardziej przypomina maskę halloweenową – głowa skąpana we krwi, włosy kompletnie zachlapane, z wyjątkiem kilku blond kosmyków, które jakimś cudem ocalały z tej powodzi, gardło pochlastane, jakby ktoś ostrzył sobie na nim nóż. Przykucnąwszy bliżej, czuję jakiś zapach. Owocowo-kwiatowe perfumy, którymi ktoś nie tak dawno spryskał ciało, oraz woń czegoś w rodzaju płynu zmiękczającego do tkanin na zadbanym płaszczu.

Te zapachy niedawnego życia bardziej mnie przygnębiają niż cierpki, drażniący odór śmierci.

Mój żołądek się buntuje, więc pospiesznie wstaję. Nazbyt szybko. Próbuję to ukryć, oddając Parnellowi moją nieco korzystniejszą pozycję do obserwacji, ale Steele już mnie przejrzała. Zwykle tak szybko się nie wycofuję.

Ściąga maskę.

– Dobrze się czujesz?

Zależy, co rozumiemy przez słowo „dobrze”. Nie rozpłakałam się, nie zwymiotowałam ani nie straciłam przytomności, więc w porównaniu z tym, co się stało u prostytutki, jest lepiej. Ale czy dobrze? Na pewno nie.

Już widzę siebie, jak wypełniam tabelki w Excelu.

– Wszystko w porządku, szefowo. – Zdobywam się nawet na niewielki uśmieszek, z nadzieją, że wyrażą go także moje oczy.

– Mamy jakiś dokument tożsamości? – pyta Parnell, przekrzywiając głowę to w jedną, to w drugą stronę, jakby próbował wyczytać coś z twarzy denatki.

– Nie, ale w kieszeni jest paragon. Już go sfotografowaliśmy i wysłaliśmy. Renée właśnie sprawdza listę osób zaginionych, ale szczerze mówiąc, będą potrzebowali czegoś więcej niż tylko informacji, że to „kobieta” i „blondynka”. – Steele macha ręką nad twarzą denatki. – A przy tej ilości krwi trudno w tej chwili określić przypuszczalny wiek. Dłonie wyglądają młodo, ale moje podobno też, a młódką nie jestem.

– Moim zdaniem może jej nie być na liście osób zaginionych – mówi Vickery, przyglądając się uważnie szyi kobiety. – Zgon nastąpił nie tak dawno temu.

Przełykam ślinę, by mój głos wybrzmiał normalnie.

– Jak dawno twoim zdaniem, Mo?

Nie jesteśmy co prawda na ty, ale w ten sposób moje pytanie brzmi bardziej nieoficjalnie.

Vickery, ignorując mnie, odwraca głowę i wyciąga szyję w kierunku Steele.

– Moim zdaniem do zabójstwa z pewnością nie doszło tutaj. Za mało krwi jak na to, by tu ją zaatakowano, a delikatne zasinienie jest nieregularne, co utwierdza mnie w przekonaniu, że na pewno została tu przeniesiona. Niestety, to oznacza również, że bez znajomości warunków panujących na pierwotnym miejscu zbrodni trudno będzie mi określić dokładną godzinę zgonu.

– A hipotetycznie?

Vickery wypuszcza z płuc powietrze w dobrze wyćwiczony sposób, po czym lekko porusza szczęką denatki, a my przyglądamy się uważnie.

– Jak widzicie, zesztywnienie pośmiertne jest dopiero w bardzo wczesnym stadium. Mięśnie twarzy też jeszcze nie zdrętwiały, co by wskazywało, że zgon nastąpił może dwie, trzy godziny temu, ale wszystko zależy do tego, czy od samego początku leżała na dworze, czy najpierw trzymano ją w budynku i dopiero potem tu podrzucono. Temperatura w odbycie wynosi trzydzieści cztery stopnie, ale znowu niewiele mi to mówi, dopóki się nie dowiem, gdzie do tej pory przebywała. Zawartość żołądka powinna trochę zawęzić zakres poszukiwań. Zasinienie wciąż jest delikatne, co sugeruje, że zgon nastąpił najwcześniej przed czterema lub pięcioma godzinami.

– Przyczyna śmierci? – pyta Steele z uszczypliwą nadzieją w głosie. Vickery uśmiecha się cierpko. Podejrzewam, że inaczej nie potrafi. Każda jej mina wydaje się wyrażać albo potępienie, albo konsternację.

– Możesz wybierać. Mamy tu paskudną ranę na przedzie głowy. Możliwy krwotok punkcikowaty, co wyjaśniałoby zasinienie wokół szyi, ale będę się mogła lepiej przyjrzeć dopiero wtedy, gdy oczyścimy te rany na szyi – które, nawiasem mówiąc, w mojej opinii n i e s ą przyczyną zgonu. Wyglądają paskudnie, ale są zbyt płytkie. Nie ma szans, by przeszły przez krtań.

– Sprawca się wahał? – sugeruję. – Próbował zebrać się na odwagę?

Przytakuje z niechęcią.

– Możliwe. Albo mogły to być staromodne tortury.

„Możliwe” i „mogły”. Hasła przewodnie każdego miejsca zbrodni.

Steele wzdycha.

– Na chwilę obecną przyjmę każdą hipotetyczną przyczynę śmierci, Mo.

– Jak sobie życzysz, ale nie pociągajcie mnie potem do odpowiedzialności.

Jakbyśmy śmieli. Nawet Steele postępuje delikatnie z Mo Vickery, co jest dość znaczące, biorąc pod uwagę fakt, że, jak głosi plotka, Steele powiedziała kiedyś do zastępcy komendanta, żeby „wziął coś na uspokojenie”.

Vickery wychodzi z namiotu, a za nią szybko kroczą Parnell i Steele, łykając arktyczne powietrze. A mnie wmurowało w ziemię i jeszcze przez chwilę, nie dłuższą niż kilka uderzeń serca, jesteśmy tylko ja i ona – ta zbroczona krwią zwykła kobieta w praktycznym zimowym płaszczu i butach Chelsea na niskim obcasie. Ruszam się z miejsca, kiedy zakasławszy, Steele przypomina mi, że cierpliwość Vickery się kończy.

– Przypuszczam, że została uduszona – mówi Vickery, gdy do nich dołączam. – Uderzona w głowę tępym narzędziem, a potem uduszona, ale wcześniej otumaniona. Mówię, że otumaniona, bo ludzie walczą jak wściekli, kiedy się ich dusi, a ona nie ma żadnych widocznych ran obronnych. Ponadto – wypycha biodra do przodu jak jogin podczas rozciągania kręgosłupa – dziewczyna ma długie paznokcie, więc spodziewałabym się ich śladów na wewnętrznej stronie dłoni, gdyby była przytomna tuż przed śmiercią. Zaciskanie dłoni jest bardzo typowe w przypadkach uduszenia.

– Mogła być związana, skrępowana, czymś odurzona? – pyta Parnell. Vickery obraca się i na chwilę traci równowagę. Udajemy, że tego nie widzimy. – Możliwe, że odurzona, ale raczej nie skrępowana. Nie ma żadnych widocznych śladów na nadgarstkach, ale będę wiedziała więcej, jak znajdzie się na stole.

Stwierdzenie, że zabiorą kobietę do kostnicy, przygnębia Parnella, jakby trzymanie jej tutaj pod blednącymi gwiazdami na niebie zwiastującym nadejście nowego dnia czyniło ją nieco mniej martwą. Tak samo przygnębiona i świadoma, że wkrótce będziemy mieli widzów – w zachodniej części skweru w kilku oknach łazienek zapaliły się światła – idę porozmawiać ze świadkiem.

Z bliska wygląda na jeszcze młodszą i dwa razy bardziej pijaną. Ratownik medyczny o lekko wysuniętej do przodu górnej szczęce przekazuje mi informacje.

– Tamsin Black, dziewiętnaście lat. To, co mówi, nie trzyma się kupy. Jest pod wpływem alkoholu, ale chyba nie tylko, jeśli łapie pani, o co mi chodzi.

Podoba mi się to, jak mówi „pod wpływem”, jak jakiś arystokrata za czasów Jakuba I. Posyłam mu więc ciepły uśmiech mieszczący się w granicach stosowności do „okoliczności miejsca zdarzenia”.

– Kiedy będę mogła z nią porozmawiać?

– Nawet teraz, kochana, ale moim zdaniem rozmowa z nią nie ma sensu. Więcej rzyga, niż gada.

Jak na komendę, dziewczyna wzdryga się i wyrzuca z siebie niewielką ilość bursztynowej żółci.

Spoglądam na plakietkę z imieniem ratownika.

– Nie wiem jak tobie, Phil, ale mnie imponuje fakt, że w tym stanie dała radę to zgłosić.

Phil wygląda na zdenerwowanego i pociera górną szczękę z końskimi zębami. – Wygląda na to, że chciało jej się nawet obwieścić to na Facebooku. Wiem, bo spojrzałem na jej komórkę. Przykro mi.

Wydaję z siebie głuchy jęk.

– To nie twoja wina. Dzięki, że mi o tym powiedziałeś. Postaram się, by to usunięto, zanim jej znajomi zdążą wstać i się zalogować.

Już mam do niej podejść, ale słyszę coś o ataku paniki, więc wracam i patrzę, jak ratownicy tonem ekspertów próbują wyjaśnić podstawy oddychania przeponą komuś, kto ma problemy z trzymaniem moczu. Tamsin Black wygląda bardzo apatycznie i blado pod cienką warstwą sztucznej opalenizny – i tak nieznośnie młodo – że muszę się powstrzymywać, aby nie podejść bliżej i nie wziąć jej za rękę. Chcę jej powiedzieć, że rozumiem i że ze mną może porozmawiać. Powiedzieć jej, że te straszne obrazy kiedyś znikną z jej pamięci.

Generalnie, okłamać ją, że będzie lepiej.

Potem dociera do mnie, że jestem „zbyt empatyczna”, więc wracam do Steele i donoszę jej o wszystkim. Steele przewraca oczami na wieść o Facebooku, ale szczerze mówiąc, w tej walce już dawno daliśmy za wygraną. W takich przypadkach Facebook częściej pomaga, niż szkodzi, więc musimy z tym żyć.

Parnell ziewa.

– Więc jaki mamy plan, szefowo?

– Muszę poczekać, aż skończą, i dać im pozwolenie na zabranie ciała – mówi Steele, ruchem głowy wskazując na techników kryminalnych. – Potem jadę prosto do siedziby głównej wszystko poustawiać. Wy dwoje zostaniecie tutaj jeszcze chwilę. Dzielnicowi powinni być tu lada moment, więc wprowadzisz ich w temat, Lu. Miejmy nadzieję, że kamery przemysłowe coś zarejestrowały, ale na chwilę obecną zakładamy, że musiano ją tu przywieźć, więc może ktoś słyszał samochód?

– Dziwne miejsce na porzucenie ciała, nie sądzicie? – mówię. – Na pewno są miejsca w Londynie gdzie byłoby łatwiej niż tu, w centrum.

– Może sprawca spanikował? Posłuchaj, Kinsella, spróbuj raz jeszcze pogadać ze świadkiem, zanim zabiorą ją do szpitala, dobrze? Wiem, że nie możemy za bardzo liczyć na szczegóły, ale przynajmniej będzie coś na świeżo i chcę mieć jej zeznanie, jakiekolwiek, zanim zjawi się tu jej mamusia i powie, że jej mały skarb już i tak wiele przeszedł.

No właśnie. Co powiedziałaby moja mama? Kiedyś mi się oberwało za to, że włóczyłam się po Londynie podchmielona i półnaga o czwartej nad ranem.

Jezu, jak ja tęsknię za mamą. Dla reszty świata jesteś po prostu żywą, rosnącą masą komórek. Kształtuje się twój mózg, wydłużają ci się kości i zanim się obejrzysz, jesteś pełnoprawnym dorosłym, który ma prowadzić samochód, płacić rachunki i pamiętać, żeby kupić papier toaletowy. Ale dla twojej matki zawsze będziesz trochę głupkowatym dzieckiem. Dziewczyną, która nakichała w owsiankę, a potem ją zjadła. Brakuje mi tego. Brakuje mi bycia półgłówkiem i bycia kochaną.

Ostatnio mam obsesję na punkcie tego, co mama pomyślałaby o mnie jako dwudziestosześciolatce. Co by powiedziała, gdyby mnie teraz zobaczyła, bladym świtem, już nie w łóżku, lecz w akcji.

Szczerze mówiąc, pewnie by mnie teraz nie poznała. Trzeba przyznać, że nie byłam łatwym typem nastolatki. Tata często powtarzał, że potrzeba żelaznej ręki i nerwów ze stali, aby mnie zdyscyplinować – co nie znaczy, żeby kiedykolwiek próbował. Zawsze twierdził, że nie ma sensu, by to o n uczył mnie dyscypliny, skoro nie potrafi mnie zrozumieć. Nie potrafi „wejść na mój poziom”.

Za to ja go rozpracowałam. Doskonale wiedziałam, kim jest.

Widziałam, jak patrzy na Maryanne Doyle, widziałam też znacznie więcej. Co nieco też słyszałam.

Nie żebym powiedziała o tym jemu albo komukolwiek innemu. Milczenie podyktowane dziecięcym lękiem stopniowo zamieniło się w bunt nastolatki – o wiele fajniejszy sposób, by dać ujście mojej nienawiści, niż rozdrapywanie starych ran czy rzucanie oskarżeniami – a ostatnio, ostatnimi laty, popadliśmy w pełen złości impas. W rozżarzoną do białości apatię.

Zejdź mi z drogi, to i ja nie będę wchodzić ci w paradę.

Mama jednak wiedziała, że ją kocham. Jestem o tym przekonana. Powiedziałam jej to na pewno wystarczającą ilość razy. Każdego ranka i co wieczór i esemesem kilka razy w ciągu dnia.

„Kocham cię, całuski! xxx”

I podobno teraz mnie widzi. Według tego samego jasnowidza, który gadał te bzdety o mojej linii serca, mama jest zawsze przy mnie i jest ze mnie bardzo dumna. P o d o b n o cieszy się, gdy widzi, że tańczę. To utwierdza ją w przekonaniu, że pogodziłam się z jej odejściem. Nie miałam serca, by powiedzieć temu żałosnemu szarlatanowi, który wyciągnął ode mnie sześćdziesiąt funtów za godzinę, że tańczę tylko wtedy, gdy jestem już porządnie wstawiona i że mama na pewno nie chciałaby tego oglądać. Kto cieszyłby się na widok swojego najmłodszego dziecka kręcącego tyłkiem przed sforą ujadających konsultantów IT, starającego się nie zwymiotować likierem brzoskwiniowym?

Dzień Matki 2013.

Z upływem lat wcale nie jest łatwiej ani mniej chaotycznie.

– Wyglądasz na wyczerpaną, dziecko. – Steele, jakby czytała w moich myślach, podchodzi do mnie i kładzie mi rękę na ramieniu. – Dobra. Wstępna odprawa o pierwszej po południu, ale w międzyczasie macie pójść do domu i zdrzemnąć się kilka godzin. To polecenie służbowe, dla was obojga. – Mówi „obojga”, ale patrzy na mnie. – Mówię poważnie. Macie tu zostać nie dłużej niż godzinę…

Zostajemy trzy.

Trzy godziny, podczas których niewiele się dowiadujemy. Ponownie rozmawiam ze świadkiem, ale trudno nazwać zeznaniem kilka przypadkowych oświadczeń w stylu: „Tyle krwi”, jakby starała się odegrać Lady Macbeth, i te same prośby, żeby sprowadzić matkę. Zgodnie z instrukcją Parnell daje wytyczne śledczym dzielnicowym odpowiedzialnym za rozeznanie w okolicznych budynkach – to sześcioosobowy zespół mężczyzn i kobiet oddanych zwalczaniu przestępstw za pomocą ankiet i podkładek do pisania. My sami też trochę podpytujemy, pokazując nasze legitymacje zdezorientowanym ludziom z nieświeżym oddechem i nieuczesanymi włosami. Efekty naszych wysiłków są zerowe. Mamy jedynie całą masę „nic” i jedno wątpliwe „może”, które tak naprawdę nie zgadza się z naszą osią czasu.

Po trzech godzinach rozprzestrzeniającej się histerii Parnell oznajmia, że idzie do domu uprawiać seks, zjeść bekon i wziąć kąpiel.

Kolejność nie ma dla niego żadnego znaczenia.

Ja nie mówię, dokąd idę.

3

Stara piwiarnia U McAuleya. W skrócie Maccers.

Pub mojego taty.

Dom.

Mój dom to w tej chwili osiem metrów kwadratowych na poddaszu rezydencji rodzinnej państwa Dawson w Vauxhall, gdzie mam oddzielną toaletę, umywalkę, dwie półki na jedzenie i dręczące poczucie winy w związku z tym, że ich dziecko zostało pozbawione swojego pokoju w zamian za pięćset funtów miesięcznie, bo Claire Dawson straciła pracę i potrzebowała lokatora.

Moim domem od ósmego roku życia był nowo wybudowany budynek z pięcioma sypialniami w Radlett. Cul-de-sac, obwieściła dumnie mama, jakby ślepy zaułek był szczytem marzeń i czymś, do czego się aspiruje. Musiałam sprawdzić, co to znaczy.

Dla mnie jednak prawdziwym domem, miejscem, gdzie zostałam ukształtowana i gdzie spędziłam najszczęśliwsze chwile mojego życia, na zawsze pozostanie stara piwiarnia U McAuleya.

Ponieważ wyprowadziliśmy się stamtąd, gdy byłam dzieckiem, moja siostra Jacqui upiera się, że znam jedynie życie z łazienkami przy pokojach i telewizją Sky. Jest jednak w wielkim błędzie. Pamiętam każdą szaloną minutę przeżytą nad pubem U McAuleya. Łuszczącą się farbę i tandetne meble. Tatę podliczającego utarg, gdy mama wycierała podłogi. Byłam tam cholernie szczęśliwa. Byłam typowym małym dzieckiem wychowanym w pubie, które w sobotę rano zbiega po schodach, by pozbierać monety zgubione przez klientów poprzedniej nocy. Podkradałam czipsy, ściągałam pianę z piwa, poznałam słowo „pizda” i nauczyłam się grać w bilard.

To miejsce wygląda teraz inaczej. Już nie jest to lokal w kolorze zabrudzonej cegły. Ktoś pomalował go na zielonkawy błękit. Założę się, że Jacqui nazwałaby go „aspiracyjnym”, co oznacza, że hipsterzy popijają tu koktajle ze słoików po dżemach. Teraz mniej przypomina pub, a bardziej „lokal gastronomiczny”’. Kiedy mieszkaliśmy tam w latach dziewięćdziesiątych, dania odgrzewało się w mikrofalówce albo panierowało i smażyło, a żeby wyglądały bardziej światowo, dodawało się gałązkę natki pietruszki. Teraz przed wejściem stoi tablica, na której kredą napisano: „Pasta z krewetek z jabłkiem i rzodkiewką” i „Porchetta pieczona na wolnym ogniu”. Ani śladu po frytkownicy.

Wewnątrz gdzieniegdzie palą się światła, ale jest zbyt wcześnie na to, by lokal był już otwarty. Idę więc na tył budynku i wchodzę po schodach pożarowych do drzwi, które nielogicznie nazywaliśmy frontowymi.

Co ja tutaj robię? Po co tu w ogóle przyszłam? Nie ma jeszcze dziesiątej, więc taty pewnie i tak tu nie będzie.

Dźwięk moich kroków na schodach pożarowych brzmi tak jak niegdyś, a drzwi otwierają się, zanim zdążyłam odnaleźć dzwonek. Ale to nie tata w nich staje, tylko jego tańsza podróbka. Wiem, że po nieudanej próbie pójścia w ślady ojca uciekł do Hiszpanii, by rozlewać piwo w klubach ze striptizem. Przynajmniej to wersja, którą znam.

Mój brat Noel stoi w drzwiach, przecierając zaspane oczy grubymi, obrzydliwymi palcami. Mamy taki sam łuk kupidyna na środku górnej wargi i uczulenie na skorupiaki, ale poza tym jesteśmy sobie obcy. A już na pewno staramy się, by tak było. Jest bardziej krępy, niż gdy widziałam go ostatnim razem, ze śmiesznie napompowanymi ramionami, które nie do końca zachowują odpowiednią proporcję mięśni i tłuszczu. Opiera swoje cielsko o futrynę, a przygnieciony tłuszcz na jego bicepsach zmienia barwę z różowego na brązowo-fioletowy. Gapimy się na siebie. Pierwsza przerywam ciszę.

– Proszę, proszę. Syn marnotrawny powrócił. Co tu robisz? – Pytanie jest całkowicie retoryczne, bo wiem, że chodzi o pieniądze. – Jest tata?

– Przykro mi, ale n i e ma go – mówi, akcentując słowo „nie”. Nie zaprasza mnie do środka, tylko odwraca się i odchodzi od drzwi. Widząc to, odczuwam pokusę, by zrobić to samo.

Zwycięża jednak ciekawość i wchodzę do środka.

W przedpokoju śmierdzi czymś smażonym. Wieprzowiną spaloną niemal na węgiel. Podążam za Noelem w kierunku kuchni i czekam, aż skończy obracać kiełbaski na patelni, przeklinając przy tym płytkę kosmicznej kuchenki, w której jest więcej funkcji niż na panelu sterowania w kokpicie samolotu. Rozglądam się wokół, ale niczego nie rozpoznaję. Nie ma nic, co wywołałoby u mnie jakieś wspomnienie.

Nie ma miarki wzrostu odręcznie narysowanej na ścianie przy koszu na śmieci. Nie ma tostera w kształcie krowy. Ani śladu po tym, jak rozcięłam sobie brodę i nakapałam krwią na wycieraczkę przed wejściem. Niczego, co potwierdzałoby, że kiedyś tu mieszkałam. Teraz wszystko jest prościutkie, równiutkie i ze szczotkowanej stali.

Wystrój wnętrza przypomina kostnicę.

Zwracam się do spalonych słońcem pleców Noela.

– Kiedy przyjechałeś?

Na podłodze leży czarna torba podręczna, z której wysypują się jakieś rzeczy. Nic nie wskazuje na to, by miał się tu zatrzymać na dłużej, ale z Noelem nigdy nic nie wiadomo. Ktoś, kto musi uciekać, nie zabiera z sobą wielu rzeczy.

– Jakiś czas temu. – Nieufny jak zawsze.

– Widać twój przyjazd to nic ważnego. Nic nie wiedziałam.

Uśmiecha się ironicznie i nadziewa kiełbaskę na widelec, wymachując nią nad podłogą jak bronią. Tłuszcz kapie na posadzkę, tworząc tłustą plamę.

– Nadal się bawisz w wegetarianizm? Czy to była Jacqui?

Jacqui. Przez cztery miesiące w 2001 roku. Jadła wtedy tylko cielęcinę.

Odpycham widelec.

– Dlaczego przyjechałeś tu, a nie do Radlett? Hertfordshire jest za mało gangsterskie jak dla ciebie?

– Radlett? – Wygląda na zdumionego, co mnie zaskakuje. – Jezu, ty naprawdę tu nie bywasz, co? To znaczy, tata powiedział, że nie widział cię od pół roku, ale ja myślałem, że przesadza. Uznałem, że mu się miesiące pomieszały. Tak naprawdę to ja powinienem nazwać ciebie córką marnotrawną. Serio. Ja przynajmniej mam tę wymówkę, że mieszkam w innym kraju. A ty gdzie obecnie mieszkasz?

– Dlaczego chcesz to wiedzieć? Znowu planujesz mnie okraść? – Robię skruszoną minę. – Och, przepraszam. Przecież to nie byłeś ty, prawda? To czysty zbieg okoliczności, że jeden z twoich kumpli zdobył mój adres i d o k ł a d n i e wiedział, gdzie znaleźć biżuterię mamy, nie ruszając przy tym żadnych innych rzeczy.

Nawet nie drgnie. Nie zaprzecza ani się nie broni. Szuka czegoś w szafce, cmokając z dezaprobatą, bo nie może znaleźć sosu do steków.

Wreszcie siada przy stole.

– Wiesz, tata sprawiał wrażenie zmartwionego. Nie widział cię całe wieki. Trochę go olewasz, nie sądzisz?

Sianie fermentu to ulubiona rozrywka Noela i bez wątpienia jego kluczowa umiejętność.

– Tak, no cóż, mnie zmartwił fakt, że na szóste urodziny Finna przyszedł z tą lalunią. Jak długo się znali? Dwa tygodnie?

Noel kiwa głową.

– Ach tak, zapomniałem, że przecież tata powinien żyć jak mnich. Z tego, co słyszałem, Jacqui ani trochę to nie przeszkadzało, więc co tobie do tego…

– No jasne, że Jacqui nie miała nic przeciwko temu. Tata płacił za przyjęcie. Wynajął salę bankietową w Rainforest Café. Bardzo ładną.

– Wiem, widziałem zdjęcia. – Polewa swoje osmolone śniadanie cienkimi, postrzępionymi strużkami ketchupu. Rany na szyi – płytkie, ale paskudne. – Na wielu z nich cię nie było. Siedziałaś nadąsana w toalecie?

Doprawdy nie wiem, po co prowadzę z nim tę rozmowę.

– Znaleziono ciało na Leamington Square – mówię, zmieniając temat. – Ciało kobiety. Młodej kobiety.

Tak naprawdę to wcale nie mam pewności, że była młoda. Tak podpowiada mi intuicja.

Noel wzrusza ramionami. W ogóle go to nie rusza.

Kręcę głową i pytam ponownie:

– Więc co tutaj robisz? Jesteś bez grosza? Wplątałeś się w gówniane interesy z jakąś większą szychą?

Nie podnosi głowy, tylko zajmuje się pałaszowaniem śniadania.

– Wiesz, w obliczu faktu, że nie widziałaś ojca sześć miesięcy, pytanie „co t y tutaj robisz” wydaje się bardziej adekwatne niż „co j a tutaj robię”.

„W obliczu”. „Adekwatne”. Zjadliwy sposób przypomnienia mi, że jego intelekt się marnuje. Noel jest przekonany, że gdyby tak jak ja miał możliwość pójść do prywatnej szkoły, to już dawno odkryłby lekarstwo na raka albo przynajmniej jeździłby teraz porsche. A to, że nie mógł tego zrobić, jest w pewnym sensie moją winą. To moja wina, że urodziłam się siedem lat później i że gdy szłam do szkoły, tatę było już stać na moją prywatną edukację.

Skąd miał pieniądze? Źródło dochodu nigdy nie zostało wyjaśnione ani nikt o nie nie pytał.

– Powiedziałam, dlaczego tu jestem, tylko że ty jak zwykle nie słuchałeś. Jedną przecznicę stąd znaleziono ciało kobiety.

Na chwilę przerywa jedzenie. Kawałek białego pieczywa zawisa w powietrzu.

– I właśnie to przyszłaś powiedzieć tacie?

Mam sucho w ustach. Muszę się napić wody. W szafce za matową szybą dostrzegam szklanki, ale sama się nie obsłużę. Nie ma mowy. To dom obcych mi ludzi.

Powinnam już pójść.

– Wiesz, czy wkrótce wróci?

– Nie mam, kurwa, bladego pojęcia. Nie jestem jego niańką. – Noel odsuwa od siebie talerz – dwa tysiące kalorii w dwie minuty. – Myślę, że bzyka tę dupencję z kolczykiem w wardze, tę, która tu przychodzi, więc jak tylko mu się znudzi, powinien się tu pojawić. Ale o której dokładnie, to, wybacz, nie jestem ci w stanie powiedzieć.

Wszystko we mnie krzyczy. Kolczyk w wardze dowodzi, że jest młoda, a młodość sugeruje, że u mojego ojca nic się, kurwa, nie zmieniło.

Idę w kierunku drzwi.

– Powiedz mu tylko, że tu byłam, OK?

– Jasne. – Noel otwiera zmywarkę i wrzuca do niej patelnię. – Coś jeszcze przekazać?

Niemal wybucham śmiechem. Prawda jest taka, że nie mam pojęcia, po co tak naprawdę tu przyszłam. Co chciałam mu powiedzieć?

Taa, powiedz mu, że wiem, że kłamał w sprawie Maryanne Doyle.

Powiedz mu, żeby się nie martwił. Byłam zbyt przerażona, żeby pisnąć choć słówko.

Powiedz mu jednak, że karałam go za to przez ostatnie osiemnaście lat.

Zamiast tego mówię:

– Tak, przekaż mu, że nie wsadza się do zmywarki patelni z powłoką nieprzywierającą. Bo się niszczy.

Noel śmieje się i odprowadza mnie do drzwi. Na zewnątrz wszystko wygląda teraz zupełnie inaczej. Zimowe słońce nisko nad widnokręgiem świeci mi prosto w twarz, gdy schodzę po schodach.

– Nie bądź takim odludkiem, siostrzyczko – woła za mną. – Umówmy się kiedyś na drinka, co? Weź ze sobą koleżankę. Najlepiej jakąś w mundurze.

Pokazuję mu środkowy palec i natychmiast żałuję, że to zrobiłam. Ten gest nie jest właściwy dla Noela. Jest zbyt koleżeński. To gest zastrzeżony dla Parnella, kiedy zrzędzi, że jestem marnym kierowcą, albo że parzę za słabą herbatę.

Drzwi zatrzaskują się, a ja wyjmuję telefon. Jest piętnaście po dziesiątej. Teraz już nie opłaca się wracać do domu. Jednak żeby nie dostać ochrzanu, idę na Exmouth Market, kupić sobie pastę do zębów, gumkę do włosów, cytrynowy top w jednym z kiczowatych butików i trochę tranu z dorsza. Następnie udaję się wprost do publicznej toalety, aby przemienić się w kogoś, kto wygląda, jakby się odświeżył i uciął sobie regenerującą drzemkę. Następnie, dla zabicia czasu, spokojnym krokiem idę do parku Spa Fields, wiedziona odgłosem piszczących dzieci biegających na placu zabaw w części Exmouth Market, która została zgentryfikowana, albo – jak mówią złośliwi – zdominowana przez mieszkańców o wysokim statusie materialnym. Kiedy byłam dzieckiem, Spa Fields słynęły z bardziej mrocznych przygód i nie pozwalano mi się tu bawić. Za to Noel często tam bywał.

Palił, pił, bił się i tak w kółko.

Raz, gdy miałam sześć lat, policja przyprowadziła Noela do domu, zgarnąwszy go z parku Spa Fields. Chodziło o jakąś dziewczynę i rozbitą butelkę. Siedziałam na schodach, słuchając, jak tata ochrzania go za to, że ściąga gliniarzy do domu. Darł się, że „wujek” Frank by się na niego wściekł. Pytał Noela, czy zastanawiał się, co by było, gdyby „pewni ludzie” dowiedzieli się, że policja węszy wokół baru U McAuleya. Mama próbowała dotrzeć do sedna problemu. Zrozumieć, czy istnieje jakaś inna wersja tej historii, czy też naprawdę wydała na świat takiego parszywego szkodnika.

Nie wiem, czy kiedykolwiek uzyskała odpowiedź. Wiem tylko, że do tego tematu już nigdy nie wracano. Podobnie jak do wielu spraw w naszej rodzinie, które albo zamieciono pod dywan, albo wyrzucono z pamięci. Tacie udało się załagodzić sytuację z „wujkiem” Frankiem, który nawiasem mówiąc, wcale nie jest naszym prawdziwym wujkiem – jest taty „bratem tej samej krwi”. Jego „bratem z innej matki”, jak mawia, gdy wypije za dużo irlandzkiej Bushmills.

Tata ma dwóch braci. Prawdziwych, takich, z którymi dzieli ten sam typ DNA. Są nimi wujek Jim i wujek Kenny. Nie widziałam ich od dłuższego czasu i niewiele o nich wiem. Wiem jednak, że w przeciwieństwie do „wujka” Franka żaden z nich nigdy nie pobił taty kijem bilardowym za to, że bez pozwolenia prowadził rozmowy z konkurencyjnym gangiem. Żaden z nich też nigdy nie napomknął, że Jacqui ma ciało, „na którym dałoby się zarobić”, ani na dzień przed maturą nie zaproponował jej pracy w nocnym klubie.

Siedząc na ławce przy ogołoconym z liści zimowym kikucie ozdobnego drzewka, ciaśniej otulam się płaszczem i jakiś czas przyglądam się dzieciom, podnieconym faktem, że już za tydzień przyjdzie Mikołaj. Potem przez chwilę bawię się telefonem, wysyłam kilka maili, cały czas zastanawiając się, kim jest ta „dupencja z kolczykiem w wardze”.

Kiedyś w Boże Narodzenie pracowała u nas w pubie pewna Łotyszka. Studentka. Też nosiła kolczyk w wardze. Miała na imię Alina i zamiast szlifować swój angielski, uczyła mnie łotewskiego.

Mans vārds ir Cat un es esmu septiņas. (Mam na imię Cat i mam siedem lat).

Man ir brālis sauc Noel un viņš smaržo maziņš.’ (Mój brat Noel śmierdzi szczynami).

Lubiłam Alinę. Rozśmieszała mnie, mówiąc, że w swojej innej pracy tańczy w majtkach do muzyki pop w klubie nocnym „wujka” Franka. Nie wiem, co się z nią stało. Jednego dnia jeszcze była, a drugiego już jej nie było.

Trochę jak ten bałwan z ckliwej kreskówki, którą oglądaliśmy razem z tatą.

Tata też lubił Alinę.

4

Pojawiam się na posterunku tuż przed trzynastą. Przemarznięta na kość przez chwilę nie czuję zmęczenia i kaca. W obliczu nagłej śmierci spokojny sen wydaje się dość błahym przywilejem żywych, zresztą nawet i w bardziej sprzyjających okolicznościach ja i Morfeusz nie bywamy za pan brat.

Myślę, że powinnam była poprosić doktor Allen o coś na sen. Do tej pory, żeby wprowadzić się w stan przyjemnego odrętwienia, ratowałam się winem, trawką i wrzucaniem w siebie dużych ilości jedzenia. Myślę jednak, że przydałoby mi się jakieś wsparcie chemiczne, choć nie wiem, czy jest to zgodne z protokołem.

Trzeba czekać, aż lekarz to zaproponuje?

Czy jak pacjent o coś prosi, to znaczy, że sobie „nie radzi”?

A czy mnie w to w ogóle obchodzi?

W tej chwili chyba nie. Po tym, co zobaczyłam na Leamington Square i po spotkaniu z Noelem, rozgrzebaniu wspomnień i czarnych jak smoła myśli, na duchu podnosi mnie jedynie wizja jakiejś usankcjonowanej nicości.

– Gdzie znajdę inspektor Steele? – Parnell, który już tu jest, opiera się o blat recepcji, przerywając jakiemuś sierżantowi sprawdzanie wymagań dietetycznych dla zaaresztowanego właśnie zbira w czapce z napisem „Gangzta”.

Sierżant spogląda wilkiem na Parnella.

– Trzecie piętro. Drzwi z popsutą klamką.

Tak naprawdę to nie potrzebujemy wskazówek, gdyż centrum operacyjne ma siłę przyciągania godną Herkulesa. Wchodząc na trzecie piętro, instynktownie skręcamy w lewo i lecimy na koniec korytarza, prosto do celu jak lotki, nie zważając na wczesnopopołudniową krzątaninę centralnego posterunku w Londynie. Z daleka dostrzegam Steele, jak modnie ubrana i gotowa do walki, sprężystym krokiem przemierza pokój w samych pończochach na stopach, całe metr sześćdziesiąt wzrostu – buty pewnie leżą gdzieś porozrzucane. Nie mogę myśleć, kiedy mnie bolą stopy.

Tablicę powiązań przygotowują wielki jak dąb sierżant Pete Flowers i chudy jak szczapa posterunkowy Craig Cooke – znani także jako Karnawał i Post. Obaj są bez wątpienia porządnymi gliniarzami. Pracowite typy. Flowers mógłby spokojnie zostać inspektorem, gdyby nie to, że kompletnie brak mu uroku. Za to Craig jest gościem, który stanowi miłe towarzystwo – jest mistrzem w opowiadaniu sucharów i zarażaniu optymizmem. Pokazuję kciuki w górę Sethowi, który dzięki trzem puszkom Red Bulla i nadziei na złotą gwiazdę od Steele wciąż daje radę, oraz uśmiecham się blado do oszałamiająco pięknej dziewczyny w musztardowej budrysówce, z którą już kiedyś pracowałam – chociaż kiedy mówię „pracowałam”, nie mam na myśli relacji w stylu Cagney i Lacey1 – chodzi mi po prostu o to, że korzystałyśmy z tego samego czajnika i razem dostawałyśmy ochrzan.

Ale tę budrysówkę rozpoznam wszędzie.

Biorąc pod uwagę moją pracę, powinnam się cieszyć, że mam dobrą pamięć do bezsensownych prozaicznych szczegółów. Prawdą jest, że taka pamięć to przekleństwo i jeden z powodów mojej bezsenności. W środku nocy potrafię w jednej sekundzie myśleć o ostatnich dniach życia mojej matki, gdy umierała, wyjąc z bólu, a w następnej o tym, że wieprzowina na weselu Jacqui była za słona. Obrazom tak banalnym jak dryfujące drewno czy płaszczyk towarzyszą podejrzenia pod adresem mojego ojca, które są tak czarne i niecenzuralne, że muszę trzymać je zamknięte w pudełku na samym środku płata czołowego.

W mojej głowie to pudełko zawsze jest fioletowe. Intensywnie fioletowe, jak szaty liturgiczne w katolicyzmie, i wisi na nim ciężka czarna kłódka. Jest kłódka, ale nie ma klucza, który by ją otworzył. Otwarcie jej skończyłoby się katastrofą. Czasami jednak jakiejś myśli udaje się wydostać na zewnątrz przez wąziutką szparkę pod wieczkiem. Dziś zdarzyło się tak już kilka razy.

– Dobra, ludzie, zaczynamy. – Steele ucisza cały pokój w dwie sekundy. – Wbrew powszechnej opinii nie do końca jestem zakochana we własnym głosie, więc oto, co zrobimy. Ja przekażę podstawowe informacje, odpowiem na wszelkie pytania, wprowadzę wszystkich w szczegóły, a potem przejdziemy do części z udziałem publiczności, dobrze?

Młodzi posterunkowi siadają z przodu na krzesłach ustawionych w podkowę, zsynchronizowani w swoich wielkich ambicjach. Przez sekundę chcę rzucić się w samo serce tej rywalizującej kliki i zostawić Parnella, jego teleturnieje i artretyzm w kolanach. Ale to tylko krótki przebłysk sentymentu, który mija, jeszcze zanim zdąży się zagnieździć. Nie potrafię błyszczeć wśród ludzi w moim wieku. Zawsze czułam się wśród nich nie na miejscu.

– No więc szybko, parę słów o mnie, dobrze? – Steele siada na biurku, próbując przyjąć wygodną pozycję. Stopami nie sięga podłogi i machając nogami w sukience z jakimś słodkim nadrukiem, wygląda jak dziecko, które zaraz będzie recytować wierszyk. – Dla tych, którzy nie wiedzą, jestem nadkomisarz Kate Steele i jestem starszym oficerem śledczym prowadzącym to dochodzenie. Możecie się do mnie zwracać szefowo, pani komisarz, jak chcecie. Możecie do mnie mówić Kate, jeśli wyczujecie, że jestem w dobrym nastroju, ale robicie to, moi drodzy, na własne ryzyko. Za plecami z pewnością będziecie o mnie mówić Kardiganowa Kate, z powodu tego, że od 1989 roku nikt nie widział moich ramion. W porządku, przyzwyczaiłam się do tego. Bóg wie, że nazywano mnie o wiele gorzej. Tylko róbcie to tak, żebym was nie słyszała, w przeciwnym razie będziecie żałować, że w ogóle przyszliście na świat.

Uśmiech pojawia się na twarzach tych, którzy już kiedyś pracowali ze Steele. Znamy ten tekst na pamięć.

– Kilkorga z was nie znam, więc jeśli macie mi coś do powiedzenia, podnieście rękę i przedstawcie się. I tak pewnie nie zapamiętam waszych imion, ale bez urazy. Nie znaczy to wcale, że nie liczycie się dla mnie jako ludzie. To tylko znaczy, że jestem szurniętą starą babą, która nie potrafi zapamiętać, gdzie zaparkowała, a co dopiero nauczyć się nowych imion za każdym razem, gdy prowadzi jakąś sprawę. Więc jeśli potraficie zaakceptować fakt, że nie zawsze będę znała wasze imiona, to się dogadamy. OK? Wszyscy zadowoleni?

Podkowa się ścieśnia, jedna czy dwie osoby pozwalają sobie na ostrożny uśmieszek.

– Wspaniale. – Steele odwraca się w stronę tablicy powiązań.

– Więc tak. Ofiara to Alice Lapaine. Trzydzieści pięć lat. Mężatka, zatrudniona w niepełnym wymiarze godzin w kuchni w jednym z pubów. Mieszkała w Thames Ditton w hrabstwie Surrey.

Pokazuje zdjęcie zakrwawionych zwłok, po czym następuje krótka pauza. Jednak na tyle długa, byśmy zdążyli skontrastować normalność jej życia z barbarzyństwem jej śmierci. Lecz za łaską Boga jestem tym, czym jestem…2

– Vickery jest dziś po południu w sądzie i jutro może też, więc mamy poślizg z sekcją zwłok, ale mówiąc językiem zrozumiałym dla laika – mamy prawdopodobnie uduszenie, cios w przód głowy, rany na gardle, które jednak nie były przyczyną śmierci. Do tego guzy i zadrapania, głównie na nogach i klatce piersiowej. Była w pełni ubrana, żadnych oczywistych śladów napaści pod kątem seksualnym. Ani żadnych ran, które wskazywałyby na próbę samoobrony. Vickery szacuje, że była martwa zaledwie od kilku godzin, czterech, maksymalnie pięciu. Znaleziona na Leamington Square około godziny czwartej czterdzieści pięć rano. Jednakże Leamington Square n i e jest pierwotnym miejscem przestępstwa. Kamery przemysłowe zarejestrowały, że podrzucono ją tam między czwartą a piątą rano. Benuś, chłopcze, pokaż nam to.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Cagney i Lacey – amerykański serial kryminalny emitowany w latach 80. XX w. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.) [wróć]

Nowy Testament, 1. List do Koryntian, 15:10. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Słodkie kłamstwa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy