Karminowe serce

Karminowe serce

Autorzy: Dorota Gąsiorowska

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 31.99 zł

Kiedy Laura trafia do urokliwej cukierenki, której właścicielka od lat ręcznie wyrabia pachnące łakocie, nie może oprzeć się magii tego miejsca. Zapach aromatycznej czekolady i kolorowe, pękate słoje z żurawiną i migdałami przyprawiają ją o zawrót głowy.

Laura boi się jednak, że ani przeprowadzka i nowy dom wśród wrzosowisk, ani bliskość magicznej cukierenki nie ukoją bólu po tym, co stało się kilka lat wcześniej. Wtedy ktoś, kto wydawał się bliski, sprawił, że serce Laury pękło, a jakaś część jej samej odeszła na zawsze.

Dziewczyna nie podejrzewa jednak, że właścicielka cukierni skrywa pewien sekret…

 

Czy magia tego miejsca i życzliwi ludzie pomogą Laurze odzyskać nadzieję?

I czy to prawda, że złamane serce może jeszcze pokochać – nawet dwa razy mocniej?

 

Już ponad 75 tysięcy czytelniczek pokochało książki Doroty Gąsiorowskiej

Dołącz na Facebooku do grupy fanek autorki TU SPEŁNIAJĄ SIĘ MARZENIA

zasami, kiedy wszystkie drogi prowadzą donikąd, ucieczka wydaje się jedynym rozwiązaniem. Brakuje słów, żeby wytłumaczyć to, co było. Brakuje wiary, że jeszcze teraz, tutaj uda się odnaleźć choć fragment zagubionej niegdyś beztroski. Smuga szarego pyłu ciągnie się za człowiekiem, przesłaniając okruchy nadziei, które mogłyby stać się drogowskazem.

Kiedy więc nie ma już ani drogi powrotu, ani dna, od którego dałoby się odbić, często nie pozostaje nic innego, jak tylko skoczyć w najgłębszą toń mrocznego jeziora, by poznać jego nieodgadnione tajemnice.

– Jesteś pewna, że dasz sobie radę? – Agata, niska blondynka o przenikliwym spojrzeniu piwnych oczu, patrzyła na przyjaciółkę z powątpiewaniem.

– Oczywiście – odpowiedziała Laura z lekką nutą irytacji w głosie. – Przecież zawsze świetnie sobie radziłam. Chyba wiesz… – Odwróciła się do samochodu i zatrzasnęła bagażnik.

– Tak, masz rację. – Agata się speszyła.

Dziewczyny zwykle doskonale się dogadywały, bywały jednak chwile, kiedy Agata nie miała pojęcia, jak rozmawiać z przyjaciółką. Wiedziała, jakich tematów nie wolno poruszać przy Laurze, mimo to czasami niechcący coś jej się wymsknęło, a potem musiała bardzo się starać, żeby załagodzić sytuację. Laura była już myślami w oddalonej o czterysta kilometrów od Warszawy Bukowej Górze, gdzie rok wcześniej kupiła niewielki dom. Nie mogła, niestety, przeprowadzić się tam od razu, bo prawie stuletnia drewniana chata wymagała gruntownej modernizacji. Teraz podobno ekipa remontowa ostatecznie zakończyła pracę. Za kilka godzin Laura miała zamieszkać w miejscu, o którego istnieniu jeszcze ponad rok temu nawet nie słyszała.

Agata popatrzyła na przyjaciółkę z obawą. Przez ostatni tydzień niemal nie spuszczała jej z oczu, starając się wpadać do Laury po kilka razy na dzień, co nie było problemem, bo mieszkały na tym samym osiedlu. Przyjaźniły się od dawna i nic nie wskazywało na to, żeby coś w tej relacji miało się zmienić. Chociaż…? Agata bała się o Laurę. O to, jak teraz będzie wyglądało jej życie. W końcu Bukowa Góra to nie Warszawa. A przecież Laura kochała miejskie życie. Nie znała innego.

– No to zmykam. – Laura poprawiła szeroki jasnobeżowy sweter z miękkiej wełny, wsunęła rękę do kieszeni dżinsów i wyjęła klucze. – Trzymaj. – Włożyła je w dłoń Agaty. – Możesz tam zajrzeć raz na jakiś czas, ale jeśli nie, to też nic się nie stanie. Jedyne dwa kwiatki zabieram ze sobą, mam nadzieję, że przetrzymają podróż – wysiliła się na żart, po czym uniosła głowę i spojrzała na okna swojego mieszkania, mieszczącego się na trzecim piętrze czteropiętrowego bloku.

– Oczywiście, że będę tu przychodzić. Przed pracą i zaraz po niej, i za każdym razem, gdy wyjdę na spacer z Beniaminem. Choć ostatnio niemal nie mogę go wyciągnąć z mieszkania.

– Biedny staruszek. – Laura wzruszyła się na wspomnienie dwudziestoletniego kundelka. – Odwiedźcie mnie w najbliższy weekend – zaproponowała nieśmiało.

– Jutro jest najbliższy weekend – zauważyła trzeźwo Agata. – Przypuszczam, że nawet nie zdążysz rozpakować walizek. – Uśmiechnęła się kpiąco.

– Moja ulubiona belferko, gdybyś nie musiała pędzić do szkoły, zabrałabym cię ze sobą już teraz. – Laura odgarnęła do tyłu burzę miedzianych włosów, przytrzymanych opaską w kolorowy etniczny deseń, i zmrużyła zielone oczy, wpatrując się w przyjaciółkę, jakby miała nadzieję, że ta jednak zmieni zdanie i zdecyduje się towarzyszyć jej w podróży.

– Wywołujesz we mnie wyrzuty sumienia. – Agata spojrzała na Laurę, jakby nie wiedziała, czy mówi poważnie. Niby coś wspomniała, że przyjaciółka mogłaby z nią pojechać, żeby powitać nowy dom, ale raczej w żartach. Zresztą Agata i tak nie mogłaby wziąć na razie dnia wolnego. Ledwo co zaczął się rok szkolny i na razie panowało wielkie zamieszanie. Na dodatek w szkole, gdzie od kilku lat uczyła angielskiego, zmienił się dyrektor. Nowy miał opinię strasznego tyrana, więc zrozumiałe, że nie chciała narażać mu się już na początku. Poza tym w tym roku popołudniami wzięła więcej godzin w prywatnej szkole. Dobrze, że miała zaprzyjaźnioną sąsiadkę, która opiekowała się Beniaminem, bo psu trudno byłoby znieść wielogodzinną rozłąkę.

– Oj, przecież wiem, że nie możesz – rzekła z uśmiechem Laura.

Agata odetchnęła, uniosła rękę i zerknęła na zegarek.

– O której umówiłaś się z tym gościem z ekipy remontowej?

– Nie ustaliliśmy konkretnej godziny. Powiedziałam mu, że zadzwonię, jak będę dojeżdżać. Zdaje się, że mieszka gdzieś niedaleko.

– Aha. – Agata założyła za ucho kosmyk, który wysunął się jej z koka.

Tak jak zazwyczaj, i tym razem ubrana była elegancko, w dopasowaną, sięgającą kolan, granatową sukienkę z dzianiny i kremowy żakiecik. Buty na kilkucentymetrowym obcasie sprawiały, że prawie dorównywała wzrostem przyjaciółce. Agata zawsze powtarzała, że zazdrości Laurze figury modelki i uroczej twarzy o nietuzinkowej urodzie. Na pierwszym roku studiów Laura próbowała nawet swoich sił jako modelka i odnosiła w tej dziedzinie pierwsze spore sukcesy, ale wtedy pojawił się on…

– No to uciekam. – Laura otworzyła drzwi czerwonego saaba. – Zmykam, zanim na dobre się rozkleję, a ty migiem do pracy, bo jeszcze się spóźnisz przeze mnie. – Wsiadła do samochodu.

– Zadzwoń, zaraz jak tylko przyjedziesz. – Agata, która zazwyczaj na wszystko reagowała bardzo emocjonalnie, sięgnęła do kieszeni żakietu po paczkę chusteczek. Już zaszkliły jej się oczy.

Chcąc ułatwić przyjaciółce rozstanie, Laura odpaliła silnik i nie czekając, aż padną kolejne słowa, powoli wyjechała z miejsca parkingowego.

Agata stanęła na chodniku obok równo przyciętego żywopłotu, mocno zaciskając usta. Laura wiedziała, że przyjaciółka zawzięcie walczy, żeby się nie rozpłakać.

– Wyściskaj ode mnie Beniamina. No i oczywiście jesteśmy w kontakcie.

Agata jedynie uniosła rękę.

Laura włączyła nawigację, zamknęła okno i ruszyła w stronę głównej drogi. Kiedy dojechała do niewielkiego skrzyżowania, odwróciła się przez ramię i pomachała do przyjaciółki.

– Żegnaj, Warszawo. – Uśmiechnęła się smutno i po raz ostatni spojrzała w okna swojej kawalerki. Chwilę potem znajome miejsce, w którym spędziła ostatnie dziesięć lat życia, zniknęło jej z oczu.

Ta podróż nawet ją cieszyła. Laura czuła miłe podekscytowanie. Właściwie było jej wszystko jedno, gdzie mieszka. Swoją pracę graficzki mogła wykonywać gdziekolwiek. Przez krótki czas była zatrudniona w jednej z dużych warszawskich agencji reklamowych, ale zrezygnowała i zaczęła działać samodzielnie. Na początku zleceń nie było wiele, ale z czasem rozwinęła skrzydła. Teraz współpracowała niezmiennie z kilkoma dużymi wydawnictwami. Z jej usług korzystały też znane agencje reklamowe. Kochała to, co robiła. Gdyby nie zlecenia, trudno byłoby jej przetrwać ostatnie sześć lat, nie tylko materialnie. Praca była jak narkotyk, odurzała i odciągała od prawdziwego życia.

– Cholera! – Zahamowała gwałtownie, omal nie wjeżdżając w jadącego przed nią vana, który nagle zatrzymał się na zielonym świetle.

Trzykrotnie nacisnęła klakson. Ta sytuacja sprowadziła jej myśli na właściwy tor. Dalszą część warszawskich ulic przejechała już w skupieniu, a kiedy znalazła się poza miastem, przez moment poczuła wręcz, że z jej barków spada niewyobrażalny ciężar. Że być może teraz znów będzie normalnie. Uczucie to zniknęło jednak równie szybko, jak się pojawiło.

Niestety, Laura utraciła wiarę w to, że jeszcze będzie dobrze. Nie po tym, co ją spotkało…

Ledwo wyjechała z Warszawy, w torebce rozdzwonił się telefon. Nie zatrzymując się, wsunęła rękę do bocznej kieszonki i wyjęła komórkę. Kiedy na wyświetlaczu zobaczyła numer mamy, przewidując, że zanosi się na dłuższą pogawędkę, natychmiast zjechała na pobocze.

– Tak, mamo? – rzuciła nieco ospale. Nie minęły nawet dwie godziny od ich ostatniej rozmowy.

– Wyjechałaś już, kochanie? – Irena nie potrafiła ukryć podenerwowania w głosie.

– Tak – westchnęła Laura, opierając głowę o zagłówek.

– Proszę cię, jedź wolno i miej oczy szeroko otwarte. Tylu szaleńców pędzi po drogach.

– Mamo – weszła jej w słowo Laura – czy tylko to chciałaś mi powiedzieć?

– Nie. – W słuchawce na dłuższą chwilę zapadła cisza.

– Mamo, o co chodzi?

– O nic, po prostu martwię się o ciebie.

– Powinnaś być zadowolona, przecież to ty pokazałaś mi w Internecie ofertę sprzedaży tej rudery – stwierdziła z nutą uszczypliwości Laura.

– Mówiłaś, że chcesz się przenieść na wieś. Zresztą w twojej sytuacji…

– W jakiej sytuacji?! – krzyknęła Laura. – Przepraszam – szybko się zmitygowała. – Ta stara chata całkiem nieźle teraz wygląda – dodała, chcąc udobruchać matkę.

Irena kochała córkę nad życie, mimo to czasami, gdy według niej Laura zachowała się niewłaściwie, potrafiła nie odzywać się do dziewczyny przez dłuższy czas.

– Kiedy mnie odwiedzicie? – spytała po chwili Laura, nie doczekawszy się reakcji matki.

Irena i jej partner Adam mieszkali w Berlinie. Byli razem już od dwudziestu sześciu lat, ale dotąd nie sformalizowali związku. Laura uważała Adama za ojca.

Słowa córki w końcu trafiły na podatny grunt.

– Postaramy się przyjechać za trzy tygodnie, zaraz jak tylko Adam skończy projekt, nad którym teraz pracuje. Wiesz, jakiego ma wymagającego szefa, ciągle patrzy mu na ręce.

– Powinien zmienić pracę, jest świetnym architektem, na pewno szybko coś znajdzie.

– Powiedz to swojemu tacie. Twierdzi, że po pięćdziesiątce nie ma już na to szansy. Zresztą chyba ma rację. – Irena zastanawiała się przez dłuższą chwilę. – Gdyby nagle zabrakło nam jego pensji, długo byśmy nie pociągnęli. Z mojej księgarenki na pewno byśmy nie wyżyli. Ale miło, kochanie, że martwisz się o Adama. Wiesz dobrze, jak cię kocha. Jesteś dla niego córką, jedynym dzieckiem.

– Wiem, mamuś. Ucałuj go ode mnie.

– Trochę się rozgadałam, a ty przecież jesteś w drodze. Nie będę cię już zatrzymywać. Tylko obiecaj, że jak już dotrzesz na miejsce, od razu do mnie zadzwonisz.

– Tak, obiecuję – powiedziała Laura, spoglądając na rwący potok samochodów sunących po dwupasmówce.

Kiedy skończyła rozmawiać, jeszcze przez dłuższą chwilę nie wyłączała świateł stopu. Oparła ręce na kierownicy i wbiła wzrok w przednią szybę.

„Czy to jest właściwy czas na przeprowadzkę?” Dwa dni wcześniej minęła połowa września, a po ostatnim ulewnym deszczu w powietrzu czuć było wyraźnie zbliżającą się jesień. „Czy poradzę sobie sama na peryferiach małego miasteczka, w miejscu, gdzie, jak twierdzi Agata, diabeł mówi dobranoc?”

Przyjaciółka była od początku przeciwna jej przeprowadzce. Wybór Laury wydawał się Agacie niedorzeczny. Według niej kupno starego domu, który na zdjęciu wyglądał jak skansen w szczerym polu, było całkowitą pomyłką. Pukała się w głowę, że Laura w ogóle zwróciła uwagę na to ogłoszenie. Wiedziała, że przyjaciółka już od dłuższego czasu nosiła się z zamiarem przeniesienia na prowincję, ale sądziła, że Laura nie ucieknie zbyt daleko i że zamieszka w bardziej cywilizowanym miejscu. Ten dom był według Agaty kompletną ruiną i nikt przy zdrowych zmysłach by go nie kupił. Kilkakrotnie zresztą powtarzała to Laurze, sądząc, że szybko wybije jej z głowy ten kuriozalny pomysł. Nie dość, że to się nie udało, to wszystko wskazywało na to, że jej słowa tylko zachęciły Laurę do kupienia tej starej chałupy. Laurze, kiedy zobaczyła ogłoszenie sprzedaży domu w Bukowej Górze, zaświeciły się oczy. Zadzwoniła tam już następnego dnia. A kiedy upewniła się, że cena nie jest zbyt wygórowana, uwzględniwszy koszt przewidywanego remontu, przeliczyła oszczędności i w ciągu tygodnia podjęła decyzję o zakupie domu.

Okoliczności jej sprzyjały, niemal natychmiast znalazła odpowiednią firmę, która miała się zająć kompleksowym remontem. A w starej chałupie, gdzie od ponad dwóch lat nikt nie mieszkał, zakochała się od pierwszego wejrzenia. W Bukowej Górze była tylko raz, żeby upewnić się, że podjęła słuszną decyzję, i ustalić kolejne etapy remontu. Sympatyczny właściciel firmy, Piotr, obiecał, że wszystkim się zajmie i na bieżąco będzie informował Laurę o postępach. I tak też się stało. Rzeczywiście dom trafił w dobre ręce. Ekipa Piotra świetnie się nim zajęła. Podczas wizyty Laury w Bukowej Górze zadecydowali o większości najważniejszych spraw dotyczących renowacji, a resztę, jak choćby wybór kolejnych materiałów budowlanych i wykończeniowych, ustalali przez Internet. Laura była bardzo ciekawa efektu. Wprawdzie widziała mnóstwo zdjęć domu, ale zdawała sobie sprawę, że nic nie zastąpi osobistego odbioru.

Hałas przejeżdżającej obok ciężarówki sprawił, że się ocknęła. Pewniej złapała za kierownicę i już po chwili włączyła się do ruchu. Podróż minęła bez większych niespodzianek. Oczywiście nie licząc tego, że w ciągu czterech godzin jazdy Irena dzwoniła do niej jeszcze dwukrotnie. Tym razem Laura cierpliwie wysłuchała jej obaw i rozterek, a zaraz potem znów była myślami w Bukowej Górze, a ciałem w drodze do tego miejsca.

Laura przyzwyczaiła się już do nadopiekuńczości matki, jednak bywały momenty, że zbyt częste telefony utrudniały jej życie. Zwłaszcza gdy akurat pracowała nad ważnym projektem i usilnie próbowała się skupić. Irena odzywała się przynajmniej kilka razy na dzień. Jak gdyby w ten sposób chciała nieco uspokoić wyrzuty sumienia, że zostawiła córkę w Polsce samą. Długo nie mogła zdecydować się na wyjazd do Berlina, gdzie Adam został oddelegowany już kilkanaście lat temu. Spotykali się w tym czasie sporadycznie i przez życie na walizkach ich dotąd stabilny związek lekko się zachwiał. To właśnie wtedy Irena, głównie za namową Laury, zdecydowała, że nadszedł czas, aby przeciąć pępowinę i w końcu zamieszkać z partnerem. Choć właściwie, kiedy Laura wspominała lata, które minęły od wyjazdu Ireny do Niemiec, nie miała pewności, czy matka rzeczywiście tę pępowinę przecięła.

Gdy minęła Kraków, dopadły ją pierwsze poważne wątpliwości. Od Bukowej Góry dzieliło ją jeszcze jakieś czterdzieści kilometrów. Zatrzymała się w przydrożnym zajeździe, żeby wypić kawę, a potem wciąż odwlekała moment odjazdu. Było kilka minut po czternastej, słońce grzało mocno i nic nie wskazywało na to, że za kilka dni skończy się lato. Na nagrzanej ławce na zewnątrz zrobiło się jej gorąco. Zdjęła więc sweter i zarzuciła na ramiona. Uniosła głowę i spojrzała w niebo. Jej uwagę przykuł klucz odlatujących na zimę ptaków. Patrzyła na nie, póki nie zniknęły jej z oczu. W okolicy serca pojawiło się miłe uczucie ciepła. Bo przecież ona też migrowała, tak jak te ptaki, które prawdopodobnie wrócą na wiosnę do znajomego gniazda. A jak będzie z nią? Czy uda jej się pokochać Bukową Górę na tyle, by zostać tam na dłużej, na zawsze…?

– Przepraszam bardzo. – Ocknęła się, usłyszawszy męski głos. Obok stał wysoki brunet i wyciągał do niej rękę, w której coś trzymał. – Zostawiła pani portfel przy bufecie – wyjaśnił pośpiesznie.

Zerwała się z miejsca i wyjęła zgubę z rąk nieznajomego. Potem bez zastanowienia otworzyła portmonetkę i przejrzała jej zawartość. Akurat tego dnia miała przy sobie sporo gotówki. Na szczęście pieniądze i karty kredytowe znajdowały się na właściwym miejscu. Spojrzała na mężczyznę i zrobiło jej się głupio, że nie podziękowała, tylko zaczęła obcesowo przeglądać zawartość portfela.

– Przepraszam… To znaczy dziękuję – plątała się zdenerwowana. – Nie wiem, jak mogłam go zapomnieć. – Ścisnęła portfel.

– Nie ma sprawy. – Mężczyzna uśmiechnął się, jakby chciał dodać jej otuchy. – Stałem za panią i zauważyłem, że położyła go pani przy pojemniku z ciastkami. Właściwie był niewidoczny…

– Jeszcze raz dziękuję, jestem dziś strasznie roztargniona.

– To się zdarza. – Znów się uśmiechnął. Miał ciemnobrązowe oczy, które lekko mrużył, odchylając głowę do słońca.

– Powinnam już jechać. – Cofnęła się, złapała torebkę za pasek i wsunęła do niej portfel.

– Szerokiej drogi w takim razie.

– Dziękuję – powiedziała, idąc w stronę samochodu.

– I proszę na siebie uważać – usłyszała jeszcze za sobą.

Obejrzała się. Miała ochotę jeszcze coś dodać, ale zamiast tego powiedziała tylko:

– Do widzenia.

– Do zobaczenia.

Podążyła szybko do samochodu, a potem z piskiem opon odjechała z parkingu. Choć w Bukowej Górze gościła zaledwie raz, drogę znała doskonale. Nie dość, że trasa była dobrze oznakowana, to jeszcze Laurę prowadził jakiś wewnętrzny głos. Wiedziała, że ma skręcić w lewo, jeszcze zanim pojawiła się tablica informacyjna. Gdy wyjechała z zajazdu, nawet nie włączyła nawigacji. Zauważając z oddali znajomą nazwę „Bukowa Góra”, uśmiechnęła się i odetchnęła z ulgą.

– Więc jestem na miejscu. Witaj, Bukowa Góro! – Spojrzała w boczne okno na patchworkowe, niby jeszcze letnie, ale już bardziej jesienne pola i łąki z kołyszącymi się w rytm lekkiego wiatru złotymi nawłociami.

Jechała powoli, rozkoszując się tym widokiem. Wkrótce pojawiły się pierwsze zabudowania, a w oddali już majaczył wierzchołek smukłej, okrągłej wieżyczki. Teraz już wiedziała, że była to średniowieczna baszta połączona z kilkunastometrowym odcinkiem muru obronnego.

Bukowa Góra miała niepowtarzalny klimat. Wokół małego ryneczku, niczym przeniesione z barwnych pocztówek, wyrastały niziutkie kamieniczki, a pośrodku niewielkiego kolistego placyku wybrukowanego drobną granitową kostką strzelały w niebo strumienie wody z kamiennej fontanny. Na dwóch z kilku otaczających plac ławeczek siedzieli jacyś ludzie. Dyskretny uliczny gwar, jakże inny od wielkomiejskiego hałasu, mieszał się z głosami ptaków obsiadających liczne drzewa rosnące się wzdłuż wąskich uliczek odchodzących od rynku.

Wciąż jechała powoli, przyglądając się okolicy z nienasyconą ciekawością. Miała ochotę zatrzymać się, wysiąść i udać na krótki rekonesans. Upewniwszy się jednak, że nie ma zbyt dużo czasu, szybko porzuciła tę myśl. Za pół godziny powinna spotkać się z Piotrem Głębowieckim, właścicielem firmy remontowej. Ostatecznie należało jeszcze uregulować wszystkie rachunki, no i oczywiście musiała z bliska obejrzeć efekty pracy ekipy. Internet pozwalał na bieżąco śledzić zmiany zachodzące w jej chatce, jak czule nazywała w myślach nowy dom. Ale mimo to obawiała się, że wynik może nie do końca ją zadowolić.

Objechawszy rynek, skręciła więc w jednokierunkową uliczkę prowadzącą na drogę wyjazdową z miasteczka. Stąd po jakichś pięciu minutach powinna znaleźć się na peryferiach Bukowej Góry i dotrzeć do swojego nowego domku.

Wzdłuż pobocza zauważyła kilka dużych kamieni wyglądających tak, jak gdyby przypadkowo podrzucił je tutaj jakiś olbrzym. Otulone długimi źdźbłami traw sprawiały wrażenie gigantycznych kul do gry w kręgle. Ten widok był dość charakterystyczny, więc go zapamiętała, kiedy ostatnio tędy przejeżdżała. Kilka metrów dalej za pasmem głazów stała drewniana kapliczka. Płaskorzeźba ukryta pod niedużym daszkiem, umieszczona na grubym, sękatym słupie, z oddali przypominała domek dla szpaków, jakie często wiesza się na drzewach. Dopiero kiedy podeszło się bliżej, można było zauważyć misterną robotę artysty, który wykonał to dzieło. Z drobnych dłoni Maryi wychylały się pęki ziół i kwiatów, do złudzenia przypominających żywe.

– No i jestem prawie na miejscu! – rzuciła z entuzjazmem, wypatrując po prawej stronie nieoznakowanego skrętu w wąską drogę, wyasfaltowaną na odcinku kilkunastu metrów. Dalej ciągnęła się już szutrówka. Z tego miejsca dało się dostrzec dach chatki.

– Mój dom – powiedziała głośno i uśmiechnęła się, kiedy dotarł do niej wydźwięk tych słów.

Dom stał przy niedużym pagórku, nie był widoczny z drogi, bo przysłaniały go korony drzew starego sadu. Obok posesji jak okiem sięgnąć rozpościerały się łąki, a nieco dalej gęsty las. Z Internetu dowiedziała się, że dominowały tu buki o srebrzystej korze i wysokie graby, co tłumaczyło nazwę miejscowości – Bukowa Góra.

Góry wprawdzie tu nie było, ale falujące stonowaną zielenią, niewielkie pagórki ożywiały gdzieniegdzie monotonną równinę.

Dotarła do końca drogi. Żelazna brama z drewnianymi sztachetami była otwarta i Laura wjechała na swoją działkę. Dostrzegła samochód Głębowieckiego, więc zaczęła się rozglądać, szukając mężczyzny. Stał przy jednym z narożników domu, dotykając rynny, jakby coś sprawdzał. Zatrzymała auto i wysiadła podekscytowana. Patrzyła na dom jak urzeczona.

– Dzień dobry. – Mężczyzna wyszedł jej na spotkanie.

– Dzień dobry, panie Piotrze. – Popatrzyła na niego radośnie i zaraz znów przeniosła spojrzenie na front chatki. – Nie wierzę, wygląda jak z obrazka. I te okiennice… – Podeszła bliżej budynku i dotknęła ażurowej okiennicy z wzorem przypominającym kurpiowski. – Ta butelkowa zieleń jest idealna. Nie sądziłam, że uda je się reanimować. Były naprawdę w kiepskim stanie.

– Okna wymieniliśmy na te dębowe, które pani wybrała. Ma pani nosa, rzeczywiście idealnie zgrały się z okiennicami.

– I nawet drzwi ocalały! – Laura zbliżyła się do trzech schodków z koronkową, również odnowioną drewnianą balustradą, pokonała je jednym susem i już trzymała za klamkę. – Jest pan cudotwórcą! – zawołała z uznaniem, nie kryjąc ekscytacji.

– Hm, myślę, że trochę mnie pani przecenia. – Nieco speszony wsunął palce w jasne włosy, niedbale zaczesując je do tyłu, ale w jego niebieskich oczach dało się zauważyć zadowolenie. Zarówno podczas poprzedniego spotkania, jak i teraz sprawiał wrażenie pewnego siebie.

„To dobrze”, stwierdziła Laura, kiedy zobaczyła go po raz pierwszy. „Od razu widać, że zna się na rzeczy. Można mu zaufać”. Po chwili interesującej rozmowy jeszcze się w tym upewniła. I rzeczywiście, Głębowiecki był perfekcjonistą. Ale przede wszystkim czuł klimat, a to ważne w tym zawodzie. Kto jak kto, ale ona wiedziała o tym najlepiej.

– Wejdziemy? – Zachęcony pochwałami mężczyzna wskazał drzwi.

– Tak, nie mogę się doczekać. – Roześmiała się, nie starając się ukryć podekscytowania. Nacisnęła klamkę, a już po chwili znalazła się w kwadratowej sieni, której ściany pokrywał oranżowy tynk strukturalny. Mahoniowa posadzka ładnie komponowała się z tym odcieniem. Z boku znajdowały się kręcone drewniane schody prowadzące na poddasze. Za namową Piotra Laura zdecydowała się przerobić stryszek na dwa niewielkie pokoiki, z których na razie nie zamierzała korzystać.

Zbliżyła się do jednych z drzwi.

– No, niestety, wewnętrznych drzwi nie dało się uratować – oznajmił Piotr, widząc, że Laura przygląda się futrynie. – Tak jak pani pisałem… – Zakasłał.

– Tak, wiem. Ale te też są bardzo ładne. Orzechowy kolor pasuje idealnie, wyglądają, jakby były stare.

– Właśnie tak mają wyglądać. Jak pani już wie, udało się ocalić tylko dwoje drzwi z framugami, a troje pozostałych wymienić, ale…

– Tak, wiem, to całkiem psułoby efekt. Tak jest dobrze.

– Na pewno?

– Tak. – Zauważyła zakłopotanie mężczyzny. – Ależ pan poważny, proszę się tym tak nie przejmować. Już jestem zadowolona.

– Proszę zaczekać z takimi deklaracjami, aż pani obejrzy wszystko.

„Profesjonalista”, znów przemknęło przez głowę Laury. Wcześniej jakoś tego nie zauważyła, ale Piotr był całkiem przystojnym mężczyzną. Wysoki i postawny, ale jednocześnie emanujący wewnętrzną wrażliwością, którą dało się wyczuć w sposobie poruszania, gestach, gdy poprawiał włosy, mrużył oczy. Wydawał się wtedy dużym chłopcem, który umiejętnie odgrywa rolę dorosłego mężczyzny.

Łapiąc się na tych myślach, Laura szybko wróciła do rzeczywistości i weszła do największego z pokoi. Było idealnie, tak jak na zdjęciach, które przesłał Piotr. Po poprzedniej właścicielce została ładna biblioteczka z lekko przetartym kwiatowym wzorem na bocznych ściankach, jesionowa komoda, w której należało jedynie wymienić uchwyty, i okrągły, niski stoliczek. Właściwie, żeby pokój nabrał pełnego blasku, wystarczyło dokupić tylko sofę, fotele i kilka drobiazgów.

– Biblioteczkę ustawiłem na północnej ścianie, tak jak uzgodniliśmy. No i piecyk kominkowy… – Wskazał niedużą kozę wciśniętą w jeden z rogów pokoju. – Zamontowaliśmy ten model z kaflami, który pani wybrała.

– Dziękuję. – Laura podeszła do mężczyzny i spontanicznie złapała go za rękę. – Nawet pan nie wie, jaka jestem wdzięczna. Gdyby nie pan, to ten remont… Zorganizowanie wszystkiego zajęłoby mi o wiele więcej czasu. O ile w ogóle dałabym radę to wszystko ogarnąć.

Kiedy dotarło do niej, jak impulsywnie się zachowała, wypuściła dłoń mężczyzny. Zmieszana, starała się odwrócić uwagę od sytuacji. Uśmiechnęła się nieśmiało, po czym wyszła, kierując się do kolejnych pomieszczeń.

Nie było ich wiele, domek miał niewielką powierzchnię. Ale znajdowało się tu wszystko, czego potrzebowała do życia. W całym wnętrzu, poza kuchnią i sienią, gdzie ułożono terakotę, podłogę pokrywały ciemnobrązowe dębowe deski w najlepszym gatunku. Tylko w sypialni miały one prawie biały kolor. Laura wymarzyła sobie, żeby pokój, w którym będzie spędzała noce, był jasny. Mleczne ściany delikatnie zlewały się z podłogą. Do drewnianego łóżka po poprzedniej właścicielce idealnie dopasowany był nowy materac, którego kupnem zajął się obrotny inżynier. Drewno, z którego wykonano niewielką toaletkę, trzyszufladową komodę, potężną szafę i szafkę nocną przy łóżku, miało nieco wypłowiały odcień i Piotr już wcześniej sugerował renowację tych mebli. Laura jednak miała własny plan. Zamierzała pomalować je po swojemu. Jeszcze nie była pewna jak, ale pomysł powoli dojrzewał w jej głowie. Jako cel postawiła sobie dopieścić to miejsce w najdrobniejszych szczegółach, ale to wymagało czasu. Chciała, żeby ten stary dom ją zaakceptował. I choć czuła się tu świetnie, wiedziała, że musi trochę pomieszkać, żeby zaskarbić sobie jego łaskę.

W kuchni w całkiem dobrym stanie zachowały się śnieżnobiały kredens, sosnowy stół i cztery krzesła. Jedną ze ścian zabudowano białymi szafkami z wbudowanymi kuchenką i zlewozmywakiem. Stół stał pod dużym oknem wychodzącym na wschód. Urządzeniem kuchni również zajął się Piotr. Podobnie jak remontem łazienki, której ściany pokrywała gustowna terakota w kolorze ciemnej wanilii. Pomieszczenie było niewielkie, ale mimo to zmieściły się w nim narożna wanna, umywalka, toaleta i pralka.

Gdy Laura obejrzała wnętrze całego domu, poczuła, że opadają z niej emocje. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo się denerwowała, jadąc tutaj. Niby wiedziała, że wszystko jest w porządku, mimo to jej wewnętrzny głos szeptał przewrotnie: „A co będzie, jeśli ci się nie spodoba?! Kochana, już nie ma odwrotu!”. Czuła się wówczas niepewnie i wyrzucała sobie, że porwała się z motyką na słońce.

Teraz nareszcie wyraźnie odetchnęła i wyprosiła wewnętrznego podżegacza.

– Jest idealnie. Dokładnie tak, jak chciałam i jak to sobie wyobrażałam – powiedziała głośno, a słowa te skierowała zarówno do siebie, jak i do inżyniera.

– Cieszę się, że efekt się pani podoba. Nie ukrywam, że miałem mnóstwo obaw. – Poprawił włosy w charakterystyczny dla siebie sposób, przez co dłuższa grzywka ułożyła mu się w niewielką falę.

– Zupełnie niepotrzebnie. Jest naprawdę świetnie. Wiem, że się powtarzam, ale bez pana nie dałabym rady. Czyli wszystko wskazuje, że nadszedł kres naszej współpracy. Mam z panem do uregulowania jeszcze dwa rachunki. Najlepiej będzie, jeśli zrobimy to od razu.

– Nie spieszy się… To znaczy, proszę się najpierw zadomowić, na pewno jest pani bardzo zmęczona po podróży.

– A gdzież tam. – Roześmiała się. – Dopiero tu czuję, że odzyskałam energię.

– To dobrze.

– Zaprosiłabym pana na kawę, ale niestety, wszystko mam w samochodzie. Chyba rzeczywiście dopiero muszę się tutaj urządzić. – Zrobiła przepraszającą minę i dodała z naciskiem: – Mimo to usiądźmy w kuchni i zajmijmy się rachunkami. Nie chciałabym mieć wobec pana długu.

– Skoro pani nalega.

Przez ponad godzinę rozmawiali nie tylko o remoncie, ale też o życiu w Bukowej Górze, o jej mieszkańcach, klimacie tego miejsca, a konwersacja przybierała coraz swobodniejszy ton. Gdy inżynier opuszczał dom, dotychczas oficjalną znajomość przypieczętowali, przechodząc na „ty”.

Piotr, zanim odszedł, pomógł jej przynieść z samochodu najcięższe bagaże. A było tego sporo: cztery walizki z ubraniami, pudła ze sprzętem gospodarczym i zapakowane w duże worki poduszki i kołdra. W każdy kąt samochodu coś upchała i kiedy Piotr już odjechał, nadal wnosiła do domu drobiazgi. Dopiero po trzech godzinach od przyjazdu wyjęła z torebki komórkę i z paniką zauważyła kilka nieodebranych połączeń od mamy i jedno od Agaty.

Postanowiła mieć to z głowy i w końcu zadzwoniła do Ireny. Oczywiście nie obyło się bez reprymendy. W takich chwilach Laura czuła się, jak gdyby znów była kilkulatką. Wiele by dała, żeby na powrót poczuć się małą dziewczynką i wrócić do tamtego beztroskiego czasu. Wiele by dała, żeby wymazać z pamięci ostatnich kilka lat. Ale to nie było możliwe.

Agata też odetchnęła z ulgą, gdy usłyszała wesoły, choć trochę zmęczony głos przyjaciółki. Rozmawiały jak zwykle o nowym domu Laury, a kiedy się rozłączyły, Laura ze zdziwieniem zauważyła, że konwersacja zajęła im ponad godzinę. Wcale nie czuła, że dzieli je ponad czterysta kilometrów. Miała wrażenie, że tak jak zazwyczaj siedzą u niej na sofie i oddają się pogaduszkom, zajadając owsiane ciasteczka, które zawsze piekła Agata.

Kiedy wieczorem po raz pierwszy wykąpała się w nowej wannie, poczuła, jak opada napięcie z całego dnia, a nawet z kilku ostatnich tygodni. Założyła pościel, którą kupiła specjalnie do nowego domu. Deseń w drobne różyczki idealnie pasował do wystroju. Ale zanim się położyła, usiadła jeszcze w kuchni z kubkiem owocowej herbaty.

Dom był przytulny i z każdą chwilą czuła, że coraz bardziej go lubi. I on też ją lubił. Wiedziała o tym. Chociaż był niewielki i zdążyła poznać jego zakamarki, miała wrażenie, że jeszcze wiele jest w nim do odkrycia. Rozpakowała ubrania i ułożyła je w szafie i komodzie w sypialni. Przestawiła też kuchenne sprzęty. Kosmetyki i inne drobiazgi zostawiła jednak w pudłach, obiecując sobie, że zajmie się nimi później. No i oczywiście w pierwszej kolejności chciała zabrać się do urządzania pokoju przeznaczonego do pracy. Maleńkie pomieszczenie, które kiedyś chyba było spiżarnią, wydawało jej się idealne. Zgodnie z sugestiami Piotra w pomieszczeniu przebito okno. Wystarczyło kupić biurko, krzesło i jakiś regał. Zresztą ograniczony metraż uniemożliwiał ustawienie tam innych mebli. Laura stwierdziła, że póki co może pracować w kuchni. Świetnie się tam czuła. Stół był duży, a pomieszczenie jasne i przestronne. Poza tym kuchnia miała pewien specyficzny klimat. Gdy tylko Laura stanęła w jej progu, poczuła, że jest w domu. No i ten widok za oknem. Stary sad pełen jabłoni, grusz, śliw, wiśni i czereśni przez duże okno wyglądał jak sielski pejzaż z obrazka. Dotychczas takie krajobrazy podziwiała jedynie na zdjęciach, a teraz miała swój prywatny kawałek raju. Już wiedziała, że na pewno nie przysłoni tego okna, a co najwyżej ozdobi je krótką zazdrostką.

Widok na zewnątrz przyciągał wzrok. Wydawało się, że stare drzewa lekkim drżeniem liści chcą jej przekazać historię tego miejsca.

O domu i o poprzedniej właścicielce nie wiedziała zbyt dużo. Właściwie tylko tyle, że pani Bronia mieszkała w nim przez całe swoje dziewięćdziesięcioletnie życie, do późnej starości ciesząc się dobrym zdrowiem. Chodziła na długie spacery i miała świetny kontakt z sąsiadami, tyle powiedziała Laurze wnuczka pani Bronisławy, która po śmierci babci odziedziczyła ten dom wraz z działką i natychmiast zdecydowała się go sprzedać. Mieszkała gdzieś na północy, a chata – jak stwierdziła – nie była jej do niczego potrzebna.

Wiadomość, że kobieta, która żyła tutaj, była szczęśliwa, po części przyspieszyła podjęcie przez Laurę decyzji o zakupie. Graficzka nie wyobrażała sobie, że mogłaby mieszkać w miejscu, którego nikt nie kochał. Czuła, że kupno tego domu było doskonałym wyborem. Zawsze miała dobrą intuicję i nosa do miejsc i nowo poznanych ludzi. Prawie zawsze…

Następnego dnia obudziła się bardzo wcześnie. Na zewnątrz było już jasno, ale w sypialni, której okno wychodziło na zachód, próżno było szukać promyków budzącego się dnia. Laura z werwą wyszła z łóżka i przeciągając się, włożyła szlafrok. W końcu się wyspała. W Warszawie przeważnie zarywała noce, a kiedy akurat kładła się wcześnie, nie mogła usnąć. Lubiła pracować o zmroku, kiedy wszystko się wyciszało i spowalniało. Można było to odczuć zwłaszcza na gwarnym za dnia osiedlu.

Podeszła do okna i rozchyliła je szeroko. Do pokoju wniknął poranny chłód. Przy zachodnim ogrodzeniu rosły dwa krzewy czarnego bzu, które teraz, w bladym jeszcze świetle budzącego się dnia, błyszczały wilgocią niewielkich ciemnych kuleczek. Pomiędzy nimi rozpierał się bujny krzak dzikiej róży obsypany drobnymi koralowymi owocami. Za siatką rozciągała się łąka, a w oddali zielenił las. Laura przeciągnęła się ponownie, domknęła lekko okno i wyszła do kuchni. Najpierw zagotowała wodę. Miała ochotę na kawę. Stwierdziła, że skoro już się obudziła, szkoda byłoby tracić czas na leżenie w łóżku, choć materac – wybrany na chybił trafił przez Internet – okazał się strzałem w dziesiątkę, był bardzo wygodny.

Ten poranek w ogóle był nietypowy i nie tylko dlatego, że po raz pierwszy rozpoczynała dzień w nowym domu. Jej organizm też zachowywał się inaczej niż zwykle. Gdy otwarła lodówkę, od razu poczuła, że jest głodna, choć zazwyczaj śniadania jadała dopiero tuż przed południem, co oczywiście było uzasadnione późnymi pobudkami. Choć półki świeciły pustkami, znalazła jeszcze kilka plasterków szynki, którą przywiozła z Warszawy. Miała też spory zapas pieczywa, więc szybko przygotowała kanapki, a potem równie szybko je zjadła. Rozpierała ją energia. Ruszyła do sypialni i zaczęła myszkować w szafie. Wyjęła dżinsy, podkoszulek i ciepły sweter ze śliwkowej wełny. Poranek, chociaż słoneczny, był dość chłodny. Na termometrze zauważyła niewiele ponad dziesięć kresek. Umyła się i przewiązała włosy jedną ze swoich opasek z kolorowej tkaniny. Miękkie fale opadły na ramiona Laury, błyszcząc miedzianym blaskiem. W sieni otworzyła jedno z dotychczas niewypakowanych pudeł i wyjęła skórzane buty trekkingowe, odpowiednie do górskich wędrówek. Wprawdzie wcześniej nie mieszkała na wsi, nie miała nawet rodziny na prowincji, ale mogła się jednak domyślić, że skąpane w rosie dzikie ścieżki kryją wiele niespodzianek. Włożyła je i wyszła na zewnątrz, wcześniej z sentymentem rzucając okiem na białe conversy, których od dawna nie miała na nogach.

Wczoraj wprawdzie przyjrzała się najbliższemu otoczeniu, ale z nadmiaru wrażeń jej uwadze umknęło wiele szczegółów. Postanowiła więc jeszcze raz wszystko dokładnie obejrzeć.

Słońce nieśmiało dotykało liści winorośli oplatającej niewielką ażurową werandę, na którą wychodziło się z kuchni. Przy balkonowym oknie stała prosta ławeczka, a obok niej nieduży kwadratowy stół. Jak większość sprzętów w domu, również i te zostały po poprzedniej właścicielce. I co najważniejsze, zachowały się w dobrym stanie. Oczywiście Laura miała w związku z tymi przedmiotami całą masę pomysłów, które jednak musiały poczekać na odpowiedni moment. Nie była w stanie zrobić wszystkiego naraz, choć aż paliła się, żeby sięgnąć po farby i nadać tym sprzętom nowy kolor. Ileż miała zapału!

Sad o poranku też wyglądał magicznie. Nie był duży, rosło w nim zaledwie kilkanaście drzew. Rozłożyste konary jabłonek o bulwiastych pniach obejmowały się z niskimi czereśniami, a pomiędzy nimi rozpychały się grusze i śliwy. Lśniące owoce kusiły dojrzałą barwą, wychylając się spomiędzy listowia. Gęsta trawa gdzieniegdzie udeptana na kształt wijącej się ścieżki wciąż miała ładny, nasycony odcień. Laura przez kilka minut przechadzała się między drzewami, tak jak gdyby witała się z każdym z nich. Zaraz potem wróciła pod drzwi wejściowe domu. Na szczęście te charakterystyczne podwoje z rzeźbieniami po bokach też udało się odrestaurować i teraz stanowiły piękną wizytówkę domu, przyciągając gości odcieniem butelkowej zieleni i okrągłą buzią cherubinka uśmiechającego się z mosiężnej kołatki.

– Piękna ta moja chatka. – Laura, uśmiechając się, zatrzymała wzrok na rozwartych okiennicach. Potem jeszcze raz obeszła dom. W rogu działki stał nieduży budynek gospodarczy, gdzie, jak zdążyła się zorientować, piętrzyły się jakieś graty. Ale z doświadczenia wiedziała, że taki składzik jest niezwykle potrzebny. W warszawskim mieszkaniu brakowało jej podobnego miejsca i nawet trzy pawlacze w przedpokoju nie mogły pomieścić przedmiotów, z którymi nie potrafiła się rozstać. Znów wróciła do wejścia i zamknęła drzwi na klucz. Ruszyła do furtki.

Kamienno-piaszczysta droga wiła się najpierw w dół, a potem znów w górę łagodnego wzniesienia. Po obu stronach ciągnęły się łąki. Laura szła, podśpiewując wesoło. Od dawna jej się to nie zdarzało. Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni miała dobry humor. Nieustannie zagłuszała wewnętrzny głos, coraz częściej uciekając w pracę, ale to przynosiło tylko chwilową ulgę. Bo zanim sięgnęła po następny projekt, na dnie serca znów czuła to samo rozdzierające cierpienie i tęsknotę. Ten ból ją porażał i nie było na niego lekarstwa. Przekonała się o tym przez ostatnie sześć lat. Wciąż szukała, ale nie znalazła…

A teraz od kilku chwil miała wrażenie, że znów jest normalnie. Nie żeby zapomniała o tym, co wydarzyło się w jej życiu. To było niemożliwe. Zmieniło jej świat o sto osiemdziesiąt stopni. Zmiażdżyło ją. Omal przez to nie umarła, ale póki co po tych wszystkich smutnych latach naznaczonych rezygnacją nadal żyła. A raczej uczyła się żyć. Wciąż od nowa…

Gdy weszła na pagórek, zatrzymała się. Popatrzyła przed siebie jak urzeczona. Wijąca się dotąd piaszczysta droga teraz biegła prosto, a po obu jej stronach ciągnęły się szerokie połacie wrzosowisk. Drobne kwiaty prężyły się do słońca na smukłych łodyżkach, przywodząc na myśl niewielkie koraliki nawleczone na zielone sznureczki. Nigdy wcześniej nie widziała miejsca, które zachwyciłoby ją równie mocno. Ruszyła dopiero po kilku minutach, nie przestając upajać się krajobrazem. Wiejska droga z każdym kolejnym metrem odkrywała przed nią nowe elementy pejzażu. Jeszcze z daleka ujrzała coś niewielkiego, mieniącego się odcieniem jasnego błękitu. Przyspieszyła kroku, ciekawa, co zastanie na miejscu. Kiedy po kilku minutach dotarła do celu, przekonała się, że widoczna z oddali niebieska plamka jest małą kapliczką.

Kapliczka wyglądała na wiekową. Pomalowana błękitną, miejscami łuszczącą się farbą, sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała upaść, jednak widać było, że ktoś wciąż o niej pamięta. Smukłą figurkę Maryi ozdobiono kwiatami wstawionymi do fajansowego wazonika. Obok palił się szklany lampion.

Kilkadziesiąt metrów dalej po obu stronach drogi rozpościerał się brzozowy zagajnik. Laura ruszyła w tamtym kierunku. Minąwszy młodniak, zauważyła w oddali szklącą się taflę jeziora. Znajdowało się około kilometra od miejsca, gdzie stała, i przez dłuższą chwilą mierzyła się z pokusą, żeby iść w tamtym kierunku. W końcu skręciła jednak w bok i poszła w stronę lasu porastającego niewielkie wzgórze. Oprócz buków i grabów tworzyły go brzozy, dęby, sosny, a także dzikie jabłonie. Pachniało wilgocią i wczesną jesienią, a miejsce wyglądało, jak gdyby budziło się do życia. Zbliżyła się do jednego z buków i oparła o jego potężny pień. Przymknęła oczy, głęboko oddychając. To było niesamowite, tylko odgłosy ptaków, szelest ściółki i nieznajome dla niej dotychczas dźwięki sprawiły, że poczuła się częścią tego wszystkiego. Tak, miała świadomość, że ten las też ją zaakceptował. A nawet polubił.

Przedpołudnie przeznaczyła na porządki. Później zamierzała wybrać się do miasteczka.

Rozpakowała resztę pudeł, ulubione książki znalazły miejsce na biblioteczce w salonie i wyglądało na to, że wszystko w końcu jest tam, gdzie trzeba. Zaparzyła kawę, wyjęła z szafki ostatni kawałek orzechowej czekolady, wzięła notes i długopis, po czym wyszła na werandę. Miała zamiar zrobić listę spraw, które powinna załatwić w pierwszej kolejności, i sprzętów, które należało kupić.

Teraz było już naprawdę ciepło. Słońce ogrzewało ażurowe deski balustrady i wślizgiwało się pod daszek werandy. Zdjęła sweter, zawiesiła go na ławeczce i spojrzała przed siebie na ogrodzenie, obok którego jeden przy drugim rosły smukłe słoneczniki z dużymi główkami. Chwyciła długopis i przewertowała kartki notatnika, szukając czystej strony. Wtem od drogi usłyszała jakiś hałas. Wstała, zeszła ze schodków werandy i czujnie popatrzyła w kierunku bramy. Nie zauważyła niczego, co wzbudziłoby jej niepokój. Mimo to ruszyła w tamtą stronę. Otworzyła furtkę i wyszła na drogę. Nagle zobaczyła chłopczyka, mniej więcej dziewięcioletniego, zmierzającego w stronę głównej szosy. Widok samotnego dziecka wzbudził jej niepokój. Ruszyła za nim. Nie zdążyła przejść nawet kilku metrów, kiedy chłopiec się zatrzymał i odwrócił w jej stronę. Przypatrywał się jej z oddali, jakby zastanawiał się, co zrobić. Odruchowo uniosła rękę i pomachała. To go widocznie ośmieliło, gdyż ruszył w jej kierunku.

– Dzień dobry. – Dziecko uśmiechnęło się do Laury, a jego szare, lekko skośne oczy, charakterystyczne dla ludzi z zespołem Downa, patrzyły na nią nie tylko z ufnością, ale i z dużą ciekawością.

– Dzień dobry – odpowiedziała Laura wesoło, jednocześnie rozglądając się za jego opiekunem. Nie dostrzegła nikogo, więc od razu spytała: – Jesteś tutaj sam?

– Nie. – Chłopczyk się roześmiał. Wydawał się bardzo zadowolony.

– A gdzie mieszkasz? – Laurze coś nie pasowało w tej sytuacji, nie wiedziała, jak rozmawiać z dzieckiem. Brała pod uwagę, że chłopiec mógł sam wyjść z domu i się zgubić. W najbliższej okolicy nie było jednak żadnych budynków.

– Tam. – Dziecko zatoczyło ręką koło.

– Tam? – Spojrzała w stronę łąki.

– U mamy Hani – wyjaśnił z rozbrajającą szczerością.

– To może ja cię odprowadzę do mamy… tam, gdzie mieszkasz? – zaproponowała, przyjmując na siebie rolę opiekunki.

– Tak. – Wyraźnie się ucieszył. – Babcia i dziadek dadzą ci czekoladę. Tylko im nie mów, że wrzucałem kamienie do jeziora. Będą źli i nie pozwolą mi się bawić z Jarkiem.

– Kim jest Jarek? – Starała się wyciągnąć od chłopca jak najwięcej informacji.

– To mój kolega – oznajmił z dumą.

– Aha. – Znów rozejrzała się czujnie. – A gdzie on teraz jest?

– Ma ważne sprawy. – Chłopiec popatrzył w stronę pagórka, za którym rozciągały się wrzosowiska i jezioro.

– Jeśli powiesz mi dokładnie, gdzie mieszkasz, to cię odprowadzę, dobrze? Wydaje mi się, że o tej porze powinieneś być w szkole.

– W szkole jest nudno, a w domu mama każe mi siedzieć w pokoju i pić lekarstwa.

– Czy mama wie o tym, że wyszedłeś? – Popatrzyła na chłopczyka nieustępliwie, czekając na odpowiedź.

Wzruszył ramionami.

– No dobrze, to może lepiej chodźmy już do twojej mamy. Mam przeczucie, że bardzo się o ciebie martwi. – Laura zmarszczyła brwi, przypatrując się dziecku, ciekawa jego reakcji. – Jak masz na imię? – spytała jeszcze, uznając, że właściwie od tego powinna zacząć.

– Michał, ale oni mówią na mnie Misiek.

– Oni?

– Mama Hania, babcia i dziadek.

– Ja jestem Laura. – Z uśmiechem wyciągnęła do chłopca rękę. – To jak, idziemy?

Przytaknął i pomału ruszyli przed siebie.

Zastanawiała się, czy nie powinna wziąć samochodu, w końcu nie wiedziała, jaka odległość dzieli ich od miejsca zamieszkania chłopca. Miała nadzieję, że po drodze wyciągnie jeszcze od Michałka jakieś informacje, choć najrozsądniej byłoby spytać o dziecko kogoś z okolicy. W końcu to była taka maleńka miejscowość, gdzie każdy o każdym sporo wiedział.

– Chce mi się pić. – Usłyszała po przejściu kilku kroków.

Chłopiec się zatrzymał i potarł ręką czoło, sprawiając wrażenie znużonego.

– Możemy iść do mnie, zrobię ci herbatę. Mieszkam w tym domu. – Pokazała na czubek dachu wychylający się zza sadu.

– Taak – ucieszył się.

Kiedy znaleźli się w domu, Michałek wygodnie rozsiadł się przy kuchennym stole i popatrzył w okno, a ujrzawszy za szybą sójkę, roześmiał się i wymachując rękami, niewyraźnie coś do niej powiedział.

Laura postawiła przed nim kubek herbaty.

– Może jesteś głodny? – W myślach pospiesznie przejrzała zawartość lodówki i kuchennych szafek.

W odpowiedzi chłopiec przytaknął.

– Mam tylko chleb i szynkę. Dopiero co się tutaj wprowadziłam i nie zdążyłam jeszcze zrobić zakupów.

– Chcę kromkę z szynką – zdecydował natychmiast chłopiec.

Laura przygotowała dziecku kanapkę i podała mu ją.

– Proszę, jedz wolno, żebyś się nie zakrztusił – upomniała go.

Z każdą kolejną chwilą dopadało ją coraz więcej wątpliwości. „Przecież ja w ogóle nie powinnam zapraszać tu tego małego. Nie wiadomo, co na to jego rodzice. W dzisiejszych czasach w zasadzie można oskarżyć wszystkich o wszystko”. Z obawą spojrzała na drzwi. „Pewnie już go szukają. Powinnam jak najszybciej zaprowadzić go do domu. No właśnie… Tylko gdzie jest jego dom?” Niecierpliwie patrzyła, jak chłopczyk przełyka kolejne kęsy kanapki. Jadł z dużym apetytem, musiał być bardzo głodny. Gdy tylko wypił ostatni łyk herbaty, Laura zaproponowała:

– To jak, Michał, idziemy do twojego domku?

– Tak, idziemy. Pokażę ci drogę. Dziadek na pewno da ci czekoladę. – Zrobił zabawną minę, wygładzając ściągacz czerwonej bluzy z nadrukiem samochodu wyścigowego.

„Co on ma z tą czekoladą?”, pomyślała Laura, kiedy wyszli już za próg i zamykała dom.

– Na pewno znasz drogę? To daleko?

Potwierdził, kiwając głową.

– A jak wygląda twój dom? – spytała, kiedy znaleźli się w pobliżu głównej szosy.

Chłopiec popatrzył na nią tak, jakby nie wiedział, o co go pyta. Po chwili jednak odpowiedział.

– Mama Hania, babcia i dziadek. – Zatrzymał się i ufnie na nią popatrzył.

– Co mama Hania, babcia i dziadek? – nie zrozumiała.

– To mój dom. – Uśmiechnął się rozbrajająco.

– Ach tak. W takim razie chodźmy do nich. Na pewno bardzo się o ciebie niepokoją.

Kiedy znaleźli się na głównej drodze, Michał wskazał palcem na wieżę górującą nad miasteczkiem.

– To tam – dodał jeszcze.

– Mieszkacie w centrum? – Spojrzała z obawą. Do rynku pewnie trzeba było iść około pół godziny, a Michał już wcześniej wydawał się zmęczony. – To daleko stąd. Dasz radę dojść?

– Tak – zapewnił pogodnie.

Tak jak przypuszczała, dojście do Bukowej Góry zajęło im czterdzieści minut. Gdyby szła sama, pewnie pokonałaby tę trasę znacznie szybciej, ale w obecnej sytuacji musiała dopasować tempo do Michałka.

Do miasteczka wchodziło się przez średniowieczną bramę połączoną z fragmentem muru obronnego. Laura odniosła wrażenie, że chłopczyk doskonale się tu orientuje. Teraz to on prowadził, a ona szła tuż za nim. Przez okno samochodu wszystko wyglądało niezwykle, ale teraz, kiedy mogła przyjrzeć się temu z bliska, była oczarowana. Niewątpliwie Bukowa Góra należała do tych niewielkich urokliwych miasteczek z duszą, gdzie przeszłość miesza się z teraźniejszością, a mieszkańcy dbają, żeby pamięć o historii tego miejsca nigdy nie znikła.

– Daleko stąd jest twój dom? – spytała, idąc obok Michałka jedną z wąskich uliczek prowadzących do rynku.

– Tam. – Wycelował palec w górującą ponad dachami kamienic gotycką wieżyczkę. – Chodź. – Pociągnął Laurę za rękę.

„Mam nadzieję, że wiesz, gdzie mieszkasz”. Laura pewniej chwyciła jego rękę, dając mu się poprowadzić.

Dwie kamienice rozdzielała wieża zabezpieczona siatką. Niestety, można ją było podziwiać tylko z zewnątrz, gdyż nadwątlona upływem czasu konstrukcja groziła zawaleniem.

Michał przyspieszył kroku, niemal ciągnąc Laurę za sobą. Wtem przy jednej z bram Laura zauważyła platynową blondynkę w widocznej z daleka jaskraworóżowej sukience ledwie zakrywającej pośladki i w butach na niesamowicie wysokich obcasach. Jej kiczowaty, niemal wulgarny ubiór oczywiście od razu zwrócił uwagę Laury, bardziej jednak zaciekawiło ją, dlaczego dziewczyna tak obcesowo jej się przygląda. Gdy się mijały, właścicielka zbyt mocno wytuszowanych rzęs, obciągając kusy strój, uśmiechnęła się przyjaźnie w taki sposób, jakby chciała zagadać. Laura nieśmiało odwzajemniła uśmiech.

– Cześć, Michałku – odezwała się do dziecka blondynka.

– Cześć – bąknął cicho, spoglądając na nią nieufnie, po czym mocniej chwycił Laurę za rękę.

Chciała coś powiedzieć, ale Michałek pociągnął ją za sobą. Spojrzała na blondynkę z zakłopotaniem i już po chwili podporządkowała się przewodnikowi.

– Miłego dnia – usłyszała jeszcze głos tamtej.

Odwróciła się przez ramię, rzucając w pośpiechu:

– Wzajemnie. – I już pędziła za chłopczykiem, który wypuścił jej rękę i przyspieszył kroku. Po chwili znów szli razem, z zainteresowaniem przypatrując się mijanym wystawom.

Zatrzymali się przy jednej z kamienic z okazałą witryną, w której na gustownym stoliczku nakrytym koronkową serwetą piętrzyły się stosy pralinek. Laura uniosła głowę, spoglądając na mosiężny szyld, zawieszony na łańcuszku między wystawą a drzwiami.

– Złote Serce – przeczytała, wciąż zadzierając głowę.

W tym czasie Michał już łapał za klamkę i otwierał przeszklone drzwi, pośrodku których zawieszony był niewielki wianuszek z kremową kokardką, upleciony z jasnoróżowego wrzosu. Gdy Laura zorientowała się, że chłopczyk wszedł do środka, ruszyła za nim.

– Dzień dobry – przywitała się, widząc na oko siedemdziesięcioletnią pulchną kobietę. Starsza pani miała siwe krótkie włosy ułożone w ładne fale i biały haftowany fartuszek przypominający sukienkę. Spod niego wystawały kolorowe rękawy bawełnianej bluzki i wzorzysta spódnica. Na pierwszy rzut oka kobieta wyglądała jak postać z muzeum regionalnego. Wnętrze też miało staroświecki wystrój, a wokół unosił się zapach czekolady.

– Dzień dobry – przywitała radośnie gościa. – Czym mogę służyć?

Laura rozejrzała się po wnętrzu, w którym stało kilkanaście drewnianych stoliczków. Część z nich była zajęta. Aromat czekolady sprawił, że dziewczyna głośno przełknęła ślinę i oblizała usta. Zanim się odezwała, jeszcze przez chwilę wodziła wzrokiem po pomieszczeniu. Pralinki w rozmaitych kształtach zawinięte w różnokolorowe złotka, większe i mniejsze tabliczki czekolady, pękate serca i uśmiechnięte anioły zamknięte w kilku gablotach tworzyły niesamowitą mozaikę. Aż chciało się po nie sięgnąć.

– Przyprowadziłam chłopczyka… Michałka – odpowiedziała Laura z lekkim zakłopotaniem i rozejrzała się za chłopcem. Niestety, dziecka nie było widać.

– Michałka? – Starsza pani bacznie jej się przypatrywała.

– Spotkałam go niedaleko mojego domu, a to kawałek od miasteczka… – Laura urwała, zauważając niepokój na twarzy starszej pani.

Kobieta odwróciła się i podeszła do uchylonych drzwi za kontuarem.

– Haniu! Haniu! – zawołała, a zaraz potem odwróciła się do Laury.

Po chwili w drzwiach pojawiła się szczuplutka blondynka z lekko falowanymi, sięgającymi ramion włosami. Sprawiała wrażenie zniecierpliwionej.

– Co chciałaś, mamo? – Potarła czoło i na chwilę oparła się plecami o framugę.

– Kochanie, pani mówi, że przyprowadziła Miśka. Podobno znalazła go kawałek za miastem. Wiesz coś o tym?

Blondynka pobladła i szybko podeszła do lady.

– Dzień dobry – przywitała się z Laurą.

Laura w kilku zdaniach wyjaśniła sytuację.

– O Boże! – wyrwało się jasnowłosej kobiecie. – Przepraszam, muszę coś sprawdzić! – Uśmiechnęła się nerwowo i już po chwili była za drzwiami.

Laura westchnęła, poczuła się niezręcznie. Cofnęła się do wyjścia, a wtedy starsza pani, dotąd zajęta rozmową z klientem, zatrzymała ją.

– A gdzież to nam pani już ucieka? – Tym razem uśmiechnęła się serdecznie.

– Nie chcę przeszkadzać – odrzekła zmieszana Laura.

– Napije się pani czekolady? – Kobieta przyglądała się Laurze spokojnie, opierając się rękami o kontuar. – Oczywiście na koszt firmy – dodała żartobliwym tonem.

– Tak, chętnie. – Laura wciąż czuła się skrępowana, ale propozycja nieco ją ośmieliła.

Starsza pani odwróciła się, sięgając po brązowy kubek stojący na jednej z półek obok dużego ekspresu do kawy.

– Z mlekiem? – Spojrzała na Laurę.

– Tak – potwierdziła dziewczyna.

Kobieta wlała do kubka mleko, przez chwilę podgrzewała je za pomocą dyszy, wsypała czekoladę i znów podgrzała do całkowitego rozpuszczenia.

– Proszę bardzo. – Postawiła przed Laurą naczynie z aromatycznym napojem i kilka pralinek o różnych smakach na talerzyku. – A to na osłodę w ramach podziękowania. Choć muszę przyznać, że nie za bardzo wiem, co się stało. Mam nadzieję, że Hania nam to zaraz wyjaśni.

– Nie trzeba, ja… – Laura odruchowo wsunęła rękę do torebki, chcąc wyjąć portfel.

– To prezent ode mnie na dobry początek dnia. – Kobieta odwróciła się i spojrzała na okrągły ścienny zegar w drewnianej obudowie. – Albo raczej popołudnia – dodała z uśmiechem. – Jak wchodzę do naszej kawiarenki, całkowicie tracę poczucie czasu. Proszę usiąść i się napić.

– Dziękuję bardzo. – Laura wzięła tackę z kubkiem i talerzykiem i ruszyła do pierwszego wolnego stolika. Zajęła miejsce przy ścianie, oparła się wygodnie i dopiero teraz odetchnęła. Chwyciła naczynie i napiła się czekolady. Jej wzrok wciąż uciekał w stronę kontuaru, gdzie krzątała się sympatyczna starsza pani, ale bardziej wypatrywała Hani, która, jak się domyślała, była mamą Michałka. W końcu blondynka pojawiła się za bufetem. Zaraz za nią z zaplecza wyszedł Michał. Oboje ruszyli do stolika Laury.

– Michałku, przeproś panią i podziękuj, że się tobą zaopiekowała. – Hania przesunęła się, robiąc miejsce synkowi, który teraz stał naprzeciw Laury.

– Może usiądziecie obok mnie? – Laura poczuła się zakłopotana.

Hania odsunęła krzesło, na którym jej synek zaraz się usadowił. Sama zajęła miejsce naprzeciw Laury.

– Przepraszam i dziękuję za kanapkę z szynką – rzekł Michał z miną pełną powagi, patrząc wprost na Laurę.

Graficzka zwróciła się do niego.

– Było mi bardzo miło cię gościć, Michałku. Mam nadzieję, że jeszcze mnie kiedyś odwiedzisz.

– O nie! – wypaliła Hania, ale szybko się zreflektowała. – Przepraszam, nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. To znaczy… Nie to miałam na myśli. Michał nie może sam wychodzić z domu. Ostatnio jednak… – westchnęła i odwróciła się w stronę kontuaru.

Stał przy nim starszy mężczyzna z bujną siwą czupryną i dobrodusznym spojrzeniem ciemnych oczu. Kiedy Michaś go zauważył, natychmiast wstał i do niego pobiegł.

– Michał, nie dokończyliśmy rozmowy! – upomniała go mama, ale chłopczyk już przytulał się do starszego pana. – Przepraszam! Przepraszam za niego i za siebie. Michaś… On czasami nie zachowuje się tak jak dzieciaki w jego wieku. Zresztą, sama pani rozumie. – Hania spojrzała na Laurę z lekkim skrępowaniem.

– To bardzo mądry chłopczyk – powiedziała Laura z przekonaniem. – Sam mnie tutaj przyprowadził.

– Jest pani bardzo miła, nie wiem, jak mam się pani odwdzięczyć. Ta cała sytuacja… Ostatnio jakoś wszystko wymyka mi się spod kontroli. – Hania spojrzała w stronę kontuaru ze smutną miną.

– Przez to zamieszanie nawet się nie przedstawiłam. Hania jestem. – Wyciągnęła do Laury drobną dłoń.

– Laura.

Hania oparła się o krzesło. Było widać, że z każdą chwilą opada z niej napięcie.

– Jeszcze raz ci dziękuję. To moja wina, zostawiłam Miśka bez opieki i wyszłam do pracowni. Mamy teraz straszne urwanie głowy. Powinnam była iść na górę i sprawdzić, czy wszystko w porządku. Myślałam jednak, że tata go przypilnuje. – Zerknęła z czułością na siwiutkiego pana, do którego przytulał się jej syn. – Zapomniałam, że tata miał dzisiaj wizytę u lekarza, a Misiek… On ostatnio miewa różne dziwne pomysły. Nie powinnam go spuszczać z oczu – przyznała Hania z głębokim wyrzutem w głosie.

– Haniu, czy Michałek w ogóle powiedział ci, gdzie go znalazłam?

– Tak. – Hania znów westchnęła. – Aż skóra mi cierpnie na samą myśl, że sam pokonał tę trasę.

– A może nie był sam… To znaczy, kiedy go spotkałam niedaleko mojego domu, szedł w pojedynkę, ale…

– Ale co?

– Michałek mówił, że wrzucał kamienie do jeziora i…

– Na miłość boską, co to dziecko jeszcze wymyśli?! Jak on tam w ogóle trafił?!

– No właśnie, obawiam się, że ktoś mógł go tam zaprowadzić. Michał wspominał coś o jakimś koledze, Jarku, z którym ponoć nie pozwalacie mu się przyjaźnić. – Laura ściszyła głos. Trochę głupio się czuła, wyjawiając tajemnicę Michałka, nawet jeśli było to tylko dla jego dobra.

– Wiedziałam! – Hania ze zdenerwowania aż się podniosła. – Ten łobuz… ten… ten… Uwziął się na naszego Miśka i nie daje mu spokoju. Przychodzi tu czasem i udaje wielką przyjaźń, a za plecami wyśmiewa się z mojego syna. – Posmutniała. – A jak już pewnie sama zauważyłaś, Misiek jest bardzo ufny i naprawdę niewiele potrzeba, żeby go wywieść w pole.

– Przykro mi – rzekła Laura i w przypływie współczucia miała ochotę chwycić Hanię za rękę, jednak w ostatniej chwili się powstrzymała, uważając, że byłaby to zbyt duża poufałość.

– A rozmawiałaś z rodzicami tego chłopca?

– Wychowuje go tylko babcia i, niestety, ma z nim krzyż pański. Chłopak jest zaledwie rok starszy od Michała, ale kłopoty sprawiał już jako małe dziecko. Żal mi pani Bieleniakowej, babci Jarka. Nie dość, że córka zostawiła jej dzieciaka na wychowanie, a sama gdzieś hula po świecie, to jeszcze zdrowie u pani Józi nie takie jak trzeba. Już nawet nie mam sumienia iść do niej i skarżyć się na tego urwisa, bo to i tak, jakby grochem o ścianę rzucać. On nic sobie nie robi z jej pouczeń. Kiedy pomyślę, na co naraził Miśka, jestem na niego naprawdę wściekła! – Hania była jednocześnie zmartwiona i wzburzona. – Dostałam porządną nauczkę. Jak mogłam nie zauważyć, że moje dziecko wyszło z domu? Gdyby coś mu się stało, to…

– Ale nic się nie stało – przerwała te lamenty Laura. – To mądry chłopiec, na pewno nie zrobiłby nic nierozsądnego.

– Dziękuję. – Hania popatrzyła na Laurę z wdzięcznością. – Nawet nie wiesz, jak bardzo potrzebowałam tych słów. Po tym, co się stało, będę miała oczy i uszy szeroko otwarte i więcej nie zostawię mojego synka, jeśli wcześniej się nie upewnię, że ma opiekę. Wiesz, tutaj niby wszyscy jesteśmy na miejscu, ale jednak pochłonięci pracą. Mieszkamy nad kawiarnią, a tuż obok, za tą ścianą – uniosła głowę i spojrzała na drzwi za kontuarem – jest pracownia, gdzie robimy czekoladę.

– Czyli te wszystkie łakocie to wasze wyroby? – Laura popatrzyła na gablotę wypełnioną słodkościami.

– Tak, nasza mała rodzinna fabryczka czekolady działa już od prawie stu lat. Pradziadkowie otwarli ją jakoś zaraz po pierwszej wojnie.

– Cudowne miejsce. – Laura przesunęła ręcznie robioną okrągłą serwetę, na której stała gliniana doniczka ze świeżym wrzosem. Pozostałe stoliki też były podobnie udekorowane.

– Tak, też tak sądzę. – Hanna uśmiechnęła się, tym razem na luzie.

Przez chwilę nic nie mówiła, tylko wpatrywała się w wystawę.

– Czyli to ty jesteś ta nowa? – W oczach Hani pojawił się figlarny błysk.

– Nowa? – Laura uniosła wzrok znad kubka.

– Już od dawna całe miasteczko trąbi, że do chaty starej Bronki ma się wprowadzić jakaś warszawianka. Jestem dumna, że poznałam cię jako jedna z pierwszych – ciągnęła matka Michałka żartobliwym tonem.

– Aż tak sławna jestem w tych stronach? – zażartowała Laura, ale nie była pewna, czy to powszechne zainteresowanie jej schlebia, czy raczej powinno martwić.

– No, kochana, w małych miasteczkach tak już jest, że wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. Nawet jeśli obiekt zainteresowania nie ma

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Copyright © by Dorota Gąsiorowska

Projekt okładki

Anna M. Damasiewicz

Fotografia na okładce

Copyright © Nina Masic / Trevillion Images

Redakcja

Dorota Pacyńska

Opieka redakcyjna

Monika Kucab

Agata Pieniążek

ISBN 978-83-240-4850-2

30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

E-mail: promocja@miedzy.slowami.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Karminowe serce Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami Melodia zapomnianych miłości Antykwariat spełnionych marzeń Primabalerina Marzenie Łucji 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy