Poza siebie

Poza siebie

Autorzy: Sasha Marianna Salzmann

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 21.37 zł

Laureatka "Mara-Cassens-Preis 2017". Finalistka "Deutscher Buchpreis".

Kto ma ci mówić, kim jesteś? O tym i o nienasyconym pragnieniu samego życia, o wyzwaniach, jakie rodzi jego bezmiar, opowiada Sasha Marianna Salzmann w swoim debiucie powieściowym "Poza siebie". Intensywnie, bezkompromisowo i nie stroniąc od aspektu politycznego.

Od początku są we dwoje – bliźnięta Alisa i Anton. W małym dwupokojowym mieszkaniu w postsowieckiej Moskwie wczepiają się sobie nawzajem we włosy, kiedy rodzice wszczynają awanturę. Później, na zachodnioniemieckiej prowincji, włóczą się po korytarzach ośrodka dla azylantów, podkradają papierosy z pokojów obcych rodzin i obwąchują flakoniki cudzych perfum. A jeszcze później, kiedy Alisa zdążyła już rzucić studia matematyczne w Berlinie, bo odciągały ją od trenowania boksu, Anton znika bez śladu. W końcu ze Stambułu przychodzi kartka pocztowa – bez tekstu, bez nadawcy. Alisa wyrusza na poszukiwanie – w rozwibrowanym, rozdartym mieście nad Bosforem i w historii swojej rodziny – poszukiwanie zaginionego brata, ale przede wszystkim uczucia przynależności, poza ojczyzną, językiem ojczystym czy też płcią.

Pisał to ktoś, kto ma coś do powiedzenia. - "Die Welt"

Salzmann z poetycką ostrością opisuje walkę o odrobinę poczucia własnej wartości, desperacką próbę młodej kobiety poznania siebie poprzez oczy i uczucia innego… - "Nürnberger Nachrichten"

W swoim imponującym debiucie powieściowym "Poza siebie" dramatopisarka Sasha Marianna Salzmann rozsadza granice Ja i świata. - Sandra Kegel, "Frankfurter Allgemeine Zeitung"

Autorka znalazła formę na powiedzenie tego, czego nie da się powiedzieć, a jedynie ukazać literacko. W tym sensie "Poza siebie" jest książką młodą, jedynym w swoim rodzaju znacznikiem współczesnej opowieści. - "Süddeutsche Zeitung"

Po lekturze człowiek patrzy ze zdumieniem na ten cienki, liczący 360 stron tomik – tak wiele zawiera ta historia. Salzmann umie pisać dla teatru, co już udowodniła, umie też pisać prozę. - Tobias Hausdorf, Spiegel Online 08.09.2017

To przede wszystkim skondensowanie, żywy język i życzliwe spojrzenie na pokolenia, jak też i sama historia sprawiają, że "Poza siebie" jest tak fascynującą powieścią. - "Der Tagesspiegel"

Salzmann każdą postać opracowuje od wewnątrz z taką samą pieczołowitością… Podążanie za nią sprawia radość. - Ulrich Gutmair, pisarz

Z debiutem powieściowym Sashy Marianny Salzmann wiązano wielkie oczekiwania, które wraz z książką "Poza siebie" zostały aż nadto spełnione. - Ulrich Seidler, Frankfurter Rundschau 12.09.2017

Dumna, odważna książka, zapewne przełomowa. - Dirk Pilz, nachtkritik.de 12.09.2017

"Poza siebie" jest książką wojowniczą, buntującą się przeciw wszelkiej konieczności odgórnego ustalania. - Ijoma Mangold, "Die Zeit" 14.09.2017

Książka, która zostaje w pamięci. - "Stern" 14.09.2017

Zdania Salzmann płyną przez stronice, jej styl jest kwiecisty i bezpośredni, pojawiają się postaci, o których wcześniej nie dane nam było czytać. Super. - Claudia Voigt, LiteraturSPIEGEL 10/2017

Sasha Marianna Salzmann urodziła się w 1985 roku w Wołgogradzie, dorastała w Moskwie. Mając dziesięć lat, wraz z rodzicami wyemigrowała do Niemiec. Studiowała literaturoznawstwo, wiedzę o teatrze i mediach na uniwersytecie w Hildesheim oraz dramatopisarstwo na berlińskim Uniwersytecie Sztuk. Pisze teksty dla teatru i eseje, pracowała również jako kierownik literacki, jest też współzałożycielką pisma społeczno-kulturalnego "freitext". Od sezonu 2013/2014 jest autorką Teatru im. Maksyma Gorkiego w Berlinie, gdzie do 2015 była kierownikiem artystycznym Studia Я. Jej sztuki były wystawiane na całym świecie i wielokrotnie nagradzane. Poza siebie to jej debiut prozatorski.

Tytuł oryginału

AUSSER SICH

© Suhrkamp Verlag Berlin 2017

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin.

Projekt okładki

Krzysztof Rychter

Zdjęcie na okładce

© Victor Tondee/Shutterstock.com

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Maciej Korbasiński

Tłumaczenie niniejszego dzieła

zostało wsparte w formie grantu

udzielonego przez Goethe-Institut.

ISBN 978-83-8123-920-2

Warszawa 2018

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Gintrowskiego 28

www.proszynski.pl

Czas szybko mija. Biegnie w przód i w tył i unosi cię daleko, a nikt na całym świecie nie wie na jego temat więcej niż to: niesie cię poprzez żywioł, którego nie rozumiesz, ku innemu, o którym nie będziesz pamiętał. Ale coś pamięta – można by rzec nawet, że coś się mści: pułapka stulecia, przedmiot, który stoi teraz przed nami.

James Baldwin, No Name in the Street

Osoby

Anton

Alisa, Ali – siostra, brat, ja

Walentyna, Wala – matka, mama, mamusia i wszystko

Konstantin, Kostia – ojciec, tak jakby

Daniił, Dania – ojciec, dziadek

Emma, Emmoczka – babka, czasami mama

Szura, Sasza, Aleksander – pradziadek, dziadek, ojciec, bohater Armii Czerwonej

Etia, Etina, Etinka – matka, babka, prababka, superbohaterka

Kato, Katarina, Katiusza – tancerz, wyrzutnia rakietowa

Aglaja – rusałka

Cemal, Cemo, Cemal bey – wuj

Elyas – przyjaciel

I ci wszyscy inni rodzice i rodzice rodziców w Odessie, Czerniowcach, Moskwie, Stambule, Berlinie

Ingeborg Bachmann pisze:

Tylko nad określeniem czasu musiałam się długo zastanawiać, bo to prawie niemożliwe, bym powiedziała „dzisiaj”, choć co dzień mówi się „dzisiaj”…

Czas jest więc dniem dzisiejszym, od przed stu laty do teraz.

JEDEN

„do domu”

Nie wiem, dokąd się wybieramy, wszyscy inni to wiedzą, ja nie. Wtrynili mi słoik z marmoladą, z całej siły ściskam go w objęciach, jakby to była moja ostatnia lalka, i patrzę, jak oni ganiają się po mieszkaniu. Ręce taty błyszczą od potu, wyglądają jak nieumyte talerze, są ogromne, kiedy tak majtają mi koło głowy. Gdyby znalazła się między nimi, trach – i zamiast głowy mam naleśnik.

Mój brat wyrasta ze swojej torby jak trzcina, stoi w niej obiema nogami i wyjmuje rzeczy, mama go beszta, więc z powrotem wkłada je do torby. Kiedy mama zniknie w kuchni, brat wyciąga wielkie kartonowe pudło ze statkiem pirackim i chowa je głęboko pod łóżkiem. Mama wchodzi do przedpokoju, gdzie stoję, nachyla się, jej czoło wisi nade mną jak dzwon, jak całe niebo. Odrywam jedną rękę od słoikowej lalki i palcem przejeżdżam mamie po twarzy. Niebo jest tłuste, mama odtrąca moją rękę i wciska mi jeszcze więcej słoików z marmoladą i konserw, trzymam wszystkie mocno i nic już nie widzę. Mama stawia mi torbę na stopach, mówi „musicie jeść w drodze coś porządnego, ty trzymasz torbę z prowiantem”, nie mam pojęcia, co to znaczy, ale cieszę się, że to coś słodkiego, a nie kurczak w folii aluminiowej.

Schodzimy po schodach, długo to trwa. Mieszkamy na najwyższym piętrze, z wieloma belkami i ukosami w pokojach, na dole jest zakład pogrzebowy, zawsze tam śmierdzi, nie trupami, ale czymś, czego nie znam i do czego nie mogę się przyzwyczaić. Słoiki pobrzękują w torbie, ciągnę ją za sobą w dół po stopniach, tata chce wziąć ją ode mnie, a wtedy sąsiad z piętra niżej otwiera drzwi.

– Wybieracie się do domu?

– Odwiedzić ojca, matkę, dawnośmy ich nie widzieli.

– Pierwszy raz z powrotem?

Tata kiwa głową.

– Pierwszego razu nie zapomnisz.

Tata odpowiada sąsiadowi, jakby opowiadał mu bajkę na dobranoc, akcentuje słowa, na końcu wznosi głos. Mój brat pobiegł przodem, ostrożnie przeciągam torbę koło taty i próbuję iść za bratem, czuć smród i jest zimno. Na dole za witryną przedsiębiorstwa pogrzebowego siedzą ludzie. Boję się tych twarzy, które widać za szybą w biurze, boję się, że są zielone i martwe, dlatego nigdy tam nie patrzę, dopóki nie znajdę się na ulicy, szukam na ziemi nóg mojego brata. Tata wychodzi z domu i ciągnie mnie za sobą, podnoszę głowę dopiero wtedy, kiedy wydaje mi się, że mama macha na pożegnanie, i faktycznie to robi, jej dłoń pokazuje się na krótko, a potem okno zamyka się z trzaskiem, a tata zaczyna śpiewać.

Поpа, пора порадуемся на своeм веку – pora, pora poradować się za naszego życia.

Bez czasu

Kafelki toalety na lotnisku imienia Atatürka chłodziły lewą skroń Ali. Obraz przed jej oczami nadal był nieostry, w szczelinie między ścianką kabiny a podłogą obcasy rozmywały się na kształt węgielków, kreśliły w powietrzu czarne gryzmoły, zostawiając zarysowania, Ali słyszała głosy, ale języki zlewały się w jeden, przemieszane ze sobą, komunikaty dudniące niczym echo. W ustach czuła smak kurczaka. Mimo że podczas lotu nie jadła kurcząt, już od wielu lat, zepsute ptaszysko tkwiło jej w gardle. Już tu kiedyś była. Dokładnie tak. Dokładnie tak samo leżała już kiedyś na podłodze, z martwym drobiem w gardle, a sznurówki pełzły ku niej jak insekty. Ale kiedy? Kiedy to było?

Oczy miała wysuszone od lotu, czuła drapanie powiek na gałkach ocznych, chroniczny brak cieczy łzowej lekarze zdiagnozowali jej już dawno temu. – I co mam robić, zakraplać? – Niech pani po prostu mruga, gdy odczuwa pani ból, kiedy panią swędzi, trzeba po prostu często mrugać, wtedy ciecz sama się pojawi. – Ale nic to nie pomogło. Oddychała powoli, przysłuchując się. Na zewnątrz szpilki i sprężyste podeszwy z gumy nadawały rytm, wszystkim się spieszyło, spieszyli się, żeby wyjść z obszaru terminala, z tego niepowietrza, ludzie czekają przecież na nich po tym długim locie, jeszcze tylko wpaść do toalety, przypudrować sińce pod oczami, zwilżyć wargi, poprawić włosy, a potem wskoczyć w objęcia oczekujących jak do ciepłej wody.

Ali nie wiedziała, czy ktoś będzie na nią czekał, miała taką nadzieję, ale nie była pewna. Leżała na podłodze, trzepocząc rzęsami jak mucha skrzydełkami. Musiała zapalić, natychmiast, papierosem wykurzyć z podniebienia smak gotowanego, galaretowatego mięsa, ta chęć podniosła ją za kołnierz i wyciągnęła z kabiny. Oparła się o umywalkę, unikając patrzenia w lustro, wsadziła usta pod strumień wody, jakaś kobieta szturchnęła ją ostrzegawczo, że nie powinna pić tej wody, i podstawiła jej pod nos swoją plastikową butelkę. Ali przytknęła wargi do wąskiej szyjki i piła bezgłośnie, kobieta wzięła od niej pustą butelkę i przejechała jej ręką po włosach, jakby chciała je uładzić. Potem przeciągnęła kciukiem po cienkiej skórze pod oczami Ali i po ostrym podbródku, przytrzymała go na moment. Ali uśmiechnęła się, kobieta również. Wyszły razem i obie wolnym krokiem skierowały się do hali, Ali szła za kobietą, szła za innymi, którzy wiedzieli, dokąd iść, minęła taśmę z bagażami, przy której poszturchiwali się ludzie, podążyła za echem marmurowej posadzki, ustawiła się w kolejce do kontroli paszportowej, zniecierpliwiona chciała popchnąć ogonek, ale utkwiła na amen, i zostało jej tylko rozglądanie się na prawo i lewo. Głowa jej wirowała. Cały świat stał tutaj w kolejce. Spódniczki mini, burki, wąsy we wszystkich możliwych rodzajach i barwach, okulary przeciwsłoneczne wszelkich rozmiarów, nabotoksowane wargi wszelakiego kształtu, dzieci w wózkach dziecięcych, dzieci na barana, na ramionach, pomiędzy nogami, tłum z obu stron trzymał Ali w potrzasku, tak że nie mogła się przewrócić. Mała dziewczynka przycisnęła się do ścianki z pleksiglasu przy barierce, trzasnęła szyba, dzieciak zaczął wrzeszczeć. Matka przedarła się przez tłum i potrząsnęła nią z całej siły.

Ali znowu bardzo wyraźnie poczuła smak kurczaka głęboko w gardle i wygrzebała paszport.

Pogranicznik długo wpatrywał się w miejsce, gdzie widniało zdjęcie Ali, tak się przynajmniej domyślała, potem znów spojrzał na nią i ponownie na jej paszport, i znowu, tak jakby mógł wpatrywać się coraz głębiej, młody człowiek, młodszy od Ali, ale już miał ramiona starszego człowieka, zapadnięte i usztywnione. W niebieskiej koszuli, zbyt obszernej na jego wąską klatkę piersiową, wydawał się być daleko od kabiny kontrolnej, daleko od lotniska, od swojego kraju i patrzyć na wylot przez płaszcz ziemski, a stamtąd z powrotem na twarz Ali. Odruchowo obtarła sobie brodę, nie musiała chyba wymiotować, a może jednak, nie była już teraz pewna, czy aby nie ma czegoś na brodzie, zdawało się jej, że z ust zwisa jej cały wyrzygany kurczak, z całej siły ściągnęła wargi, a lewa brew podjechała razem z nimi.

Chłopak z drugiej strony szyby popatrzył na nią, zlazł ze stołka i opuścił kabinę, poszedł gdzieś na zaplecze. Ali wsparła się o wąziutką ladę, odprowadziła go wzrokiem i czując piasek pod powiekami, obserwowała, jak pokazuje jej paszport koledze, puka palcem, kręci głową, wraca i mówi coś, czego Ali nie rozumie, ale wie, co wzbudza jego wątpliwości. Zastanawia się, czy to ona. Nie wyglądała już tak jak na zdjęciu w paszporcie, znikły długie włosy, a i oprócz tego sporo się zmieniło w jej twarzy. Wszyscy to mówili, nawet mama przyznała, że nie poznaje jej na zdjęciach, ale to bez znaczenia. Ten drugi funkcjonariusz wszedł do kabiny i zadał Ali rutynowe pytania. Ali skłamała, żeby nie peszyć tych ludzi dodatkowo, że przyjeżdża w odwiedziny do dobrego znajomego, standard.

– Na jak długo?

– Nie wiem.

– Nie możesz zostać dłużej niż trzy miesiące.

– Wiem.

– Pierwszy raz?

– Czy jest jakiś problem z moim paszportem?

– Kobieta na zdjęciu jest podobna do ciebie.

– Pewnie dlatego, że to ja jestem tą kobietą.

– Tak, ale mogłoby też być inaczej.

– Jak niby?

– Że ten paszport jest kupiony, a ty…

– A ja?

– Mamy w tym kraju problem z importem z Rosji. Mam na myśli kobiety. Import kobiet z Rosji.

Ali otworzyła usta i chciała coś powiedzieć, coś w rodzaju „Ale ja przecież przyleciałam z Berlina!” albo „Czy ja na to wyglądam?”, zamiast tego dostała ataku śmiechu, próbowała go stłumić, ale śmiech wystrzelił z niej i trafił w szybę kabiny, a za nią dwóch funkcjonariuszy, którzy patrzyli na nią z odrazą. Przycisnęła sobie palce do ust, torba upadła jej na nogi, spojrzała na dół i znowu uniosła wzrok, rozejrzała się wokół, cała kolejka, wszystkie te minispódniczki, okulary i wąsy odwracały się w jej kierunku i szeptały. Funkcjonariusze zaczekali, aż Ali nasadzi sobie z powrotem na kark swoją rudą głowę, z tego śmiechu oczy miała mokre od łez, zajrzała w twarze obu mężczyzn i spróbowała przybrać poważną minę.

– W jaki sposób mogłabym udowodnić, że nie jestem ruską dziwką?

Obydwaj funkcjonariusze jak jeden mąż spojrzeli na nią, popatrzyli przez nią na wylot, a potem jeden z nich podniósł rękę i trzy razy przybił stempel na stole, nie spuszczając z niej wzroku, mruknął coś pod wąsem, a Ali chwyciła swoją torbę i popchnęła drzwi.

Wuj Cemal stał na samym przedzie tłumu oczekujących, który wychylał się ponad barierkę niczym palma na wietrze. Najwidoczniej przebił się, rozdzielając szturchańce mężczyznom dookoła, można to było wyczytać z ich twarzy, a teraz, kiedy zobaczył Ali wychodzącą z drzwi hali przylotów, uniósł ramiona do góry i zafundował przy tym cios w podbródek niewysokiemu mężczyźnie, któremu wąsiska przykrywały pół twarzy. Mężczyzna zachwiał się, ale w tym ogromnym ścisku nie mógł upaść, Cemal z irytacją spojrzał na krzyczącego wąsacza, a potem rozpromieniony skupił się na Ali i pokazał palcem w bok, że ma wyjść z terminala drzwiami po lewej, on tam będzie na nią czekał.

Cemal, Cemo, Cemal bey był wujem Elyasa, z którym ona w zasadzie dorastała, albo raczej się zrastała, tym samym Cemal był również jej wujem, nawet jeśli widziała go po raz pierwszy w życiu. Elyas nigdy 3Stambułu, wcisnął jej do ręki numer telefonu i powiedział, że Cemal odbierze ją z lotniska. I tak się stało. Objął ją, jakby przez całe życie nie robił nic innego, wziął od niej walizkę, wyszli za drzwi i skręcili sobie po papierosie. Ali zataiła przed Cemalem powód swojego spóźnienia, przemilczała, że zamknęła się w toalecie, z głową na kafelkach, i że jej krążenie nie nadążało za tempem panującym na zewnątrz jej klatki piersiowej, czegoś takiego nie opowiada się na dzień dobry, tylko dzieli się papierosami jak starzy przyjaciele, i od tej pory już się nimi zostaje.

Przy pierwszym pociągnięciu skręta Ali znów padła na ziemię. Cemal zaniósł ją do taksówki, a potem wniósł do swojego mieszkania. Ocknęła się na kanapie Cemala w pomieszczeniu wyłożonym błękitnymi kafelkami, gdzie nie było nic poza mrugającym niemo ekranem telewizora i ciężkim biurkiem, bluszcz zdawał się wrastać z zewnątrz do środka pokoju. Miała wrażenie, jakby spała całe lata. Cemal siedział przed telewizorem, palił z rękami wspartymi na udach, jego sylwetka tworzyła wiele krzywych, broda poruszała się lekko, jakby mówił z zamkniętymi ustami. Popiół z papierosa spadał na podłogę obok jego buta. Cemal miał szeroką twarz, większą niż jego głowa, rozpościerała się na wszystkie strony, nos wystawał daleko do przodu, oczy też, miał długie, gęste rzęsy, wygięte w kierunku czoła. Ali przyjrzała mu się i pomyślała, że już nigdzie się stąd nie ruszy.

Cemal wstał, przyniósł z kuchni parujący çay, podał jej brzuchatą szklankę i wskazał na biurko pod oknem.

– Tam są klucze od twojego mieszkania. Ale nie musisz. Możesz zostać tutaj.

Następnego dnia Cemal pokazał jej mieszkanie, a ona się zakochała. Przede wszystkim w niewielkim daszku, na który mogła zeskoczyć z tarasu, rozciągał się stamtąd widok ponad Złotym Rogiem aż do Kasımpaşa. Zakochała się w pokojach pełnych zakamarków i uliczce przed domem, tak stromej, że można z niej było zjechać na stojąco.

Ale jeszcze bardziej zakochała się w pustych wieczorach, kiedy paliła na wyścigi z wujem Cemalem w jego biurze, dopóki drapanie w gardle nie stało się słyszalne, dopóki powieki nie zaczęły im opadać, dopóki oboje nie pospadali z krzeseł, nadal ze sobą rozmawiając. W stronę tych wieczorów wychodziła na spacer, wałęsała się wokół domu Cemala przez jakiś czas, aż zmęczona pukała ostrożnie do jego drzwi, kładła się na kanapie i przywykała do zasypiania pośród albumów i niekończących się opowieści Cemala, budziła się potem w środku nocy, zaczerwienionymi oczyma szukała w przedpokoju swoich butów i czekała, żeby Cemal wyjął jej je z ręki.

– Gdzie ty się wybierasz, przecież nie pójdziesz teraz do domu, jest strasznie późno.

– Pójdę, pójdę, jeszcze mogę chodzić.

– Tak, ty jeszcze możesz chodzić, ale inni mogą szybciej. Chyba nie chcesz iść teraz do Tarlabaşı.

A potem zasiadali znowu, palili i rozmawiali bez treści, mówili, żeby usłyszeć nawzajem swoje głosy.

Odkąd Ali przyjechała do Stambułu, cały czas słyszała, jak niebezpieczną dzielnicą jest Tarlabaşı, dla młodej kobiety, w ogóle dla każdego – ci wszyscy Romowie i Kurdowie, i transwestyci, i cały świat jest zły, no przecież wiesz.

– Tak, wiem, cały świat jest zły, ale przecież nie w Tarlabaşı.

– Śpij tutaj, kuşum. Przyniosę ci kołdrę.

I Ali najczęściej zostawała, nawet czerwone kropki na nadgarstkach i pod brodą nie mogły jej od tego odwieść.

Niektórzy szukali dawnego Stambułu w meczetach i na parowcach kursujących między Europą a Azją, kupowali sobie na bazarze nostalgię z plastiku i stawiali ją obok kawałków berlińskiego muru w swoich witrynach w San Francisco, Moskwie czy Rijadzie. Ali odnajdywała swój Stambuł na rudobrązowej kanapie u wuja Cemala, z pluskwami w tapicerce, które około czwartej nad ranem zaczynały ssać jej krew, a mniej więcej o piątej kończyły posiłek. Budziła się koło ósmej z powiększającymi się ciągle czerwonymi, swędzącymi kropkami na przedramionach i twarzy, a kiedy pytała o to Cemala, tłumaczył, że to kwestia wody.

– Te stare rury, muszę coś z tym zrobić, woda leci brązowa, no wiem. – Zarzekał się, że pluskiew u niego nie ma, to niemożliwe.

Ali spryskała calutkie mieszkanie na Aynalı Çeşme trucizną kupioną w aptece, usiadła na balkonie i zapaliła papierosa w nadziei, że ze swoją aktualną lekturą, książką Veteranyi, upora się dopiero wtedy, gdy wszystkie pluskwy zdechną. Kiedy upewniła się, że całe to robactwo nie przeżyło akcji i nie grożą jej czerwone kropki, odwiedziła znowu wuja Cemala, przespała się u niego na kanapie i z powrotem przywlekła we włosach i w ubraniu tę małą gadzinę na Aynalı Çeşme.

Dzisiaj było jej wszystko jedno. Ali wcisnęła się w poduszki kanapy, próbując zanurzyć się w nie tak głęboko, jak tylko się dało, i przemawiała do pluskiew – niech wyssą ją do końca i nie zostawią ani kropelki. Niech ją zjedzą i po kawalątku rozniosą po całym mieście. Wtedy mogłaby po prostu zostać tutaj, na kanapie, nie musiałaby już nic robić ani się ruszać, mogłaby tak leżeć i zniknąć między poduchami kanapy jak kruche ciasteczko. Oczy miała szeroko otwarte i tak suche, że aż bolało. Mrugała od czasu do czasu, żeby zetrzeć powlekającą je warstewkę kurzu. Nie pomagało, kurz pojawiał się znowu, spadał z sufitu, sypał się z klimatyzacji nad nią, obłoczkami unosił z jej ust.

Anton się nie odezwie. Prawdopodobnie w ogóle nie było go w mieście. Prognozy mówiły, że w Turcji lada chwila zdarzy się nieszczęście, Yılmaz Güney od dawna już nie żył, a wuj Cemal skakał dokoła biurka i opowiadał jej historię, tę samą, co za każdym razem. Historię o żonie Yılmaza Güneya i prokuratorze, który ją obraził, a wtedy Yılmaz Güney strzelił mu w prawe oko. I on, Cemal, był przy tym obecny. Nie, nie było go przy tym, ale bronił go przed sądem, kiedy jeszcze był sławnym adwokatem. Bronił też Öcalana, nie, nie bronił, chciał go bronić, ale do tego nie doszło, a teraz Öcalan od pół roku nie daje znaku życia, choć przecież jako prorok ruchu oporu zawsze wygłaszał oświadczenia, co może znaczyć, że zmarł w więzieniu, a jeśliby tak było, to z całą pewnością lada moment wybuchnie w tym kraju wojna domowa, w zasadzie ona już się toczy, ale wtedy rozprzestrzeniłaby się na miasta, na wielkie miasta, a potem na cały świat, ale wtedy, nawet wtedy, on, Cemal, się nie podda. Wszystko to opowiadał Ali, albo raczej samemu sobie, ścierając kurze, jakby chodziło o coś więcej niż koty z kurzu.

Ali prawie go nie słuchała, obserwowała tylko jego energiczne ruchy, gdy tak kręcił się po mieszkaniu, miała wrażenie, jakby był bąkiem, który wiruje po kafelkach podłogi i obija się przy tym o nogi od stołu. Jego krągłości pobudzały ją do śmiechu, a gdyby nie był taki szybki, chętnie zarzuciłaby mu ręce na szyję, ale się nie dało, więc pozwalała mu opowiadać. Bez ustanku mówić o sobie, relacjonować historię własnego życia w przeróżnych wariantach.

Przyszedł na świat przed siedemdziesięcioma czy też siedemdziesięcioma dwoma laty w Stambule, w Zeytinburnu, dystrykcie zbudowanym na piaskach, który przy kolejnym trzęsieniu ziemi zniknie między płytami tektonicznymi, jego dziewięćdziesięcioletnia matka mieszka tam do tej pory. Cemal był przedostatnim z ośmiorga rodzeństwa, wszyscy gnieździli się w jednym pomieszczeniu krytym dachem z blachy falistej, wszyscy spali jeden obok drugiego na ziemi i wszyscy kąpali się w tej samej wodzie, on wchodził drugi do balii, po nim kolejne starsze dziecko i tak dalej, a ojciec mógł się później umyć w szaroburej zupie. Gdzie myła się matka, nigdy nie zobaczył.

Cemal był pierwszym z rodziny, który skończył studia, pierwszym, który przyjechał do domu w garniturze i został wyśmiany przez własne rodzeństwo. Reprezentował przed sądem ważnych ludzi, sam również często trafiał za kratki, na ten temat krążyło mnóstwo najrozmaitszych opowieści, wszystkie kończyły się tym, że po ośmiu miesiącach więzienia Cemal wrócił do matki, którą naraz zastał zakwefioną przy kuchennym stole, po pięćdziesięciu latach bez nakrycia głowy, i że tak bardzo pokłócili się o jego życie, że nigdy więcej jej nie odwiedził. Matka nie poznała ani pierwszej, ani drugiej żony Cemala, czasami mówił też o trzech małżeństwach, zakończenie zawsze było takie samo: one go kochały, ale on musiał pracować.

Czasami przymierzał się do opowiedzenia czegoś o swoim ojcu, ale za każdym razem kończyło się na otwarciu spękanych, grubych warg, Cemal oddychał sucho, przejeżdżał językiem po wewnętrznej stronie policzków i zwilżał kąciki ust, więcej nie dało rady. A Ali nie dopytywała.

W ciągu ostatnich czterech lat Cemal coraz rzadziej opuszczał swoje mieszkanie, które było też jego biurem i jego hamamem, i kto wie czym jeszcze, bo i po co, Orhan, chłopak ze sklepu na dole, przynosił mu na pierwsze piętro wszystko, czego potrzebował – mleko, papierosy, mięso – a bluszcz za oknem chronił go od słońca, tym sposobem mógł jeszcze pokładać wiarę w rzeczy i nie musiał patrzeć na to, że wokół jego biura już dawno pootwierały się kawiarnie, z szyldami wyłącznie po angielsku, i wszędzie anonsowano free WiFi, i że wyprowadził się nawet handlarz warzywami, Oğuz, przyjaciel od czterdziestu dwóch lat, który w wąskiej sionce pomiędzy biurem Cemala a rzeźnikiem sprzedawał brzoskwinie wielkości rękawic bokserskich. Cemal nie wiedział, dlaczego Oğuz od dawna nie daje znaku życia, nie miał pojęcia, że jego przyjaciel stoi teraz na placu Taksim ze swoim obnośnym kramikiem i sprzedaje turystom kolorowe świergoczące ptaszki z gliny. Nie wiedział również, że w sąsiednim domu otwarto hotel Zurich, a ulice zaludniły się hordami turystów, którzy u Madame Coco na rogu chętnie kupowali samowar na pamiątkę, i że z tym sklepem na dole, gdzie mały Orhan pomagał swojemu o wiele za staremu ojcu, wcale nie jest tak różowo i ci dwaj również wkrótce się wyprowadzą, a na frontowej szybie także i tam pojawi się zapewne wymalowany znaczek WiFi. Dlaczego Cemal miałby wychodzić z domu do tego świata, skoro była u niego jeszcze ta stara sofa i podłoga z czarno-białych kafelków, i ściany z turkusowoniebieskich.

Cemal potrzebował czegoś, w co mógłby wierzyć. Wierzył w Ludową Partię Demokratyczną, w Marksa, w młode kobiety, które zjawiały się u niego raz na miesiąc i śmiejąc się i płacząc, domagały się pieniędzy. Wierzył w miłość i wierzył, że Ali odnajdzie Antona w mieście liczącym niemal piętnaście milionów mieszkańców, choć nie dawał znaku życia, choć nie wiedziała, czy w ogóle kiedykolwiek był tutaj, bo przecież samo wysłanie pocztówki ze Stambułu nie musiało nic znaczyć.

Odwiedzał z Ali posterunki policji, gdzie wywieszali ogłoszenia o zaginięciu, i na jednym spotkał dawnego kolegę ze szkoły, który chodził wtedy parę klas niżej i był też parę głów niższy, a Cemal pilnował go na szkolnym podwórku. W trakcie ciągnącego się godzinami obcałowywania, ściskania i picia herbaty Cemal raz po raz wskazywał otwartą dłonią na Ali: „Taki jak ona, Anton wygląda jak ona!”. Szkolny kolega zlustrował Ali od stóp do głów, obejrzał sobie krótkie brązowe loczki, których nie czesała, ze sfilcowanymi końcówkami, sterczące jej na głowie niczym trójkąt, cienką, prześwitującą sino skórę pod okrągłymi oczyma, zwieszone ramiona i objął Cemala, ucałował raz jeszcze w oba policzki i powiedział, że nie ma żadnych widoków na sukces, chyba że los tak zechce albo Bóg, po czym obaj mężczyźni głęboko odetchnęli i zapalili po papierosie. Ali zrobiła to samo, nie miała pojęcia, o czym rozmawiali, a Cemal cały czas przekonywał ją, że wszystko jakoś się ułoży.

I za to wszystko, w co wierzył, i za to, że podniósł ją z podłogi lotniska imienia Atatürka jak małe dziecko, już nigdy, tego była pewna, przenigdy go nie opuści. O tym myślała, podczas gdy Cemal nerwowo i niezgrabnie kuśtykał po mieszkaniu, jakby chciał zaprowadzić porządek między tymi trzema przedmiotami w pokoju.

Ali zastanawiała się, czy powodem jego rozedrgania jest brak rakı w domu, czy to nieszczęście, mające się wkrótce wydarzyć w kraju i o którym Cemal opowiadał na okrągło.

– Wkrótce coś się w tym kraju wydarzy, lada chwila – mówił. – Nic dobrego – ale to w końcu zawsze dało się powiedzieć. A potem zmieniał temat, twierdził, że ludzie są wprawdzie źli, ale spotkanie z nimi zawsze się opłaca, i że człowiek z pewnością się na nich zawiedzie, ale właśnie z tego względu powinien o nich walczyć. Cemal bez przerwy zaprzeczał samemu sobie w tych ariach o lepszym świecie, który nadejdzie, choć akurat wszystko szło w diabły. Cemal wierzył, że ludzie wracają do kogoś, bo go kochają.

Od niedawna pozwalał się wodzić za nos kobiecie w wieku Ali i upierał się, że ona traktuje go poważnie, tyle że akurat teraz potrzebuje pieniędzy, czasu, spokoju, swoich faz, podróży, innych doświadczeń. – Ona przecież jest jeszcze młoda. – I obojętnie, jak bardzo Ali starała się mu uświadomić, że na to, co robi z nim ta młoda kobieta, istnieje wiele określeń, ale „miłość” na pewno do nich nie należy, Cemal nie dawał się odwieść od wiary w coś, na co ona nie znała nawet słów. Nie mogła pojąć, co każe mu wierzyć w tę historię, ale wydało się jej piękne, że ten starszy mężczyzna tak rozkwita w swoim strapieniu, kiedy raz po raz skrycie zerka na zielony telefon na biurku, stary aparat ze sznurem, bo Cemal miał pociąg do staroświecczyzny, myślał, że to czyni go atrakcyjnym, skoro wypadły mu już niemal wszystkie włosy, a Ali wydało się piękne móc obserwować, jak serce wali mu na dzwonek telefonu i jak pęka, kiedy w słuchawce nie zgłasza się ta mała, przez którą nie spał po nocach. To nigdy nie była ona. Ale i tak czekanie sprawiało, że czuł się szczęśliwy. Był cały rozedrgany. Świetny powód do rozedrgania, być może najlepszy, jaki istnieje, pomyślała Ali.

Na wspólnej fotografii, którą Cemal pokazywał Ali niemal każdego wieczora, dopóki nie poprosiła, żeby z łaski swojej przestał, rudowłosa siksa, uwieszona jego ramienia, prawie nie miała nosa, tylko cienką kreskę z małymi, ciemnymi skrzydełkami i wszędzie piegi, jak gdyby truskawka rozbryznęła jej się przed nosem. Jej usta, pozbawione konturów, bezgraniczne i krzywe uśmiechały się do kamery. Cemal, z ręką wokół jej talii, z wypiętą piersią, spoglądał z powagą. Naelektryzowane od upału rude włosy dziewczyny sterczały na wszystkie strony, głównie w twarz Cemala. Ali rozumiała jego tęsknotę, by się w nich zanurzyć, powiedziała mu to, lecz wtedy zmienił temat i zaczął mówić o wyborach w kraju, który znalazł się na skraju wojny domowej, a potem o tym, że w domu brakuje rakı.

Dzisiaj niepewność w jego ruchach była jakaś inna. Może to kwes­tia przesuniętej zmiany czasu, pomyślała Ali, tego czasu wstrzymanego pomiędzy wyborami, który powodował, że nie można się było zdać ani na księżyc, ani na planety, na pewność, kiedy jest noc, a kiedy dzień. Która jest godzina, decydował w tym czasie premier. Być może Cemal czuł, że czas zerwał się z uwięzi i nawet tytoń do żucia nie uchroni go przed tym, że odtąd już nic nigdy się nie uda, ani z Turcją, ani z rudowłosą. Cemal splunął, jakby komar wleciał mu do ust. A potem na jego twarzy zalśnił ten błysk zrozumienia o utracie-posiadaniu i rozlał się niczym rumieniec, a gdy zniknął, Cemal zaczął mówić do siebie, przesuwać krzesło tam i z powrotem od ściany do ściany i na cały głos wymyślać Ali.

– Ty się boisz, kuşum. Boisz się uwierzyć w dobro. Dokąd cię to zaprowadzi? Jak ty chcesz żyć?

– Dobre pytanie.

I chociaż trzydziestoletnia zdzira zapewne spędzała uroczy weekend w Antalyi z innym facetem, a wybory przebiegną właśnie tak, jak wszyscy się tego obawiali, Cemala wręcz rozsadzał duch walki.

– Po zamachu w Ankarze staniemy się jeszcze silniejsi…

Ten zamach w Ankarze. Ali ciągle na nowo oglądała zdjęcia z eksplozji, jakby płyta czasu miała jakąś rysę, widziała pasek pilnych wiadomości na ekranie swojego laptopa, mrugającą uparcie komórkę. Obdzwanianie wszystkich znajomych, telefon od matki z żądaniem, żeby natychmiast przyjechała do domu.

– Zamierzasz tam zostać, jakie masz plany?

Matka, usiłująca nie krzyczeć.

– Mamo, jestem w Stambule, nie w Ankarze. Znajdę go i wtedy wrócę.

A kiedy zamachy dotarły do Stambułu, odczuła detonacje aż w Tarlabaşı i tak długo nie odbierała telefonu, dopóki nie podano nazwisk wszystkich ofiar. Wstrzymywała powietrze, aż się upewniła, że nie ma wśród nich Antona. A potem zagryzła zęby, bo zorientowała się, że w głębi ducha miała nadzieję, że usłyszy jego nazwisko. W ten sposób by go odnalazła. Wtedy przynajmniej jej poszukiwania dobiegłyby końca. Kiedy zelżało już napięcie w szczęce i mogła otworzyć usta, oddzwoniła do matki, która tym razem bynajmniej nie starała się opanować. Ali też nie.

Cemal, biegając bez celu po całym mieszkaniu, trzeci raz trącił kanapę, na której leżała.

– I co tak się miotasz? Siądź tu lepiej przy mnie! – zawołała za nim. – Chodź, obejrzymy sobie zdjęcia Ary.

Cemal nie miał ochoty. Ali usiadła prosto.

– Twojej perły. Opowiedz mi o swojej perle.

– Perle?

– O dziewczynie, którą tak kochasz.

– Daj mi spokój, kuşum.

Ali już miała zamiar zerwać się z kanapy i pocałować Cemala w obie skronie, żeby się uspokoił, gdy we framudze drzwi ukazał się beżowy garnitur z butelką rakı w ręce.

– Mustafa! Dzięki Bogu, cały wieczór czekamy na ciebie!

Ali zmrużyła oczy. Ogorzała od słońca twarz gościa uśmiechała się tłusto, wuj Cemal promieniał.

Mustafa bey przywitał się z nią wylewnie i w oszałamiająco szybkiej niemczyźnie zapewnił, że wiele o niej słyszał.

– Niby co takiego, tu nie ma nic do słyszenia – odparła Ali, zastanawiając się, czy pod jakimś pozorem – pluskwy, późna pora, kurz w oczach – nie pożegnać się natychmiast, ale Cemal był rozpromieniony i wiedziała, że teraz nie może wyjść, kiedy wuj stawiał miseczki z meze na gazetach, porozkładanych na stole. Jego głos stał się wysoki i ostry.

– Biały ser, oliwki. Momencik, miałem też zielone, ależ nie, siadaj, przyniosę wodę i lód, siadaj, tu masz popielniczkę, chcesz do tego marynowane pomidory czy to dla ciebie za kwaśne?

Ali usiadła, włożyła stopy w sandały i patrzyła, jak twarz Cemala mięknie, włosek po włosku, z każdym zdaniem stawała się miększa i bardziej dziecinna, i Ali nagle uświadomiła sobie, jak musiał wyglądać za młodu. Jakim był dumnym, niepoważnym dryblasem, zanim nabrał sadełka. Widziała go, jak tam nad wodą w Karaköy chwyta za wiatrówkę i strzela do kolorowych balonów, drżących na powierzchni wody – ta beznadziejna atrakcja dla turystów, gdy młodzi mężczyźni demonstrują swoim dziewczynom, czego nauczyli się przez dwa lata służby w wojsku, poza waleniem konia na wyścigi. Cemal obiecał, że nauczy Ali strzelać.

– Na sam początek poćwiczymy celowanie do balonów, a potem zobaczymy – zaśmiał się, a Ali mu zawtórowała, choć miała ochotę go wyściskać i przylgnąć czołem do jego ramienia, i znowu, ale nie zrobiła tego.

Ali ściągnęła brwi i oceniała mężczyznę w beżowym garniturze, który zasiadł za stołem z porozkładanymi gazetami, cały czas trzymając w ręku butelkę rakı, i wymieniał z Cemalem uprzejmości. – Czuję się dobrze, dziękuję, a ty, jak się czujesz, a to świetnie, tak musi być, tak musi być, dzięki.

Cemal postawił na gazetach trzy kieliszki do rakı i ściągnął Ali z kanapy. Gapiła się w glinianą popielniczkę, którą dawno temu wypełniał jogurt z wysp, a teraz gruba warstwa wilgotnego popiołu. Nie miała ochoty podnosić oczu. Przepijali jeden do drugiego. „Za życie Demirtaşa”, no i za zdrowie Ali. Teraz gapiła się na gazetę. Miseczka z oliwkami stała na biuście pewnej śpiewaczki, wypowiadającej się na temat wojny w ościennym kraju. Ali widziała słowa: uchodźcy… oni do nas… Przy… głód… i… z mojej krwi.

Luki wypełniała sobie po cichu w myśli i szczerze chciała wrócić do czasów, kiedy jeszcze nie znała tureckiego. Ani niemiec­kiego. Zastanawiała się, czy nie byłoby łatwiej siedzieć w Rosji, zidiociałym i oniemiałym, i wyśpiewywać pieśni pochwalne na cześć prezydenta.

– Oczywiście ona idzie z nami, prawda, Ali?

To zdanie wyrwało Ali z jej szafy grającej w głowie, odtwarzającej właśnie rosyjskie piosenki pop, które miałaby później śpiewać. Podniosła wzrok.

Mustafa bey miał wielkie zęby zafarbowane od tytoniu, i w tym świetle, przefiltrowanym w dodatku jeszcze przez drugą rakı, pomyślała sobie, że wszyscy mężczyźni, jakich do tej pory spotkała na Aynalı Çeşme, nosili garnitury, które wyglądały, jakby przyszli w nich na świat, jakby w nich spali i pili, bzykali się i naparzali, i chodzili w nich w góry, by tam chwycić za broń.

– Idę z wami dokąd?

Ali wyobraziła sobie Mustafę, jak siedzi na niskim stołeczku z brodą wspartą na kolanie, z tasbihem w ręku, jak tylko do połowy wypija swoją herbatę, po czym wstaje, parę razy przesuwa tasbih między palcami i wsiada do samochodu, maca pod siedzeniem, czy jest tam jeszcze jego broń, czy przypadkiem nie ukradli jej chłopcy z sąsiedztwa, żeby zaimponować dziewczynom, a potem odjeżdża, z wiatrem w tych kilku włosach na łysej czaszce.

– Dlaczego ty też z nami nie pójdziesz, wujku?

– A co tam po mnie, zabawcie się, młodzi. To nie dla mnie.

Ali spojrzała na Mustafę, zachodząc w głowę, kogo wuj Cemal miał na myśli, kiedy mówił „młodzi”, i dlaczego wysyła ją w nieznane z mężczyzną o wielkich zębach, ale potem ujrzała jego rozpromienione oblicze i kiwnęła głową.

Dobrze jej zrobi wsiąść do samochodu i dać się wozić po mieście. Jedno z niewielu zajęć, do których nie trzeba jej namawiać. Opadła więc na siedzenie pasażera, zwinęła się w kłębek, tak że wystawała tylko głowa, przycisnęła twarz do okna i jakoś dało się wytrzymać.

Elyas często tak robił, kiedy całymi dniami nie wychodziła ze swojego pokoju, wwiercając łopatki w materac na podłodze i w milczeniu wodząc wzrokiem po suficie. Rzucał jej wtedy na brzuch kluczyki od swojego samochodu, co znaczyło: już cię tu nie ma, wsiadaj do auta! Łapa za łapą wspinała się do drzwi, opuszczała szybę – Elyas miał takie auto, z korbką do otwierania okien, miał też magnetofon kasetowy, no i cóż robić z takim wozem, jak nie jeździć nim, jeździć tak często, jak tylko się da – wystawiała głowę daleko za okno i paliła. Dym wlatywał do wnętrza samochodu, koło jej uszu, aż do Elyasa, który zmieniał kasety i mówił sam do siebie. Potem się uspokajała, w którymś momencie pojawiał się uśmiech, a kiedy zaczynała mówić, Elyas wiedział, że mogą powoli wracać do domu i na zakończenie na jakiejś stacji benzynowej napić się espresso z kartonowych kubków, które zabarwi im wargi niczym sepia, i jeszcze gdy noc dobiegnie końca, opowiedzieć sobie jakiś sprośny dowcip, jak prawdziwi kierowcy ciężarówek, ale Mustafa bey nie znał żadnego.

Ali nie miała pojęcia, skąd Mustafa albo Cemal wiedzieli, że dla tej głowy, całej w skołtunionych kędziorach, nasadzonej na zwarte dziecięce ciało, jazda samochodem jest najlepszym lekarstwem. Czyżby Elyas regularnie dzwonił do wuja i dowiadywał się o nią? Nie potrafiła sobie wyobrazić, żeby wzbudzającym zaufanie, lekarskim tonem radził: Jeśli zrobi to i to, wystarczy tylko wsadzić ją do auta. Opuść całkiem szybę, pozwól jej niemal wyleźć przez okno i palić, a wszystko będzie dobrze.

A właściwie czemu by nie, dlaczego Elyas nie dzwonił, dlaczego go tu nie ma, gdzie się podziewa, kiedy jest potrzebny?

Mustafa i Cemal wspomnieli coś o wizycie w teatrze, tam mieli się wybrać. Teatr tańca, bardzo specyficzny, Mustafa już tam kiedyś był i gorąco go polecał, Ali nie słuchała, wpatrywała się w gazetę, rozmiękłą od rakı i słonej zalewy białego sera, i próbowała przenieść się w środek tych fotografii.

Kiedy mijali Błękitny Meczet, w aucie zrobiło się na moment bardzo jasno, oświetlił ją reflektor mocny jak blask księżyca, a potem nagle zapadły ciemności, ulica wibrowała. Żółte światło ulicznych latarni sporadycznie przenikało szarość ich profili.

– Co widziałaś w Turcji poza Stambułem? – spytał Mustafa po chwili milczenia. – Widziałaś w ogóle cokolwiek?

Ali milczała, przycisnęła koniuszek nosa i czoło do szyby, zostawiając tam tłuste plamy.

– Chętnie pokażę ci całe zachodnie wybrzeże. Robiłem to przez lata. Dla niemieckich i angielskich turystów. Wszystkie te miejsca: Pergamon, Troję. Jak chcesz, pokażę ci Olimp.

– Myślałam, że Olimp jest w Grecji – chuchnęła Ali w szybę.

– Grecja była tutaj.

– Ach tak.

– Lubisz coś takiego?

– Co?

– Olimp. Podróże. Wybierzemy się razem w podróż? Wypożyczymy samochód i pojedziemy z Antalyi na północ.

Ali powolutku niczym folię odkleiła twarz od szyby i odwróciła się do Mustafy. Siwe loki, jakie pozostały mu na głowie, podobne były do jej kędziorów. Czy ona tak będzie wyglądać, mając pięćdziesiąt lat? Możliwe. Jeśli nadal będzie tyle paliła i zacznie nosić garnitury, to może być jakiś jej wariant za dwadzieścia lat. Będzie zapraszała młode kobiety na fotel obok kierowcy i proponowała im Olimp, w zasadzie całkiem niezły plan.

– Nie jestem tutaj na wakacjach.

Omiotła spojrzeniem wnętrze wozu w nadziei, że znajdzie jakiś magnetofon kasetowy albo cokolwiek, co zmusi Mustafę do milczenia.

– Cemal mi opowiedział, dlaczego tu jesteś, ale jeśli potrzebujesz odskoczni, tak sobie myślę. Z pewnością dobrze by ci zrobiło. Byle tylko się nie uczepić, nie trzymać kurczowo, bo jak się człowiek uczepi, nikogo nie znajdzie, a skoro już tu jesteś, możesz przecież zobaczyć kawałek kraju, ale może nie masz ochoty?

Ali zaśmiała się cicho.

– Miałabym ochotę zobaczyć Kurdystan. Znasz tamte tereny?

Mustafa posłał jej przeciągłe spojrzenie. Miał bardzo zmęczone oczy, bardzo zmęczoną skórę, tworzyła fałdki w kształcie łez, które powoli spływały mu w dół od kości policzkowych, jakby skóra w zwolnionym tempie skapywała mu z twarzy. I wielkie, okrągłe, wsysające źrenice, które wpatrywały się w nią bez wyrazu.

Resztę podróży przebyli w milczeniu.

Kiedy wysiedli, wokół pełno było ogłoszeń pisanych cyrylicą. Reklamy świetlne po rosyjsku obiecywały zniżki na futra i najlepszą jakość wszelakiego dobra. Słabo oświetlone lalki wystawowe lśniły obleczone w skórę węża, patrzyły pustym wzrokiem, wyciągając przed siebie ręce z rozczapierzonymi palcami. Ali stanęła przed salonem mody ślubnej, manekiny w białych sukniach miały twarze skryte za welonami, a głowy obrócone do tyłu.

Było zbyt ciemno, żeby zrozumieć, co to za teatr albo czy to w ogóle jest teatr, tam dokąd teraz szli, ale napisów tu nie uświadczysz, często człowiek nie wiedział, jaki bar, jaki klub albo biuro czeka na niego, kiedy wspinał się po kręconych schodach w którejś ze starych uliczek Beyoğlu. Ali kilkakrotnie zgubiła się tam wśród nieznajomych, pozwalała się zabierać w nadziei na znalezienie Antona albo w ogóle czegokolwiek. Ludzie nie mieli odwagi podchodzić bliżej niż tylko do czubka stopy, goście gadali o swojej pracy, o pięknie Almanyi i że powinni się żenić, niektórzy mówili wprost, że chcą się z nią przespać, ale bali się jej oczu, wspominali coś o złym spojrzeniu, cóż, zabobon, ale to odstraszało niechciane ramiona wokół szyi.

W bramie domu siedział młody mężczyzna w garniturze i grał na komórce w jakąś grę, która brzęczała, jakby ktoś rozbijał szklane butelki. Podniósł wzrok na sekundę, wymruczał dobry wieczór i z powrotem wpatrzył się w ekran. Poszli schodami na górę, Mustafa przodem. Od drugiego piętra zielonkawe światło neonówek zmieniło się w czerwone, ciepłe, mrugające, a po poręczy basy mknęły niczym prąd. Ściany były odrapane z farby i pokryte bazgrołami, przed drzwiami stał kolejny młodzian w garniturze. Spojrzał na nich, a Mustafa powiedział, że są na liście gości. Bramkarz stwierdził, że nic mu nie wiadomo o żadnej liście gości, na to Mustafa, że zna właściciela, niech Hafif wyjdzie do nich i sam powie, czy są na liście gości, czy nie. Ali zapaliła papierosa i oparła się o malunki. Na przeciwległej ścianie stało jak byk po niemiecku „Jestem Ulrike Meinhof” i coś jeszcze, czego nie rozumiała. Wyciągnęła rękę w kierunku tego zdania, ale wtedy drzwi nad nią się otworzyły.

– Gel, chodź – powiedział podekscytowany Mustafa. Pierwszy raz odezwał się do niej po turecku.

Wnętrze przypominało scenografię do filmu z lat siedemdziesiątych, Cemal czasami puszczał je w tle. Pomieszczenie składało się z wielkiej sceny i wypolerowanego parkietu, ustawiono na nim kilka rzędów plastikowych krzeseł. Cały sufit pokrywały lustra, kolorowe żyrandole wyglądały jak wyskubane papugi, migające wokół twarze spowijała czerwień, z głośników szemrała Bülent Ersoy, a lustra odbijały srebrzyste skrawki kuli disco. Ledwie kilku gości, kręcących się niezdecydowanie między barem i krzesłami, miało na sobie garnitury, kelnerzy fraki, a białe maski zakrywały im twarze aż po skrzydełka nosa. Ali przechyliła głowę na bok i śledziła ich wzrokiem. Potem zerknęła na siebie, na swoje dżinsy i sweter, później na Mustafę w wymiętej marynarce, i znów powiodła spojrzeniem za kelnerami.

Następnie ruszyła do baru, Mustafa szedł za nią, wołając coś w stylu „Czego się napijesz?”, ale pytanie padło za późno, Ali zdążyła już zamówić wódkę z tonikiem, odwzajemniła się pytaniem, czy też nie ma ochoty na jednego, Mustafa przytaknął, zaczął grzebać w kieszeni w poszukiwaniu portmonetki, ale na to także było za późno, Ali zapłaciła i pociągała już przez słomkę, zanim Mustafa znalazł pieniądze. Wsparty o bar oboma łokciami spytał ją, czy wie, kim jest Bülent Ersoy. Ali nie zareagowała. Mustafa zaczął wykład o procedurze uzgodnienia płci, o puczu wojskowym w latach osiemdziesiątych i emigracji piosenkarki we Fryburgu Bryzgowijskim, lecz Ali odwróciła się od niego, oderwała od baru i ruszyła zwiedzać lokal. Upatrzyła sobie miejsce z tyłu, skąd mogła widzieć scenę, na krytej czerwonym aksamitem, zaokrąglonej na zewnątrz sofie z metalową rurą na tworzącym oparcie podwyższeniu, odchyliła głowę i wpatrywała się w zjadliwie zielone, plastikowe kryształki żyrandoli, wiszące jej nad głową, a pomiędzy nimi widniały jej oczy, rozłamane i porozsiewane po kawałkach luster. Raz jeszcze dostrzegła swoją twarz. Jakieś ciało, zupełnie takie jak jej, w takim samym czarnym swetrze, dżinsach i białych adidasach, chude i dryblasowate, postawiło swoją wódkę z tonikiem na klejącym się parkiecie, usiadło obok niej, po prawej stronie, odchyliło w tył, ich ramiona się zetknęły, nic więcej, głowy mieli zadarte do góry, wspierały się na oparciu i wpatrywały w lustra ponad nimi. Kręcone włosy w identyczny sposób odstawały im od głowy, ze skroni wyrastały sprężynki, sterczące do góry, a od płatków uszu w dół, wydrapywały maleńkie rysy w suficie.

Ali spojrzała w twarz Antona tuż obok, a Anton odwzajemnił jej uśmiech dokładnym odbiciem w lustrze, po obiciu sofy przesunęła ku niemu mały palec z nadzieją, że znajdzie jego palec, ale nie uciekła wzrokiem, cały czas przytwierdzała go spojrzeniem do sufitu. Wtedy w twarzy Antona coś drgnęło, jakiś kryształ obluzował się w oprawie żyrandola, zniekształcającego twarze ich obojga, i spadł prosto do szklaneczki z wódką, którą trzymała w dłoni. Poderwała się gwałtownie, wbijając wzrok w zielony kamyk w przejrzystym płynie, zakołysała szklanką, upiła łyk i znów odchyliła głowę. Ani śladu Antona w lustrze, ani śladu małego palca na obiciu sofy, Ali bez mrużenia powiek obserwowała salę odbitą w lustrach na suficie.

Zaczął się show, albo coś w tym guście, o sztuce teatralnej nie mogło być mowy, konferansjer miał na sobie złotą suknię i białą maskę, kompletnie zakrywającą mu twarz. Jego suknia przypominała Ali jej pierwszą zachodnią sukienkę, którą mama z narażeniem życia zdobyła w jakimś sklepie, spod lady, w zamian za swoją calutką miesięczną pensję. Była cała złota i miała bufki, Ali wolałaby raczej umrzeć, niż ją założyć, ryczała wniebogłosy, krzyczała, nawet gryzła, ale nie dało się zapobiec robieniu zdjęć, w końcu po cóż innego ten cały wydatek, i spokój nastał dopiero wtedy, kiedy Anton wlazł w tę sukienkę, bez żadnej zachęty, i nawet uniósł ramiona i kręcił biodrami, jakby w niej tańczył. Nadal miała przed oczyma tę fotografię: ona z zaryczaną twarzą, w legginsach i podkoszulku, a Anton w złotej sukni.

Jakaś drag queen powitała publiczność i zapowiedziała program, naszpikowany dowcipami i aluzjami, których Ali nie rozumiała. Tak czy owak wątpiła, żeby ktokolwiek z widzów słuchał, brzęk kieliszków zdradzał napięcie, radość oczekiwania na to, co zaraz nastąpi – powód, dla którego ci ludzie tu przyszli. Po obu stronach sceny, po lewej i po prawej, z sufitu opadały grube ciemnoczerwone pasy materiału, po których zaczęły się wspinać wężowymi ruchami dwie kobiety w czarnej bieliźnie, powietrze w sali zdawało się gęstnieć jak smoła, okrągła, niska kobieta w aksamitnej sukni tanecznym krokiem poruszała się po parkiecie, śpiewając Sex Bomb, dwie oktawy niżej. Ali wyprostowała się, dmuchnęła w swoją słomkę i uniósłszy brwi, zmarszczyła czoło. Mama zawsze liczyła jej zmarszczki, skubiąc je w obecności ciotek.

– Raz, dwa, trzy, cztery; nie rób tak, Aliso, nie rób tego, nie strój min, jesteś jeszcze młoda, ale czy zdajesz sobie sprawę, jak będziesz wyglądała, mając trzydzieści pięć lat?

– Nie, jak?

– Jak wujek Sierioża.

Ali strąciła z twarzy rękę matki.

– Dziewczyno, gdybyś przestała latać ubrana jak jakaś lesba, naprawdę można by coś z ciebie zrobić – ciotki dołożyły swoje.

Kelner w masce zakrywającej mu lewą połowę twarzy nachylił się nad Ali i wyszeptał jej do ucha pytanie, czy mógłby jej przynieść coś do picia. Pomyślała, że przy takiej bliskości powinna mu odpowiedzieć: tak, chcę zniknąć z tobą w toalecie, ale zamiast tego rzuciła „votka, lüften”. Wódka zjawiła się natychmiast, Ali zapłaciła. Tymczasem sala zdążyła się już zapełnić, powietrze przenikliwie pachniało wilgocią, nie widziała Mustafy i miała nadzieję, że obrażony pojechał sobie albo przynajmniej upija się przy barze z innymi facetami, rzucającymi wygłodniałe spojrzenia. Zastanawiała się, czy wuj Cemal strzeliłby mu w prawe oko, gdyby wiedział, gdzie Mustafa Ali ją przywiózł. Jak Yılmaz Güney prokuratorowi.

Przy hicie Neny 99 Luftballons w tłum rzuciła się horda skąpo odzianych ciał w złocistych szortach i czarnych perukach afro, i tańcząc pomiędzy rzędami, zbliżała się do Ali. A ona zrozumiała nagle, że to, co znajduje się za jej plecami i co miała za goły metalowy element – jakąś niedoróbkę konstrukcyjną, coś jak prowadzące donikąd rury na fasadach domów w Tarlabaşı, które teraz są tylko wspomnieniem, dekoracją, porośniętą bluszczem i chwaloną przez turystów, że wygląda tak pięknie, albo co gorsza – autentycznie – że ta konstrukcja to rura do tańca, która jak najbardziej jest jeszcze w użytku. Jedna z dziewcząt stanęła dokładnie na wprost niej, żeby wdrapać się na podest, który Ali wzięła za oparcie sofy. Obleczone w złoty materiał biodra tancerki wpatrywały się jej wyzywająco w oczy. Nie ruszyła się, odparła spojrzenie i possała słomkę, dziewczyna wspięła się po niej, stawiając prawą nogę na kolanie Ali, a lewą na oparciu sofy, podciągnęła się i przylgnęła do metalowej rury. Blask reflektorów palił ją w oczy, widownia odwróciła się, wszyscy chcieli zobaczyć, co wyprawiają z rurą do tańca dołki pod kolanami dziewczyny. Ali nie pozostało nic innego, jak tylko wcisnąć się głębiej w obicie i gapić się w górę. Tancerka wyrzucała nogi przed siebie, latały koło uszu Ali niczym białe wykałaczki, a czarna syntetyczna peruka mierzwiła jej loki. Ali powolutku gryzła swoją słomkę.

Dopiero kiedy nogi jak wykałaczki zniknęły, światło złagodniało, stało się ciemniejsze i mleczne, i Ali mogła być pewna, że nikt na nią nie patrzy, podniosła się z kanapy. Publiczność porozdzielała się po całej sali na grupki czekających, śmiejących się, mających nadzieję, Ali znalazła toaletę, ale była pewna, że nie da rady wejść do kabiny, bo ktoś wraz z osobą towarzyszącą będzie wisiał nosem nad samą spłuczką, i oboje prawdopodobnie potem jeszcze zechcą się zabawić, tak Ali wyobrażała sobie toalety w tym kraju, ale kabina była wolna i czysta, i dziwnie sterylna z lśniąco białymi neonówkami nad naelektryzowaną głową Ali i jej zaczerwienionymi oczyma. Nie mrugała. Długo myła ręce, potem twarz, potem podstawiła usta pod zimny strumień wody, poczuła na języku smak chloru i jeszcze raz spojrzała w lustro. Anton odwzajemnił jej gniewne spojrzenie. Do toalety weszła jakaś kobieta, musiała chyba dużo się śmiać albo płakać, makijaż kompletnie się jej rozmazał. Kobieta zaczęła malować sobie twarz, a Ali patrzyła, jak rozprowadza po skórze plamki farby, jak rysuje sobie kreski wokół oczu, potem obrysowuje kontur ust. Kredka do ust była czarna. Kiedy skończyła, odwróciła głowę do Ali. Ali spytała, czy mogłaby pożyczyć szminkę, wzięła ją i na białych kafelkach napisała „Anton tu był”. Po niemiecku. Kobieta krzyknęła, coś w rodzaju „zniszczyłaś moją pomadkę, masz pojęcie, ile kosztowała?”, Ali zrobiła krok w jej stronę, chwyciła ją za kark, przyciągnęła jej twarz do siebie, pocałowała ją w wymalowane usta i przeszła obok niej.

Znajdź drzwi, po prostu wyjdź, nie musisz tu być – przekonywała samą siebie, ale wtedy na scenę weszła Aglaja.

Niosła akordeon, albo to on ją niósł, jej tułów składał się z ciężkiego akordeonu, grała na nim, jakby rozciągała swoje własne gnaty, okrągła głowa o krótkich rudych włosach wystawała u góry, a w dole dwie nogi w siatkowych pończochach stapiały się w jedno z długimi, czarnymi butami na płaskim obcasie, tworząc jakby syreni ogon. Jej ramiona, obejmujące monstrualny instrument, aż po łokcie osłonięte były czarnymi rękawiczkami w rybią łuskę. Odrzuciła głowę, jakby ktoś uderzył ją w twarz, wymalowane na czerwono usta pochłaniały calutki sufit, język wystawał z nich jak sterczący w górę palec. Drżący głos Aglai niósł się od jej krtani aż po kryształki na suficie i do samego środka Alinych wnętrzności, zatrzymała się ze względu na to mocne vibrato, a potem ujrzała twarz Aglai. Oczy Ali rozszerzyły się i trysnęły z nich łzy, zamrugała, a potem znów utkwiła wzrok w śpiewaczce.

Kryształki nad głową Aglai kołysały się tam i z powrotem, długie, porośnięte materiałem palce wolno naciskały guziki akordeonu. Ali mogłaby przysiąc, że zapach tej kobiety przenikał aż do ostatniego rzędu. Czuła frezje i bergamotkę, ananas, pomarańcze, drewno cedrowe i wanilię. Otworzyła usta, wyobrażając sobie, że te rude włosy zaczną wrastać jej teraz w usta. Wyobraziła sobie, że pobiegnie na scenę i zabierze z niej tamtą kobietę, dokądkolwiek. Wyobraziła sobie, że wszyscy inni natychmiast opuszczą salę i że nikt nigdy nie był tutaj, z wyjątkiem ich obu.

Akordeonistka dostała powściągliwe brawa i zeszła ze sceny. Ali usiadła przy barze i czekała. Wyciągnęła szyję w poszukiwaniu tej syreny, a zamiast tego dostrzegła Mustafę, który powoli lazł w jej kierunku, więc prędko rozejrzała się za jakimś zajęciem. Naraz tuż przed nią stanęła łysa kobieta w złotych szortach, z peruką afro wciśniętą pod pachę. Ali zastanawiała się, czy to ta, która przed chwilą rozbierała się jej nad głową przy metalowej rurze.

Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, lecz raptem zerknęła w dół na dłoń Ali, spoczywającą na paczce P&S, i spytała, czy mogłaby się poczęstować jej niemieckim papierosem.

Powiedziała, że ma na imię Kato, Katarina, Katiusza, jak w piosence Выходила на берег Катюша, Katiusza wychodziła na brzeg rzeki.

– Znasz to?

Oczywiście Ali znała tę piosenkę, nie było na świecie dziecka z ojczystym językiem rosyjskim, które by jej nie znało, wiedziała to Ali, wiedziała Katarina, ale wtedy zbliżyła się już o krok, stanęła pomiędzy ugiętymi nogami Ali, które starały się nie drżeć na barowym stołku, i cichutko zaśpiewała jej do ucha kilka wersów piosenki, która naturalnie wcale nie opowiadała o kobiecie, wychodzącej na brzeg rzeki, gdy „Разсветали яблони и груши” – rozkwitały jabłonie i grusze – tylko o wyrzutni pocisków artyleryjskich, skonstruowanej w czasach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej 1941–1945, po rosyjsku nazywanej pieszczotliwie katiuszą, a reszta tekstu mówiła, owszem, o wielkich uczuciach, lecz innych niż te, o których niektórzy myśleli, że to rosyjska dusza, co łka za miłością.

Katarina zaciągnęła się papierosem, Ali usłyszała chrypliwy wdech i cichutkie mlaśnięcie, gdy Katarina wypełniała usta dymem, a jej wargi odklejały się od papierosa. Jakby coś pękło. Uszy Ali nabiegły czerwienią, szczególnie to lewe tuż przy policzku Katariny, ale potem zaśmiała się, odsunęła głowę i spojrzała w twarz tej kobiety, tak otwartą, jakby ktoś rozwarł okno na oścież. Miała szeroko rozstawione oczy, zdawały się niemal wypadać przez szerokie kości policzkowe, Ali korciło, żeby je schwycić swoimi. Za liniami wiodącymi od kącików oczu i kości policzkowych podążyła do ust i odczuła rwanie w szczęce. Rozmawiały po rosyjsku, w ten sposób wszystko szło sprawniej. Katiusza, ta wyrzutnia rakietowa, pocałowała Ali, nim zdążyły zamówić drugiego drinka. Ali poczuła w ustach grube, oleiste grudki szminki, i od tamtej chwili niewiele więcej.

Katarina studiowała jej twarz, opuszkami palców lewej ręki musnęła brwi, Ali zerknęła w dół i dostrzegła cienką złotą obrączkę na serdecznym palcu u prawej ręki Katariny.

– To na postrach, żeby mężczyźni zostawiali mnie w spokoju.

– I zostawiają?

– Oczywiście, że nie. – Katarina zdusiła papierosa na blacie baru, nie spuszczając oczu z Ali. – Mam to gdzieś. Wszystko, co mogło mi się przydarzyć, już mi się przydarzyło.

– Mam nadzieję, że nie, Katiusza.

Przestały liczyć wypite wódki, Ali kątem oka dostrzegła Mustafę, który niczym wahadło to zbliżał się, to oddalał. Sufit także zdawał się opadać coraz niżej i niżej, kryształki nad ich głowami pobrzękiwały.

– Czy mogę cię o coś spytać, ta akordeonistka, czy ona…

Kręciło jej się w głowie. Katarina chwyciła ją pod ramię i ściągnęła ze stołka przy barze, zataczając się, dotarły do klatki schodowej, gdzie Katarina zostawiła ją i zniknęła w garderobie. Ali oparła się o bazgroły z Ulrike Meinhof i zapaliła papierosa, pogawędziła nawet z bramkarzem. Kiedy już myślał, że będzie ją mógł złapać za udo, zjawiła się Katarina w dżinsach i koszulce, i sprowadziła ją po schodach. Ali udało się odnaleźć drogę do domu, nie miała pojęcia w jaki sposób, Katarina trzymała ją pod ramię, co chwila znikały w bramach domów i wysysały sobie twarze z głów, przyciskały się do siebie miednicami i przerywały, słysząc kroki, a potem Ali ciągnęła Katarinę dalej w dół stromych uliczek, potykała się o bure koty, znalezienie właściwego klucza od drzwi wejściowych zabrało jej całe wieki, rzuciła Katarinę na łóżko, albo to Katarina ją rzuciła, a później czas się zatrzymał.

Księżyc wisiał nad meczetem Sulejmana i oświetlał szczupłe ciało rozciągnięte obok niej na łóżku, blade palce u stóp wystawały poza materac, głowa ogolona niemal na łyso przywarła do drewnianej ramy. Leżała na prześcieradle niczym linia marmurowej barwy, jak wydłużony znak zapytania. Piersi Katariny unosiły się i opadały, twarz miała odwróconą.

Brodawki lśniły w świetle księżyca i Ali miała ochotę dotknąć ich czołem, lecz pohamowała się, bojąc się zbudzić to ciało, które zaczęłoby wówczas się poruszać, wywinęłoby się ze swej pozy pytajnika i przemówiło. Telefon spadł pod łóżko, kiedy Katarina pchnęła ją na materac, a może było odwrotnie, reszta przypominała się jej w serii rozbłyskających obrazów. Ali postawiła stopy na chłodnym linoleum i odsunęła zasłonę. Za oknem była noc.

Katarina mruczała cichutko przez półotwarte usta, gałki oczne poruszały się pod powiekami, Ali nie mogła tego dostrzec, ale była tego pewna. Muezin zaintonował poranną modlitwę. W oczach jej pulsowało, a księżyc zbijał ją z tropu, puściła zasłonę, padła na kolana, przycisnęła czoło do podłogi i po omacku próbowała znaleźć swój telefon pomiędzy kłębami kurzu pod łóżkiem. Na ile pozwoliła jej wódka pulsująca między skrońmi, starała się sobie przypomnieć, co mówiła Katiusza, oddychająca cicho na materacu nad nią, kim była, albo przywołać którąś z jej historii, ale pamiętała tylko tych kilka rosyjskich mądrości, które rzuciła gdzieś między czwartym a siódmym kieliszkiem.

Ali leżała na podłodze pod swoim łóżkiem, z głową między kotami z kurzu, i nie wiedziała, jakie zdania i obrazy z minionej nocy zniknęły bez śladu, z ostatnich nocy, ostatnich tygodni. Pozbierała się, przy okazji uderzyła głową o kant łóżka, i spojrzała bezradnie na swoją komórkę, na ekranie przez noc pojawiła się rysa, Ali wpatrywała się w wyświetloną godzinę i miała trudności ze zrozumieniem podanego czasu. W dżinsach znalazła w połowie opróżnioną paczkę P&S-ów. Niemieckie papierosy, że też to nadal działa, rzuć na stół niemieckie papierosy, a ludzie podchodzą i pytają cię, jak leci, tak samo Katarina, ten pytajnik na jej łóżku, jak przypuszczała, pewnie jakaś opiekunka do dzieci z Ukrainy albo rumuńska studentka politologii, one wszystkie znały przecież rosyjski.

Zapaliła playera i spojrzała na ciało Katariny. Wyglądało jak zrobione z czystego tlenu, z tlenu z domieszką księżyca, Ali zastanawiała się, jak ta dziewczyna naprawdę ma na imię, Anna, Elwira, Zemfira, Petka, mogło być cokolwiek, nie znalazła niczego, co pasowałoby do tej twarzy, wszystko mogło się zgadzać. Znowu wyjrzała przez okno. Muezini nierytmicznie wpadali sobie w słowo.

Muezin po lewej stronie balkonu miał katar i bardziej ryczał, niż śpiewał, drugi zawsze intonował ciut później, rozkoszując się, wręcz napawając tym, że jest lepszy od sąsiada. Ali wyobraziła go sobie wystylizowanego na Elvisa Presleya, jak lekko chwyta u dołu błyszczące srebrno oprawki ciemnych okularów, odsłaniając w uśmiechu dwa rzędy białych zębów, może z połyskującym gdzieś jednym złotym, puka w mikrofon i śpiewa modlitwę poranną. I facet był dobry. Wiedział, że jest najlepszy w okolicy. Bóg jest wielki. A modlitwa jest lepsza niż sen.

Katarina poczuła zapach papierosa, skrzywiła bladą twarz i otworzyła oczy, zezując z lekka. Wydęła policzki, wargi ściągnęły jej się przy tym w chryzantemę, i zamrugała kilka razy, nim zrozumiała, gdzie jest, lub też nim zrozumiała, że nie wie, gdzie jest. Skuliła się w półksiężyc, z głową przechyloną skośnie na bok. Ali podała jej papierosa.

– Która godzina? – spytała i usiadła na łóżku.

– Zegar wskazuje piątą. To niemożliwe, prawda? Wyjrzyj przez okno, księżyc świeci jak w samym środku nocy, za to muezin śpiewa modlitwę poranną. Wszystko się pomieszało.

– To prawda.

– Zlikwidowali czas.

– Spałaś?

Ali spała, pamiętała nawet sen, który śnił jej się coraz częściej, odkąd przyjechała do Turcji. W tym śnie tańczyła z wujem Cemalem pośród tłumu tak gęstego, że ciała ich obojga bez ich udziału poruszały się w takt muzyki do jakiegoś filmu z lat siedemdziesiątych. Stali ciasno objęci, a tłum kołysał się tam i z powrotem. A potem Cemal kogoś zobaczył, spojrzał ponad tymi wszystkimi głowami, wypatrzył rudą czuprynę daleko na samym końcu pomieszczenia, puścił biodra Ali i po prostu odszedł, zaczął się przeciskać pomiędzy innymi parami, a ją zostawił, by samotnie kołysała się w tę i we w tę. Ali jeszcze przez moment trzymała ręce tam, gdzie przed sekundą były jego ramiona, głowę skłoniła w przód, jakby spoczywała na piersi Cemala, po czym rozpłynęła się w tłumie na podobieństwo kałuży.

– Nie. Nie lubię sypiać.

– A ja i owszem, przespałam się. – Katarina ziewnęła na całą szerokość. – Kocham sen. Chciałabym móc przespać całe życie.

– Ach, Katiusza.

Katarina objęła kolana, wyglądała nagle poważnie, niemal pospolicie, strzelała oczami po całym pokoju, a po chwili odezwała się głosem, który był zapewne bardziej jej własny niż ten wcześniejszy, gdy celebrowały pojedynek na rosyjskie wulgaryzmy, głosem niższym niż ten, gdy pojękując i krzycząc, wytrysnęła prosto w usta Ali.

– Muszę ci coś powiedzieć.

Przez głowę Ali przemknęła myśl, że oto znalazła się w dokładnie takiej sytuacji, przed jaką matka zawsze ją ostrzegała.

– Nie jestem Katiusza.

– Wcale cię o to nie posądzałam – nerwowo zaśmiała się Ali. Miała nadzieję, że na tym zwierzenia się skończą. Jeśli chodziło tylko o imię, w porządku, bała się kolejnych rewelacji, chorób zakaźnych lub udawanych kłopotów finansowych.

– Jestem Kato.

– W porządku – przytaknęła Ali i pomyślała, że potrzebuje koniecznie więcej słów niż tylko to „w porządku”. Zwłaszcza że nie wiedziała, co było w porządku.

– Ja nie jestem „ona”.

– Aha.

– Jestem „on”.

– Tak.

– Rozumiesz?

– Potrzebujesz pieniędzy?

– Że co? Czemu pieniędzy?

Ali ogarnęły wątpliwości, czyżby zapomniała rosyjskiego albo była jeszcze pijana, albo po prostu nie zrozumiała? Kato wstał, chwycił paczkę papierosów i wyszedł, Ali została na podłodze i wyglądała przez okno. Światła miasta szarpały ją w powieki. Z piany kolorów na wzgórzach wyłaniały się okna domów gecekondu. Łańcuch świateł wokół parkingu na dachu rysował białą linię przez tę odrobinę czerni na niebie, które składało się prócz tego z żółtych, pomarańczowych, czerwonych i fioletowych prostokątów, niektóre migotały sztucznym światłem telewizora. Trzy minarety sterczały z najbliższego rzędu fasad, podświetlone na żółto, za dnia koloru szarej gliny, z głośnikami jak ciernie, o wiele za małe jak na taki gruby pień.

Kato wrócił z rozżarzonym papierosem i przysiadł na krawędzi łóżka. Nogi rozstawił szeroko na ziemi.

– Dziwne, tutaj księżyc zawsze leży na plecach. Nigdy nie stoi prosto jak sierp na waszej fladze, tylko leży jak cząstka pomarańczy, sam popatrz.

Kato nie spojrzał w tamtą stronę, popatrzył na Ali, odwróciła ku niemu głowę.

– Masz ochotę na śniadanie?

Zdusił papierosa o futrynę okienną, przyciągnął nogi i wsunął się pod kołdrę.

– Jest noc – wymamrotał spod prześcieradła. – Chodźmy spać.

W szyi czuła tykanie, spojrzała do góry w kierunku jego ciała, gdzieś tam było, wyczuwała to, ale nie mogła go dostrzec, wdrapała się na łóżko i poszła go szukać.

Z całej siły zacisnęła powieki i czekała, aż zrobi się dostatecznie jasno na to, by wstać. Wciąż widziała rude loki i język, sterczący ku zwierciadlanemu sufitowi, otworzyła usta i próbowała je schwytać. Nagle poczuła słonawy smak i otworzyła oczy. Wargi Kato wspięły się po jej szyi i legły na jej wargach, Ali poderwała się ze strachu, okręciła wokół i wyskoczyła z łóżka. Linoleum było tak zimne, że aż piekło w podeszwy stóp. Kato przewrócił się na brzuch i wymruczał coś w poduszkę. Ali wskoczyła w kapcie i zamknęła się w łazience. Bojler wydał gwizd, cieniutki strumień letniej wody spłynął po jej zmarzniętych kończynach. Popatrzyła po sobie z góry na dół, przyjrzała się włoskom na przedramionach, były całkiem jasne, długie i miękkie, niemal niewidoczne. Przykucnęła i obejrzała swoje łydki. Łydki kota o białym futerku. Na siedząco namydliła sobie głowę i pomyślała o tym, co Kato powiedział dzisiejszej nocy: jestem „on”. Kato to był „on”. Swędziała ją skóra głowy, wewnętrzną stroną przedramienia podrapała się w skroń, mydło pociekło jej po twarzy i plecach, wystawiła język, rozdziawiła usta, próbowała wypłukać z głowy całą wódkę. Akurat w tym momencie, gdy do nosa napłynął jej znowu zapach akordeonistki, zapach frezji, bergamotki, ananasa, pomarańczy, drewna cedrowego i wanilii, gwizdanie bojlera ucichło i zgasło światło. Woda nagle zrobiła się zimna, a Ali całkiem się rozbudziła. Wyskoczyła z wanny, owinęła się ręcznikiem i wpadła prosto w ramiona Kato, który rozglądał się zdumiony po korytarzu.

– Awaria prądu. Przytrafia się zawsze, kiedy biorę prysznic.

Z ręcznikiem wciśniętym pod pachy zeszła po schodach do piwnicy, do skrzynki z bezpiecznikami, po drodze spotkała sąsiada z mieszkania obok, próbował omijać ją wzrokiem, pozdrowiła go uprzejmie, cały czas z mydłem w oczach, krew nabiegła jej do czoła, nie była pewna, czy sąsiad słyszał ją ubiegłej nocy, sądząc po wyrazie twarzy – jak najbardziej, a teraz jeszcze biega nago po klatce schodowej. Przesunęła w górę płaskie czarne wyłączniki w skrzynce z bezpiecznikami i pognała z powrotem do mieszkania. Kato stał w kuchni, światło z lodówki oświetlało jego wygoloną głowę.

– Chciałem zrobić śniadanie, ale jest tylko kawałek starego masła.

– I butelka toniku.

– I butelka toniku.

– Chodź, pójdziemy do miasta.

Ulice były puste, takie puste jak w lecie, jak podczas wakacji, kiedy ludzie uciekają z nagrzanego miasta, ale był listopad, a światło nie stosowało się ani do wskazań zegara, ani do muezinów. W naelektryzowanym powietrzu panowała dziwna cisza. Na wpół zawalone fasady wyglądały jak zamarznięta scenografia, w opuszczonych barach na parterze stały jeszcze krzesła, wiele budynków było w ruinie, ale nie wszystkie. Tak jakby ktoś kulą do burzenia uderzył raz we front domów, a potem zrezygnował. W niektórych mieszkaniach żyli jeszcze ludzie, zasłony były zaciągnięte, ale nie przykrywały popękanych ścian, które wypluwały kable. Ze spalonego samochodu wypełzły dwa koty, zwinięte w jeden kłębek. U handlarza warzyw baloniki wisiały na podporze obok brązowych bananów, i flaga Ludowej Partii Demokratycznej, drzewo jako jej symbol, z pniem z fioletowych rąk, zielonymi liśćmi, a pomiędzy nimi gwiazdy, wybierajcie, wybierajcie, wybierajcie, cała dzielnica była tego pełna.

Pachniało środkami do prania i lakierem. Kiedy skręcili przy kościele ormiańskim, Ali zatrzymała się przed starym, czerwonym graffiti, przedstawiało kobietę, z jej głowy wylatywały ptaki. Podeszła bliżej, chciała się przyjrzeć, ale Kato pociągnął ją dalej. W półmroku chłopcy kopali skórzaną piłkę w drzwi kościoła, odbiła się, Kato zdołał ją zastopować i podać z powrotem, kpiące głosy chłopaków jeszcze długo niosły się po ulicach, Ali i Kato słyszeli je nawet w parku, gdzie usiedli na wilgotnym trawniku.

W fontannach nie było wody, a nad ich głowami pusta autostrada zataczała pętlę. Ali rzuciła się na trawę, z głodu burczało jej w brzuchu, Kato coś mówił, jego głos brzmiał metalicznie, jak echo tamtych chłopców z piłką.

Opowiadał o hormonach, które bierze, i o tym, że wkrótce porośnie czarnymi włosami. Z gładko ogolonej czaszki nie dało się odgadnąć koloru włosów, również ręce i nogi miał nadal gładkie, ale jego kanciaste brwi były czarne, jak narysowane kredką. Ali przeciągnęła w myślach linię od brwi aż do podbródka, wyobraziła go sobie z brodą, obrysowała ramkę wokół jego szerokiej, otwartej twarzy, która kogoś jej przypominała, ale nie pamiętała kogo.

Kato zwierzył się jej, że wkrótce straci pracę tancerki, właśnie z powodu brody, no i porośniętych czarnymi włoskami nóg, nie pasują do złotych szortów, kto inny będzie je nosił, a on wróci na Ukrainę i pokaże się swojej rodzinie, przede wszystkim ojcu, patrz, tato, tak jest teraz, taki jestem teraz. Opowiadał o ojcu pijaku, Ali słuchała jednym uchem, pozwalała myślom bujać swobodnie, zastanawiała się też, dlaczego wszyscy ojcowie zawsze muszą być pijakami, czy nie mogliby być szachistami albo notorycznie pijać mate, ale koniecznie milczeć, czy nie mogliby po prostu być cicho, nie odzywać się nigdy. Matka Kato musiała być bohaterką, bohaterką pracy, zgodnie z wyobrażeniem Lenina, a on ma jeszcze dwoje młodszego rodzeństwa, nie wysyła im pieniędzy, nikomu nic nie wysyła, ale czasem o nich myśli i zastanawia się, czy oni też o nim myślą. Mówił i mówił, a niebo nad nimi zrobiło się białe jak pomyje.

Brakowało mi rosyjskiego, pomyślała. Ale „braku” nie da się pomyśleć. Nie wiedziała, czego jeszcze jej brak, a kiedy zaczynała o tym myśleć, wtedy dopiero robiło się miejsce na tęsknotę, no więc po co. Mama raz o tym wspomniała, coś o myślach, które są jak pasożyty, lecz Ali nie mogła sobie przypomnieć tego sformułowania.

Kato ucichł i patrzył na nią. Uświadomiła sobie, że o coś ją zapytał. Pochylił się nad nią i powtórzył pytanie.

– A ты?

A ty?

W jego twarzy nie widać było żadnego oczekiwania, nie chciał jej pocałować, pytał ją całkiem poważnie, naprawdę chciał to wiedzieć. A ty? Ali minęła go wzrokiem i pomyślała: Tarlabaşı zostanie zburzone. Wszystko zostanie zburzone. Nigdy nie znajdę Antona.

Uliczny sprzedawca minął ich, pchając swój wózek, za szkłem lśniła błyszcząca od tłuszczu warstwa ryżu, wielkie, gotowane, perłowe ziarna ciecierzycy, potem znów ryż i gotowany kurczak, tworzący brązową warstwę na samej górze.

– Pilav! Tavuklu pilav! – krzyknął. – Macie ochotę, dziewczęta?

Kato odwrócił wzrok, Ali pokręciła głową. Patrzyła na tłustą warstwę mięsa z kurczaka i ślina w jej ustach zmieszała się z żółcią.

– To jest świeży kurczak! Siostry, pilav daje poczucie bezpieczeństwa. – Sprzedawca stał nad nimi z pięściami wspartymi na biodrach, mała główka na cienkiej szyi schyliła się w ich kierunku.

Kurczak wpatrywał się w Ali, usiłowała wytrzymać jego spojrzenie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Osoby

JEDEN

„do domu”

Bez czasu

36 godzin

Początek

Kato

Etia i Szura

Dania i Emma

Test

Kostia

Wala

DWA

„w domu”

Anton

Aglaja

15 lipca

Podziękowania

Spis treści

Osoby

JEDEN „do domu”

Bez czasu

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Poza siebie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie