Nevermoor (tom 1). Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow.

Nevermoor (tom 1). Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow.

Autorzy: Jessica Townsend

Wydawnictwo: Media Rodzina

Kategorie: Dla młodzieży Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 27.22 zł

„Nevermoor” roztacza przed nami świat niesamowity, zupełnie nowy, magiczny i szalony. Tu tryumfuje wyobraźnia, smaku dodaje wyśmienity czarny humor, a sama Morrigan Crow to godna rywalka dla Harry’ego Pottera!

Dawno, dawno temu w zwyczajnym, nudnym świecie żyła sobie pechowa dziewczynka. Urodziła się w pechowy dzień, pod pechową gwiazdą i jedyne, co potrafiła, to przynosić innym pecha. Zdechł ci chomik? To wina Morrigan. Wichura wyrwała twoje ulubione drzewo? To na pewno przez Morrigan. Ale spokojnie, pechowe dzieci nigdy nie żyją długo – wszystkie umierają w swoje jedenaste urodziny.

Morrigan nie do końca wierzy w te wszystkie brednie, a jednak z niepokojem odlicza dni do urodzin. Szczególnie, że najbliżsi zamiast przygotowywać przyjęcie na jej cześć, powoli szykują się na pogrzeb… Tymczasem w TEN dzień rzeczywiście w domu Morrigan zjawia się niecodzienny gość – ale to nie śmierć we własnej osobie, a całkiem żywy, rudy dżentelmen z propozycją nie do odrzucenia.

Jupiter wyrywa dziewczynkę z jej pechowego świata i w pojeździe przypominającym olbrzymiego mechanicznego pająka zabiera ją do całkiem innego wymiaru, gdzie wszystko jest bajecznie niesamowite. Nowy opiekun chce wprowadzić Morrigan do najbardziej poważanej społeczności w Nevermoor, ale najpierw dziewczyna musi zdać cztery szalenie niebezpieczne testy i wykazać się niezwykłym talentem, który rzuci komisję na kolana. Tylko czy Morrigan potrafi cokolwiek, poza przynoszeniem pecha?

Spis treści

Dedykacja

Prolog

Rozdział pierwszy. Klątwa

Rozdział drugi. Dzień Ofert

Rozdział trzeci. Śmierć na kolacji

Rozdział czwarty. Łowcy z dymu i cienia

Rozdział piąty. Witamy w Nevermoorze

Rozdział szósty. Poranek Przesilenia

Rozdział siódmy. Katastrofa w hotelu Deukalion

Rozdział ósmy. Interesujące, praktyczne i dobre

Rozdział dziewiąty. Wunderpowitanie

Rozdział dziesiąty. Nielegalna imigrantka

Rozdział jedenasty. Próba Słowa

Rozdział dwunasty. Cienie

Rozdział trzynasty. Próba Gonitwy

Rozdział czternasty. Szlachetny wierzchowiec

Rozdział piętnasty. Czarna Parada

Rozdział szesnasty. Pokieruj się blaskiem

Rozdział siedemnasty. Bitwa wigilijna

Rozdział osiemnasty. Niemal wesołe Święta

Rozdział dziewiętnasty. Linia Pajęczyńska

Rozdział dwudziesty. Zniknięcie

Rozdział dwudziesty pierwszy. Próba Pokazowa

Rozdział dwudziesty drugi. Mesmerystka

Rozdział dwudziesty trzeci. Oszustwo

Rozdział dwudziesty czwarty. Ulica Bitewna

Rozdział dwudziesty piąty. Mistrz i uczennica

Rozdział dwudziesty szósty. W.

Podziękowania

Tytuł oryginału

NEVERMOOR. THE TRIALS OF MORRIGAN CROW

First published in 2017 by Hachette Children’s Group in the UK

and Hachette Australia

Text © 2017 by Jessica Townsend

Cover and interior art © 2017 by Jim Madsen

Cover design © 2017 by Hachette Book Group, Inc.

Cover design by Christabella Designs

Copyright © 2018 for the Polish translation

by Media Rodzina Sp. z o.o.

All rights reserved

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-545-9

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

www.mediarodzina.pl

mediarodzina@mediarodzina.pl

Skład i łamanie

Scriptor s.c.

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Sally, która była pierwszym gościem hotelu Deukalion,

i dla Teeny, dzięki której uznałam,

że mogę wszystko, nawet to.

Wiosna Roku Pierwszego

DZIENNIKARZE ZJAWILI SIĘ, zanim jeszcze dostarczono trumnę. Nocą gromadzili się przy bramie i o świcie zebrał się całkiem spory tłum. O dziewiątej już się od nich roiło.

Dochodziło południe, kiedy Corvus Crow pokonał długi dystans od swoich drzwi wejściowych do wysokich żelaznych prętów, które powstrzymywały zebranych ludzi.

– Panie kanclerzu, czy to wpłynie na pańskie plany ubiegania się o reelekcję?

– Panie kanclerzu, kiedy pogrzeb?

– Czy prezydent przesłał kondolencje?

– Panie kanclerzu, czuje pan dzisiaj ulgę?

– Bardzo państwa proszę. – Corvus uniósł dłoń w rękawiczce, żeby ich uciszyć. – W imieniu rodziny chciałbym odczytać oświadczenie.

Wyjął kartkę z kieszeni eleganckiego czarnego garnituru.

– Obywatele naszej wspaniałej Republiki, pragniemy wam podziękować za wsparcie przez minionych jedenaście lat – przeczytał dźwięcznym, władczym głosem, wypracowanym przez lata sprawowania urzędu. – To były trudne chwile dla naszej rodziny i bez wątpienia upłynie jeszcze dużo czasu, nim dojdziemy do siebie.

Umilkł, żeby odkaszlnąć, i na moment podniósł wzrok na milczącą publiczność. Roztaczało się przed nim morze obiektywów i zaciekawionych oczu. Nieustannie rozbłyskiwały flesze, co chwila słychać było trzask migawek.

– Trudno znieść utratę dziecka – ciągnął Corvus, ponownie zaglądając do notatek. – Nie tylko naszej rodzinie, ale i mieszkańcom Szakalina, którzy, jak wiemy, wraz z nami pogrążyli się w bólu. – Co najmniej pół setki par oczu skierowało się ku niebu, a chwilową ciszę zakłóciło kilka pełnych zakłopotania kaszlnięć. – Dzisiejszego ranka jednak, witając Dziewiątą Erę Republiki Lodowodu, wiemy, że najgorsze już za nami.

Gdzieś w górze nagle rozległo się głośne krakanie. Ludzie wzdrygnęli się i przygarbili, ale nikt nie podniósł wzroku. Ptaki krążyły tu od samego rana.

– Ósma Era odebrała mi ukochaną pierwszą żonę, a teraz moją jedyną córkę.

Znowu dało się słyszeć przenikliwe krakanie. Jeden z reporterów upuścił mikrofon, który podtykał pod nos kanclerza. Zaczerwieniony, pośpiesznie podniósł sprzęt i wymamrotał przeprosiny. Crow całkowicie je zignorował.

– Trzeba jednak podkreślić, że razem z nią odeszło również poczucie zagrożenia, zwątpienie i rozpacz, które trapiły moją córkę w jej krótkim życiu. Moja... moja droga Morrigan. – Umilkł, a jego usta wykrzywiły się w grymasie. – Wreszcie odnalazła spokój, i my też powinniśmy. Miasto Szakalin, a powiedziałbym, że cały stan Wilkary, ponownie jest bezpieczny. Już nie ma się czego obawiać.

Wśród zebranych rozległy się niepewne pomruki, a szturm fleszy nieco stracił na impecie. Kanclerz podniósł wzrok i zamrugał. Kartka zaszeleściła na lekkim wietrze – a może to zadrżała ręka Corvusa.

– Dziękuję państwu. Nie będę odpowiadał na pytania.

Zima Roku Jedenastego

(Trzy dni wcześniej)

KUCHENNY KOT NIE ŻYŁ, z winy Morrigan.

Nie wiedziała ani jak to się stało, ani kiedy. Przyszło jej do głowy, że może nocą zjadł coś trującego. Nie zauważyła żadnych śladów świadczących o ataku lisa czy psa. Jeśli nie liczyć odrobiny skrzepłej krwi w kąciku pyszczka, kot wyglądał tak, jakby spał, tyle że był zimny i sztywny.

Kiedy w bladym świetle zimowego poranka zobaczyła kocie zwłoki, przyklękła obok i zmarszczyła brwi. Pogłaskała czarną sierść zwierzaka, od czubka łebka do koniuszka puszystego ogona.

– Przepraszam, kuchenny kocie – szepnęła.

Zastanawiała się nad tym, gdzie urządzić pogrzeb i czy poprosić babcię o skrawek ładnego płótna do owinięcia kota. W końcu doszła do wniosku, że nie będzie jej w to mieszać i weźmie jedną ze swoich nocnych koszul.

Leciwa kucharka otworzyła tylne drzwi, żeby rzucić psom wczorajsze resztki. Widok Morrigan tak ją przeraził, że niemal upuściła wiadro. Spojrzała na kocie zwłoki i mocno zacisnęła usta.

– Bogu niech będzie chwała, że nie mnie śmierć zabrała – mruknęła, odpukała w drewnianą framugę i cmoknęła wisiorek, który nosiła na szyi. – Lubiłam tego kota – dodała, patrząc krzywo na Morrigan.

– Ja też – zapewniła ją Morrigan.

– No właśnie widzę – odparła kucharka z goryczą i zaczęła ostrożnie się wycofywać, centymetr po centymetrze. – Wejdź. Czekają na ciebie w jego gabinecie.

Morrigan pośpieszyła do domu i tylko na moment przystanęła przy drzwiach prowadzących z kuchni na korytarz. Przyglądała się, jak kucharka sięga po kredę i pisze na tablicy KUHENNY KOT – ZDECH na końcu długiej listy, na której ostatnio zanotowano: CUHNONCA RYBA, STARY THOMAS MIAŁ ZAWAŁ, POWODZIE W PUŁNOCNEJ FORTUNIE i PLAMY ZE SOSU NA NAJLEPSZEM OBRUSIE.

– Mogę polecić kilku doskonałych psychologów dziecięcych w Szakalinie i okolicach.

Nowa opiekunka społeczna nie tknęła herbaty i ciastek. Tego ranka przez dwie i pół godziny jechała pociągiem ze stolicy, a potem, nie zważając na paskudną mżawkę, pokonała pieszo trasę ze stacji kolejowej do posiadłości Wroni Dwór. Mokre włosy przylepiły jej się do głowy, płaszcz przemókł na wylot. Morrigan usiłowała wymyślić remedium na taką niedolę, lepsze od herbaty i ciastek, ale opiekunka raczej nie była zainteresowana.

– To nie ja zaparzyłam herbatę – zapewniła ją Morrigan. – Jeśli to panią niepokoi.

Opiekunka puściła jej słowa mimo uszu.

– Doktor Fielding słynie z pracy z dziećmi obciążonymi klątwą – powiedziała. – Z pewnością pan o nim słyszał. Doktor Llewellyn również cieszy się wielkim szacunkiem, jeśli woli pan łagodniejsze, bardziej matczyne podejście.

Ojciec Morrigan odkaszlnął z zakłopotaniem.

– To nie będzie konieczne – zauważył.

Corvus cierpiał na lekki skurcz lewej powieki, który pojawiał się wyłącznie podczas tych obowiązkowych comiesięcznych wizyt. Zdaniem Morrigan świadczyło to o tym, że ojciec nie znosił ich równie głęboko jak ona. Oprócz tego łączyły ich jeszcze jedynie kruczoczarne włosy i haczykowate nosy.

– Morrigan nie potrzebuje pomocy psychologa – dodał. – To całkiem rozsądne dziecko, doskonale obeznane ze swoją sytuacją.

Opiekunka zerknęła na Morrigan, która siedziała obok niej na kanapie, starając się nie wiercić. Te wizyty zawsze okropnie się ciągnęły.

– Panie kanclerzu, nie chcę być niedelikatna... ale czas nas goni. Specjaliści zgodnie twierdzą, że wkraczamy w ostatni rok tej Ery. Ostatni rok przed Wieczorem Przesilenia – uściśliła opiekunka.

Morrigan odwróciła wzrok i wyjrzała przez okno w poszukiwaniu czegoś, co przyciągnęłoby jej uwagę. Zawsze tak robiła, gdy ktoś wymówił zwrot na W.

– Musi pan sobie uświadomić, że to ważny okres przejściowy dla...

– Czy ma pani listę? – przerwał jej Corvus lekko zniecierpliwionym tonem i wymownie popatrzył na zdobiący ścianę gabinetu zegar.

– Hm... Naturalnie. – Tylko trochę się trzęsła, wyjmując kartkę z teczki.

Zdaniem Morrigan kobieta całkiem nieźle sobie radziła, zważywszy na to, że była tu dopiero drugi raz. Jej poprzedniczka w zasadzie przez cały czas jedynie mamrotała i za nic w świecie nie usiadłaby obok Morrigan.

– Czy mam przeczytać ją na głos? W tym miesiącu jest całkiem krótka... Brawo, panno Crow – oznajmiła drętwym głosem opiekunka.

Morrigan nie wiedziała, co powiedzieć. Nie cieszyły jej pochwały za coś, na co nie miała wpływu.

– Zaczniemy od zdarzeń, które wiążą się z wypłatą odszkodowania. Rada Miasta Szakalina zażądała siedmiuset kredów za uszkodzenie altany podczas gradobicia.

– Ustaliliśmy już, jak sądzę, że nie można przypisywać mojej córce wywoływania skrajnych zjawisk pogodowych – odezwał się Corvus. – Przypominam, że pożar lasu w Ulf był wynikiem podpalenia.

– Zgadza się, panie kanclerzu. Niemniej w tym wypadku świadek wskazał Morrigan jako winną szkody.

– Kto to taki? – zapytał Crow.

– Pewien pracownik urzędu pocztowego podsłuchał, jak pańska córka w trakcie rozmowy z babcią wypowiedziała się na temat nad podziw ładnej pogody w Szakalinie. – Opiekunka zerknęła do notatek. – Gradobicie rozpoczęło się cztery godziny później.

Corvus westchnął ciężko, posłał Morrigan poirytowane spojrzenie i rozparł się w fotelu.

– No dobrze – mruknął. – Proszę dalej.

Morrigan zmarszczyła brwi. Nigdy w życiu nie wypowiadała się na temat „nad podziw ładnej pogody w Szakalinie”. Owszem, tamtego dnia na poczcie odwróciła się do babci i powiedziała: „Ale upał”, lecz to przecież nie to samo.

– Pewien człowiek stąd, Thomas Bratchett, niedawno zmarł na zawał. Był...

– Naszym ogrodnikiem, wiem – przerwał jej Corvus. – Okropna strata, hortensje na tym ucierpiały. Morrigan, co zrobiłaś temu staruszkowi?

– Nic.

Corvus nie wydawał się przekonany.

– Nic? – powtórzył. – Nic a nic?

– Powiedziałam mu, że rabatki ładnie wyglądają – odparła po chwili namysłu.

– Kiedy?

– Z rok temu.

Corvus spojrzał wymownie na opiekunkę, a ona cicho westchnęła.

– Jego rodzina jest niesłychanie wspaniałomyślna i prosi tylko o pokrycie kosztów pogrzebu, opłacenie studiów uniwersyteckich wnuków nieboszczyka i o datek na jego ulubioną organizację charytatywną.

– Ile jest tych wnuków?

– Pięcioro.

– Niech im pani przekaże, że zapłacę za dwoje. Proszę kontynuować.

– Dyrektor Szakalińskiej... Ach! – Opiekunka podskoczyła na widok sięgającej po herbatnika Morrigan. Gdy zrozumiała, że nie grozi jej fizyczny kontakt, szybko się uspokoiła. – Hm, no tak. Dyrektor Szakalińskiej Prywatnej Szkoły Podstawowej w końcu przesłał nam rachunek po pożarze. Dwa tysiące kredów powinno pokryć koszty.

– W gazecie napisali, że szkolna kucharka nie wyłączyła na noc gazu w kuchence – przypomniała jej Morrigan.

– Zgadza się. – Opiekunka nie odrywała spojrzenia od kartki. – Napisali też, że poprzedniego dnia kucharka mijała Wroni Dwór i zauważyła cię na terenie majątku.

– I co z tego?

– Powiedziała, że nawiązałaś z nią kontakt wzrokowy.

– Nieprawda.

Morrigan poczuła, że krew się w niej gotuje. Do pożaru doszło nie z jej winy. Nie nawiązywała z nikim kontaktu wzrokowego, znała przecież zasady. Kucharka plotła bzdury, żeby uniknąć kłopotów.

– Wszystko jest w policyjnym raporcie.

– To kłamczucha.

Morrigan popatrzyła na ojca, on jednak nie chciał spojrzeć jej w oczy. Zastanawiała się, czy naprawdę uwierzył w jej winę. Przecież kucharka sama przyznała, że zostawiła włączony gaz! To było tak niesprawiedliwe, że Morrigan ścisnęło w żołądku.

– Ona kłamie – dodała. – Ja nigdy...

– Już usłyszeliśmy, co masz do powiedzenia – uciął Corvus.

Morrigan przygarbiła się w fotelu i skrzyżowała ręce na piersi. Jej ojciec znowu odkaszlnął, po czym skinął głową opiekunce.

– Może pani przesłać mi rachunek – oświadczył. – A teraz proszę dokończyć listę, mam przed sobą cały dzień spotkań.

– To już wszystko, jeśli chodzi o sprawy finansowe – odparła i przesunęła drżący palec w dół kartki. – W tym miesiącu panna Crow musi napisać tylko trzy listy z przeprosinami. Jeden do mieszkanki okolicy, pani Calpurnii Malouf, w związku z jej złamanym biodrem...

– Jest o wiele za stara, żeby jeździć na łyżwach – burknęła Morrigan.

– ...drugi do Szakalińskiego Zrzeszenia Dżemiarskiego z powodu zmarnowanej partii marmolady i trzeci do pewnego chłopca, Pipa Gilchresta, który w ubiegłym tygodniu przegrał w Ogólnostanowym Wilkarskim Konkursie Ortograficznym.

Morrigan wytrzeszczyła oczy i wykrzyknęła:

– Przecież tylko życzyłam mu szczęścia!

– Otóż to, panno Crow – przytaknęła opiekunka, przekazując listę Corvusowi. – Trzeba się było powstrzymać. Panie kanclerzu, jak rozumiem, poszukuje pan nowej guwernantki?

Corvus westchnął ciężko.

– Moi asystenci rozmawiali ze wszystkimi agencjami w Szakalinie, a także z niektórymi w skądinąd odległej stolicy. Można odnieść wrażenie, że nasz wspaniały stan padł ofiarą dramatycznej posuchy na rynku prywatnych pedagogów. – Z powątpiewaniem uniósł brew.

– Co się stało z panną... – Opiekunka zajrzała do notatek. – Z panną Linford? Na naszym poprzednim spotkaniu powiedział pan, że dobrze sobie radzi.

– Nieudacznica – prychnął Corvus z pogardą. – Wytrwała ledwie tydzień. Któregoś popołudnia wyszła i nie wróciła – nikt nie wie dlaczego.

To nie była prawda. Morrigan wiedziała dlaczego.

Panna Linford tak bardzo bała się klątwy, że nie była w stanie przebywać w jednym pomieszczeniu ze swoją uczennicą. Zdaniem Morrigan wykrzykiwanie zza drzwi koniugacji gromickich czasowników było dziwne i niestosowne. Irytowała się coraz bardziej, aż wreszcie wepchnęła w dziurkę od klucza złamane wieczne pióro, przytknęła do niego usta i wydmuchała czarny atrament prosto na twarz panny Linford.

Teraz była gotowa przyznać, że takie zachowanie nie zasługiwało na pochwałę.

– W urzędzie rejestrowym dysponujemy krótką listą pedagogów skłonnych pracować z przeklętymi dziećmi. Bardzo krótką listą. – Opiekunka wzruszyła ramionami. – Ale może znajdzie się ktoś, kto...

Corvus uniósł rękę, by przerwać te wywody.

– Nie widzę potrzeby – oświadczył.

– Słucham?

– Sama pani powiedziała, że Wieczór Przesilenia jest tuż-tuż.

– Owszem, ale... został jeszcze cały rok.

– Tak czy inaczej, na tym etapie to tylko strata czasu i pieniędzy, prawda?

Morrigan podniosła wzrok, nieprzyjemnie zaskoczona słowami ojca. Nawet opiekunka nie kryła zdumienia.

– Z całym szacunkiem, panie kanclerzu, Urząd Rejestrowy Przeklętych Dzieci nie podziela pańskiego zdania – powiedziała. – Naszym zdaniem edukacja jest istotnym elementem dzieciństwa.

Corvus zmrużył oczy.

– Niemniej płacenie za naukę wydaje się dość bezsensowne w sytuacji, gdy to konkretne dzieciństwo wkrótce zostanie radykalnie skrócone – odparł. – Osobiście uważam, że w ogóle niepotrzebnie zaprzątaliśmy sobie głowę. Lepiej bym na tym wyszedł, gdybym posłał do szkoły swoje psy myśliwskie. Pożyją dłużej i są o wiele bardziej użyteczne.

Morrigan wydała z siebie przytłumiony jęk, jakby ojciec rąbnął ją w brzuch olbrzymią cegłą.

Tak to właśnie wyglądało. Taka była prawda, którą Morrigan ignorowała i tłumiła, ale o której zawsze pamiętała. Jak każde przeklęte dziecko miała tę prawdę głęboko zakodowaną w umyśle, wyrytą w sercu:

Umrę, gdy tylko nastanie Wieczór Przesilenia.

– Jestem przekonany, że moi przyjaciele z Partii Lodowódzkiej przyznaliby mi rację. – Zajęty utarczką z opiekunką społeczną, Corvus nie zauważył niepokoju Morrigan. – A w szczególności ci, którzy sprawują pieczę nad finansowaniem pani wydzialiku.

Na dłuższą chwilę zapadło milczenie. Opiekunka popatrzyła ukradkiem na Morrigan i zabrała się do pakowania swoich rzeczy. Morrigan dostrzegła na jej twarzy cień litości i momentalnie się zirytowała.

– No cóż, dobrze – westchnęła opiekunka. – Informacja o pańskiej decyzji znajdzie się w URPeD-zie. Życzę miłego dnia, panie kanclerzu, panno Crow.

Nie oglądając się za siebie, pośpiesznie opuściła gabinet, a Corvus nacisnął brzęczyk na stole, żeby wezwać asystentów.

Morrigan podniosła się z kanapy. Najchętniej nakrzyczałaby na ojca, ale gdy się odezwała, jej głos lekko drżał.

– Czy powinnam...?

– Rób, co chcesz – burknął Corvus, przerzucając papiery na biurku. – Tylko nie zawracaj mi głowy.

Droga Pani Calpurnio,

przykro mi, że nie radzi sobie Pani na łyżwach.

Przykro mi, że uznała Pani jazdę na łyżwach za dobry pomysł, choć ma Pani milion lat i kruche kości, które mogą się połamać na byle wietrzyku.

Przykro mi, że złamałam Pani biodro. Nie chciałam. Mam nadzieję, że czuje się Pani lepiej. Proszę przyjąć moje przeprosiny i życzenia rychłego powrotu do zdrowia.

Pozdrawiam serdecznie,

Morrigan Crow

Leżąc na podłodze w drugim salonie, Morrigan starannie przepisała ostatnie zdania na czystej kartce i wsunęła ją do koperty, której jednak nie zakleiła. Po pierwsze Corvus i tak zamierzał przeczytać list przed nadaniem, a po drugie obawiała się trochę, że jej ślina ma moc sprowadzania nagłej śmierci lub bankructwa.

Odgłos pośpiesznych kroków na korytarzu sprawił, że Morrigan zamarła. Zegar na ścianie wskazywał południe – być może to babcia wróciła do domu po porannej herbatce z przyjaciółkami. Niewykluczone też, że macocha Morrigan, Ivy, usiłowała znaleźć winnego rysy na srebrze stołowym albo dziury w zasłonach. Drugi salon zwykle dobrze się sprawdzał jako kryjówka, gdyż był najbardziej posępnym miejscem w domu, praktycznie całkiem pozbawionym słońca. Nikt poza Morrigan nie lubił tam siedzieć.

Gdy kroki ucichły, wypuściła z płuc długo wstrzymywane powietrze i sięgnęła do radiofonu. Przez chwilę kręciła małą mosiężną gałką, wsłuchując się w szumy i trzaski, aż wreszcie znalazła serwis informacyjny.

– W tym tygodniu trwa doroczny zimowy ubój smoków na północno-zachodnim krańcu Wilkarów. Ekipa Likwidacyjna Przyrody Niebezpiecznej namierzyła ponad czterdzieści gadzich samotników. Oddziały ELiPNi otrzymują coraz częstsze doniesienia o pojawianiu się smoków w pobliżu Kurortu i Uzdrowiska Wodospad Topielec, popularnego wśród turystów miejsca...

Morrigan przestała wsłuchiwać się w wytworny, nosowy głos spikera w tle i skupiła się na następnym liście, do Pipa Gilchresta.

Cześć,

przykro mi, że napisałeś SŁODKI przez T.

Przykro mi, że jesteś debilem.

Przykro mi, że przegrałeś w niedawnym konkursie ortograficznym bo jesteś debilem. Przyjmij moje najszczersze przeprosiny za wszelkie kłopoty, których doświadczasz z mojego powodu. Obiecuję, że już nigdy nie będę życzyć Ci szczęścia, ty niewdzięczny, mały

Pozdrawiam serdecznie,

Morrigan Crow

W wiadomościach puszczano wypowiedzi ludzi, którzy stracili domy w wyniku powodzi w Fortunie i płakali po zwierzętach oraz najbliższych, porwanych przez nurt, kiedy ulice zamieniły się w rzeki. Morrigan poczuła ukłucie smutku. Miała tylko nadzieję, że Corvus się nie mylił, twierdząc, że pogoda nie jest od niej zależna.

Drogie Szakalińskie Zrzeszenie Dżemiarskie,

przykro mi. ale czy nie uważacie, że są na świecie gorsze rzeczy niż zepsuta marmolada?

– Już za chwilę: czy Wieczór Przesilenia może nadejść szybciej, niż sądzimy? – zapytał spiker, a Morrigan zamarła, ponownie słysząc zwrot na W. – Zdaniem większości specjalistów mamy jeszcze rok do zakończenia bieżącej Ery, niemniej grupa alternatywnych chronologów uważa, że być może będziemy świętowali nadejście Wieczoru znacznie wcześniej. Czy są pomyleni, czy też się nie mylą?

Morrigan przeszył zimny dreszczyk, ale postanowiła go zignorować. To na pewno pomyleńcy, pomyślała buńczucznie.

– Najpierw jednak porozmawiamy o tym, że dzisiaj w stolicy ponownie doszło do niepokojów w związku z nasilającymi się pogłoskami o nieuchronnych niedoborach wunderu – ciągnął nosowo spiker. – Rzecznik prasowy Zakładów Przemysłowych Squall wypowiedział się na ten temat podczas dzisiejszej konferencji prasowej.

Wśród pomruków dziennikarzy rozległ się przyciszony męski głos.

– Nie ma mowy o żadnym kryzysie w Zakładach Przemysłowych Squall – oznajmił rzecznik. – Pogłoski o niedoborze energii w Republice są całkowicie fałszywe, co z całą mocą podkreślam.

– Głośniej, panie Jones! – krzyknął ktoś z tyłu.

– W Republice jest zatrzęsienie wunderu i nie ustajemy w eksploatacji obfitych zasobów naturalnych – dodał rzecznik, nieco podnosząc głos.

– Panie rzeczniku! – odezwał się jeden z dziennikarzy. – Czy mógłby się pan ustosunkować do doniesień o nieustannych przerwach w dostawie energii i awariach urządzeń zasilanych wunderem w stanach Południowy Lumin i San Dalekowschodni? Czy pan Ezra Squall wie o tych problemach? Czy zamierza zrezygnować z życia w odosobnieniu, by wypowiedzieć się publicznie?

Pan Jones odkaszlnął.

– Podkreślam, to tylko niemądre plotki i panikarstwo. Nasze supernowoczesne systemy monitorujące nie wskazują na niedobór wunderu ani na niesprawność urządzeń napędzanych wunderem – powiedział. – Ogólnokrajowe koleje funkcjonują nienagannie, podobnie jak sieć energetyczna i Wunderowa Służba Zdrowia. A co do pana Squalla, ma on świadomość, że Zakłady Przemysłowe Squall są jedynym w kraju dostawcą wunderu oraz produktów pochodnych i pełnią wyjątkowo ważną rolę. Jesteśmy jak zawsze zaangażowani...

– Panie rzeczniku, pojawiły się spekulacje na temat związku niedoborów wunderu z przeklętymi dziećmi. Czy mógłby pan to skomentować?

Morrigan upuściła pióro.

– Hm, nie jestem pewien... co pan ma na myśli – wyjąkał pan Jones, wyraźnie zbity z tropu.

– Już mówię – ciągnął dziennikarz. – Południowy Lumin i San Dalekowschodni mają w swoich rejestrach stanowych troje przeklętych dzieci, w przeciwieństwie do stanu Fortuna, w którym chwilowo nie ma ani jednego przeklętego dziecka i którego nie dotknął niedobór wunderu. Stan Wilkary ma również zarejestrowane przeklęte dziecko, córkę ważnego polityka Corvusa Crowa. Czy w związku z tym będzie następnym stanem dotkniętym przez kryzys?

– Powtarzam, nie ma mowy o żadnym kryzysie...

Morrigan jęknęła i wyłączyła radiofon. Teraz obwiniano ją o coś, co jeszcze się nawet nie wydarzyło. Zastanawiała się, ile przeprosin będzie musiała napisać za miesiąc i na samą myśl o tym poczuła skurcz w ręce.

Westchnęła i podniosła pióro.

Drogie Szakalińskie Zrzeszenie Dżemiarskie,

przykro mi w związku z marmoladą.

Pozdrawiam,

M. Crow

Ojciec Morrigan piastował urząd kanclerza Wilkarów, największego spośród czterech stanów, które tworzyły Republikę Lodowodu. Był bardzo zajętym i ważnym człowiekiem i zwykle pracował nawet wtedy, gdy zdarzyło mu się wrócić do domu na kolację. Po jego lewicy i prawicy zasiadali Lewy i Prawy, asystenci, z którymi nigdy się nie rozstawał. Corvus nieustannie zwalniał asystentów i zatrudniał nowych, więc dał sobie spokój z zapamiętywaniem ich imion.

– Prawy, prześlij wiadomość do generała Wilsona – powiedział, kiedy Morrigan usiadła tego wieczoru przy stole.

Naprzeciwko usadowiła się jej macocha Ivy, a daleko po drugiej stronie siedziała babcia. Nikt nie patrzył na Morrigan.

– Najpóźniej do początku wiosny jego biuro musi przedłożyć budżet nowego szpitala polowego – dodał Corvus.

– Tak jest, panie kanclerzu – potwierdził Prawy i uniósł próbki niebieskich tkanin. – A co z nowymi obiciami do pańskiego gabinetu?

– Mogą być błękitne. Porozmawiaj o tym z moją żoną. Jest specjalistką od tego typu kwestii, prawda, kochanie?

Rozpromieniona Ivy uśmiechnęła się do niego.

– Ultramarynowy, skarbie. – Roześmiała się, dźwięcznie i radośnie. – Żeby się komponowały z kolorem twoich oczu.

Macocha Morrigan z wyglądu zupełnie nie pasowała do Wroniego Dworu. Jej złociste włosy i opalona skóra (pamiątka po lecie, które spędziła, „odstresowując się” na niezrównanych plażach południowo-wschodniej Fortuny) wydawały się nie na miejscu na tle kruczoczarnych włosów oraz chorobliwe bladych cer rodziny Crowów. Jej członkowie nigdy się nie opalali.

Morrigan sądziła, że pewnie właśnie dlatego jej ojciec tak bardzo lubił Ivy. Ani trochę nie przypominała mu bliskich. W ponurej jadalni była niczym egzotyczne dzieło sztuki, które przywiózł sobie z wakacji.

– Lewy, czy Obóz 16 odezwał się w związku z epidemią odry?

– Sytuacja opanowana, panie kanclerzu, ale nadal wyłączają im światło.

– Jak często?

– Raz w tygodniu, czasami dwa. W przygranicznych miasteczkach narasta niezadowolenie.

– W Wilkarach? Na pewno?

– To w niczym nie przypomina zamieszek w południowolumińskich slumsach. Po prostu ledwie odczuwalna panika.

– I ci ludzie sądzą, że chodzi o niedobór wunderu? Absurd. Nie mamy tutaj żadnych problemów. Wroni Dwór funkcjonuje sprawnie jak nigdy. Wystarczy popatrzeć na lampy, jest jasno niczym w dzień. Nasze generatory z pewnością są napełnione pod korek.

– Tak, panie kanclerzu. – Lewy wydawał się skrępowany. – To... nie umknęło opinii publicznej.

– Och, biadolenie, biadolenie, biadolenie – zaskrzeczał głos z drugiego końca stołu.

Babcia jak zwykle przebrała się do kolacji, tym razem w długą, elegancką czarną suknię, którą uzupełniały klejnoty na szyi i dłoniach. Szorstkie, stalowosiwe włosy ściągnęła w imponujący kok na czubku głowy.

– Nie wierzę w żaden niedobór wunderu – oznajmiła. – To robota darmozjadów, którzy nie popłacili rachunków za energię. Wcale bym nie miała za złe Ezrze Squallowi, gdyby ich odciął. – Mówiąc to, kroiła befsztyk na ociekające krwią kawałeczki.

– Odwołuję wszystkie jutrzejsze spotkania. – Corvus popatrzył na asystentów. – Jutro odwiedzę przygraniczne miejscowości i powymieniam uściski dłoni. To powinno zatkać usta protestującym.

Babcia roześmiała się szyderczo.

– Najlepiej byłoby powymieniać im głowy – powiedziała. – Masz kręgosłup, Corvusie, zrób z niego użytek.

Na widok kwaśnej miny ojca Morrigan z trudem ukryła uśmiech. Kiedyś usłyszała, jak pokojówka szepcze, że babcia to „stare drapieżne ptaszysko w przebraniu damy”. W skrytości ducha Morrigan podzielała tę opinię, ale właściwie nawet podobała jej się babcina drapieżność, naturalnie tylko wobec innych.

– Ale... jutro jest Dzień Ofert, panie kanclerzu – przypomniał Lewy. – Ma pan wygłosić mowę do miejscowych dzieci, które spełniają stosowne warunki.

– Wielkie nieba, słusznie prawisz.

Raczej lewisz, pomyślała Morrigan, nakładając marchewkę na talerz. Przecież to Lewy.

– Zawracanie głowy – burczał Corvus. – Chyba nie mogę znowu odwołać przyjazdu, już rok temu się wykręciłem. Gdzie i o której?

– W ratuszu, samo południe – wyjaśnił Prawy. – Zjawią się dzieci ze szkoły pod wezwaniem Świętego Krzysztofa, Akademii Mary Henwright i Szakalińskiej Prywatnej Szkoły Podstawowej.

– No dobrze – westchnął ciężko Corvus. – Ale zadzwoń do „Kroniki”. Niech koniecznie przyślą dziennikarza, który to opisze.

Morrigan przełknęła kęs chleba.

– Co to jest Dzień Ofert? – zapytała.

Jak zwykle przy takich okazjach, wszyscy popatrzyli na nią z lekkim zdziwieniem, jakby ujrzeli lampę, której nagle wyrosły nogi i zaczęła stepować.

Zapadła cisza.

– Może powinniśmy zaprosić do ratusza szkoły finansowane z datków – oznajmił po chwili ojciec Morrigan jakby nigdy nic. – Pomoc marginesowi społecznemu to dobra reklama.

– Corvusie, na litość boską! – jęknęła babcia. – Wystarczy, że znajdziesz jedno skretyniałe dziecko i się z nim sfotografujesz. Tam będziesz miał kilkaset do wyboru. Wybierz najbardziej fotogeniczne, uściśnij mu rękę i wyjdź. Nie ma co komplikować sprawy.

– Hm – mruknął Corvus i pokiwał głową. – Racja, mamo. Lewy, podaj mi sól, z łaski swojej.

Prawy dyskretnie zakaszlał.

– Prawdę powiedziawszy, panie kanclerzu... Może to nie taki zły pomysł, żeby uwzględnić biedniejsze szkoły. Dzięki temu trafilibyśmy na pierwsze strony gazet.

– Przydałoby się coś, od czego podskoczyłyby wyniki sondaży pańskiej popularności na głębokiej prowincji – dodał Lewy, pędząc wzdłuż stołu po sól.

– Nie ma się co silić na subtelności, Lewy. – Corvus uniósł brew i zerknął z ukosa na córkę. – Moim słupkom sondażowym przydałby się kopniak w górę nie tylko na prowincji.

Morrigan poczuła leciutkie wyrzuty sumienia. Wiedziała, że największym wyzwaniem dla jej ojca było utrzymanie sympatii wilkarskich wyborców w sytuacji, gdy jego jedyne dziecko sprowadzało na nich wszystkie możliwe nieszczęścia. Pomimo tej przeszkody Corvus już piąty rok sprawował funkcję stanowego kanclerza, co jego zdaniem graniczyło z cudem, i właśnie dlatego codziennie dręczył go niepokój, czy to niewiarygodne szczęście będzie mu towarzyszyło jeszcze przez kolejny rok.

– Niemniej mama ma rację, trzeba unikać nadmiernego tłoku – ciągnął. – Wymyślcie inny sposób, dzięki któremu o mnie napiszą.

– To jakaś aukcja? – zapytała Morrigan.

– Aukcja? – warknął Corvus. – O czym ty mówisz, do diaska?

– O Dniu Ofert.

– Och, na litość boską! – prychnął zniecierpliwiony i ponownie pochylił się nad papierami. – Ivy, wyjaśnij jej.

Ivy wyprostowała się z ważną miną.

– Dzień Ofert to taki dzień, w którym dzieci po szkole podstawowej otrzymują ofertę edukacyjną, jeśli dopisze im szczęście – oznajmiła.

– Albo jeśli są wystarczająco bogate – wtrąciła babcia.

– No tak. – Ivy wydawała się lekko zbita z tropu. – Jeżeli dziecko jest bardzo inteligentne lub utalentowane, lub jeśli jego rodzice są na tyle zamożni, żeby dawać łapówki, wówczas szanowana osoba z elitarnej instytucji akademickiej zjawi się złożyć mu ofertę.

– Czy wszyscy dostają oferty? – zapytała Morrigan.

– Gdzie tam! – Ivy się zaśmiała i zerknęła na pokojówkę, która stawiała na blacie wazę z sosem do pieczeni. – Gdyby wszyscy byli wykształceni, skąd bralibyśmy służbę? – dodała teatralnym szeptem.

– Ale to nie w porządku – zaprotestowała Morrigan i zmarszczyła brwi, obserwując, jak zawstydzona pokojówka pośpiesznie umyka z pokoju. – A poza tym nie rozumiem. Na co liczą ci, którzy składają oferty?

– Liczą na przywilej sprawowania nadzoru nad edukacją dziecka – odezwał się poirytowany Corvus i zamachał dłonią przed twarzą, jakby próbował odpędzić rozmowę niczym muchę. – Chodzi o dumę z kształtowania młodych umysłów jutra i takie tam. Przestań zadawać pytania, to nie ma z tobą nic wspólnego. Lewy, o której spotykam się w czwartek z przewodniczącym komisji rolniczej?

– O trzeciej, panie kanclerzu.

– Mogę przyjść? – odezwała się Morrigan nieoczekiwanie.

Corvus kilka razy zamrugał, a zmarszczki na jego czole wyraźnie się pogłębiły.

– Dlaczego chciałabyś uczestniczyć w moim spotkaniu z przewodniczącym...

– Chodzi mi o Dzień Ofert. O tę uroczystość w ratuszu. Jutro.

– Ty? – zdumiała się Ivy. – Miałabyś iść na uroczystość z okazji Dnia Ofert? Ale po co?

– No bo... – Morrigan umilkła, gdyż nagle ogarnęły ją wątpliwości. – W tym tygodniu są moje urodziny. To byłby mój prezent urodzinowy. – Bliscy wpatrywali się w nią pustym wzrokiem, co utwierdziło ją w przekonaniu, że zapomnieli o jej jedenastych urodzinach, które przypadały pojutrze. – Pomyślałam, że fajnie byłoby... – Umilkła i wbiła wzrok w talerz, szczerze żałując, że w ogóle otworzyła usta.

– W tym nie ma nic fajnego. – Corvus uśmiechnął się szyderczo. – To polityka. Nie, nie możesz przyjść. Wykluczone. Co za absurdalny pomysł.

Morrigan się przygarbiła. Kompletnie straciła pewność siebie i zrobiło jej się głupio. Właściwie czego się spodziewała? Ojciec miał rację, pomysł był absurdalny.

Rodzina Crow przez kilka minut jadła kolację w pełnym napięcia milczeniu.

– Jak się nad tym zastanowić, panie kanclerzu... – odezwał się Prawy z wahaniem w głosie.

Corvus hałaśliwie odłożył sztućce na talerz i wbił złowrogie spojrzenie w onieśmielonego asystenta.

– To co? – warknął.

– No więc... Gdyby pan... Nie mówię, że powinien pan tak postąpić, ale gdyby uznał pan za stosowne zabrać córkę, mogłoby to pomóc w ociepleniu pańskiego wizerunku. Do pewnego stopnia.

Lewy nerwowo wykręcał ręce.

– Panie kanclerzu, Prawy chyba ma rację... – zająknął się, gdy Corvus popatrzył na niego spode łba. – Chodzi mi o to, że zgodnie z wynikami badań opinii publicznej Wilkarzanie uważają pana za człowieka trochę... nieprzystępnego.

– Wyniosłego – wtrącił Prawy.

– Dla dobra sondaży nie zaszkodziłoby przypomnieć ludziom, że wkrótce będzie pan pogrążonym w żałobie ojcem. Z dziennikarskiej perspektywy uroczystość mogłaby nabrać interesującej wyjątkowości.

– Jak bardzo interesującej?

– Na tyle, żeby trafić na pierwsze strony gazet.

Corvus umilkł, a Morrigan wydało się, że jego lewa powieka drgnęła.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Nevermoor (tom 1). Nevermoor. Przypadki Morrigan Crow. 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Bad Mommy. Przeklęta korona Zakazane życzenie Noah ucieka Never Never Chłopak, który stracił głowę