Fashionistki zrzucają czadory

Fashionistki zrzucają czadory

Autorzy: Aleksandra Chrobak

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 31.99 zł

W Iranie Aleksandrze Chrobak udaje się dotrzeć tam, gdzie turysta nie ma wstępu. Odwiedza zamknięte dla innowierców sanktuaria szyickich imamów, w których Iranki najpierw się modlą, a później ustawiają do selfie przy grobie świętych męczenników. Podziwia zawodowe płaczki w czasie uroczystości żałobnych, tańczy na weselu i szuka ostatnich świątyń ognia. Zaprzyjaźnia się także z irańskimi kobietami: matronami z hammamu, koczowniczkami w kolorowych sukniach i fashionistkami, które zapraszają ją do swojego świata.

 

Okazuje się, że na ulicach Iranki nie noszą już grzecznie czadorów. Zamieniły je na dizajnerskie kreacje, a ich rozjaśniane na blond włosy coraz śmielej wychodzą spod chust. Moda jest tutaj narzędziem sprzeciwu wobec dyktatury religijnej i symbolem upragnionej wolności.

 

 

Iran Aleksandry Chrobak jest zupełnie różny od stereotypów serwowanych przez zachodnie media. To kraj kontrastów, gdzie konsumpcjonizm przeplata się ze staroperskimi obyczajami, a związki męsko-damskie kwitną, niezależnie od zakazów duchownych w turbanach. Za ponurą fasadą reżimu ajatollahów kryje się barwny, fascynujący i wyjątkowo gościnny kraj, który po lekturze wszyscy będziemy chcieli odwiedzić.

rogi Czytelniku, który być może podchodzisz do Iranu z pewną dozą niepewności, pozwól zabrać się w podróż do kraju bardzo różnego od tego, co podają o nim newsowe nagłówki – do Iranu, który nie płonie, nie tonie w morzu czarnych czadorów i nie sroży się zmarszczoną brwią ajatollaha.

Nieważne, czy oglądamy program dokumentalny czy wystawę współczesnej fotografii. Kiedy mowa o Iranie, w tle pojawia się posępny czador. Nawet niektórzy irańscy artyści powielają mity o sobie samych. Czarna zasłona jest jak napalm, który do nich przylgnął. Symbolicznie oddziela irańskie społeczeństwo od zachodniego świata. Jest jak egzotyczne akcesorium. Po jego zdjęciu i odrzuceniu związanych z nim stereotypów okazuje się, że Irańczycy są nam bliżsi, niż mogłoby się wydawać. Mam nadzieję, że ta książka trochę tej zasłony uchyli.

*

Jestem związana z Iranem od niemal piętnastu lat. Najpierw jako studentka religioznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim z wypiekami na twarzy zgłębiałam tajniki szyickiego islamu. Za tym zainteresowaniem szybko podążyły studia na krakowskiej iranistyce, połączone z podróżami po Iranie. Nauka perskiego otworzyła mi drzwi do miejsc i pozwoliła poznać historie, które rzadko są dostępne dla obcokrajowców. Dzięki językowi i pasji do wielowiekowej perskiej kultury, ale też fascynacji współczesnym irańskim społeczeństwem miałam okazję poznać ten kraj chociaż w części.

To właśnie między wprawiającymi w osłupienie turkusowymi meczetami, czajem serwowanym przez serdeczne koczownicze matrony i błogą nieświadomością, gdzie zaprowadzi mnie nowo zawarta przyjaźń i dokąd ruszę następnego dnia, doświadczyłam po raz pierwszy poczucia prawdziwej wolności oraz ponadkulturowej więzi z drugim człowiekiem. Dlatego zawsze tam wracam.

Podczas studiów i w trakcie wielu wizyt nawiązałam mnóstwo zaskakujących znajomości i przyjaźni, które – mimo dynamicznych zmian w tym kraju i jego westernizacji – przetrwały. Inne dopiero rozkwitają. Czy to pobożna pani domu o złotym sercu, chirurg plastyczny wyznaczający po godzinach nowe trendy w kaligrafii, czy blond fashionistka walcząca modą o prawa kobiet – od nich wszystkich czegoś się nauczyłam. Iranki i Irańczycy, z ogromną wrażliwością, bezbrzeżną hojnością, prostotą serca i duchem walki o wolność, są dla mnie wielką inspiracją.

1

Słowik siada przy róży

schodni Teheran, środek nocy. Po skonsumowaniu potrawki z dorodnego barana, podanej na misternie tkanym dywanie, wyruszam do serca miasta. Na parkingu przed willą już grzeje się silnik chevroleta caprice classic, ikony motoryzacji lat sześćdziesiątych. To auto na specjalne okazje. Wygląda, jakby dopiero co zjechało z konwoju Kennedy’ego. W dzień jego długa maska jest przykryta grubą plandeką. Nie ma co amerykańską furą postronnych w oczy kłuć. Nie wsiada do niego jednak Jackie w różowym kostiumie i toczku, ale moja gospodyni, Setare (Gwiazda), w jedwabnej muzułmańskiej kreacji. Czarna zasłona lśni w blasku księżyca. Srebrne pluszowe siedzenia również mienią się w jego świetle. Siadam z tyłu przy gospodyni, która natychmiast bierze moją ciężką torbę na kolana. Już całkiem czuję się jak VIP. „Ho, ho! – zagajam żartobliwe do Dariusza, pana domu, za kierownicą – chyba dziś prowadzi sam szachinszach”. „Jestem tylko skromnym robotnikiem” – kokietuje w odpowiedzi i uśmiecha się pod wąsem.

Woń rachitycznego jaśminu z ogrodu miesza się z metalicznym zapachem zanieczyszczonego powietrza piętnastomilionowej stolicy. Mój gospodarz włącza radio z epoki, które odzywa się chrapliwym, monotonnym głosem szyickiego duchownego rozprawiającego o rajskich dziewicach. Dariusz szybko zmienia kanał i z głośnika płynie ballada przedrewolucyjnej diwy.

*

Po chwili na fotel pasażera przede mną pakuje się brat Dariusza i od razu kilkakrotnie mnie za to przeprasza. Grzeczność wymaga natychmiastowej riposty – szukam więc w głowie kurtuazyjnego zwrotu, na tyle ogólnego, żeby zamaskował mój brak zrozumienia sytuacji. Pustka. Odpowiadam więc z lekkim wahaniem, że nic nie szkodzi, na co z ratunkiem przychodzi mi Dariusz, który – jak każdy patriotyczny Irańczyk, dumny ze swojego dziedzictwa kulturowego – spieszy z wyjaśnieniem. Otóż brat przeprasza, dlatego że siedzi odwrócony do mnie tyłem. Na to dictum powinnam odpowiedzieć nie prostackim: „Nie ma problemu”, ale: „Kwiat nie ma przodu ani tyłu”. To wymaga z kolei jego riposty: „Słowik siada przy kwiecie”. Ten słowik to w tej sytuacji ja, on zaś odgrywa rolę kwiatu. Przy czym, gdy mówimy „kwiat”, zawsze myślimy: róża. Barokowa kurtuazja Irańczyków potrafi całkowicie rozbroić każdego obcokrajowca. Wtedy też najczęściej przybysze porzucają wszelkie lęki wynikające z negatywnych stereotypów Iranu jako kraju niebezpiecznych fanatyków religijnych. Nie sposób obawiać się ludzi, którzy w taki sposób się ze sobą komunikują.

Kierujemy się ku Azadi, teherańskiej Wieży Wolności – jej łuk inspirowany jest staroperską architekturą, ale w futurystycznym wydaniu. Ma on symbolicznie łączyć tradycję i nowoczesność. Monument, postawiony przez szacha z okazji 2500. rocznicy perskiego imperium, do dziś jest symbolem stolicy – tyle przynajmniej się po królu królów ostało. Azadi w ciągu dnia jest nieludzko zatłoczona, więc tylko w nocy można podziwiać wieżę bez tłumów i zrobić dobre zdjęcie na tle pomnika – mitu o wielkim Iranie. Moi gospodarze gorąco nalegali, by tu przyjechać. Gość w dom – główna atrakcja musi zostać zaliczona!

Patrząc na podświetlony niebotyczny łuk, sama poczułam dumę, która na jego widok rozpiera teherańskie serca. Jednocześnie dopadło mnie obezwładniające zmęczenie. Od miesięcy nie mówiłam tyle po persku i aż zaschło mi w gardle od potoku grzeczności, który płynął z moich ust równolegle do rwącego strumienia gościnności mojej zaprzyjaźnionej teherańskiej rodziny, a szczególnie pani domu.

Irańska etykieta to labirynt wymagający umiejętności czytania między wierszami, wyczucia i znajomości obowiązujących reguł. Ta fascynująca społeczna gra jest kluczem do zrozumienia Irańczyków i ich kultury. Określa ją jedno perskie słowo: ta’arof. To system kurtuazyjnych zachowań i zwrotów oplatający relacje społeczne jak gęsta pajęczyna. Ma on wiele obliczy. Ta’arof to nie tylko komplement, postawa negocjacyjna niezbędna przy każdej transakcji czy zbiór reguł gościnności, lecz także papierek lakmusowy pozycji społecznej danej osoby. Łatwo sobie nim zjednać irańskie serca i z obserwatora awansować do rangi partnera, natomiast bez znajomości zasad gry charedżi (obcokrajowiec) pogubi się w gąszczu relacji interpersonalnych i popełni solidne faux pas. Dodatkowo zostanie zakwalifikowany jako dewizowy zjadacz kebabu bez pojęcia o dobrym wychowaniu. Irańczyk bez zacięcia do tej szarady kończy zaś w oczach rozmówcy jako gbur.

Obcokrajowiec zostaje rzucony na ta’arofową głębię już przy pierwszej uiszczanej w Iranie opłacie. Usłyszawszy pytanie, ile się należy, sprzedawca czy taksówkarz nie mogą podać ceny od razu – to byłby przejaw nieokrzesania. Święte prawo grzeczności każe im powiedzieć, że nic, że dany towar czy usługa są bez wartości w porównaniu z klientem. Ale uwaga, nie dajmy się zwieść kurtuazyjnym frazesom i pod żadnym pozorem nie chowajmy towaru do torby ani nie wysiadajmy z samochodu z bananem na twarzy, zachwyceni, jaki to świetny interes ubiliśmy. Ta’arof to nie tylko prawo, ale i obowiązek. Sprzedawcy wypada ofiarowywać, a klientowi odmawiać i upierać się, że zapłaci. Ten rytuał, jak japońskie ukłony, musi powtórzyć się dwa lub trzy razy, zanim padnie odpowiednia kwota – jednak można spokojnie oczekiwać, że w końcu się ona pojawi, gdyż Irańczykowi nawet przez myśl nie przejdzie, że jeśli powie klientowi, że towar jest prezentem, a transport jest za darmo, tamten mógłby w przypływie szaleństwa wyjść bez zapłaty.

Irańczycy są też bezbrzeżnie gościnni, co częściowo wypływa z ich natury i wrodzonej szczodrości, a częściowo z wymogów etykiety. Czasami trudno jest wyczuć ten delikatny balans. Pierwszy raz byłam w Iranie w 2007 roku, jeszcze za mrocznych czasów Ahmadinedżada, jako studentka iranistyki. Skala fenomenu grzeczności była dla mnie wówczas sporym zaskoczeniem. Uśmiechałam się od ucha do ucha, kiedy pierwszy raz w sklepie powiedziano mi: qabeli nadare!, czyli „to bezwartościowe!” – towar nie jest nic wart w porównaniu ze mną, klientką. Później jeszcze nieraz miałam sposobność usłyszeć tę frazę – podobna wymiana zdań następuje właściwie przy każdym przejściu gotówki z rąk do rąk. Czas to pieniądz, ale ta’arof to nie jest widzimisię, lecz mus. W Iranie prawie na niczym nie znajdziemy metki z ceną, więc każda transakcja to wejście sprzedawcy w relację z klientem, co wymaga odpowiedniej etykiety… i czasu. Nie da się tego procesu przyspieszyć, położyć pieniędzy na ladzie i wyjść, co czasem ułatwiłoby sprawę.

Pamiętam, jak jechałam taksówką w Gorganie, na zalesionej północy kraju. Taksówkarz tak się upierał, że mam być jego gościem i nie chce nawet słyszeć o zapłacie, że w końcu podniosłam białą flagę – spieszyłam się, skorzystałam więc z jego gościnności i wysiadłam. Jeszcze przez dłuższą chwilę opierał się na kierownicy i kręcił głową, nie mogąc objąć rozumem, co się właśnie stało.

Dziś turyści masowo odwiedzają Iran i sprzedawcy zaczynają mieć nie lada zagwozdkę. Sytuacja, w której druga strona nie zna zasad gry, wróży katastrofę. Kiedyś niewzruszone zasady ta’arofu trzeba zatem nagiąć. Nowe czasy wymagają dyspensy od świętej tradycji. Część kupców, zanim zacznie oferować swoje dobra gratis, najpierw sonduje obcokrajowca i prześwietla delikwenta kulturowym rentgenem, by upewnić się, czy rozumie, że musi odmówić przyjęcia „prezentu”, inaczej bowiem biznes ryzykuje bankructwo.

Jadłam kiedyś kolację w restauracji mieszczącej się w przepięknym, zabytkowym karawanseraju nieopodal Isfahanu. Niewiele osób wie o jej istnieniu, więc nie ma tam masowego przemiału klientów. Właściciel, który dość swobodnie komunikował się po angielsku, dwoił się i troił, żeby zadowolić gości. Płatność uiszczało się po posiłku przy kasie. Obserwowałam, jak przebiegały rozliczenia. Opiekun kilkuosobowej grupy, Irańczyk, był lekko okadzany ta’arofem, a dopiero potem przechodzono z nim do konkretów, natomiast ledwo ogarniający wartość banknotów turysta od razu otrzymywał rachunek z kwotą wypisaną cyframi arabskimi i w przeliczeniu na dolary.

W końcu i ja podeszłam do właściciela. Był trochę zaskoczony moim perskim, ale już nie tak, jakby to było jeszcze kilka lat temu. Zabrał mnie jednak na obchód swojej sali. A to pokazywał, jak zaaranżowano lampy w korytkach dla wielbłądów, które tam kiedyś zdrożone odpoczywały, a to zachwalał, jak fantastycznie działa staroperska akustyka – stojąc w jednym rogu sali, można było usłyszeć głos osoby mówiącej z przeciwnego krańca. W końcu, dziękując za gościnę, zagaiłam, ile się należy. Za pierwszym razem odpowiedział, że on zaprasza i niech to będzie dar od niego jako od przyjaciela. Dobra – pomyślałam – a świstak siedzi i zawija w sreberka! Kokieteryjnie odpowiedziałam, jak należy – że ależ skąd, nalegam! On – już mniej stanowczo – położył rękę na sercu i wypowiedział magiczną frazę: qabeli nadare. „Nie, nie” – zaprotestowałam ponownie, kłaniając się z prawicą na piersi, na co on – siup! – wyciągnął z kieszeni już dawno przygotowany rachuneczek. Ten społeczny rytuał ma w sobie dużo uroku i jest jednocześnie wyrazem szacunku dla rozmówcy.

A to niejedyna umowna zasada związana z płaceniem, bez której znajomości biedny turysta jest skazany na pożarcie. Na przykład Irańczycy zrobili sobie nieoficjalną denominację. Liczba zer na banknotach sprawia, że każdy jest tam milionerem. Od kwoty w rialach odcinają zero i otrzymują wartość w tomanach. W rialach praktycznie nikt się nie rozlicza, mimo że to oficjalna waluta. Nawet w cennikach państwowych usług widnieją riale i tomany. Sprzedawcy na bazarze muszą zatem trochę pogłówkować, żeby podać cenę zrozumiałą dla skołowanego turysty.

Na szczęście przeliczenia nie są takie trudne – 100 tysięcy riali to 10 tysięcy tomanów, a dla łatwiejszej rachuby zera redukują się dalej. W mowie potocznej 10 tysięcy tomanów to po prostu 10 tomanów (około 10 złotych). W razie problemów przy negocjacjach wystarczy zakryć zero na banknocie z Chomejnim i już mamy tomany. Na bardziej zaawansowanym poziomie można używać potocznego tomana. Przykład: paczka lokalnych papierosów kosztuje oficjalnie 20 tysięcy riali i taką cenę sklep ma na rachunku. Przy zakupie sklepikarz wymieni jednak cenę 2 tysięcy tomanów. Kiedy zaś kolega spyta, ile daliśmy za fajki, możemy odpowiedzieć, że dwa (tomany), czyli około 2 złotych.

Etykieta musi też sobie jakoś radzić z barierą językową. Turysta rzadko rozumie po persku, więc ta’arof musiał przejść adaptację. Drobni przedsiębiorcy, samozwańczy miejscy przewodnicy czy sklepikarze – szczególnie z mniejszych miejscowości, a więc niezaznajomieni z masową turystyką – mają tendencję do traktowania obcokrajowców tak samo jak Irańczyków. Jeśli trochę znają angielski, wiją się jak piskorze, żeby jakąś formę ta’arofu zachować. Często pada fraza: be my friend, in Iran you are my guest, no money – co często prowadzi do kolizji kulturowych i zostawia Bogu ducha winnego Irańczyka z pustymi rękami, a turystów oszołamia lokalną gościnnością. Po takim nieporozumieniu sprzedawca nie będzie biegł za niefrasobliwym klientem i obnażał czystej formalności swojego ta’arofu. To byłby wstyd. Tylko w duchu będzie rozpaczał nad poniesioną stratą. Bez możliwości komunikacji werbalnej transakcje siłą rzeczy są okrojone z etykiety. Na palcach czy kalkulatorze trudno uhonorować klienta zwrotem grzecznościowym, ale zawsze można gestem zaprosić go na herbatę i w ten sposób okazać perską gościnność. Na porządku dziennym jest ciągnięcie turysty za rękaw, żeby go podjąć czajem, mimo że żadna ze stron nie zna ani słowa w języku tej drugiej.

W centrach handlowych w metropoliach i na eleganckich bazarach kontakt z lokalnym klientem nie jest już tak barokowy. Niektórzy sprzedawcy, zachłyśnięci duchem kapitalizmu, coraz mniej czasu poświęcają na ta’arofowe relacje z klientem. Na szczęście takich miejsc nie ma wiele. Należy do nich teherański bazar Tadżrisz, którego luksusowa sekcja tekstylna jest oblegana przez lokalne fashionistki. Tamtejsi sprzedawcy nie obchodzą się już z kupującymi jak z jajkiem, o czym przekonałam się na własnej skórze.

Polowałam tam z Setare na jedwab na suknię ślubną, wyprodukowany przez irańskie jedwabniki klasy A. Co poniektórzy sprzedawcy rzucali nam pojedynczy ta’arof, okrojony do rozmiarów znaczka pocztowego, jak grosz żebrakowi: „Qabeli nadare, 70 za metr!” na jednym wydechu. Rzuciłam Dariuszowi i Setare zawiedzione spojrzenie. Gdzie są te niegdysiejsze śniegi?!

– W Teheranie lada chwila wszędzie pojawią się metki – skwitowałam.

Komentarz ubawił moich towarzyszy, którzy skwapliwie przekazali go sprzedawcy, na co ten począł się gęsto tłumaczyć i przepraszać za afront.

Muszę przyznać, że Dariusz walczył o moje 5 metrów kremowego jedwabiu jak achemenidzki lew. Na szczęście sztuka targowania się nadal kwitnie w Iranie. Po persku „targować się” to dosłownie „ciągnąć za brody”, co wskazuje, że tego typu negocjacje to nie przelewki. Oddałam zatem to zadanie mojemu gospodarzowi, choć sama uwielbiam się targować – te emocje, wyzwanie, perswazja to mój żywioł! Tym razem jednak Dariusz, jako gospodarz, wiódł prym. Zakazał mi rozmów ze sprzedawcą, przykładając palec do ust i mrugając znacząco w obawie, że za szybko się zgodzę i spalę interes. Oj, nie znał mnie on jeszcze! Po udanej transakcji wyszedł ze sklepu dumny jak paw – zbił cenę o 30 procent, za co go wykwintnie pochwaliłam.

Czadorowe, tradycyjne panie w typie mojej gospodyni Setare, okrywające się czarnym materiałem przy każdym wyjściu z domu, mają nieco inną strategię, która świetnie się sprawdziła przy poszukiwaniu materiałów na moje dwa manta – blezerki, tuniki lub trencze, które mniej konserwatywne Iranki noszą jako wierzchnie okrycie. Ich nazwa pochodzi od francuskiego manteau – płaszcz. Setare zaofiarowała się, że je dla mnie uszyje. Przecież nie pozwoli, by jej gość wyglądał, jakby wypadł sroce spod ogona, i to w stolicy! Szukałyśmy zatem modnego teraz materiału w tradycyjne ludowe wzory, w Iranie zapanował bowiem szał na etniczny dizajn. Przy okazji miałam sposobność zaobserwować zakupową taktykę mojej towarzyszki. Czadori, pani spowitej w czerń, nie uchodzi głośno zbijać ceny i rozpychać się łokciami, chociaż mnóstwo gorącokrwistych irańskich matron niewiele sobie z tego robi. Jak się jednak okazuje, czasami styl lisa jest bardziej skuteczny niż lwa. Setare działała strategicznie: snuła się po sklepie, błądziła wzrokiem po asortymencie, ale na niczym nie zatrzymywała spojrzenia. Cena towaru, na który klient zwraca uwagę, gwałtownie rośnie.

Wreszcie Setare podeszła do bel wielobarwnego, ręcznie tkanego materiału ze zdobieniami, dotknęła go i odeszła, by obejrzeć inny. Następnie z pokerową twarzą z wolna opuściła sklep, a ja ruszyłam za nią, urzeczona jej gracją. Podziwiałam profesjonalizm, z jakim lekko marszczyła nos i mówiła konfidencjonalnym tonem: „Nie mają dobrego gatunku, idziemy stąd!”. W innym sklepie poprosiła o dyskretny znak, co mi się podoba, szept spod chusty, skinienie głową. Dopiero gdy zyskała pewność, ruszyła do akcji. Delikatną, nieustępliwą perswazją kruszyła kupieckie serca. Wróciłyśmy w końcu z bazaru z kolorowym materiałem z tak zwanym lustrem, czyli minicekinami odbijającymi światło, na kimono do bioder i lekką tkaniną w kolorze brudnego różu z kolorowymi kryształami na luźną, dizajnerską, otwartą narzutkę do pół łydki.

Był to etap, gdy jeszcze sondowałam moją relację z Setare, by wybadać, w jakim stopniu mogę z czystym sumieniem korzystać z jej serdeczności, czasu i zaangażowania, bo najtrudniejszy w obsłudze jest ta’arof gościny, który w niepowołanych rękach może się stać niedźwiedzią przysługą dla gościa i skaraniem boskim dla gospodarza.

Wśród tych, którzy choćby na chwilę postawili nogę na irańskiej ziemi, chyba nie ma osoby, która nie byłaby zaskoczona, jak bardzo Irańczycy odbiegają od stereotypów, jakie do nich przylgnęły. Z Iranu, odizolowanego od zachodniego świata po rewolucji, dopiero w ostatnich kilku latach powoli udaje się zdjąć klątwę czarnego PR-u. Turyści, którzy zaczynają masowo podróżować do tego kraju, są jego najlepszymi ambasadorami. Wracają do siebie, nie mogąc się nadziwić, jak bardzo to, co widzieli, różni się od medialnego obrazu posępnych czadorów i fanatyzmu religijnego. Z wakacji przywożą nie tylko pocztówkowe fotografie pięknych meczetów i Persepolis o wschodzie słońca, szafran i jedwabne dywany, lecz także – a może przede wszystkim – wspomnienie niesamowitego ciepła i serdeczności tutejszych ludzi.

Irańczycy, którzy nie mogliby być bardziej dalecy od funkcjonującego w zbiorowej świadomości portretu wrogiego reżimu, straszącego bliżej nieokreślonym zagrożeniem, zdają sobie sprawę z tego, jak się o nich mówi w zachodnich mediach. Być może dlatego właśnie na każdym kroku chcą zrekompensować obcokrajowcom politykę rządu i pokazać, że nie taki Iran straszny, jak go malują. Biorą na siebie odpowiedzialność za to, jak turysta czuje się w ich kraju, i nade wszystko chcą, by ich zrozumieć. Gościnność to najlepszy irański towar eksportowy.

Wydaje mi się, że nie ma drugiego społeczeństwa, w którym aż tak głęboko zakorzenione są gościnność i kurtuazja wobec innych, nawet jeśli czasem bywają nie do końca szczere. Od marmurowych willi Szirazu po slumsowe osiedla południowego Teheranu i kaszkajskie namioty Irańczycy dziedziczą grzeczność i uczynność w kulturowych genach. W każdej chwili można tu zostać zgarniętym z ulicy przez sympatycznego starszego pana, który postawi nam szafranowe lody na miły początek pobytu w jego mieście i po kilkuminutowej rozmowie o Iranie i o tym, jak nie zgadza się z polityką mułłów, chce nam przedstawić całą swoją rodzinę. Turysta nie zna też dnia ani godziny, kiedy sympatyczna pani odpoczywająca na ławeczce przy lokalnej fontannie zaprosi go na domową ucztę.

Trzeba się nieraz sporo napocić, aby odróżnić ta’arofową formę grzeczności od gestu płynącego z serca i przyjaźni. Nowo poznany Irańczyk nie może nie zaoferować nam zaproszenia do domu, posiłku czy chociaż herbaty. Wymaga tego od niego kultura. Nie znaczy to jednak, że na pewno spodziewa się, iż ofertę przyjmiemy. Dobre wychowanie wymaga od nas odmowy, najlepiej trzykrotnej, która zwalnia go z obowiązku podtrzymywania zaproszenia. Jeśli po kilku odmowach gospodarz wciąż naciska, to znaczy, że zaprasza szczerze.

Dla Irańczyków te sprawy są oczywiste, lecz w kontakcie z obcokrajowcem, kiedy gościnność jest nawet bardziej wymagana, Irańczyk sam na siebie zastawia wnyki – często mając nadzieję, że go z nich uwolnimy. Czasami osoba, która nas zaprasza – sklepikarz, ekspedient z piekarni czy pani z metra – nie ma nawet warunków, by nas przyjąć czy zabrać na wycieczkę, którą sama zaoferowała. Młody człowiek z parku, od którego przyjęliśmy zaproszenie do restauracji, musi za nas zapłacić, mimo że go na to nie stać. Dlatego też, przyjmując zaproszenie, lepiej najpierw się rozeznać, czy nasz nowy znajomy ma możliwości i czas, by nas ugościć, i czy nie wpędzimy go w długi. Czy nasza nieoczekiwana zgoda na wspólne zwiedzanie nie oznacza dlań konieczności wzięcia wolnego z pracy, co nam, cieszącym się akurat urlopem, nawet nie przychodzi do głowy. Trzeba dać mu szansę wycofać się z tej oferty z twarzą.

Pamiętam, jak kiedyś w Tebrizie, na północy kraju, w czasach gdy jeszcze istniały kafejki internetowe, wdaliśmy się wraz z kolegą w rozmowę z przesympatycznymi dwoma właścicielami takiego przybytku. Zakończyła się ona całodzienną wycieczką następnego dnia do Kandowan, wioski wykutej w skale. Chłopcy spędzili z nami fantastyczny dzień i żadna rekompensata pieniężna nikomu nawet nie przyszła do głowy. W dodatku po sutym obiedzie jeden z nich, Reza, zapalony taekwondzista, fizycznie skrępował mojego protestującego kolegę, aby jego wspólnik mógł zapłacić za nas rachunek. Taka jest irańska gościnność. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że musieli zamknąć biznes na cały dzień, aby nam zafundować tę wycieczkę. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że zdecydowali się na to po wielu naszych odmowach, więc ewidentnie z serca. Jeszcze kilka razy się z nimi spotkaliśmy i wprowadzili nas w arkana tebrizkiego bazaru, największego dywanowego suku na świecie. Nie wiedzieliśmy, jak im się odwdzięczyć, więc zdecydowaliśmy, że kupimy im do kafejki wielki doniczkowy kwiat, który mój towarzysz podróży Radek ceremonialnie niósł przez główną arterię miasta. Reza o maślanych oczach nazwał roślinę na moją część. To nie była zresztą jedyna okazja, kiedy dostąpiłam takiego zaszczytu. Jednemu z kierowców wiozących nas po pustynnych bezdrożach Iranu tak przypadliśmy do gustu, że postanowił nadać nasze imiona źrebakom, które dopiero co przyszły na świat w jego gospodarstwie. Radek i Aleksandra pewnie nadal jeszcze hasają po dolinach Elbursu.

Irańska szczodrość nie cofnie się przed żadnym wyzwaniem, nawet jeśli oznacza to niewygody i zapomnienie o własnym ego. Taka sytuacja zdarzyła się mnie i mojemu koledze w drodze na południe kraju. Dojechaliśmy na stację autobusową lekko przed południem, po całonocnej podróży. Mimo że na każdym postoju współpasażerowie prześcigali się w podtykaniu nam pod nos przekąsek i słodyczy, byliśmy zmordowani, a do odjazdu minibusa zostało jeszcze wiele czasu. Nie było żadnego rozkładu jazdy – marszrutka pojedzie, gdy wszystkie miejsca będą zajęte, proste.

Gdzie indziej w podobnej sytuacji zapewne bylibyśmy skazani na koczowanie na krawężniku. Ale nie w Iranie! Już po paru minutach przyuważył nas lokalny hodowca koni i zabrał swoim samochodem, niebożęta. Widział, że jesteśmy głodni, więc chociaż akurat trwał ramadan, miesiąc postu, zaprosił nas do restauracji. Niektóre restauracje są otwarte w ciągu dnia także podczas ramadanu, ponieważ dzieci, podróżni, chorzy i kobiety w czasie miesiączki są zwolnieni z poszczenia. (Ale później sobie te dni odrabiają!) Nasz opiekun zamówił nam miskę przedniego irańskiego ryżu z kurczakiem i żurawiną, po czym grzecznie przeprosił i usiadł przy osobnym, wolnym stoliku, ponieważ pościł i z żołądkiem przyrośniętym z głodu do kręgosłupa byłoby mu trudno patrzeć, jak jemy. Po naszym posiłku, za który zapłacił, zabrał nas do siebie, żeby pokazać nam piękno swoich rumaków, ujeżdżanych na placu przed domem.

Nastoletni syn gospodarza prowadził akurat młodziutkiego ogierka po pustynnym podwórku. Koń spokojnie chodził dookoła na krótkim powrozie, ale zaczął się szarpać, kiedy chłopak na siłę chciał go zapoznać z ciekawą wszystkiego dziewczyną z dalekiego Lahestanu, jak Irańczycy nazywają Polskę.

– Masz! – Oddał mi lejce. – Teraz ty spróbuj.

Rumak jednak zaprotestował. Bestia wspięła się na tylnych nogach i wydała odgłos paszczą. Jeszcze jej ta’arofu nie nauczono.

Niemniej śmiało można by zażartować, że w Iranie tylko koniom brakuje kindersztuby. W autobusie, czy to dekadę temu czy dziś, nie sposób zmrużyć oka bez grzecznych zapytań współpasażerów, czy aby nam wygodnie i czy dobrze się czujemy w ich kraju. I to niezależnie od tego, czy nasi towarzysze znają angielski czy nie. Wokół siedzenia oszołomionego turysty nagle wyrasta las rąk częstujących go kwaśnymi suszonymi owocami sprasowanymi na kształt kartki papieru, baklawą czy herbatą. Tak jak to kiedyś bywało w naszych przedziałach PKP, gdzie podróżny, otwierając paczkę paluszków, częstował współpasażerów, zanim sam zaczął chrupać.

Podczas jednej z takich podróży kilka lat temu poznałam Szirin. Jechałam wtedy z Jazdu do Szirazu tak zwanym autobusem VIP, który od zwykłych linii różni się tym, że jest wyposażony w przepastne, niemal całkiem rozkładane fotele i nie zatrzymuje się co pięć minut, żeby zgarniać z ulicy nowych pasażerów. Usadowiłam się zatem wygodnie, wspominając autokary z dawnych lat, kiedy za dziesięć dolarów jechało się tysiąc kilometrów w ogórku z nogami pod brodą. A teraz, proszę, jakie luksusy! Nawet w dubajskich autokarach pierwszej klasy nie miałam dla siebie tyle miejsca. I już chciałam rozsiąść się jak basza i przymknąć znużone oczy, gdy nagle zobaczyłam dziewczynę na siedzeniu w rzędzie obok. Widziałam, że łzy ciekną jej po policzkach, choć starała się je ukryć pod ligninową chusteczką. Ubrana dość zgrzebnie, w czarne spodnie, przykurzone manto w tym samym kolorze i brązową chustę, nie wyglądała na miejską trendsetterkę. Zorientowała się, że ją zauważyłam.

Posłałam jej najbardziej empatyczny uśmiech, na jaki było mnie stać, a ona go odwzajemniła, wyraźnie nie chcąc mnie krępować swoim smutkiem. Nie, myślę, nie mogę sobie drzemać, kiedy ktoś obok płacze! Kucnęłam przy jej fotelu i złapałam ją za rękę. Prosty gest pocieszenia działa niezależnie od szerokości geograficznej. Uściskała mnie mocno, po czym opowiedziała mi o swojej bolączce. I tak dowiedziałam się, że pracuje jako sekretarka w lokalnej firmie ceramicznej, ale rodzinę ma na wsi pod dalekim Szirazem. Dziś rano dostała telefon ze szpitala z wiadomością, że jej ojciec trafił na oddział intensywnej terapii po ataku serca. Wskoczyła więc do pierwszego szybkiego autobusu, ale nie wie, czy jeszcze zdąży go zobaczyć. Jest jedyną córką i ma z ojcem bardzo bliską więź. Starałam się jej dodać otuchy, jak tylko mogłam.

Mimo tak ogromnego stresu i bólu moja towarzyszka niemal natychmiast zaczęła przepraszać, że psuje mi radość z podróży. Ocierała czerwone oczy i starała się wypogodzić twarz, aby zapytać, czy mi czegoś nie trzeba i jak ja się czuję. Pozbierała chusteczki z kolan i poszła do kierowcy poprosić o herbatę dla mnie, upewniając się, że będą pamiętać o ekstra cukrze. Z torby wyjęła banana, zapakowanego naprędce na drogę, i mimo mojej odmowy podzieliła go na pół i poczęstowała mnie. Nie mogło oczywiście zabraknąć i spalonych słońcem granatów, niedbale zawiniętych w plastikową siatkę. Szirin powiedziała, że jest jej bardzo wstyd, bo nie może mnie dziś do siebie zaprosić. Błagała, żebym jej wybaczyła, nie wiedziała bowiem, czy nie spędzi nocy w szpitalu, ale miałam przysiąc na własną duszę, że za kilka dni ją odwiedzę. „Przysięgaj tu!” – naciskała, chcąc dać mi do zrozumienia, że nie przyjmuje żadnej wymówki. Wybrnęłam z sytuacji polskim odpowiednikiem ta’arofu: „zdzwonimy się”. Wymieniłyśmy się namiarami na Instagramie i lokalnym czacie, Telegramie, żeby pozostać w kontakcie. Pokazywała mi zdjęcia z ojcem przy grobie Cyrusa Wielkiego, dumy narodowej Irańczyków, i fotoreportaż z rodzinnego pikniku na zielonym wzgórzu, na który zjechała się cała familia. Na zdjęciu ojciec przytula swój skarb, który, ku mojemu zdziwieniu, najwyraźniej był świeżo po operacyjnej korekcie nosa, bo plaster świecił na pierwszym planie.

– Tak – oznajmiła z jawnym zadowoleniem moja rozmówczyni. – Tata zafundował. Podoba się?

W Iranie operacje plastyczne to nie jest luksus, lecz norma.

Na szczęście rodzinny dramat dobrze się skończył – stan ojca szybko się poprawił i jego życiu nie zagrażało już niebezpieczeństwo. Gdy najgorsze minęło, moja nowa znajoma rozchmurzyła się i przeszła do spraw, które Iranki – a szczególnie te z konserwatywnej prowincji – ciekawią najbardziej, a mianowicie związków damsko-męskich. Poczęła wypytywać o szczegóły – czy to prawda, że na Zachodzie można razem mieszkać i podróżować bez ślubu i nikogo to nie oburza. A ile kręciła głową, nie dowierzając w istnienie takich swobód!

– Tutaj tak wcale nie jest. Jak ja bym chciała takiej wolności! – rozmarzyła się, zabawnie marszcząc swój nowy, zgrabny nosek.

– A mało to macie przystojnych chłopców? – zagaiłam. – Na pewno już któryś wysyłał swatów!

„Chyba ten nos nie był po próżnicy” – dodałam w duchu.

– Owszem, byli – wyjaśniła. – Jeden mi się nawet podobał, ale jak zasięgnęłam o nim języka, okazało się, że on nie tylko do jednej kukułki kuka. Wszyscy są tacy sami!

Po tej nader ponadczasowej konkluzji przyszedł czas pożegnania, uścisków i całusów. Następnego dnia Szirin dzwoniła do mnie trzy razy, podając do słuchawki wszystkie ciotki, chcące poznać niedoszłego gościa. „Następnym razem przyjdę, na serce i duszę” – przysięgłam.

Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że z ojcem w szpitalu Szirin nie ma głowy ani warunków do podejmowania gości obiadem. W Iranie z każdym zaproszeniem trzeba się obchodzić niezwykle ostrożnie, by nie znaleźć się w sytuacji, kiedy zarówno my, jak i gospodarz staniemy się zakładnikami ta’arofu. Kiedy nasza zgoda, wypowiedziana wyłącznie po to, by kogoś nie urazić odmową, natrafia na czysto kurtuazyjną ofertę, wszyscy lądują w potrzasku. W rezultacie możemy zmarnować dzień w towarzystwie, na które wcale nie mamy ochoty, narażając przy tym czyjeś domostwo na oblężenie przez niechcianych gości.

Zdarzają się sytuacje, gdy obcokrajowcy nie zdążą wyczuć, że zaproszenie było jedynie grzecznościowe czy wręcz niemożliwe do urzeczywistnienia, i zostają na lodzie, porzuceni przez niedoszłego gospodarza, który albo ulatnia się w mgnieniu oka, albo przestaje odpowiadać na wiadomości. Przeważnie jednak, nawet jeśli propozycja padła tylko pro forma, kiedy turysta mówi: „Pewnie, to dla mnie zaszczyt”, i tym samym bezwiednie sprawdza Irańczykowi karty, ten staje na wysokości zadania.

W największą pułapkę ta’arofu wpadłam w Emiratach. Koleżanka stewardesa, też Polka, na trasie do Los Angeles poznała pasażera Irańczyka, bogatego rezydenta Dubaju, i cała podekscytowana zadzwoniła do mnie z lotniska, żeby mi oznajmić, że mamy zaproszenie na pięciogwiazdkowe wesele. Brat owego pasażera żenił się w wystawnym stylu w jednym z dubajskich hoteli. (Wbrew pozorom to nic niezwykłego – Irańczycy w dubajskim luksusie czują się jak ryby w wodzie i przez pięć lat w Emiratach nie spotkałam ani jednej Iranki, która w Dubaju chodziłaby w chuście). Zapytałam, czy jest pewna, że nie było to zaproszenie grzecznościowe. Zaklinała się, że nie, absolutnie, wręcz nie wyobrażają sobie ślubu bez nas! Przyjechałyśmy tam zatem, trochę spóźnione. Nikt nas nie zatrzymał na bramce, nie było żadnej listy gości. Okej, pomyślałam, najwyraźniej to otwarta impreza, wszyscy są mile widziani. Sala była pustawa, ani jednej znajomej twarzy, za to pod ścianą pysznił się wspaniały bufet, w którym poczęłyśmy skwapliwie buszować. Po godzinie konsumpcji, popijania szampana i robienia sobie zdjęć przy wielkim weselnym torcie ujrzałyśmy naszego Irańczyka, kompletnie zbitego z pantałyku. Wytrzeszczył swoje migdałowe oczy i widać było, że nie wie, jak ma zareagować. Powitał nas zmieszany i ze skrępowanym uśmiechem. Ale naprawdę ciekawie zrobiło się, dopiero gdy pojawiła się jego dziewczyna, której musiał się gęsto tłumaczyć, co na rodzinnej uroczystości robią dwie dziewczyny z Europy. Ta’arofowe nieporozumienie może nas łatwo zdegradować od honorowego gościa do intruza.

Niestety nie można sobie ułatwić zadania, pytając wprost: czy to jest ta’arof? Nasz rozmówca poczułby się wówczas urażony, że jest odbierany jako nieszczery, zawiódłby jako gospodarz i splamił swój honor, nawet jeśli jego propozycja faktycznie była jedynie grzecznościowa. Oczywisty ta’arof to porażka dla ofiarodawcy, przejaw braku wyrafinowania. Nazwanie rzeczy po imieniu jest również nietaktem, nie można się ot tak poddać i wypaść z gry. Ważnym czynnikiem jest też relacja między osobą wyświadczającą grzeczność i jej beneficjentem. Osoba usytuowana na wyższym szczeblu drabiny społecznej wręcz onieśmiela swoją kurtuazją tę postawioną niżej – jej ta’arof ma imponować i olśniewać rozmachem. To jak związek rzymskiego klienta i patrona. Im wyższy status ofiarodawcy, tym większa hojność. Panem jest ten, kto ma gest.

Dopiero wielokrotne wizyty w irańskim domu pozwalają nieco rozluźnić rygory etykiety. Panuje ogólna zasada, że im dłużej osoby się znają, tym słabsze staje się wzajemne bombardowanie grzecznością, a interakcje nabierają większej szczerości. Mimo to, zanim będzie nam wypadało wpaść na kawkę bez ceregieli, należy zjeść z gospodarzem sporą beczkę soli.

Odwiedziny w Iranie to cały rytuał. Warto na dobry początek zaskarbić sobie łaski pani domu wyszukanym komplementem. Sprawdzoną strategią jest porównanie domu do zamku, a jej – do księżniczki. Takim właśnie ta’arofem rozpoczęłam swój pierwszy wieczór w domu Setare, która na te słowa aż promieniała z zadowolenia. Już na progu czekała na mnie cała, gotowa do powitań, rodzina, ustawiona jak w wojskowym szyku łącznie z leciwą babcią. Ledwo weszłam do domu i wyswobodziłam się z chusty i manta, a już usłyszałam, że moja obecność właśnie go rozświetliła. Na całe szczęście łatwiej jest odpowiedzieć na komplement, niż wymyślić nowy – wystarczy go odwrócić i powiedzieć, że nikt nie świeci tak jasnym światłem jak gospodyni albo że nie dorównuje się urodą osobie komplementującej (nawet jeśli jest nią akurat dziewięćdziesięcioletnia babina). Należy jednak pamiętać, że każdy komplement wymaga odpowiedzi, przez co takie konwersacje mogą trwać naprawdę długo. Fenomenalnym przyjęciem komplementu, a w zasadzie jego skromnym odrzuceniem, jest fraza czeszmatan qaszang mibine – to twoje oczy pięknie widzą (w domyśle: a nie ja jestem urodziwa).

Salon to zwykle duma gospodyni, więc warto i tu szepnąć miłe słowo. W irańskim pokoju gościnnym znajdziemy wszystkie szlagiery bliskowschodniego wystroju wnętrz. Niemal zawsze wiszą tam ciężkie, wzorzyste, drapowane kotary, pasujące do kanap i foteli w stylu kolonialnym skrzyżowanym z Ludwikiem XIV, czyli na bogato. Czasami można zaobserwować konflikt mentalności w jednym domu, gdzie tradycyjny kiczowaty splendor, zdradzający aspiracje mieszkańców do solidnej klasy średniej, sąsiaduje z minimalistycznymi meblami inspirowanymi kubizmem, pokazującymi, że domowników stać na podążanie za nowymi trendami. I tak w salonie w trzypokojowym mieszkaniu mogą sobie spokojnie stać dwa komplety wypoczynkowe z zupełnie innych parafii i nie razi to nowobogackiego oka.

Tradycyjny komplet wypoczynkowy to coś więcej niż symbol statusu, to społeczne być albo nie być. Rodzina może spać na dywanie, ale salon musi świecić wystawnością, nawet jeśli wygląda jak kawałek Wersalu doklejony do biedaszybu. Każdy mebel, bez względu na styl i walor estetyczny, należy jednak pochwalić, choćby kłuła nas w oczy plastikowa imitacja marmuru lub podróbka luksusowej włoskiej marki. Gość obcojęzyczny może się dodatkowo spodziewać nerwowej krzątaniny gospodarza przed sześćdziesięciocalowym telewizorem i skakania po kanałach w celu znalezienia programu w jego języku. Satelita to norma w irańskim domu, dzięki czemu ludzie są na bieżąco ze wszystkimi amerykańskimi serialami i mają dostęp do niezależnych mediów. Kiedyś talerz satelitarny zwieńczał domostwa nielicznych. Był on obiektem nienawiści mułłów, ale dzisiaj nikt się tym już nie przejmuje. Dachy domów i wieżowców są najeżone antenami. Niewielu jest widzów, którzy jak młode pelikany łykają propagandę wylewającą się z narodowych mediów.

Coraz powszechniejsze w Irańskich domach – często wielopokoleniowych willach – stają się stoły w części jadalnej. Dawniej mało kto kupował taki mebel, a posiłki jadano na rozkładanym na dywanie obrusie. Jeszcze dekadę temu to był standard, dziś jednak następuje lifestyle’owa zmiana, którą obserwuję z odrobiną nostalgii. Metamorfozy zaszły też w łazienkach. Niegdyś każda toaleta była w stylu „na Małysza”, czyli załatwiano się w kucki nad dziurą w podłodze – dziś ubikacje w europejskim standardzie znajdziemy nawet w bardzo obskurnych hostelach, tak zwanych domach pielgrzyma.

Nieważne jednak, czy przy stole czy na podłodze – zanim zasiądzie się do kolacji, warto jeszcze okadzić komplementem zdjęcia ślubne gospodarzy. W Iranie fotografia nie jest tak delikatnym tematem jak w Emiratach. Może dlatego, że w Iranie nigdy nie było tradycji zasłaniania twarzy kobiet i fotografia tak bardzo nie krępuje. W willach w Abu Zabi raczej nie uświadczymy na ścianach portretów panny młodej, a album ślubny to pilnie strzeżona tajemnica, do której dostęp mają tylko kobiety z rodziny i najbliższe przyjaciółki. W Iranie to ozdoba salonu. Najczęściej eksponowane są retuszowane zdjęcia pań ze średniego pokolenia w natapirowanych lokach à la wczesna Madonna, z welonem i w sukience z bufiastymi rękawami. Obok nich stoją ujęcia z dronów ze ślubów ich córek w rozkloszowanych białych bombkach. W mieszczańskim domu można też czasem natrafić na czarno-białe foto babci w przedrewolucyjnym koku z lat sześćdziesiątych. Znak czasu można również zauważyć w ślubnej modzie męskiej. Kiedyś standardem były koszule ze stójką zakładane do marynarki. Wynikało to z rewolucyjnej antypatii do krawata, który miał być symbolem stryczka nałożonego na irański lud przez obce mocarstwa. Dziś na zdjęciach weselnych bogaci teherańczycy uśmiechają się znad wypasionych jedwabnych krawatów, zostawiając daleko w tyle dawne animozje i podążając za zachodnimi trendami.

Warto także pamiętać, że przy obchodzie domostwa lepiej jest śpiewać ogólne peany i nie koncentrować się na żadnym konkretnym obiekcie – w przeciwnym wypadku gospodarz może się poczuć zobligowany do podarowania go nam. I tak chwaląc pochopnie na przykład srebrną kasetkę, zmuszamy Irańczyka do zaoferowania nam jej w prezencie. Nie należy jednak brać tego serio i prosić o zapakowanie – to raczej na pewno tylko ta’arof.

Przy posiłku, szczególnie podczas pierwszej wizyty, więcej się mówi, niż je. Za każdym razem, gdy gospodarze podsuwają nam mieszankę świeżych ziół, kawałek kurczaka czy napój jogurtowy, należy powiedzieć: dastet dard nakone – żeby cię ręka nie zabolała (w domyśle: dziękuję). To samo tyczy się każdej sytuacji, w której ktoś nam coś daje, podaje lub robi przysługę.

O zachwalaniu potraw nawet nie wspomnę. Moje naprędce wymyślane autorskie ta’arofy bawiły towarzystwo, zwłaszcza kiedy Setare zaserwowała moje ulubione danie, czyli potrawkę z baraniny (lub czasem z wołowiny) w sosie z ziół z dodatkiem czerwonej fasoli i suszonych limonek.

– To danie wyszło z rąk anioła, jestem w raju, po to leciałam tysiące kilometrów! – wykrzykiwałam.

Po wykorzystaniu standardowych zwrotów popuszczałam wodze fantazji, a komplementy-samogony wypadały nawet bardziej autentycznie od tych wyuczonych. Każda pochwała pociągała za sobą ripostę gospodarzy – nusze dżan, na zdrowie!

Dżan, popularne słówko, dosłownie oznacza duszę. Używa się go najczęściej w znaczeniu „kochany”, „drogi”, „przyjacielu” i dokleja się je do imienia, na przykład Setare-dżan, Aleksandra-dżan. To grzeczny i miły sposób odnoszenia się do siebie osób o podobnym statusie. Dżan ma też inną funkcję, to odpowiednik naszego „słucham”. Kiedy Irańczyk czegoś nie dosłyszy, pyta nawet kompletnie obcą osobę: „Tak, moja duszo?”.

Przy stole na gościa czeka zwykle największa delicja irańskiego obiadu, czyli chrupiący, przypieczony ryż z dna garnka. Tu dopiero puściła tama i ruszyła fala komplementów. Jedna pochwała nie załatwia bowiem sprawy – grzecznościowy łańcuch akcji i reakcji trwa całe godziny, aż do pożegnalnego „zostańcie z Bogiem”. Najdłuższe sesje odbywają się przy podziękowaniach podsumowujących spotkanie, tuż po tym, jak gospodarz obładuje gościa prezentami. Nie obejdzie się bez łapania za serce i wymiany przynajmniej kilku kwiecistych sentencji. Nasze miałkie formułki w stylu: „dziękujemy, że zadaliście sobie tyle trudu”, „było nam bardzo miło” i tym podobne, bledną w porównaniu z dramatyczną irańską formułą: „dziękuję, złożę ci z siebie ofiarę”, oznaczającą mniej więcej: „do usług”. Żaden prezent nie może zostać bez rewanżu. Czasami Irańczycy we własnym gronie unikają wręczania podarunków, wiedząc, że wydają w ten sposób wyrok na gospodarza, który musi im się odwdzięczyć.

Po zapoznawczej gościnie gospodarz i gość padają na twarz, wycieńczeni, zachrypnięci, ale szczęśliwi. Już w trakcie spotkania można zauważyć powiększające się cienie pod oczami gospodyni, która niestrudzenie pracuje, aby nam dogodzić. Gdy jednak spytamy, czy aby jej nie zmęczyliśmy, będzie się zaklinać na wszystkie świętości, że jest wypoczęta. Tak samo odpowiedziała mi Setare po tym, jak czekała na mnie z mężem na lotnisku od 22 do 2 w nocy, a przed nami było jeszcze półtorej godziny jazdy autostradą. Gdy wsiedliśmy do samochodu, po kilku minutach już pochrapywała na przednim siedzeniu, tak była wykończona. Irańczyk zapytany wprost, czy pomagając nam, nie fatyguje się zanadto, nigdy nie odpowie twierdząco – że owszem, po odwożeniu nas w środku nocy jutro pójdzie do pracy z oczami jak u białego królika, a po kilkugodzinnym krążeniu po bazarze za naszymi suwenirami boli go artretyczne kolano. Trzeba więc ocenić sytuację na wyczucie. Ta’arof jest jak bufor izolujący rozmówców od niewygody mówienia wprost. Jego korzenie tkwią w wiekowej tradycji perskiej poezji Hafiza, Chajjama i Maulany oraz w języku zawiłej dworskiej dyplomacji. Czasami rozszyfrowanie go jest jak szukanie początku w arabeskach zdobiących ściany błękitnych meczetów.

Pojęcie zmęczenia może też mieć pozytywną wartość. Pomaga na przykład grzecznie nawiązać rozmowę z postronną osobą, która ma dla nas wykonać usługę lub w czymś nam pomóc. Sprawdza się świetnie przy wejściu do sklepu albo zakładu usługowego. Zawołanie już od progu chaste nabaszid!, „proszę się tylko nie zmęczyć!”, od razu nastraja drugą stronę przychylnie. To docenienie czyjejś pracy i wysiłku jest też dobrym sposobem na przerwanie komuś rozmowy, na przykład plotkującym paniom w banku, żeby wymienić walutę. To okazanie szacunku pomaga pozyskać przychylność osoby, której zaraz przedstawimy swoją sprawę.

Nie zliczę już, ile razy w ciągu dnia w Iranie pada słowo bebachszid, „przepraszam” – słyszy się je chyba częściej niż inszallah w Emiratach. Przeprasza się, kiedy zaczyna się do kogoś mówić, bije się w piersi, że stoi się koło kogoś w kolejce, i prosi o wybaczenie za niewystarczająco gościnne przyjęcie, mimo że ulubiony baran poszedł dla gościa pod nóż. Jeśli nie przepraszasz przy każdym otwarciu ust, jesteś społecznym analfabetą.

*

Są w Iranie ludzie uzależnieni od ta’arofu, dla których jest to jedyny sposób autoekspresji. Celują w tym kobiety. Od pierwszej minuty znajomości strzelają zwrotami grzecznościowymi jak serią z kałasznikowa, jak pani Mina w biurze turystycznym w Isfahanie. Po kilku minutach znajomości wołała do mnie z emfazą: „Moja duszo, moje serce, najdroższa, kocham cię!”. Pięciominutowa rezerwacja biletu na nocny pociąg przerodzi się w czterdzieści minut ta’arofowych zapasów. Komplementy szły jak

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.

2

Selfie z imamem

Dostępne w wersji pełnej.

3

Requiem dla czadoru

Dostępne w wersji pełnej.

4

Gucci w Teheranie

Dostępne w wersji pełnej.

5

Pantery i kadżarskie księżniczki

Dostępne w wersji pełnej.

6

Szafran, czaj i baranina

Dostępne w wersji pełnej.

7

Zaratusztra i kontrkultura

Dostępne w wersji pełnej.

8

Lew ze słońcem w tle

Dostępne w wersji pełnej.

9

Szczęśliwego 1397!

Dostępne w wersji pełnej.

10

Grzech w wielkim mieście

Dostępne w wersji pełnej.

11

Drony, złote monety i oscarowe panny młode

Dostępne w wersji pełnej.

12

Chakistan

Dostępne w wersji pełnej.

Dostępne w wersji pełnej.

Copyright © by Aleksandra Chrobak

Projekt okładki

Katarzyna Bućko

Fotografia na okładce

Archiwum autorki

Opieka redakcyjna

Monika Janota

Anna Steć

Opracowanie tekstu

DreamTeam

ISBN 978-83-240-5619-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Fashionistki zrzucają czadory Beduinki na Instagramie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary Z nienawiści do kobiet Niebo jest nasze