Kłamca 1. Wydanie III

Kłamca 1. Wydanie III

Autorzy: Jakub Ćwiek

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 18.50 zł

Jest jeden Bóg To znaczy był, bo odszedł i dziś nikt nie wie, gdzie się podziewa.

Zanim jednak zniknął na dobre, dał ludziom wyobraźnię, wolną wolę i siłę wiary, a ci wykorzystali owe dary, by stworzyć sobie nowych bogów, półbogów, tytanów i innych, którzy zasiedlili ziemię i wprowadzili nowe porządki.

Aniołowie potrzebują sojusznika, którego nie obowiązują ich rygorystyczne zasady i prawa. Kogoś, kto pomoże im wygrywać w toczących się na ziemi starciach i bez problemu odnajdzie się zarówno pośród istot mitycznych, jak i współczesnych ludzi.

Wybór archaniołów pada na Lokiego, boga ognia i kłamstwa z panteonu Asów. Współpraca zaczyna się obiecująco, ale czy ktoś taki jak on da się długo trzymać na krótkiej smyczy?

 

Kubie musiało nie być łatwo stawać przez lata samotnie naprzeciw wielkiej hollywoodzkiej machiny i udowadniać, że Loki to fajny, ale zupełnie inny gość niż ten, którego znamy z ekranizacji komiksów Marvela. I udało się. Jak Ćwiek to zrobił? Tak samo jak ci z Hollywood. Kłamał.

Kamil Śmiałkowski, publicysta, scenarzysta

Loki wraca odświeżony i poprawiony, ale cały czas z szelmowskim uśmiechem na ustach. I co najważniejsze – żaden dupek nie zabija go na początku książki. Z tym Lokim nie miałby szans!

Jakub Poczęty-Błażewicz, stand-uper

 

Jakub Ćwiek

Człowiek, który nie potrafi usiedzieć w miejscu. Pisarz, komik stand-upowy, publicysta, podróżnik. Autor ponad dwudziestu książek, a także licznych opowiadań, słuchowisk, artykułów, sztuk teatralnych i scenariuszy. Najbardziej znany ze stworzenia uniwersum Kłamcy, do którego właśnie powraca, wydając „wersję reżyserską”. Rozwija też konsekwentnie światy, w których prym wiodą Chłopcy – dorośli pomagierzy Piotrusia Pana – czy polscy superbohaterowie Zawisza Czarny i Dreszcz.

 

Od autora:

Gdy byłem dzieciakiem i miałem tyle lat, co obecnie mój syn, czyli jedenaście, „pracowałem” w wypożyczalni kaset wideo jako doradca klienta. Ludzie z początku dziwili się, że gówniarz podpowiada im, niemal zawsze trafnie, we wszystkim oprócz porno (na to potrzebowałem jeszcze z rok, może dwa lata), ale korzystali z moich porad. A ja dostawałem garść miedziaków i świeżutkie nowości jako pierwszy. Oglądałem wszystko i wszystko to wsiąkało we mnie, zostawiając trwały ślad. Szczególnie westerny, akcyjniaki, komedie sensacyjne pokroju Zabójczej broni i oczywiście horrory, jak chociażby Armia Boga. W filmowych światach spędziłem więcej dzieciństwa niż w tym prawdziwym.

Dlatego gdy ktoś pyta mnie dziś, czym jest ta książka, mój literacki debiut w nowej, poprawionej odsłonie, odpowiadam: to wyśniona wypożyczalnia kaset wideo zamknięta na trzech setkach stron. Taka, w której możecie siedzieć do rana!

Aniołom, tym prawdziwym,

najbliższym… codziennym

PROLOG

ANIOŁ STRÓŻ

Chicago

Przypadkowe wersy na otwartej na chybił trafił stronie Pisma. Tak zwykł przemawiać Bóg.

„Ale Boga już nie ma”, skarcił się w myślach, „a ja i tak nie mam wyboru”.

Mimo to uniósł głowę i wlepił wzrok w światła ulicy za szybą. Jego dłonie rozwarły okładki, otwierając księgę na nieoznaczonej wcześniej stronie, a następnie palec wskazujący prawicy dotknął liter. Mężczyzna pochylił głowę nad Księgą, dopiero gdy miał pewność, że wybór się dokonał. Przeczytał na głos wylosowane słowa z Ewangelii:

– Wy macie diabła za ojca i chcecie spełniać pożądania waszego ojca. Od początku był on zabójcą i w prawdzie nie wytrwał, bo prawdy w nim nie ma. Kiedy mówi kłamstwo, od siebie mówi, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa.

Podniósł wzrok i dostrzegł w lusterku zdumione, nieco rozbawione spojrzenie kierowcy.

– Włączyć panu lampkę z tyłu?

Pasażer speszył się i zatrzasnął książkę.

– Nie, dziękuję – odparł. – Zresztą to już chyba tu, prawda? Proszę zatrzymać przy tamtej knajpce.

– Przy „Afrodycie”? Oj, panie, tam to Biblia na niewiele się przyda. Dziwki pan będziesz nawracał? Znaczy, przepraszam… tancerki?

– Mam umówione spotkanie. – Pasażer usiłował powiedzieć to naturalnie, jednak drwiące spojrzenie kierowcy łypiącego na niego z lusterka sprawiło, że zaczerwienił się niczym mały chłopiec.

„Umówione spotkanie z Kłamcą”, dodał już w myślach.

Taksówka zatrzymała się przy samym krawężniku. Szczupły, siwy czterdziestolatek o budzącej sympatię, pucułowatej twarzy podał kierowcy dziesięciodolarowy banknot. Po chwili wahania dołożył jeszcze jeden i burknął ciche „do widzenia”. Złapał płaszcz i wysiadł pospiesznie.

– Miłego spotkania! – zawołał za nim taksówkarz przez otwarte okno, po czym wóz odbił od krawężnika i gładko włączył się do wieczornego ruchu.

Mężczyzna został sam na szerokim chodniku. Stojąc dwa kroki od wypełnionego śmieciami rynsztoka, z płaszczem przewieszonym przez jedną rękę i z Biblią w drugiej, wpatrzony w neon, na którym wielki małż otwierał się, by wypuścić zeń boginię, wyglądał jak turysta z południowych stanów i wyraźnie rzucał się w oczy. Za chwilę któryś z mijających go przechodniów zwróci na niego uwagę policyjnego patrolu, a ci go zaczepią i będzie musiał wyjaśniać, kim jest i dlaczego tu sterczy.

Sam się właściwie nad tym zastanawiał; powinien już dawno wejść do środka. Co prawda, wtedy nie będzie już odwrotu, bo to ostatnia linia do przekroczenia, ale czy to nie tak, że czas na decyzje już minął? Wyciągnął paczkę papierosów i udał, że przetrząsa kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki. Byłby nawet skłonny zapalić, byle postać tu jeszcze chwilę i…

– Nie – skarcił się stanowczo, schował papierosy i przetarł rękawem spocone czoło. Rozejrzał się dokładnie, po czym ruszył w stronę wejścia.

Nigdy wcześniej nie był w takim lokalu. Tuż za drzwiami siedziało na stołkach dwóch barczystych ochroniarzy. Jeden skasował go za wejście i przystawił pieczątkę na nadgarstku, drugi nakazał zostawić płaszcz w szatni. Najlepiej razem z książką.

Nie oponował, choć twarz szatniarza poznaczona śladami rozlicznych wstydliwych chorób raczej nie wzbudzała zaufania. Siląc się na naturalny uśmiech, przełożył portfel do kieszeni spodni, oddał płaszcz, wziął numerek i wszedł na główną salę.

W szerokim na całą ścianę lustrze nad barem dostrzegł swoje odbicie i stwierdził, że z całą pewnością nie pasuje do tego migającego niezliczonymi neonami wnętrza. Poczynając od wystroju, a kończąc na kołyszących się na parkiecie parach, wszystko było wyuzdaną prowokacją lub przymilną zachętą. Każdy ruch, gest, żart i głośny śmiech zaraz po nim zmierzały w prostej linii do jednego i nikt nawet się nie łudził, że jest tu z innego powodu niż zaspokojenie swojej lub cudzej chuci.

Śliczna, skąpo ubrana dziewczyna mrugnęła do niego, przechodząc obok. Obejrzał się za nią i zderzył z przechodzącym kelnerem. Przeprosił grzecznie, wyciągając przed siebie ręce, ale tamten zbył go pogardliwym prychnięciem. Z tyłu, przy wejściu dał o sobie znać mocno już zaprawiony, rozbawiony tłum, który lada chwila miał uporać się z szatnią i naprzeć na wąskie przejście, mężczyzna uznał więc, że najlepiej będzie usunąć się z drogi. Uciekł na bok i oparty o ścianę poszukał wzrokiem tego, z którym miał się spotkać. Nie dostał żadnych wskazówek w stylu goździka w klapie czy Biblii w lewej kieszeni marynarki, ale był pewien, że gdy go zobaczy, będzie wiedział. I rzeczywiście, ledwie jeden utwór zaczął przechodzić w drugi, zmuszając skonfundowane pary do zmiany rytmu podrygiwań lub zejścia z parkietu, mężczyzna uśmiechnął się i ruszył w najbardziej zaciemniony róg sali.

– Przepraszam – zapytał niepewnie, podchodząc do stolika – czy mam przyjemność z panem Lionelem Smithem?

Spytany odłożył czytaną właśnie książkę i uniósł głowę.

– Tak się nazywam – potwierdził. – Ale nie masz przyjemności. Spóźniłeś się.

– Przepraszam, ale…

Smith przyłożył palec do ust i wskazał miejsce naprzeciwko siebie. Mężczyzna usiadł. Przez chwilę przyglądał się towarzyszowi. Nie tak go sobie wyobrażał. Po tym wszystkim, co słyszał o nim, o jego pomysłach, metodach, oczekiwał bardziej… Nie, w zasadzie sam nie wiedział kogo. Na pewno jednak nie długowłosego blondyna, który wyglądał na ledwie dwadzieścia pięć lat, a i to tylko z powodu dodającej powagi, starannie przystrzyżonej brody. Miał na sobie dobrze skrojony czarny garnitur i sprawiał wrażenie świetnie zapowiadającego się prawnika lub maklera, ale raczej nie kogoś zdolnego rozwiązywać takie problemy…

– No? – ponaglił go młody elegant.

Mężczyzna odchrząknął.

– Nazywam się Kwiryniusz – powiedział – i jestem aniołem stróżem.

Twarz Smitha rozciągnęła się w paskudnym uśmiechu.

– Wspaniale. A ja jestem schrystianizowanym nordyckim bogiem. – Sięgnął do stojącego na stoliku kubeczka z wykałaczkami. – Skoro mamy za sobą te śmieszne oczywistości, może przeszlibyśmy do rzeczy. Połowę twojego czasu pochłonęło spóźnienie.

Anioł nerwowo poskubał czubek nosa. Wcześniej linia ostateczna kreśliła mu się przed wejściem do klubu, teraz zdał sobie sprawę, że jest ona tutaj, przy tym stoliku. W tym momencie. Jeszcze mógł zrezygnować.

– Przychodzę – wydukał po chwili – bo potrzebuję pańskiej pomocy, panie Smith.

– Wystarczy Loki. – Wykałaczka powędrowała do ust i znalazła przytułek w prawym kąciku. – I nie mów mi rzeczy, o których już wiem. Nikt z waszej uskrzydlonej gromadki nie zadaje się ze mną, jeśli nie musi… a jeśli już, muszę szukać miejsc takich jak to, gdzie nie narazicie się na przypadkowe spotkania. Swoją drogą, czy to nie smutne? Tyle ludzi pozbawionych swoich Stróżów? Tyle pięknych kobiet zupełnie bez opieki?

Kwiryniusz milczał.

– Możesz odpuścić sobie również historię o twoich poprzednich podopiecznych – stwierdził Loki. – Znam relacje z ich wypadków w najdrobniejszych szczegółach. Powiem ci, i tak masz fart, że ciągle robisz w tym fachu.

– Nie moja wina – żachnął się Kwiryniusz – że przydzielali mi samych ateistów. Bez wiary i modlitwy mam związane ręce.

Loki wzruszył ramionami.

– Nie interesują mnie techniczno-teologiczne niuanse. Nie wnikam też, gdzie teraz kryje się twój klient czy klientka. Nie moja sprawa. Krótko, czego chcesz i jak płacisz?

– Potrzebuję, byś nawrócił moją obecną podopieczną – odparł anioł. – A płacę tym.

Rozejrzał się niepewnie i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Podał Lokiemu niewielką, cienką kopertę. Ten zajrzał do środka i wyciągnął białe pióro. Przez chwilę gładził je, sprawdzając autentyczność, po czym włożył z powrotem.

– Mało – zakomunikował.

Kwiryniusz zrobił zdziwioną minę.

– Jak to mało? To przecież anielskie pióro!

– Tak – odparł spokojnie Loki. – Anielskie jak cholera, ale tylko jedno. Jak powiedziałem, nie wiem, jak ty się w ogóle utrzymałeś w tej robocie po tylu wpadkach, ale wiem, że aktualnie jesteś po drugim ostrzeżeniu i przy następnej porażce czekają cię chóry. A to, że dasz swej anielskiej dupy, to niemal pewniak, jeśli ci nie pomogę, prawda? Dwa pióra albo zaczynaj już stroić harfę.

– Mogę pomyśleć do jutra?

– Jutro będą trzy.

Anioł opuścił głowę zrezygnowany.

– Zgoda – bąknął w końcu.

Loki uśmiechnął się. Wstał.

– W takim razie jutro idę się rozejrzeć. Będę w kontakcie.

Susan pchnęła szklane drzwi i pewnym krokiem weszła do redakcji. Jej mina nie wróżyła nic dobrego. Minęła kilka boksów, kompletnie nie zwracając uwagi na to, że od rytmicznego, gniewnego stukotu jej obcasów cichły klawiatury, a zza ścianek wyłaniały się jedna po drugiej zaciekawione głowy. Zatrzymała się dopiero przy samym końcu alejki, gdzie na brudnej ściance wisiała tabliczka „Jack Rayan – aktualności”. Zastukała we framugę.

– Jack?

Mężczyzna przy zawalonym śmieciami biurku oderwał wzrok od monitora i odwrócił się na podniszczonym fotelu.

– Witaj, Susan – powiedział, nie kryjąc rozbawienia. Zaplótł ręce niczym groteskowy przestępca z dawnych filmów o Bondzie. – Ślicznie dziś wyglądasz. Urlop ci widać służy. O, i nie wiedziałem, że masz przebity pępek!

– Pieprz się – warknęła, zasłaniając odkryty brzuch torebką. Sięgnęła do niej i wydobyła zrolowaną gazetę. – Dlaczego nic o tym nie wiem?!

Rzuciła rulon na biurko. Jack nawet bez rozwijania rozpoznał najnowszy numer ich pisma. Michael Levinson na wolności! – krzyczały litery na pół tabloidu.

– Jak to nie wiesz? – zapytał z niewinnym uśmiechem. – Przecież piszemy o tym w gazecie.

Susan wzdrygnęła się, jakby właśnie dostała w twarz albo zmuszono ją do przełknięcia czegoś ohydnego. Potrzebowała trzech Missisipi, by choć odrobinę zapanować nad głosem.

– Nie rozumiesz, idioto?! – wrzasnęła. – To przecież ja go wsadziłam!

– Po pierwsze, nie ty, Susie, tylko policja, po drugie…

– Ja! – Doskoczyła do Jacka i w pierwszym odruchu złapała go za poplamioną, brudną koszulę. Odsunęła się równie szybko, jakby odbiła się od śmierdzącego pola siłowego, i rozejrzała za czymś, w co mogłaby wytrzeć ręce. Nie znalazłszy, sięgnęła do torebki po chusteczki. – Wsadził go mój artykuł!

Stojący niedaleko czarnoskóry sprzątacz w pomarańczowym uniformie zbliżył się do nich, nie przestając szurać mopem po podłodze. Nikt nie zwrócił na niego uwagi.

Jack zajrzał do stojącego na biurku kubka, potrząsnął głową z dezaprobatą na widok tego, co zobaczył w środku, i ponownie przeniósł wzrok na Susan.

– Jak właśnie widzisz, jeszcze go nie wsadziłaś, bo sprawa nie jest taka pewna, jak się wydaje – wyjaśnił. – Ponoć interweniował prokurator stanowy, bo istnieje szansa, że mają drugiego podejrzanego. W każdym razie Levinsona puścili bez sprzeciwu prokuratury ze względu na jego zły stan zdrowia. Sędzia zgodził się na kaucję, ale zalecił elektroniczny dozór. Facet jest pod stałą obserwacją policji, w dodatku, jak wiesz, mieszka na osiedlu, gdzie straż sąsiedzka jest sprawna jak chyba nigdzie indziej. O ile wiem, urządzili sobie stanowisko obserwacyjne w domu naprzeciwko i obserwują go dwadzieścia cztery na dobę. Levinson mógłby ich za to zaskarżyć, ale jest ponoć tak nafaszerowany lekami, że ma to w dupie. Oby ten stan potrwał jak najdłużej, bo jeśli się okaże, że go weźmie na pozwy…

Jack podniósł się z trudem i spróbował położyć jej rękę na ramieniu. Wywinęła się.

– Dzwoniliśmy do ciebie, Susie, na służbowy, bo szef chciał, żebyś to ty pisała. Ale wyłączyłaś telefon, więc zlecił ten tekst mnie. Mogliśmy też, rzecz jasna, dzwonić na numer prywatny, ale… dałaś go w ogóle komukolwiek?

– Jest w kadrach – odparła bez entuzjazmu, wiedząc już, że to beznadziejne. W jakiś sposób wiedziała o tym już wcześniej i pewnie dlatego rozmawiała teraz z Jackiem, a nie poszła od razu do naczelnego. Nie miała do czego się przyczepić, odreagowywała tylko wściekłość. – Dobra, nieważne, teraz będziesz miał.

Pochyliła się nad brudnym biurkiem i zapisała ogryzkiem ołówka na żółtej karteczce ciąg cyfr.

– Masz, na przyszłość – powiedziała, podając kartkę Jackowi. – Tylko bez głupich żartów. A skoro sprawy wyskakują obecnie jak diabeł z pudełka, to jakby wyszło coś teraz, zaraz, to będę u siebie.

– Znaczy w domu?

– Nie, w swoim boksie.

Dziennikarz pokręcił głową z dezaprobatą.

– Susie, ja wiem, że to cię rozstroiło, ale spróbuj mimo wszystko złapać trochę urlopu. Zasłużyłaś na niego jak mało kto. No i wiesz, że żartowałem z tymi pozwami. Wszyscy pamiętamy, że ty swoją robotę zrobiłaś dobrze, rzetelnie, nie ma się do czego dowalić. Bądź spokojna, facet się do ciebie nie zbliży w żadnym ze znaczeń. – Uśmiechnął się krzywo. – Zwłaszcza jeśli faktycznie jest niewinny.

– Pieprz się!

Jack odchylił głowę i parsknął śmiechem, a potem stał w progu boksu, aż Susan zniknęła mu z pola widzenia. Dopiero wtedy podszedł do biurka i zrzucił z niego zwiniętą w rulon gazetę prosto do kosza. Usiadł.

Zanim napisał akapit, czarnoskóry sprzątacz skończył już z podłogą i zabrał się za opróżnianie koszy w boksach.

W gwar ulicy wśliznęły się cichutkie dźwięki Stairway to heaven. Kwiryniusz wydobył telefon, przyjrzał mu się, jakby widział go pierwszy raz, po czym odebrał i przyłożył do ucha.

– Słucham?

– Loki – odezwał się znajomy głos.

Anioł westchnął. Wątpliwości dotyczące Kłamcy nie zdążyły się rozwiać po spotkaniu. Wręcz przeciwnie. Teraz, w świetle dnia wizyta w „Afrodycie” wydała mu się aktem paniki, głupim, desperackim i zdecydowanie zbędnym odruchem. Mimo to teraz, gdy dostrzegł kolejną z ostatecznych linii, po której na pewno nie było już odwrotu, raz jeszcze zrobił krok do przodu. Trzeci raz. Piotrowa granica zdrady.

– I co? – zapytał. – Masz coś?

– Kim jest Michael Levinson?

– To… właściwie… – zaczął Kwiryniusz nie do końca pewien, co powinien powiedzieć.

Kłamca wszedł mu w zdanie.

– Ja ci wyjaśnię. A właściwie przeczytam, co piszą o nim we wczorajszej gazecie.

W słuchawce zaszeleściło.

– Michael Levinson, znany jako Szubienicznik, na wolności! Były nauczyciel biologii jednej z nowojorskich szkół, podejrzany, że w ubiegłym roku zgwałcił i udusił za pomocą radiowego kabla piątkę dziewcząt, w obliczu nowych faktów w sprawie oraz ze względu na pogarszający się stan zdrowia został zwolniony za kaucją wczoraj w godzinach przedpołudniowych. Adwokat Levinsona, Oliver Hughes, zapytany o okoliczności, w których sąd podjął tę niezwykle kontrowersyjną decyzję, komentuje… Czytać dalej? Czy już kojarzysz gościa?

Kwiryniusz przejechał ręką po spoconym czole. A coś mu mówiło, że powinien dziś posiedzieć przy podopiecznej.

– Kojarzę – wycedził.

– Tylko cię ostrzegam na wypadek, gdybyś nie czytał prasy i nie oglądał telewizji – kontynuował Loki. – Nie wiem, jak często zdarza ci się urwać jak wczoraj i zostawić podopieczną samą, ale sugerowałbym teraz mocne spięcie dupy. Moja robota to zadbanie o to, by się nawróciła, a nie chronienie jej przed tym Levinsonem, jasne? To twoja działka. Ty jesteś Stróżem. A jeśli coś się wysypie akurat na tym polu, to i tak wisisz mi pióra. Jasne?

Kwiryniusz chciał odpowiedzieć, ale Kłamca już się rozłączył.

Anioł niepewnie popatrzył wokół siebie, po czym zamachał na przejeżdżającą taksówkę. Nim jakakolwiek się zatrzymała, przypomniał sobie, że jest, do jasnej cholery, aniołem. Ukrył się więc w pobliskiej bramie i upewniwszy się, że nikt go nie widzi, zniknął.

Loki rozłączył się i wsadził telefon do kieszeni. Wciąż miał na sobie pomarańczowy uniform sprzątacza, ale wrócił już do swoich ulubionych rysów twarzy i włosów.

Podszedł do najbliższej ławki i usiadł wygodnie. Musiał pomyśleć.

Wciąż jeszcze nie wiedział, jak zabrać się do powierzonego mu zadania. Może to i lepiej, bo nawet gdyby już coś wymyślił, teraz należało wziąć pod uwagę nowe okoliczności. Kwiryniusz to prawdziwy stróżowy antytalent, a ten cały Levinson, jeśli faktycznie wywinął się jakąś prawniczą sztuczką, mógł być poważnym zagrożeniem dla dziewczyny, a więc i dla fuchy. Trudno nawrócić kogoś uduszonego kablem.

Najłatwiej byłoby zająć się wszystkim kompleksowo, ale Loki naprawdę nie miał chęci na wykonywanie pracy Stróża, a gdyby jeszcze dowiedział się o tym ktoś z anielskiej góry… Nie, tego zdecydowanie wolał uniknąć.

Rozmyślania przerwał Kłamcy mężczyzna, który wszedł właśnie do pobliskiej budki telefonicznej. Złapał za słuchawkę, wrzucił kilka monet do aparatu i energicznie wstukał numer. Loki był pewien, że skądś zna tego typa, gdzieś już widział tę pobrużdżoną twarz. Może nie tak wychudzoną, może bez zarostu, ale…

– No jasna cholera, przecież! – Klepnął się w czoło, po czym zerknął na leżącą obok gazetę. Gdyby odjąć kilka kilogramów i zabronić przez parę dni golenia… Kłamca pokręcił głową.

– Jak na tak pilnowanego przez wszystkich skurwiela, czujesz się, kolego, całkiem swobodnie – mruknął i ponownie wyłowił z kieszeni telefon. Zanim usłyszał głos anioła, miał już w głowie cały plan.

Było dobrze po dwudziestej drugiej, gdy Susan stwierdziła, że czas iść do domu. Do tej pory przeczytała wszystkie swoje teksty na temat tamtej sprawy, przejrzała większość notatek, relacji świadków i źródeł, do których się odniosła. Na ile mogła to ocenić, faktycznie nie dała plamy. Cytowała właściwie, nie wyrywała zdań z kontekstu, dzieliła się wątpliwościami i nie stawiała tez, tylko pytania. Oczywiście wiedziała, że odetchnie dopiero, gdy wypowie się dział prawny, ani chybi ślęczący teraz nad tymi samymi materiałami, ale najprawdopodobniej od tej strony była kryta. Gorzej będzie z jej sumieniem, jeśli naprawdę Levinson był… Nie! Facet był winny bez dwóch zdań. Sprawdziła to, przeprowadziła śledztwo! Winny jak cholera i żadna prawnicza sztuczka ani polityczna zagrywka liberała na prokuratorskim stołku tego nie zmieni.

Przymknęła oczy i rozmasowała nasadę nosa, uświadamiając sobie, jak bardzo jest zmęczona. Nawet jeśli zostało coś jeszcze do zrobienia, do wypatrzenia, to w tym stanie i tak nie dałaby rady. Odchyliła się do tyłu na fotelu i przeciągnęła, po czym wyciągnęła dyskietkę ze stacji, wstała i…

Zobaczyła kopertę. Wisiała na ściance boksu naprzeciwko, cała czerwona z wyjątkiem dwóch rozmytych czarnych plam przypominających oczy, wpatrzone wprost w Susan.

Czyżby to Jack robił sobie żarty? Rozejrzała się niepewnie, ale nikogo nie dostrzegła. Zresztą akurat Jacka poznałaby, nawet jeśli nie po ciężkim chodzie, to po zapachu. Ale jeśli nie on, to kto inny? Nikt tu przecież nie podchodził.

Ostrożnie sięgnęła po kopertę. Nie była zaklejona. W środku znajdował się artykuł o Levinsonie. Na zdjęciu przedstawiającym skutego mężczyznę o atletycznej budowie, którego dwóch funkcjonariuszy wyprowadzało z budynku szkoły, ktoś czarnym flamastrem dopisał: Witaj.

Cofnęła się powoli w głąb boksu, gdzie gwałtownie złapała za słuchawkę i wystukała numer ochrony budynku. Przeczekała kilka sygnałów. Nikt nie odbierał.

– Halo, jest tu kto? – zawołała. – Hej, to nie jest śmieszne!

Cisza.

Chwyciła przycisk do papieru w kształcie Złotego Globu, prezent od Toma z działu sportowego, który wieszczył jej kiedyś karierę aktorską. Statuetka wydała jej się dość ciężka, by posłużyć za broń, więc mocno zaciskając na niej palce prawej ręki, lewą chwyciła za torebkę i pognała ku wyjściu.

Zjechała na dół, wypadła z windy i pognała wprost do recepcji, ale za szerokim kontuarem również nikogo nie było. Wiedziona strachem, minęła szklany blat i zastukała do drzwi pokoju ochrony. Żadnego odzewu. Nacisnęła klamkę, ale drzwi były zamknięte.

Lampy nad jej głową zamigotały i zgasły. Wrzasnęła. Światło znów zamigotało, by za chwilę rozbłysnąć bladą poświatą. Susan kolejny raz rozejrzała się nerwowo, upuściła Glob na posadzkę i ruszyła biegiem w stronę wyjścia.

Kiedy wypadła na ulicę, drzwi pokoju ochrony powoli się otworzyły i wyszedł zza nich uśmiechnięty Loki. Jego twarz powoli zaczęła się zmieniać.

Michael Levinson czekał. Tego akurat nauczył się w życiu całkiem nieźle. Cały ten czas, odkąd zrozumiał, kim jest naprawdę, był dla niego przede wszystkim czekaniem i obserwacją. Wyglądaniem w skupieniu chwil takich jak ta. Co prawda zwykle polował na inne ofiary i w nieco inny sposób, ale prawdziwy myśliwy wie, że nie chodzi o broń ani zwierzynę. Sednem jest coś innego, głębszego. Coś prawdziwego.

Z zaciemnionego zaułka doskonale widział wnętrze boksu Susan umiejscowionego przy oknie. Nigdy nie zasłaniała żaluzji. Patrzył więc, jak się zbiera, zatrzymuje, wraca pospiesznie, by porwać coś z biurka, a w końcu wybiega. Tak, to właśnie cała Susan. Zawsze w biegu.

– Już za chwilę przestaniesz się tak spieszyć, maleńka – szepnął. – Spędzimy ze sobą dużo czasu. Bardzo dużo.

– Przepraszam – usłyszał naraz za plecami.

Odwrócił się błyskawicznie i dostrzegł mężczyznę w prochowcu. Facet miał najwyżej czterdzieści lat i pospolitą twarz, jak z wyblakłej reklamy. W ustach trzymał wykałaczkę.

– Musimy poważnie porozmawiać – powiedział nieznajomy.

Susan pokonała prawie dwie przecznice koślawym biegiem w butach na zbyt wysokim obcasie, zanim zmusiła się, by zwolnić, a gdy udało jej się wreszcie złapać taksówkę, głos rozsądku zaczął powoli przebijać grubą warstwę paniki. „To pewnie któryś z chłopaków”, myślała. „Nie pierwszy raz próbują mnie przestraszyć. Przecież jest tak, jak mówi Jack. Policja i sąsiedzi nie spuszczą drania z oczu. I musi być poważnie chory, skoro go zwolnili. Zwykły nauczyciel nie ma przecież takich znajomości, by się w ten sposób wywinąć”.

Taksówkarz zatrzymał się przy głównej ulicy, bo dalej były roboty drogowe i oboje uznali, że ich objeżdżanie nie ma sensu. Susan zapłaciła, wysiadła i po pokonaniu kilku kroków skręciła w niewielką uliczkę wiodącą do domu. Zazwyczaj nie bała się tędy przechodzić, nawet późno w nocy, ale ostatnio jacyś smarkacze wytłukli większość lamp. Dwie cudem ocalałe dawały akurat tyle światła, by budzić groteskowe cienie na ścianach starych kamienic. I może to były właśnie te cienie, a może faktycznie coś dostrzegła, ale nagle poczuła przemożną chęć, by zawrócić. Wstąpi do najbliższej knajpki, tam spokojnie wyjmie komórkę i zadzwoni na policję. Przedstawi się, poprosi o eskortę do domu albo przynajmniej zapewnienie, że mają oko na Levinsona. Co tam, najwyżej się wygłupi…

Z drugiej jednak strony, wiedziała, że jeśli przejdzie jeszcze kilka metrów, zobaczy swoje okna. Raptem chwilka i będzie bezpieczna, bo w mieszkaniu miała antywłamaniowe drzwi i rolety. Ten dupek musiałby być Hulkiem, by dać im radę!

– Tylko kilka metrów – powiedziała cicho.

Poprawiła torebkę i szybkim krokiem ruszyła w głąb uliczki. Przyspieszyła, mijając ciemną bramę. Stukot obcasów, za które się teraz nienawidziła, poniósł się echem w ciemność. W odpowiedzi w mroku coś zaszeleściło, ale się nie obejrzała.

„To na pewno szczur”. Zacisnęła zęby tak mocno, że rozbolała ją szczęka. „W Nowym Jorku szczury to prawdziwi gospodarze, reszta to tylko…”

Ktoś wypadł spomiędzy śmietników, strącając pokrywę jednego z kubłów, a ta uderzyła o asfalt z głośnym brzękiem. Susan z trudem stłumiła wrzask.

Mężczyzna o opuchniętej czerwonej twarzy posłał jej zdumione spojrzenie, po czym schylił się chwiejnie, by podnieść blaszaną klapę.

– Sii… – wybełkotał. – Bez hałasu, maleńka… luzie śpią.

Odruchowo skinęła głową, nie kryjąc ulgi. Szybkim krokiem doszła do drzwi swojej kamienicy, włożyła klucz do zamka i przekręciła.

Weszła do pogrążonego w mroku, ale znajomego korytarza. Zaraz jednak strach ogarnął ją na nowo, gdy nacisnęła włącznik światła i nic się nie stało. Nacisnęła jeszcze raz. I jeszcze.

– Nie stukaj tak, nie stukaj. Wysiadł prąd, dziecino. Rano mają przyjść dopiero naprawiać.

Dziennikarka uniosła głowę z wdzięcznością. Wprawdzie nic nie widziała, jednak trudno byłoby nie poznać ochrypłego głosu starej dozorczyni. Dobiegał z wysokiego parteru.

– Ma pani jakąś latarkę?

– A myślisz, dziecino, że stałabym tak teraz po ciemku, gdybym miała? Baterie szlag trafił wieki temu, a nie każdego stać na te akumulatory.

Susan wymacała poręcz i ruszyła w górę schodów. Przynajmniej była już w domu. Cóż mogło jej teraz zagrozić?

– Jak chcesz, dziecino, mogę ci dać parę świeczek – powiedziała po dłuższym namyśle dozorczyni.

– Może jedną na drogę. W domu pewnie znajdę jakąś latarkę.

Susan zaczekała chwilę, aż staruszka odpali świecę wyjętą z kieszeni fartucha. Podziękowała, obiecując, że odkupi.

– Jak nie zapomnisz – odparła dozorczyni z rozbawieniem. – Wy, młodzi, zawsze macie tysiące spraw na głowie. Ale nieważne. Jak widzisz, radzę sobie i bez światła. Zawsze miałam kocie oczy.

Dziennikarka raz jeszcze podziękowała i ruszyła w górę, chroniąc dłonią nikły płomień.

Weszła do mieszkania i zamknęła za sobą drzwi. Odruchowo sięgnęła do włącznika, ale przypomniała sobie, że to nic nie da.

Otworzyła szafkę z narzędziami i wydobyła z niej sporych rozmiarów latarkę. Sprawdziła, czy działa, i dopiero wtedy zdmuchnęła świecę. Uzbrojona w wąski snop białego światła przeszła do pokoju.

W ciemności jej mieszkanie wcale nie wydawało się przyjazne. Liczne meble – jak wtedy, gdy Susan była małą dziewczynką – stały się norami i kryjówkami najpaskudniejszych stworów. Teraz wszystkie miały jedną twarz. Wszystkie nuciły I got you babe, zupełnie jak Levinson na jednym z archiwalnych nagrań. Miał wtedy coś diabelskiego w spojrzeniu, zupełnie jakby te słowa znaczyły dla niego coś zupełnie innego, niż dla Sonny’ego i Cher.

Pociągnęła nosem. Miała wrażenie, że teraz jej mieszkanie nawet pachniało inaczej. Znała skądś tę woń…

Właśnie wtedy dostrzegła leżącą na stole płaską paczkę. Poczuła nagłe ukłucie strachu, zaraz się jednak opamiętała, bo do paczki przyklejona była karteczka z krótką notką od dozorczyni. Znała ten charakter pisma, starannie kaligrafowane, niemal dziecięco-szkolne litery.

Stara kobieta miała zapasowe klucze, a dzięki układom z listonoszem i kurierami dość często odbierała za lokatorów przesyłki, by potem zostawiać je u nich w mieszkaniach. Najwyraźniej tym razem dozorczyni zapomniała jej o tym powiedzieć.

„Odebrałam o 18:30. Powiedział, że bez opłat”.

Susan jeszcze raz rozejrzała się po mieszkaniu, po czym usiadła z przesyłką w fotelu. Trzymając w prawej ręce latarkę, lewą rozerwała papier. W środku znajdował się obrazek z tekstem, oprawiony w prostą drewnianą ramkę.

Nakierowała światło na starannie wykaligrafowane litery i przeczytała:

– Aniele boży, stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój. Rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy. Strzeż…

Przerwała i raz pociągnęła nosem. Dziwny zapach jeszcze się nasilił. Gdzieś w jej głowie cicho popiskiwał alarm, że powinna go skojarzyć, że…

W tym momencie przypomniała sobie i przeszył ją lodowaty dreszcz pędzący jednocześnie od szyi w dół i od krzyża ku górze, a zaraz potem paraliżujący strach wypełnił całe jej ciało tysiącem bolesnych igiełek. Nie była w stanie się poruszyć. Zacisnęła palce na ramce.

Drzewo sandałowe – tak właśnie pachniał Levinson, gdy jeden raz się spotkali. Perfumy z tą nutą zapachową kupił, wedle relacji świadków, w drogerii matki jednej z ofiar. A teraz ta woń wypełniała jej mieszkanie…

Wzięła głęboki oddech, starając się wmówić sobie samej, że istnieją przecież halucynacje i złudzenia zapachowe. Gdzieś o tym czytała.

Znowu skupiła wzrok na tabliczce. Czy na pewno przyniosła ją dozorczyni? Czy na krótkiej notce rzeczywiście było jej pismo?

Wyczuła za plecami jakiś ruch, odwróciła się gwałtownie, ale nikogo nie dostrzegła. Mocniej chwyciła latarkę, a lewą ręką próbowała na oślep odłożyć ramkę na stół.

Wtedy ktoś z ciemności chwycił ją za nadgarstek. Wrzasnęła i odwinęła się, by uderzyć latarką. Napastnik przechwycił cios.

– Mam cię, dziecinko – wychrypiał.

W snopie światła na moment pojawiła się twarz. Ta twarz! Wykrzywiony w paskudnym uśmiechu pysk Levinsona. Wrzasnęła ponownie, próbując się wyrwać, ale doskonale wiedziała, że nie ma szans. Była zbyt słaba, by poradzić sobie samej, a szanse, że ktoś zareaguje na jej krzyki, równały się zeru…

Jednak nagle eksplodował błysk – tak mocny, że czuła, jak wypala jej oczy. Z całej siły zacisnęła powieki.

I znów krzyk, ale nie jej. Męski. Nie przerażenia, tylko bólu, tak potwornego, że zmieniającego ludzki wrzask w niemal zwierzęcy skowyt. Tak mogli krzyczeć potępieńcy z chrześcijańskich przedstawień piekła, ludzie paleni żywcem albo dręczeni przez ostatnie stadium wyjątkowo okrutnego nowotworu.

Nagle krzyk ustał, a pokój wypełnił się zapachem kwiatów i owoców. Wonią cudnego ogrodu podobną do tej, którą pamiętała z dzieciństwa… tylko jeszcze piękniejszą…

A potem oślepiające światło zgasło.

Susan siedziała jeszcze przez chwilę z zamkniętymi oczyma, a gdy je otworzyła, była sama. Nie czuła już tego pięknego zapachu, ale wraz z nim zniknęło również drzewo sandałowe.

Przez krótką chwilę zaczęła nawet wierzyć, że przeżyła jakąś niezwykłą halucynację… i wtedy właśnie dostrzegła wypalony na stoliku ślad ręki. Tuż obok leżał kabel, taki sam jak ten, którym Levinson dusił swe ofiary. A na małej ramce z modlitwą do anioła stróża zobaczyła ogromne, śnieżnobiałe pióro.

– Co z nią? – zapytał Kwiryniusz z troską w głosie. Stał na tyłach domu koło śmietnika i przed pojawieniem się Lokiego zerkał na przemian to na okna mieszkania Susan, to znów na drzwi wyjściowe budynku.

Kłamca wzruszył ramionami i wyciągnął z kieszeni paczkę wykałaczek. Jedną z nich włożył do ust.

– Zemdlała – odparł. – Ale myślę, że gdy się obudzi, jest twoja. Aha, to iluzyjne pióro zniknie za kilka dni, ślad na stoliku też, więc postaraj się, by miała jakieś głębsze podstawy do wiary. A ślad najlepiej po prostu wypal przy okazji. Niech ma pamiątkę.

– Cały czas zastanawiam się, czy nie przesadziliśmy – westchnął anioł stróż. – Nam nie wolno pokazywać się podopiecznym w chwale, a już zwłaszcza nie po to, by nakłaniać ich w ten sposób do wiary.

Loki wzruszył ramionami.

– To nie była twoja chwała, tylko moje sztuczki. Wątpię, by twoja moc była równie potężna. A teraz płać. Coś mi się należy za nałożenie tej ohydnej gęby. Dozorczyni i pijak to też nie była żadna przyjemność. Przy każdym z tej trójki nawet pachnieć musiałem inaczej. Takie szczegóły cholernie męczą.

– Napracowałeś się tej nocy – przyznał Kwiryniusz. – I myślę, że…

– Płać!

Anioł wręczył Kłamcy kopertę.

– Miło się współpracowało – powiedział.

Loki wypluł wykałaczkę i pokiwał głową.

– No, tak się podobno mówi… tyle że zwykle w filmach.

Uścisnął dłoń anioła i powoli ruszył przed siebie.

Nie uszedł nawet pięciu kroków, gdy poczuł, że jest obserwowany. Nauczony ufać temu przeczuciu odwrócił się, spodziewając się, że to Kwiryniusz wciąż mu się przygląda. Anioła jednak nie było.

Kłamca uniósł głowę.

– A to ty, Gabrielu – powiedział do postaci siedzącej na ozdobnym gzymsie. – Witaj. Piękna noc, nie uważasz?

Archanioł odgarnął włosy z czoła.

– Oj, Loki, Loki – westchnął. – I co ja mam z tobą zrobić?

Kłamca uśmiechnął się szelmowsko.

W budynku, kilka pięter wyżej, pewna kobieta ocknęła się i po raz pierwszy od wielu lat jej usta zaczęły szeptać modlitwę.

JAK BYŁO NA POCZĄTKU…

MŁOT, WĄŻ I SKAŁA

Gdzieś

Poza czasem

Wyłoniła się z mgły. Jej koń z majestatem godnym królewskiego rumaka przestąpił szarą granicę światów i wkroczył na szeroką drogę. Rosnący po obu stronach traktu gęsty las przywitał przybyłą cichym westchnieniem i błyskiem kropel na liściach skąpanych w księżycowej poświacie. Uśmiechnęła się. Nareszcie w domu…

Z białej chmury wyjeżdżali czwórkami kolejni jeźdźcy. W przeciwieństwie do swej dumnej, odzianej w świetlistą zbroję i skrzydlaty hełm przewodniczki nie prezentowali się imponująco. Jechali ze zwieszonymi głowami, jakby pogrążeni w płytkiej drzemce. Na ich powyginanych zbrojach dawno już przekwitły rdzawe kwiaty wzrastające zwykle tam, gdzie pancerz okazuje się zbyt słaby. Popękane tarcze pełne były zamocowanych w pośpiechu klamer, a miecze i topory szczerb. Niektórzy z jeźdźców nie mieli twarzy, tylko mięsiste papki, z których wyzierały opuchnięte, przekrwione oczy, bądź też niemal nagie czaszki ze strzępami skóry i poszarpanymi mięśniami. Byli wśród nich i tacy, którym miecz lub topór odrąbał żuchwę, i teraz pozbawione oparcia języki zwisały niczym u zmęczonych biegiem psów.

Wbrew wszystkiemu jednak wojownicy żyli. Jakimś cudem zrosły się rozłupane niegdyś głowy, a pamiątką po śmiertelnych ciosach były wgłębienia ciągnące się od czoła po kark. Na powrót wepchnęli w oczodoły wyłupione oczy i teraz spoglądały one na świat z niemal identyczną jak niegdyś ostrością, a przez zasklepione tętnice poderżniętych gardeł na nowo płynęła krew. Bez cienia wątpliwości dano im drugą szansę.

Minął niemal kwadrans, odmierzany miarowym stukotem kopyt na ubitym trakcie, zanim ostatnia z blisko dwudziestu czwórek wjechała na drogę. Ci wojownicy wyglądali na bardziej wyczerpanych niż ich kompani, ale tylko dlatego, że krew wokół ich jeszcze nie tak dawno śmiertelnych ran wciąż mieniła się szkarłatem i nie przestała tworzyć swych wąskich, krzepnących ścieżek. Ich oczy, wciąż pełne zdumienia, wpatrywały się w plecy jadących przed nimi, jakby w nich szukając odpowiedzi na rodzące się pytania: „W jaki sposób? Dlaczego ja? Czy tak będzie wyglądać wieczność?”.

Nie zdążyli odjechać daleko, gdy od drzew po obu stronach drogi oderwały się cztery skrzydlate postacie odziane w barwy lasu. Jedna z istot uniosła do góry zaciśniętą lewą pięść. Prawą ręką wyciągnęła z pochwy przymocowanej na udzie długi nóż o czarnym, matowym ostrzu. Poczekała, aż pozostałe zrobią to samo, i chwyciwszy ostrze w zęby, wolną dłonią wykonała kilka gestów. Towarzysze potwierdzili skinieniami głowy. Wzniesiona pięść opadła gwałtownie.

Księżyc skrył się za chmurami. Nikt nie dostrzegł, jak skrzydlaci sfrunęli nisko nad ziemię i pognali za kolumną. Wyhamowali w ostatniej chwili, by nie zdradzić się nienaturalnym powiewem, po czym unoszeni tylko delikatnym drganiem skrzydeł wzlecieli na wysokość siodeł.

Pięść dowódcy ponownie powędrowała w górę i zaraz opadła. Nim jeźdźcy zdążyli się odwrócić, skrzydlaci siedzieli już na koniach tuż za nimi.

Doskonałe wyszkolenie latających wojowników dało o sobie znać. Skrzydła błyskawicznie zawinęły się, otaczając wrogów i krępując im ruchy. Lewe dłonie powędrowały na usta, tłumiąc wzbierające krzyki, a prawe, uzbrojone w noże, gładko rozpłatały gardła. Zanim krew wskrzeszeńców zdążyła dotknąć ziemi, napastnicy opanowali konie i skręcali w las, by moment później zniknąć w gęstwinach.

Chwilę potem od drzew oderwała się kolejna czwórka.

Gdy pierwszy oddział skrzydlatych postaci runął z nieba, rumak Walkirii przystanął na moment. Jego pani, zmęczona łowami, zlekceważyła jednak ostrzeżenie. Uderzyła piętami w boki konia i wplótłszy palce w grzywę, wyszeptała zaklęcie. Wierzchowiec ruszył zgodnie z jej wolą. Parę kroków dalej stanął jednak ponownie. Zastrzygł uszami i parsknął.

Tym razem wojowniczka zareagowała. Odwróciła się, by spojrzeć na swój oddział, sięgnęła do pasa po róg, uniosła go do ust i zadęła krótko.

Wskrzeszeńcy unieśli głowy.

– Przekażcie tylnej straży, by byli ostrożni! – zawołała Walkiria.

Kilka poharatanych łbów odwróciło się, prowokując do spojrzenia za siebie kolejnych i kolejnych, niczym popychające się kostki upadającego domina. Zaraz też ciche szepty przerodziły się w pełne zdumienia okrzyki.

– Pani! – zabrzmiał pierwszy skierowany do niej. – Nie ma tyl…

Rzucony z głębi lasu nóż ze świstem przeszył powietrze i zagłębiając się w gardle, stłumił resztę meldunku. Drzewa zaszumiały, jakby tysiące ptaków wzbiło się nagle do lotu, a księżyc w jednej chwili zniknął zasłonięty chmarą unoszących się nad drogą istot. Spomiędzy konarów wyleciały dziesiątki strzał.

Walkiria spięła konia i jednocześnie znów sięgnęła po róg. Szybko zorientowała się, że nie ma szans na wyratowanie swoich wojaków z tej zasadzki, a choć wolałaby, zgodnie ze swoim przeznaczeniem, stanąć do walki, choćby i po śmierć, wiedziała, że stawka jest teraz o wiele wyższa niż jej honor. Pognała więc przed siebie, unikając atakujących ją skrzydlatych i dmąc ile sił w płucach. Grotów strzał, które odbijały się od otaczającej ją niewidzialnej aury, zdawała się nawet nie dostrzegać.

Jednak na wzywanie odsieczy było już za późno, a na zaalarmowanie kogokolwiek – wciąż za daleko. Dźwięk rogu bogini mieszał się z wrzaskami tracących swą drugą szansę wskrzeszeńców, głośnym szumem dziesiątek par skrzydeł i hukiem wypełniającym jej głowę.

Tuż przed nią pojawiła się nagle ściana ognia. Szkolony do podobnych sztuczek rumak nawet nie zwolnił, przeskoczył przez płomienie i gnał dalej przed siebie, wciąż nabierając prędkości. Jeszcze kilku niedawno martwych śmiałków spróbowało tej samej sztuczki, ale ich wierzchowce nie miały w sobie dość odwagi. Spłoszone stawały dęba, zrzucając jeźdźców z pleców i tratując kopytami, albo zatrzymywały się gwałtownie, zwieszając łby i wystrzeliwując wskrzeszeńców prosto w ogień. Walkiria słyszała ich krzyki i choć zaciskała zęby z wściekłości, wiedziała, że nie może się teraz choćby obejrzeć.

Odgłosy walki cichły powoli, gdy dotarła do zakrętu. Przed sobą widziała wielkie jezioro, a z wysokości siodła mogła dostrzec ponad linią tataraków płonące daleko na przeciwnym brzegu lasy, spomiędzy których wyłaniały się przerwane mury obleganej teraz ze wszystkich stron Walhalli.

„Zatem jednak nadszedł czas”, pomyślała, a jej ciałem wstrząsnął dreszcz. „To Ragnarok”.

W tej samej niemal chwili cwałujący koń źle postawił nogę w ciasnym zakręcie. Szarpnęła go za grzywę, ale było już za późno. Wierzchowiec potknął się, zatoczył, a ona, wyrwawszy nogi ze strzemion, rzuciła się na bok i z impetem runęła na ziemię. Na szczęście trafiła na rozmiękczoną wodą skarpę, przez co upadek nie był szczególnie bolesny. Ziemia osunęła się jednak pod jej ciężarem i Wojowniczka potoczyła się do wody.

Przez chwilę leżała w bezruchu, nasłuchując, czy nie nadciąga pościg, po czym z wysiłkiem podniosła się na kolana. Na ścieżce dostrzegła jakiś błyszczący przedmiot, w którym, gdy odgarnęła z czoła włosy i przyjrzała się uważniej, rozpoznała swój hełm.

Nie poszła po niego, tak jak i nie wstała, by zobaczyć, czy któremukolwiek z jej wojowników udało się wyrwać z pułapki. To nie miało już teraz znaczenia. Zamiast tego wydobyła sztylet, by poprzecinać paski zbroi. Zdjęła z siebie wszystko i naga zagłębiła się w tataraki. Nie ufała już ścieżkom ani drogom, a skrzydlaci przecież nie popłyną. Dotrze na przedpola Walhalli, tam przywdzieje nową zbroję i umrze w walce. Nigdzie indziej.

Obok niej drgnęła nagle mała łodyżka, a chwilę później w tym samym miejscu wynurzyła się ociekająca wodą głowa. Wypluła rurkę, a uczynna ręka wsunęła między zęby ostrze noża…

Cherubin Nataniel zeskoczył z konia, odpowiedział niedbałym gestem na saluty wartowników i ruszył w głąb obozu. Szedł pewnym krokiem z niewielkim tobołkiem w garści, mijając brudne, obszarpane namioty przepełnione rannymi. Leżeli cicho na połamanych pryczach otuleni we własne skrzydła uwalane w błocie i krwi. Zażywali spokojnego snu po ciężkiej, wyczerpującej walce.

Ci, którzy mieli więcej szczęścia, chronili swoje zabandażowane głowy czy ręce i oddawali się ćwiczeniom, by następnym razem nie ulec wcześniej niż inni. Nataniel podziwiał ich zawziętość. Szczęk mieczy milkł tylko na chwilę potrzebną, by oddać hołd mijającemu ich oficerowi, po czym znowu przybierał na sile wzbogacony świstem nierównych oddechów.

Rumor, jaki rozległ się przy wartowni, świadczył wyraźnie, że reszta oddziału Nataniela dotarła już do obozu. Cherubin uśmiechnął się. „Nie ma to jak dobre wrażenie”, pomyślał, skręcając w prawo, w szeroką dróżkę między namiotem narad a kantyną oficerów. Przed nim wznosił się już namiot wodza.

– Chcesz mi powiedzieć, że mamy straty?!

Nataniel bezwiednie zrobił krok do tyłu.

– Doprawdy minimalne, panie, my… – Zamilkł, nie mogąc dodać już ani słowa.

Michał zatrzymał się krok od niego. Jego poznaczona bliznami twarz wyrażała teraz niczym niehamowaną wściekłość. Wytatuowany wokół lewego oka płomień zaczął mienić się czerwienią i żółcią, a zaciśnięte zęby ze świstem przepuszczały powietrze.

– Dostałeś dwie setki doborowych wojowników – wycedził – i cudowne miejsce na zasadzkę. Przeciwnik niemal żaden, a ty mi mówisz o stratach?!

Nataniel zrobił maleńki kroczek do tyłu, potem kolejny, aż z przerażeniem odkrył, że właśnie dotarł do ściany namiotu. Wbił skrzydła w płótno.

– Oni mieli tę broń, panie – spróbował obrony raz jeszcze, prawie szeptem. – Tę, która…

Archanioł wziął głęboki oddech, po czym cofnął się o krok. Stał przez chwilę w milczeniu, jakby coś rozważał.

– Zostaniesz odprowadzony pod strażą do swojego namiotu – powiedział wreszcie niemal spokojnym głosem. – Nie wolno ci go opuścić do czasu, aż postanowię, co z tobą zrobić. Zgłoś się do wartowników i powiedz im, co rozkazałem. I zabierz stąd ten wraży czerep. Precz!

– Tak jest, wodzu. – Nataniel zwiesił głowę, zrobił dwa kroki w bok wzdłuż płóciennej ściany, po czym otulił się skrzydłami i ruszył w stronę wyjścia.

„Pętak”, pomyślał Michał, patrząc na wychodzącego cherubina. „Otaczają mnie tchórze i pętaki”.

Broń? Ta broń? Dobre sobie! Ileż to odpraw poświęcił, by zdyskredytować mit o owej zabójczej broni, ową plotkę, która nieopatrznie wyrwała się z ust strażników olbrzyma Aegira i rozlazła po jego armii niczym szarańcza po polach Egiptu. Przeklęci! Jednym zdaniem zrobili więcej niż wszystkie Alfy, Karły i Walkirie swymi mieczami czy toporami.

Przez chwilę przyglądał się leżącym na ziemi figurkom, po czym podniósł jedną z nich. Przedstawiała dobrze zbudowanego wojownika o kruczoczarnej brodzie i z opaską na oku. Na jego zbroi widniał emblemat wielkiego drzewa ze zwisającą z gałęzi szubienicą.

– Nie przejmuj się, Odynie – wyszeptał archanioł Michał, uśmiechając się krzywo. Płomień na jego twarzy znów rozgorzał. – To nie opóźni naszego spotkania.

Niemal w tym samym momencie, gdy Michał przemówił do trzymanej w dłoni figurki, siedzącego na tronie Odyna, wszechojca, pierwszego z Asów i władcę szubienic przeszył dreszcz.

Chwilę później zatrzęsło się wszystko.

Kufle z czaszek zagrzechotały na stołach, a z glinianych mis powypadały piszczelowe łyżki. Ogołocone z broni stojaki runęły na rozciągnięte na podłodze zwierzęce skóry.

Stojący na środku sali bóg piorunów Thor położył na ziemi swój bojowy młot o komicznie wręcz krótkim trzonku i stanąwszy w rozkroku, rozłożył ręce. Nawet miał trudności z utrzymaniem równowagi.

Wstrząsy ustały równie szybko, jak się rozpoczęły. Znów słychać było dobiegające zza murów odgłosy bitwy, anielskie ryki tryumfu, gdy padały kolejne fortyfikacje, no i oczywiście równomierne uderzenia tarana we wrota Walhalli.

Bóg piorunów sięgnął po młot, podrzucił go, złapał lewą ręką i zakręcił młynka nad głową. Odyn skrzywił się z niesmakiem.

– Mogę wiedzieć, synu, dlaczego ci tak wesoło?

Thor wzruszył potężnymi ramionami.

– Trudno powiedzieć – odparł. – To chyba przez te wstrząsy. Przypomniały mi o starych czasach i starciach z olbrzymami z Jotunheimu, zanim jeszcze zjednoczyła nas ta skrzydlata heca. Poza tym podobne trzęsienia generował on, czyż nie? Ten, bez którego nic ostatecznego się przecież nie stanie. A on wciąż siedzi, gdzie siedział. Do tej pory tak cichutko, że w zasadzie na chwilę o nim zapomniałem.

Odyn spojrzał na wiszące pod sufitem jezioro, dar morskiego olbrzyma Aegira. Tego samego, który wymyślił, że ze skrzydlatymi można się układać. Biedny głupiec!

– Za to ja cały czas pamiętam o Kłamcy – rzucił smutno władca Walhalli. – Czasem mam ochotę zejść tam i zakończyć jego podły żywot.

Pan grzmotów spojrzał na niego z wyrzutem.

– Nie możesz! On przecież…

– …ma być przyczynkiem końca. Wiem, co chcesz powiedzieć i w co chcesz wierzyć – wszedł mu w zdanie ojciec. – Tyle tylko, że zasady się zmieniły. Oto właśnie nadszedł koniec. Nasz koniec. Naprawdę tego nie widzisz?! Innego Ragnaroku nie będzie!

Zza drzwi od strony komnat wyłoniła się głowa karła. Thor machnął ręką.

– Nie przeszkadzaj nam teraz, Gloinie.

Pokurcz posłusznie zniknął za drzwiami. Bóg oparł młot na ramieniu.

– To wciąż nie jest ostateczne, Odynie. Wiesz przecież, że choć sprawa wygląda teraz źle, wciąż jest sposób, prawda? – zapytał. – Pamiętasz o sekretnych drzwiach w twej komnacie i…

– Zamilcz! – krzyknął Odyn.

Bóg burzy westchnął.

– Więc o to chodzi – stwierdził. – Do niedawna myślałem, że masz plan, potem, że w rozpaczy zapomniałeś. Ale ty pamiętasz, ojcze, tylko… stchórzyłeś!

– Kazałem ci zamilknąć!

– I cóż mi zrobisz, jeśli nie wykonam twojego rozkazu? – zakpił Thor. – Nie masz odwagi, by zrobić to, czego nikt z nas – ani ja, ani ta pochowana po komnatach hołota – zrobić nie może. Nie masz odwagi, by uratować Walhallę.

Odyn poderwał się i złapał opartą o tron włócznię. Jego syn ani drgnął, tylko kilka maleńkich niebieskich błyskawic prześliznęło mu się po zbroi, a spoczywający na ramionach młot zamruczał cicho. Zabrzmiało to jak odległy grzmot. Władca Asów usiadł i zakrył twarz.

– Nie wiesz, jak to jest – odezwał się cicho. – Gdy ostatni raz oddałem się Drzewu… Nie pojmiesz bólu, cierpienia towarzyszącego przemianie ciała w nieskończoność włókien łyka, z których każde jest odsłoniętym nerwem wszechrzeczy. Ułamek chwili jest niczym dekady, obłęd zlewa cię z pniem, pokrywa korą, żłobi w twoim umyśle słoje szaleństwa. Ale nawet wtedy nie było tak strasznie, jak byłoby teraz. Wtedy wiedziałem, że mam szansę na powrót. A teraz… Ja nie wrócę. Nie odrodzę się. Trudno to pojąć komuś, nad kim do tej pory wisiał tylko odległy Ragnarok.

Thor umilkł i długą chwilę wpatrywał się w ojca. W końcu podszedł do podwyższenia, a potem wspiął się na ostatni stopień przy tronie, tak że mógł patrzeć na Odyna z góry. Zaraz jednak przyklęknął, złożył młot pod stopy wszechojca i oddał mu pokłon, dotykając czołem posadzki.

– Wybacz mą zuchwałość – wyszeptał. – Oczywiście rozumiem twój strach i przyjmuję twoją decyzję. Nie każdemu pisane jest oddać siebie w zamian za ocalenie świata. Nikt nie może wymagać od drugiego takiego poświęcenia.

Jakby dla podkreślenia tych słów brama zatrzeszczała, posypały się pierwsze drzazgi. Odyn jakby tego nie zauważył. Długo wpatrywał się w czubek głowy swego syna, aż w końcu westchnął głośno, dając za wygraną. Powoli, z wysiłkiem, podniósł się z tronu i zdjął hełm. Pusty oczodół, do tej pory ukryty za metalową przesłoną, nadał jego pooranej bliznami twarzy nowy, przerażający wyraz. Wyraz kogoś, kto wie, że nie ma już nic do stracenia.

– Potrzebuję kilku chwil przygotowań. Musisz mi dać czas, Thorze – powiedział, podając hełm synowi. Ten przyjął go i założył, odginając uprzednio ograniczającą widzenie przesłonę.

– Ile tylko zdołam – odparł bóg piorunów już bez żartów i kpin. Wstał i otrzepał kolana. Podniósł młot. – Cały czas naszego świata. Cały mój czas.

Poły namiotu wodza uniosły się i do środka wkroczył kolejny oficer, ostatni spośród wezwanych. Zasalutował archaniołowi i skinął siedzącym przy stole towarzyszom. Dwóch stojących za wodzem mrocznych, sześcioskrzydłych postaci odzianych w czarne togi wolał nie dostrzegać, zresztą zgodnie z przyjętym zwyczajem.

Udał też, że nie zauważa przewróconej makiety, choć jakieś wewnętrzne przekonanie kazało mu dotąd myśleć, że skutki trzęsienia ziemi ominą ten namiot. W jego głowie powstała nagle niepokojąca myśl, że skoro mylił się w tej kwestii…

– Usiądź tutaj, Mazariaszu – polecił archanioł, ustępując mu miejsca.

Oficer posłusznie usiadł przy stole, czując się wyróżniony tym zaszczytem, ale już po chwili przeklął w duchu chropowatość i wąskość wskazanego pieńka. Znał długość odpraw – czekała go nieprzyjemna godzina.

Wódz złożył ręce na piersi, otulił się skrzydłami, po czym skrzywił usta w pozornie złośliwym, a tak naprawdę starannie wyćwiczonym uśmiechu.

– Pewnie dotarła już do was, podłe plotkary, wieść o niekompetencji Nataniela – rzucił z przekąsem. – Wiem, że zwłaszcza Treazar lubuje się w podobnych historiach.

Wskazał głową na postawnego anioła o pucułowatej twarzy dziecka, który zawstydzony wzruszył ramionami. Pozostali ryknęli śmiechem.

– Nie wiem jednak, czy usłyszeliście też, że wasz szanowny przyjaciel próbował tłumaczyć się ową rzekomo zabójczą dla nas bronią…

Pomruki śmiechu urwały się nagle. Archanioł westchnął.

– Niestety, tym razem pogłoski były prawdziwe. Przeszukaliśmy wszystkie zwłoki i dotarliśmy do tego.

Pokazał im trzymany w dłoni wisiorek. Było to oko oprawione w złoto.

– Oto i oko Odyna – wyjaśnił. – Dzięki niemu mógł on dzielić się ze swymi poddanymi własną mocą. Rzecz jasna, moc ta nie była wystarczająca, by zaszkodzić mocniejszym aniołom jak wy, ale wystarczająca, by siać ferment wśród naszych żołnierzy. Ale teraz zdobyliśmy oko Odyna i…

– A co, jeśli wydłubie sobie i drugie? – wyrwał się Mazariasz. – Wydłubie, oprawi i ofiaruje, na przykład, olbrzymom? Przecież i bez tego giganty są niezwykle groźnym przeciwnikiem. A z takim okiem…

Jedna ze stojących za Michałem mrocznych postaci postąpiła krok do przodu i zdjęła kaptur. Naraz wszyscy ujrzeli przepiękną twarz archanioła Gabriela – boskiego posłańca i anioła śmierci. Bijąca od niej poświata na tle czarnego stroju milczącego dotąd wojownika przywodziła na myśl rozżarzony do białości metal świecący wśród węgli. Tylko archanioł Michał wytrzymał ten widok doskonałego piękna i grozy. Uśmiechnął się z wyższością do swych podkomendnych.

– Nie ma potrzeby, by martwić się drugim okiem Odyna – zapewnił swym melodyjnym głosem Gabriel – ani żadną inną częścią jego ciała. Aby coś mogło stać się artefaktem, musi najpierw być sławione w legendzie, jak na przykład to oko. Na zbudowanie legendy wokół drugiego oka nie mają już czasu.

Michał powiódł wzrokiem po zebranych. Nie wyglądali na całkowicie przekonanych, ale wystarczająco, by wypełniać rozkazy. A byli wszak o krok od zwycięstwa.

– To wszystko, co chciałem wam dziś powiedzieć. – Uśmiechnął się, widząc zdziwienie na twarzach swych oficerów.

– Możecie odejść – zezwolił, rozkładając skrzydła.

Aniołowie posłusznie wstali z pieńków i opuścili namiot. Michał odczekał jeszcze chwilę, po czym odwrócił się do Gabriela i drugiej mrocznej postaci.

– Znakomicie się spisaliście – pochwalił. – Przyznam, że nie wpadłbym na to.

Gabriel wzruszył ramionami.

– Cała zasługa należy się naszej informatorce – stwierdził. – To ona przekazuje nam takie genialne pomysły, prawda Rafaelu?

Mroczna postać skinęła głową, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku.

– Rafael cały czas jest z nią w kontakcie – wyjaśnił Gabriel. – Zbudował drogę do jej umysłu.

– Dokonał tego? – zdziwił się Michał.

– Tak, bracie – odpowiedział mu śmiech posłańca śmierci. – A wiesz, co ona robi w tej chwili? Właśnie…

Do namiotu wpadł strażnik wraz ze skrwawionym żołnierzem.

– Ważne wieści z pola bitwy, panie – wyskrzeczał wojownik. – Brama Walhalli ustąpiła.

– Doskonale! – zawołał Michał, poprawiając miecz.

Żołnierz pokręcił głową.

– Nie do końca, panie. Bo tak naprawdę to nam nie robi żadnej różnicy.

Na ławie stał kielich. Był pełen, od kiedy pierwsze spośród anielskich oddziałów przysłoniły niebo swymi skrzydłami. Znajdujący się w nim miód nie smakował już tak, jak w chwili, gdy został nalany, a po jego powierzchni pływały drobinki kurzu i kilka małych robaczków. Mimo to Odyn wypił do dna i nawet się nie skrzywił. Widok leżących obok lin i tej przeklętej pętli, która już za chwilę zaciśnie się na jego szyi, odbierając resztki oddechu, nadawał bowiem trunkowi dodatkowego, niezwykłego posmaku. Zgniłej słodyczy życia.

Sięgnął po nóż i rozciął rzemienie przy napierśniku. Zdjął go powoli i położył obok sznurów. Podobnie uczynił z resztą zbroi.

Po chwili był już nagi. Rzucił przelotne spojrzenie ku zwierciadłu i widok wcale go nie ucieszył. Patrzył na starca zamkniętego w ciele siłacza. Zmęczonego życiem, ale i przerażonego śmiercią, zagubionego w świecie, który zmienił się w jednej chwili.

Widział w swej twarzy oblicze stojącego na wzgórzu głupca, który całe wieki temu zawarł pakt z Kłamcą. Uczynił go swoim bratem, a przyjmując w poczet Asów, niejako również i synem. Na swoją zgubę…

Nagle zakręciło mu się w głowie. Zrobił kilka niepewnych kroków, a przed oczyma zatańczyły mu błękitne i zielone ogniki. Jego gardło, a potem cały przełyk zaczęły się rozgrzewać coraz mocniej i mocniej, aż w końcu zapłonęły żywym ogniem. Spróbował krzyknąć, ale nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Nogi ugięły się pod nim i padł na kolana. Widział wszystko jak przez mgłę.

I wtedy właśnie zza kotary wyłoniła się ona. Rozpoznał ją od razu. Sygin, żona Lokiego zwanego Kłamcą.

Odyn pamiętał, jak kpił z niej, gdy przysięgła zostać przy małżonku na wieczność, chroniąc jego twarz przed potwornym jadem wiszącego nad nim węża. Wtedy nie wierzył, że wytrzyma. Ale ona trwała na posterunku przez wszystkie te lata, stulecia, milenia, z pokorą znosząc docinki i wyzwiska. Nie opuściła Kłamcy nawet na moment. Aż do dziś.

– Bądź pozdrowiony, Odynie, królu szubienic – zadrwiła Sygin, pochylając się nad władcą Walhalli. W jego oczach była teraz jedynie kształtną plamą bieli na tle bordowych zasłon. – Widzę, że nie czujesz się najlepiej.

Sapnął coś wściekle w odpowiedzi. Sygin się roześmiała.

– Łatwo było zgadnąć, że będziesz chciał odkupić Walhallę przez dobrowolne męczeństwo. Przy tym wszystkim, co się dzieje za murami, to rzeczywiście było już jedyne wyjście. Tyle że… ty nie umrzesz męczeńsko.

Wstała i podniosła z ławy pusty kielich.

– Nie smakowało ci jakoś inaczej? – zapytała. – Na przykład jadem? Ta podła żmija wisząca nad Lokim chlapie tym paskudztwem na lewo i prawo, więc kilka kropel mogło wpaść i do tego kielicha. Smutne, prawda?

Nikt nigdy nie otworzy już tych drzwi, nikt nie ujrzy już serca Drzewa i nie odda mu swego cierpienia. I nikt nie skorzysta już z jego potęgi.

Odyn zamknął oczy i z potwornym wysiłkiem wycharczał:

– Dlaczego?

Sygin pochyliła się jeszcze niżej i siłą uniosła mu powieki, zmuszając władcę Walhalli do spojrzenia jej prosto w oczy.

– Krzywd uczynionych rodzinie się nie wybacza – wyszeptała. – Nigdy.

Wstała, przysiadła na krańcu stołu i czekała, aż Odyn umrze.

Z oddali widać było, że u wrót Walhalli wre zacięta walka. Gabriel co rusz dostrzegał szturmujące ku bramie oddziały, które przy wtórze błyskawic i grzmotów zamieniały się we wzlatujące ku niebu ciała zmasakrowanych aniołów. Słyszał też potworny ryk dobiegający jakby z przepastnych czeluści. To, że w rzeczywistości ów krzyk wydobywał się z gardła stojącego na progu twierdzy samotnego obrońcy, nie pocieszało go ani odrobinę.

Odwrócił się w stronę Michała. Wódz poprawił ostatnie poluzowane zapięcie napierśnika. Płomień na jego twarzy mienił się czerwienią.

– Rafael przekazał mi właśnie, że Odyn nie stanowi już zagrożenia – rzucił Gabriel.

Michał skinął głową i przetarł matowe miejsce na zbroi.

– Zastanawiam się tylko, dlaczego nasz kochany patron dróg nie przekazuje mi tych wieści osobiście – powiedział. – Byłoby prościej i szybciej.

Anioł śmierci się uśmiechnął.

– Powiedział mi kiedyś, że boi się budować drogi do twego umysłu. Zbyt często spoglądasz w otchłań. Powiedział, że ona zwykle odpowiada tym samym.

– Kto? – Wódz nie zrozumiał aluzji.

– Otchłań. Spogląda również w ciebie. A Rafael nie chce być przez nią podglądany. Poza tym to ja jestem jej posłańcem i to moja praca, czyż nie?

Michał nie odpowiedział. Wydobył miecz spomiędzy skrzydeł i przypiął go do boku. Złożył dłonie i wyłamał palce.

– Jestem gotowy. Czas pogadać z tym odźwiernym.

Pewnym krokiem zszedł ze wzgórza i wkroczył między swoje wojska. Rozstąpiły się przed nim w jednej chwili, tworząc szeroką drogę aż do samych wrót, gdzie czekał nieco zdezorientowany nagłą przerwą w walce olbrzym uzbrojony w młot.

Wódz szedł spokojnie. Nie reagował na wiwatujące wojska, na dźwięk trąb, które nagle rozbrzmiały nad polem bitwy. Widział teraz jedynie rosnącą z każdym krokiem barczystą sylwetkę na końcu drogi. Cień przysłaniający sobą światło zwycięstwa.

Gdy zbliżył się na jakieś dwadzieścia kroków, stanął. Dobył miecza i uniósł go do góry.

– W imię Boga Wszechmogącego nakazuję ci ustąpić mi miejsca – przemówił i skrzywił się w pełnym drwiny uśmiechu. – Ustąp z drogi silniejszemu od siebie.

Thor, stojący dotąd z nisko pochyloną głową, teraz ją uniósł. Nawet zgarbiony górował nad archaniołem, ale w owej chwili zdawał się przerastać go niemal dwukrotnie. Młot w lewej dłoni obrońcy Walhalli mruczał cicho niczym przychodząca z daleka zapowiedź wiosennej burzy.

Olbrzym zdjął z głowy hełm Odyna i zarzucił złocistą grzywą. Stanął w rozkroku i chwycił broń w obie ręce. Po trzonku przebiegły dwie błękitne błyskawice.

– Ty i ja, przybyszu! – zawołał hardo. – Ty i ja.

Michał skinął głową i mocniej ścisnął rękojeść miecza. Głownia zapłonęła.

Przez chwilę przeciwnicy wpatrywali się w siebie, mierząc swoje siły, aż w końcu niemal równocześnie ruszyli do ataku.

Syn Odyna poruszał się z nieprawdopodobną wręcz szybkością. Zaczął od wykroku do przodu, chcąc lepiej wykonać błyskawiczny obrót. Z impetem uderzył w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą była głowa wroga. Ten jednak zdążył się uchylić i wykorzystał sytuację, tnąc od dołu na udo olbrzyma. Miecz uderzył w metalową osłonę, nadtapiając ją nieco, ale samemu Thorowi nie czyniąc krzywdy. Bóg piorunów odskoczył z wykrzywioną wściekle twarzą.

Stojący naprzeciw archanioł również się cofnął i bacznie obserwując przeciwnika, ruszył po łuku. Najpierw wykonał jeden krok w prawo, by sprawdzić, czy wzrok olbrzyma podąża w ślad za nim, a potem zaczął powoli przemieszczać się w lewo. Równocześnie z każdym poruszeniem niemal niezauważalnie zmniejszał dzielący ich dystans.

Thor nie dał się zwieść. Po trzecim kroku wiedział już, że jeśli będzie czekał dłużej, wejdzie w bliskie starcie… i zginie. Trzymając młot oburącz, powoli uniósł go do góry, jakby szykując się do potężnego uderzenia. Wygiął całe ciało lekko do tyłu, niby biorąc potężny zamach.

I nagle zabrał prawą rękę z trzonka. Trzymany w lewej dłoni młot pomknął do tyłu, momentalnie nabierając prędkości. Jednocześnie wojownik wyskoczył do przodu. Michał zareagował instynktownie, robiąc unik i ustawiając miecz do bloku. O to właśnie chodziło Thorowi. Młot z pełnym impetem uderzył od dołu, bez trudu zbijając broń przeciwnika, a jego samego wyrzucając w górę. Archanioł wypuścił rękojeść z dłoni i poleciał do tyłu, po czym zarył skrzydłami w piach. Błyskawicznie owinął się nimi i odturlał na bok. Wycelowany w jego głowę młot uderzył w ziemię.

Michał potoczył się jeszcze kawałek i poderwał, rozwijając skrzydła. Poszukał wzrokiem miecza. Nie leżał daleko. Podszedł do niego i chwycił. Zakręcił młynka.

– Gramy dalej? – zapytał.

Thor wzruszył ramionami i uniósł swą broń.

Archanioł ruszył do przodu. Widział, jak przeciwnik szykuje się do kolejnego ataku, ale tym razem nawet nie próbował go przewidzieć. Podczas całej tej walki stanowczo za dużo myślał.

Nie czekał ani chwili dłużej, tylko spiął się i skoczył… w górę. Machnął rozpostartymi skrzydłami, wzbijając wokół tumany kurzu.

Syn Odyna zmrużył oczy i instynktownie cisnął młotem w stronę Michała. Jego jednak już tam nie było, bo błyskawicznie złożył skrzydła, runął na ziemię i gdy świetlisty obuch zawracał w powietrzu, zaatakował. Płonące ostrze pomknęło od dołu, by zanurzyć się w nie dość osłoniętej pachwinie olbrzyma. Thor ryknął z bólu i stracił równowagę. Jego własna broń, która właśnie w tym momencie wpadła mu do ręki, przeciążyła go ostatecznie. Bóg piorunów runął na ziemię. Archanioł doskoczył, przydeptał rękę trzymającą młot i wbił ostrze w szyję boga piorunów.

Następnie cofnął się i spokojnie zaczekał, aż ciałem przeciwnika przestaną wstrząsać konwulsje. Dopiero wtedy wkroczył do Walhalli.

W rogu sali czekała już na niego Sygin. Niewiasta skłoniła się lekko, wyciągając przed siebie ręce, w których trzymała napierśnik Odyna.

– Witaj, panie – powiedziała.

Michał odpowiedział oszczędnym żołnierskim ukłonem i rozejrzał się po komnacie. Podobało mu się to surowe, ale niepozbawione wdzięku wnętrze, te stojaki na broń, teraz przewrócone, ale jeszcze niedawno pełne mieczy i toporów prezentujących się dumnie niczym najwspanialsze ozdoby. No i, rzecz jasna, tron władcy ze stojącą obok włócznią – symbolem władzy.

Chowając miecz, podszedł do tronu. Chwycił włócznię i zakręcił nią nad głową. Wycelował w jeden z zastygłych w suficie wodorostów, wziął zamach, po czym… opuścił broń. Złapał ją oburącz i złamał na kolanie.

– Chcę zobaczyć ciało – zażądał.

Sygin rzuciła napierśnik na ziemię i bez słowa ruszyła ku drzwiom prowadzącym do dalszych komnat. Michał poszedł za nią.

Dobrą chwilę trwało, zanim stojący u wrót aniołowie przemogli się i wkroczyli do środka. Najpierw było to tylko dwóch czy trzech śmiałków, lecz wkrótce cała sala wypełniła się skrzydlatymi. Po sufit.

(...)

Kłamca 1. Cyngiel niebios

Copyright © by Jakub Ćwiek 2018

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2018

Redakcja – Tomasz Hoga

Korekta – Aneta Wieczorek

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Ilustracja na okładce – Piotr Sokołowski

Rysunki w książce – Agnieszka Jednaka

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

www.jakubcwiek.pl

www.facebook.com/JakubCwiekOfficial

Wydanie III zmienione i poprawione, Kraków 2018

ISBN EPUB: 978-83-8129-280-1

ISBN MOBI: 978-83-8129-279-5

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

WydawnictwoSQN

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Tempori serviendum est

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog. Anioł stróż

Jak było na początku… Młot, wąż i skała

Teraz… Samobójca

Krew baranka

Cleaner

Przepowiednia

Galeria

Cicha noc

Egzorcysta

…I zawsze Głupiec na wzgórzu

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kłamca 2. Bóg marnotrawny Fantastycznie nieobliczalni Cyngiel niebios. Kłamca 1. Wydanie II Kłamca 1. Wydanie III Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu Stróże 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha